• drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
Dodaj do ulubionych

żałuję że wzięłam ślub:((

  • 18.06.09, 18:07
    witajcie, muszę się po protu wyżalić. jestem dopiero kilka miesięcy
    po ślubie a czuję, że popełniłam błąd. Czuję się, jakbym
    przechodziła jakiś kryzys po wielu latach małżeństwa... My już ze
    sobą prawie w ogóle nie rozmawiamy, mąż zbywa mnie przy każdej
    okazji próby nawiązania z nim jakiejkolwiek luźnej rozmowy, o
    wspólnych wyjściach gdziekolwiek mogę zapomnieć. Wydaje mi tylko
    polecenia typu: posprzątaj,ugotuj,zrób to czy tamto. Zero choćby
    odrobiny czułości czy romantyzmu. O to, aby mnie przytulił zawsze
    muszę się prosić. Jako "konkubinat" byliśmy związkiem otwartym,
    byliśmy dość niezależni od siebie, mieliśmy osobne
    prace,hobby,czasem osobne wyścia ale również uwielbialiśmy spędzać
    chwile tylko we dwoje. Taraz widzę, że naprawdę nic nas nie łączy!
    Nie przesadzę gdy powiem, że prawie cały czas się kłócimy i jest
    źle. Chciałam odejść
    wiele razy, ale za każdym razem gdy się pakuję on najpierw dostaje
    szału a potem prosi abym została i zapewnia o uczuciu. To jakiś
    koszmar, zaczyna brakować mi sił:((
    Edytor zaawansowany
    • 18.06.09, 18:26
      Mam to samo tylko że jestem 3 lata po ślubie.Jest inaczej niż przed.
      I coraz częściej myśle że ślub był błędem.
      • 18.06.09, 18:48
        kobiety jezeli macie gdzie odejsc z walizkami to zrobcie to!a potem rozwod i
        rozdzielnosc majatkowa(nie ma co facetowi zostawiac rzeczy na ktore sie
        charowalo)a tak pozatym szkoda zycia na marnowane lata,dni czy nawet godzin
        --
        [url=http://www.suwaczek.pl/][img]http://www.suwaczek.pl/cache/547f1aed30.png[/img][/url]
        • 18.06.09, 21:32
          ja trochę mniej drastyczną wersję podpowiem - idźcie na terapię. Przy osobie
          trzeciej łatwiej porozmawiać.
          • 19.06.09, 00:23
            a mnie się to w głowie nie mieści - że przed ślubem była istna sielanka i love
            forever. Po prostu nie wierzę.

            Mam koleżankę po rozwodzie która mowiła znajomym, że przed był taki cudowny,
            kochany i w ogole było tak wspaniale, a po ślubie - to już nie ten sam człowiek.
            Tylko że ja pamiętam jak jej odradzałam - i gdyby to była ameryka z pytającym
            księdzem "czy ktoś obecny zna powody dla ktorego ten związek nie powinien zostać
            zawarty" to bym się darła z całych sił byle by do tego nie dopuścić.

            Bo wspaniały był przed ślubem - to fakt. Wtedy wierny jak pies mówił "ty szmato"
            a po ślubie "ty dziwko" i ją zdradzał - więc faktycznie wcześniejsze zachowania
            byly o niebo lepsze. I to ślubu wina ze taka szuja z niego, a jakże! W
            konkubinacie byłaby dalej szmatą więc nieślubna rodzinka by byla szczęśliwa że hej.
            • 19.06.09, 08:23
              nie, przed ślubem nie było sielanki, tego nie powiedziałam. Mieszkaliśmy razem
              dwa lata, były wzloty i upadki. Ślub był nam nie potrzebny ale jednak się na
              niego zdecydowaliśmy-bardziej może z ciekawości jak będzie. No i jest...fatalnie
              • 19.06.09, 09:30
                forum.gazeta.pl/forum/w,16,81778113,,a_ja_sie_wlasnie_pakuje_i_koncze_nieudany_zwiazek.html?v=2

                skoro przed ślubem było tak tragicznie, to po co go braliście?
                • 19.06.09, 09:40
                  bo się kochamy?
                  • 19.06.09, 09:54
                    ręce opadają... małżeństwo to nie trzymanie się za rączkę. Trzeba kryteria różne
                    wziąć pod uwagę, a miłość tak akurat jest jedna z mniej ważnych rzeczy. Potem i
                    tak uczucia się zmieniają, czasami znikają i jedyne co zostaje to zgodność i
                    przyjaźń. Jeśli lubisz jak twój facet zapewnia ci huśtawki emocjonalne i dzięki
                    temu masz podwyższony poziom adrenaliny, to może zostań z nim. Tylko nie marudź.
                    Życie to nie bajka o śpiącej królewnie.
                    --
                    Oskar
                    • 19.06.09, 14:12
                      ja paru rzeczy nie rozumiem,jezeli bylo sie z gosciem przed slubem 2lata i sie z
                      nim mieszkalo,to jak goscia mozna przez ten czas nie poznac.co innego jak sie
                      nie mieszka i nie jest sie z gosciem 24 na dobe.
                      ja z moim jestem tyle samo wiadomo ze sie klucimy ale ta klutnia wyglada tak:ja
                      krzycze co mi nie pasuje on to samo i za piec minut jest calowanie i
                      przytulanie,a jak by mi powiedzial ty szmato albo nawet glypie:idiotko! to
                      naprawde chociaz ze jestem w ciazy bym sie wyniosla!ogladalam przez cale zycie
                      jak moj ojciec pomiatal mama wiec ja napewno bym tego nie powturzyla!
                      ale oczywiscie sa inne przypadki nie przecze widze co przechodzi moja kuzynka
                      ktora pchala sie do slubu ze wzgledu na dziecko,ale taka jest prawda ze juz
                      przed slubem mowil jak jemu nie podobaja sie kobiety z brzuczkiem,nie mowiac o
                      piciu i balangach.tak naprawde to ona nie patrzyla na te wady oczami szeroko
                      otwarymi,zwlazcza ze ojciec jej jest pijakiem.a teraz placz
                      --
                      [url=http://www.suwaczek.pl/][img]http://www.suwaczek.pl/cache/547f1aed30.png[/img][/url]
                      • 27.06.09, 10:44
                        Wydaje mi sie ze ludzie wszelkie rodzinne patologie podtrzymuja uwazajac cos za
                        normalne.A potem dziwic sie ze jak matka byla bita,to i corka jest niezle lana w
                        tyleczek :)
                      • 04.07.09, 22:54
                    • 19.06.09, 16:37
                      nigdy nie sądziłam, że małżeństwo to trzymanie za rączkę. Wiem, że
                      uczucia się zmieniają itd. Poznałam męża bardzo dobrze przed ślubem
                      i oboje wiedzieliśmy w co się pakujemy.Chciałabym pomóc swojemu
                      związkowi a nie rozwodzić się po kilku miesiącach. Pewnie, że mogę
                      sobie poszukać kolejnego faceta, nawet zrobić casting na tego, który
                      najbardziej będzie do mnie pasował. Tylko co z tego będzie, jak nie
                      będę go kochała? wtedy będę szczęśliwa?
                      • 27.06.09, 10:47
                        Jasne ze na poczatku nie bedziesz zakochana,ale szczesliwa na pewno tak.Czas
                        leczy rany i uwazam ze ponownie zakochasz sie a poczatkowych objawow milosci
                        nawet nie dostrzezesz :)Zycze ulozenia zycia jak i najszczesliwszej przyszlosci :)
                    • 03.07.09, 13:17
                      shemreolin napisała:

                      > ręce opadają... małżeństwo to nie trzymanie się za rączkę. Trzeba
                      kryteria różn
                      > e
                      > wziąć pod uwagę, a miłość tak akurat jest jedna z mniej ważnych
                      rzeczy. Potem i
                      > tak uczucia się zmieniają, czasami znikają i jedyne co zostaje to
                      zgodność i
                      > przyjaźń. Jeśli lubisz jak twój facet zapewnia ci huśtawki
                      emocjonalne i dzięki
                      > temu masz podwyższony poziom adrenaliny, to może zostań z nim.
                      Tylko nie marudź
                      > .
                      > Życie to nie bajka o śpiącej królewnie.

                      Nie zgadzam się z tą opinią a mam do tego podstawy w postaci udanego
                      23-letniego związku (20 lat po ślubie). Małżeństwo to właśnie
                      trzymanie się za rączki. W wieku 40-kilku lat zawsze spacerujemy
                      trzymając się za ręce. Jak można powiedzieć, że miłość jest jedną z
                      mniej ważnych rzeczy. Jest NAJWAŻNIEJSZA. Tylko wtedy można razem
                      przejść przez trudy życia: wychowanie dzieci (mamy dwoje 19 i 16
                      lat), choroby itp. Motto naszego małżeństwa można określić jako: Im
                      więcej dajesz drugiej osobie, tym więcej otrzymujesz. Mówisz, że
                      uczucia się zmieniają. Nic podobnego. Tylko czasem próbują nieco
                      przysnąć, ale to od nas zależy, by nie dać im zasnąć na dlugo. Ja i
                      moja żona mamy w wielu sprawach inne poglądy, mamy też zapewne swoje
                      wady. Ale trudna sztuka kompromisu i myślenie o drugiej osobie
                      pozwalają nam naprawdę pokonywać problemy życiowe, a w partnerze
                      staramy się widzieć to, co jest dobre. Faktem jest, że do udanego
                      związku potrzeba dwojga wzajemnie rozumiejących się ludzi. Starania
                      tylko jednej strony na niewiele się zdadzą.
                • 19.06.09, 19:47
                  Podobno rozwody idą trzy razy szybciej niż śluby :) Tylko wstyd musisz przełamać
                  <przed rodzina i znajomymi zawsze możesz powiedzieć że to niezgodność charakteru
                  była> :D masz nadal szanse na dobre życie
                  --
                  Post ten wyraża opinie autorki w dniu dzisiejszym. Nie możne on być wykorzystany
                  przeciwko niej w dniu jutrzejszym, ani innym następującym po nim dniu. Autorka
                  zastrzega sobie prawo do zmiany poglądów, bez podawania przyczyny.
              • 10.07.09, 17:45
                mila993 napisała:

                > nie, przed ślubem nie było sielanki, tego nie powiedziałam.
                Mieszkaliśmy razem
                > dwa lata, były wzloty i upadki. Ślub był nam nie potrzebny ale
                jednak się na
                > niego zdecydowaliśmy-bardziej może z ciekawości jak będzie. No i
                jest...fatalni
                > e

                Wybacz Mila, ale dla mnie jesteście parą dzieciaków, które z
                ciekawości postanowiły pobawić się w "prawdziwą" rodzinę. To nie
                fakt zawarcia ślubu jest winny tej sytuacji, tylko Wasza
                niedojrzałość. Przykro mi, ale nie ma innego sposobu na uratowanie
                tego związku, jak tylko natychmiastowe dorośnięcie
        • 26.07.09, 18:55
          diabel.pl napisała:
          > a potem rozwod i
          > rozdzielnosc majatkowa (nie ma co facetowi
          > zostawiac rzeczy na ktore sie
          > charowalo)

          a jeśli to on harował?

          40cztery
    • 19.06.09, 17:07
      Trochę to dziwne, bynajmniej dla mnie. Wzięłam ślub po 9 latach życia w konkubinacie i tak naprawdę nic on nie zmienił w naszych relacjach, nawet powiedziałabym, że jest lepiej. Być może dlatego, że tak naprawdę byliśmy pewni że sam papier niczego nie zmieni i z takim nastawieniem się pobraliśmy (2 lata temu). Nie oczekuję od niego romantyzmu bo to nie ten typ, kiedy chce się przytulić to się przyklejam, a obowiązki domowe wiadomo.. ktoś to musi zrobić, więc albo ten kto potrafi albo ten któremu się chce ;) dlatego czasami warto zmienić podejście.
      Piszesz też o rozmowie, a właściwie jej braku. Mężczyźni czasami chcą pomilczeć więc nie naciskaj, natomiast jeśli będzie to trwać dłuższy czas (oczywiście bez Twojego ględzenia i napominania) możesz sięgnąć po świetne psychologiczne sztuczki, tzn możesz powiedzieć np. " jest mi bardzo przykro z powodu braku rozmowy między nami, czuję się osamotniona" wiem, że to brzmi idiotycznie ale uwierz, to działa!! pamiętaj o jednej podstawowej rzeczy w formułowaniu takiego zdania, zawsze zaczynasz od JA czyli: jest mi przykro, twoje słowa mnie ranią itd itp Życzę powodzenia i pamietaj życie to nie bajka i nigdy nie będzie. Trzeba to przetrwać bo w końcu razem ciągniecie ten wóz. Acha przypomniała mi się świetna metafora którą powiedział mi mój wspaniały Ojciec: mężczyzna jest jak gałązka, jeśli będziesz ją delikatnie wyginać w końcu nabierze oczekiwany kształt, jeśli zrobisz to bez wyczucia i szybko- pęknie. uwielbiam to porównanie daje dużo do myślenia :) Pozdrawiam ciepluto
      • 19.06.09, 19:53
        Ponieważ tak naprawdę cie nie znam i twojej sytuacji także to mogę się po obu
        stronach postawi, Moja koleżanka powiedziała ostatnio: życie nie polega na
        zmienianiu innych, to byłoby za proste, trzeba siebie zmienić" i w tym jest dużo
        prawdy może zacznij od siebie od tego jak Ty traktujesz jego?
        --
        Post ten wyraża opinie autorki w dniu dzisiejszym. Nie możne on być wykorzystany
        przeciwko niej w dniu jutrzejszym, ani innym następującym po nim dniu. Autorka
        zastrzega sobie prawo do zmiany poglądów, bez podawania przyczyny.
        • 19.06.09, 21:23
          nie jestem typem potulnej kobietki ale zawsze preferowałam szczerą,
          spokojną rozmowę. problem w tym, że mój luby jest typem choleryka i
          przy nim ciężko pozostać spokojnym. Tak sobie myślę cały czas o moim
          związku, chciałabym aby było dobrze bo to ogólnie fajny facet.tylko
          czemu tak szybko przestało mu zależeć, po tym całym ślubie.Widać
          poleciał stereotypem...
          • 29.06.09, 17:27
            Jeśli chcesz zmienić swoje życie na lepsze - skorzystaj ze szkolenia, które
            pomaga osiągnąć spokój ducha.. i odzyskać utraconą radość:
            www.zycienamaxa.pl/index.php?link=zycienamaxav1
            Byłam i gorąco polecam! Koszt stosunkowo niewielki jak na to, co się w zamian
            otrzymuje.. i jak zmienia się Twoje życie...:)

            A zmieni się absolutnie wszystko to, co chcesz aby się zmieniło. Ale nie od
            razu, tylko stopniowo - krok po kroku.. dzień po dniu.. I zobaczysz wreszcie, że
            Twój mąż jest tym samym człowiekiem, co przed ślubem, zaczniesz dostrzegać jego
            dobre strony. Bo jak jedna z przedmówczyń napisała - jeśli chcesz zmieniać swój
            świat - tak naprawdę możesz to zrobić zaczynając od siebie:)
      • 19.06.09, 22:35
        > Trochę to dziwne, bynajmniej dla mnie.

        Proszę, nie używaj słów, których nie rozumiesz...

        --
        >>Z natury jestem feministą, ale przy lekturze takich "wzruszających historii"
        zastanawiam sie czasem czy nie postawiłem na złego konia<< by kretynofil,
        napisane tutaj: a.gd/767e99
    • 19.06.09, 22:02
      Czuję się tak samo...Parę miesięcy temu wzięłam śub. Znaliśmy się
      długo przed ślubem (parę ładnych lat). Było różnie, jak to w związku.
      A teraz... Zaczynam żałować wszystkiego. Mysłałam, że dzień w którym
      zamieszkamy w naszym wspólnym domu będzie najszczęśliwszym dniem w
      moim życiu. Ten dzień będzie za 2 tyg. a ja żałuję że kupiliśmy to
      mieszkanie. Jakaś paranoja.
      • 22.06.09, 12:26
        Kiedy w końcu ludzie zrozumieją że związek w ktorym jest różnie/ raz lepiej raz
        gorzej/ z telndncją wzlotowo - upadkową to NIE JEST dobry/ szczęśliwy związek?

        wolałybyście mieszkać w miejscu gdzie pół roku wali grad a pół roku świeci
        słońce czy tam gdzie cały czas jest piękna pogoda?

        Nie wiem skąd ludziom się wzieło że w związku bywa źle. Gdyby w moim kłotnie
        były częstsze niż 5-10 razy w roku - dałabym sobie spokój z takim związkiem a
        nie planowała kupno mieszkania/ ślub etc. I mam tu na myśli kłótnię półgodzinną
        spowodowaną wybuchem emocji i faktycznym problemem a nie jakieś ciche dni i
        awantury.
        • 23.06.09, 12:50
          co to za różnica czy nosisz obr~ączke czy nie,jak jest zle w związku to
          nieżalenie czy jesteś zona czy dziewczyna,owszem facet może czuć ze teraz jesteś
          juz jego na zawsze i nie musi się starać oraz ze zona stereotypowo jest od
          siedzenia w domu i służenia mężowi ale porozmawiaj z nim szczerze i spokojnie a
          nie odrazu odchodź
        • 23.06.09, 17:54
          Współczuję ludziom mającym z Tobą do czynienia. Jesteś pewnie osobą
          młodą albo bardzo uległą (lub Twój partner). Nie ma zdrowych
          związków w których "zawsze świeci słońce". Oznacza to jedynie, że
          jedna osoba bądź obie podporządkowują się drugiemu, a to jest
          niebezpieczne zarówno dla osoby mocniejszej jak i tej słabszej. To
          naturalne, że ludzie się kłócą i mają odmienne zdania na jakiś
          temat. Stawianie sobie granicy 5 lub 10 kłótni na rok, jest tak
          naprawde bezmyślnością. Nie chcę obrażać autorki postu ale nie można
          zamykać się w tak sztywnych ramach. Czy jeżeli np. partner, chłopak,
          mąż straciłby pracę i z tego wywiązałaby się 11 kłótnia oznaczałoby
          to, że związek lub małżeństwo straciło sens i koniec? Trzeba myśleć
          szerzej...
          • 23.06.09, 19:33
            > Współczuję ludziom mającym z Tobą do czynienia. Jesteś pewnie osobą
            > młodą albo bardzo uległą (lub Twój partner).

            A dlaczego współczujesz ludziom mającym ze mną do czynienia? Bo się nie kłócimy?
            Rozumiem ze lepiej być kłótliwą, wredną babą - która tupie nogą jak tylko jej
            coś nie pasuje. Jestem otoczona bardzo życzliwymi ludźmi właśnie przez to jaka
            jestem. W pracy wielokrotnie zbieram pochwały za bycie wspaniałym szefem -
            który doradzi, rozumie i potrafi wspierać innych. podobnie mam z przyjaciółmi -
            z którymi się nie kłócę i z rodziną a także właśnie moim partnerem. I nie
            jesteśmy ani młodzi ani ulegli, a jeśli chodzi o naszą uległość - powiedziałabym
            dokładnie odwrotnie - ze każde z nas jest uparte jak osioł. W zależności od
            sytuacji i tematu - prześcigujemy się jedynie które bardziej.

            wiesz na czym polega dojrzałość? sądzę że nie masz pojęcia. Osoby które się
            kłócą mają problem ze swoimi emocjami. Strata pracy ma być powodem do kłótni? Ja
            utrzymywałam nasz dom właśnie w takiej sytuacji i nigdy się nie kłóciliśmy z
            tego powodu. I nie kłócimy się - a zawsze świeci słońce - i to jest możliwe -
            nawet jak spotykają się dwie uparte osoby.
            Wiesz czemu? Bo rozmawiamy ze sobą. Dyskutujemy, analizujemy problem. Staramy
            się w spokoju znaleźć rozwiązanie i poszukać drogi ustępstwa na które druga
            osoba będzie w stanie się zdobyć. Na tym polega sztuka rozmowy i zarazem
            asertywności - tak aby nie ulegać - a znaleźć drogę porozumienia. Dzięki właśnie
            takiej dojrzałości emocjonalej można mieć w domu spokój, miłość i wieczne
            szczęście.
            Wg mnie kłocą się osoby prymitywne i niepotrafiące rozmawiać. Jeśli odmienne
            zdanie jest przyczyną kłótni - a nie rozmowy - to mówi to samo za siebie.
            Przykre że należysz do takich osób ale to się z domu wynosi i nic na to nie poradzę.

            I ramy 5 kłotni - są metaforą. Ja nie mam w zwyczaju rozpoczynać kłótni - więc
            jak partner zaczynałby się ze mną kłócić częściej niż jestem to w stanie
            tolerować - dałabym sobie spokój - bo nie lubię ludzi, którzy swoje racje pragną
            udowadniać krzykiem bądź klekotaniem w kółko tych samych teorii bez słuchania
            drugiej osoby.

            • 23.06.09, 20:39
              Współczuję dlatego, że ciężko wytzrymać z osobą dla której jest
              tylko białe lub tylko czarne. Świat jest kolorowy ale trzeba umieć
              to dostrzegać. I ludzie są różni - nie ma dwóch osób o takich samych
              poglądach na każdy temat.
              Na tamat straty pracy - chyba nie przeczytałaś dokładnie albo nie
              zrozumiałaś.
              Jesteś szefem, zbierasz pochwały - sama pewnie rozumiesz sens tego
              co napisałaś.
              Wytłumacz mi więc na czym polega dojrzałość skoro uwarzasz że nie
              mam pojęcia.
              Emocje są po to żeby je wyrażać - jeśli nie masz problemów z
              emocjami tzn. że potrafisz je wyrazić.
              Prymitywne jest posiadanie wąskich horyzontów i to nie dotyczy mnie
              a właśnie Ciebie - otwórz się na ludzi a zobaczysz że świat nie jest
              ani biały ani czarny. Jak czasem tupniesz nogą też świat się nie
              zawali - a jeśli dalej chcesz być potulna jak baranek żeby ludzie
              których masz pod sobą chwalili Cię bo tak trzeba... Twóje życie
            • 23.06.09, 21:22
              W innych wątkach piszesz że poznałaś partnera w wieku 15 lat i
              jesteś z nim 9 lat - jesteś jeszcze młoda.
              Gdzieś piszesz że nie mieszkacie razem i dopiero będziecie brać
              ślub - więc co Ty możesz wiedzieć o małżeńskich kłótniach, sama
              zobaczysz jak będą wyglądać wasze początki małżeństwa. Jeśli uważasz
              że jesteś taka dojrzała to powinnaś wiedzieć że osoby, które coś
              przeżyły wiedzą na dany temat więcej niż osoby które nie były w
              takiej sytuacji - czyli Ty.
              • 23.06.09, 22:20
                No dla mnie młoda to jest 19 latka - ale ok. Poza tym może i wiekowo młoda- ale
                przez życie doświadczona i to bardziej niż wielu 30 latków. Poza tym - fakt ze
                nie mieszkamy teraz razem nie znaczy że nie mieszkaliśmy w ogóle ze sobą i ze
                nie mam pojęcia jak to jest...

                Tłumaczenie, które stosujesz kojarzy mi się z gadaniem starej babci - która jak
                nie ma argumentów, to mówi ze starszy jest mądrzejszy... bo jest starszy :)

                Pracuję z wieloma "starszymi i mądrzejszymi" paniami - które od wielu lat psują
                swoje małżeństwa na życzenie.

                Rozumiem że wg ciebie winą za kłótnie trzeba obarczyć fakt ze ludzie są mężem i
                żoną? Jakby żyli w konkubinacie kłótni by nie było, tak? :)
                • 24.06.09, 10:48
                  Nie mówie nigdzie, że jestem starsza i mądrzejsza. Czytaj ze
                  zrozumieniem - nie jesteś żoną mieszkającą z mężem. Więc co możesz
                  wiedzieć o tym jakie rodzą się problemy w małżeństwie. Nie da się
                  mieć zawsze dobrego humoru, spokojnie rozmawiać. Pożyj a zobaczysz
                  jak zweryfikują się Twoje poglądy.
                  A co do ostatniego Twojego akapitu - znowu nie czytasz ze
                  zrozumieniem. Szkoda - byłoby mniej stresu na świecie gdyby ludzie
                  rozumieli to co czytają i słuchają.
                  • 24.06.09, 20:52
                    Nie da się
                    > mieć zawsze dobrego humoru, spokojnie rozmawiać

                    O tym mówię - jest to bzdura - ponieważ to nie zależy od tego czy jesteś żoną/
                    szefem/ matką/ babcią.

                    To zależy od tego jakim jesteś człowiekiem. Od tego jak reagujesz, jak
                    zachowujesz się w przypadku problemu, jak radzisz sobie z tym, ze np. nagle ktoś
                    zaczyna na ciebie krzyczeć.

                    Ja nie mam w zwyczaju krzyczeć ani się kłócić. Mam w zwyczaju rozmawiać.
                    Wielokrotnie w życiu miałam sytuacje gorsze niż problem z mężem. Niejednokrotnie
                    obcy ludzie lub nawet bliższe mi osoby darły się na mnie albo rzucały fałszywe
                    oskarżenia. Niejednokrotnie byłam w sytuacji bez wyjścia bądz sytuacji w której
                    spotkała mnie taka krzywda z czyjeś strony, ze mało kto byłby w stanie zachować
                    zimny spokój.

                    I wierz sobie lub nie - nie kłóciłam się z nikim, nie darłam się na nikogo, nie
                    robilam nikomu awantur. Jeśli ktoś nie jest w stanie przeprowadzić ze mną
                    rzeczowej i konstruktywnej rozmowy - nie rozmawiam wcale. Być może było mi nie
                    raz smutno- bo nie powiedziałam ze zawsze jestem szczęśliwa. Ale nie byłam
                    wścieła i nie rzucałam na nikogo gromów - nawet jak spotykała mnie krzywda.

                    I dlatego wiem, ze nie potrzebuję 15 lat pożycia małżeńskiego żeby wiedzieć jak
                    się zachowam. Mój przyszły maż nie jest w stanie mi więcej krzywd wyrządzić niż
                    niektóre z tych jakie mnie dotknęły. Tyle z mojej strony - odcinam się od tematu.
                    Nie będę dłużej dyskutuwac, jeśli z znając mnie z paru postów wysuwasz teorię na
                    temat tego jak ja się będę kiedyś zachowywać. Niniejszym pozdrawiam ciepło -
                    mimo wszystko :)
                    • 25.06.09, 14:55
                      Jedyny wniosek jaki wysnuwam jest taki że nie potrafisz zrozumieć
                      tego co czytasz - ale tą umiejętność trzeba było opanować w szkole
                      podstawowej więc żeczywiście lepiej nie dyskutować.
                      • 25.06.09, 21:07
                        szkoda, że ty w szkole podstawowej nie opanowałaś zasad ortografii - bo robisz
                        błędy jak 7 letnie dziecko - pouczając innych oczywiście :)

                        Powtarzasz się bo sama nie rozumiesz co czytasz - i w kółko bredzisz to samo.
                        Przepraszam, może powinnam pisać krócej i prostszym językiem - choć dziwi mnie
                        że nie rozumiesz tego co napisałam - bo jest po kolei - teza - argument, no ale
                        cóż :)
          • 20.01.17, 16:28
            Odmienne zdania i dyskusja w poszukiwaniu rozwiązania jest BUDUJĄCYM aspektem związku. Kłótnia (ogólnie -- agresja) jest zawsze DESTRUKCYJNA, choć czasem destrukcję wnosi sama przyczyna kłótni, ale to zazwyczaj już trąci patologią. Jednak 90% tzw. kłótni to przejaw bezmyślności, jeśli nie głupoty, jednej ze stron (czasem obu), a powód tak błahy, że niewarty pierdnięcia.

            Gościula
      • 29.06.09, 17:41
        malyduszek-0 napisała:


        > A teraz... Zaczynam żałować wszystkiego. Mysłałam, że dzień w którym
        > zamieszkamy w naszym wspólnym domu będzie najszczęśliwszym dniem w
        > moim życiu. Ten dzień będzie za 2 tyg. a ja żałuję że kupiliśmy to
        > mieszkanie. Jakaś paranoja.

        Wszystko przez oczekiwania. Oczekujesz szczęśliwego małżeństwa, sielanki.
        Rozejrzyj się wokół - czy widzisz sielankowe rodziny, takie jak w reklamach?
        Nie ma takich.

        Tak naprawdę to Ty sama poprzez Twoje myśli kształtujesz swoją rzeczywistość, a
        ludzie mają tendencję do wyolbrzymiania problemów.
        Ale czy faktycznie wszystko jest takie beznadziejne, jak to opisujesz, że aż
        trzeba żałować decyzji sprzed kilku miesięcy?

        Akurat temat mieszkań jest bardzo częstą kością niezgody, gdyż nagle zderzają
        się dwa różne najczęściej charaktery z różnymi poglądami i upodobaniami. I do
        tego każde wie najlepiej, jak to powinno wyglądać. Ale po latach, kiedy już
        będziecie mieszkać razem - ta sprawa straci na znaczeniu. Tak naprawdę nie
        będziesz pamiętać o tym co było przed przeprowadzką. Zdarzy się w tym domu
        jeszcze tysiąc innych rzeczy, i tylko od Ciebie będzie zależało, jak będziesz
        chciała je widzieć i jakie emocje będzie dana sytuacja w Tobie wzbudzała...

        A nakręcanie się w stylu 'żałuję, że kupiłam mieszkanie; że wzięłam ślub; To
        najgorszy dzień w moim życiu' - to tylko biadolenie, które Polakom wychodzi
        genialnie i do tego powoduje, że się wpada w jeszcze głębszy wir negatywnych uczuć.

        A gdybyś pomyślała o czymś miłym? O czymś innym, co sprawia Ci przyjemność? I
        później gdybyś sobie wyobraziła siebie i męża w tym domu, razem, szczęśliwych,
        że już na swoim, gdybyś poczuła - jak to jest być szczęśliwą w takim domu...?
        To... jestem absolutnie pewna - że ten dzień okazałby się początkiem czegoś
        nowego i pięknego..:)
    • 24.06.09, 10:14
      Rozwód- jak to łatwo powiedzieć.
      Każdy ma gorsze dni, normalka.
      Mnie się wydaje,że Wam się po prostu nie chce starać. Każde chce być
      adorowane a nie dawać nic z siebie. małżeństwo to ciężka orka- własne
      przyzwyczajenia, wady na niewielkiej powierzchni. Sielanka jest
      wprost proporcjonalna do włożonego wysiłku. Możesz śmiało powiedzieć:
      "naprawdę się staram!", czy tylko" naprawdę mi zależy, ale niech to
      on zrobi pierwszy krok"? Rozwód- moim zdaniem to wyjście dla bitych w
      małżeństwie i dla słabeuszy. Rozwód jest taki prosty...znacznie
      łatwiej wziąć rozwód niż popracować nad związkiem, prawda? Poza tym
      co zakładaliście jak się pobieraliście?Że jak się znudzi to się
      rozstaniecie? Z jakiegoś powodu podjęliście to zobowiązanie, że "do
      grobowej deski".I co?I teraz dacie ciała?
      • 29.06.09, 17:59
        Joalicja ma po części rację - rozwód jest najłatwiejszym z rozwiązań, ale... tak
        naprawdę nie gwarantuje szczęśliwego pożycia w kolejnych związkach. Jeśli nie
        wiesz teraz jak utrzymać związek, aby był co najmniej dobry, to w kolejnym
        związku, kiedy pojawi się podobna sytuacja - również nie będziesz wiedzieć jak
        sobie z tematem poradzić...

        Nie generalizowałabym również w temacie - że tylko słabeusze biorą rozwód
        (pomijając temat osób krzywdzonych). Bo tak naprawdę i najsilniejsza i
        najtwardsza osoba, jeśli nie wie JAK sprostać problemowi musiała by być oceniona
        jako słabeusz. A tak nie musi być. Właśnie słabeusze wolą być w
        niesatysfakcjonujących związkach i nie robić nic w temacie, zamiast zmienić
        się/partnera/popracować razem. Branie rozwodu według mnie nie świadczy
        absolutnie o słabości, jak również nie świadczy o sile. Nie można mieszać
        jednego z drugim.

        Nie zgodzę się, że sielanka w związku wymaga nie lada wysiłku. Wszystko zależy
        od nastawienia. Osoby optymistyczne nie uważają, że związek kosztuje je wiele
        wysiłku. One po prostu nie pozwalają sobie na negatywne myśli i już. A kiedy
        brak przewidywania najgorszego - to i związek lepiej się układa i .. nie ma
        potrzeby, żeby 'walczyć' z przeciwnościami. Lepiej potraktować coś jako
        wyzwanie, któremu po prostu trzeba sprostać, aby udowodnić swoją siłę i wzmocnić
        poczucie własnej wartości:)
    • 24.06.09, 10:19
      oczywiście nie stawiam znaku równości między bitymi małżonkami i
      słabeuszami.To są dwie osobne grupy. Bici małżonkowie nie są
      słabeuszami.
      Rozwód to dramat, więc po co go sobie szykować?
    • 27.06.09, 10:12
      Szantazuje Ciebie metoda wplywu na sumienie.Szkoda czasu na takie malzenstwo ale
      to wylacznie moja prywatna opinia.
      • 06.07.09, 17:30
        dziewczyny,mi jest ciezko uwierzyc ze najpierw jest cudownie, potem slub i
        raptem wszystko sie zmienia. Nie wierze i juz!
        Slub niczego nie zmienia, a juz na pewno nie ludzi. A jesli ktos w momencie
        brania slubu staje sie innym człowiekiem to znaczy ze albo to ukrywal, albo Wy
        tego nie widzialyscie. Nie wiem jak to sobie tlumaczyc..
        --
        mójsuwaczek
        • 10.07.09, 16:29
          mala220 napisała:

          > dziewczyny,mi jest ciezko uwierzyc ze najpierw jest cudownie, potem slub i
          > raptem wszystko sie zmienia. Nie wierze i juz!
          > Slub niczego nie zmienia, a juz na pewno nie ludzi. A jesli ktos w momencie
          > brania slubu staje sie innym człowiekiem to znaczy ze albo to ukrywal, albo Wy
          > tego nie widzialyscie. Nie wiem jak to sobie tlumaczyc..

          Na pewno nie chcialy zauwazyc,przeciez byl taki kochany.
          Widzialy galy co braly.Tez nie mam pojecia jak Tobie wytlumaczyc takie zachowanie.
          • 20.07.09, 22:13
            Cześć dziewczyny. Teraz ja chciałabym się wyżalić... Jestem po ślubie kilka
            miesięcy. Mamy 3-miesięczne dziecko. Ostatnio w ogóle nam się nie układa.
            Właściwie po narodzinach synka. Mój mąż nadużywa alkoholu, zdarza mu się nie
            wracać na noce, kłamie... Zupełnie nie mogę znaleźć z nim żadnego kontaktu. Nic
            do niego nie dociera. Przez ostatni tydzień mogę powiedzieć, że było naprawdę
            dobrze... nie pił, wracał do domu na noce, nie kłóciliśmy się... Głupia
            wierzyłam, że się zmienił i, że może wreszcie nam się ułoży, ale się pomyliłam.
            Znowu go nie ma na noc... Podkreślę, że mieszkamy z moimi rodzicami i jest mi
            bardzo wstyd. Przez niego tracę kontakt nawet z nimi. Nie raz kazałam mu się
            wynosić. Raz się wyprowadził... wrócił po 3 dniach i obiecywał zmianę, jednak
            tej zmiany nie było i nie ma. Zupełnie nie wiem co mam robić... :(
    • 21.07.09, 14:39

      Jako "konkubinat" byliśmy związkiem otwartym,
      > byliśmy dość niezależni od siebie, mieliśmy osobne
      > prace,hobby,czasem osobne wyścia ale również uwielbialiśmy spędzać
      > chwile tylko we dwoje

      i tu jest pies pogrzebany.
      przed slubem laczylo Was bardzo niewiele.

      --
      mój suwaczek
      • 21.07.09, 19:38
        Niestety mam podobna sytuacje....
        aż wsyd się przyznać ale po ślubie dopiero miesiąc..
        Fakt, znałam jego wady. strasznie kłotliwy w przeciwienstwie do
        mnie. nie lubie sie z nim klocic bo pozniej konczy sie na gorzkich
        slowach. ublizanie nie zna granic...

        nie wiem. wciaz zyje złudzeniami ze uda mi sie zmienic ten defekt w
        jego charakterze...
        • 21.07.09, 20:43
          w moim związku też jest ubliżanie, zwłaszcza ja ubliżam mężowi, gdy się
          zdenerwuję... no ale jak on się zachowuje... szkoda słów. Już sama nie wiem co
          mam robić, jedynie dziecko mnie przy nim trzyma, ale czasami to myślę, że
          wolałabym chyba sama wychowywać dziecko niż mieszkać z kimś takim jak on...
          • 21.07.09, 20:46
            właśnie, najtrudniejsza jest ta ostateczna decyzja...strach i obawa
            przed nowa sytuacja bez niego obok. przed slubem pare razy myslałam
            o odejsciu bo już nie wytrzymywałam psychicznie. zawsze myslałam 'a
            zmieni się' i naprawde przez ponad pol oku był cudowny az do
            teraz...ze tak powiem - "powtórka z rozrywki" :(
            • 21.07.09, 21:57
              ja mam wrażenie, że mój mąż robi wszystko tylko żeby nie siedzieć z nami w domu,
              ciągle mówi, że gdzieś musi jechać, byle pretekst jest dobry żeby tylko wyjść z
              domu. Nie potrafię zrozumieć, jak mogą być koledzy, czy alkohol ważniejsi od
              żony i dziecka, naprawdę nie pojmuję tego. Ja mu nie bronię spotykania się z
              kolegami, ale czy trzeba to robić po nocach? Ja potrafiłam postawić rodzinę na
              pierwszym miejscu. I tak dziecko jest dla mnie najważniejsze, a czy męża kocham?
              Hm... mimo że był dla mnie 'oczkiem w głowie' przed ślubem, nie mogę powiedzieć,
              że go kocham... bo takiego człowieka ja już nie potrafię kochać...
              • 21.07.09, 23:26
                wiesz takie wyjscia i ciagle myslenie o kolegach jako czyms
                koniecznym do zycia może świadczyc o tym że się poprostu nie
                wyszumiał i wciąż z żalem wspomina te kawalerskie rozrywki. To chyba
                logiczne, że gdy decyduje sie na załozenie rodziny to niestety ale
                kumpe i inne tego typu rozrywki odchodza na bok..

                kocham gdy jest dobrze nienawidze gdy wchodzi w niego zwierze...
                co śmieszniejsze robie sie wtedy agresywna :D
                • 26.07.09, 18:41
                  Najgorsze jest to że woli spędzać czas z kolegami niż z nami. Ja ciągle siedzę z
                  synkiem sama w domu, bo on pracuje, a jak już ma chwile wolnego to zamiast
                  siedzieć z nami to bierze samochód i jedzie...pije... i nic go nie interesujemy
                  ;( za 2 tyg. mamy chrzciny synka. Planuję do tego czasu z nim być, a później już
                  nie chcę z nim być skoro koledzy i alkohol ważniejszy... choć wiem, że będę
                  ryczeć jak głupia... ;(
    • 26.07.09, 18:56
      mila993 napisała:
      > witajcie, muszę się po protu wyżalić.
      > jestem dopiero kilka miesięcy
      > po ślubie a czuję, że popełniłam błąd.

      czy przed ślubem na pewno wszystko było OK, czy raczej miałaś nadzieję, że się
      ułoży?

      40cztery
      • 28.07.09, 14:40
        a przed ślubem byłaś szczęśliwa? skoro byłaś to zacznij znowu żyć tak jak przed
        ślubem i tyle. meżem sie nie przejmuj bo TY jesteś odpowiedzialna za SWOJE życie
        i SWOJE szczęście. on niech się zajmie swoim nosem a Ty SWOIM.
        --
        pantarej to samiec pantery, rzecz jasna.
    • 17.12.16, 17:22
      Wiem co czujesz. Od prawie roku jestem mężatką i już myślę o rozstaniu. Partner mnie nie szanuje a o romantyczności nie ma już mowy. Nie układa się nam po prostu. Z racji tego że jesteśmy młodym małżeństwem jest jeszcze trudniej się dogadać, przebywamy razem w domu ale nie spędzamy tego czasu razem. Fakt że mamy razem dziecko również nie motywuje go do naprawy sytuacji. Nie raz mówi mi wprost że mogę się pakować i wyjść jak mi się coś nie podoba... Obydwoje się męczymy ze sobą. A najgorsze jest że nie mam fdzie się wyprowadzić ani nie mam możliwości iść do pracy, a mąż nawet alimentów na dziecko nie będzie płacił, bo nie pracuje od kilku miesięcy. A u mojej mamy nie ma warunków na wspólne mieszkanie. Także nie męcz się z nim, zacznij wszystko od nowa, wkońcu o Nim zapomnisz i ciesz się życiem. Po co marnować kolejne miesiące życia?
      • 19.12.16, 13:10
        W takim razie z czego żyjecie skoro ani Ty ani mąż nie pracujecie? Ja na Twoim miejscu próbowałabym się jakoś usamodzielnić i odeszła. Nie szkoda Ci marnować życia?
  • Powiadamiaj o nowych wpisach

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.