Dodaj do ulubionych

Jankeskie zaułki...

01.07.05, 23:44
Jankeskie zaułki...

Zaczne moze tak, od sparafrazowania pewnego slynnego poczatku – moze nie tak
slawnego, jak „Ogary poszly w las” czy „Rok 1647 był to dziwny rok, w którym
rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne
zdarzenia”, ale prawie tak slawnego:
Witajcie,
No więc, powiem szczerze a krótko - pośrednio winą (lub zasługą) za Jankeskie
Zaułki obarczyć należy Cat_sa...
W jankeskich zaułkach tematem przewodnim ma byc, generalnie, Obczyzna, i
wszystko, co z nia zwiazane.
Poniewaz aktualnie przebywam w kraju, o ktorego wolnosc bili sie miedzy
innymi Pulaski i Kosciuszko, stad tytul przewodni – jednak namawiam, by sie
nim nie sugerowac zanadto i umieszczac watki dotyczace Obczyzny we wszelkiej
postaci i dotyczace kazdego czasu.

Na mnie, jako zalozycielowi spoczywa obowiazek rozpoczecia („na kazdym
zebraniu jest taki moment...itd.). Niniejszym rozpoczynam...

Moj pierwszy (bezposredni) kontakt ze Stanami datuje sie na rok 1997.
Wiedza moja o Ameryce byla raczej standardowa – dumni, acz nieco zadzierajacy
nosa cowboye, brak obycia, zerowa wiedza ogolna, slowem: kraj pop-kultury i
Mc Donalda.
Z drugiej jednak strony – Armstrong (wlasciwie dwoch :)), Edison, Twain,
Stanford...zeby wymienic w kolejnosci alfabetycznej, wybierajac przy tym
przedstawicieli kompletnie roznych profesji...
Zawsze mnie to fascynowalo, ta dwoistosc Ameryki, czy, zeby uscislic, USA –
zaryzykowalbym nawet twierdzenie, ze jest to dwoistosc jedyna w swoim rodzaju.
Nigdzie indziej chyba to, co nazywamy kultura wyzsza, nie wspoistnieje w tak
pokojowy sposob z ta nizsza, dajac efekt jedyny w swoim rodzaju –
supermocarstwa, ktore nie moze sobie poradzic z plaga otylosci wlasnych
obywateli.
Oczywiscie trudno mnie, z perspektywy mrowki, wyciagac sady w skali makro,
ale napisze to jeszcze raz: ten slynny melting pot, ten tygiel, w ktorym
mieszaja sie ludzie roznego pochodzenia, roznych kultur, religii i
wyksztalcenia, fascynowal mnie od zawsze, i odegral jakas tam role w decyzji
przybycia na Nowy Kontynent i obejrzenia go z wlasnej perspektywy.
Jak napisalem wyzej, moj pierwszy kontakt to byly trzy miesiace na banalnym
wyjezdzie studenckim z programu Work and Travel.
Wtedy byl to pomysl na zobaczenie kawalka swiata nie wydajac na to za duzo
pieniedzy, (faktycznie, wyszedlem gdzies na zero.).
Wyjechalem i trafilem na pogranicze trzech stanow: Tennessee, Polnocnej
Karoliny i Georgii.
Zdecydowalem sie, jeszcze w Polsce, na prace w Mc Donaldzie - czyz moze byc
lepsze miejsce na spojrzenie pod podszewke USA, jak fizyczna praca w
tej „restauracji” ?
No dobrze, dorabiam troche teorii, wzialem (wraz z trojka znajomych) to, co
sie nam nawinelo...ale trafilismy wybornie...cd. w watku ponizszym...
Edytor zaawansowany
  • sofanes 01.07.05, 23:45
    McDonald polozony byl na skraju parku-rezerwatu indian Cherokee, a ten rezerwat
    i region polozony jest w pasmie Appalachow, w czesci nazywanej Great Smoky
    Mountains.
    Region jest przepiekny, a gory nazywaja sie „dymnymi”, poniewaz na skutek
    wilgotnosci caly czas zalegaja w nich mgly i chmury...tu mozecie kliknac na
    stosowny link:
    www.duke.edu/~laa2/images/october_mountains/mountainview02.jpg
    Hmm, wdaje sie w dywagacje w sposob nieprzewidziany, ale zdecydowalem wlasnie,
    ze bede pisal nie-chronologicznie, raczej przeskakujac miejsca i czasy dla
    zilustrowania mysli przewdoniej danego watku...w tym ta mysla niech
    bedzie: „Moim zdaniem USA, jako czesc kontynentu, mniej jako kraj, to wspaniale
    miejsce do zwiedzania”.
    Dlaczego ? Ano, nasza europejska miedzynarodowa grupa pracujaca w miasteczku
    Cherokee (w roznych miejscach, ale mieszkajaca wspolnie, w jednym motelu) przez
    te trzy miesiace zobaczyla i przeeksplorowala wiecej ciekawych i pieknych
    miejsc, niz wielu amerykanow mieszkajacych tam na stale od urodzenia, ktorych
    poznalismy i z ktorymi sie przyjaznilismy...fascynujace bylo to, ze ta nasza
    aktywnosc wplynela na nich w sposob niespotykany – nagle nasi rowiesnicy
    odkryli, ze mozna spedzac czas inaczej, niz w kregielni czy najblizszym domu
    campingu...nie wiem, ale byly to chyba najintensywniej przezyte trzy miesiace
    mojego zycia, przez caaaly dzien dosc ciezka praca (potem pracowalismy rankami
    w na pierwsza zmiane dodatkowo w hotelu), wieczorem szybka imprezka, a w
    weekend o swicie – wycieczka grupowa gdzies, gdzie nas jeszcze nie bylo...a tu
    trzeba dodac, ze amerykanie posluguja sie samochodem jak nogami, a
    miejsca „dzikie”, czyli takie, gdzie nie ma parkingu badz nie sa one
    zorganizowane jako np. stanowy park z udogodnieniami dla zwiedzania, sa
    naprawde DZIKIE.
    Motel, w ktorym mieszkalismy, lezal przy drodze, za ktora zaczynal sie las –
    wyobrazcie to sobie, motel, slup z publicznym telefonem przy drodze, droga, a
    po drugiej stronie las.
    Jednym slowem, od telefonu do lasu jakies 10 metrow w linii prostej – i prawie
    pewne, ze w tym lesie (nie ma tam zadnych sciezek, dzika gestwina) nie stanela
    ludzka noga np. od dwudziestu lat! Czy to nie fascynujace ?
    Parki narodowe (na razie widzialem jeden, ale moja zona kilka, a i ja zamierzam
    zwiedzic jeszcze kilka), takie duze parki narodowe obejmujace kilkaset mil
    kwadratowych, charakteryzuje np. to, ze w mniej popularnych miejsach mozna
    wedrowac i biwakowac i zywego ducha nie spotkac...za to w miejscach
    popularnych – jesli gdzies jest wyznaczony specjalny szlak do jakiegos
    szczegolnego miejsca, to prawie pewne, ze na gore o wysokosci 3 tys. metrow
    bedzie mozna wjechac rowna asfaltowa droga, na gorze bedzie czekal automat z
    coca-cola i winda dla niepelnosprawnych, zas na samiutkim szczycie -
    obowiazkowa flaga... na szczescie to, co dla Amerykanow „szczegolnie warte
    zobaczenia” nie zawsze musi pokrywac sie z naszymi gustami...
    Przypomne wiec mysl przewodnia tego watku – jesli ktos przedklada nad zdjecia
    pomnikow zwiedzanie przyrody i np. podroz pusta droga przez pustynie w strone
    zachodzacego slonca, Ameryka jest urzekajaca...wymarzone miejsce dla ludzi,
    ktorzy marza o zobaczeniu parku wielkosci dwoch czy pieciu naszych wojewodztw,
    na przyklad.
    Napisalem, ze to zwiedzanie szczgolnie fascynuje Europejczykow – i chyba cos w
    tym jest, ze miejscowi nie doceniaja az tak tego, co posiadaja...mam wrazenie,
    ze wiekszosc potrafi przezyc zycie nie ruszajac sie dalej niz 50 mil od domu,
    chociaz w zyciu zmieniaja domy kilka razy.
    Z drugiej strony, moge troche przesadzac, bo porownuje „szarego” amerykanina do
    ludzi przybylych do USA z Europy (swiezo...), a wiadomo, ze zwykle sa ta
    jednostki z zainteresowaniami i kreatywnoscia troszke powyzej przecietnej...nie
    jest wykluczone, ze miszkaniec Grojca z srednim wyksztalceniem tez nie jest
    zaintersowany zwiedzaniem okolic Grojca, czy nawet innych rejonow...nie
    obrazajac Grojca i jego mieszkancow, rzecz jasna. To tyle na razie...pytajcie,
    komentujcie, dzielcie sie wlasnymi doswiadczeniami...ja niedlugo skrobne cos o
    podrozowaniu w USA i samochodach...
  • sofanes 07.07.05, 01:10
    Jak wiadomo, Ameryka to inny kontynent, ktory od naszego oddzielony jest duzym
    zbiornikiem slonej wody.
    Przez ta wode podobno mozna przeplynac (ponoc mozna wykupic miejsca na statkach
    handlowych badz poszukac rejsow jachtowych, ta druga opcja, tez ponoc, dosyc
    droga, zas obie opcje – czasochlonne), lub przefrunac.
    Koszty przefruniecia, tu bazuje na wlasnych doswiadczeniach, sa bardzo rozne –
    na ogol najtanszy jest LOT (o dziwo), ale to tyczy sie glownie lotow poza
    sezonem. Szesc miesiecy temu, bilet zarezerwowany na dwa miesiace wczesniej z
    data odlotu 28 grudnia kosztowal mnie okolo 500 dolarow (w obie strony jakies
    600 chyba), z Warszawy do Chicago. W sezonie bywa dwa razy drozej, niestety.
    Jak poruszac sie po Stanach ?
    Bez samochodu nie da sie nic zrobic, ale to nic.
    Mozna przemieszczac sie autobusami Greyhounda, tak jak zrobilem to po swoim
    pierwszym przylocie, w porownaniu z dawnymi PKSami calkiem znosnie sie nimi
    podrozuje (jest klimatyzacja, co jakis czas staja na przerwy w przydroznych
    barach), jesli komus nie przeszkadza towarzystwo zwykle halasliwej i
    sprawiajacej wrazenie bezstresowo wychowywanej biedoty.
    Pomimo tego, ze mozna trafic na bardzo specyficzne typy osobowosci (slynny
    brudas z rowerem z kolejki WKD to mily starszy pan w porownaniu do niektorych
    tutaj), to bezpieczny i relatywnie tani srodek lokomocji.
    Aha, jesli chodzi o to, czy to kraj bezpieczny, czy nie, to poswiece temu
    pewnie jakis kolejny pod-watek, ale generalizujac, czlowiek czuje sie tu duzo
    bezpieczniej, niz w Pruszkowie.

    Kiedy juz dotrzemy do miejsca przeznaczenia, to musimy kupic samochod – inaczej
    zamiast robienia zakupow albo zwiedzania spedzac bedziemy wolny czas na
    popijaniu piwa i przesiadywania na ganku.
    Na szczescie samochody tu mozna kupic wzglednie tanio, w tej chwili np.
    najlepszym wyborem sa wszelkie produkcje koreanskie np. KIA i tanich marek
    amerykanskich, np. Saturn czy Merkury.
    Takie jezdzidlo 3-4 letnie da sie kupic za 2-3 tysiace dolarow; aha, jest
    jeszcze ford taurus, taki samochod dla mas, tez tani.
    Takie samochodziki sa chyba lepsze, niz dajmy na to Fiat Seicento, a kosztuja
    tyle samo.
    Benzyna jest prawie dwukrotnie tansza niz w Polsce (teraz bije rekordy, ale
    stosunek do ceny w Polsce jest wzglednie podobny).
    Mozna tez trafic niezle okazje – nam sie udalo kupic trzy miesiace temu, przez
    zupelny przypadek, Forda Mustanga z 98 (z manualna skrzynia – tutaj to
    rzadkosc...) roku za cztery tysiace dolarow.
    Ma na liczniku 80 tysiecy mil, ale jezdzi super, i jednak jaka to przyjemnosc
    miec pod butem 150 koni.
    Jesli zamierzamy zostac przynjamniej pol roku, warto sprobowac kupic samochod
    nowszy, lepszy i drozszy – jesli jestesmy jego posiadaczem przynajmniej pol
    roku, mozemy przywiezc go do Polski bez cla i akcyzy, jako mienie
    przesiedlencze – tyle tylko, ze nie mozna go sprzedac przez rok po powrocie.
    Uwaga – malzenstwa moga przywiezc dwa samochody na tych zasadach...jesli sa
    zarejestrowane oddzielnie.
    Mam zamiar przetestowac to osobiscie, ale to pewnie za rok-dwa...wtedy zdalbym
    dokladniejsza relacje.
    Koszt wyslania samochodu do Europy to jakies poltora tysiaca dolarow.
    Jesli chodzi o prawo jazdy, tu czesto pojawiaja sie watpliwosci, ale akurat
    jestem z tym na biezaco, wiec wyjasnie:
    Generalnie, przepisy dotyczace tego, na jakim prawie jazdy moze jezdzic
    cudzoziemiec, leza w gestii poszczegolnych stanow, ale praktycznie wszedzie
    swiezo po przyjezdzie mozna jezdzic z miedzynarodowym i narodowym (trzeba miec
    oba przy sobie) prawkiem, natomiast zmienna jest czas, czasem trzeba zrobic
    amerykanskie pol roku od przyjazdu, czasem rok, a czasem (rzadko chyba) w
    ogole, jesli nie planuje sie zostania na stale.
    Zrobienie prawka amerykanskiego nie stanowi bariery nie do przejscia; zeby stac
    sie jego szczesliwym posiadaczem, najpierw trzeba zdac teorie (otrzymuje sie
    wtedy tzw. learner’s permit) i z tymze dokumentem mozemy prowadzic samochod pod
    warunkiem, ze jedzie nim tez ktos z „prawdziwym” prawem jazdy.
    Permit pozwala jedzic tak przez rok, i w trakcie tego roku wypadaloby zdac
    praktyke.
    Na egzamin praktyczny trzeba podstawic swoj samochod, przewiezc instruktora po
    okolicy i zaparkowac rownolegle gdzies w bocznej uliczce.
    Bulka z maslem, nawet dla takich nieporadnych kierowcow jak ja.
    Amerykanskie prawo jazdy jest bardzo przydatne – to podstawowy dokument
    tozsamosci, potrzebne jak chce sie kupic alkohol (niech was nie zwiedzie mysl,
    ze skoro macie np. lat 30 nie zdarzy sie, by zazadano od was ID...zdarzy sie,
    zdarzy), czy taniej ubezpieczyc samochod.
    Problemy, ktore moga pojawic sie przy probie uzyskania prawa jazdy sa raczej
    natury biurokratycznej i zwiazanej z 9/11, ale o tym moze kiedy indziej...albo
    i nie, bo i watek raczej usycha, pomimo takiego swietnego poczatku...:))
    pisanie sobie a muzom tez jest zajmujace, ale bez przesady...
  • zerozeroseven 07.07.05, 10:22
    sofanes napisał:

    bo i watek raczej usycha, pomimo takiego swietnego poczatku...:))
    > pisanie sobie a muzom tez jest zajmujace, ale bez przesady...
  • zerozeroseven 07.07.05, 10:22
    zerozeroseven napisał:

    > sofanes napisał:
    >
    > bo i watek raczej usycha, pomimo takiego swietnego poczatku...:))
    > > pisanie sobie a muzom tez jest zajmujace, ale bez przesady...

    No to może ja coś dodam. Napisałeś o 2 sławnych Armstrongach ale sławnych
    amerykańskich Armstrongów jest co najmniej 3: trębacz, kosmonauta i kolarz (ten
    ostatni właśnie wygrywa swoje 7 TdF) :- )

    Ale do rzeczy. Stany są piękne i faktycznie może to być i dla wielu jest ziemia
    obiecana. Mnie osobiście zafascynowały do tego stopnia, że obiecuję sobie tam
    powrót, jak tylko moje potomstwo nieco podrośnie i będzie zdolne do dłuższych
    podróży. USA poznawałem z punktu widzenia 100% turysty. Pewnego razu kupiłem
    bilet i poleciałem do Waszyngtonu (gdzie ukończyłem instytut o rynkach
    kapitałowych), a potem już zupełnie rozrywkowo zagnało mnie do NYC i jeszcze
    dalej na drugi koniec do Kalifornii i innych południowych stanów gdzie
    zabawiłem dłużej. Trudno zebrać wszystkie wrażenia w kilku słowach. Generalnie
    uważam, że amerykanie są niezwykle uprzejmi i wrażliwi. Są 100x bardziej
    przyjacielscy niż Polacy, zawsze chętni do pomocy i do dobrej rady. Po 10
    minutach rozmowy zapraszają do domu na oglądanie zdjęć z ich ostatniej imprezy
    rodzinnej. Amerykanie mają niewspółmiernie większą w stosunku do Polaków wiedzę
    ogólną o świecie. Nie tylko mają pojęcie o Polsce i Polakach, ale o
    Azerbejdżanie, Rosji, Mali czy Kostaryce. (zapytajcie przeciętnego mieszkańca
    nadwiślańskiego kraju gdzie leży Mali, albo czym się różni Korsyka od
    Kostaryki – Amerykanin wie – Polak niekoniecznie). Przyczyną takiego stanu
    rzeczy jest jak mi się wydaje niesamowita wręcz rola telewizji w edukacji
    społeczeństwa. Ci ludzie chłoną programy jak gąbka przy czym nie tylko
    rozrywkę, ale także programy edukacyjne i informacyjne. Wystarczy obejrzeć CNN,
    żeby zdać sobie sprawę, że Amerykanin ma globalny i dość dobrej jakości pogląd
    na to co się dzieje na świecie. Odbiorca TVN24 będzie co najwyżej dobrze
    zorientowany co się dzieje na Wiejskiej i w bazie Babilon nie mając zielonego
    pojęcia o tym co się wydarzyło np. w Brazylii.
    Amerykanie bardzo dbają o zdrowie chociaż wchodząc do jakiejkolwiek
    amerykańskiej restauracji ma się odmienne wrażenie. Porcje są gigantyczne jak
    na europejskie standardy (np. mała kola to 0,5 litrowy kubek). Gigantyczne są
    parkingi i stanowiska na parkingach (po powrocie miałem trudności z
    mieszczeniem się na jakimkolwiek stanowisku na polskim parkingu), drogi również
    są szerokie zwłaszcza w miastach. Wielu amerykanów uprawia sport. Wchodząc do
    Central Parku widzi się po prostu tłum ludzi na rowerach, rolkach,
    biegających, grających w tenisa rozciągających się. Tego u nas jest bardzo
    mało, a w Pruszkowie to już w ogóle kicha. Wydaje mi się, że niesłusznie do
    amerykanów przylgnął stereotyp grubasa. Może to przypadek ale ja w większości
    spotykałem ludzi szczupłych, opalonych i w pełni sprawnych. Grubasów nie było
    więcej niż na plaży w Jastarni albo w sobotę na Bolka Prusa.

