Dodaj do ulubionych

______picze skrzywienie oglądu spraw Polski_______

05.05.08, 10:48
Uprzejmie i grzecznie od lat zwracam uwagę memu, szanowanemu przez
większość tutejszych lizusów a moim zdaniem z lekka nabzdyczonemu,
bezkrytycznemu podskakiewiczowi, niestrudzonemu w ustawianiu sobie
przeciwnika pod dogodnym (ekonomicznym jedynie) do bicia kątem
w narożniku pseudo-niepolitycznym.

Piszę mu o patalogii rynku tj. NFI, w których wysokie apapnaże
były proporcjonalne do zdrado-korupcji i mega-strat, za które płacą
miliony pozbawionych pracy.

Piszę mu o Balcerowiczu, którego plan skrytykował sam
pomysłowdawca i twórca - Sasch!!!!

Pisze o Lewandowskim(i 100 nast.), który pozbawiłli nas głowy w
przedsiebiorstwach, oddając obcym ich okrojone du'py w postaci
prostackich montowni, magazynów i mega-hipermarketów.
dla służących Unii - bez kwalifikacji, bez Biur Konstrukcyjnych, bez
placówek technologicznych, bez własnych twórców, kontruktorów,
odkrywców i wynalazców...

Jak łatwo jest rozwalić i rogonić kadry...zrobić polską "rewolucję
kulturalną" i pieprzyc w tym samym zdaniu o konkurowaniu z
Chinami... sad((

Piszę o oddanych bankach by zniewolić krętactwem i zmową polskich
klientów oszczędzających na lokatach i umożliwić nakręcanie bańki
kryzysu iluzją mieszkania, za te same kredyty wybudowano dzięki
bezkarności banków trzy razy mniej mieszkań 3 razy wyższej cenie.

Tylko mi nie pieprz, że to prawo rynku - by każdy mógł sobie wziąc
kredyt na mieszaknie na każdych warunkach...
a Balcerowicz nie dopowiadał przed Polakami za brak nadzoru
bankowego...
Że to wina PiS-u ta nieskuteczna Komija Bankowa
że TK ma ZAWSZE rację...
- zobacz nie w USA ale całe wielkie, nowe osiedla na przedmieściach
Madrytu są puste, horror ten dotknął Polaków, którzy uwierzyli w cuda
bo BARONA Balcerowicza nie można postawić przed żadną Komisją jako
nieomylnego i bezkarnego.
Czyzby lepiej dziś sprzedać inwestycję mieszkaniową i zakupić
fundusz akcji?
o sprzedanych za pieniądze akcjonariuszy
funduszy, ubezpieczalni, kas zbierających opłaty za energię
produkowaną z polskich surowców...
jeszcze lepiej zreszta je sprzedać tanio licząc, ze nie zamkną, bo
przecież wiadomo, zę surowców ubywa a ich cena rośnie
rośnie i rośnie w perwpektywie lat!!!!
A po co nam siarka, miedź, węgiel, wody termalne...tfu
najgorsze te wody termalne!

Najważniejsze to prawnicze parasole ochronne dla magnaterii
i baronów SLD
znaczy dla oligarchii

Dzięki Olewnikowi już Ćwiąkalski złagodził sankcje dla
okrutników porywaczy... i dla jeszcze kogoś juz nie pamiętam...

forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=13&w=79116436&a=79152876
Edytor zaawansowany
  • szach0 05.05.08, 11:03
    ciach.

    I za te kwalifikacje nabyli prawo do występowania jako "autorytety"
    prawnicze, ekonomiczne, techniczne...

    Jeden z nich ->

    "Pocałujcie mnie w dupę, pajace!" - taki odautorski komentarz dodał
    do swojego oświadczenia lustracyjnego prof. Jan Turulski z Instytutu
    Chemii Uniwersytetu w Białymstoku.

    "Swoją reakcją przeciwstawiam się złu, jakie zaczęło się panoszyć w
    Polsce wraz z rządami PiS-u. Ustawa jest następstwem zapędów
    totalitarnych ugrupowania rządzącego, które zwasalizowało sobie
    sądy, wojsko, policję, służby specjalne i media publiczne. (...) Ich
    karlejąca polityka zagraniczna może być inspiracją dla polish jokes,
    a nie dla forowania polskich interesów. (...) W realizacji swoich
    celów korzystają z prymitywnych metod, takich jak dzielenie
    społeczeństwa na grupy lepszych i gorszych, szczucie jednych na
    drugich, poniżanie...

