W nienapisanym jeszcze bilansie strat, jakie polskie życie umysłowe poniosło w
wyniku 45-letnich rządów komunizmu, będzie trzeba odnotować odcięcie Polaków od
wielu najważniejszych dzieł myśli światowej
Do twórców, którzy do PRL mieli wstęp surowo wzbroniony, należała Hannah Arendt.
Jej prace fragmentarycznie ukazywały się jedynie w obiegu niezależnym -poza
zasięgiem cenzury. W 1984 roku wydawnictwo Zbliżenia opublikowało tom I słynnych
" The Origins of totalitarianism" pod tytułem "Źródła totalitaryzmu". Dwa lata
później CDN wydało inny fragment tej pracy - "Propaganda totalitarna". Nawiasem
mówiąc, przetłumaczony i opatrzony wstępem przez Adama Rysiewicza, redaktora
także najnowszej edycji tekstów Arendt. W całości klasyczne dzieło o
totalitaryzmie ukazało się - dzięki Niezależnej Oficynie Wydawniczej - w Polsce
dopiero w 1989 roku,a więc 38 lat po pierwszym wydaniu. Te cztery dekady
spóźnienia są miarą intelektualnego zacofania, w jakie wepchnął nas system
reklamujący się jako najbardziej postępowy ustrój w historii.
www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_061202/plus_minus_a_9.html
W tym, że książki Hannah Arendt nie miały szans na przejście przez sito
PRL-owskiej cenzury, nie było, oczywiście, żadnego przypadku. Napisane przez nią
zaraz po wojnie i opublikowane w1951 roku przenikliwe studium systemów
totalitarnych, do których jako pierwsza zaliczyła zarówno nazizm, jak i
komunizm, odsłaniało prawdę o zbrodniczej naturze sowietyzmu, która dla wielu
zafascynowanych marksizmem intelektualistów była w owym czasie obrazoburcza.
Największy rozgłos przyniosła jej wszakże książka " Eichmann w Jerozolimie.
Rzecz o banalności zła" z1963 roku, będąca relacją z procesu zbrodniarza
hitlerowskiego porwanego przez izraelskie służby specjalne z Argentyny i
skazanego na śmierć. Tytułowa teza o "banalności zła" stała się przedmiotem
bardzo wielu analiz i polemik, a sama Arendt wracała do niej jeszcze
wielokrotnie. Wokół niej krążą także teksty z właśnie wydanego zbioru pt.
"Odpowiedzialność i władza sądzenia".
Kwestia odpowiedzialności za zbrodniczą przeszłość była dla
niemiecko-amerykańskiej uczonej podstawowa. "Uporamy się z naszą przeszłością
jedynie pod tym warunkiem, że zaczniemy ją osądzać i zdobędziemy się wobec niej
na uczciwość" - napisała w liście do jednego ze swych polemistów. Trudno sobie
wyobrazić, by przemówiła do niej tzw. filozofia grubej kreski czy propozycja
hurtowej amnestii dla funkcjonariuszy systemu totalitarnego. Zamiast łatwego
rozgrzeszenia Arendt proponowała uczciwy namysł nad postępowaniem wczasach
dyktatury, a w miejsce odpowiedzialności zbiorowej - odpowiedzialność osobistą.
Największy problem moralny stanowiły dla niej nie tyle zbrodnie dyktatury, ile
zdumiewająca łatwość, z jaką do przestępczego systemu włączali się zwyczajni,
ukształtowani w tradycyjnych normach ludzie, którzy "nie potrafili przeciwstawić
własnego osądu temu, co odczytywali jako wyrok historii".
W systemach totalitarnych, które niszczyły starą hierarchię wartości i równie
sprawnie posługiwały się terrorem co ideologią, ludzka władza sądzenia została
poddana najtrudniejszej próbie. Ludzie działali bowiem "w warunkach, w których
każdy czyn moralny był nielegalny, a każdy legalny czyn był przestępstwem". W
takich czasach uznanie muszą budzić nie tylko bohaterowie, którzy przeciwstawili
się czynnie reżimowi, ale także ci, którzy po prostu odmówili współpracy i
uczestnictwa w życiu publicznym. Bo jako jedyni, pisze Arendt, ośmielili się oni
samodzielnie osądzić sytuację. Nie dlatego, że mieli lepszy system wartości, ani
dlatego, że byli bardziej przywiązani do dawnych kryteriów tego, co słuszne i
niesłuszne. Najważniejsza była zdolność domyślenia, czyli "dialogu pomiędzy mną
a moim "ja"". "Stawiali oni sobie pytanie, do jakiego stopnia będę mógł żyć w
pokoju ze sobą po popełnieniu pewnych czynów, i uznali, że lepiej nie robić nic,
nie dlatego, że świat stanie się od tego lepszy, ale po prostu dlatego, że tylko
pod tym warunkiem będą mogli żyć i akceptować siebie. Dlatego też woleli umrzeć,
kiedy zmuszano ich do uczestnictwa. Mówiąc krótko, nie chcieli zabijać nie
dlatego, że tak ważne było dla nich przykazanie: "Nie zabijaj", ale dlatego, że
nie chcieli żyć z mordercą - z samym sobą".
Autorka "Korzeni totalitaryzmu" zajmowała się osobistą odpowiedzialnością w
warunkach dyktatury także dlatego, że odrzucała odpowiedzialność zbiorową. "Nie
ma czegoś takiego jak wina zbiorowa. Pojęcia winy i niewinności mają sens tylko
w odniesieniu do jednostek". Arendt z aprobatą pisze o postępowaniu sądu w
Jerozolimie, który oświadczył, że proces Eichmanna nie dotyczy systemu
politycznego czy "jakiegoś "izmu"", na przykład antysemityzmu, lecz osoby; i
jeśli oskarżony był funkcjonariuszem, podlega zarzutom właśnie dlatego, że nawet
funkcjonariusz jest wciąż człowiekiem i właśnie jako taki staje przed sądem".
Człowiek idący na służbę zbrodniczego systemu totalitarnego nie może zrzucić z
siebie brzemienia winy za popełnione w tej służbie przestępstwa, obwiniając o to
władzę, której się podporządkował.
Zamazaniu jednostkowej odpowiedzialności służy także postrzeganie całych
narodów, przede wszystkim Niemców i ich przeszłości, jako współwinnych zbrodni.
"Zawsze wydawało mi się to kwintesencją konfuzji moralnej, że w okresie
powojennym w Niemczech ci, którzy osobiście byli absolutnie niewinni, zapewniali
siebie nawzajem i świat o swojej winie, natomiast bardzo niewielu prawdziwych
zbrodniarzy było gotowych na choćby odrobinę skruchy. Rezultatem tego
spontanicznego przyznania się do winy zbiorowej było oczywiście bardzo
skuteczne, choć niezamierzone, wybielenie tych, którzy jednak mieli coś na
sumieniu: tam, gdzie wszyscy są winni, nikt nie jest winny". Konfuzja moralna, o
jakiej pisze autorka "Odpowiedzialności i władzy sądzenia", znamionowała również
sytuację w Polsce po upadku PRL. Komunistyczna dyktatura została w1989 roku
odrzucona, ale nie osądzona. Komunizm nie miał swojej Norymbergi ani swego
procesu Eichmanna. Na pojawiające się na progu polskiej demokracji nieśmiałe
postulaty pociągnięcia funkcjonariuszy i przywódców systemu do prawnej i
politycznej odpowiedzialności można było usłyszeć odpowiedź, że przecież wszyscy
byli tak czy inaczej wciągnięci w tryby systemu, a więc współwinni. Tak jakby
nie było fundamentalnej różnicy między udziałem w takich rytualnych
manifestacjach poparcia dla reżimu, jak pochody pierwszomajowe, a służbą w
strukturach władzy. Dzieje zaniechania rozliczeń z PRL potwierdzają diagnozę
Arendt -odpowiedzialność za dyktaturę musi być indywidualna albo nie będzie jej
wcale.
--
terra
toolbar