www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_070522/kraj/kraj_a_1.html
Dyplomaci jednak zlustrowani
Do współpracy z peerelowskimi służbami specjalnymi - głównie kontrwywiadem -
przyznało się już ponad 60 urzędników Ministerstwa Spraw Zagranicznych -
ustaliła "Rz"
Fachowcy od krótkich notatek -tak dyplomaci z solidarnościowym rodowodem
nazywają tych, którzy współpracowali z komunistycznymi służbami specjalnymi.
W ostatnich dniach taki przydomek zyskało wielu pracowników resortu.
Zanim Trybunał Konstytucyjny zakwestionował ustawę lustracyjną, oświadczenia
złożyła zdecydowana większość z blisko 800 osób urzędujących w warszawskiej
centrali ministerstwa. Ciągle wpływają kolejne z zagranicznych placówek, gdzie
zatrudnionych jest ok. 1,2 tys. osób.
Agenci wśród dyplomatów
Jak ustaliła "Rz", do współpracy z peerelowskimi służbami -głównie kontrwywiadem
-przyznało się już ponad 60 dyplomatów.
Nasze informacje potwierdza minister spraw zagranicznych Anna Fotyga: -
Analizujemy każdy przypadek -mówi.
Nieoficjalnie wiadomo, że po zapoznaniu się z treścią oświadczeń szefowa MSZ
podjęła już pierwsze decyzje kadrowe.
Ze stanowiskiem pożegnało się dwóch wysokich rangą dyplomatów: dyrektor i
wicedyrektor departamentu. Obaj w rozmowie z "Rz" odmówili komentarza na temat
przyczyn odejścia z ministerstwa.
W przeglądzie kadr minister Fotygę wspiera poseł PiS Karol Karski, członek
Sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych. -Każde oświadczenie trzeba poddać
indywidualnej ocenie. Jeżeli ktoś działał przeciwko Polonii lub emigracyjnym
opozycjonistom, nie powinien reprezentować nas za granicą - mówi Karski.
Podobnie uważa poseł PO Bronisław Komorowski, który twierdzi, że ambasadorem nie
może być współpracownik służb specjalnych - zarówno peerelowskich, jak i
obecnych. Komorowski krytykuje jednak sposób, w jaki szefowie MSZ oczyszczają
ministerialne kadry. -Pani minister powinna wyjść z inicjatywą ustawodawczą,
która pozwoli przeprowadzić lustrację zgodnie z werdyktem Trybunału -mówi.
Bardziej wyrozumiały dla współpracowników służb specjalnych jest były szef
dyplomacji Adam Daniel Rotfeld. Według niego nie należy potępiać wszystkich,
którzy się przyznali.
- Część osób uważała, że działa w interesie państwa polskiego. Napiętnować
trzeba tych, którzy donosili na kolegów dla przyspieszenia kariery -uważa Rotfeld.
Z tą opinią nie zgadza się część dyplomatów. - Znam wielu ambasadorów, którzy
byli tajnymi współpracownikami lub kadrowymi oficerami bezpieki. Bagatelizują
swoją współpracę. Zapewniają, że na nikogo nie donosili, nikogo nie skrzywdzili.
To bajki - mówi wysoki rangą urzędnik Ministerstwa Spraw Zagranicznych.
Donosili niemal wszyscy
Jak twierdzą urzędnicy MSZ, w latach 80. 95 proc. dyplomatów współpracowało ze
służbami. Każdy, kto wracał z placówki, musiał napisać raport.
Choć formalnie byli werbowani przez kontrwywiad, nie śledzili szpiegów, ale
głównie zajmowali się inwigilacją Polonii i opozycjonistów.
Po 1989 r. zdecydowana większość tajnych agentów pozostała w ministerstwie.
Wielu awansowało. Osoby związane ze służbami trafiły nawet do władz
ministerstwa. Jedną z nich był Jakub Wolski, który został wiceszefem MSZ, w
czasie gdy dyplomacji kierował Włodzimierz Cimoszewicz.
Według nieoficjalnych szacunków w MSZ w Warszawie pracuje około 250 byłych agentów.
JAROSŁAW
OLECHOWSKI
picasaweb.google.pl/boguty/Koty/photo#5067319496538299202