    Zapomniał, ze 95% to ci z nadania Kwasniewskiego, Wałęsy,
    Jaruzelskiego i Jabłonskiego a żeby zadowolić Michnika i spółkę,
    Jarosław Kaczyński musiałby się zapisać do LID-u
  • szach0 05.05.08, 11:15
    forumakad.pl/archiwum/2002/03/artykuly/14-polemiki-wyznania_nieprzystosowanego.htm

    o edukacji, kulturze, nauce zaczęto używać języka ekonomii i
    reklamy. Zaczęto mówić o „ofercie edukacyjnej”, „popycie na
    studia”, „kapitale wiedzy”, „rynku edukacyjnym”, „zarządzaniu
    wiedzą”, „produkcji absolwentów”, wykształceniu, które
    jest „towarem”, o „rzucaniu absolwentów na rynek pracy”, o „jakości
    produktów”, jakimi są poszczególne kursy akademickie bądź absolwenci
    uczelni. Rynkowa retoryka przyjęła się szybko w mediach i została
    upowszechniona. Niektórych zjawisk czy procesów nie potrafimy już
    określić inaczej niż za pomocą języka ekonomii. Dialekt ten, trochę
    zabawny (szczególnie owo „rzucanie”wink, bardziej może smutny, zaczął
    kształtować sposoby myślenia, nie tylko studentów, ale i wielu
    profesorów. Poczuliśmy się tak, jakby aulę uniwersytetu zamieniono w
    supermarket. Profesor przychodzi na wykład, by coś sprzedawać
    studentom, ci, gdy skończą studia, idą się sprzedawać na rynku
    pracy. Uczelnie sprzedają swoje oferty reagując na popyt itd.

    Do czego prowadzi stosowanie kategorii rynkowych w kulturze, nauce,
    edukacji? Można by odpowiedzieć, że do tego samego, do czego wiodło
    używanie kategorii marksistowskich. Jedne i drugie są równie
    poręczne do opisu procesu tworzenia, zdobywania i przekazywania
    wiedzy i kultury. Ale pójdźmy inną drogą. Aby odpowiedzieć na to
    pytanie, trzeba sobie uświadomić czym jest dzisiaj rynek. Czym jest
    rynek w warunkach kultury masowej, gigantycznej machiny medialnej
    służącej do sprzedawania wszystkiego wszystkim.

    Kiedyś tłumaczył nam to Adam Smith za pomocą metafory niewidzialnej
    ręki. Jeśli tylko ludzie mają wolny wybór w jakiejś kwestii,
    wszystko samo się ureguluje. Tak twierdzili Milton Friedman,
    Friedrich Hayek i inni. Potem ujawniły się jednak ograniczenia
    liberalnych teorii mechanizmów rynkowych. Wynikają one, podobnie jak
    w innych sferach życia społecznego, z ograniczeń liberalnej
    perspektywy (rozpatrywanie zjawisk przede wszystkim z punktu
    widzenia wolności, bez dostatecznego uwzględnienia kwestii
    powinności). Kolejne zmiany wywołała ewolucja liberalizmu w stronę
    progresywnego permisywizmu. Ale rewolucji dokonała na rynku kultura
    masowa. Dziś rynek nie jest już taki, jakim widzieli go Smith,
    Friedman czy Hayek.
  • hasz0 05.05.08, 12:35
    - Dlaczego Soros tak bardzo interesował się Polską?

    - Zastanawiałem się nad tym, gdy w połowie września rozmawiałem z
    nim w hotelu Europejskim, aranżując audiencję u Mazowieckiego. Mogę
    się oczywiście mylić, ale miałem wrażenie, że

    ___________głównym obiektem zainteresowania Sorosa nie była Polska,
    lecz Związek Radziecki, a jego plan dla Polski miał być
    eksperymentem, przećwiczeniem drogi od gospodarki planowej do
    rynkowej, którą mógłby powtórzyć następnie Związek Radziecki.

    W każdym razie jego plan i myślenie o sprawach nadwiślańskich były
    fragmentem bardziej rozległej koncepcji nieeksplozyjnego
    zdemontowania komunizmu na całym obszarze od Władywostoku po
    berliński mur.

    Polska, jak mi się wydawało, miała być tą małą piramidą, którą
    egipscy budowniczowie budowali na próbę, zanim przystąpili do
    głównej roboty.