    No dobra muszę kończyć. Jak znajdę czas to będzie cdn.
  • zerozeroseven 07.07.05, 16:17
    O’key, folks. Następuje ciąg dalszy.
    Skończyłem na grubasach. Więc Amerykanie wbrew różnym badaniom i utartej opinii
    nie odróżniają się pod tym względem, przynajmniej po pobieżnych oględzinach od
    przeciętnego mieszkańca Europy Środkowej. Chociaż zdarzają się wyjątki. Z
    jednym z nich, a w zasadzie z jedną leciałem ze Wschodniego na Zachodnie
    Wybrzeże. Pani zajmowała legalnie dwa miejsca w samolocie, ale ja przez kilka
    godzin byłem rozpłaszczony na szybie bo w sposób nieuprawniony zajęła też pół
    mojego. Na moje nieszczęście była też bardzo miła więc jakoś nie miałem serca
    mówić jej, żeby zabrała udo z mojego siedzenia. Zjedliśmy razem całą blachę
    piernika i opowiedzieliśmy sobie historię rodzinną aż do czasów niewolnictwa bo
    pani była Murzynką. Po przylocie zostałem przedstawiony całej rodzinie
    czekającej na lotnisku. Dostałem 5 wizytówek. Zaproszenie na weekend do domu.
    Wszyscy mnie wyściskali jak dawno nie widzianego kuzyna i jeszcze machali
    rękami jak odjeżdżał mój shuttlecik do hotelu. Pełny odlot po prostu.
    Taa…. Amerykanie są niesamowici. Szczególnie na prowincji. Może za bardzo ich
    chwalę ale szczególnie tam żyją ludzie skromni, prostolinijni, pracowici i
    religijni. Wystarczy w niedzielę zobaczyć ile samochodów stoi pod kościołami,
    ile ludzi wychodzi po nabożeństwie i z jakim przejęciem w nim uczestniczą aby
    poczuć się trochę jak w średniowieczu. Mocno zakorzeniona w społeczeństwie jest
    przyzwoitość. Porno i obscena jest totalnie nie na miejscu. Zawalające nasze
    kioski i supermarkety pisemka pornograficzne są tam absolutnie nie do
    pomyślenia i chyba mogłyby stanowić podstawę do zamknięcia takiego kioskarza w
    więzieniu. Ludzie mało przeklinają, co najwyżej niewinne „gosh” – powaga! Mocno
    zakorzenione są tradycje rodzinne. Kobiety często nie pracują i zajmują się
    domem. Przyjemnym widokiem, jak dla mnie przynajmniej, były zadbane mamy z
    zakupami w fajnym pick-upie otoczone wianuszkiem 4-5 dzieci – bo dzieci
    amerykanie też mają dużo i stawiają je niemalże na piedestale. Dla przykładu
    autentyczna scenka z pociągu podmiejskiego Silicon Valley – San Francisco: Po
    przedziale idzie wolno konduktor i sprawdza bilety. Dwa rzędy przede mną siedzi
    mama z dwójką dzieci. Konduktor podchodzi. Chyba mają jakieś zniżkowe bilety bo
    mama wyciąga legitymacje czy coś tam. Konduktor studiuje z uwagą dokument po
    czym woła na cały wagon. : „Słuchajcie mała Karolinka ma dzisiaj urodziny!”.
    Wszyscy ludzie w wagonie biją brawo i śpiewają „Happy Birthday”, machają do
    dziewczynki rękami i zapanowuje ogólna radość. Konduktor bierze dziecko na ręce
    i kończy sprawdzanie biletów razem z nim.
    Kiedy to wszystko zobaczyliśmy to mnie i mojej żonie szczęki opadły do samej
    podłogi.

    Potem się przyzwyczailiśmy.

    No i jak tu nie lubić Ameryki?

    cdn.
  • sofanes 07.07.05, 18:58
    Dzieki zerozerosevenie, zes sie odezwal w watku :)
    Przechodzisz do annalow historii jako pierwszy ktory do watku sie dolaczyl...
    Hmm, co do tego, co napisales, musze przyznac, ze w wielu przypadkach zdanie
    mam kompletnie odmienne, a najlepsze w tym to, ze tez bazuje na
    doswiadczeniach...no ale po kolei:

    > No to może ja coś dodam. Napisałeś o 2 sławnych Armstrongach ale sławnych
    > amerykańskich Armstrongów jest co najmniej 3: trębacz, kosmonauta i kolarz

    No tak, swieta racja, posypuje glowe popiolem...ale to zacmienie spowodowane
    tym, ze patrzylem w przeszlosc glebsza, a wtedy znikaja obiekty z pierwszego
    planu...

    >Są 100x bardziej
    > przyjacielscy niż Polacy, zawsze chętni do pomocy i do dobrej rady. Po 10
    > minutach rozmowy zapraszają do domu na oglądanie zdjęć z ich ostatniej
    imprezy
    > rodzinnej.

    Oj, oj, przyjacielscy i sklonni do pomocy sa, to prawda. Jednak dla mnie
    ta "nadprzyjacielskosc" czasami pobrzmiewa nieco sztucznie - fraternizowanie
    sie z czlowiekiem, ktorego znasz dzien albo parenascie godzin zawsze ma w sobie
    jakas nutke falszywa...ale, generalnie, sa pomocni. Czy jednak bardziej niz
    polacy ? Wiesz, powiem Ci, ze moje pierwsze odczucie (po 3 miesiacach) bylo
    podobne - bardzo pomocni ludzie. Ale potem troszke zrewidowalem ten poglad.
    NO ale dobra, generalnie sie zgodze. Zakladam jednak, ze to nie tyle wyzszosc
    kultury, ile poczucie wiekszego bezpieczenstwa niz w Polsce powoduje ta
    otwartosc - innymi slowy, mysle ze polak tez ma w sobie duzo empatii, ale jest
    po prostu duzo bardziej ostrozniejszy w kontaktach z obcymi, czemu trudno sie
    dziwic.

    >Amerykanie mają niewspółmiernie większą w stosunku do Polaków wiedzę
    > ogólną o świecie. Nie tylko mają pojęcie o Polsce i Polakach, ale o
    > Azerbejdżanie, Rosji, Mali czy Kostaryce.

    Och rany, tu mnie zastrzeliles zupelnie, ale to zupelnie. Naprawde nie znosze
    stereotypow typu "przecietny amerykanin nic nie wie o swiecie, za to
    europejczyk to krynica madrosci i wiedzy ogolnej" ale po wielu weryfikacjach
    osobiscie z cala stanowczoscia twierdze: ten stereotyp jest prawdziwy, albo
    czesto bywa prawdziwy.
    Prawdopodobnie wynika to z systemu edukacji (u nas kazdy, lubil czy nie,
    geografii musial sie uczyc), w ktorym kazdy wybiera sobie, co chce - ale wiedza
    ogolna amerykanow mnie dobila.
    Ludzie bez szkol, tylko po collegu, wiedzieli, ze Polska jest w Europie, ale
    zwykle nie wiedzieli, czy graniczymy z Niemcami, ze Minsk lezy na Bialorusi i
    co to wlasciwie sa post-sowieckie republiki.
    Kadra wyzsza (Ph.D., profesorowie akademiccy) wiedza, gdzie lezy Polska, ale to
    najwyzej tyle...studenci niektorzy nie slyszeli, co to za miasto, taka Warszawa.
    Ja tu znowu wroce do pewnej dwoistosci - ludzie po kierunkach humanistycznych,
    czy majacych zwiazek np. z geogrfia wykazuja naprawde imponujacy zasob wiedzy -
    ale dajmy na to ekspert-fizyk, czy ekspert-biolog nie jest zupelnie
    zainteresowany wzbogacaniem swojej wiedzy na innych polach.
    Pisze o swoich doswiadczeniach, ale duzo rozmawialem z polakami i innymi
    cudzoziemcami o ich doswiadczeniach z innych miejsc w USA, akademickich i nie,
    i wszyscy powtarzali jednym glosem to, co wlasnie napisalem...
    Co do roli telewizji w edukacji, to masz racje - ale ja wyciagam zupelnie inne
    wnioski...jesli juz ktos wykazuje nieprzecietne zainteresowanie czyms wiecej,
    niz wlasna specjalizacja, to rzeczywiscie edukuje sie na tv.
    Problem w tym, ze wiedza uzyskana w ten sposob jest kompletnie fragmentarczyna
    i czasami nierzetelna; w efekcie ide o zaklad, ze wielu odrozni Korsyke od
    Kostaryki, ale bedzie jednoczesnie przekonanych, ze Estonia jest wieksza niz
    Polska...

    Mam wrazenie, zerozerosevenie, zes trafil na jakis elitarnych obywateli swiata,
    czego Ci zazdroszcze - ja obcuje z ludzmi duzego formatu jesli chodzi np. o
    biologie (publikacje w Nature, Science), ze studentami, post-docami etc. i
    zupelnie nie podzielam zdania o ich orientacji w sprawach swiatowych itd.itp.

    > Amerykanie bardzo dbają o zdrowie chociaż wchodząc do jakiejkolwiek
    > amerykańskiej restauracji ma się odmienne wrażenie.

    Systemowi opieki zdrowotnej poswiece pewnie osobny watek (mialem bezposrednia
    stycznosc, i to nawet wypadkowa). Dbaja o zdrowie, ale czasami mam wrazenie, ze
    ciagle mowisz o klasie wyzszej-sredniej. Ta troche nizsza czasami moze miec
    przerabane...bardziej niz w Europie.

    >Porcje są gigantyczne jak
    > na europejskie standardy (np. mała kola to 0,5 litrowy kubek). Gigantyczne są
    > parkingi i stanowiska na parkingach (po powrocie miałem trudności z
    > mieszczeniem się na jakimkolwiek stanowisku na polskim parkingu), drogi równe

    Tu sie zgadzam w 100 %. Sa np. sieci kawiarni, gdzie nie moge chodzic, bo cafe
    latte najmniejszy rozmiar to jest taki pollitrowy nocnik...a jest to
    najmniejszy rozmiar kawy...

    > Wielu amerykanów uprawia sport. Wchodząc do
    > Central Parku widzi się po prostu tłum ludzi na rowerach, rolkach,
    > biegających, grających w tenisa rozciągających się.

    Tu znowu poglad mam troche odmienny - w Central Parku i innych parkach tak jest.
    W miasteczku akdemickim w ktorym mieszkam mnostwo jest ludzi uprawiajacych
    jogging i jezdzacych na rolkach. Ale to raczej wynika z tego, ze musza spalac
    jakos puste kalorie - tu sie nie chodzi, tu sie jezdzi samochodami...u nas
    zawsze czsem gdzies przejdziesz, czy ja wiem, od WKD czy gdzies tam.
    Ale ludzie, zeby sie tak spotkac i zagrac w pilke albo siatke - to 90%
    obcokrajowcy.

    > Może to przypadek ale ja w większości
    > spotykałem ludzi szczupłych, opalonych i w pełni sprawnych. Grubasów nie było
    > więcej niż na plaży w Jastarni albo w sobotę na Bolka Prusa.

    Mysle, ze to naprawde przypadek...czy zauwazyles np. specjalne elektryczne
    wozki dla grubasow w kazdym wiekszym hipermarkecie ? A nie zauwazyles, kto
    dosyc czesto jezdzi tymi poteznymi krazownikami szos ? A w restauracjach nie
    spotykales takich ? O nie, nie, tutaj w akademickim miasteczku jest ich mniej,
    ale tez jest ich bardzo wielu.
    Mnie fascynuje inna rzecz - tu jest bardzo duzo BAARDZO otylych, i stosunkowo
    malo tak "srednio" otylych. Nie bardzo sobie moge to wytlumaczyc...
    Ale jesli nawet moje spostrzezenia sa nietrafne, to jednak raporty i statystyki
    sa bezlitosne...zreszta sam co jakis czas natykam sie na raporty "bijace na
    alarm" w NY Timesie, czy Newsweeku itp.itd.
    Nie sa to chyba tylko fakty prasowe.
    Pamietam, ze po powrocie do Polski pierwszym uderzajcym spostrzezeniem
    bylo "jacy tu sa ladni ludzie"...no tak, po pierwsze szczuplejsi, po drugie
    jakos bardziej dbajacy o ubior - tu panuje kompletny luz i wolnosc, i czasami
    to az niesmaczne spotykac na ulicy sliczna panienke w brudnym i rozhcelstanym
    odzieniu...wszechobecne klapki i dresy, no nie, zerosevenie, my chyba bylismy w
    roznych Amerykach :)))

    Co do twej historii z samolotu, mialem dosyc podobna - jak wracalem z 3
    miesiecznego pobytu gadalem cala droge z jakims przedstawicielem firmy na cale
    zachodnie wybrzeze (jakis tam maszyn) i na koniec tez dal mi wizytowke i
    obiecal znalezc praktyke u swojego brata co sie zajmowal jakims ogrodnictwem
    (bylem wtedy na studiach, wciaz), ale nie zadzwonilem w koncu...wizytowka
    pewnie lezy wciaz w moich papierach w Pruszkowie...

    > chwalę ale szczególnie tam żyją ludzie skromni, prostolinijni, pracowici i
    > religijni. Wystarczy w niedzielę zobaczyć ile samochodów stoi pod kościołami,
    > ile ludzi wychodzi po nabożeństwie i z jakim przejęciem w nim uczestniczą aby
    > poczuć się trochę jak w średniowieczu. Mocno zakorzeniona w społeczeństwie

    Ha, to tez prawda. Chodza tez np. sprzatac Kosciol czy udzielaja sie w
    wolontariacie dla biednych. To bardzo imponujace, takie spolecznosci lokalne.
    Ale czasem znowu mam nieprzyjemne wrazenie, ze to troche jak w opowiadaniach
    Marka Twaina - ci l
  • sofanes 07.07.05, 19:02
    Aha, tak sie rozpisalem, ze mnie obcielo...tu dokonczenie...

    Ha, to tez prawda. Chodza tez np. sprzatac Kosciol czy udzielaja sie w
    wolontariacie dla biednych. To bardzo imponujace, takie spolecznosci lokalne.
    Ale czasem znowu mam nieprzyjemne wrazenie, ze to troche jak w opowiadaniach
    Marka Twaina - ci ludzie wlasnie nieciekawi szerokiego swiata, w pewien sposob
    fundamentalistyczni, konserwatywni i...jakby, ja wiem, znudzeni ?
    Jednoczesnie istnieje drugi nurt, ukryty - to nieprawda, ze porno i obscena
    jest tu obca...tu wiele rzeczy jest takich, cholera, na pokaz - typu: zadamy
    dwoch id przy zakupie alkoholu, nie sprzedajemy porno w naszym miasteczku, w
    niedziele zakaz sprzedazy alkoholu, a jednoczesnie szanowani obywatele chleja
    na umor w zaciszu domowym i jezdza po brzydkie kasety do wielkiego magazynu
    obscenicznych rzeczy przy austostradzie. Tak samo eleganccy obywatele sa
    wszyscy co do jednego przeciwni rasizmowi, ale w miastach i miasteczkach caly
    czas istnieja dzielnice oddzielne - nie, nie getta, ale zaden bialy nie
    zamieszka wsrod sasiadow murzynow, i na odwrot. Biali mieszkancy nawet wykupia
    dzialke na osiedlu, jesli okaze sie, ze jednym z powaznych kupcow jest murzyn -
    wszystko legalnie, po to, by powstal tam park zabaw - oczywiscie dla wszystkich
    dzieci, a to, ze akurat w okolicy nie mieszkaja dzieci murzynskie (o nie, kazdy
    z dobrych obywateli uzyje slowa afroamerykanskie), to zupelny przypadek...
    Niestety, jest i taka dwoistosc Ameryki...

    > zakorzenione są tradycje rodzinne. Kobiety często nie pracują i zajmują się
    > domem. Przyjemnym widokiem, jak dla mnie przynajmniej, były zadbane mamy z
    > zakupami w fajnym pick-upie otoczone wianuszkiem 4-5 dzieci – bo dzieci
    > amerykanie też mają dużo i stawiają je niemalże na piedestale. Dla przykładu

    Tak jest, konserwatywny model rodziny...poza tym pensja meza zwykle wystarczy
    na utrzymaie domu. Ale to juz realia ekonomiczne bardziej o tym chyba decyduja,
    niz spoleczne...
    Hmm, jakos ustawilem sie w teraz w pozycji krytycznej, ale odnioslem wrazenie,
    zes troche laurkowy portret USA przedstwail...moze ktos jeszcze na forum
    podzieli sie swoimi spostrzezeniami i nas "pogodzi" ?

  • zerozeroseven 08.07.05, 13:27
    Hi ;-)
    Bardzo, bardzo ciekawy komentarz. Dzięki. Chyba będę musiał znowu pojechać do
    USA bo mi się chyba jakiś wyidealizowany obraz amerykańców wytworzył. Poniżej
    mała replika.


    > Och rany, tu mnie zastrzeliles zupelnie, ale to zupelnie. Naprawde nie znosze
    > stereotypow typu "przecietny amerykanin nic nie wie o swiecie, za to
    > europejczyk to krynica madrosci i wiedzy ogolnej" ale po wielu weryfikacjach
    > osobiscie z cala stanowczoscia twierdze: ten stereotyp jest prawdziwy, albo
    > czesto bywa prawdziwy.

    Może Twoje oczekiwania w stosunku do Amerykanów są zbyt wygórowane? Ja starałem
    się porównywać wiedzę przeciętnego Amerykanina o Polsce do wiedzy Polaka o, no
    może nie o Hondurasie, ale powiedzmy o Boliwii – dużym jakby nie było kraju.
    Zapytaj przeciętnego, wykształconego Polaka czy Boliwia ma dostęp do morza, nie
    mówiąc już o tym z kim sąsiaduje….
    Myślę, że na naszą ocenę innych nacji często ma wpływ polonocentryzm. Nam się
    Polska (i słusznie) wydaje nieporównywalnie dużo ważniejsza od Boliwii czy
    Filipin niż przeciętnemu Amerykaninowi. Stąd czasem rozczarowanie. Gdyby
    jednak poprosić Polaka i Amerykanina aby porozmawiali na temat tej
    nieszczęsnej Boliwii to MOGŁOBY się okazać, że nieoczekiwanie Amerykanin
    miałby więcej do powiedzenia. Tak więc zdania nie zmieniam ;-P

    > Mam wrazenie, zerozerosevenie, zes trafil na jakis elitarnych obywateli
    swiata,
    > czego Ci zazdroszcze - ja obcuje z ludzmi duzego formatu jesli chodzi np. o
    > biologie (publikacje w Nature, Science), ze studentami, post-docami etc. i
    > zupelnie nie podzielam zdania o ich orientacji w sprawach swiatowych itd.itp.

    He. Może oni za bardzo wyspecjalizowani są i pozapominali wszystko inne? :- )
    Ja będąc w Stanach raczej rzadko kontaktowałem się z ludźmi „dużego formatu”. W
    Nowym Jorku i Waszyngtonie byłem zupełnie sam więc wieczory spędzałem
    dekadencko (shame on you zerozeroseven) w różnych barach, prowadząc przy piwie
    ględy-gawędy z najróżniejszymi ludźmi od profesorów, poprzez pielęgniarki,
    fotografików, informatyków, hydraulików, po podróżników, którzy w dużej części
    byli rodowitymi Amerykanami czarnymi i białymi. Potem przyjechała moja żona i
    już nie miałem takich możliwości, ale z tego okresu wyniosłem jak najlepsze
    wrażenie co do orientacji ogólnej Amerykanów w świecie. Być może wynika to z
    moich wąskich horyzontów. Jedna rzecz mi się natomiast nie podobała, a
    mianowicie przewijająca się w co którejś rozmowie znana chyba dobrze wszystkim
    teoria spiskowa dziejów mówiąca, że „wszystkiemu winni są Żydzi”. To było
    szokujące i nieprzyjemne gdy całkiem sensownie do tej pory mówiący człowiek
    zaczynał wyłuszczać z głębokim przekonaniem szczegóły międzynarodowego spisku
    z Żydami, faszystami, Arabami albo kosmitami w roli głównej. Nie wiem skąd im
    się biorą takie oryginalne pomysły – chyba z telewizji. Wtedy byłem bliski
    nabrania o Amerykanach złej opinii. Na szczęście to były wyjątki i duża część
    przysłuchujących się wynurzeniom pukała się jednak w głowę.

    >Mnie fascynuje inna rzecz - tu jest bardzo duzo BAARDZO otylych, i stosunkowo
    >malo tak "srednio" otylych. Nie bardzo sobie moge to wytlumaczyc...
    >Ale jesli nawet moje spostrzezenia sa nietrafne, to jednak raporty i
    statystyki
    >sa bezlitosne...zreszta sam co jakis czas natykam sie na raporty "bijace na
    >alarm" w NY Timesie, czy Newsweeku itp.itd.
    > Nie sa to chyba tylko fakty prasowe.

    Masz rację po zastanowieniu dochodzę do wniosku, że tak monstrualnie grubych
    ludzi jak w USA to nie widziałem nigdzie.
    Ale mimo wszystko nie ma ich AŻ tak wielu. Sądzę, że w dużej mierze zależy to
    od nastawienia. Jak jesteś zaprogramowany na wyławianie z tłumu grubasów to ich
    wszędzie widzisz (i odwrotnie)

    >Pamietam, ze po powrocie do Polski pierwszym uderzajcym spostrzezeniem
    >bylo "jacy tu sa ladni ludzie"...no tak, po pierwsze szczuplejsi, po drugie
    >jakos bardziej dbajacy o ubior - tu panuje kompletny luz i wolnosc, i czasami
    >to az niesmaczne spotykac na ulicy sliczna panienke w brudnym i rozhcelstanym
    >odzieniu...wszechobecne klapki i dresy, no nie, zerosevenie, my chyba bylismy
    w
    >roznych Amerykach :)))

    Akurat tutaj się zgadzam w 100%. Jedyne urocze istoty na ulicach okazywały się
    być zwykle studentkami z Polski. :-D
    Ale mnie osobiście ten luz pasuje: trampki do garnituru jak Forrest Gump to
    jest to!
    Najbardziej rozśmieszał mnie zaprzyjaźniony w USA Rosjanin, mówił że chodzę
    ubrany „jak te amerykańskie łajzy” i że nie może na mnie patrzeć. Sam już się
    trochę zasymilował, ale co do ubioru był konserwatystą i zawsze nosił ciemne
    spodnie w kancik z paskiem, do tego koszulę z kołnierzykiem. Raz mnie nawet
    zaciągnął do sklepu i pokazał co sobie powinienem kupić. Jak mu powiedziałem,
    że od razu poznałem po ubiorze, że jest Rosjaninem (trochę przesadziłem) i nie
    chcę żeby mnie też brali za Rosjanina to się obraził. :- )
    A w ogóle to po kilku latach mieszkania w Memphis, Sergiej miał generalnie
    niezbyt wygórowane zdanie o mieszkańcach USA. Wyrażał je chętnie i dosadnie,
    zwykle w krótkich, bardzo żołnierskich słowach. ;- ) Próbowałem z nim
    polemizować ale dałem spokój. Doszedłem do wniosku, że każdy może znaleźć w USA
    to co chce znaleźć i zobaczyć to co chce zobaczyć i na to nie ma rady….
    Ja miałem to szczęście bardzo mile i bezstresowo spędzić swój czas w Ameryce.
    Nigdy tam nie pracowałem, trochę się uczyłem, ale głównie podróżowałem dokąd
    mnie oczy i chęć poniosła. To na pewno stwarza warunki do innego odbioru i może
    stąd takie moje pozytywne wrażenia. Nie oznacza, to jednak że postrzegam ten
    kraj bezkrytycznie – minusy chciałem jednak zostawić na koniec.

    Pozdrawiam gorąco!
  • sofanes 08.07.05, 17:34
    Hi;)

    Jesli chodzi o wiedze ogolna, no to w sumie nie wiem...nie zartuj sobie z
    tego "towarzystwa wysokiego formatu", to okreslenie wyniklo raczej z mojego
    szacunku dla nich, niz checi przechwalania sie, z kim to ja nie obcuje...
    No ale nie jest tak zle, tez troche czasu w pubach etc. sie spedzilo, chociaz
    zona od poczatku ze mna...(wlasciwie to ja z nia, ona jest wyzsza ranga ;))
    Anyway;), wszystko jedno, nie uwazam, bym byl specjalnym polo-centrysta, ale
    jednak nasz kraj wszedl do Unii, poparl ich w Iraku i jednak jest bogatszy niz
    taka Boliwia...no ale co ja pisze, kto tu slyszal o Boliwii ;)
    Hmm, mowisz, ze jestm polocentrysta, a moze jednak ludzie z klubow w NY to
    jednak tez proba niezbyt reprezentatywna ? Co innego w koncu ludzie z malych
    miasteczek i niekonczacych sie przedmiesci...
    A co do teorii, ze wszystkiemu winni sa zydzi, czesciej ja spotykalem podczas
    nocnych roadkow rozmow w Polsce...
    Co do tych ubran i luzu, to wiesz, wszystko zgoda, moze garnitur w paseczki to
    przesada, ale jednak oni naprawde czesto ubieraja sie jak lajzy...no jest
    roznica miedzy "casual" a lajzowatoscia, nie...?
    Pozdrawiam, i namawiam wytrwale rowniez innych uczestnikow forum do dopisywania
    sie...
  • sofanes 14.07.05, 19:06
    Bezpieczenstwo

    Pierwsza i zdecydowanie narzucajaca sie odpowiedzia na pytanie – czy w USA
    czujesz sie bezpiecznie ? – jest krotkie i zdecydowane „tak”.
    Z drugiej strony to kraj charakteryzujacy sie jednym z najwyzszych wskaznikow
    osadzonych w wiezieniu do uczciwych obywateli. (Jesli sie nie myle, tylko
    Chinczycy i jakies dykatatury zblizaja sie do tego poziomu...).
    Mrozace krew w zylach historie o znudzonych nastolatkach zabierajacych bron
    automatyczna do szkoly zeby postrzelac do kolegow i nauczycieli czy
    zwyrodnialych mordercach tez przydarzaja sie w Stanach dosyc czesto, w
    porownaniu z reszta swiata (chociaz to akurat moje subiektywne spojrzenie).
    Jednoczesnie na parkingu pod hipermarketem co dziesiaty samochod jest
    zostawiany otwarty, a pod domami - chyba co drugi...mowie tu o prowincji, w
    miastach ludzie sa bardziej nieufni.
    Nie odkryje Ameryki, jesli stwierdze, ze to, jak postrzegamy swiat (czy jest on
    bezpieczny, czy nie) zalezy od bezpieczenstwa naszego podworka.
    Pewnosci, ze jak zadzwonimy na 911 (czy 997...) policja przyjedzie po najwyzej
    5 minutach i potraktuje nasze wezwanie powaznie.
    Ufnosci, ze facet w sklepie czy sasiad nie chce Cie wyccyckac dla paru centow.
    Tak, jesli chodzi o bezpieczenstwo wlasnego podworka, trudno tu czuc sie zle –
    w dwoch miejscach, w ktorych w USA mieszkalem dluzej niz kilka tygodni, czulem
    sie zupelnie spokojny.
    Ale zeby zepsuc troche ten obraz, wyprawa do dzielnicy murzynskiej powoduje
    pewny dreszczyk niepokoju...u nas nie ma porownywalnych miejsc, w ktorych
    mozesz poczuc sie tak dojmujaco obco i jak intruz – wszyscy przechodnie lypia
    na Ciebie, i nie jest to wytwor Twojej imaginacji...zeby byc bardziej
    precyzyjnym – nie chodzi mi o to, ze u nas, czyli w Pruszkowie czy Warszawie
    nie ma miejsc niebezpiecznych – sa oczywiscie, ale nie sa to miejsca, w ktorych
    jestes tak ORGANICZNIE obcy...
    To nie jest tylko kolor skory, ale cos wiecej, nie potrafie tego chyba dobrze
    opisac.
    Ale zwykle nie ma potrzeby udawac sie do dzielnic (nie lubie slowa „getto”)
    murzynskich.
    Oczywiscie taka wizyta nie jest jednoznaczna z zagrozeniem, ale generalnie: nie
    polecam.
    Wracajac do zasady 5 minut, czyli szybkosci przyjazdu do wezwania policji,
    strazy i pogotowia, to rzeczywiscie tutaj dziala.
    Podczas mojego pierwszego pobytu w USA mielismy wypadek samochodowy.
    Pewnego razu wracalismy w pare osob z wycieczki, starym, wielkim i ciezkim
    krazownikiem szos.
    Dalismy poprowadzic koledze, ktory mial niebezpieczne inklinacje do popisywania
    sie – i pomimo naszych uwag o tym, ze to nie maluch, tylko samochod bardzo
    ciezki, za to na mieciutkim zawieszeniu, koniecznie chcial pokazac, jaki to
    swietny z niego kierowca...
    No i na zjezdzie z autostrady nie zdolal sie odhamowac, i na zakrecie 90 stopni
    pojechalismy prosto, lup w barierke.
    Pech byl z nami – w srodku troche sie zakotlowalo, wiekszosc miala potluczenia
    czy krew z nosa, ale jedna dziewczyna spala z tylu, i uderzenie spowodowalo
    zlamanie nogi w kostce i przesuniecie kregu (jak sie okazalo, na szczescie
    niegrozne).
    Dzialo sie to wszystko poznym wieczorem, na autostradzie w gorach, z dala od
    najblizszego miasta...szczesliwie jechal za nami ktos, kto mogl wezwac pomoc (w
    1997 roku komorki nie byly jeszcze nadzwyczaj popularne).
    Od chwili wezwania, po 5 minutach pojawila sie straz pozarna (z czlowiekiem
    przeskolonym w ratowaniu ludzi i wyposazeniem), po kolejnej minucie policja, a
    po kolejnej – pogotowie. Tym razem pogotowie bylo ostatnie, ale czas i tak
    mialo niezly, prawda ?
    Po dwudziestu minutach bylo okolo 15 roznych samochodow roznych sluzb,
    oswietlajacych zjazd, kierujacych ruchem, etc.
    Szpitalik w gorach, do ktorego trafilismy, byl wyposazony tak, ze szczeka mi
    opadla – nam opatrzono otarcia etc., nasza kolezanka miala wszystkie badania
    wykonane natychmiast (lacznie z tomografia), szczesliwa diagnoze – zlamanie
    kostki bylo proste, co rzadko ponoc sie zdarza, i szybka operacje.
    Miala tez oczywiscie wlasny pokoj z lazienka, lozkiem sterowanym pilotem i tv
    kablowa.
    Pisze o tym wszystkim, poniewaz od tamtego czasu nie mam zadnych, ale to
    zadnych watpliwosci, jak sluzba zdrowia powinna wygladac – cholera, moze
    ubezpieczenia w USA sa dosc drogie, moze trzeba byc odpowiedzialnym, zeby je
    sobie wykupic, moze w Polsce jest wiecej biednych ludzi, ale „bezplatna sluzba
    zdrowia dla wszystkich” to po prostu utopia...nie ma darmowych obiadow, i
    lepiej o tym nie zapominac.
    Jesli chodzi o ubezpiecznie, pare dni po tych wydarzeniach, do motelu w ktorym
    mieszkalismy, przyjechalo dwoch gentlemanow, porozmawiac z nasza poszkodowana
    kolezanka (spedzila w szpitalu tylko 3 dni, z gipsem i kolnierzem mozna lezec w
    domu...).
    Gentlemani mieli dyktafon, porozmawiali z nami, nagrali nasze zeznania, zajelo
    im to wszystko jakies 4 godziny, a na koniec wypisali czek na 2 tysiace dolarow
    dla naszej kolezanki, jako odszkodowanie niezalezne od zwrotu kosztow za
    szpital...
    Ja wiem, ze dla kazdego, kto mial kontakt z PZU np., to brzmi jak bajka o
    zelaznym wilku – ale coz, „solidarnosc spoleczna” ma usprawiedliwiac w naszym
    kraju brak porzadnej liberalizacji ubezpieczen zdrowotnych i wypadkowych.
    Podsumowujac, jak czytam dzis, ze numer alarmowy w Polsce znowu sie opoznia,
    sanitariusze handluja skorami, zas najwazniejszym tematem dla politykow jest
    to, czy powinna sie odbyc parada gejow, czy nie, to cos mnie trafia.
    Kurcze, rygorystycznie przestrzegana zasada 5 minut duzo bardziej by zmienila
    zycie obywatela RP i jego poczucie bezpieczenstwa, niz podniesienie placy
    minimalnej o iles tam ! Ech, ale niepostrzezenie zaczynam wdawac sie w
    polityke, oj, stop...

  • zerozeroseven 03.08.05, 17:22
    Gdzie mi tam do jankesologa sofanesa, ale potwierdzam. W Stanach, szczególnie w
    większych miastach czułem się dość bezpiecznie. Dlaczego akurat w większych? A
    to ze względu na rzucającą się w oczy wszechobecność policji. Prym pod tym
    względem (z oczywistych względów) wiedzie Waszyngton. Byłem tam wprawdzie zaraz
    po ataku na WTC, ale myślę że i obecnie jest to reguła: na każdym skrzyżowaniu
    (prawie dosłownie) stał policjant. Ale nie taki zwykły dobroduszny polski
    policjant tylko amerykańska bestia krawężnikowa: zwalista góra mięsa z ponurą
    miną, z ręką na kaburze, z kajdankami dyndającymi u paska, obserwująca cię z
    obrzydzeniem jakby za chwilę miała zdeptać niczym pluskwę. No, może trochę
    przesadzam, ale naprawdę czasami wyglądali tak jakby mieli ochotę zakuć cię za
    chwilę i wrzucić jak paczkę do radiowozu. Jakby nie było to naprawdę buduje
    poczucie bezpieczeństwa u prawowitych obywateli i zagrożenie wśród rozrabiaków.
    Uświadomił mi to jeden z amerykańskich przyjaciół kiedy zapytałem go dlaczego w
    Waszyngtonie nie ma na murach graffiti… Osobiście chyba za krótko przebywałem w
    USA, żeby mieć kontakt bezpośredni z policją, ale raz w małej dziurze zwanej
    Moro Bay nad Pacyfikiem byłem świadkiem zatrzymania pijanego kierowcy. Akcja
    wyglądała trochę jak z filmu gangsterskiego. Środkiem ulicy telepał się typowy
    amerykański krążownik, z okna którego w pewnym momencie wyleciała pusta butelka
    po piwie. W tym samym niemal momencie zza rogu z piskiem opon wyjechał radiowóz
    zajechał gościowi drogę, tak że ten aż zatrzymał się na chodniku (uwaga jest
    to ewenement w USA bo tam chodniki w przeciwieństwie do Polski to strefa
    zakazana dla samochodów i za samo zatrzymanie się jednym kołem na chodniku
    można dostać mandat). Z radiowozu z rewolwerem w ręku wyskoczył policjant,
    podczas gdy drugi, też z bronią, już klęczał za otwartymi drzwiczkami i
    ubezpieczał tego pierwszego. Następnie kierowca wyfrunął niemal ze swojego
    siedzenia wyciągnięty sprawnym chwytem za kołnierz, rozłożony na masce,
    zrewidowany, skuty i wsadzony na tylne siedzenie radiowozu. Radiowóz odjechał.
    Po minucie na miejscu akcji został tylko 1 policjant który poczekał na samochód
    autoholowania. Po trzech minutach na ulicy już było spokojnie. O ile się nie
    mylę to chyba nawet ktoś szkło po stłuczonej butelce posprzątał. Po tej akcji
    nabrałem do amerykańskich policjantów jeszcze większego respektu.
    Ale żeby zepsuć trochę ten obraz jak mawia sofanes to powiem, że nawet milion
    policjantów nie dałoby mi poczucia bezpieczeństwa w nowojorskim metrze. Brr… co
    za dojmujący syf … niech nasze podmiejskie się schowają. Ale to już całkiem
    inna historia….
  • zerozeroseven 05.08.05, 16:28
    Na czym to ja skończyłem? Aha, na dojmującym syfie w nowojorskim metrze.
    Sofanes zarzucał mi laurki na rzecz USA, to teraz trochę błota na ten
    wypolerowany chrom. A więc metro w NYC to najgorsza makabra jaką widziałem w
    życiu. Wchodząc na stację w samym sercu Manhattanu, no powiedzmy takim Wall
    Street, ma się wrażenie jakby się wchodziło do jaskini człowieka z paleolitu.
    Brudne ściany i podłoga. Braki w suficie odsłaniają zwisające kłaki wełny
    mineralnej i zardzewiałe, wilgotne rury. Przy automatach biletowych obsmarkany,
    brudny typek żebrze o jednego dolara. Białe kołnierzyki z pobliskich giełd
    gapią się niewidzącym wzrokiem w zapleśniały sufit jakimś szóstym zmysłem
    lawirując pomiędzy tłumem im podobnych. W panującym mroku łypią tylko taksujące
    cię od góry do dołu białka czarnych właścicieli gatek z krokiem zwisającym do
    kostek. Wchodzisz do wagonu - brudne siedzenia. Raz nawet widziałem jakiś
    obrzydliwy krwawy skrzep leżący na jednym. Ludzie wokół, jakby tego nie widzą –
    patrzą w sufit. Ohyda. Gdy metro wyjeżdża poza Manhattan robi się nieco
    jaśniej. Jedzie po powierzchni, ale okolica wcale nie zachęca do podziwiania.
    Obdrapane podwórka, warsztaty samochodowe, góry śmieci. Jakimś dziwnym sposobem
    w wagonie zmienia się dominujący kolor skóry – ciemnieje. W końcu może się
    okazać, że jedynym białym w wagonie jesteś Ty. Wtedy robi się naprawdę
    nieswojo, ale o tym już pisał sofanes…
    Jednak, żeby nie było tak mrocznie, dodam że NYC to ewenement. W Waszyngtonie,
    Los Angeles, San Francisco i innych dużych miastach metro czy np. autobusy są
    czyste, a na przykład wspomniany już kiedyś przeze mnie pociąg podmiejski w San
    Francisco wręcz wzorcowo estetyczne. Jeśli chodzi o metro w NYC to jeszcze
    dodam, że tam i tylko tam widziałem sprytne ruchome reklamy. Polegało to na
    rozlepieniu na ścianie za oknem kolejnych klatek „filmu” reklamowego. Kiedy się
    patrzyło wprost w okno to, przy odpowiedniej prędkości pociągu, reklama
    ożywała. Fascynujące wrażenie.

    Inną rzeczą, raczej niespotykaną w Polsce i czasami denerwującą jest system
    napiwków. Amerykanie są naprawdę niezwykle mili i chętni do pomocy ale milsi,
    chętniejsi i bardziej wypoczęci są gdy dostaną napiwek, a na napiwek liczą
    zawsze. Czasami aż do przesady. Przypomina mi się dziadek parkingowy, który
    niby to napatoczył się przypadkowo ale usilnie chciał zawieść moją żonę i mnie
    swoim melexem, w którym sam się ledwie mieścił, do hotelu (parking był duży, a
    my mieliśmy bagaż). Moja żona była dopiero od paru dni w Ameryce więc ochoczo
    wskoczyła do samochodziku ja natomiast się ociągałem i mówiłem żeby zeszła bo
    wiedziałem czym to się skończy. Ostatecznie dałem za wygraną co oczywiście
    stało się powodem tego, że na końcu przejażdżki dziadkowi oczy po prostu
    zamieniły się w dwie dolarówki. Ponieważ dziadek sam się namolnie narzucał
    postanowiłem nie dawać napiwku za to uprzejme podwiezienie. Niestety starowinka
    rzucił się wtedy do bagaży. Skapitulowałem, wolałem zapłacić 2 dolce niż 5.
    Oczywiście mogłem nie zapłacić. Nikt by słowa nawet nie powiedział. Dokuczałyby
    mi natomiast drobne niedogodności. Gorszy pokój, nazwisko uparcie pisane
    fonetycznie, problemy z czytnikiem karty kredytowej, pomyłki w godzinie
    budzenia itp. Z tym systemem haraczu spotykałem się niemal wszędzie.

    Co mi się jeszcze nie podoba w USA? Hmm, no chyba muszle klozetowe. Ich
    konstrukcja odbiega znacznie od tego, do czego przyzwyczajeni jesteśmy w całej
    Europie. Ogólnie rzecz ujmując przypominają one duże, wypełnione do połowy
    wodą, wazy. Podczas załatwiania potrzeby należy liczyć się z poważnym za
    przeproszeniem pluskiem i ochlapaniem co delikatniejszych części ciała. Tego
    rodzaju konstrukcja ma jednak tę zaletę, że nie trzeba praktycznie używać
    stosowanej u nas szczotki klozetowej. Więc może to i ma swój sens?
    Pozdrawiam,
    Bye, bye
  • sofanes 05.08.05, 19:37
    Zerozerosevenie, wlasnie zabieralem sie do dopisania kilku slow na temat metra
    (jechalem tylko w NY i w Waszyngtonie, i chyba w Atlancie, ale zupelnie nie
    pamietam...), ale akurat dopisales i opisales wyczerpujaco wyglad metra w
    NY...ja ze swojej jednej przejadzki pamietam akurat jedno sympatyczne
    wydarzenie - na ktorejs stacji wsiadl jakis magik z pudelkami i robil pokazy
    sztuczek w wagonie...nawet smieszne to bylo...ale co do brudu i nieprzyjemnych
    odczuc w metrze NY zupelnie sie zgadzam...i prawda jest takze, ze metro w
    Waszyngtonie jest duzo przyjemniejsze.
    W ogole, Waszyngton podobal mi sie duzo bardziej, niz NY. Konfrontujac wielkie
    jablko z Chicago, tez NY przegrywa...w moim odczuciu...
    Wkrotce napisze pare slow o Michigan, jednoczesnie pilnie przestudiowalem post
    burzy nt. galeryjki w necie, i porywam sie z motyka na slonce, by umiescic
    kilka zdjec na stronie...ale jako kompletny analfabeta programistyczny moze mi
    to zajac jeszcze duuuuzo czasu...a efekt pewnie bedzie pokraczny...ale coz,
    jakby to cat_s powiedzial: pierwsze koty za ploty...
  • sofanes 06.08.05, 04:13
    Michigan, State-31

    Bylismy wreszcie na wakacjach ! Trwaly tylko tydzien, ale pozwolily jednak na
    pewna psychiczno-fizyczna regeneracje...
    Wybralismy kierunek polnocny, glownie dlatego, ze panujace w Indianie i na
    poludniu kraju upaly potrafia, jak mi sie wydaje, wykonczyc nawet wlochow i
    hiszpanow, o srodkowo-wschodnich europejczykach nie mowiac.
    Sypiac postanowilismy na campingach, a trase wyznaczylismy mniej wiecej wzdluz
    stanowej autostrady 31, idacej (pryznajmniej na mapie) wzdluz wybrzeza Lake
    Michigan.
    Pierwszym przystankiem w drodze byl rezerwat przyrody Indiana Dunes National
    Lakeshore.
    Jako ciekawostke mozna sprawdzic, jaki to park na swiecie jest jego parkiem
    siostrzanym... www.nps.gov/indu/

    Trzeba przyznac, ze mielismy sporo szczescia – wyjechalismy z pracy gdzies kolo
    pierwszej, przelot na wybrzeze zajal nam jakies 4 godziny...i udalo nam sie
    dostac przedostatnie miejsce na nocleg...
    Potem z St. Louis dojechala jeszcze nasza polska kolezanka.
    Park Indiana Dunes ma strategiczne polozenie – na samym koniuszku Lake
    Michigan, blisko granic trzech stanow, Indiany, Illinois i Michigan.
    (Dojezdza do niego taka WKDka z Chicago...).
    Diuny Indiany kompletnie nas zaskoczyly – ano, jak zobaczycie na zdjeciach
    (albo na stronach parku), przypomina to kropka w kropke nasz Baltyk – z trzema
    wyjatkami...woda jest slodka, mniej ludzi na plazy i brak smazalni ryb.
    Tak wiec z zona moja ukochana stwierdzilismy, ze durnie jestesmy, zesmy dopiero
    odkryli takie fajne miejsce w zasiegu wypadu weekendowego...na pewno jeszcze
    tam wrocimy.

    W poniedzialek nasza wyprawa ruszyla dalej na polnoc, wlasnie stanowa 31 (na
    tym odcinku tozsama z miedzystanowa 94).
    Jak ktos chce sobie zaladowac mape Michigan, podaje dobry adres:

    www.michigan.gov/mdot/0,1607,7-151-9622_11033_11151---,00.html
    Naszym pierwotnym celem byl camping w Grand Haven, ale na skutek zakrecenia
    kierowcy i organizacji ruchu w miasteczku, wyladowalismy kapke dalej, na
    campingu w Muskegoon.
    Po drodze do tych miasteczek mija sie miescine Holland – w ktorej zlokalizowany
    jest skansen – holenderska wioska...nie mielismy czasu, by przyjrzec sie jej z
    bliska, ale w przelocie pierwszy raz w USA widzialem domy kryte dachowka –
    chocby z tego wzgledu zasluguje Holland na wzmianke.
    Grand Haven okazalo sie ladnym miasteczkiem z sliczna marina i ciekawymi
    sklepami – nam najbardziej podobalo sie okno wystawowe sklepu z pamiatkami, w
    ktorym na honorowym miejscu umieszczony byl porcelanowy talerz z
    napisem „Manufaktura w Boleslawcu”.

    Poza tym, w Grand Haven znajduje sie duza baza ratownictwa przybrzeznego – i tu
    kolejna ciekawostka – Lake Michigan nalezy do jednych z najbardziej burzliwych
    i zdradzieckich „wod” swiata.
    Porownuje sie go do Polnocnego Atlantyku, a ilosc wrakow jest imponujaca i
    idzie w setki (przez ostatnie 150 lat).
    Sa w Michigan nawet muzea poswiecone wrakom.
    Grand Haven, pomimo swego uroku, nie zrobilo na nas nadzwyczajnego wrazenia –
    coz, glowna jego atrakcja byly plaze, znowu piekne i piaszczyste, ale nie bylo
    dla nas juz to takim zaskoczeniem po zobaczeniu Indiana Dunes.
  • sofanes 06.08.05, 04:14
    Ruszylismy dalej, na polnoc – kolejny camping wybralismy w zasiegu pol godziny
    jazdy samochodem od miasteczka Leland (karta numer 4 na powyzszej mapie...).
    Leland zaciekawilo nas o tyle, ze odchodzi stamtad mozna zabrac sie promem na
    wysepke South Mannitou (i North rowniez, zreszta).
    South Manitou zainteresowala nas o tyle, ze odchodzi tam tylko jeden prom
    dziennie (i jeden powraca po poludniu), a poza siedziba latarnika i kilkoma
    domami wyspa jest dzika...nie wiedzielismy zupelnie, czego sie spodziewac, ale
    planujac wakacje zalozylismy, ze koszt 20 dolarow za promowa wycieczke morska
    na dzika wysepke (wlasciwie jeziora...ale jak mowilem, kto raz widzial Baltyk,
    o Lake Michigan bedzie automatycznie zaczynal tak myslec) to nie za duzo.
    Niestety, nie udalo mi sie namowic zony na camping jednodniowy (camping moze
    byc, ale musi byc prysznic...co za zycie z tymi kobietami...), bo mozna tez
    przyplynac promem i na wyspie pozostac, ile sie chce (albo na ile zapasow i
    wody starczy, bo sklepu tam nie ma).
    Wycieczka okazala sie pomyslem rewelacyjnym...piekne, dzikie plaze, weze
    zwiewajace spod stop, olbrzymie wydmy, miliony muszli na brzegu (takich
    drobnych, na kawalku wybrzeza wlasciwie to wybrzeze tworzyly...niesamowite
    uczucie, stapac po metrowej warstwie milionow muszelek...chrup...chrup...),
    kolonia kormoranow i krajobrazy typy wrecz greckiego czy wloskiego – urocze,
    zielone zatoczki i lazurowy kolor wody przy brzegu.
    Po drodze jakies 100 metrow od brzegu spoczywa jeszcze posepny wrak, z ktorego
    ptaszory uczynily sobie kolonie.
    Tak, jesli komus kiedys zdarzy sie przebywac w Michigan, bardzo polecam wizyte
    na South Mannitou.

    Po wycieczce na wyspe podjelismy decyzje o przemieszczeniu sie, jeszcze na
    jeden dzien, na sama polnoc stanu – na tzw. northern pennisula, czyli czesc
    Michigan polozona pomiedzy Lake Michigan, Huron i Superior, a pokryta juz
    glownie lasami.
    Ostatnim przystankiem przed powrotem mial byc camping nieopodal tyciutkiego
    miasteczka Paradise, zas droga do raju prowadzic miala przez trzeci (pod
    wzgledem dlugosci) most wiszacy na swiecie. (Karta numer 3 mapy...).
    Most byl fajny, ale nie zrobil na mnie jakiegos wstrzasajacego
    wrazenia...najfajniejszy byl widok z gory na wielkie jeziora...
    Michigan w czesci „za mostem”, czyli blisko juz granicy z Kanada, to juz
    zupelnie inny stan...wszedzie przy drogach w schludnych straganach farmerzy
    sprzedaja wisnie i slodka kukurydze oraz domowe ciasta z wisniami, nie ma juz
    sklepikow typu Wal-Mart i gina (ja tam nie tesknilem) jadlodajnie typu fast-
    food...ot, taki obraz amerykanskiej prowincji z filmow braci Coen.
    Moze takze pewna nutka surowosci sie wkradala w ten sielankowy krajobraz, kiedy
    napotykalismy skrzynki na listy umieszczone na wysokosci dwoch metrow i multum
    znakow „uwazaj na skutery sniezne”.
    Jesli poludniowa czesc Michigan, a szczegolnie wybrzeze zachodnie kojarzylo nam
    sie z klimatami baltyckimi, to znowu czesc polnocna – z mazurskimi czy nawet
    suwalskimi.
    Miasteczko Paradise jest miasteczkiem malutkim, z kilkoma malutkimi sklepikami
    i jedna czy dwiema knajpkami (w jednej podjeto nas kawa ktora kazdy otrzymal w
    innego rodzaju porcelanowym kubku...co za odmiana po plastykach ze
    Starbucks...okupiona niestety faktem, ze byla to wstretna amerykanska
    przelewajka).
    Najciekawszym sklepem w Paradise jest bez watpienia sklep z futerkami – jakby
    przeniosl sie czlowiek do XIX wieku, gdzie od starego trapera mozna kupic skory
    wszystkiego, co smie zyc w okolicy...z pewnoscia jednak nie polecam tego sklepu
    ekologicznym wrazliwcom.
  • sofanes 06.08.05, 04:17
    Tak w ogole, to Michigan jest jednym z najzasobniejszych w zwierzeta stanow –
    chyba tylko Minnesota go przewyzsza.
    Tu posilkuje sie danymi (lasow panstwowych, czy jak to tlumaczyc): w Michigan
    aktualnie zyje ponad 400 wilkow i 19000 niedzwiedzi czarnych, co jesli chodzi o
    niedzwiedzie, daje jednego misia na mile kwadratowa...to nie pomylka; ponoc do
    interakcji czlowiek-mis dochodzi pomimo tego bardzo rzadko, gdyz misie ludzi
    nie lubia i unikaja.
    Niestety, misia nie udalo nam sie spotkac...

    Glowna atrakcja okolic Paradise sa wodospady tahquamenon (dalej bede pisal
    fonetycznie, „takumenon”).
    Nizszy wodospad byl tuz przy campingu (lub raczej camping byl tuz przy
    wodospadzie...), zas do wyzszego (ponoc drugi co do wielkosci po Niagarze, ale
    cos mi sie nie chce wierzyc, zreszta jak zmierzyc wielkosc wodospadu...?
    wysokosc ? szerokosc ? ilosc przeplywajacej wody...?) prowadzil 4 milowy lesny
    szlak wzdluz rzeki – slicznej, cihcej, jakby wyjetej ilustracji ksiazki o
    indianach.
    Po drodze w pelni utwierdzilismy sie co do tego, ze Michigan jest pelne
    zwierzyny – spotkalismy wielkiego dzieciola (jak sprawdzilismy, drugi co
    wielkosci na swiecie...bydle rozmiarow latajacej kury...), wiewiorek i
    chipmunkow widzielismy na kopy, w blocie widzielismy slady racic czegos duzego
    (moze losi, bo losi tez tam wyjatkowa obfitosc), ale wszystko pobil pewien
    gosc, ktory pojawil sie na sciezce przed nami, najwidoczniej podazajac w
    odwrotnym kierunku.
    Lypnal na nas swymi czarnymi oczkami, z niesmakiem ocenil, ze chyba nie
    zejdziemy mu z drogi (stal tak z metr od nas), po czym szeleszczac w chaszczach
    obok ominal nas...i powrocil, niezmieszany, na sciezke...
    Gosc okazal sie norka amerykanska, i jak przed chwila odkrylem, pelno tych
    gosci jest takze w polskich lasach...podaje link do artykulu A. Wajraka...
    serwisy.gazeta.pl/edukacja/1,52323,949426.html
    Gosciowi zrobilem swietne zdjecie, ale na razie go nie mam, bo uzylem aparatu
    kolezanki...zdjecie goscia na stronie zrobila moja zona naszym aparatem, ale
    niestety sie norek nie ustwil odpowiednio...jak tylko dostane zdjecie od
    kolezanki, wstawie na strone...

    I na tym na razie zakoncze...te kilka zdjec mozecie obejrzec pod adresem:
    sofanes.w.interia.pl
  • cat_s 14.08.05, 00:53
    Witajcie,
    Tak zbieram się na odwagę, żeby w Sofanesowych Zaułkach się wyprodukować...

    Zacznę tak (tak a propos, że tylko Ty i OO7 w Jankeskich Zaułkach pisujecie):
    Widzisz Sofanesie, to nie jest takie proste ;-)

    No bo tak:
    Wyobraź sobie, że nagle na Twoim ulubionym forum pojawia się taki (na przykład)
    wątek: "Tajemnice metalurgii XI-wiecznych Inków w aspekcie etno-geograficznym"
    (no, tak sobie zaimprowizowałem;-) )
    I wyobraź sobie, że przez przypadek, z jakiegoś względu, temat jest w sposób
    oczywisty interesujący dla sporej (czy też bardzo wręcz dużej) liczby osób.
    No ale - na litość boską - no jak myslisz, ile osób będzie się w stanie
    wypowiedzieć jakos inteligentnie na taki temat?
    No niewiele zapewne ;-)
    A kto się lubi (potencjalnie nawet) brakiem swej inteligencji chwalić? No, ja
    na ten przykład nie znoszę ;-) ;-)
    Ale nie znaczy to oczywiście, że takie mało oświecone co do meritum osoby nie
    czytaja z zapartym tchem kolejnych rewelacji metalurgicznych!

    No, z tą metalurgią to może troche przesadziłem;-) Ale podobnie jest na
    przykład z wątkami historycznymi na naszym forum: pojęcie mam mizerne, to się
    nie wypowiadam, ale czytam (i oglądam) z przyjemnością!

    No więc sam widzisz... sytuacja jest nieco niezręczna (choć psychologicznie
    zrozumiała) - ale przejmować się nie powinieneś a wręcz przeciwnie - dołóż
    proszę wszelkich starań, by odrobinę 'jankeskiej' wiedzy wlać w nasze
    zaściankowe umysły! I wtedy zobaczysz niechybnie, żeś sobie 'wychował' godnych
    siebie rozmówców! ;-)

    No, ale żeby nie było, że się wykręcam... ;-)

    O Stanach wiem tylko tyle, że istnieją (no, prawie).
    Zatem - mogę co najwyżej (ryzykując utratę image'u inteligentnego rozmówcy) -
    zadawać głupie (z punktu widzenia 'tubylca') pytania.

    I jesli taki mój udział w Jankeskich Zaułkach Cię satysfakcjonuje - to ja
    bardzo chętnie 'się naprostuję' ;-) I to nawet od ręki :-)

    Ale - niech Cię ręka boska broni - żebys miał przestać dbac o swój jankeski
    Zaułek!

    Howgh!

    Pozdrawiam :-)
    cat_s
    --
    "There is nothing such as free lunch"
  • sofanes 16.08.05, 18:01
    No i jednak jeszcze dysza Zaulki...ciekawy tekst ponizej skrobnal
    zerozeroseven, a i cat_s sie odezwal...ja akurat troche czasu nie mam, zeby cos
    dopisac, bo praca mnie troche przywalila, ale widze swiatelko w tunelu (mam
    nadzieje, ze to nie pociag wiozacy nowe probki dla mnie) i wkrotce znajde czas,
    by cos dopisac...ale wracajac do tego, co cat_s napisal...

    >Wyobraź sobie, że nagle na Twoim ulubionym forum pojawia się taki (na przykład)
    >
    > wątek: "Tajemnice metalurgii XI-wiecznych Inków w aspekcie etno-
    geograficznym"
    > (no, tak sobie zaimprowizowałem;-) )
    > I wyobraź sobie, że przez przypadek, z jakiegoś względu, temat jest w sposób
    > oczywisty interesujący dla sporej (czy też bardzo wręcz dużej) liczby osób.
    > No ale - na litość boską - no jak myslisz, ile osób będzie się w stanie
    > wypowiedzieć jakos inteligentnie na taki temat?
    > No niewiele zapewne ;-)

    Czy ja wiem, czy tak niewiele ? Ja tam bym sie zywo zainteresowal taka
    metalurgia inkaska...no ale argumentacje przyjmuje. Z drugiej strony, Stany
    generalnie to inny temat niz zwyczaje ptakow spiewajacych na Borneo, w koncu
    prawie kazdy jakis kontakt z tym wielkim krajem mial, czy to spotkal
    amerykanina, czy chociaz cole pil...dlatego namawiam po raz kolejny - jankeskie
    nie sa tylko i wylacznie dla tych, co ameryke po Kolumbie znowu odkrywaja i
    wlasna stopa deptali, ale dla tych, co i marza o wyjezdzie do niej, czy tez jej
    z jakis powodow nie znosza...wiecej powiem, forum szerokie jest i nie tylko
    ameryke musi obejmowac...

    > O Stanach wiem tylko tyle, że istnieją (no, prawie).
    > Zatem - mogę co najwyżej (ryzykując utratę image'u inteligentnego rozmówcy) -
    > zadawać głupie (z punktu widzenia 'tubylca') pytania.
    > I jesli taki mój udział w Jankeskich Zaułkach Cię satysfakcjonuje - to ja
    > bardzo chętnie 'się naprostuję' ;-) I to nawet od ręki :-)

    Rzecz jasna, ze pytania czy watpliwosci sa nawet szczegolnie mile widziane w
    zaulkach...moze dzieki nim wywiaze sie jakas ciekawa dyskusja, wszak ani ja,
    ani zerozeroseven z pewnoscia nie pretendujemy do roli ekspertow czy znawcow
    Stanow, a dzielimy sie doswiadczeniami, by wiedze swa wzbogacic...otoz prosze,
    bardzo zaciekawil mnie opis L.A...planujemy z zona, kiedy nasz pobyt tutaj
    bedzie dobiegal konca, udac sie na duza petle z Indiany, przez stany polnocne,
    do wybrzeza Pacyfiku; stamtad na poludnie, przez Nevade i Californie, i z
    powrotem, tym razem poludniowa czescia...ale czy dojdzie to do skutku, i kiedy,
    nie wiem; w Zaulkach z pewnoscia sprawozdania sie znajda...
    A na razie, na jesien chce znowu pojechac na pogranicze Tennesee i Polnocnej
    Karoliny, w Appalachy i Great Smoky Mountains, o ktorych pisalem w poprzednich
    watkach...im dluzej tu wertuje rozne przewodniki etc., tym bardziej przekonuje
    sie, ze miejsce w ktore kiedys trafilem przez przypadek, jest jednym z
    najpiekniejszych w calych Stanach...ale o tym pewnie pozniej.
    Wkrotce dodam jakis nowy watek tutaj, ale na razie musze o swe roslinki w labie
    dbac, i licze na zerozerosevena, by o Las Vegas cos wkrotce napisal...
  • zerozeroseven 17.08.05, 13:22
    Na czym to ja skończyłem? Aha. Na wyjeździe z LA. No więc, wyjeżdżałem z tego
    miasta z ulgą i naprawdę pełen entuzjazmu. Mieliśmy wprawdzie zamiar
    przeskoczyć w jeden dzień całą pustynię Mojave (a wcześniej nasłuchałem się
    różnych historii o zepsutych autach, odwodnionych turystach i ich marnym końcu)
    ale nasz samochód miał na liczniku zaledwie 5 tysięcy mil (prawie nówka :) a
    pustynia była względnie mała więc nie martwiłem się tym zbytnio. Czekała na
    mnie Przygoda i to było najważniejsze. Zatankowaliśmy do pełna i w drogę!
    Opsss, przepraszam popełniłem nieścisłość. Zatankowanie do pełna w USA nie było
    dla mnie takie proste. Stacje benzynowe działają tam na zupełnie innych
    zasadach niż u nas. Płaci się z góry. Wygląda to tak, że aby odblokować
    dystrybutor trzeba przeciągnąć kartę kredytową przez czytnik albo pójść do
    budki obsługi i wyłożyć gotówkę. Pech chciał, że moja polska karta albo
    działała w tych dystrybutorach albo nie trzeba więc było zwykle pójść do bossa
    i zapłacić z góry. Wtedy on odblokowywał dystrybutor, z którego wylatywała
    określona ilość paliwa. Niewygodne to było diabelnie, bo albo nie wiedziałem
    ile benzyny mam kupić, albo miałem za mało gotówki i kupowałem np. tylko 2
    galony, żeby resztę dotankować na następnej stacji. Wściekałem się strasznie i
    nigdy nie omieszkałem wyrazić swojej dezaprobaty dla istniejących zwyczajów.
    Niestety bez należnego zrozumienia. Mieszkańcy USA twierdzili, że nasz system
    jest głupi, bo przecież w takiej sytuacji można napełnić bak i odjechać
    tłumacząc, że się było roztargnionym, albo że się chciało zapłacić później.
    Hmm… Może i racja, ale i tak u nas jest lepiej :- )
    Tak więc, z PRAWIE pełnym bakiem wyjeżdżaliśmy z LA. Oczywiście samo wyjechanie
    z zajęło coś ze 2 godziny. Miasto z przyległościami wysuwa swoje szpony głęboko
    w ląd. Na szczęście autostrady są bardzo dobrze oznakowane i łatwo trafiliśmy
    na międzystanową piętnastkę, która nas miała zaprowadzić wprost do upragnionego
    (głównie jeszcze przez moją żonę) Vegas. Wybór trasy był zgniłym kompromisem,
    bo ja chciałem pojechać mocno na około bocznymi drogami zahaczając nawet o góry
    Sierra Nevada, jednak w przeddzień wyjazdu moja żona znalazła ulotkę
    zachęcającą do zakupów we wspaniałym, nowo otwartym outletcie gdzieś w połowie
    drogi do Las Vegas, więc nie było dyskusji. Ehh… Wy też macie takie problemy?
    Piętnastka jest wyjątkowo dobrą, jak na USA, autostradą i to całkowicie
    bezpłatną (zresztą wszystkie w południowo-zachodnich stanach są bezpłatne).
    Miejscami w obie strony prowadzi 6 do 4 szerokich pasów. (Jest to raczej
    ewenement bo autostradami [highway] nazywa się tam także drogi przypominające
    naszą trasę krakowską -generalnie jednak nie ma co narzekać (za wyjątkiem
    ciągnącej się nad Pacyfikiem Jedynki) - większość przelotowych dróg to
    dwupasmówki). Dobra jakość dojazdu z LA do Vegas nie dziwi. W weekend tą droga
    walą tłumy. Skąd taka opinia? Domyślam się po cenach hoteli. Jeśli chce się
    tylko pozwiedzać - tak jak my - do Vegas najlepiej jechać od poniedziałku do
    środy. Na początku tygodnia ceny hoteli są niższe nawet o 60% w stosunku do cen
    z weekendu przy czym w niektórych hotelach opłaty rosną już od czwartku. Tak
    więc w poniedziałek za 40-60 $ można zamieszkać w naprawdę luksusowych
    warunkach, podczas gdy za te same pieniądze w sobotę co najwyżej pójść do
    wesołego miasteczka. Na szczęście jechaliśmy właśnie w poniedziałek i zarówno
    wynegocjowana cena hotelu jak i ruch na drodze nie przyprawiały nas o zawroty
    głowy….
    Wreszcie wyjechaliśmy na pustynię. Jej szaro-brązowa, monotonna barwa nie
    zapowiadała tych wszystkich kolorów piasku i skał jakie jeszcze przyszło nam
    widzieć w Nevadzie i Arizonie. Usypiała. Z lewej i z prawej mijały nas
    gigantyczne, szesnastokołowe ciężarówki, jakich trudno szukać w Europie i jakie
    do tej pory znałem tylko z filmów. W 40 stopniowym upale, lśniące chromem
    lusterka, zderzaki, rury wydechowe i wypolerowane do żywego żelaza cysterny
    lśniły białym blaskiem. Oślepiały jak światła Vegas do którego mieliśmy jeszcze
    wiele, wiele mil…

    cd nastąpi. Mam nadzieję ;-D
  • zerozeroseven 16.08.05, 16:27
    Las Vegas znalazło się dwukrotnie na trasie mojej podróży przez południowe
    stany USA. Za pierwszym razem za namową żony, drugim razem już sam chciałem tam
    koniecznie pojechać. Włóczyliśmy się wtedy z żoną wypożyczonym w San Francisco
    suzuki z zamiarem objechania najciekawszych miejsc i miast Południa. Dużo tego
    było co niemiara i naprawdę toczyliśmy ciężkie boje wieczorami przy planowaniu
    dalszej podróży. W sumie udało nam się prawie wykonać plan, chociaż nie daruję
    sobie, że w końcu uległem i nie pojechaliśmy do San Diego. (Może następnym
    razem?) Kierunek na Las Vegas obraliśmy spędzając kilka dni w Los Angeles. Może
    to zabrzmi dziwnie i niezgodnie z przyjętymi stereotypami, ale dla mnie wtedy
    LA jawiło się jako najbardziej beznadziejne miasto jakie kiedykolwiek
    widziałem. Napisałem „miasto”? Zapomnijcie. To nie jest miasto. To ciągnące się
    dziesiątkami kilometrów przedmieścia domków poprzecinane we wszystkich
    możliwych kierunkach autostradami. Wyobrażacie sobie powierzchnię równą byłemu
    województwu warszawskiemu pełną nudy i kurzu? To właśnie L.A. Miasto Aniołów
    niby. Pamiętam jak pewnego dnia wybraliśmy się na przejażdżkę słynnym
    Mulholland Drive. Dziiiz. Kilkadziesiąt kilometrów pagórków zwanych Beverly. Z
    poboczami porośniętymi gęstymi krzaczorami. Chodnika brak. Wille słynnych
    postaci świata filmu pochowane gdzieś tak, że ich zupełnie nie widać. A na
    jednej z wyleniałych od słońca gór jakiś kretyn postawił zardzewiałe
    rusztowania z 10 metrowym napisem „Hollywood”. Żenada jakaś. Po prostu płakać
    się chciało, zwłaszcza, że żadnego baru ani nawet stacji benzynowej w promieniu
    50 mil nie było. Po całodziennej wycieczce mieliśmy dosyć LA chyba do końca
    życia. Wieczorem pojechaliśmy jeszcze na Bulwar Zachodzącego Słońca, ale nie
    chciało nam się patrzeć na zachodzące słońce tylko myśleliśmy o tym żeby
    znaleźć coś do zjedzenia. W końcu trafiliśmy na jakąś nędzną pizzerię…. Aha
    któregoś dnia oglądaliśmy też te odciśnięte ręce i nogi aktorów w betonie.
    Naprawdę szkoda czasu, chyba że ktoś jest fanem czarno-białych filmów. Tylko
    nieliczni współcześni aktorzy są tam odciśnięci. Kręciły się tam wprawdzie
    tłumy podekscytowanych turystów, ale mam wrażenie, że ekscytowali się na siłę.
    W sumie najlepiej wspominam wizytę w Universal Studios. Gwoli wyjaśnienia.
    Każda licząca się wytwórnia filmowa ma w LA własny park rozrywki. Taki
    Disneyland tyle że filmowy. Wycieczka do takiego parku nie jest tania (bilet
    ok. 50 $ na głowę) ale moim zdaniem warto raz się wybrać jak ktoś nie był. W
    studiach Universalu można np. obejrzeć sobie z bliska oryginalny kultowy
    samochód (ha!, mam w nim zdjęcie) z kultowego filmu Back to the Future równie
    kultowego Zemeckisa, posłuchać sobie koncertu Blues Brothers na żywo (prawie
    jak prawdziwi), przytulić się do świnki Bebe razem z ET, przeżyć przygodę w
    Parku Jurajskim, stoczyć pojedynek z Mumią zobaczyć jak się robi efekty
    specjalne i wziąć udział w ich robieniu i wiele, wiele innych rzeczy. Wszystko
    w cenie wejściówki. Tylko jedzenie kosztuje i to dużo dlatego warto wziąć ze
    sobą wałówkę. Jest tam też pełno sklepów z hollywoodzką szmirą ale czasem coś
    fajnego można wypatrzyć np. piękny kowbojski kapelusz jakby żywcem wyjęty
    z „Jak zdobywano Dziki Zachód”. Dynamit po prostu! Tak więc jeśli ktoś się nie
    wstydzi zbytnio siedzącego w nim dziecka może się tam naprawdę dobrze zabawić.
    Niestety reszta LA jest tak beznadziejnie bezpłciowa, że przytłacza nawet
    największe atrakcje. Uciekaliśmy stamtąd z ulgą. Kierunek - jak już napisałem -
    Las Vegas!

    Hmm. i to by było na tyle. Znów się rozpisałem nie na temat i było o LA zamiast
    o Vegas.
    Na razie! Reszta opowiadania mam nadzieję za jakiś czas, jak mi wena przyjdzie.
  • cat_s 25.08.05, 22:36
    ... jak to jest z tym amerykanskim piwem? ;-)

    Bo ja syszaem niejednokrotnie i to wrecz z ust autorytetow tego watku, ze piwo
    amerykanskie to jakies takie nieciekawe jest a jego jedyna zaleta - to taka, ze
    w dzbankach sprzedaja ;-)

    A tu prosze - szok!
    "Jeden z amerykańskich browarów rozpoczął produkcję najmocniejszego piwa na
    świecie. Nowy trunek zawierający 25 proc. alkoholu jest sześć razy mocniejszy
    niż zwykłe piwo i dwukrotnie mocniejszy, niż wino. Browar Boston Beer Company
    wyprodukował limitowaną edycję 8 tysięcy specjalnych miedzianych czajniczków z
    oryginalnym napojem w cenie około 115 dolarów za sztukę."
    www.ciekawostki.up.pl/

    No z jednej strony sie nie zdziwilem, bo pamietam z pewnego filmu, ze "w
    Ameryce wszystko jest najwieksze" ;-)
    No ale zeby piwo niewinne do 25 procent tuningowac??

    Coz... wiem Sofanesie, ze cena jest zaporowa, a i 8.000 czajniczkow piwnych to
    smieszna ilosc jak na cale Stany... to sie chyba i na specjal ten nie zalapales?

    Swoja droga, ciekawe, w jaki sposob sprytni Amerykanie takiego potwora
    wyprodukowali?
    Bo na przyklad drozdze winne to chyba jakis pulap stezenia alkoholu osiagaja,
    po czym same siebie tym stezeniem 'sie zalatwiaja'; stad winopochodne trunki
    mocniejszego kalibru specjalnej obrobki destylacyjnej wymagaja.
    A z piwem tak mocnym jak jest? Tez sie slabsze frakcje destyluje? ;-)
    Czy moze prosciej - okreslone stezenia 'uszlachetnia sie' metoda mniej subtelna
    za to skuteczniejsza - spirytus dolewajac?

    Pozdrawiam Sofanesie i do wszczecia piwnego sledztwa zachecam:-)
    cat_s
    --
    "There is nothing such as free lunch"
  • zwierz.alpuhary 25.08.05, 23:24
    biorąc pod uwagę, że wino ma jakieś 8 do 14 procent, ja bym takie piwo nazwał
    raczej "nalewką piwną" albo "chmielówką"
    --
    "V neděli zajdeme na veliku turu
    Po červene značce z Kauflandu do Carrefouru
    Černá, Ostrava černá,
    děvucha věrná, revize jízdenek!"
  • zerozeroseven 26.08.05, 09:57
    > ... jak to jest z tym amerykanskim piwem? ;-)
    > Bo ja syszaem niejednokrotnie i to wrecz z ust autorytetow tego watku, ze
    > piwo
    > amerykanskie to jakies takie nieciekawe jest a jego jedyna zaleta - to taka,
    > ze

    W USA z piwem jest tak samo jak u nas. W supermarketach królują standardowe
    marki. Najtańsze i najpowszechniejsze to Budweisser, Lite, Miller, Lowerbrau. W
    miarę najszlachetniejszy jest Lowerbrau, reszta to okropne sikacze w rodzaju,
    powiedzmy naszej Tatry. Oprócz piw krajowych dostępne są oczywiście importowane
    począwszy od japońskich a skończywszy na polskich. W rozsądnych cenach jest np.
    taki Heineken czy Stella Artois więc specjalnie nie buszowałem po innych
    markach.
    Inaczej sytuacja wygląda w pubach. Niektóre mają własne mini warzelnie a
    niektóre podają piwo z nieco większych lokalnych browarów - np w Kaliforni za
    taki ekstra lokalny browar uchodzi Sierra Nevada z Chico ja piłem tylko Pale
    Ale, nawet dobry - jakośc piwa jest wtedy trochę lepsza, chociaż nie opuszczało
    mnie wrażenie, że piwo jest zawsze nieco rozwodnione. Nie badałem tego zbytnio,
    ale może jest tak samo jak w Londynie, czyli istnieje limit mocy piwa jakie
    może być podawane w pubie (może Sofanes będzie wiedział?).

    >Czy moze prosciej - okreslone stezenia 'uszlachetnia sie' metoda mniej subtelna
    > za to skuteczniejsza - spirytus dolewajac?

    Stawiałbym na to drugie. W przypadku klasycznych piw proces fermentacji jest
    przerywany bardzo szybko, a ostateczna moc zależy od stężenia ekstraktu i
    wynosi max 6-7%. Wszelkie piwa o wyższej zawartości alkoholu to moim zdananiem
    mieszanki ze spirytusem. Ale może się mylę.
  • zwierz.alpuhary 26.08.05, 11:40
    konsumowałem wszystkie z tych okropnych sikaczy (może z wyjątkiem Lite'a, choć
    nie pamiętam) i protestuję przeciwko stawianiu ich w jednym rzędzie z Tatrą,
    która to jednak stoi od nich o klasę wyżej
    --
    "V neděli zajdeme na veliku turu
    Po červene značce z Kauflandu do Carrefouru
    Černá, Ostrava černá,
    děvucha věrná, revize jízdenek!"
  • zerozeroseven 26.08.05, 12:10
    Z piw Heineken, Żywiec, Warka Jasne Pełne, Strong, Tatra, Królewskie, Brackie,
    Leżajsk, Freeq - produkowanych przez grupę Żywiec - tylko Żywiec i Heineken w
    miarę ujdą IMHO. Reszta jest taka sobie. Ale chyba faktycznie masz rację i
    stoją wyżej od amerykańskich.
  • zerozeroseven 26.08.05, 12:41
    Zupełnie nie na temat ale tak mi się jakoś skojarzyło jak uświadomiłem sobie,
    że od co trzeciego piwa wypijanego w naszym kraju firma Heineken ma swoją
    działkę. Otóż, czy zwróciliście uwagę na to kto jest producentem zwykłej wody
    mineralnej którą pijecie? Niedawno uparłem się, że kupię wodę, która jest
    produkowana przez rdzennie polskiego producenta i co? Okazało się, że wodę w
    naszym kraju sprzedaje albo coca-cola, albo pepsi albo nestle albo inny cudak.
    Nawet poczciwą Mazowszankę wykupili. Po długich poszukiwaniach znalazłem raptem
    dwie, które chyba są "nasze": Wodę Maksymiliana i Jurajską. Do czego to doszło?
  • zwierz.alpuhary 26.08.05, 12:44
    ja piję Kroplę Beskidu najczęściej (Multivita vel Coca-Cola) ale w takich małych
    a w dużych to jakieś żywieckie kryształy firmy Kent-Pol i inne takie i one są
    przeważnie polskie. Polskich wód jest jednak sporo, tylko czasem nie zwraca się
    na nie uwagi.
    --
    Europa mniej znana
    www.pk.org.pl
  • zerozeroseven 26.08.05, 13:25
    > Polskich wód jest jednak sporo, tylko czasem nie zwraca się
    > na nie uwagi.

    W większych sklepach typu TESCO, "Twoje", niepodzielnie królują "niepolskie"
    takie jak właśnie Kropla.., Żywiec, Nałęczowianka, Mazowszanka itp.
    W mniejszych można czasem wyszperać coś innego.
  • cat_s 01.09.05, 15:34
    Witam,
    Sofanesie, z pewnym skrępowaniem poniższe pytanie zadaję, by - Boże broń -
    hieną żądną sensacji sie nie okazać.
    Ale niepokoi mnie i ciekawi (niestety) sytuacja pohuraganowa w wiadomych Ci
    niewątpliwie okolicach Stanów...
    Oczywiscie, oficjalne wiadomości i informacje czytuję w miare regularnie.
    Ale ciekaw jestem, jak cała sytuacja z punktu widzenia 'tuziemca' wygląda, z
    jakimi nastrojami i komentarzami na codzień być może masz do czynienia?

    Przyznam, że kwestia interesuje mnie również w pewnym sensie zawodowo, gdyż
    czasami meandry mojej pracy wiodą mnie w okolice naszej rodzimej 'powodzi
    stulecia'. Bazuję na kilku skąpych a mało profesjonalnych tekstach i
    komentarzach, które opisują, jak to dzielny rząd polski z ówczesnym ministrem a
    obecnym Kandydatem sobie z powodziowymi problemami radzili - i chciałbym mieć
    jakiś pogląd, jak w analogicznej sytuacji radzą sobie (z punktu widzenia
    Amerykanina) tamtejsze władze i przede wszystkim - ludzie kataklizmem dotknięci.

    Ale jeśli uznasz, że czas jest jeszcze zbyt wczesny, by na tak bolesne tematy
    rozprawiać - potraktuj oczywiście moją prosbę jako niebyłą...

    Pozdrawiam
    cat_s
    --
    "There is nothing such as free lunch"
  • sofanes 01.09.05, 17:05
    ...ach, cat_sie, wprowadzasz mnie absolutnie w stan przygenbienia i permamentne
    poczucie winy (nie, zartuje, nie przejmuj sie..;) z tegoz to powodu, iz
    poruszasz bardzo ciekawe tematy na ktore z pewnoscia odpowiem, ale czas moj w
    ostatnim czasie (:)) to sie chyba nazywa pleonazm...) bardzo jest
    limitowany...ale w koncu bede mial luzniej i sie porzadnie rozpisze...bo na
    razie ledwo nadazam posty czytac...co do piwa, sledztwo wdrazam (jutro jade do
    St. Louis, czyli siedziby browaru warzacego Budweisera, fuj) a mam takze
    koneksje do Bostonu (pewne panie w nauce pracujace, znajome ze wspolnego
    przybytku naukowego z Warszawy tam siedza, trza mi bedzie o te czajniczki
    podpytac...).
    Co do Katriny, to jej resztki przedwczoraj byly u mnie, w postaci wielkiego
    lania z nieba nieprzerwanie przez 12 godzin...ale jesli chodzi o komentarze
    amerykanskie, to ciekawe, ale te same newsy ida prawie o tym samym czasie w
    polskich serwisach i tutaj, ot, globalna wioska...
    Pozdrawiam i obiecuje poprawe...
  • kubek 01.09.05, 21:29
  • kubek 01.09.05, 22:48
    ale czy nie jesteś gdzieś w Duk'u or NIEHS
  • sofanes 02.09.05, 00:01
    > ale czy nie jesteś gdzieś w Duk'u or NIEHS

    No wlasnie widze, zes nie doczytala ;)) Nie, aktualnie nie przebywam w NC, bo
    spedzilem tam tylko 3 miesiace pare lat temu, w studenckich czasach...a teraz
    jestem bardziej na polnoc, w krainie kukurydzy :) (Podpowiem, ze nie jest to
    Perdue, ale ich najwiekszy lokalny rywal)...
  • sofanes 02.09.05, 00:02
    Znaczy sie, przeczytales, a nie "przeczytalas"...ale to wasze forum takie
    sfeminizowane, ze sie pomylic mozna...:)
  • zwierz.alpuhary 01.09.05, 21:41
    a propos wód to producent takiej sobie wody Aqua Grin wpadł na świetny pomysł z
    dnem butli, które jest dość mocno "elastyczne" i takie jakieś giętkie. Nie wiem
    z czego to wynika, ale butlę wody można ustawiać w różnych ciekawych
    konfiguracjach,np. z przechyłem jak krzywa wieża w Pizie, tak jakby to była
    5-litrowa torebka a nie butla z wodą:-)
    --
    pruszkow.blox.pl I warszawski.blox.pl
  • sofanes 02.09.05, 18:44
    Tym razem nie bedzie retrospektywy i napisze pare slow o wlasnych
    spostrzezniach o najnowszych, katastrofalnych wydarzeniach...
    Nie jest co prawda do konca tak, jak Cat_s pisze, ze bedac na terenie USA
    wiecej moge dowiedziec sie o tym, co dzieje sie w Nowym O., czy tez, ze przez
    swoja obecnosc tutaj zyskuje jakis niezwykle oryginalny punkt obserwacyjny; ale
    z drugiej strony - mam mozliwosc porozumienia sie z miejscowymi amerykanami i
    pozniania ich reakcji na doniesienia z miasta, ktorego najslynniejsza ulice i
    ksiezyc nad nia opiewal Sting...ulica, byc moze, uniknie zniszczenia, bo
    polozona jest powyzej poziomu jeziora i rzeki, ale wiekszosc historycznej
    dzielnicy pewnie diabli wezma.
    Zeby reporterskim obowiazkom stalo sie zadosc, specjalnie wypytalem kolezanke i
    kolege z pracy, co sadza o tym, co sie dzieje w N.O. i jak oceniaja dzialania
    wladz...ich konkluzje w pelni pokrywaja sie z moimi odczuciami, tak wiec
    specjalnych roznic w "odczuwaniu" katastrofy nie odnotowalem.
    Ujmujac rzecz krotko: rzad federalny, do spolki z lokalnym, kompletnie s...li
    sprawe.
    Juz mozna zaobserwowac poczatki zrzucania winy jednych na drugich, a u ludzi
    ogladajacyh CNN czy sluchajacyh doniesien w radiu narasta niedowierzanie i
    gniew.
    Trudno zrozumiec, jak to mozliwe, ze poza deklaracjami typu „nie oddamy ani
    guzika”, kompletnie nie liczono sie z mozliwoscia, ze sprawy pojda w zlym
    kierunku ?
    Jak to jest, ze huragan prawie ominal miasto, a katastrofa i tak przybiera
    gigantyczne rozmiary ? Dlaczego nie bylo zadnego „Planu B”, na wypadek
    najgorszego scenariusza ?
    Poczatkowo, wszystko wygladalo, wybaczcie mi to okreslenie, „jak zawsze” w
    przypadku katastrof, czy moze „katastrof” w cudzyslowie, np. wtedy jak w
    polowie Stanow wysiadl prad.
    Czyli – zagrzewajace do boju przemowienia oficjeli, breaking news we wszystkich
    programach informacyjnych, z obowiazkowa flaga w kazdym ujeciu, peanami na
    rzecz zwyklych amerykanow, bohaterskich i dzielnie znoszacych niedogodnosci.
    Przed nadejsciem Katriny bylo kropka w kropke to samo – wypowiedzi ekspertow,
    pietnascie kolorowych obrazow z radaru Dopplera pokazujacych nadchodzacy
    huragan, reporterzy w deszczowych kurtkach raportujacy z pierwszej linii frontu.
    Powiedzialbym, ze tuz po nadejsciu Katriny wyczuwalo sie wrecz pewna nutke
    zawodu w programach informacyjnych – jak to, oslabla ze stopnia 5 do 3 ?
    Przeszla bokiem nad Nowym Orleanem ? Juz po sprawie ?
    Niestety, wkrotce okazalo sie, ze jeszcze nie jest po sprawie. Gorzej, z kazda
    godzina robi sie coraz bardziej tragicznie.
    Brakuje policji i gwardii narodowej. Jesli sie nie myle, koordynacja miedzy
    sluzbami tez nie jest taka, jaka powinna byc w kraju bedacym „pierwsza
    technologiczna potega na swiecie”.
    Ci, ktorzy sa, sa rozpaczliwie niewyposazeni. Mowiono o mozliwej powodzi, ale
    chyba niewielu naprawde w nia wierzylo. Dlaczego, skoro wszystko wskazywalo na
    to, ze ona nastapi ? Srodki Strazy Przybrzeznej i Gwardii Narodowej sa zupelnie
    nieadekwatne do skali katastrofy – jest tylko kilka smiglowcow i ekip zdolnych
    ratowac ludzi z powietrza, a tysiace oczekujacych.
    Nie ma przygotowanych srodkow ewakuacji dla wielu szpitali i centrow, w ktorych
    ludzie mieli przeczekac huragan.
    Niewyobrazalne, ale prawdziwe – po dwoch dniach zaczyna brakowac zapasow
    jedzenia i wody, nawet dla ratownikow !
    Prawo stanu wyjatkowego pozwala im uzywac praktycznie wszystkich dosptepnych
    srodkow, w tym prywatnych, ale sluzby, ktore musza sie troszczyc o wlasna
    aprowizacje to sluzby dzialajace mniej efektywnie niz pozbawione takich
    obowiazkow.
    Oczywiscie, nikt nie umrze z glodu, ale logistyka szwankuje.
    Ulice opanowane sa przez hordy z bronia, od paru dni kroluje prawo piesci,
    policja, z tego co mi sie wydaje na podstawie doniesien, w wiekszosci nie jest
    zupelnie przygotowana do warunkow prawie wojennych, nie ma, przynajmniej z
    poczatku, oddzialow doswiadczonych w kontrolowaniu tlumow czy jednostek
    potrafiacych zabezpieczyc rejon, np. ewakuacji...
    Sporo mozna wyczytac miedzy wierszami – ewakuacja szpitala jest wstrzymana
    przez wiele godzin, bo jakis szalaniec zaczal ich ostrzeliwac ? Na milosc
    boska, wytrenowany oddzial wojska czy policji potrafi chyba poradzic sobie z
    jednym paranoikiem ? Przeciez to nie Bagdad czy Kabul i nie jakis przemyslny
    atak partyzantow !
    Podsumowujac – ktos bedzie musial odpowiedziec na pare niewygodnych
    pytan...takich jak:

    - skoro powodz byla prawie pewna (CNN podawal jakies 30 godzin przed nadejsciem
    huraganu, ze jest to prawie pewne jak w banku, a sluzby nie wiedziely jeszcze
    wczesniej?), dlaczego wladze traktowaly ja jako malo prawdopodobna
    ewentualnosc ?
    Zakladano, ze powieje troche, wyleje troszeczke, a potem wszyscy wroca w
    punktow zbiorczo-ewakuacyjnych do domkow ? No chyba tak, skoro nie bylo
    wystarczajacych zapasow dla ewakuowanych, awaryjnych zrodel pradu dla
    podtrzymania chociaz klimatyzacji i higieny w tych lokacjach, a przede
    wszystkim srodkow transportu i planu ewakuacji „punktow” gdzies poza
    miasto...po 48 godzinach wszystko sie zaczelo konczyc, a dzialania wladz mialy
    znamiona rozpaczliwej prowizorki...

    - gdzie byly plany awaryjnego wprowadzenia do akcji dodatkowych, rezerwowych
    jednostek policji, Gwardii narodowej i wojska ? Ktos bardzo sie pomylil w
    okreslaniu potencjalnie potrzebnych sil, i potencjalnej rezerwy – naprawde
    powazne sily posilkowe dotra do Nowego Orleanu prawie tydzien od katastrofy !!!

    - jakich to analitykow zatrudniaja wladze Luizjany i federalne, skoro nikt nie
    wpadl na to, ze bron ze sklepow trafi na ulice ? Jak to mozliwe, zeby wladze w
    miescie na pare dni przejely gangi ? Rozumiem, ze skala katastrofy przekroczyla
    oczekiwania (a nie powinna), ale wyslanie pare grup bojowych do ewakuacji broni
    ze sklepow nie zajeloby chyba az tyle czasu i srodkow ? Nie mowie, ze to jedyna
    przyczyna wzrostu przestepczosci, ale zdaje sie, dosc powazna, skoro w koncu
    wyslano zolnierzy i policje, by zabraly ze sklepow amunicje...szkoda tylko, ze
    na dlugie godziny wstrzymano wszelkie ewakuacje i ratowanie ludzi z zatopionych
    terenow, bo w miescie praktycznie wywiazala sie wojna...nie wierze, ze nie
    byloby mozliwe utrzymanie przestepcow w ryzach na tyle, by nie przeszkadzali w
    ratowaniu ludzi, jesli ktos przewidzialby, ze moze byc konieczne wprowadzenie
    do akcji zolnierzy, a nie posterunkowych...to zakrawa na zart, ale dopiero
    wczoraj i (a przez najblizsze ma dotrzec ich wiecej) sprowadzono pierwsze
    przeszkolone jednostki, potrafiace dzialac w warunkach miejskich, w tym swiezo
    przerzuconych zolnierzy z Iraku.

    Mysle, ze gniew spoleczenstwa obserwujacego, co sie dzieje w N. O., te
    odpowedzi wymusi...wiele osob w miescie zginelo i ginie caly czas, poniewaz
    ktos „scewed up”.
    Tyle tylko, ze znalezienie winnych nikomu zycia nie przywroci.


  • cat_s 12.09.05, 23:42
    Ach, Sofanesie,
    Czasami jest tak, że nadmiar czegoś bywa równie bolesny, jak deficyt czegoś
    innego.
    Muszę wyznać, że w Twoim przypadku nie może być mowy o przypadku pierwszym. Na
    myśli mam fakt cokolwiek oczywisty, że zaniedbujesz nieco pewne forum
    regionalne, którego namiary mam nadzieję nie zostały wykasowane nieodwołalnie z
    Twojego komputera...

    Mówiąc wprost - dopominam się nieco o ciąg dalszy Twoich ewentualnych dalszych
    obserwacji poczynionych w poprzednim poście. Ale jeśli z jakiegoś powodu temat
    uznałeś za wyczerpany, dopraszam się przynajmniej o jakiś znak, że żyjesz i do
    internetu czasami zaglądasz... ;-)
    Gdybyś, Sofanesie, z innego miejsca klikał, w milczeniu Twoim upatrywałbym jak
    najbardziej przyczyn zewnętrznych, bo jak wiadomo w niektórych częściach globu
    internet bywa kapryśny... Ale przebywasz raczej w jednym z
    bardziej 'zinternetowanych' rejonów świata, więc milczenie Twoje tłumaczę sobie
    Twoim wyjątkowym zapracowaniem.
    Co oczywiście całkowicie Cię tłumaczy - ale miej świadomość, żeś 'Jankeskimi
    Zaułkami' rzesze wiernych czytelników sobie 'wyrobił' - tak i teraz
    odpowiedzialność moralną za nich ponosisz. Tak i pisz - zaklinam - dalej,
    ewentualną skąpość komentarzy niechęcią do zakłócania doskonałego toku narracji
    sobie tłumacząc a nie - Boże broń - innymi jakowymiś domniemanymi przyczynami!

    Toteż zapowiadam, że jako cat_s wyjątkowo uparty w dalszym ciągu codziennie na
    Jankeskie Zaułki zerkam w nadziei, że łaskawie jakieś nowiny, albo chociaż
    jakikolwiek znak życia z Twojej strony oceanu się objawią.

    Pozdrawiam :-)
    cat_s
    --
    "There is nothing such as free lunch"
  • sofanes 21.09.05, 21:19
    Ha, zaniedbalem ostatni zaulki, ale spiesze juz cos nowego dopisac...
    Coz, juz kilka dobrych weekendow temu odwidzilem St. Louis.
    Pojechalismy tam (ja i moja polowica) na weekend plus dzien, gdyz w ten
    poniedzialek wyapadalo Swieto Pracy (Labor Day), co pozwolilo nam od pracy
    troche odpoczac...(swoja droga, Labor Day bywa czasem przez znajomych polakow
    nazywany Dniem Robala, prosze, zgadnijcie, dlaczego ?).
    Do browaru Busha, niestety, nie udalo mi sie dostac...chociaz z drugiej strony,
    przyznam sie szczerze, specjalnie tej mozliwosci nie sprawdzalem, priorytetowo
    traktujac wycieczke rowerowa szlakiem wzdluz Missouri.
    Szlak jest baaaardzo dlugi, a my zas tylko sprobowalismy przejechac nim kawalek
    jednego dnia, w dodatku za glowny punkt wycieczki ustalajac wizyte w winiarni
    po drodze.
    No i co wlasciwie ja moglbym o szlaku napisac ? Troszke nas zawiodl (zawiodl
    nas do winiarni, ale przede wszystkim zawiodl nasze oczekiwania).
    Ot, prosta droga, przez pole i kawalek lasu, zas Missouri to ze szlaku bylo
    widac raz, i to przez chwile. Tez mi...
    Co tyczy sie alkoholi...cat_s pytal mnie o to czas jakis temu...
    Kwestia nie jest az tak skomplikowana...amerykanskie piwo jest do bani, w
    Polsce mozna by pewnie go uzyc jako plynu do mycia szyb, bo lepszych zastosowan
    nie widze...mnie ono przypomina oranzade, i kompletnie nie wyczuwam roznic,
    jesli chodzi o piwo Millers czy Budweiser, czy Milwaukee Best, czy
    jakiekolwiek...
    Co najwyzej roznice miedzy roznymi typami plynu.
    Pisze, rzecz jasna, ogolnie, bo rodzajow piwa w supermarkecie dostatek, ale ja
    koncentruje sie na „standardowym” i najbardziej popularnym malym jasnym...
    Jest jednak swiatelko w tunelu – mianowicie, jest tu sporo mikrobrowarow
    (Ciekawe, czy ktos jeszcze kojarzy niezapomniana Some na Foksal...?), ktorych
    produkty sa calkiem przyjazne dla podniebienia...ja preferuje Pale Ale (taki
    typ) i bardzo ciemy, pszeniczny Stout.
    Oczywiscie, w zaleznosci od browaru, piwa te moga sie znacznie roznic – no ale
    w tym wlasnie urok zwiedzania takich przybytkow...
    Zupelnym nieporozumieniem (przynajmniej dla mnie) sa natomiast, oferowane
    zawsze w tych mikrobrowarkach, piwa kwiatowe i owocowe – no jesli Budweiser to
    plyn do mycia szyb, to te przypominaja wode po goleniu „Wars”...
    Tyle na razie na temat piwa.
    Drugim alkoholem, ktoremu poswiecam sporo uwagi (hmm, ciekawe okreslenie mi sie
    sformulowalo...), to wino.
    Smakosze ulubionego trunku Dionizosa moga sie w tym kraju poczuc dopieszczeni.
    Pierwsze, i najwazniejsze – wina sa tu tansze, i to czesto sporo bardziej, niz
    w Polsce.
    (Dla bardziej zainteresowanych: np. apelacje St. Emilion, czy Pomerol kosztuja
    zwykle kolo 20 dolarow...nie mowiac juz o swietnych co niektorych winach z
    Kalifornii...).
    Jesli chodzi o srednia polke, to juz w ogole swietnie – dobre winko do obiadu
    przestaje byc bardzo liczacym sie wydatkiem, bo jak kosztuje 6-8 dolarow, to
    naprawde mozna sobie pozwolic...(ostatnio kupilem wyborne Chianti za 8 dolarow,
    z domu Ruffino...).
    Uwazam, ze tutaj stosunek jakosc do ceny, jesli chodzi o wina, jest naprawde
    uczciwy.
    Konczac juz temat, i nawiazujac do opisow mikrobrowarow, to kolejnym jasnym
    punktem sa winiarnie – jest ich calkiem sporo, np. kolo miasteczka w ktorym
    mieszkam, dwie. Wina moze nie gwarantuja nieslychanych i odlotowych przezyc
    smakowych, ale prawie zawsze mozna cos przyzwoitego znalezc – a mozna swobodnie
    szukac, testowanie jest za darmo...
    Kazda taka winiarnia z reguly oferuje tez sklep z serkami, owocami czy
    krakersami (a ceny wcale nie sa takie zdziercze), oraz obszerne pole, czesto z
    jeziorkiem, gdzie zaopatrzywszy sie w poprawiajace humor wiktualy, zalec mozna
    w rozkosznym nierobstwie pod niebem, po ktorym z wolna plyna biale
    chmurki...ach, rozrzewnilem sie, ale tak wlasnie spedzalismy czas z zona i
    znajomymi na wiosne, a teraz moze juz czas sprobowac jesiennych odwiedzin...?
    Chyba juz wiem, jak spedzimy przyszly weekend...ohohoho, a wlasnie dotarla do
    nas wiadomosc, ze zona moja najzdolniejsza dostala nagrode Prezesa Rady
    Ministrow za doktorat...o hoho, to bedzie okazja poswietowac...
  • kubek 25.09.05, 22:49
  • sofanes 26.09.05, 18:31
    ...a dziekuje, dziekuje w jej imieniu...i w swoim rowniez...
  • sofanes 01.11.05, 19:01
    Ha, kurz pokryl Jankeskie na dwa palce, czas napisac chocby trzy slowa...

    Halloween za oknem i wszedzie, gdzie sie spojrzy, wisza jakies kosciotrupy i
    inne nietoperze.
    Musze przyznac, ze zadne z amerykanskich swiat, ani zadna z tradycji, nie sa mi
    tak obce, jak wlasnie Halloween.
    Jednak pamietanie o zmarlych i chwila zadumy, czy jesienny spacer po cmentarzu
    to zupelnie co innego, niz glupkowate trick or treat, i choc inne zwyczaje czy
    swieta wypada szanowac i respektowac, to jednak leciutkie rozdraznienie
    odczuwam, kiedy w telewizji leca jedynie filmy grozy, kazdy sklep obwieszony
    jest dyniami, w ogrodkach domow pozakopywane sa kosciotrupy z plastyku, zas o
    zmarlych w tym calym cyrku zdaje sie nie pamietac chyba nikt.
    Pare dni temu przeczytalem informacje, ze gdzies w kraju jakiemus mlodzianowi
    znudzilo sie zycie i postanowil je zakonczyc wieszajac sie w miejscu publicznym.
    Coz, jak zaplanowal, tak zrobil, po czym spedzil wiszac czas jakis, raczej
    dluzszy, niz mozna bylo sie spodziewac, gdyz zostal uznany za jedna ze
    stosownych dekoracji...
    Oprocz tego, rowniez gdzies wyczytalem (jakos tak zrodel nie cytuje, ale to nie
    praca naukowa, a nie pomne jakos...), ze Halloween to drugie po Bozym
    Narodzeniu swieto generujace w sklepach najwiekszy obrot.
    Jesli zas chodzi o swieta Bozego Narodzenia, to pierwsze sklepy zaczynaja juz
    przygotowywac dekoracje, zas w tv pojawily sie pierwsze reklamy ("juz teraz
    zarezerwuj rejs na Karaiby i gdzies tam w te swieta").
    Rozumiem, ze reklama dzwignia handlu, nie widze nic zlego w oddzieleniu
    aspektow religijnych od handlowych (kazdy w koncu moze wierzyc albo nie, a
    wszechobecna komercja akurat nie powinna wplywac na jego podejscie), ale to, co
    tu sie dzieje, to juz lekkie przegiecie...
    Jak pomysle, ze jeszcze niedlugo Swieto Dziekczynienia, i wszedzie pojawia sie
    poprzebierane indyki, to, wybaczcie to okreslenie, wymiekam.

    Hmm, jakis taki ponury wyszedl ten odcinek Jankeskich...obiecuje, ze nastepny
    bedzie o czyms pozytywnym...

    --
    Nie deptać trawników, Nie deptać trawników,
    Deptanie trawników to hańba trzewików!
  • sofanes 15.11.05, 05:45
    Nastepny odcinek mial przedstawiac bardziej optymistyczny obraz Ameryki...no to
    sprobuje...
    Dopiero co na forum odbywala sie ciekawa dyskusja na temat integracji
    imigrantow; zainspirowalo mnie to do podzielenia sie swoimi spostrzezeniami w
    tej kwestii.
    Jak pokazuja ostatnie (ale i nie tylko ostatnie, to stary problem) wydarzenia
    we Francji, francuski model nie do konca sie sprawdza.
    Ktorys z forumowiczow napisal madrze, ze jestemy w tej komfortowej sytuacji
    (jako kraj), ze w wielu kwestiach mozemy uczyc sie na bledach innych.
    Przywyklismy np. smiac sie z "glupich" amerykanskich zwyczajow wieszania
    wszedzie dookola flag, przylepiania ich do zderzakow samochodow, odgrywania
    hymnu przed kazdymi praktycznie rozgrywkami (chociazby miedzyszkolnym meczu
    siatkowki) sportowymi.
    Zdziwienie (w najlepszym razie) budzi obsesyjne umieszczanie w umowach o
    prace czy roznych wewnetrznych regulaminach setek "anty-przesladowczych"
    punktow, majacych chronic murzynow, mniejszosci seksualne, etc.etc.
    Jednoczesnie kazdy, kto spedzi tu wiecej niz ze dwa miesiace, zauwaza calkiem
    sporo istniejacej i dobrze sie majacej hipokryzji - coz, dulszczyzna jest,
    rzeklbym, internacjonalna.
    Smiechem okresla sie "amerykanski mit" - czyli mozliwosc dojscia od zera do
    milionera; ponoc te czasy juz minely; czy jednak na pewno ?
    Czy aby mieszczanska Francja, ktora "dala Swiatu prawa czlowieka", nie zyje
    zludzeniami, podobnie jak Niemcy, probujac przedstawiac Ameryke jako kraj
    machajacych szabelka kowbojow ?
    Ameryka narodzila sie jako kraj imigrantow, ktorzy chcac- nie chcac musieli
    uczyc sie poszanowania innosci, tolerancji, wypracowania praw, ktore w
    praktyce, nie tylko w teorii, wyrownywaly by szanse obywateli roznego
    pochodzenia.
    To, co nas nas tak smieszy, czyli opisana powyzej flagomania i obsesja na
    punkcie hymnu to jedne z najprostszych sposobow na podkreslenie tego, co
    obywateli tego kraju laczy - chocby i bylo tego malo.

