Friedrich: Czy miłość jest tego warta?
"Masz szansę spotkać kogoś, z kim możesz przeżyć miłość najpełniejszą z
możliwych - rzecz z marzeń. Niestety, wiesz, że w ciągu 6 miesięcy ta osoba
umrze. Wiedząc jaki cię czeka ból, czy dalej chciałbyś/chciałabyś spotkać tą
osobę i się zakochać? A co, gdybyś wiedział/wiedziała, że twoja wielka miłość
nie umrze, ale cię zdradzi?"
Gregory Stock, "The Book of Questions" (New York: 1985), p. 25.
Rzeczą, o której marzymy najbardziej od wczesnych lat naszego życia (i może
jesteśmy do tego uwarunkowani) jest znalezienie wielkiej miłości, takiej, co
wstrząśnie posadami Ziemi; miłości, która będzie trwać do końca naszego
życia. Po tym, jak porzuciliśmy - przynajmniej oficjalnie - wszystkie iluzje
polityczne i religijne, dalej odmawiamy porzucenia nadziei na miłość.
Nie jestem wyjątkiem.
Nieważne, jak bardzo się czuję w danym momencie życiowo zaradny lub spełniony
akademicko. Zawsze i z całą pewnością jest w moim umyśle i sercu naiwna
nadzieja na perfekcyjną miłość. "Znajdę ją!" - powiadam. Muszę też
powiedzieć, że owa nadzieja podtrzymała mnie w najgorszych momentach porażek
i desperacji. Oferuje bowiem coś, o czym można marzyć, wskazuje świętego
graala, za którym można podążać. Odmawiam porzucenia jej.
Jest to jeszcze jeden wspaniały powód, aby uznać mnie za głupca,
niepraktycznego i mało skomplikowanego. Co więcej, jest jeszcze jeden powod
czemu nie pragnę owych wszystkich rzeczy, za którymi, jak się zdaje,
najbardziej rozglądają się inni mężczyźni, jak władza i potęga -- to jest,
jeśli stawiają mi wymaganie, bym porzucił pragnienie perfekcyjnej miłości.
Oprócz tego, co owo niemądre podejście do życia o mnie mówi, pewnie Zachodni
ideał kulturowy "Romantycznej" miłości sam w sobie poddaje się filozoficznemu
badaniu i dyskusji.
W zachodniej cywilizacji marzenie o miłości ma kulturowe korzenie, ktore
można prześledzić do Trubadurów w dwunastowiecznej Francji, a nawet do
platońskiego "Symposium," nie wspominając o celuloidowym, hollywoodzkim
potomstwie środowiska literackich romansów. Jeśli marzenie o miłości
pozostanie naszą jedyną religią, nawet jeśli zaprzeczamy, że w nią wierzymy i
zmierzamy do swiata 'singli' lub kupujemy kwiaty dla naszych żon, to czy
rzeczywiście nastał czas by obalić także i tą ostatnią naszą wiarę?
Jeśli dojrzałość definiuje się jako "porzucenie iluzji" (Freud), to czy
dojrzałość wymaga od nas porzucenia również tej ostatniej iluzji? Jeśli tak,
dlaczego nie jesteśmy w stanie się z nią rozstać?
Tu jest parę pytań do rozważenia: 1) Czy wierzymy, że tradycyjne rozumienie
romantycznej miłości, ciągnącej się do końca życia, jest jeszcze (lub czy
kiedykolwiek było) realną możliwością, czy może być nadzieją dla ludzi w
świecie 'realnym"? 2) Czy jest możliwe, że nawet, jeśli w nią nie wierzymy,
nawet, jeśli spodziewamy się rozpadu danego związku, to i tak usiłujemy dążyć
do jedności najbardziej perfekcyjnej, do której przyuczono nas tęsknić? 3)
Jeśli tak, to czy powinniśmy taką tęsknotę przezwyciężać?
Romantyczna miłość ma dzisiaj kłopoty na kilku frontach, a przynajmniej tak
twierdzi paru najbardziej wpływowych filozofów ery nowoczesnej: dla
Nietzschego i Adlera wszystkie relacje międzyludzkie sprowadzają się do walki
o władzę; dla Marxistów i wielu radykalnych feministek romas jest formą
prostytucji i wstępem do eksploatacji ekonomicznej; dla Freuda miłość jest
iluzją zaciemniającą moc i perswazyjność apetytu seksualnego, jak rownież
jego związek z takimi rzeczami, jak wczesne identyfikacje rodzicow jako
kochanków.
Jednak cynizm tych filozofów, choć być może przekonywujący, nie wypiera
nadziei na miłość jaką żywi wiele z osób oficjalnie podzielających zdanie
tych filozofów, ale myślących inaczej, kiedy idą do klubu w sobotę wieczorem.
Mick Jagger osobiście powiedział, że miłość to "gó..", ale parę razy się
ożenił.
Myślę, że nie jest dobry jakikolwiek koncept romantycznej miłości, który nie
radzi sobie z akceptacją bólu związanego z KAZDA prawdziwą milością oraz
cierpienia, jakie towarzyszy przyjemności. Miłość nigdy nie jest tylko
spacerem po plaży z trzymaniem się za ręce. Każda istota ludzka do czasu
osiągnięcia dorosłości ma już jakąś ilość bólu do udżwignięcia. Niektórzy
mają całe morze bólu, z ktorym muszą żyć, a więc kochać taka osobę oznacza
udzielenie samemu sobie przyzwolenia na udział w wielkim cierpieniu. Myślę,
że ból każdego z partnerów w prawdziwym związku jest 'własnością wspólnoty,'
co oznacza, że kochankowie mają równy udział w bólu, czy im się to podoba,
czy nie.
Kochać to znaczy świadomie czynić sie podatnymi na zranienie, akceptować ból
drugiej osoby i dzielić się wlasnym bolem. Jak sugeruje brytyjska nowelistka
Evelyn Waugh w "Brideshead Revisited," miłość to rownież "...początek
wszelkiego pragnienia". Odrzucanie miłości ze względu na ból miłości to
odrzucanie życia. Jak przypomina nam Oscar Wilde: "W momencie narodzin
dziecka i gwiazdy - jest ból." Według tego samego wzorca ból istnieje od
pierwszej nieobecności kochanka. Prawdziwa miłość jest "zarówno chorobą, jak
i jej lekarstwem."
Sądzę, że dla romantycznej miłości zasadnicza jest nie patetyczna tęsknota
sfrustrowanego wiktoriańskiego poety, nie pretensja do boskiej świetości (jak
czasem się to uczucie racjonalizuje, a Robert C. Solomon jest źródlem mojego
zrozumienia tej kwestii, gdyby ktoś chcial więcej poczytać), nie wewnętrzna
degradacja kobiety, jak powiadaja niektóre feministki, nie pruderyjne
oburzenie z powodu seksualnej chuci (a zreszta, 'chuć' wydaje mi się całkiem
przyjemnym zjawiskiem) zdiagnozowanej przez froydystow. Kluczem do tęsknej
nadziei na romantyczną milość jest formowanie więzi osobistego przywiązania w
tych miejscach, w których ustalone tożsamości międzypersonalnie są nieobecne.
W miarę jak stajemy się coraz mniej definiowani przez publiczne aspekty
osobowości (narodowość, afiliacja partyjna, przynależność religijna), coraz
bardziej angażujemy się we wspólnoty które sami tworzymy w - i poprzez
miłość, osiągając przez to rodzaj transcedencji naszych współzawodniczących
partykularyzmow.
Owe więzi wcale nie muszą być otwarcie seksualne; a nawet nie muszą zawierać
tego, co zwykle nazywamy "intymnością" (inny, dziwny, nowoczesny wynalazek i
termin), kobieta którą kocham może wcale mnie na początku nie chcieć, a będę
i tak ją kochal i starał się o jej uczucia; Ale muszą być uformowane na
zasadzie dobrowolności pomiędzy osobami, które na początku są sobie prawie
obce, ale budują od nowa więż, ktorą nasze mobilnie i nie znające odpoczynku
społeczeństwo stale usiłuje jakoś naruszyć.
Kochankowie rozpoznają i uznają w sobie nawzajem wspólnie przeżywaną
samotność, cierpienie, śmiertelność, ktore po prostu "są" kondycją ludzką.
Moja ukochana jest kimś, kogo rozpoznaję z moich snów -- snów o "dotarciu do
domu", pełni i odpoczynku. Kochankowie w miłości potwierdzają nawzajem swoje
tożsamości i nawzajem pozwalają "wybrać swe jaźnie" (Kierkegaard), ich
NAJLEPSZE jaźnie i nawzajem, na zawsze. Dwoje stawi czola ciemności lepiej,
niż jeden. Dwoje stawi czoła trudnym prawdom o świecie i sobie samych lepiej
niż jeden.
Więc SZANSA na miłość, na prawdzieą milośc, musi zawsze być warta ryzyka --
oj, nie ryzyka, pewności -- bólu.
Probuję nawet teraz i nigdy nie przestanę próbować
forums.philosophyforums.com/showthread.php?t=12034
--
╦╩╦╩╦╩
╩╦╩╦╩╦