    Przyznam, że rola królika doświadczalnego urażała moją dumę
    narodową, ale po chłodnym zastanowieniu się dostrzegłem spore pole
    ___________"zgodnych interesów"________.
    Wlademar Kuczyński
  • hasz0 05.05.08, 12:40
    - Co w tym czasie robił Sachs?
    - Rozwijał natarcie. Jeszcze 11 lipca, gdy nikomu nie śniło się o
    rządzie Mazowieckiego, zrobił duże wrażenie na posłach OKP,
    prezentując koncepcję zduszenia inflacji jednym ciosem.
    sad(((((
    W dwa tygodnie później (28 lipca) przedstawił, wraz ze swym
    współpracownikiem Dawidem Liptonem, „Zarys programu
    gospodarczego «Solidarności»”, będący skokiem w gospodarkę rynkową
    oraz propozycję powołania komisji zadaniowej, która przygotowałaby
    szczegóły. Pod koniec sierpnia rozgłos jego koncepcjom
    nadała „Gazeta Wyborcza”, publikując artykuły: „Czy Sachs powtórzy
    sukces Grabskiego?” (23.08.1989 r.) i „Plan Sachsa” (24.08.1989 r.).
    - Jak na to reagował Mazowiecki?
    - Bardzo niechętnie, nie tyle na samą akcję reklamową wokół „szoku”
    i Sachsa, ile na działania wychodzące z OKP, które wyglądały na
    wciskanie mu programu i osób. Już o tym mówiliśmy. Pracująca od
    jakiegoś czasu z Sachsem grupa polskich ekonomistów została w końcu
    sierpnia uformowana w Zespół Ratowania Gospodarki. Temu zespołowi,
    na czele którego stanął profesor Janusz Beksiak, Prezydium OKP
    powierzyło 1 września 1989 roku opracowanie koncepcji programu
    stabilizacji i przekształceń systemowych. - Kto wchodził w jego
    skład?

    - Oprócz Beksiaka: Tomasz Gruszecki, Cezary Józefiak, Jacek Kuroń,
    Jacek Merkel, Aleksander Paszyński, Jan Szomburg (liberał z Gdańska)
    i Jan Winiecki (makroekonomista, później w zespole doradczym
    Wałęsy). W ostatniej chwili dołączono mnie, o czym dowiedziałem się
    30 sierpnia. Sądzę, że znalazłem się tam ze względu na bliskość z
    Mazowieckim. Nie brałem udziału w pracach tego zespołu, który wraz z
    gronem osób dodatkowo zaproszonych przygotował w ciągu miesiąca
    interesujący „Zarys programu stabilizacyjnego”. Był on w założeniu
    początkowym propozycją dla rządu, ale kiedy się ukazał, sprawy
    poszły innym torem.
    - A Sachs?
    - Dwudziestego piątego sierpnia, kiedy byłem w Kaliszu zajęty
    pogrzebem mamy, Mazowiecki przyjął Sachsa, który zostawił po sobie
    nie najlepsze wrażenie. To są ludzie o zupełnie różnym rytmie pracy
    i typie refleksji. Mazowiecki pracuje wolno, ale solidnie, natomiast
    Sachs sypie pomysłami z szybkością serii karabinu maszynowego.
    Mazowiecki nie miał zaufania do człowieka, który nie znał Polski,
    jej realiów, a wypowiadał się tak kategorycznie. Sachs to chyba
    wyczuł, bo zwrócił się z prośbą o spotkanie ze mną, na co się
    zgodziłem. Myślę, że szukał drogi wzmocnienia swej wiarygodności u
    premiera.
    - A czy by ją u Pana znalazł?
    - Nie tylko by znalazł, ale znalazł. Myślę, że rozproszyłem część
    obaw Mazowieckiego co do Sachsa, wystawiając mu „świadectwo powagi”.
    Tadeusz nie jest ekonomistą i moje opinie w tej dziedzinie, także
    personalne, często przesądzały o sprawie.
    - Czy Pan się spotkał z Sachsem?
    - Tak, na chwilę, to było chyba u Balcerowicza na SGPiS. Sachs
    wszedł, przywitał się ze mną, a ja powiedziałem, że sytuacja się w
    międzyczasie zmieniła i teraz osobą właściwą do rozmowy z nim jest
    obecny tu Leszek Balcerowicz. Sachs był zaskoczony, Balcerowicza w
    ogóle nie znał, chyba myślał, że odsyłam go do jakiegoś doradcy.
    Zostawiłem ich samych. To było czwartego września.
    - Jakie wrażenie Sachs zrobił na Balcerowiczu?
    - Bardzo dobre, wtedy nalegał na jak najszybsze wysłanie listu do
    Funduszu Walutowego o przysłanie misji do negocjowania programu
    stabilizacji. Wydaje mi się, że zauroczył Leszka, myślał podobnie
    jak on, był bardzo pewny siebie, miał macki sięgające na Zachód. To
    wszystko musiało być Balcerowiczowi bardzo pomocne w czasie
    jego „prywatnego szoku”, kiedy został kandydatem na wicepremiera.
    Ale po paru dniach oczarowanie ustąpiło trzeźwemu spojrzeniu.
    Przejął większość spraw w swoje ręce. Balcerowicz miał dwie kwatery:
    w Ministerstwie Finansów i w Urzędzie Rady Ministrów. Na ulokowanie
    się Leszka w URM Mazowiecki początkowo kręcił nosem, ale mu to
    przeszło, natomiast przez cały czas patrzał nie najlepszym okiem na
    KERM. Zgodził się z życzeniem Balcerowicza, żeby zostawić
    KERM, który miał służyć Leszkowi jako narzędzie koordynacji działań
    ministrów gospodarczych. Mazowiecki natomiast obawiał się, żeby ten
    organ nie zaczął nabierać charakteru rządu w rządzie i przy każdej
    okazji zwracał uwagę, by w rela­ cjach z KERM nie podawano, że podjął
    on decyzje, bo nie było to ciało decyzyjne lecz konsultacyjne.
  • hasz0 05.05.08, 12:45
    Byłem między nimi, ale jednak o wiele bliżej Mazowieckiego.

    Nie wykluczam, że na samym początku Balcerowicz mógł oczekiwać, że
    będzie odwrotnie i że się ro1zczarował. Na pewno nie odczuwał wobec
    mnie takiej bliskości i zaufania, jak na przykład wobec Stefana
    Kawalca, z którym współpracował od dawna i który pełnił rolę podobną
    do tej, jaką ja pełniłem przy premierze.
    _____________#########___________

    Uważałem, że w strukturze rządu nie powinny istnieć rywalizujące ze
    sobą ośrodki decyzji gospodarczych, dlatego zrezygnowałem na
    przykład z tworzenia odrębnego zespołu doradców gospodarczych, który
    by pracował w obrębie gabinetu premiera na nasz użytek.
    -------------------------------
    Taki zespół mógłby mieć ambicje ostrego recenzowania
    Balcerowicza, tak jak robił to w 1991 roku Komitet Doradczy
    Prezydenta.
    -------------------------------
    To wywoływałoby sytuacje konfliktowe, komplikowałoby mu robotę i
    osłabiało spójność polityki gospodarczej rządu. Sądziłem, że w tej
    szczególnej sytuacji roku 1990 ekipa gospodarcza musi być wyjątkowo
    zwarta, dobrana pod założony kierunek polityki, ale na posiedzeniach
    rządu popierałem często propozycje modyfikacji kursu idące w
    kierunku uzasadnionego rozluźnienia gorsetu finansowego. Balcerowicz
    mógł to odbierać jako wtykanie kija w szprychy jego pojazdu. W
    rzeczywistości chodziło mi o to, by antyinflacyjny zapał icepremiera
    nie zaprowadził nas o jeden most za daleko. Moje interwencje bywały
    często skuteczne. Przeciwstawiałem się na przykład podniesieniu
    podatku gruntowego do równowartości 5 kwintali żyta z hektara.
    Podatek ten ustalono chyba na poziomie równowartości 2,5 kwintala.

    - Jak przebiegała dyskusja nad programem gospodarczym podczas obrad
    Rady Ministrów? - Zgłoszono sporo uwag. Poprawioną wersję ponownie
    dyskutowano dziewiątego października, wpłynęły wtedy nowe
    zastrzeżenia. Do ostatecznej akceptacji dokumentu Rada Ministrów
    upoważniła premiera.
    Z całą pewnością podczas tej dyskusji nie było incydentów czy starć,
    które się zapamiętuje. Przeważała aprobata, z wieloma jednak
    sugestiami zmian tego czy innego sformułowania. Gdyby miał Pan
    wskazać jakieś szczególne wydarzenie w okresie przygotowywania
    operacji stabilizacyjnej, to co by to było?

    Byłaby to rozmowa Mazowieckiego z przewodniczącym Międzynarodowego
    Funduszu Walutowego Michelem Camdessus jedenastego grudnia 1989
    roku. Byłem jej świadkiem. Odbywała się w sali zegarowej, gdzie
    premier zwykle przyjmował wysokie osobistości zagraniczne. Dwaj
    główni rozmówcy siedzieli na kanapce, obok na fotelu siedział
    Balcerowicz.

    Camdessus długo opisywał Mazowieckiemu operację, jaka miała być
    przeprowadzona. Tadeusz zadawał pytania, tamten odpowiadał, a na
    zakończenie spytał: „Panie Premierze, czy jest Pan zdecydowany
    przeprowadzić te posunięcia?”

    Premier spojrzał na podłogę, pochylił się nieco, trzymając złożone
    dłonie między kolanami, a potem już wyprostowany popatrzył na
    Camdessusa, pokiwał głową i powiedział spokojnie, ale mocno:

    - „Tak. Jestem zdecydowany to zrobić”.

    Na co przewodniczący Funduszu się szeroko uśmiechnął....sad

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka