pracuję na cały etat, mam dosyć wymagające stanowisko pracy. Do tego dwoje dzieci w wieku szkolno-przedszkolnym. W pracy super zorganizowana, bo inaczej nie idzie, a w domu sajgon... z językiem na brodzie biegam, odprowadzam dzieci (żeby nie było mąż też biega - on odbiera dzieci), w tygodniu nie ma obiadu, bo nikt go nie ugotuje, ja żywię się jakimiś fast foodami, muszę się wziać za odchudzanie, ale chyba brak mi motywacji, chociaż już w większość ubrań się nie mieszczę... nieposprzątane, młody nie lubi chodzić do przedszkola, rano czasem serce mi się kraje jak go tam zostawiam. mąż jakoś przechodzi nad tym wszystkim do porządku dziennego, tak go to nie rusza. ja przeżywam, nie tak powinien wyglądać dom, dziecko wracajace do domu (8 lat) nie powinno samo w nim siedzieć do wieczora, ąz wrócą rodzice z drugim dzieckiem. piszę nie powinno, bo ja pamiętam własne dzieciństwo, gdy wracałam do domu, a tam zawsze czekała mama z obiadem, z którą mogłam porozmawiać, pobawić się... Ale wiem też, że za to że moja mama siedziała z nami w domu, teraz ma najniższą z możliwych emeryturę (dobrze, że w ogóle ma). Biję się z myślami, co robić, bo takie wychowywanie dzieci, to żadne wychowywanie. Rodzina weekendowa. Niestety na pomoc ze strony dziadków nie mogę liczyć, bo mieszkamy daleko od naszych rodzinnych domów.