No i dziś znowu....
Włączam TV z rana: armagedon, korki, mróz, zaspy, śnieg, lód, ślisko, wypadki. I
ŚNIEEEEEG. No to jadę rowerem :-)
Zerkam na termometr. -9,5 stopnia. Chłodno, czas wyciagnąć naprawdę zimowe
ciuchy. Z szafy wyciągam zimowe spodnie rowerowe na szelkach, masko-kominiarke z
goretexu i rękawice narciarskie.
Z domu wychodzę kwadrans wcześniej niż zwykle. W Tv mnie nastraszyli, ze całe
miasto sparaliżowane. Sprawdzimy :-)
Pod blokiem faktycznie biało. Ruszenie sprawia niemały kłopot, bo pod warstwą
śniegu jest lód. Przez myśl mi przechodzi, że slicki to jednak nie jest
najlepszy typ ogumienia na zimę. Ale jednak ruszam, choc tylne koło buksuje
jeszcze przy 15km/h.
Do ulicy dojeżdżam nieco "walcząc" z rowerem. W zasadzie bardziej bokiem niż
przodek jadę. No ale jak ciuchy narciarskie, to i jazda narciarska - zakosami. z
resztą tego się spodziewałem.
Dojeżdżam do Modlińskiej. Stoi. Na amen. Przejechałem w poprzek skrzyżowania, bo
tak najszybciej, a w pełni bezpiecznie - bo nic oprócz mnie nie jedzie.
Na ulicy korek. Auta jadą 5km/h. Z racji na błoto pośniegowe i śnieg wyprzedza
się trudno - trzeba wyjechać z kolein, które są równiejsze na zwały śniegu, a
tam łatwo o poślizg. W dodatku nie widać linii między pasami, więc kierowcy
jeżdżą na czuja, czasami okrakiem na dwóch pasach. Mimo to wyprzedzam wszystko.
Na Jagiellońskiej pusto, nic mnie nie wyprzedza. Chwilowo - na wysokości Kocjana
znowu doganiam korek. Niby nic niezwykłego, bo wczoraj też był. Ale znowu trzeba
wyjechać z kolein i celować na śliskim pomiędzy auta. Znowu tylko ja wyprzedzam.
Na rondzie Starzyńsiego auta stoją w różnych kierunkach i kombinacjach. Ale
przynajmniej równomiernie rozjeździły śnieg, więc łatwo się wyprzedza.
Wjazd na Gdanski. Pod śniegiem miejscami lód. Tylne koło łapie poślizg raz po
raz. Mimo to wyprzedzam.
Na Gdańskim drogę zajeżdża mi samochód zmieniający pas z lewego na prawy.
Hamuję, ale to czysta formalność. Przyczepności i tak nie ma. Po postawieniu
roweru bokiem w lewo, puszczam hamulec i w ten sposób zmieniam kierunek jazdy.
Wyprzedzam zawalidrogę z drugiej strony.
Jadę dalej. Dojazd do Międzyparkowej stoi. Omijam kolejkę i bez zwalniania
wjeżdzam w Międzyparkową. Auta za mną jakoś nie widać - chyba miał kłopot z
ruszeniem na śliskim.
Międzyparkowa pusta. W obu kierunkach ani sztuki auta. Jest za to śnieg - dużo
śniegu. Pasy rowerowe zasypane na amen, ale nie ma co się złościć - reszta
wygląda identycznie.
Bonifraterska - pas zastawiony tradycyjnie. Tym razeem mi to nie przeszkadza. I
tak bym nim nie jechał, bo są tam zaspy. Wygodna koleina na pasie dla aut jest
bardziej atrakcyjna :-)
Tymczasem dogania mnie samochód, przed który wjechałem na zawrotce za Gdańskim.
Ale mnie nie wyprzedza. Planuje skręcać w prawo i już by nie zdążył.
Na Bonifraterskiej mijam przystanek. Pełen ludzi. Przystępują z nogi na nogę,
dmuchają w ręce. Wyraźnie zmarznięci. Stoją tu już pewnie długo.
Szkoda mi ich - skoro na Gdańskim i Miedzyparkowej nie wyprzedziłem żadnego
autobusu, to znaczy, że postoją tu jeszcze z dobre pół godziny. Dla niektórych
ze stojących szybciej mogłoby być nawet pieszo.
Tymczasem dojeżdżam do Ambasady Chin. Kolejny korek. Tylko bardziej ciasno.
Wyprzedzam kilka aut, a później, na koszmarnie krzywym bruku, jadę zakosami
środkiem pasa. To jedyny sposób, by się w nic nie władować na tej krzywej
nawierzchni.
Na Miodowej też stoi korek. Wyprzedzam z prawej, a później z lewej. W sumie nie
ma o czym pisać, bo ten korek jest zwyczajny. Nietypowe jest tylko to, że nie ma
przyczepności i nie widać linii. Przynajmniej nikt mi nie zarzuci jazdy pod prąd ;-)
Prawdziwa jazda zaczyna się na Krakowskim. Tu mało aut wjeżdża, więc i śnieg
mniej rozjeżdżony. A pod nim lód. Ślisko jest, oj ślisko. Do tego bruk już jest
nierówny, więc nigdy nie wiadomo, w którą stronę rower odskoczy na wyboju.
Zakosami dojeżdżam do Karowej.
Skręt w lewo to spore wyzwanie. Trzeba wyjechać z koleiny oraz przeciąć kilka
zwałów śniegu i błota. Do tego jakiś kretyn poprowadził w poprzek karowej
rynienkę ściekową. Zaliczam efektowny uślizg tylnego koła, ale po kilku kontrach
udaje mi się ustabilizować tor jazdy.
Jeszcze tylko zjechać pod wydział i zaparkować. Naciskam na tylny hamulec i
wyznaczając długie, efektowne "S" zatrzymuję się przy lewej krawędzi jezdni.
Używając roweru jako taranu do ugniatania śniegu, robię sobie ścieżkę przez
zaspę przy chodniku. Rower przypinam tradycyjnie - do kraty przed budynkiem :-)
Koniec. 29 minut jazdy. 5 minut dłużej niż zwykle. Faktycznie, armagedon, dawno
tak długo nie jechałem. Idę na zajęcia, zastanawiając się na co poświęcić
pozostałe z kwadransa zapasu 10 minut ;-)
--
Pozdrawiam rowerowo - Rafał 'Raffi' Muszczynko
__________________________________________________
Jeździć możesz powoli, ale myśleć musisz szybko ;-)