    Jak zwykle w niedziele poszedlem sobie z zona do Starbucka na kawe; jest on
    umiejscowiony w duzej ksiegarni i mozna sobie poczytac troszke saczac kawke.
    Wpadl mi w rece ostatni numer „Economista” - i tam zawarta byla bardzo
    ciekawa analiza ostatnich zamieszek we Francji i problemu imigracji,
    powiedzmy, „po calosci”.
    Konkluzje i niektore spostrzezenia dosyc mnie zaskoczyly – podsumowac je mozna
    mniej wiecej w ten sposob: tak naprawde wcale nie najwazniejszy jest „model”
    integracji przyjety w danym kraju, a raczej...praca i samochod.
    Tak wlasnie; praca i samochod.
    Juz uzasadniam, bo przyznaje, argumentacja mnie przekonala, ze tak jest w
    istocie.
    Otoz, ten nieszczesny „model” integracji bardzo rozni sie w roznych krajach –
    np. we Francji dosyc latwo uzyskac jest obywtaelstwo; zupelnie inaczej, niz w
    Niemczech, gdzie jest to bardzo trudno, posrednio jest w USA.
    Modelem „wspoilstniejacych” kultur ciesza sie w Holandii.
    I co ? I nic, we wszystkich tych krajach problemy z imigrantami byly, sa, i
    prawdopodobnie beda.
    Podalem przyklad obywatelstwa, ale np. pomoc socjalna, sport, etc. tez roznie
    rozwiazane sa w roznych krajach.
    Zaden z tych modeli, jak widac, nie gwarantuje jednak sukcesu.
    W USA, kraju naturalnie zainteresowanym badaniami naukowym imigracji prowadzi
    sie np. bardzo wiele statystyk, ktorych nie prowadzi sie w Europie.
    Nie wnikajac juz w szczegoly, jest jedna rzecz, ktora znaczaco rozni imigrantow
    w USA i tych w Europie – w USA duzo rzadszym zjawiskiem jest wielopokoleniowe
    dziedziczenie biedy i zamykanie sie w naturalnych gettach (co nie znaczy, ze
    getta takie nie istnieja).
    Poza tym znacznie popularniejsze jest tzw. mieszanie sie imigrantow – duzo
    wiekszy odsetek imigrantow ucieka z gett w malzenstwa mieszane.
    Amerykanie nawet odnalezli czynnik (bardzo wysoka korelacja), ktory sprawia, ze
    imigranci chetniej sie integruja – jest nim wlasnie...wlasny dom i samochod.
    W USA istnieje system tanich kredytow dla imigrantow, i efektem tego jest fakt,
    ze ponad 50 % imigrantow ma swoj dom.
    Dla kontrastu – wiekszosc francuskich blokowisk nalezy do panstwa.
    Wnioski wynikajace z tych badan, niestety, nie sa budujace – najwazniejsze
    czynniki sprzyjajace integracji imigrantow to mozliwosc znalezienia pracy i
    szanse na wlasny dom.
    Kraje „solidarne” i z duza strefa socjalna sa paradoksalnie najtrudniejszymi
    dla integracji – zwykle panuje w nich wyzsze bezrobocie, ze szczegolnie wysokim
    bezrobociem wsrod mlodziezy (we Francji jest ono jedno z najwyzszych w Europie,
    i choc trudno w to uwierzyc, chyba nawet wyzsze niz w Polsce – dane Eurostatu).
    Do opisanych wyzej czynnikow trzeba dodac wazna uwage – szczegolnie trudno
    przebiega integracja muzulmanow (bardzo niechetnie wchodza w malzenstwa
    mieszane), ze wzgledow raczej oczywistych – i nie jest to zadny rasizm; tylko
    fakt raczej zrozumialy.
    Czyli, podsumowujac – dobrze przemyslany model integracji to wazna rzecz, ale
    niskie bezrobocie i prezna gospodarka sa od niego wazniejsze.
    Miejmy nadzieje, ze w naszym pieknym kraju imigranci pojawia sie masowo, kiedy
    bezrobocie bedzie 4%...

  • zwierz.alpuhary 15.11.05, 09:14
    Francja jest śmieszna z powodu swojego kompleksu byłego mocarstwa, wydaje im się
    że mają jeszcze coś do powiedzenia na świecie i że nawet mogą decydować, kiedy
    inni mają siedzieć cicho. Chyba tylko przez grzecznośc nikt im do tej pory nie
    uświadomił jak jest naprawdę, jak to się mówi "lekarz kazał przytakiwać":-)
    Ten amerykański zwyczaj z flagami bardzo mi się podoba (jako jeden z niewielu) i
    smutno mi, kiedy o tym myślę, patrząc na nasze sętne i nijakie Święto
    Niepodległości. Generalnie myślę ze Polska i inne nowe kraje UE, jako ci
    "barbarzyńcy stojący u bram Rzymu" (jak się nas czasem nazywa), powinna dać
    Europie lekcję właśnie takiego amerykańsko-pragmatycznego myślenia.
    --
    Europa mniej znana
  • erleusortok 15.11.05, 10:34
    U nas do niedawna flagi wręcz nie wolno było wywieszać ot tak sobie, można było zostać ukaranym za wciągniecie flagi na maszt przed domem w dzień nie będący świętem państwowym..
    polskaflaga.republika.pl/
    --
    Pruszków: zdjęcia i panorama
  • sofanes 15.11.05, 17:27
    Rzeczywiscie, z ta flaga to w Polsce nienajlepiej...w ogole to mam wrazenie, ze
    zostala ona zawlaszczona ostatnio przez roznych ogolonych mlodziencow podczas
    marszow protestow i strajkujace zwiazki zawodowe...wtedy chyba najczesciej
    mozna dostrzec barwy narodowe...



    --
    Nie deptać trawników, Nie deptać trawników,
    Deptanie trawników to hańba trzewików!
  • zwierz.alpuhary 15.11.05, 17:33
    niestety tak, to smutne dzieło poprzedniego ustroju:( Wszelka manifestacja
    przywiązania do państwa była równoznaczna z serwilizmem, bo państwo nie było
    nasze i tak już niestety zostało, choć dziś jest zupełnie inaczej.
    --
    dziennik prowincjonalny
  • erleusortok 15.11.05, 19:55
    Niestety. Zgadzam się co do wpływu poprzedniego ustroju. Ale mam wrażenie, że to się jednak zmienia. I że Polska przestaje być 'niemodna'.
    --
    Pruszków: zdjęcia i panorama
  • zwierz.alpuhary 15.11.05, 20:44
    Rzeczywiście coś się powolutku, powolutku w tej materii zmienia, myślę że sporo
    dobrego zdziałała 60 rocznica Powstania Warszawskiego, ale do tego o czym pisze
    sofanes jeszcze daleka droga
    --
    dziennik prowincjonalny
  • cat_s 17.11.05, 00:09
    Witajcie,
    Dawno sobie obiecywałem, że coś do wątku dopiszę, ale jako 'niepraktykujący' ośmieszać się nie chciałem...
    Ale teraz trafiła sie okazja! :-)
    Na FHumorum znalazłem... pewnie znane, ale takiej okazji przecież nie zmarnuję...:-)

    >... na temat "How're you".
    Eutynowa odpowiedz MUSI BYC "Fine", "OK", etc. jako ze pytajacy i tak nie
    slucha, albo raczej slyszy rutynowe "OK".
    Teraz dowcip:
    "How're you doing?"
    "So bad. My wife just died"
    "That's great!"<

    I za to lubię Amerykanów:-)
    --
    "There is nothing such as free lunch"
  • sofanes 17.11.05, 02:14
    I'm fine tez, ale czekalem i czekalem, az sie ktos odezwie w Jankeskich, i
    prosze - cat_s ustrzelil posta 50...
    To jeszcze nie setka, czy dwie (Zloty i Srebrny Pazur przypomne nieskromnie),
    ale tez planowalem autora 50 - postu uhonorowac Wirtualna Odznaka
    Internacjonalistyczna, z wirtualnej miedzi.
    CZUWAJ!

    PS. I prosze sobie nie pomyslec, ze my tak z cat_s'em sie wzajemnie odznaczamy,
    jak znam zycie, to znowu byl przypadek...
  • cat_s 17.11.05, 02:30
    >...to znowu byl przypadek...

    Taaak... i myślisz zapewne, że ktokolwiek uwierzy...? ;-)
    Pozdrawiam:-)
    --
    "There is nothing such as free lunch"
  • cat_s 17.11.05, 23:25
    Witam,
    Chyba się jenkesko zanadto rozkręcam ale nie sposób nie odnotować (i o komentarze poprosić;-) ) takiej oto notki:

    "Miasto oddało nazwę za TV SAT
    Burmistrz Dish City Bill Merritt (z lewej) z Michaelem Neumanem, prezesem Dish Network tuż po odsłonieciu tablicy z nową nazwą miasta
    Niewielkie miasteczko w Teksasie wyrzekło się swojej nazwy w zamian za darmową telewizję satelitarną. Nowa nazwa miasta brzmi Dish co oznacza talerz lub antenę satelitarną.
    Dish Network to druga co do wielkości sieć telewizji satelitarnej w Stanach Zjednoczonych. Za zmianę nazwy firma udostępni wszystkim mieszkańcom miasteczka Clark bezpłatny dostęp do ponad 60. kanałów przez 10 lat oraz darmowe anteny i cyfrowe nagrywarki video. Dish Network pokryje też koszty związane ze zmianą nazwy, w tym ustawienie nowych znaków drogowych. Kontrakt gwarantuje darmową telewizję wszystkim, którzy w najbliższych 10 latach osiedlą się w Dish. Wartość darmowych usług przypadających na jedno gospodarstwo domowe wynosi 4500 dolarów.
    Miasteczko Clark, a obecnie Dish, powstało 5 lat temu. Mieszka w nim 125 mieszkańców. Władze Dish liczą, że oferta darmowej telewizji satelitarnej pomoże w szybszym rozwoju miasta. Dish nie jest jedyną miejscowością w USA noszącą imię komercyjnej firmy. W Oregon istnieje już miasto Half.com, które przyjęło nazwę internetowego sklepu działającego w ramach eBay"

    wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,60935,3019005.html

    Oto, za co cenię (między innymi oczywiście) Amerykanów... pragmatyzm:-)

    Ciekawym, Sofanesie, czy jest to precedens w USA? Czy aby i wsześniej do podobnych przypadków nie dochodziło? Dyskusja pod artykułem mówi o jeszcze przynajmniej jednym przypadku:

    Gość: Daddy
    > Jest tez ine miasto: "truth-or-consequences" w Arizonie, ktore zmienilo swoja
    > nazwe po pewnym teleturnieju o tym tytule.

    Zapewne jako 'tambylec', na sprawę więcej światła możesz rzucić... jeśliś oczywiście o czymś podobnym słyszał?:-)

    I w Polsce podobne przypadki miały miejsce, może nie literalnie analogiczne: ot, chociażby casus Stalinogrodu - no, ale motywacje były tam nieco inne...

    Pozdrawiam
    cat_s
    --
    "There is nothing such as free lunch"
  • cat_s 18.11.05, 01:11
    Jak szaleć, to szaleć...;-)
    Taką jeszcze ciekawostkę znalazłem... w pewnej sygnaturce co prawda:-)
    Ale ciekawość, na ile umocowanie w rzeczywistości posiada... Zakładam, że nikłe ale kto wie? ;-)

    'A lost manuscript by composer Ludwig van Beethoven has been discovered -- and
    it's going to be sold for more than $1 million. When he heard that Beethoven had
    written a manuscript, President Bush said, "That dog can do anything!"'

    Pozdrawiam
    cat_s
    --
    "There is nothing such as free lunch"
  • cat_s 18.11.05, 21:32
    ... jak siebie samego - by się chciało powiedzieć;-)
    Pewnie mnie Sofanes na czarnej liście spamerów umieści - ale jak tu sie powstrzymać? ;-)

    "USA/ Wyrzuciła z domu koty, za karę sama ma pójść na noc do lasu

    17.11.Waszyngton (PAP/dpa) - Dość nietypową karę zastosował sędzia w amerykańskim stanie Ohio wobec kobiety, która wyrzuciła z domu koty - 25-letnia Michelle Murray ma spędzić noc w lesie, samotnie, bez jedzenia, picia i światła - poinformowała w czwartek telewizja ABC

    Sędziego Michaela Cicconettiego nie poruszyły tłumaczenia, że 33 małe kotki pani Murray wywiozła do lasu, ponieważ miała kłopoty z przeprowadzką i problemy osobiste. Uznał, że kobieta powinna doświadczyć na własnej skórze, co znaczy samotność w lesie

    Nie jest to pierwszy niezwykły wyrok, wydany przez Cicconettiego

    Pewnego mężczyznę, który przeszkadzał sąsiadom rozkręcaniem radia na cały regulator, sędzia też wysłał do lasu, aby nauczył się tam doceniać zalety ciszy

    Innemu mężczyźnie, który nazwał policjanta świnią, Cicconetti kazał stać na rogu ulicy w towarzystwie prawdziwej świni."

    Dobrze jej tak! Żeby kotki do lasu wywozić?! Szkoda, że tylko jedna noc jej się dostała...;-)

    I sami powiedzcie - jak tu nie lubić Amerykanów? Znacie bardziej odlecianą nację?;-)
    --
    "There is nothing such as free lunch"
  • cat_s 21.11.05, 05:04
    ... acz najwyraźniej zajęty (lub rozleniwiony) Sofanesie!
    Pozwolisz, że w sposób delikatny ale stanowczy poproszę Cię o dokarmienie niniejszego wątku...;-)

    Aby zapłodnic Cię cokolwiek i zmotywować do większej aktywności - pozwolisz, że rzucę Ci swego rodzaju wyzwanie? ;-)

    Mianowicie: otrząśnij się proszę z błogiej forumowej bezczynności i odpowiedz na jak najbardziej oczywiście niewinne pytania...

    Owóż...
    Jaki 'jankeski' pierwiastek łączą w sobie następujące wartości:

    - 1903 / 3 -> podpowiedź: rok powstania / ilość (w sztukach);
    - 12 m2 -> powierzchnia
    - 1925 -> miara pojemności w wystandaryzownych jednostkach...


    Hm... jeśli tak grubymi nicmi szyta prowokacja z mojej strony nie wyrwie Cię z jankeskiej bezczynności - to świadczyć to może chyba jedynie o tym, że Lola kable komputerowe załatwiła na amen...;-)

    Pozdrawiam :-)
    cat_s
    --
    "There is nothing such as free lunch"
  • sofanes 16.12.05, 18:04
    ...ze ja nie czytalem ostatnich postow w Jankeskich...?
    Tego nie wiem, wiecej, zagadka twa, Cat_sie, na razie pozostaje nierozwiazana,
    jak zwykle ma inteligencje przeceniasz...
    Ale dosc, jeszcze do niej wroce, tzn. zagadki, a nie inteligencji...a na razie
    ponizej machnolem nowy rozdzialik...


    --
    Nie. Mam w Efezie pańskiego Heraklita. Precz z Heraklitem z Efezu!
  • sofanes 16.12.05, 18:04
    Jakos tak niepostrzezenie zrobilo sie zimno zupelnie, spadl snieg i raptem
    kilka dni do Swiat. „A jeszcze przed miesiącem, wesolo, zielen slonce...”
    chcialoby sie zaspiewac.
    Ale sza, czas jest przedswiateczny i spiewac cos innego niz koledy (czy raczej
    pioesenki swiateczne) nie wypada.
    A wlasnie, wlasnie...
    Poprawnosc polityczna, swietnie; tolerancja, swietnie – ale nie mozna popadac
    chyba w paranoje...?
    Nowa, swiecka tradycja, ktora zyskuje niebywale na popularnosci w USA, jest
    nazywanie Swiat Bozego Narodzenia - uwaga – Wakacjami [Holidays].
    Rzeklbym, ze do zwolennikow LPR czy tez nawet Marka Jurka dosyc mi daleko – a
    nawet do poboznego katolika - ale drazni, no normalnie mnie to drazni.
    Jak to wyglada w praktyce? Ano, nikt nie zyczy sobie juz „Merry Christmas” –
    ale „Happy Holidays” – co brzmi idiotycznie, nawet dla osob wyznajacych inna
    religie.
    To zjawisko zaczyna samo sie nakrecac – w kazdej praktycznie pracy w USA
    pracuje sie z ludzmi z wszystkich mozliwych zakatkow globu, kilku ras i paru
    wyznan; powoduje to, ze chrzescijanie, czy bezwyznaniowcy wychowani w tradycji
    chrzescijanskiej, zeby nie wydac sie nieuprzejmymi i BOZE BRON
    nietolerancyjnymi – zaczynaja w ciemno zyczyc sobie „milych wakacji” i wrecz
    krepuja pytac sie o rodzine czy jak sie spedzi swieta; zreszta – lepiej
    slowa „Swieta” unikac i pytac, jak sie spedzi wakacje.
    Skoro tak sie dzieje na uczelni, gdzie ludzie bardziej odporni sa
    na „dulszczyzne” i czesciej kieruja sie zdrowym rozsadkiem, co sie dzieje w
    obszarze tzw. szeroko pojetej kultury korporacyjnej...?
    Brat ojca mojej zony mieszka w Chicgao i pracuje jako dyrektor nizszego
    szczebla w korporacji Searsa.
    Jego opowiesci brzmia jak zmyslone anegdoty – ale sa prawdziwe, chociaz czasem
    trudno w to uwierzyc.
    Np. jakis czas temu kolega z ich pracy postanowil zmienic plec – coz, tak sobie
    zazyczyl.
    Nikt ze starych pracownikow za bardzo sie tym nie przejal, to w koncu kraj
    tolerancji, facet chcial, to niech ma, kogo to obchodzi.
    Ale nie ma tak prosto – kierownictwo Searsa sie przerazilo, i kazdy z tych,
    ktorzy mogli by miec kontakt z nowa pracownica-starym pracownikiem, musial
    odbyc szereg szkolen.
    Na szkoleniach armia psychologow, doradcow d/s rownosci, itp. itd. uczyla ich,
    jak sie maja zachowywac, jakich slow uzywac, jakich unikac, itp.itd.
    Malo tego – odbylo sie szereg narad dyrektorow roznego szczebla, na ktorych
    rozstrzygano rozwiazania roznych palacych problemow.
    Np. panie wczesniej znajace delikwenta, stanowczo zaprotestowaly przeciwko
    temu, by korzystal on z ich ubikacji.
    Korzystanie z ustepu dla mezczyzn nie wchodzilo przeciez w gre – sens zmiany
    plci tracilby sens ;-), a i Sears nie moze wszak ryzykowac procesu, gdyby facio
    wpadl na taki pomysl. Znaleziono rozwiazanie salomonowe – wybudowano
    kibelek „koedukacyjny”.
    Do tego, jak relacjonowal Wuj, po kazdym z niekonczacych sie pilnych zebran,
    kazdy z uczestnikow wychodzil spocony jak mysz i wykonczony psychicznie – przez
    caly ten czas trzeba bylo BARDZO uwaznie kontrolowac co sie mowi, wlasne miny
    itd., bo wszystkie te dyskusje obserwowane byly przez smutnych panow
    z „Ludzkich Zasobow”, pilnie notujacych, kto tu jest tolerancyjny enough, a kto
    mniej – wszak to trzeba brac tez pod uwage przy przyszlych awansach...
    No ja tego sobie nie wymyslilem.

    Ale wracajac do Holidays...
    Nie wiem tylko zupelnie, czemu to ma sluzyc – przeciez USA jest krajem
    tolerancji, choc nie mozna zapominac, ze wyroslym w jakiejs czesci z tradycji
    europejskiej.
    Czy nazywanie Swiat tak jak je sie nazywa, lamie zasade tolerancji...?!
    Obraza kogokolwiek...?
    Swieta Bozego Narodzenia, moim zdaniem, do tradycji europejskiej naleza i choc
    wiele osob bedzie twierdzic, ze moga je obchodzic tylko wierzacy katolicy, z
    wlasnego doswiadczenia wiem, ze sprawa czasem bywa bardziej zlozona.
    Mozna krytykowac komercjalizacje swiat, zagubienie prawdziwego ducha swiat,
    etc. etc.,
    ale oficjalnie udawac, ze zbliza sie okazja do spotkania z rodzina, bo nadeszly
    zimowe wakacje...?
    Jakos nie miesci mi sie w glowie, ze to objaw tolerancji.
    Dla mnie to jakies zwyrodnienie „poprawnosci politycznej” – gdybym pojechal do
    kraju arabskiego, nie obchodzilbym ramadanu, ale nie nazywal go „nocnym wolnym
    czasem i wyzerka” na przyklad; szabas to szabas, a nie co innego, hanuka to
    hanuka, a nie „wakacje” i tak dalej, i tak dalej...
    Wolnosc slowa i pogladow to fundament demokracji – czemu sami (pisze „my” w
    sensie kultury zachodniej) ograniczamy wlasna wolnosc slowa...?
    Nawet prezydent Bush w tym roku chcial byc bardziej swiety do papieza i wyslal
    kartki swiateczne wlasnie z adnotacja „Happy Holidays” – po czym posypaly sie
    na niego gromy z jego wlasnego obozu, wszak on jest konserwatysta!
    Ja konserwatysta sie nie uwazam, i tym bardziej mnie to szokuje; skoro nawet
    konserwatysci uwazaja, ze tak jest political correct...?!
    Najbardziej smieszne w tym wszystkim jest fakt, ze swiateczne piosenki, ktore
    przeciez sa wszechobecne, nie sa najwyrazniej zbyt poprawne, bo nikt tam nie
    spiewa o happy holidays, tylko o Christmasie.
    W TV reklamy z choinkami i Merry Christamas tez sie pojawiaja, ale sa tez dziwa
    nieslychane, jak chor reklamujacy Honde, spiewajacy wlasnie o Happy Holidays i
    Happy Honda Days...
    No paranoja do kwadratu.
    Siedze i tak sie zastanawiam – czy to mnie sie juz w glowie pomieszalo i
    zaczynam byc malo tolerancyjny, czy to jednak nie ze mna cos nie tak...?

    --
    Nie. Mam w Efezie pańskiego Heraklita. Precz z Heraklitem z Efezu!
  • zerozeroseven 16.12.05, 23:27
    Mrówkowatość.
    Czy wspominałem o mrówkowatości?
    Amerykanie są mrówkowaci.
    Mili, rozsądni, mrówkowaci goście.

    PS. Stąd popularność filmów typu "Wild at Heart"
    ___________________________________
    "Mój mózg, to mój drugi ulubiony organ" - Woody Allen
  • sofanes 16.12.05, 20:57
    O matko, ale "machnolem"...po ostatnim ortograficznym watku trza sie wciaz
    pilnowac...:-)
    --
    Nie. Mam w Efezie pańskiego Heraklita. Precz z Heraklitem z Efezu!
  • cat_s 04.02.06, 02:08
    Witam,

    Kubek ostatnio w innym miejscu napisał:
    > cos ostatnio sofanesa jest mało chyba do roboty
    > Genetyka niszczy ludzi?

    Cóż, mam nadzieję, że nie niszczy tak do końca...;-)

    Sofanesie! Do roboty! Jesteś - z tego co wiem - jedynym 'oficjalnym przedstawicielem' Jankeskich na FPruszków... albo jedynym 'oficjalnym...' Pruszkowiakiem w Stanach... albo też... no, krótko mówiąc - sam widzisz - czas zajrzeć do Jankeskich Zaułków, ot co!

    Pozdrawiam:-)
    cat_s
    --
    "There is nothing such as free lunch"
  • cat_s 06.02.06, 01:41
    Witam,
    O Stanach wiem niewiele. O kotach też. Ale o kotach trochę więcej...;-)
    Tedy próbując połączyć oba tematy, chcę Was uświadomić, że istnieje cos takiego, jak 'Kot Amerykański'.

    Wygląda tak:
    strony.koty.pl/pzfkotyrasowe/amkrotko.html

    Fajny, nie? ;-)

    Jedna rzecz w tym kocie jest dla mnie niejasna...
    Owóż, mądrzy ludzie napisali, że kot amerykański charakteryzuje się 'nosem z nieznacznym stopem'...
    Na miłość boską... a co to jest ów 'stop'? Ze zdjęcia miarkuję, że chodzić może o jakieś przebarwienie sierści ale powiem szczerze, że pierwszy raz z tym pojęciem się spotykam... a może chodzi o jakiś 'amerykański' kształt nosa? ;-)

    Pozdrawiam
    cat_s
    --
    "There is nothing such as free lunch"
  • sqh 06.02.06, 10:53
    Google mówią, że ów koci "stop" to "charakterystyczne zagłębienie u nasady
    nosa".

    --
    Z psem po śniegu
  • sofanes 06.02.06, 16:50
    Ech...zyje, zyje, ale ledwo, jakies okropne katarzysko mnie dopadlo, a jeszcze
    do tego (jakzeby inaczej) akurat nawal pracy, polaczenie malo przyjemne.
    Swistak Phil, o ktorym dopiero co pisalem, cien zobaczyl, i z dnia na dzien
    powrocila nagle zima.
    Kubek sie za mna upomnial...? Milo mi niezmiernie...obiecuje poprawe i
    dopisanie czegos do Jankeskich, wlasciwie powinienem dac sprawozdanie ze
    styczniowego pobytu w San Diego, grzaniu sie na plazy i jedzeniu lodow,
    obserwacji surferow i tak dalej...fajnie bylo na chwile sie oderwac od mroznej
    rzeczywistosci, a wszystko w celach naukowcych ;) rzecz jasna...


    --
    Wino jest najszlachetniejsze wśród napojów, najsmaczniejsze wśród lekarstw i
    najprzyjemniejsze wśród pokarmów.
  • sofanes 08.02.06, 17:14
    Ech...to co prawda nijak sie ma do Jankeskich, a moze troche, ale coz...
    Nie chce mi sie nawet komentowac; bo i po co ?
    Rzad, zdaje sie, niezbyt chetny do dyskusji nad sensem swoich poczynan, i
    raczej sofanesa ani kubka, ani nikogo innego rad czy pouczen sluchac
    niesklonny; zreszta jak juz GW wypisuje kretynizmy w rodzaju "szczurow
    chorujacych na bezplodnosc", to tylko mozna miec swiadomosc pewnej porazki w
    walce o to, by rozmawiac sensownie, o to, by kierowac sie sensem argumentow, a
    nie glosnoscia wyrazania swoich pogladow.
    Jestesmy najmniej innowacyjnym krajem w Europie i wyglada na to, ze nie bez
    przyczyny, ale nie ma sie co obrazac na rzeczywistosc - niech tam sobie rzad
    uchwala, co mu glowy przyjdzie, faszyzm nam chyba nie grozi, najwyzej
    zasciankowosc (i nie chodzi mi tu tylko o GMO), a w koncu to nic zlego, gorsze
    rzeczy sie Polsce w historii trafialy, a i gorsze rzady.
    Najmniej odporni na populistyczne zagrania czy wrecz cynizm polityczny wyjada
    sobie za granice, co za problem dzisiaj; inni udadza sie na emigracje
    wewnetrzna i bardziej o rodzine dbac beda, niz sprawy publiczne, i chyba
    dobrze...?
    Coraz wiecej ludzi studiuje, wyksztalecenie spoleczenstwa rosnie, jak nic za 50
    lat bedziemy dojrzalym, obywatelskim spolecznestwem.
    Nie mamy Hi-Tech, absolwenci nowoczesnych kierunkow wyjezdzaja sobie za
    granice, ale tak naprawde, co za problem...? To chyba lepiej, nizby mieli
    zasilac bezrobocie w Polsce, nie ?
    A kraj sobie swietnie radzi bez nich, 5% wzrost PKB, zadna katastrofa nie
    grozi, wszystko jest ok, tak naprawde.
    Obejdziemy sie bez GMO, bez atomowych elektrowni i innych pierdol. Tak jest, z
    sensem lub nie, ale bez tego Polska sie nie zawali.
    Nie musimy wcale "gonic" UE ani USA, bezrobotni dorobia sobie w Anglii czy
    Szwecji i wcale nie musza tam zmywac garow, moga pracowac w zawodzie.
    Czy to nie jest patriotyzm, wyjechac z kraju i tym samym zmniejszyc
    bezrobocie...?

    Podsumowujac - o kant potluc przejmowanie sie "losem kraju" - mamy demokracje,
    wiekszosc wybrala, rzad rzadzi i realizuje postulaty wiekszosci, duza czesc nie
    wybrala, niech wiec nie krytykuje, autostrady powstaja, choc wolno, studentow
    na uczelniach coraz wiecej, bezrobocie spada - trzeba to zaraz byc
    malkontentem...?
    Praca organiczna ? A co, polskosci cos zagraza ? Zabory ? Rzeklbym,
    ze "polskosc" ma sie coraz i coraz lepiej, a co ja sie bede denerwowal i
    madrzyl na zapas, zeby mnie pewnego dnia jakis prawdziwszy patriota laga po
    grzbiecie nauczyl, ze taka jest nagroda za liberalnej zgnilizny sianie...?
    Rzad locuta, causa finita.

    A mnie sie marzy wycieczka rowerowa Os. Prusa - Podkowa Lesna, a nie zbawianie
    swiata; moze troche to gorzko brzmi, czy cynicznie, ale mam katar (wiem, ja
    ciagle o tym katarze, ale okropny on jest), i "lekarz mi zabronil sie
    denerwowac".
    Ech.




    --
    Wino jest najszlachetniejsze wśród napojów, najsmaczniejsze wśród lekarstw i
    najprzyjemniejsze wśród pokarmów.
  • stary_pawian 08.02.06, 17:32
    cat_s napisał:

    >
    > Jedna rzecz w tym kocie jest dla mnie niejasna...
    > Owóż, mądrzy ludzie napisali, że kot amerykański charakteryzuje się 'nosem z
    ni
    > eznacznym stopem'...
    > Na miłość boską... a co to jest ów 'stop'? Ze zdjęcia miarkuję, że chodzić
    może
    > o jakieś przebarwienie sierści ale powiem szczerze, że pierwszy raz z tym
    poję
    > ciem się spotykam... a może chodzi o jakiś 'amerykański' kształt nosa? ;-)
    >
    > Pozdrawiam
    > cat_s

    Może ten kot ma "stop" nie na tym końcu ciała :)
  • cat_s 16.02.06, 01:10
    ... ale coś by było trzeba - Sofanesie - w jankeskich czasami napisać! ;-)

    Otrzymujesz zatem nieformalne upomnienie za brak aktywności forumowej.
    Ale ponieważ katar, jak wiadomo, paskudną przypadłością jest - tym razem Cię podratuję...
    Zresztą, szczerze mówiąc, żadne to ratowanie; ciekawym Twojej opinii o poniższym (i ewentualnych jankeskich ploteczek na ten temat?)

    A oto news:
    wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3166309.html

    * qub, AP 15-02-2006, ostatnia aktualizacja 16-02-2006 00:29

    Firma CityWatcher.com jako pierwsza w USA zaczęła wszczepiać swoim pracownikom czipy, które służą jako identyfikatory zezwalające na dostęp do zastrzeżonych pomieszczeń. Do tej pory takie urządzenia wszczepiano psom i pracownikom prokuratury w Meksyku

    Elektroniczne identyfikatory, które wykorzystują fale radiowe (RFID), stosuje się coraz szerzej na świecie, aby ochronić towary przez kradzieżą. Bywają zakładane lub wszczepiane domowym zwierzętom. Ludziom po raz pierwszy oficjalnie wszczepiono je w 2004 r.

    Wtedy elektroniczne implanty dostali pracownicy prokuratury generalnej w Meksyku dopuszczeni do pracy w pomieszczeniach z materiałami z tajnych śledztw. Prokurator bez implantu po prostu nie mógł wejść do zastrzeżonych pomieszczeń. Teraz takie urządzenia testuje kilku pracowników niewielkiej firmy CityWatcher.com.To pierwszy taki przypadek w USA.

    CityWatcher ma kontrakty z sześcioma dużymi miastami w USA na obsługę kamer monitorujących obszary szczególnego zagrożenia przestępczością. Dostęp do pomieszczeń, w których firma przechowuje dla policji zapisy z kamer, mają tylko pracownicy z wszczepionymi RFID.

    Szef CityWatcher.com Sean Dark twierdzi, że czipy wszczepiano pracownikom, którzy dobrowolnie się na to zgodzili (Dark też ma czipa).

    Obecne wersje czipów są wielkości ziarnka ryżu, ale trwają prace nad coraz mniejszymi urządzeniami. Skonstruowany niedawno przez japoński koncern Hitachi RFID - na razie przeznaczony do ochrony towarów - ma kształt kwadratu o bokach długości zaledwie 0,15 mm.

    Pozdrawiam
    cat_s

    P.S.
    Króliki też czipują... psy i koty pewnie poszły na pierwszy ogień?
    Ot, Ameryka...;-)
    --
    "There is nothing such as free lunch"
  • sofanes 16.02.06, 04:11
    No musze powiedziec, ze te informacje sa jak zwykle kosmiczne - skad te nasze
    serwisy je biora...?! Coz, mnie na razie nikt czepia nie chce wszczepiac, Lola
    na propozycje zas tylko nosem z wzgarda poruszala. Co do tego, ze dawno nic nie
    napisalem, to prawda, i wymowki juz mi sie koncza...ale naprawde, naprawde jak
    przyjdzie czasem nawal pracy to ani skupic sie nie mozna...ale napisze,
    napisze...kiedys...



    --
    Wino jest najszlachetniejsze wśród napojów, najsmaczniejsze wśród lekarstw i
    najprzyjemniejsze wśród pokarmów.
  • sofanes 22.02.06, 04:15
    No dobrze...z pewnym opoznieniem, ale podziele sie swoimi wrazeniami z San
    Diego...
    Nie powiem, zimowo-styczniowy termin konferencji nie byl zlym pomyslem – ktoz
    nie chcialby wyskoczyc na kilka dni do Kalifornii w styczniu...? Szczegolnie,
    gdy sledzac pogodowe doniesienia z kraju ojczystego mozna bylo zmarznac od
    samego czytania...
    Lot chwile trwal, ale nie byl baaardzo nudny – przez okna mozna bylo obserwowac
    naprwde ciekawe widoki, szczegolnie podczasc przelotu nad Gorami Skalistymi.
    Port lotniczy San Diego nie przytlacza ogromem, i w ogole praktycznie od chwili
    wyjscia z samolotu ma sie przyjemne wraznie (choc zludne), ze przyjechalo sie
    do malego kurortu. Palmy, slonce i przyzwoita temperatura kolo 15 stopni
    komfortowo oddzialywuja na psychike, szczegolnie w styczniu.
    Pierwsza rzecz, ktora mnie zaskoczyla w San Diego – to naprawde przyzwoity
    transport publiczny. Tramwaje i autobusy w cenach umiarkowanych, duzo automatow
    z biletami, no rzeklbym – Europa, nie USA.
    Jak ktos chce, to jeden z tramwajow jezdzi do granicy, do Tijuany – mozna wiec
    spokojnie skoczyc sobie na tequile albo nachosy na meksykanska strone.
    Konferencja na szczescie nie pochlaniala naszego czasu od rana do nocy,
    wszelkie wolne chwile wykorzystywalismy wiec na zwiedzanie.
    Ciekawe jest stare miasto – nazwa, ktora na mysl natychmiast przywodzi
    kamieniczki Krakowa, Pragi czy Monachium – ale rzecz jasna w niczym tamtych
    starych miast nie przypomina, bo stare miasto w San Diego – to po prostu stary
    fort z czasow Dzikiego Zachodu.
    Zbudowany na planie kwadratu, z klasyczna amerykanska zaradnoscia laczy budynki
    czesciowo zabytkowe z tymi, ktore zabytki imituja; w kazdym zas umiejscowiony
    jest sklep (czesto stylizowany na taki z poczatku wieku), albo mini-muzeum.
    Oprocz starego miasta – fortu postanowilismy rozejrzec sie takze po centrum
    bardziej wspolczesnym, ktore w San Diego znajduje sie blisko portu.
    Dzielnica gazowych latarni byla dosyc interesujaca, ale bez przesady. W
    meksykanskiej knajpce wypilismy sobie zas po Margericie – trzeba bylo ducha
    Kalifornii poczuc tez od srodka, prawda...?
    Port i deptak to chyba najciekawsze i najprzyjemniejsze miejsce w miescie.
    Duzo milych knajpek i altanek, w ktorych zawsze cos sie dzieje (nawet w
    styczniu! Ech, ten klimat...)np. graja zespoly bluesowe czy rockowe. Caly
    kompleks nadbrzezny i deptak sa raczej malo-amerykanskie w stylu, co jest
    komplementem.
    San Diego, o czym nie wspomnialem wczesniej, jest jednym z wazniejszych portow
    wojskowych USA.
    W sume nie ma sie co dziwic; stamtad najblizej w kierunku, hmm, ze uzyje
    terminologii strategiczno-operacyjnej – teatru operacji w regionie Pacyfiku...
    Dla fanow wojskowosci wizyta wskazana; przy nabrzezu stoi cos na ksztalt
    przycumowanego muzeum – mozna sobie pozwiedzac np. lotniskowiec czy sowiecka
    lodz podwodna, niestety, klasyczna, nie atomowa.
    Jednoczesnie mozna sobie, kawalek dalej, popatrzec na prawdziwy lotniskowiec -
    wieeeelki jak gora. Ciekawe, kiedy nasza MW sie dorobi lotniskowca...
    Zblizyc sie juz nie mozna, nawet od strony morskiej wszedzie plywaja takie boje-
    bariery.
    Strachliwi jacys...
    Oprocz wojskowych jednostek stoja tez inne; np. Star of India – dzielna, acz
    nieco pechowa staruszka; link w skrocie opisujace jej historie:
    www.beachcalifornia.com/starof.html***
    Ostatniego dnia konferencji zdecydowalismy sie skorzystac z okazji, ktora moze
    sie juz nie powtorzyc, a mozliwa jest wlasnie tylko w miesiacach zimowych.
    Poplynelismy mianowicie na ogladanie wielorybow.
    Wieloryby, jak wiadomo, to straszliwe bestie i w ogole – nie jakies tam byle-
    co...
    Jonasz Kofta pisal np.:

    Wieloryb był wielki
    I gębę miał wielką
    Co żarła, parskała i pluła
    Ku chwale bebechów
    Ryczała piosenki
    Na resztę zaś była totalnie nieczuła

    Póki wieloryb nie zeżarł Jonasza
    Był wesolutki i pewny siebie
    A teraz wszystko go przestrasza
    Bo co ma w środku, nie wie. Nie wie.

    Bo skąd mógł przewidzieć
    Że zagryzł prorokiem?
    (...)

    i tak dalej...poza tym, kazde dziecko slyszalo inny wierszyk, Brzechwy dla
    odmiany:

    Moje dziecko, dobrze wiesz chyba,
    Że wieloryb - choć to nie ryba -
    Śpi w oceanie,
    Je w oceanie,
    Więc złóż mu za to podziękowanie.
    Bo niech no wieloryb na ląd się wygrzebie,
    To wtedy zabraknie miejsca dla ciebie!

    Amerykanie pakowali sie na statek natomiast bez zadnych obaw, zbrojni w aparaty
    fotograficzne i inne takie. Ech, no dobra, to byla glownie zgraja emerytow.
    Nijak na potomkow kapitana Ahaba nie wygladali, co nieco burzylo moje proby
    wczucia sie w nastroj czy podspiewywanie pod nosem „i dla wieloryba
    juz...ooooostaaaatni to czaaaaaaas...bo smialy sofanes.....uderza....uderza...w
    gaz! – zakonczyla moja Najuczensza zona, ktora w tym czasie odkryla, ze wsrod
    harpunow i beczek na tran zostal ulokowany maly barek.
    No dobra, najlepiej poluje sie na wieloryby na Mazurach, w Lady Mary albo Pod
    Zlamanym Pagajem...
    W istocie, wycieczka byla powolna, zas wieloryby malo sklonne do wspolpracy;
    najfajniesze bylo jednak samo poczucie, ze mozna dojrzec fontanne pary (ja
    wiem, moze 1-1,5 metrowa) i charakterystyczny ogon, ktory ukazuje sie na moment
    przed tym, zanim bestia zanurkuje na jakies dwie-piec minut. Emeryci marudzili
    okropnie, spodziewajac sie chyba emocji jak na polowaniu na Moby Dicka, ale
    mnie sie podobalo bardzo, zonie tez. Fajnie bylo, nawet nieco Monthy-
    Ptyhonowsko, kiedy ktorys z emerytow dojrzal fontanne i trzesacym sie glosem
    (pewnie troche z emocji), zgodnie z tradycja krzyczal „there she blows!”.
    Po drodze widzilismy jeszcze delfiny i kalifornijskie lwy morskie, ktore
    upoddobaly sobie lezenie na wszystkim, co wystaje w okolicy portu San Diego.
    Smiesznie to wyglada, bojki oznaczajace tor wodny pomalowane na zielono i
    wielkie brazowe wory tluszczu spoczywajace na kazdym plaskim fragmencie
    wspomnianych bojek.
    Jak one tam sa w stanie sie wgramolic – do lustra wody to pewnie jest jakis
    metr – chyba tylko one wiedza...
    Coz, fajnie bylo...jesli uda mi sie pojechac za rok, nowe wrazenie przekaze ;-)
  • sofanes 22.02.06, 04:18
    Link do historii Star of India zadziala, jak sie usunie gwiazdki z paska
    adresowego...


    --
    Wino jest najszlachetniejsze wśród napojów, najsmaczniejsze wśród lekarstw i
    najprzyjemniejsze wśród pokarmów.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka