Dodaj do ulubionych

Dobry art. Applebaum - nie dla hitlerkow :O)

11.11.17, 18:32
Anne Applebaum: Trump, Kaczyński i ich kumple. Bolszewicy wracają.

Le Pen, Trump, Orbán, Kaczyński - opisuje się ich jako "skrajną prawicę", ale z prawicą mają mało wspólnego. PiS dzieli Polaków na tych prawdziwych i na gorszy sort. Trump twittuje o "wrogach ludu". Lenin jak żywy.

Do początku 1917 r., w przededniu rewolucji rosyjskiej, większość ludzi, którzy stali się znani na świecie jako bolszewicy, niewiele osiągnęło w swoim życiu. Przebywali w więzieniach i poza nimi, ciągle pod nadzorem policji, rzadko kiedy pracowali. Lenin większość czasu w dziesięcioleciu poprzedzającym rewolucję spędził, wędrując między Krakowem, Zurychem i Londynem. Stalin w tych latach przebywał na Kaukazie, wymuszając pieniądze za ochronę i rabując banki. Lwa Trockiego, który uciekł z syberyjskiego zesłania, można było znaleźć w wiedeńskich kawiarniach; kiedy wybuchła rewolucja, epatował swoją błyskotliwością podczas zebrań socjalistów w Nowym Jorku.

Były to postacie marginalne nawet w rosyjskim podziemiu rewolucyjnym. Trocki odegrał niewielką rolę w zakończonej niepowodzeniem rewolucji 1905 r. – krwawej, spontanicznej rewolcie, którą historyk Richard Pipes określił jako „wstępny szok” – a Lenin był za granicą. Żaden z nich nie odegrał poważniejszej roli w rewolucji lutowej, pierwszej z dwóch rewolucji, do jakich doszło w 1917 r., kiedy wygłodzeni robotnicy i zbuntowani żołnierze opanowali ulice Piotrogrodu, jak wówczas nazywano Sankt Petersburg, zmuszając cara do abdykacji. Aleksander Szlapnikow, jeden z nielicznych bolszewików, którym udało się wówczas dotrzeć do rosyjskiej stolicy, początkowo nawet uznał lutowe protesty uliczne za mało znaczące: jaka rewolucja? Dajcie robotnikom po funcie chleba, a cały ruch zamrze.

Chaotyczne wybory do pierwszego sowietu robotników, czegoś w rodzaju spontanicznej rady, odbyły się na parę dni przed abdykacją cara; bolszewicy uzyskali jedynie ułamek głosów. W tamtym momencie powszechnym poparciem cieszył się Aleksander Kiereński, który miał się stać liberalnym przywódcą Rządu Tymczasowego. Siedem miesięcy później władzę objęli bolszewicy.

Jeden z moich rosyjskich przyjaciół lubi powtarzać, na wzór słynnego żartu Woltera o Świętym Cesarstwie Rzymskim, że nazwa „wielka rewolucja październikowa”, jak ją zawsze nazywano w czasach sowieckich, nie odpowiadała w żadnym stopniu tworzącym jej nazwę trzem słowom: nie była ani wielka (była klęską gospodarczą i polityczną), ani październikowa (zgodnie z kalendarzem gregoriańskim miała miejsce 7 listopada), a nade wszystko nie była rewolucją. Była bolszewickim zamachem stanu.

Nie była też jednak przypadkiem. Lenin zaczął spiskować, żeby przemocą przejąć władzę, zanim jeszcze w ogóle usłyszał o abdykacji cara. Natychmiast – „w ciągu paru godzin”, jak to w znakomitej nowej biografii „Lenin. Człowiek, dyktator, mistrz terroru” napisał historyk Victor Sebestyen – wysłał listę rozkazów do swoich kolegów w Piotrogrodzie. Brzmiały m.in.: „żadnego zaufania ani wsparcia dla nowego rządu”, „uzbrójcie proletariat”, „żadnego zbliżenia z innymi partiami”. Przebywając w odległej Szwajcarii, nie mógł mieć pojęcia o tym, co reprezentuje nowy rząd. Jako człowiek jednak, który w poprzednich 20 latach znaczną część swego czasu poświęcił na walkę z „demokracją burżuazyjną” i na zjadliwą argumentację przeciw wyborom i partiom, wiedział już, że chce go zmiażdżyć.

To ekstremizm Lenina był tym, co spowodowało, że rząd niemiecki, prowadzący wówczas wojnę z Rosją, pomógł mu w realizacji jego planów. Jeden z niemieckich wysokich urzędników doradzał: „Zdecydowanie musimy starać się doprowadzić do maksymalnego chaosu w Rosji. Musimy potajemnie robić wszystko co możliwe, żeby zaostrzać różnice między partiami umiarkowanymi i skrajnymi (…), skoro jesteśmy zainteresowani wygraną tych drugich”.

Kaiser osobiście zatwierdził ten pomysł; jego generałowie mieli nadzieję, że doprowadzi to do załamania się państwa rosyjskiego i do jego wycofania się z wojny. Rząd niemiecki obiecał Leninowi fundusze, wsadził jego i 30 innych bolszewików – w tym jego żonę, Nadieżdę Krupską, a także kochankę, Inessę Armand – do pociągu i wysłał ich do rewolucyjnego Piotrogrodu. Przyjechali na Dworzec Fiński 16 kwietnia 1917 r., gdzie powitał ich wiwatujący tłum.

Kilka dni później Lenin ogłosił swoje tezy kwietniowe, które były odzwierciedleniem rozkazów wysyłanych przez niego z Zurychu. Traktował fakt, że bolszewicy są w mniejszości, jako sytuację przejściową, skutek nieporozumienia: „Musi się wyjaśnić masom, że Rada Delegatów Robotniczych jest jedyną możliwą formą rządu rewolucyjnego”. Okazał pogardę dla demokracji, odrzucając koncepcję republiki parlamentarnej jako „krok wstecz”. Wzywał do zniesienia policji, armii i biurokracji, a także do nacjonalizacji całej ziemi i wszystkich banków.

Mnóstwo ludzi sądziło, że zwariował. Jednak w kolejnych tygodniach Lenin trzymał się swojej skrajnej wizji, mimo sprzeciwów jego bardziej umiarkowanych kolegów. Prowadził agitację w całym mieście. Posługując się formułą, którą naśladowali i powtarzali demagodzy na całym świecie przez całe dziesięciolecia – włącznie z demagogami dnia dzisiejszego, o czym więcej za chwilę – on i inni bolszewicy oferowali biednym proste odpowiedzi na złożone pytania. Nawoływali o „pokój, ziemię i chleb”. Zarysowywali piękne obrazy niemożliwej do urzeczywistnienia przyszłości. Obiecywali nie tylko zamożność, ale też szczęście, lepsze życie w łonie lepszego narodu.

Trocki pisał później, uderzając w niemal mistyczne i liryczne tony, o tym okresie, kiedy „odbywały się wiece w fabrykach, szkołach i uczelniach, w teatrach, cyrkach, na ulicach i placach”. Najbardziej lubił wspominać wydarzenia, które miały miejsce w piotrogrodzkim cyrku:

„Zazwyczaj przemawiałem w cyrku wieczorem, niekiedy późno w nocy. Moi słuchacze składali się z robotników, żołnierzy, ciężko pracujących matek, urwisów ulicznych – uciskanych przez kapitał. Każdy cal był zapełniony, każde ciało ludzkie ściśnięte do granic możliwości. Młodzi chłopcy siedzieli na ramionach swoich ojców; matki trzymały przy piersiach niemowlęta. Nikt nie palił. Balkony groziły zawaleniem pod nadmierną masą ciał ludzkich. Przechodziłem do podestu wąskim przejściem między ludźmi, niekiedy byłem przenoszony nad ich głowami. W powietrzu, nasyconym oddechami i oczekiwaniem, wybuchały okrzyki.

Żaden z mówców, najbardziej nawet wyczerpany, nie mógł się oprzeć elektrycznemu napięciu panującemu w tym rozpalonym ludzkim tłumie. Ci ludzie chcieli wiedzieć, chcieli zrozumieć, chcieli poznać swoją drogę. Niekiedy wydawało mi się, że czuję wargami surową dociekliwość tego tłumu, który się stopił w jedną całość. Wszystkie argumenty i słowa, obmyślone z góry, załamywały się i cofały przed imperatywem sympatii; wychodząc z mojej podświadomości ukazywały się w pełnym porządku inne słowa, inne argumenty, całkowicie nieprzewidziane przez mówcę, ale potrzebne tym ludziom”.

To poczucie jedności z masami – dziwacznie narcystyczne uczucie, że jest prawdziwym Głosem Ludu, żywym ucieleśnieniem dyktatury proletariatu – podtrzymywało Trockiego i napędzało go. Jednocześnie skrywało to, że podobnie jak Lenin – kłamał.

Edytor zaawansowany
  • 11.11.17, 18:35
    Chaos. To lubią najbardziej
    Kłamali też wszyscy jego towarzysze. Bolszewicy kłamali o przeszłości – o związkach części z nich z carską policją, o tajnym pakcie Lenina z Niemcami – i kłamali też o przyszłości. Przez całą wiosnę i lato 1917 r. Trocki i Lenin powtarzali obietnice, które nigdy nie zostały dotrzymane. „Pokój, ziemia i chleb”? Ich zapowiedź „pokoju” ukrywała ich wiarę w nadchodzącą rewolucję światową i ich zdecydowanie na użycie siły, żeby do niej doprowadzić. Ich obietnica „ziemi” ukrywała plan zachowania całej własności w rękach państwa. Ich obietnica „chleba” skrywała ideologiczną obsesję, by scentralizować produkcję żywności, co rodziło głód, prześladujący Rosjan przez całe dziesięciolecia.

    Jednak w 1917 r. bajki opowiadane przez Lenina, Trockiego i innych zapewniły im wygraną. Z pewnością nie przekonali wszystkich Rosjan czy nawet ich większości, żeby ich poparli. Nie przekonali sowietu piotrogrodzkiego ani innych partii socjalistycznych. Przekonali jednak fanatyczną i oddaną mniejszość, która była gotowa zabijać dla sprawy. A w politycznym chaosie, który nastąpił po abdykacji cara, w mieście sparaliżowanym brakiem żywności, rozrywanym pogłoskami i nawiedzonym przez niechcianą wojnę, okazało się, że fanatyczna i oddana mniejszość wystarczy.

    Nie było trudno zdobyć władzę. Stosując taktykę wojny psychologicznej, która później stała się ich znakiem firmowym, bolszewicy przekonali tłum swoich zwolenników, że są oni przedmiotem ataku, i pchnęli ich do tego, by splądrowali Pałac Zimowy, gdzie trwało właśnie posiedzenie ministrów Rządu Tymczasowego. Jak później wspominał Stalin, kierownictwo partii „ukryło swoje działania ofensywne za dymną zasłoną obrony”. Innymi słowy, bolszewicy ponownie skłamali, żeby pobudzić swoich fanatycznych zwolenników do walki. Po krótkiej utarczce – ministrowie nie stawiali rzeczywistego oporu – Lenin, bez poparcia jakiejkolwiek innej instytucji poza jego własną partią, ogłosił się przywódcą kraju, który nazwał Rosją Radziecką.

    Znacznie trudniej było utrzymać władzę. Właśnie dlatego, że reprezentował fanatyczną mniejszość i że nikt inny go nie uznał, proklamacja Lenina była zaledwie początkiem tego, co przekształciło się w długą i krwawą walkę. Socjaliści w innych krajach posługiwali się marksowskim wyrażeniem „walka klas” jako przenośnią; mieli na myśli rywalizację klas, być może prowadzoną przy urnie wyborczej, a najwyżej w postaci niewielkich walk ulicznych. Bolszewicy jednak od samego początku zawsze mieli na myśli rzeczywistą walkę między klasami, której towarzyszy rzeczywista przemoc, prowadząca do fizycznego zniszczenia arystokracji i burżuazji, fizycznego zniszczenia ich sklepów i fabryk, fizycznego zniszczenia szkół, sądów, prasy.

    W październiku 1917 r. zaczęli stosować tę masową przemoc. W wojnach domowych, które potem pochłonęły dawne cesarstwo, w Rosji i na Ukrainie w latach 1918-21 zginęły setki tysięcy ludzi. Dalsze miliony zginęły w trakcie fal terroru, które nastąpiły w kolejnych latach.

    Chaos był ogromny. Wielu ludzi w Rosji było przekonanych o potrzebie niszczenia. Dowodzili, że „system” był tak skorumpowany, tak niereformowalny i nienaprawialny, że trzeba go było zniszczyć. Niektórzy witali stos, na którym spłonęła cywilizacja, jako coś graniczącego z ekstazą. Piękno przemocy; oczyszczająca moc przemocy; takie były tematy, inspirujące poezję i prozę rosyjską w 1918 r. „Krasnaja Gazieta”, pismo Armii Czerwonej, nakłaniała żołnierzy sprawy bolszewickiej do bezlitosnego traktowania nieprzyjaciół: „Niech ich będą tysiące, niech utoną we własnej krwi… niech to będzie powódź krwi burżuazji – więcej krwi, możliwie najwięcej”.

    Młody Ukrainiec o nazwisku Wsewołod Bałycki, jeden z wczesnych członków Czeka, tajnej policji bolszewickiej, opublikował w 1919 r. w ukraińskim wydaniu „Izwiestii” wiersz: „Tam, gdzie jeszcze wczoraj życie było tak radosne/ Płynie rzeka krwi/ I co z tego? Tam, gdzie płynie/ Nie będzie żadnej litości/ Nic was nie zbawi, nic!”.

    14 lat później Bałycki, wówczas szef tajnej policji na Ukrainie, rozpoczął masowe aresztowania i rewizje, których kulminacją był głód na Ukrainie, sztucznie wywołana katastrofa, która zabiła niemal 4 mln ludzi. Po kolejnych czterech latach, w 1937 r., samego Bałyckiego rozstrzelał pluton egzekucyjny.

    W tym szczytowym roku Wielkiego Terroru Stalin wyeliminował każdego, kogo podejrzewał, że mógłby mieć inne poglądy na cokolwiek. Lenin już wyeliminował inne partie socjalistyczne. Stalin skupił się na „wrogach” we własnej partii, zarówno rzeczywistych, jak i urojonych, przeprowadzając krwawą masową czystkę.

    Podobnie jak Lenin, Stalin nigdy nie godził się na istnienie jakiejkolwiek legalnej opozycji – w rzeczywistości nie wierzył, że w ogóle może być coś takiego jak konstruktywna opozycja. Prawdę definiował przywódca. Przywódca określał kierunki polityki państwa. Każdy i wszystko, co przeciwstawiało się przywódcy – partie, sądy, media – było „wrogiem ludu” – ten termin Lenin skradł rewolucji francuskiej.

    W ciągu dwóch dziesięcioleci, które minęły od października 1917 r., rewolucja w swej żądzy niszczenia pożarła nie tylko własne dzieci, ale i swoich założycieli – mężczyzn i kobiety. Zamiast pięknej, nowej cywilizacji stworzyła gniewne, nieszczęśliwe, rozgoryczone społeczeństwo, które zmarnowało swoje zasoby, wybudowało brzydkie, nieludzkie miasta i było pionierem okrucieństwa i masowych mordów. Nawet kiedy po śmierci Stalina w 1953 r. w ZSRR nastąpiło złagodzenie kursu, w kraju nadal królowała nieuczciwość i brak tolerancji, przy zachowaniu fasadowej jedności.

    Jak zauważył filozof Roger Scruton, bolszewizm został owinięty w tyle warstw nieuczciwości, że z czasem utracił kontakt z rzeczywistością: „Fakty utraciły kontakt z teorią; ta wyszła ponad fakty w chmurach nonsensu, upodabniając się do czegoś w rodzaju systemu teologicznego. Chodziło nie o to, żeby uwierzyć w teorię, ale żeby rytualnie ją powtarzać w taki sposób, żeby zarówno wiara, jak i zwątpienie stały się nieistotne. (…) W ten sposób koncepcja prawdy zniknęła z intelektualnego krajobrazu i została zastąpiona koncepcją siły”.

    Kiedy jednak ludzie utracili zdolność do odróżniania prawdy od fikcji ideologicznej, utracili też zdolność do rozwiązywania czy choćby do opisania problemów społecznych i gospodarczych ich społeczeństwa. Otaczały ich lęk, nienawiść, cynizm i przestępczość, bez żadnych widocznych rozwiązań. Po zgonie ZSRR w 1991 r. bolszewizm był tak zdyskredytowany, że przez ćwierćwiecze wydawało się, że bolszewicki sposób myślenia zniknął na zawsze. Ale teraz, nagle, w stulecie rewolucji, powrócił.
  • 11.11.17, 18:37
    Neobolszewicy idą
    Historia się powtarza. Idee także, ale nigdy dokładnie w ten sam sposób co za pierwszą odsłoną. Bolszewicka myśl w 2017 r. nie brzmi dokładnie tak, jak się przedstawiała w roku 1917. To prawda, że jest jeszcze wokół nas paru marksistów. W Hiszpanii i Grecji utworzyli potężne partie polityczne, chociaż w Hiszpanii jeszcze nie zdobyli władzy, a w Grecji realia międzynarodowych rynków zmusiły ich do cichej rezygnacji z „rewolucyjnego” programu.

    Obecny przywódca brytyjskiej Partii Pracy, Jeremy Corbyn, również wywodzi się ze starej proradzieckiej skrajnej lewicy. Od dziesiątków lat głosi poglądy antyamerykańskie, antynatowskie, antyizraelskie, a nawet antybrytyjskie (za to łaskawe dla IRA) – poglądy, które można przewidzieć i które nie brzmią już szokująco dla nowego pokolenia – ono nie może pamiętać, kto był ich zwolennikiem w przeszłości. W obrębie jego partii istnieje trzon radykałów, którzy mówią o obaleniu kapitalizmu i renacjonalizacji.

    W USA marksistowska lewica skonsolidowała się na obrzeżach Partii Demokratycznej – a niekiedy nawet nie na obrzeżach – a także na terenie uczelni wyższych, gdzie sprawuje kontrolę nad wystąpieniami swoich członków, walczy o to, by uniemożliwić studentom poznawanie przeciwnych poglądów, i uczy ciemnej, negatywnej wersji historii amerykańskiej, co ma posiać wątpliwości co do demokracji i rzucić cień na wszelką debatę polityczną. Zwolennicy tej nowej alternatywnej lewicy mają w pogardzie patriotyzm i popierają przeciwników Ameryki, czy to w Rosji, czy na Bliskim Wschodzie.

    Podobnie jak w Wielkiej Brytanii, nie pamiętają swych poprzedników głoszących podobne idee i nie dostrzegają związków między swoim językiem a słowami, którymi posługiwali się fanatycy z innej epoki. Dotychczas jednak nowa lewica, bez względu na to, w jakim stopniu jest modna w niektórych kręgach, nie doszła do władzy i nie zdołała doprowadzić do prawdziwej rewolucji. Prawdę mówiąc, najbardziej wpływowi współcześni bolszewicy – ludzie, którzy rozpoczęli, podobnie jak Lenin i Trocki, na dalekich peryferiach życia politycznego i zajmują obecnie stanowiska wiążące się z władzą i rzeczywistym wpływem w kilku krajach Zachodu – wywodzą się z zupełnie innej tradycji politycznej.

    Donald Trump, Viktor Orbán, Nigel Farage, Marine Le Pen i Jarosław Kaczyński… Często opisuje się ich jako „skrajną prawicę” czy „alternatywną prawicę”, ale ci neobolszewicy mają niewiele wspólnego z tą prawicą, która od czasów II wojny światowej była częścią polityki Zachodu; nie mają też żadnych związków z istniejącymi partiami konserwatywnymi.

    Na kontynencie europejskim gardzą chrześcijańską demokracją, która miała polityczny fundament w Kościele i która dążyła do przywróceniu w polityce moralności po koszmarze II wojny. Nie mają też niczego wspólnego z anglosaskim konserwatyzmem, promującym wolny rynek, wolność słowa i konserwatyzm w stylu Burke’a, przez małe „k”: sceptycyzm wobec „postępowości”, podejrzliwość wobec wszelkiego radykalizmu, przekonanie o znaczeniu zachowania instytucji i wartości. Niemieccy i holenderscy chadecy, brytyjscy torysi, amerykańscy Republikanie, dawni dysydenci z Europy Wschodniej, francuscy gaulliści – wszyscy ci powojenni zachodni konserwatyści byli zwolennikami demokracji przedstawicielskiej, tolerancji religijnej, integracji gospodarczej i sojuszu Zachodu.

    Natomiast neobolszewicy z nowej prawicy czy prawicy alternatywnej nie chcą zachować czy utrzymać tego, co istnieje. Nie są zwolennikami poglądów Burke’a, lecz radykałami, którzy chcą obalić istniejące instytucje. Zamiast fałszywej i wprowadzającej w błąd wizji przyszłości, proponowanej przez Lenina i Trockiego, przedstawiają fałszywą i wprowadzającą w błąd wizję przeszłości. Wyczarowują światy złożone z etnicznie czy rasowo czystych narodów, staromodne fabryki, tradycyjne hierarchie męsko-żeńskie i nieprzekraczalne granice. Ich wrogami są osoby homoseksualne, mniejszości rasowe i narodowe, obrońcy praw człowieka, media i sądy. Często nie są prawdziwymi chrześcijanami, lecz cynikami, którzy używają „chrześcijaństwa” jako instrumentu służącego rozpoznaniu się jako plemię, jako sposobu odróżnienia się od swoich wrogów: są „chrześcijanami” walczącymi z „muzułmanami” albo z „liberałami”, jeżeli nie ma pod ręką muzułmanów.

    W ogromnym stopniu przejęli właściwą Leninowi odmowę godzenia się na kompromisy, jego antydemokratyczne wyróżnianie niektórych grup społecznych i jego nienawistne ataki na „pozbawionych legitymacji” przeciwników. W Polsce Prawo i Sprawiedliwość podzieliło swoich rodaków na „prawdziwych Polaków” i na „gorszy sort”. Trump mówi o „prawdziwych” Amerykanach w przeciwieństwie do „elity”. Stephen Miller, akolita Trumpa i autor tekstów jego przemówień, posłużył się ostatnio terminem „kosmopolita”, starym stalinowskim przezwiskiem Żydów (pełny tekst brzmiał: „kosmopolita bez korzeni”), aby opisać dziennikarza, który zadawał mu trudne pytania. Z „prawdziwymi” Amerykanami warto rozmawiać; „kosmopolitów” powinno się wyeliminować z życia publicznego.

    Rzecz dziwna, mimo swych umiarkowanych i pragmatycznych tradycji, nawet brytyjska polityka jest teraz przesycona językiem leninowskim. Kiedy brytyjscy sędziowie oświadczyli w listopadzie 2016 r., że referendum w sprawie brexitu wymaga zatwierdzenia przez parlament – co w demokracji parlamentarnej było decyzją rozsądną – „Daily Mail”, gazeta ksenofobiczna, popierająca brexit, opublikowała artykuł wstępny opatrzony fotografią sędziów podpisaną „Wrogowie ludu”. Później ta sama gazeta wezwała panią premier do „zniszczenia sabotażystów”, posługując się słowem stosowanym przez Lenina dla opisania legalnej opozycji politycznej.

    Słynne też stało się posłużenie się przez Trumpa na Twitterze wyrażeniem „wrogowie ludu amerykańskiego”. Chociaż wydaje się mało prawdopodobne, żeby sam prezydent rozumiał kontekst historyczny, z pewnością zrozumieli to niektórzy ludzie z jego otoczenia. Steve Bannon, Miller i kilku innych z jego najbliższego kręgu doskonale wiedzą, że delegitymizacja przeciwników politycznych jako „nieamerykańskich” i „elitarnych”, a mediów jako „podających fałszywe wiadomości”, jest pierwszym krokiem w bardziej ambitnym kierunku. Gdyby się poważnie potraktowało to, co mówią niektórzy z tych ekstremistów, to ich ostateczny cel – zniszczenie istniejącego porządku politycznego, być może także amerykańskiej konstytucji – byłby zrozumiały dla bolszewików.

    Historyk Ronald Radosh zacytował Bannona, który porównał siebie do przywódcy bolszewików. Bannon powiedział Radoshowi: „Lenin chciał zniszczyć państwo, a to jest także moim celem. Chcę, żeby wszystko się załamało, chcę zniszczyć cały establishment dnia dzisiejszego”. Podczas konserwatywnego zgromadzenia w 2013 r. w Waszyngtonie również nawoływał o stworzenie ruchu „zjadliwie zwalczającego establishment” i „buntowniczego”; ruchu, który „zmiażdży to miasto, zarówno postępową lewicę, jak i instytucjonalną Partię Republikańską”.

    A co daje prezydentowi, który nie zdobył większości głosów wyborców, prawo do doprowadzenia do tego? To też jest znana koncepcja: „lud”. Jest to pojęcie mistyczne, całkiem odmienne od realnie istniejących mieszkańców Ameryki, ale uderzająco podobne do „tłumu”, w którego imieniu Trocki przemawiał w cyrku piotrogrodzkim.

    W swoim mrocznym, nihilistycznym wystąpieniu inauguracyjnym, którego znaczne części napisali Bannon i Miller, prezydent oznajmił, że „przenosi władzę z Waszyngtonu i zwraca ją wam, ludowi”. Ta nieamerykańska koncepcja „ludu” ma w sobie coś więcej niż przelotne podobieństwo do dyktatury proletariatu, siły, która zgodnie z naukowym marksizmem miała rządzić światem. Bardzo też przypomina to, co Le Pen ma na myśli, kiedy mówi o „narodzie” w przeciwieństwie do „globalnej elity”, albo to, co ma na myśli PiS, kiedy mówi o „suwerenie”, suwerennym narodzie, w przeciwstawieniu do większości polskich wyborców, którzy w istocie są tej partii przeciwni.
  • 11.11.17, 18:40
    Niech się zdarzy katastrofa
    Podobnie jak ich poprzednicy, także neobolszewicy są kłamcami. Trump z patologicznym natężeniem kłamie o sprawach wielkich i małych, a kłamie tak często i w sposób tak oczywisty, że nie ma potrzeby przytaczać tutaj jego niezliczonych kłamstw.

    Nie jest jednak sam. Ostatnio postawiono Le Pen zarzuty w trakcie dochodzenia dotyczącego wyłudzenia przez jej antyeuropejską partię pieniędzy z Parlamentu Europejskiego. PiS udaje, że jego ataki na polską konstytucję są jedynie „reformą sądownictwa”. Orbán prawdopodobnie ukrył elementy korupcji, kryjące się w rosyjskiej inwestycji w elektrownię nuklearną na Węgrzech.

    To nie są zbiegi okoliczności. Nie jest też zbiegiem okoliczności, że najskuteczniejsi neobolszewicy tworzyli własne „media alternatywne”, zaczynając od nadawania online i przechodząc do głównego nurtu, specjalizując się w dezinformacji, kampaniach nienawiści, rasistowskich dowcipach i zorganizowanym trollowaniu przeciwników (starzy bolszewicy nazywali to propagandą i błyskotliwie ją realizowali). Zarówno politycy, jak i „dziennikarze” kłamią z przekonania, bo wierzą, że zwykła moralność ich nie obowiązuje. W zgniłym świecie można poświęcić prawdę w imię „ludu” albo jako sposób wzięcia na cel „wrogów ludu”. W walce o władzę wszystko jest dozwolone.

    Na koniec, a jest to najboleśniejsze, pojawia się nawiązanie, a niekiedy więcej niż nawiązanie do żywego u neobolszewików przekonania o oczyszczających możliwościach przemocy. Poezja o przemocy z 1917 r. przekształciła się w memy o przemocy w 2017 r., w nitki „ultraprzemocy” w serwisie internetowym Reddit; białe grupy nacjonalistów dążą do „wojny ras”, zob. wideo Narodowego Stowarzyszenia Właścicieli Broni namawiające Amerykanów do zbrojenia się przed nadchodzącymi apokaliptycznymi walkami, „aby uchronić nasz kraj”.

    Tego typu komunikaty – niebezpieczne śmieci – towarzyszyły nam od dłuższego czasu; ekstremiści ze skrajnej prawicy i skrajnej lewicy w Europie zawsze byli zwolennikami przemocy. Teraz jednak część tego nihilistycznego pragnienia katastrofy weszła do głównego nurtu, docierając nawet do Białego Domu.

    Jeszcze w 2014 r. Trump, pomstując na Obamacare, fantazjował: „Wiecie, co to rozwiąże? Kiedy gospodarka się załamie, kiedy piekło pochłonie cały kraj i kiedy wszystko będzie katastrofą. Wtedy, wiecie, będziemy mieli rozruchy, żeby wrócić do tego, gdzie byliśmy, kiedy byliśmy wielcy”.

    Jest to szokujące, ale i tak łagodne w porównaniu z apokaliptyczną wizją Bannona: oto nadchodzi wojna – może z islamem, może z Chinami – która oczyści świat Zachodu ze słabości i przywróci zachodnią wielkość. Tak to Bannon sformułował w 2010 r.: „Nastąpią ciemne dni, zanim nad Ameryką pokaże się znowu błękitne niebo. Czeka nas cierpienie. Uważam, że każdy, kto myśli, że nie musimy cierpieć, oszukuje was”.

    Artykuły w HuffPost zawierały podobne stwierdzenia Bannona. Rok 2011: „Bierzemy udział w wojnie stuletniej przeciw islamowi”. 2014: „Bezpośrednio uczestniczymy w wojnie przeciw dżihadystycznemu, islamistycznemu faszyzmowi. A ta wojna zmienia się szybciej, niż sobie z tym potrafią poradzić rządy”. 2016: „Czyż nie zmierzamy do wojny na Morzu Południowochińskim w ciągu najbliższych od pięciu do dziesięciu lat?”.

    Można też usłyszeć odbicie tego pragnienia wojny w schizofrenicznym przemówieniu o „zachodniej cywilizacji”, wygłoszonym przez Trumpa w czasie jego lipcowego pobytu w Warszawie; podobno Bannon pomagał mu w jego pisaniu. Wśród akapitów przypominających zwyczajne wystąpienie dotyczące polityki zagranicznej ktoś wprowadził fragment opisujący powstanie warszawskie – straszliwą, wyniszczającą bitwę, którą mimo wykazania się wielkim męstwem Armia Krajowa przegrała. Trump oświadczył: „Ci bohaterowie przypominają nam, że Zachód uratowała krew patriotów; że każde pokolenie musi powstać i odegrać swoją rolę w jego obronie”. Każde pokolenie? To oznacza także nasze pokolenie. Przygotujcie broń, bo ci ludzie chcą, żebyście wy, wraz z waszymi dziećmi, krwawili i ginęli w imię odnowy cywilizacji.

    Nic nie usprawiedliwia samozadowolenia
    Na szczęście nie żyjemy w Piotrogrodzie w 1917 r. Nie brakuje chleba, nie ma obdartych, bosych żołnierzy czy arystokratów pozostających pod urokiem szalonych mnichów. Będzie niewiele okazji do otoczenia rządu w pałacu, do wejścia i przejęcia władzy. Nasze państwa nie są tak słabe. Jeszcze nie.

    Jesteśmy też w lepszej sytuacji niż Rosjanie w 1917 r., bo wiemy, jak wyglądała przeszłość. W znacznej części kontynentalnej Europy demagog, który dzieli naród na wrogów i patriotów, wywołuje złe skojarzenia i przywołuje niedobre wspomnienia. W ostatnim roku francuscy, holenderscy i austriaccy wyborcy odrzucili nihilizm i ksenofobię Le Pen, Geerta Wildersa i Norberta Hofera, w nie najmniejszym stopniu ze względu na to, co te osoby przypominały.

    To Francuzi być może zrobili pierwszy krok w dłuższej walce przeciw fałszywym rewolucjom, głosując na Emmanuela Macrona, pierwszego poważniejszego polityka europejskiego, który głosił konieczność zdecydowanego odrodzenia liberalizmu. Macron wyraźnie przeciwstawił się lękom, nostalgii i niechęci do imigrantów, narastającym na całym kontynencie, i wygrał bez obiecywania niemożliwych do osiągnięcia celów czy nieosiągalnych bogactw. Jeżeli nawet się mu we Francji nie uda, jego recepta wskazuje na sposób przeciwstawiania się współczesnym fałszywym prorokom. Proponuj pozytywną wizję, otwartą i patriotyczną jednocześnie. Nie pozwalaj nacjonalistom zwracać się do „ludu” ponad głosami wyborców. Nie pozwalaj ekstremistom na to, żeby stali się głównym nurtem.

    Świat anglosaski ma jednak mniej szczęścia. To niekoniecznie przypadek, że na razie język neobolszewicki odnosi bezprecedensowe sukcesy w Wielkiej Brytanii i USA, krajach, które nigdy nie przeżyły horroru okupacji ani niedemokratycznej rewolucji, zakończonej dyktaturą. Brak im zatem odporności, nabytej przez wielu Europejczyków.

    Z drugiej strony świat anglosaski ma własne zalety; więzi starego, długotrwałego konstytucjonalizmu, zwyczaje, które się utrwaliły przez wiele lat rządów prawa, i względnie wysoki poziom życia. Być może Amerykanie i Brytyjczycy w miarę tego, jak będą się uczyć rozpoznawać kłamstwa, staną się mniej podatni na fałszywą nostalgię, oferowaną im przez ich przywódców.

    Nic jednak nie usprawiedliwia samozadowolenia. To jest nauka płynąca z groźnej setnej rocznicy rewolucji październikowej. Zapamiętajmy: na początku 1917 r., w przeddzień rosyjskiej rewolucji, większość ludzi znanych później światu jako bolszewicy była konspiratorami i fantastami, na marginesie społeczeństwa. Pod koniec tego roku rządzili Rosją.

    Postaci z marginesu i ekscentrycznych ruchów nie można lekceważyć. Jeżeli system staje się dostatecznie słaby, a opozycja dostatecznie podzielona, jeżeli istniejący porządek jest dostatecznie skorumpowany, a ludzie dostatecznie gniewni, ekstremiści mogą nagle zająć centralną pozycję, znaleźć się w miejscu, w którym ich nikt nie oczekiwał. A później będą być potrzebne całe dziesięciolecia, żeby naprawić szkody.

    Zbyt wiele razy nas zaskoczono. Nasza wyobraźnia musi się rozwinąć na tyle, żeby uwzględniać możliwość pojawienia się takich potworów i takich potworności. Nie byliśmy wystarczająco przygotowani.
  • 11.11.17, 18:42
    wyborcza.pl/7,75968,22625332,trump-kaczynski-i-ich-kumple-bolszewicy-wracaja.html
  • 11.11.17, 18:45
    "W tym szczytowym roku Wielkiego Terroru Stalin wyeliminował każdego, kogo podejrzewał, że mógłby mieć inne poglądy na cokolwiek. "

    To zupełnie tak samo jak Kaczyński. Ło Jezu, jak Ci udało się uciec z tej nieludzkiej ziemi, Kretynie52?

    --
    Blog reakcyjny: Predator XL - ostateczny łowca komuchów
  • 13.11.17, 04:59
    i tak musi wcisnac swoj plugawy ryj, choc nikt Kretyna nie chce.
  • 13.11.17, 09:40
    Natomiast do Ciebie, Kretynie52, wyciągają się setki dłoni z karteczkami po autograf. Co świetnie widać w tym wątku.

    --
    Blog reakcyjny: Predator XL - ostateczny łowca komuchów

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.