Dodaj do ulubionych

Ojej, co tu wybrac 2012 - 6 (vol. 23)

  • 30.08.12, 13:01
    Dziś o 21.50 w Kulturze. Brytyjska komedia z 1987 roku.
    Ten tytuł przewija się na różnych listach najlepszych filmów brytyjskich ostatnich lat, więc chyba warto obejrzeć.
  • 30.08.12, 13:43
    nie znam.
    może uda mi się poznać :]

    Kocham Kino powtarza "Plac Zbawiciela" [21:50] mocne, dobre, ale
    ktory już raz, czy to w KUlturze, czy w Dwójce, czy w Jedynce.
    Jak tak dalej pójdzie, to niedługo będzie nawet w TVN.

    a ja się wczoraj zasadziłem na "Prestiż" Nolana.
    i pech chciał, szlag trafił ostatnie 20 minut...
    weszły reklamy, ja przymknąłem oko i otworzyłem je na napisy końcowe.

    Czy wiesz może, Siostro, wiecie - Czcigodne, jak to się kończy ?

    [kiedyś było, oglądałem, nawet pisaliśmy tutaj a'propos, ale nie
    pamiętam zakończenia]

    [poza tym "szczególem" - same dobre wrażenia, może jutro spróbuję
    coś więcej nadziobać; chyba za pierwszym razem feblika nie czułem do
    tej historyji i calej reszty, ale może jednak każdy film trzeba minimum
    3 razy obejrzeć, i to w odpowiednich czasowych odstępach, żeby wyrobić
    sobie ostateczną opinię ?..]

    pamiętam o "KLubie szczęścia", Barbasiu i Maniu :]



  • 30.08.12, 13:58
    Robiłam kiedyś podejście do "Prestiżu", ale obejrzałam tylko kawałek, bo jakoś mnie nie wciągnął. Jest często powtarzany, ale już się zniechęciłam.
    To faktycznie pech zasnąć na końcówce filmu :)
  • 30.08.12, 19:58
    Siostro, potrafisz przywrócić wiarę w człowieka;) Zainstalowałam się wczoraj na "Prestiżu", lecz pomimo obiecującego początku, niepomna archiwalnych, ojejkowych ochów, achów poległam i odpuściłam. Miałam kłopoty z rozróżnianiem bohaterów, nie wspominając sobowtórów oraz za nic nie mogłam się połapać w sztuczkach iluzjonistycznych.
  • 30.08.12, 20:04
    Cieszę się :)
  • 30.08.12, 21:12
    Ojjj, Pepsic, Siostro.bronte - bede kiwac paluszkiem, oj, oj
    Prosze nastepna raza koniecznie zasiasc wygodnie w fotelach, nie rozpraszac sie, nie gadac z nikim, tylko ogladac, to wszystko zalapiecie ;) A film jest wart zachodu, oj wart!
    --
    Maniaczytania - blog
  • 30.08.12, 23:42
    Grzecznie oglądałam :) Ale początek był tak nudny, że nie zdzierżyłam :)
  • 31.08.12, 13:52
    owe sztuczki, to naprawdę kawałek dobrego kina. nie są nieodrzeczne, jak w
    "Iluzjoniście", gdzie można doszukiwać się pierwiastka metafizycznego w tych
    wszystkich bajerach, które wstawia tytułowy bohater. W "Prestiżu" jest rzecz
    cała od kulis. Istota scenicznej magii, czyli kłamstwo, i pragnienie widowni,by
    dać się oszukać. Wiadomo, ze człowiek na scenie wstawia jakiś kit, trik, nazywa
    to "zdarzeniem nadprzyrodzonym", a oglądacze chcą w to uwierzyć. Wszystko
    zaś jest popisem zręczności albo pomysłowości. Niby wiadomo, prawdaż ? Ale
    rzadko się to ogląda na ekranie, od kulis.

    Rywalizacja tej dwójki magików też jest ciekawa, bo zderzają się rózne motywacje,
    różne charaktery i różne spojrzenia na sztukę sceniczną - jeden dyszy żądzą
    zemsty i pogrązenia przeciwnika, drugi chce zdobyć miejsce w historii, a obaj
    chcą po prostu zasunąć taki trik, którego ten drugi nie przebije. Jest taka scena,
    kiedy Borden mówi do małego chłopca "nie możesz nikomu zdradzić, jak robisz
    swoją sztuczkę, bo przestanie być ona ciekawa". Tajemnica, zatem. Największa
    klęska to zostać z niej ograbionym, tak jak Angier, kiedy Borden torpeduje mu
    numer z przemieszczaniem się między drzwiami - w wyniku tego właściwy Angier
    łamie nogę, a jego sobowtór zostaje związany i zwisa nad sceną, jako dowód...
    oszustwa ? No własnie. Nie - oszustwa. Czegoś gorszego - obnażenia magika z
    tajemnicy. Bo wszyscy wiedzą, że on oszukuje, ale dopóki nikt nie wie - jak,
    dopóty jest to magia :]

    w sumie, napisać taki scenariusz nie jest łatwo. te wszystkie numery sceniczne są
    naprawdę świetne, chociaż... może podebrane z jakichś podręczników, których niemało
    już wyprodukowano.

    Copperfield od/powiedział kiedyś, na pytanie "co będzie jak ludzie odkjryją w jaki sposób
    robisz swoje triki ?" - "nic się nie stanie, każdy z nich mogę zrobić na sto innych sposobów" :]

    tutaj numery są takiego rodzaju, ze nie da się ich zrobić inaczej, może więc nieco
    sobie pan scenarzysta & reżyser ułatwił zadanie, jakkolwiek - akcja ze zgniataniem klatki
    z ptaszyskiem w środku, w taki sposób, że ono wychodzi bez szwanku, dzięki całej
    pomysłowej aparaturze noszonej przez magika pod surdutem - świetne. Taki nurek
    w didaskalia zawodu.

    Dzisaj to prościej idzie. Copperfield znika autobus albo pociąg, ale robi to w telewizji,
    a towarzyszy mu grono wtajemniczonych ludzi :] Kiedyś pokazali serial odsłaniający
    sposoby wykonywania wielu iluzji. Tyle, ze wiedzieć jak to jedno, a umieć to sprzedać tak, żeby wyszło płynnie, bez wpadki i z gracją - oto miara sztuki w tym fachu. I imo "Prestiż"
    o tym także traktuje.

    "Jak on to robi ?", zastanawiają się Angier i jego starszy przyjaciel. Jakie oczywiste, ale jak to brzmi : profesjonalnie. Widzi w pierwszej chwili może poczuć magię, przez sekunde uwierzyć, ze to była rzecz nadprzyrodzona, ale nie inni magik - on nie ma na to szans, on nie czuje magii, którą sam stwarza. Tylko widz ma taką możność. Magikowi zostaje satysfakcja, kiedy mu klaszczą. Dlatego Angier źle znosi to, ze w jego numuerze z przechodzeniem z drzwi do drzwi na scenie zostaje sobowtór, a nie on. To nie on widzi wiwatującą widownię. A zatem, jest pozbawiony całej nagrody za swój trud. Kto jest bardziej uprzywilejowany : magik, który daje iluzję, ale jej nie czuje, czy widz, który jest tylko konsumentem, ale przez sekundę, dwie może naprawdę poczuć, jakby był świadkiem cudu ? :]

    Dorzuciłbym jeszcze świetną stylizację wnętrz, tych wszystich pracowni, warsztatów, w
    których obaj bohaterowie produkują swoje maszyny.

    Intryga jest interesująca, jak zwykle ofiarami męskiej rywalizacji padają kobiety.
    Najpierw żona Angiera, potem asystentka jego, którą gra Scarlett, przez samego
    Angiera traktowana jako środek do celu, a przez Bordena, jako okazja do
    ośmieszenia zapędów przeciwnika. w sumie, obaj się nią bawią, a jej się wydaje, że
    gra ważną rolę w tej rozgrywce. Tymczasem, nawet kiedy kradnie notatnik
    Bordena i przekazuje go Angierowi, to okazuje się, ze było to możliwe tylko dzięki
    temu, ze Borden sobie tego życzył, aby zdezorientować przeciwnika i go
    wystawić do wiatru. Potem sytuacja się odwraca i tym razem Borden dostaje
    do rąk dziennik Angiera, na końcu którego jest kpiący tekst do niego skierowany, a
    całość nie ma żadnej wartości, jest od początku do końca kłamstwem i zgrywą.

    Nie pamiętam, albo nie zarejestrowałem, co stało się z żoną Bordena, ale skoro
    został zamknięty, a córka odebrana i adpotowana przez Angiera, to znaczy,że
    i ona w tym mętliku rywalizacji się nie ostała.

    "Obsesja jest domeną młodych", tak mówi przyjaciel Angiera. Tutaj obsesja bycia lepszym,
    nie tylko za pomocą wymyślania trudniejszych trików, ale i demaskowania przeciwnika -
    zupełnie wymyka się spod kontroli. Obaj bohaterowie są niż zupełnie omotani. Z róznych
    powodów.

    W sumie, to jest zabawny film ;]

    Brak mi tego zakończenia, bo domyślam się, że Borden również miał sobowtóra, tylko
    dobrze ucharakteryzowanego, i to pewnie chodzi o tego skrytego facia w kapeluszu na oczach i
    srebrzystą brodą i wąsami plus w okularach ? :] Nie wiem, też czy to prawdziwy Angier
    odbierał Bordenowi córkę, czy raczej sobowtór, bo w końcxu Borden został skazany na więzienie i chyba karę śmierci za zabicie Angiera - tylko czy zabił właściwego czy sobowtóra ? To mi jakoś nie pozwala w pełni złożyć całej intrygi, heh.

    Ale poza tym, same pozytywy. I jakoś tak bardziej mniej wciągnął niż kiedyś. Wtedy motyw sobowtórów wydał mi się naciągany do oporu, a nawet poza pewnymi granicami. Teraz jednak jakoś zupełnie nie mam nic przeciwko ;]

  • 31.08.12, 17:29
    Żona Bordena Sarah powiesiła się. Zdrada Bordena, romans z Olivią ostatecznie ją dobił.


    :)
  • 31.08.12, 19:33
    Scenariusz "Prestiżu" powstał na podstawie powieści angielskiego pisarza SF Christophera Priesta. Powieść, o tym samym tytule co film, w 1996 roku otrzymała jedną z najważniejszych nagród dla twórczości fantastycznej - World Fantasy Award.

    Czuć, że scenariusz ma literacki rodowód.

    Co nieco na temat książki tu:
    www.gram.pl/art_8gvqG,1_Christopher_Priest_Prestiz_recenzja.html
  • 01.09.12, 13:38
    dzięki za informację, Barbasiu, tę wisielczynię też przegapiłem, ech...

    Kruca, powieśc musi być świetna.
    ach, i znalazłem kanał na którym będzie w niedzielę Prestiż.
    Czeski, Nova Cinema, leciec będzie pod tytułem "Dokonaly trik", wczoraj
    widziałem zwiastun, ogllądając "Białego Oleandra".
    spadł jak z nieba ;']
  • 01.09.12, 15:10
    :)

    > Kruca, powieść musi być świetna.
    Właśnie, właśnie, to samo sobie myślę.

    To znakomicie! Świetnie! :)

    A ja zajrzałam na stronę rottentomatoes, a tam sporo top krytyków wprawił w zakłopotanie a nawet irytację finał filmu, nagły skręt Nolana w stronę science fiction (Nolan idzie za powieścią Priesta) i owe klony, które powstają dzięki niezwykłej maszynie Tesli.

    Przyznam, że i ja nie wiem, co o tym myśleć.
    Ciekawam ogromnie Twej opinii, Greku.

    :)
  • 30.08.12, 16:18
    Oglądałam kiedyś "Prestiż" , ale nie potrafię Ci pomóc, po prostu nie pamiętam szczegółów , a zwłaszcza zakończenia , które było, jak pamiętam wyjątkowo zawikłane.

    Pamiętam tylko tyle, że w końcówce pojawia się motyw sklonowanego bohatera.
    (Musze porzebać w wyszukiwrace i znaleźć ten stary wątek, moze coś wiecej tam będzie napisane)

    > ale może jednak każdy film trzeba minimum
    > 3 razy obejrzeć, i to w odpowiednich czasowych odstępach, żeby wyrobić
    > sobie ostateczną opinię ?..]

    Stanowczo podzielam tę opinię!


    > pamiętam o "KLubie szczęścia", Barbasiu i Maniu :]
    Dzięki, dzięki, Greku, w takim razie nie przypominam! Czekam na opowieść w dogodnym czasie. :)
  • 31.08.12, 13:54
    może powórzą ten film niebawem, moze tym raZem w TVN głównym :]

    napiszę na pewno, niebawem.
  • 31.08.12, 16:29
    Na pewno. Często w ramówce "Prestiż" się pojawia.

    OK.
    Widziałam. Połowę, może więcej niż połowę, do historii z mężem młodej, który choć zarabiał kilka razy więcej, to wszelkie wydatki (nawet lody, które tylko on jadł) dzielił z żoną "sprawiedliwie" po połowie.

    :)

    :)
  • 30.08.12, 19:35
    Niewątpliwie tak, ale czy to komedia? Mam wątpliwości, jeśli to niekonwencjonalna nawet jak na standardy brytyjskie. Ja w każdym razie nie turlałam się ze śmiechu z tej w jakimś stopniu dołującej historii.
  • 30.08.12, 20:02
    O, znasz ten film?
    Tak to już jest z komediami, nie zawsze trafiają w poczucie humoru widza.
  • 30.08.12, 20:12
    Trochę strzelam na oślep. Zapamiętałam bardziej, jako dramat z elementami groteski.

    Tak, oprócz tego ważna jest tez odpowiednia chwila i nastrój.

    Za chwilę w Ale kino dobry film się szykuje w ramach "Kino mówi" pt. "Srebrne urwisko", o dojrzałej kobiecie, która spotyka miłość po latach.i to nie byle gdzie, bo w Rio de Janeiro. Brzmi ponętnie, czyż nie?
  • 30.08.12, 23:58
    Właśnie obejrzałam. Kapitalna komedia. Dawno się tak nie ubawiłam :)) Chociaż zakończenie rzeczywiście bardzo smutne.
  • 31.08.12, 16:25
    siostra.bronte napisała:

    > Właśnie obejrzałam. Kapitalna komedia. Dawno się tak nie ubawiłam :)) Chociaż z
    > akończenie rzeczywiście bardzo smutne.

    Liczę zatem TVPKultura zechce ten film powtórzyć.
    Ja na "Klub szczęścia" się zainstalowałam, połowę obejrzałam. :)
  • 31.08.12, 16:58
    forum.gazeta.pl/forum/w,14,138213699,138567133,Re_Zakochani_w_Rzymie_kilka_slow_o.html
    :)
  • 01.09.12, 18:53
    Ja tez nie mogłam sobie odmówić przyjemności. Okazuje sie, że film smakuje i bawi za każdym razem, i aż tak bardzo nie dołuje, jak zapamiętałam. Boski soundtrack ( Hendrix, the Beatles) i stare chevrolety (czy co to było). Cos mi się wydaje, ze dla angielskiego widza to film kultowy.
    :)
  • 31.08.12, 17:51
    kilka fajnych propozycji!

    na jedynce - 20.20 - moj ulubiony, obejrzany milion piecset sto dziewiecser razy "Pearl Harbor" - i pewnie sobie przyjemnosci tej nie odmowie raz kolejny ;)

    na Polsacie o 20.05 tez wojennie, ale o innej wojnie, i tez bardzo dobry i lzy wyciskajacy - "Bylismy zolnierzami" z Melem Gibsonem

    na TVN7 - Greku - jest! powtorka filmu, ktory Ci kiedys zachwalam - z gatunku "szulerskich" - "Pokerowy blef" godz. 21.10, a po nim "Infiltracja" o 23.40, ktora jednakze bedzie puszczona w prajmtajmie w niedziele ok. 20.00.

    --
    Maniaczytania - blog
  • 01.09.12, 13:35
    o, dzięki, Maniu, za zwrócenie uwagi.

    mnie się wczoraj przydarzyła powtórka "Zmruż oczy".
    znakomity film.
    zrobiony z Momentów, Epizodów, świetnych malarskich zdjęć,
    klimatu, ludzkich osobowości, dialogów, niezwykłości i prozaiczności
    wymieszanych wytrawna ręką.

    I to przesłanie : nic nie przemija, a tylko się oddala w czasie.
    Musi jakaś filozoficzna myśl, tylko ciekawe : skąd zaczerpnięta ?
    Niby prosta, a taka odkrywcza :]
  • 01.09.12, 21:14
    > I to przesłanie : nic nie przemija, a tylko się oddala w czasie.

    Dobre. Świetne. :)

    A mnie się trafiła premiera,
    choć nie był to wcale nowy film.

    „Psy 2. Ostatnią krew” (rocznik 1994) obejrzałam sobie wczoraj.
    Po raz pierwszy.
    Ale lepiej późno niż wcale, prawda? :)

    Nie wiedziałam, że to taki zabawny film. :)
    Uśmiałam się setnie.

    W finale ściągniętym żywcem z amerykańskich produkcji, widok niezapomniany, Franc Maurer w kusej kolorowej pelerynce i kapeluszu wieśniaka meksykańskiego na tle wzburzonych wód zatoki Meksykańskiej, która czegoś przypomina nadbałtyckie krajobrazy. "Jestem w raju" - każe scenarzysta Maurerowi radośnie oznajmić przez telefon siedzącemu w przaśnej Polsce początku lat 90. Morawcowi z obciętym kciukiem.
    A w tle jeszcze kobieta w długiej po kostki sukience (ujarzmiona i udomowiona ?) oraz koń ... ;))

    cdn.


    Do zobaczenia w poniedziałek . Jutro będę żegnać lato! ;)


    Wspaniały Chet Baker - "Every Time We Say Goodbye"

    www.youtube.com/watch?v=vP02sgYrHsw&feature=related
    :)


  • 02.09.12, 13:16
    no to teraz jak nic musisz obejrzeć "Psy"-oryginał :]

    Pazura rzeczywiście zapewnia trochę zabawy, rozładowuje przerysowany machoidalny
    charakter postaci granej przez Żmijewskiego [Wolfa].

    Mnie się podoba jedna scena, w restauracji : niby luks i połysk, stylizacja na
    jakieś wnętrze post-zamkowe, przygrywa biesiadnikom grupa skrzypaczek,
    a Wolf od stołu do kelnera, na cały głos : panie, pół litra i ogórki ! :]

    zatem, żegnaj lato na rok ;]
    ale ale, czy to nie za wcześnie, lato nawet do października lubi się zasiedzieć ? :]
    w każdym razie : udanej niedzieli, Barbasiu, jak tam kogo przejedziesz rowerem, to
    się nie przejmuj, w końcu raz do roku lato się żegna, heh.

    świetny Baker. swoją drogą, ciekawa postać, trochę tzw. kaskader życiowy.
  • 03.09.12, 23:37
    U nas koniec lata zwiastuje nieodwołalnie odpust (z rozpustą połączony - czyli plackiem ze śliwkami własnego wypieku (najlepiej wszytskim smakuje) oraz zakupionymi pierniczkami, makaronami, kokosankami, zawsze ze stoiska z B-a ;).

    > w każdym razie : udanej niedzieli, Barbasiu, jak tam kogo przejedziesz rowerem,
    > to się nie przejmuj, w końcu raz do roku lato się żegna, heh.

    He,he,he. :)))
    A wiesz, omal bym nie przejechała, bo późno się wybrałam, w lesie ciemno się zrobiło w drodze powrotnej, a na dodatek ja bez lampki przedniej, tylko tylna na czerwono migotała. :) Na szczęście w porę wypatrzyłam człowieka na dróżce, w oddali z zmroku wyłoniła się sylwetka mężczyzny, z teczką czy torbą w ręku szedł powoli!? Zdała mi się nieco dziwna ta postać tam w lesie. Wszelkie rekordy prędkości jazdy pobiłam. :))

    > świetny Baker. swoją drogą, ciekawa postać, trochę tzw. kaskader życiowy.

    Dobre określenie.
    Jak wielu w jego środwisku uzależnił się od narkotyków. I nigdy już nie zdołał wyjść z tego uzależnienia. Miał zaledwie 49 lat, jak zginął w tragicznych okolicznościach, wypadając z okna hotelowego w Amsterdamie.

    Jesienny Chet - :)
    " Autumn Leaves " Chet Baker - Paul Desmond
    www.youtube.com/watch?v=Gsz3mrnIBd0&feature=related

    Zapowiadają, że wrzesień i październik ma być ładny i ciepły. Bardzo mnie to cieszy. Jest nadzieja, że jeszcze wiele wypraw do lasu przede mną.


    :)
  • 04.09.12, 13:58
    hoho, na takie frykasy to trzeba dodatkową wątrobę mieć na podorędziu ;]
    żartuję...
    same smakołyki.
    no i nie ma to jak ryba własnoręcznie złowiona, prawda ? tylko taka dobrze
    smakuje :]

    haha, w takich okolicznościach można rozpędzić do uniesienia się nad ziemię :]

    a serio, kiedyś słyszałem story o facecie, który nocą przechodził obok cmentarza.
    na krzyżu nad jednym z grobów powieszony był wieniec z jakiegoś metalu czy
    czegoś takiego. Wiał wiatr. I ten wieniec kołysał się wydając zgrzyty nieprzyjemne.
    Facet tak się przeraził, że... zszedł na zawał. Chodzą po ludziach rózne historyje...

    inna opowieść. tę słyszalem od ojca kiedyś.
    Założyli się weseli pijaczkowie o pół litra, że jeden z nich pójdzie o dwunastej
    w nocy na cmentarz. Za dnia zostawili tam jakiś charakterystyczny wazon czy
    coś takiego, no i on miał pójść punkt dwunasta i go przynieść.
    Jest północ, gość poszedł, po jakimś czasie słyszą krzyki i widzą jak facet wieje
    co sił w nogach. I na dodatek bez płaszcza, który miał na sobie wchodząc,
    a to była późna jesień.
    Łapią go, a on rozstrzęsiony, że go "umarlak zaatakował" - opowiada, ze
    nieboszczyk go chwycił mocno za spód płaszcza, on krzyczał "puśc ! puść !", ale
    tamten ani myślał, więc porzucił płaszcz i uciekł. Był tak wiarygodny, że reszta
    nie odważyła się pójść sprawdzić, co sie naprawdę stało.
    Dopiero rankiem, kiedy się rozjaśniło trochę, poszli na inspekcję.
    CO zastali ?
    Rzeczony płaszcz, który się nieszczęśliwie zahaczył o krzyż :]

    jazzujesz ostatnio, Barbasiu ;]
    świetne są te kawałki z Twojej płytoteki.

    dobra wiadomość.
    tylko uzbroić się jakoś musisz, żeby w razie czego mieć czym
    pacnąć ;]
  • 04.09.12, 14:59
    Po troszeczku jemy. :)

    > haha, w takich okolicznościach można rozpędzić do uniesienia się nad ziemię :]

    Tak mi się wlasnie zdawało, że frunę na rowerze w tej leśnej mgiełce. ;))


    > inna opowieść. tę słyszalem od ojca kiedyś.
    Hahaha. Cudne! :)))))

    Jak to wyobraźnia w takich momantach zaczyna pracować, prawda? Mnie go głowy przyszła myśl, tam w lesie, że ten człowiek z torbą (a kto wie, może w torbie miał młotek) mógłby nagle pobiec za mną, ale natychmiast ją odgoniłam i dodałam gazu . ;))

    Będę jednak, jak się da, wcześniej jeździć do lasu.
  • 05.09.12, 13:17
    hehe :]

    jak w tym dowcipie : idzie facet ulicą, kiedy nagle pędzi w jego kierunku gość z
    siekierą w ręku, facet rzuca się do ucieczki, tamten za nim, facet przebija się
    przez jakieś zaułki, dziury, przesadza klomby i ogrodzenia, tamten za nim
    niezmordowanie, z tą siekierą, wreszcie facet zziajany dociera do ściany, nie
    ma dokąd uciekać... ten z siekiera dopada go... wręcza mu ową siekierę z
    tekstem "teraz gonisz ty" :]

    las sam w sobie wydaje się malo bezpieczny, czy to wcześniej czy później.
    ale jasne, że lepiej drałować w dzień, łatwiej się orientować w terenie ;]
  • 05.09.12, 23:43
    Hahahaha :)))

    Czy ja wiem, ja czuję się bezpiecznie, od tak dawna tam jeżdżę, zresztą nie tylko ja tam drałuję ścieżkami, sporo osób jeździ tam na rowerach albo biega (pojedynczo a w grupach) czy uprawia nordic walking albo spaceruje (ale znowu nie ma takich tłumów by jeden na drugiego wpadał, na szczęście). Ale oczywiście, masz rację, nie ma co ryzykować i wybierać się zbyt późno do lasu.

    Obiecane niegdyś zdjęcia z pleneru wklejam:

    fotoforum.gazeta.pl/zdjecie/3217128,2,1,P2012-003.html
    fotoforum.gazeta.pl/zdjecie/3217129,2,2,P2012-017.html
    fotoforum.gazeta.pl/zdjecie/3217130,2,3,P2012-032.html
    fotoforum.gazeta.pl/zdjecie/3217135,2,1,P2012-007.html
    Tu działa się akcja filmu "Magnat" oraz serialu "Biała wizytówka".
    Zagadka - jakie to miasto?

    :)
  • 06.09.12, 11:52
    Piękne fotki! Zazdroszczę takich wycieczek w plener.
    Pszczyna :)
  • 06.09.12, 20:20
    Brawo, Siostro, zgadłaś! :)
    W nagrodę Order Księżnej Daisy Ci wręczam.

    fotoforum.gazeta.pl/zdjecie/3218172,2,1,P2012-002.html


    (za obrzydliwe, niekulturalne ptaszyska, przepraszam ;)
  • 07.09.12, 16:27
    Haha, dzięki :))
  • 06.09.12, 13:26
    aaa, skoro jest to trasa uczęszczana, to trochę zmienia postać rzeczy.
    chociaż... "uczęszczana", to też brzmi dwuznacznie ;]]

    bardzo ładne ujęcia.
    Nie mam pojęcia, co to za miasto...
    podrzuciłaś tropy, ale to by było zbyt proste - sprawdzić w internecie.
    Zatem : nie wiem, i jestem ciekaw odpowiedzi prawidłowej :]
  • 06.09.12, 20:30
    grek.grek napisał:

    > aaa, skoro jest to trasa uczęszczana, to trochę zmienia postać rzeczy.
    > chociaż... "uczęszczana", to też brzmi dwuznacznie ;]]

    To znaczy? Nie wiem czy się bać mam? ;)
    Nie będę już jeździć do lasu wieczorami.
    Dzięki za troskę! :)))

    Pszczyna i zamek pszczyński.

    Pomocnika do poszukań w necie zatem muszę Ci wkleić ... ;))
    fotoforum.gazeta.pl/zdjecie/3218175,2,3,P2012-001.html
    Rzeźba z "Apteki pod Murzynem" w Pszczynie.
  • 07.09.12, 13:37
    hehe ;]
    no wiesz, "uczęszczać" mogą i ci porządni i ci mniej porządni.

    dzięki za objaśnienie, Barbasiu; widzę, że Siostra trafiła w dychę ? :]

  • 06.09.12, 20:43
    PS Ten las , gdzie jeżdżę na rowerze należał kiedyś do książąt pszczyńskich właśnie.
    :)
  • 06.09.12, 18:02
    "Biała wizytówka" jest moim ulubionym serialem, ale nr 2 po "Nocach i dniach" . Jakżeż bym zatem nie wiedziała:) Ale czy zdjęcie faktycznie przedstawia Pszczynę, tego nie jestem w stanie potwierdzić, bo nie znam.
  • 06.09.12, 18:28
    O, "Noce i dnie" to moim zdaniem jeden z najlepszych polskich seriali.
    Nie raz czytałam w "Filmie" teksty o miejscach, gdzie kręcono różne znane filmy i tę Pszczynę zapamiętałam.
  • 06.09.12, 20:41
    pepsic napisała:

    > "Biała wizytówka" jest moim ulubionym serialem, ale nr 2 po "Nocach i dniach" .

    A wiesz, chyba to samo mogłabym powiedzieć.

    "Biała wizytówka" jest serialową wersją filmu "Magnat". Na "Magnacie" byłyśmy z koleżanką i naszymi mami w kinie, w ubiegłym wieku. Potem bardzo żałowałyśmy, żeśmy mamy namówiły na to kino. Mamy omal palpitacji serca nie dostały na pamiętnych scenach erotycznych z udziałem Grażyny Szapołowskiej . :)

    Jak, dawno nie było w naszej telewizji powtórki tego serialu. Chętnie bym obejrzała znów.

    Tak to Pszczyna i zamek pszczyński.

    fotoforum.gazeta.pl/zdjecie/3218214,2,1,P2012-030.html

    :)
  • 03.09.12, 23:52
    > Mnie się podoba jedna scena, w restauracji : niby luks i połysk, stylizacja na
    > jakieś wnętrze post-zamkowe, przygrywa biesiadnikom grupa skrzypaczek,
    > a Wolf od stołu do kelnera, na cały głos : panie, pół litra i ogórki ! :]

    He, he. Tak, pamiętam, z tym, że tę kwestię wypowiada chyba Franc.
    Stawiam guziki przeciwko Twoim orzeszkom w czekoladzie. :)

    W chwilę później kwartet skrzypaczek się zwija.


    A mnie się podbał tekst Rosjanina Sawczuka, którego Maurer - zabija na końcu -

    "Moja śmierć niczego tu nie zmieni. Wydaje ci się, że jesteś taki dobry. Ale jest tak tylko dlatego, że ja jestem taki zły... beze mnie jesteś niczym... ty to ja, taki układ... raj – piekło, Bóg – Szatan, dobro – zło, tak było i tak będzie, my albo oni..."

    Flizoficzna kwestia, czy zło da się całkowicie wykorzenić ze świata.


    :)
  • 04.09.12, 14:04
    hehe, przyjmuję zakład ;]

    a'propos guzików - kojarzysz może takie czekoladowe "guziki" właśnie ?
    jadłem je tonami w Czechach, jak byłem mały; w POlsce chyba
    nigdy ich nie spotkałem. Takie małe okrągłe z mlecznej czekolady,
    z "dziubkiem" na górze ? Nazywałem je "guzikami" :]

    świetny tekst.
    moim zdaniem, wskazujący na to, że zła się nie da wykorzenić
    w taki sposób, aby nie unicestwić jednocześnie dobra, bo tylko
    istnienie zła definiuje dobro. zaburzenie tego układu binarnego
    prowadzi do śmierci wartości. tak bym to widział.
  • 04.09.12, 14:39
    A właśnie rozmawialiśmy, już kiedyś o tych czeskich czekoladowych guzikach. Miałeś sobie przypomnieć / dowiedzieć, jak się nazywały po czesku. Odnaleźć je w necie, żeby mi pokazać.
    Nigdy takich nie jadałam, ani nie spotkałam.

    I ja bym podobnie ową kwestę widziała ...


    PS Miałam na myśli takie zwykłe guziki, odzieżowe. Tak jestem pewna swego zwycięstwa. ;)
  • 05.09.12, 13:21
    ciągle próbuję ową wiedzą posiąść, ale nie jest mi ona dostępna ;]

    rewelacyjny smak.
    do domu zawsze wiozłem 3 kilogramy tego towaru... i kilkanaście
    czekolad "Studenckich", hehe, toż to smaki mojego dzieciństwa.
    Wydawałem na to połowę koron, ktore dostawałem do dyspozycji.

    yes, domyśliłem się; kiedyś sprawdzimy ;]
  • 05.09.12, 22:32
    > ciągle próbuję ową wiedzą posiąść, ale nie jest mi ona dostępna ;]

    A Mama nie pamięta?


    Ożeż ,ale towaru! Na parę miesięcy pewnie starczało.
    Studencką ze Słowacji niedawno dostałam. Pyszna jak zawsze.

    O ja głupia, głupia, zapomniałam, że z kinofanem mam do czynienia..
    Przegrałam zakład, patrz: 3:35
    www.youtube.com/watch?v=0e5eVHQWLm4&feature=relmfu
    Gdzie dostarczyć guziki? ;)

    Psy 2, cz.1
    www.youtube.com/watch?v=SVV-McTSiTg
    Coś klimatycznego na dzisiejszy wieczór - Maestro Lorenc -"Wieczory" (Psy II soundtrack)
    www.youtube.com/watch?v=hvGat82JErw&feature=related
    Cudo!
    :)

  • 06.09.12, 13:21
    nie bardzo.
    nawet nie wiem, czy one miały jakąś konkretną nazwę handlową :]

    ech, parę... tygodni ;]
    jeżeli kiedyś zapadnę na cukrzycę, to będzie to efekt odłożony
    pożerania tych właśnie specjałów.
    Lentilki jeszcze konsumowałem w nieprzyzwoitym nadmiarze.
    KOjarzysz zapewne ?

    haha, no coś Ty... może kiedyś sobie przyszyjesz któryś
    z tych guzików, gdy akurat będziesz potrzebowała - to będzie
    najlepsze "zadośćuczynienie" :]

    świetne. polskie filmy zwykle mają klasową oprawę muzyczną, zauważyłaś ?
  • 06.09.12, 21:00
    Lentilki owszem kojarzę, a nawet znam, lubię, czasem nawet kupuję, dziś, jak sam wiesz, można je wszędzie dostać. Ale dawniej, to był wielki rarytas, tylko wtedy jak ktoś przywiózł z zagranicy podzielił się, podarował. Ale to było niesłychanie rzadko.

    Nieno, mam nadzieję, że Cię cukrzyca nigdy nie dopadnie.

    OK! Hahahaha! :)))))))))))))


    Mamy świetnych kompozytorów muzyki filmowej. :)
  • 07.09.12, 13:40
    to prawda, wtargnęły z siłą wodospadu na polski rynek także :]

    hehe, ja też, akurat jestem w linii dziedziczenia, więc pilnuję się
    jak mogę.
    póki co, pozytyw jest taki, z tej linii, że wygląda na to, iż prędzej
    dopadnie mnie cukrzyca niż nowotwór ;]
    róznica na tym polega, tak sobie imaginuję, że pierwszego można
    uniknąć, a drugie często nie pyta o zdanie.
    Więc... niech żyje cukrzyca ! ;]

  • 07.09.12, 17:13
    O nie! Żadnych cukrzyc, nowotworów, czy innego nie-wymownego świństwa.

    Tylko zdrowia.
    I spokoju ducha.

    Pilnuj się dobrze, Greku! (też się pilnuję)
    Po-zdrówka!




  • 01.09.12, 15:18
    Via youtube. Film Williama Wylera z 1946 roku. Absolutny klasyk.
    Historia trzech żołnierzy, którzy wracają po wojnie do domu. Spotykają się w samolocie, lecąc do rodzinnego miasta.
    Fred (Dana Andrews) był pilotem w Europie, Homer (Harold Russel) marynarzem, a Al (Fredric March) żołnierzem piechoty w rejonie Pacyfiku.
    Zaprzyjaźniają się ze sobą w trakcie podróży. Później będą się ze sobą spotykać w ulubionym barze, a ich losy połączą się.
    Film równolegle opowiada ich historie. Trwa prawie trzy godziny, więc trudno go dokładnie opisać. Skupię się na najważniejszych wątkach.
    Fred przyjeżdża do domu rodziców. Oczywiście są szczęśliwi z jego przyjazdu. Jednak żona Freda wyprowadziła się od nich, zaczęła też pracę w nocnym klubie jako kelnerka. Ponieważ jest już późno Fred nie chce jej szukać i jedzie do baru.
    Tymczasem Al wita się z żoną, Milly i dwójką swoich dzieci. Trzeba przyznać, że te sceny powrotów trójki żołnierzy są wzruszające. Al widzi zmiany, dzieci dorosły, a żona przejęła stery w domu. Wcześniej zapewne było inaczej. Al chce uczcić swój przyjazd i zabiera żonę z córką do miasta, żeby zaszaleć.
    Cała trójka trafia do baru, w którym jest też Fred. Razem świetne się bawią. Fred poznaje Peggy, córkę Ala i widać, że wpadają sobie w oko.
    Po upojnym wieczorze Fred i Al są tak pijani, że zostają zabrani przez Milly i Peggy do domu. Następnego dnia Fred jedzie do żony, Marie. Ta jest oczywiście szczęśliwa.
    Trzeci żołnierz, Homer, jest w najtrudniejszej sytuacji. W czasie wojny stracił obie ręce. Mimo to dobrze sobie radzi i nie użala się nad sobą. Rodzice i jego dziewczyna wiedzą o kalectwie, ale Homer boi się ich reakcji, kiedy go zobaczą. Są szczęśliwi na jego widok, ale matka z trudem ukrywa rozpacz.
    Dalej widzimy jak bohaterowie próbują wrócić do normalnego, zwykłego życia. Oczywiście, nie jest to łatwe.
    Fred wciąż ma koszmary z czasu wojny. Jego żona przyzwyczaiła się do bujnego życia towarzyskiego i nie ma ochoty być gospodynią domową. W dodatku jawnie zaczyna gardzić mężem, bo ten nie może znaleźć dobrej pracy. Przed wojną Fred pracował w sklepie, który przestał istnieć, nie ma specjalnych kwalifikacji. Teraz ma jakąś podrzędną pracę, za małe pieniądze, co bardzo irytuje Marie.
    Al próbuje odzyskać pozycję głowy domu. Trudno mu się pogodzić z tym, że dzieci są już samodzielne. Zbyt często zagląda też do kieliszka . Na szczęście Milly jest wyrozumiała i cierpliwa. Al szybko wraca do pracy w banku. Zajmuje się pożyczkami dla weteranów wojennych, ze względu na swoje doświadczenia. Ale traktuje ich emocjonalnie, bardzo chce im pomóc, co powoduje konflikty z dyrekcją banku.
    Homer zamyka się w swojej skorupie. Wszyscy traktują go z delikatnością, ale on chce być traktowany normalnie. Odsuwa się od swojej dziewczyny, Wilmy. Ta mówi, że wciąż go kocha, że nic się nie zmieniło. Ale Homer sądzi, że może to tylko litość.
    O tej roli muszę napisać więcej. Gra ją amator, prawdziwy weteran wojenny. Autentyzm tej postaci jest wstrząsający.
    Losy bohaterów przeplatają się ze sobą. Fred i Peggy zakochują się w sobie. Dziewczyna próbuje wybić go sobie z głowy, zaprasza go nawet z żoną na wspólny wieczór. Ale przekonuje się, że Marie gardzi mężem. I postanawia walczyć o Freda.
    Sama mówi o tym swoim rodzicom. Ale ojciec dziewczyny reaguje. Mówi córce, że nie ma prawa wtrącać się w życie innych. Al domaga się od Freda jasnej deklaracji. Ten przyznaje, że kocha Peggy, ale nie może opuścić żony. Dzwoni do dziewczyny i zrywa znajomość.
    Homer waha się, czy oświadczyć się Wilmie. Ta wyznaje, że rodzice chcą ją wysłać do innego miasta, żeby o nim zapomniała. Bo widzą, że jej unika. Homer najpierw mówi, że to dobry pomysł. Ale Wilma nalega, chce z nim zostać. Wtedy Homer postanawia jej pokazać, z czym będzie się musiała mierzyć każdego dnia. Prowadzi ją do sypialni, zdejmuje koszulę i protezy. Ta scena ściska za gardło. Wilma obejmuje go i mówi, że chce z nim zostać.
    Wszyscy bohaterowie spotykają się na ślubie Homera i Wilmy. Fred widzi Peggy po raz pierwszy od czasu zerwania. W międzyczasie żona zażądała rozwodu, więc jest już wolny. Oboje padają sobie w objęcia. Koniec.

    cdn...


  • 01.09.12, 15:49
    Wspaniały film. I może zabrzmi to górnolotnie: głęboko humanistyczny.
    Pokazuje zwykłych ludzi, którzy muszą się zmierzyć z wojenną traumą i odnaleźć miejsce w normalnym życiu. Bohaterowie są tak autentyczni, że te trzy godziny mijają bez chwili nudy. Niby nic wielkiego się nie dzieje, a jednak film trzyma w napięciu aż do końca.
    Od strony realizacji to majstersztyk. Cała ekipa aktorska jest doskonała. Oprócz trójki bohaterów także panie: Myrna Loy (Milly), Teresa Wright (Peggy) i Virginia Mayo (Marie).
    Uwagę zwracają piękne czarno-białe zdjęcia Gregga Tolanda. Jego specjalnością jest "deep focus", czyli pierwszy i drugi plan są jednakowo ostre. To jeden z najwybitniejszych operatorów, robił zdjęcia także do "Obywatela Kane'a".
    Mimo wielu trudnych i wzruszających scen, Wyler unika ckliwości i sentymentalizmu. Nawet piękna muzyka jest dyskretna i pozbawiona patosu.
    Ten film daje nadzieję, świadczy o tym też tytuł, ale brak to hurraoptyzmizmu, że wszystko będzie wspaniale. I właśnie ten umiar i dyskrecja robią duże wrażenie i dziś.
    Film zdobył 7 Oscarów, m.in. za najlepszy film, reżyserię, role Marcha i Russela, zdjęcia i muzykę.

    Dla ciekawych znalazłam video z fragmentami filmu. Szkoda, że bez oryginalnej muzyki. Ta, którą słyszymy jest zbyt przygnębiająca i nie pasuje do nastroju filmu.
    www.youtube.com/watch?v=IELMoOcSKf8

  • 01.09.12, 15:57
    Alez mi narobilas ochoty na ten film! Zreszta nie tylko na ten, Ty nasza specjalistko od klasyki filmowej :)
    --
    Maniaczytania - blog
  • 01.09.12, 18:38
    Dziękuję :))
  • 01.09.12, 21:55
    U Barry'ego Normana w setce najlepszych filmów i ten film się znalazł.

    Pisze Norman tak (mały fragment tylko)" Zapewne w sposób nieunikniony "Najlepsze lata" dziś wydają się nieco przestarzałe , ale jest to ciągle niezmiernie wzruszający, dobrze zrobiony film - chyba największe osiągnięcie Williama Wylera".
    "100 najlepszych filmów stulecia", s. 85

    Znakomita opowieść , Bronte.
    :)
  • 01.09.12, 22:03
    Harold Russel grający poniekąd siebie, tzn. weterana wojennego, który stracił obie ręce otrzymał nagrodę specjalną, jak podaje w książce Norman, "za przykład nadziei i odwagi dla innych weteranów dzięki swojemu występowi w "Najlepszych latach naszego życia ".
  • 01.09.12, 22:18
    Dzięki, Barbasiu :)
    Film może się zestarzał, ale tylko trochę. Emocje są tak prawdziwe, że upływ czasu nie ma znaczenia.
    Tak, Russel dostał dwa Oscary za tę rolę.
  • 04.09.12, 16:53
    > Film może się zestarzał, ale tylko trochę. Emocje są tak prawdziwe, że upływ czasu nie ma znaczenia.

    To prawda, Bronte.


    Temat pewnie o tyle przestarzały, że traumę II wojny, zastąpiła potem trauma po wojnie w Wietnamie (a tę z kolei trauma po wojnie w Iraku). Zresztą Norman wspomina nawet o traumie wietnamskiej w swoim krórtkim szkicu o "Najlepszych latach ...", pisząc tak: "Oczywiście wszysko w końcu dobrze sie układa [w"Najlepszych latach ..." -ja] (choć dwie dekady później nie uklada się dla powracających z wojny wietnamskiej).

    Chyba niefortunny fragment z Normana chyba wybrałam do cytowania, przepraszam, ale byłam już b. zmęczona wtedy wieczorem.


    PS
    > Homer waha się, czy oświadczyć się Wilmie. Ta wyznaje, że rodzice chcą ją wysła
    > ć do innego miasta, żeby o nim zapomniała. Bo widzą, że jej unika. Homer najpie
    > rw mówi, że to dobry pomysł. Ale Wilma nalega, chce z nim zostać. Wtedy Homer p
    > ostanawia jej pokazać, z czym będzie się musiała mierzyć każdego dnia. Prowadzi
    > ją do sypialni, zdejmuje koszulę i protezy. Ta scena ściska za gardło.
    >Wilma obejmuje go i mówi, że chce z nim zostać.

    Wzruszyła mnie ta scena, mimo że ją tylko w wyobraźni widzę. Naprawdę. :)

  • 04.09.12, 17:25
    Nie ma za co przepraszać :)
    Ta scena jest w video, które zalinkowałam :)
  • 02.09.12, 13:27
    no i co tu napisać, Siostro ? ;]
    wszystko opowiedziałaś tak, że z przyjemnością można oddać się lekturze i
    powiedzieć, że było warto i że zapachniało klasyką, że właściwie Twoje
    storylines powinna poprzedzać taka formuła "W starym kinie" - pamiętasz ?
    taki ludzik zasuwa po chodniku, ubrany w starym stylu, i znika za kotarą
    sali kinowej :]

    albo lepsze "Perły z lamusa", co tam że zapożyczona formuła, liczy się
    treść i forma :}

    bardzo jestem ciekaw, jak być oceniła "Łowcę jeleni", który lata w tej
    samej tematyce - traumy [po]wojennej, tyle że dotyczy wojny wietnamskiej i
    konsekwencji udziału w niej dla trzech przyjaciół z małego miasta górniczego.
    rzecz z 78, moim zdaniem ze złotego okresu amerykańskiego kina. Kiedyś
    coś tam pisałem o tym filmie, ale jakbyś kiedyś widziała ot, tak sobie...
    Zachęcam bez dodatkowych odnośników :]

  • 02.09.12, 14:00
    Dzięki, Greku :)
    Hehe, nawet myślałam o tym, żeby dawać nagłówek "W starym kinie" :)
    Muszę przyznać, że takiego programu brakuje w tvp ( i nie tylko tego). Nie pamiętam kiedy ostatnio pokazywano jakiś film starszy niż z lat 80-tych. Zostaje tylko Kultura, która czasem coś puści.
    "Łowcę jeleni" widziałam jeszcze za komuny, na półlegalnym pokazie video, w jakichś katakumbach. Ech, to były czasy :)
    Zajrzałam do starych wątków. Z filmu pamiętam już niewiele. Na pewno świetne aktorstwo, zwłaszcza Walkena. Miałam jedynie zastrzeżenia do pokazania drugiej strony jako dzikusów, taki typowo amerykański protekcjonalizm.
  • 03.09.12, 13:53
    to prawda.
    i, wiesz, żeby chociaż te "młode" filmy,to były jakieś zajmujące historie...
    tymczasem seriami upychane są jakieś pakiety słabizn zza Oceanu.

    TVP Kultura też mnie zawodzi. za dużo powtórek, chwilami już bezczelnych.
    jedyne, co mi przychodzi do głowy, jako wytlumaczenie to to, ze te filmy
    z lat 40 i 50-tych są strasznie drogim rarytasami i za ich pokazanie w
    telewizji trzeba płacić jakąś bajońską sumę :]
  • 03.09.12, 14:57
    "Bezczelne powtórki" to dobre określenie :)
    Faktycznie coś ich za dużo w Kulturze. Zajrzałam dzisiaj do Teletygodnia na przyszły tydzień. I znowu będzie "Jak obsługiwałem angielskiego króla" :)
  • 04.09.12, 13:44
    haha, to już jest komedyja.
  • 02.09.12, 15:59
    Siostro, rozpieszczasz nas powojennymi opowieściami i ilustracjami:)
  • 02.09.12, 18:11
    Dziękuję. Lubię Was rozpieszczać :)
  • 01.09.12, 19:12
    Omal nie przegapiliśmy tegorocznego weneckiego festiwalu!

    Greku, nic nie piszesz na ten temat!?

    To ja powiem -

    "Śpiąca królewna" Marco Bellocchio, "Passion" Briana De Palmy, "To the Wonder" Terrence'a Malicka i "Outrage Beyond" Takeshiego Kitano znalazły się wśród 17 obrazów ubiegających się o Złotego Lwa. Zwycięski film wybierze jury pod przewodnictwem Michaela Manna".


    Festiwal filmowy w Wenecji. Najlepszy temat: kryzys
    Tadeusz Sobolewski, Wenecja 2012-08-29
    wyborcza.pl/1,75475,12380632,Festiwal_filmowy_w_Wenecji__Najlepszy_temat__kryzys.html
  • 01.09.12, 19:14
    m.wyborcza.pl/wyborcza/1,105406,12394699,Festiwal_w_Wenecji_rozpoczety__I_ty_zostaniesz_fundamentalista.html
    Festiwal w Wenecji rozpoczęty. I ty zostaniesz fundamentalistą
    Tadeusz Sobolewski, Wenecja

    [...]
    Pierwsza scena otwierającego filmu indyjsko-amerykańskiej reżyserki Miry Nair - adaptacji głośnej na Zachodzie powieści Mohsina Hamida "Niechętny fundamentalista" - dzieje się w pakistańskim Lahore (zdjęcia ze względów bezpieczeństwa realizowano w Starym Delhi). Ambicją indyjskiej reżyserki mieszkającej w Stanach było spojrzenie z obu stron na konflikt rozdzierający świat po 11 września. Ten film to próba wejścia w świadomość tytułowego "fundamentalisty".


    Changez, wykształcony w Stanach młody Pakistańczyk, gwiazdor ekonomii, po 11 września wraca z Nowego Jorku do Lahore. Zostaje uwielbianym przez studentów profesorem na uczelni, która jest bastionem antyamerykańskiego radykalizmu. Jej wrzenie przypomina klimat amerykańskich uczelni lat 60. Changez jest liderem zrewoltowanych, ale odgrywa dwuznaczną rolę polityczną: z jednej strony rozbudza ich radykalizm, z drugiej strony trzyma go w ryzach, pod maską.

    To, co krytyka uznała za rewelacyjność powieści Hamida, a co po części tylko udało się w adaptacji Nair, polega na odsłonięciu innej twarzy fundamentalizmu - nie tej kojarzącej się z talibami z afganistańskich gór i burkami, tylko z elitą intelektualną wykształconą na Princeton. I ty możesz zostać fundamentalistą - mówi ten film. Mówi też o tym, jak ideowe przeciwieństwa spotykają się w świadomości jednego człowieka: można kochać Amerykę i równocześnie śmiertelnie jej nienawidzić, być demokratą i zarazem ksenofobem.

    Podczas imprezy w domu rodzinnym Changeza zostaje porwany przez mudżahedinów amerykański profesor. Changez znajduje się w kręgu podejrzenia. Amerykański dziennikarz chroniony przez służby specjalne przeprowadza z nim wywiad wśród nabuzowanych studentów w uczelnianej stołówce, gdzie jakby nigdy nic pichci się curry i gdzie wkracza policja ścigająca podejrzanych. Oto Pakistan w pigułce: proamerykański i antyamerykański jednocześnie. Wywiad z Changezem jest w pewnym sensie zakamuflowanym śledztwem, ale zarazem odsłania dwoistą świadomość polityczną rozmówcy. Powieść Hamida była jego monologiem, rodzajem spowiedzi. Krytycy porównywali ją wręcz do "Upadku" Camusa. Mira Nair musiała złamać tę konwencję opowiadania. Zrobiła film w zamierzeniu atrakcyjny, często zbyt deklaratywny, łączący thriller polityczny z melodramatem, podbity muzycznością i obrazowymi alegoriami rodem z Bollywood (spienione fale namiętności). W sumie jednak osiąga zasadniczy cel: obalanie murów, oddemonizowanie obrazu przeciwnika.

    Changez w czasie swego monologu mógłby przyznać: jestem za, a nawet przeciw! Nikt nie ma większego podziwu dla Ameryki niż on. Ameryka - mówi - nauczyła go zwyciężać, zaspokoiła "głód bycia najlepszym". Przed swoimi kolegami ze studiów, wielokolorową zbieraniną, chwalił się żartem: za 25 lat zostanę dyktatorem w islamskim kraju z własnym potencjałem atomowym (jak Pakistan). Po 11 września ten żart mógł zabrzmieć całkiem poważnie.

    Potomek starej artystycznej rodziny pakistańskiej nie czuł się w Nowym Jorku ubogim krewnym, miał ten sam status, co u siebie w kraju. Pracując na Wall Street w firmie doradczej, nie czuł, że służy obcemu mocarstwu. Kiedy jedzie na Filipiny uzdrawiać ekonomię, jest obywatelem świata spojonego jedną, kapitalistyczną religią. Czy kult rentowności za wszelką cenę nie jest fundamentalizmem Zachodu? - sugeruje Mira Nair. Chce tym filmem upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: zaatakować, ale równocześnie pogodzić sprzeczne stanowiska.

    Do 2001 roku Changez czuje się Amerykaninem. 11 września na ekranie hotelowego telewizora widzi atak na wieże - świątynię bóstwa, któremu służył. Doznaje przy tym dziwnego rozdwojenia. Zanika poczucie jedności świata. Przerażony tym, co się stało, Changez (w tej roli Riz Ahmed, przystojny pakistański raper z Londynu) częścią swojej świadomości nie może wyjść z podziwu dla sprawców ataku: co za brawura!

    Uderzenie w WTC w pierwszym momencie odbiera jak uderzenie w niego samego, ale zaraz potem odczuwa obcość. Czy raczej Ameryka daje mu ją odczuć, kiedy do niej wraca? Poniżająca rewizja osobista na lotnisku jest rodzajem gwałtu. 11 września w jego pojęciu rozbija jakąś iluzję: wyjeżdżał ze Stanów jako Amerykanin, wraca jako obcy. Dzieje się to wszystko automatycznie, niezależnie od świadomości. Entuzjasta Ameryki staje się ksenofobem i spotyka ksenofobię samej Ameryki. Odkrywa ją u siebie także amerykańska kochanka Changeza (Kate Hudson). "Ty jednak jesteś obcy". Wkrótce potem zapragnie jechać za nim do Lahore. Tak wyglądają w zbliżeniu, zdawałoby się, nieprzebyte, bariery ideologiczne.

    Krzykliwy, efektowny film Miry Nair dotyka subtelnych kwestii. Jest chwilami powierzchowny, chwilami głęboki. Czuje się, że jego zapleczem jest dobra literatura. Trudno go nazwać filmem politycznym, raczej postpolitycznym - pokazuje bowiem, jak cienką warstwą są poglądy, zdawałoby się, głęboko nam wpojone i wyznawane, jak łączą się przeciwieństwa i jak mylne bywają przylepiane drugiej stronie etykietki. Zdrowy relatywizm i dobre chęci Mira Nair musiała okupić pod koniec fabularnym mętlikiem. Nie wiemy, komu wierzyć: kto zginął, kto był agentem. Konwencja filmu sensacyjnego domaga się rozstrzygnięcia, ale kłóci się z konwencją psychologicznego monologu. A więc - dobry początek festiwalu. Kryzys to świetny temat.
  • 01.09.12, 19:16
    m.wyborcza.pl/wyborcza/1,105226,12402372,Festiwal_w_Wenecji__Okrutna_pani_Anna.html
    Festiwal w Wenecji: Okrutna pani Anna
    Tadeusz Sobolewski, Wenecja

    2012-09-01

    Bohaterka "Wiary" Ulricha Seidla staje przed krucyfiksem, rozbiera się, biczuje - to jej codzienna ofiara za grzeszników, zwłaszcza za tych, co pozostają w niewoli seksu

    "Raj: wiara" to druga część okrutnej trylogii Ulricha Seidla. Składają się na nią wzięte z życia historie, ofiarnie zagrane przez aktorów i naturszczyków, dzięki czemu tworzą złudzenie dokumentalnego zapisu. Bohaterkami trylogii są samotne Austriaczki - dwie siostry i córka jednej z nich - metodycznie poszukujące recepty na szczęście. Każda z nich przeżyje na tej drodze gorzkie rozczarowanie. Na czym polegał błąd?


    Połączenie naiwności i wyrachowania, wulgarności i patetyczności nadaje tym filmom drapieżność tragikomedii, która nigdy nie ulega sentymentalnemu zmiękczeniu, nie rozmywa się we współczuciu. Seidl z bezwzględnością patologa obserwuje ludzką naturę.

    Pierwsza z sióstr chce wyjść z samotności, kupując sobie miłość na sekswczasach w Kenii ("Raj: miłość", nagrodzony tego roku w Cannes, od przyszłego piątku w polskich kinach). W trzecim odcinku, który będzie miał premierę w Berlinie, jej mrukliwa, zamknięta w sobie córka będzie szukać szczęścia w odnowie cielesnej, na wczasach odchudzających. Z bohaterką pokazanego wczoraj w Wenecji filmu "Paradies: Glaube" sprawa jest bardziej skomplikowana - w grę wchodzi wiara, która najłatwiej daje się obnażyć, sparodiować. Jestem nieufny wobec artystycznych przedsięwzięć naruszających czyjeś świętości. To łatwe dewocyjne gesty podglądane z zewnątrz muszą wydać się czymś absurdalnym, bezprzedmiotowym.

    Skandal czy tragedia?

    Bohaterka "Wiary" Anna jest aktywistką austriackiego Radia Maryja. Cóż łatwiejszego niż szyderstwo z moherów? Film zapowiadano jako skandal - to też budzi nieufność, bo skandal to dziś specjalna kategoria medialna. Festiwalowa widownia żywi się takimi skandalami. Ale ten film oglądano w milczeniu.

    W drastycznej scenie ze sparaliżowanym mężem Anny wyszła z kina para starszych ludzi. Patrzyłem za nimi, jak po ciemku pokonują strome schody. Nie, "Raj: wiara" nie wyzwala okrutnego spojrzenia ani pełnego wyższości śmiechu. Dystans, który pozwala widzowi z góry przyglądać się "ludzkości w obłędzie" - jakby nie dotyczyło to nas samych - został tu złamany.

    Ten film jest czymś więcej niż prowokacją. Seidl wydaje się zafascynowany swoimi bohaterkami, jak Diane Arbus, fotografka ludzkich monstrów i ludzkiego nieszczęścia, która nie poprzestawała na powierzchownej ekscytacji tym, co dziwaczne, potworne, złe - ale prowadziła do tragicznej refleksji: jesteśmy w pułapce.

    Oto pułapka wiary. Pierwsza scena filmu Seidla: Anna zamyka się w wytapetowanym, schludnym pokoiku, który jest jej intymną kaplicą. Staje przed krucyfiksem, rozbiera się, biczuje - to jej codzienna ofiara za grzeszników, zwłaszcza za tych, co pozostają w niewoli seksu. Po odprawieniu rytuału Anna siada do fisharmonii, śpiewa hymn. Jej wypucowane mieszkanie przypomina kościół. Na każdym kroku krzyż, wizerunki Chrystusa, jego obrazek na szafce nocnej, całowany na dobranoc jak zdjęcie ukochanego. W kuchni - zdjęcie papieża. Kropielnice przy drzwiach, do których Anna dolewa wody święconej ze specjalnej konewki. W swoim mistycyzmie jest po niemiecku praktyczna: gdy do umartwień zakłada kolczatkę, nastawia budzik, żeby wiedzieć, kiedy skończyć; dezynfekuje potem zadane sobie rany wodą utlenioną.

    Są i wierni - spotykająca się w jej domu grupa różańcowa. Anna działa jak Kościół. Sama jest Kościołem. Dźwiga misję; niesie krzyż; wchodzi z Ukrzyżowanym w relację w istocie erotyczną. Jego drewnianą figurę traktuje jak żywą osobę. Śpi z nią. Po pracy idzie z misją w miasto. Nawraca świat, który jej nie potrzebuje. Ale ona z góry mu przebacza, wmawia wszystkim niewinność. Trzyma w worku Pana Boga. Dosłownie: nosi ze sobą figurę Wędrującej Madonny. Puka z nią do drzwi nieznanych ludzi, wmusza modlitwę (to autentyczny katolicki obyczaj niemiecko-austriacki i prawdziwa figura wypożyczona do filmu, jak zaznacza producent, "za zgodą władz kościelnych").

    Woda święcona z rozpylacza

    Bohaterka, która z początku wydaje się krańcowo naiwna, w swojej beznadziejnej, ale nieprzejednanej misji nawracania pijaków, rozwodników, samotników jest patetyczna jak Bunuelowska Viridiana (wybitną, daleką od wszelkiej karykatury kreację stworzyła Maria Hofstätter). Anna igra ze złem. Znosi wszelkie poniżenia jak egzorcystka, robiąc znak krzyża wodą święconą z rozpylacza. Widz nie jest pewny, czy życzyć jej klęski, czy przeciwnie, oświecenia, zrozumienia siebie? Czym jednak będzie to zrozumienie?

    Anna ma swoją tajemnicę: nie jest samotna. Nieoczekiwanie na scenę wkracza sparaliżowany muzułmanin na wózku. To mąż Anny, przed którym uciekała, którego nienawidziła, fizycznie się go brzydziła. Jego wypadek potraktowała jak znak od Boga, okazję do świętości. Teraz tych dwoje skazanych na siebie nieszczęśliwców walczy ze sobą, wzajemnie się poniża. Gdy tarzają się po podłodze w rozpaczliwej próbie gwałtu, gdy mąż - zazdrosny o "tego trzeciego", czyli Boga Anny - rozbija laską jej święte obrazy, wyzywa ją od kurew i błaga o czułość, nazywa masochistką, która powinna nawrócić się na "lepszą religię", czyli islam, Anna dochodzi do punktu, w którym jej poświęcenie, wypracowana przez nią "ekonomia zbawienia", traci sens.

    I wtedy w szokującym geście zwraca się przeciwko temu, którego ukochała, a który miał jej służyć, opłacony z góry umartwieniami, modlitwami, pocałunkami, pieszczotami.

    Chrystus, czyli ja

    Seidl w swojej druzgocącej analizie wiary dochodzi do paradoksu: Anna, kobieta poniżona, ze swojego nieszczęścia i ograniczenia chce uczynić lekarstwo dla świata. Tworzy Chrystusa na swoje własne podobieństwo, wmuszając innym nie Pana Boga, tylko siebie. Głosząc religię miłości, nie może przestać nienawidzić swego kalekiego męża.

    Elfriede Jelinek w eseju o "Wierze" Seidla wyraziła dosadnie coś, co grozi każdej fanatycznej wierze, nie tylko religijnej: cechuje ją "samowystarczalność". Jest to "bezgraniczna ekspansja samego siebie (...) A jeśli jesteś przez siebie stworzony, możesz uczynić z siebie wszystko, co chcesz, udając kogoś innego, Boga na przykład...". Klęska bohaterki Seidla polega właśnie na tym, że "jest nikim innym, tylko sobą". Jej wiara jest jedynie "wyolbrzymieniem swego ja". Paradoks jej świętości polega na tym, że umartwiając się i poniżając swoje ja, zarazem siebie afirmuje. "Jak wszyscy fanatycy - dodaje Jelinek - którzy nie porzucają czegoś tak ważnego, jak oni sami, dla czegoś innego, nawet dla Boga".

    Ten przenikliwy film, jak myślę, zachowuje swoją diagnozę niezależnie od wyznawanego światopoglądu widza. Dla katolika - wprost obowiązkowy.
  • 04.09.12, 15:09
    Ciekawa rzecz, choć chyba Ulrich Seidl nie odkrywa niczego nowego. Wiara bez uczynków, bez miłości do drugiego człowieka jest martwa, pisał o tym św. Paweł w 1 Liście do Koryntian.

  • 02.09.12, 13:19
    Trzymasz rękę na pulsie, Barbasiu, na szczęście :]

    swoją drogą, tak jakoś bez entuzjazmu ta Wenecja w tym roku, nie sądzisz ?
    Nie zapowiadają żadnych sensacji, żadnych tytulów na które z ciekawością i
    zapartym tchem filmowe środowisko oczekuje... Ponoć nowy film ma wypuścić
    gośc od "Magnolii" i "Aż poleje się krew" Mr Anderson. MOże w dzisiejszych
    doniesieniach coś będzie o tej premierze ? Poszukam.
  • 04.09.12, 14:20
    Może i tegoroczna Wenecja bez filmów, na które środowisko filmowe, konomani czekaliby z zaintrygowaniem, nie mniej jednak zawsze warto , myślę, poczytać i dowiedzieć się, co ciekawego dzieje się w światowym kinie, czym się interesują się czołowi (i ci awangardowi) reżyserzy z Europy , świata, jakie tematy podejmują.

    W najnowszym filmie Andersona, pod wiele mówiącym tytułem "Mistrz" w tytułowej roli występuje Philip Seymour Hoffman. Jego bohater wzorowany jest w pewnym stopniu na postaci L. Rona Hubbarda, założyciela kościoła scjentologicznego.
    Czuję, że możemy spodziewać się kolejnej ciekawej kreacji tego aktora.

    :)
  • 04.09.12, 15:14
    O "Mistrzu" co nieco pisze Tadeusz Sobolewski w kolejnej relacji z Wenecji

    Trwa festiwal w Wenecji. Kicze i arcydzieła ze skazą
    Tadeusz Sobolewski, Wenecja Tadeusz Sobolewski, Wenecja
    2012-09-03
    Nowy film Malicka: nieznośne zagęszczenie świętych banałów. "Mistrz" Andersona: materiał na wielkie kino. Za to Spike Lee ocalił Michaela Jacksona - artystę

    Ciekawie rozwija się w tym roku festiwal wenecki. Mniej niszowych, artystowskich filmów o rozpadzie świata - więcej ducha kinomańskiego, formalnego wigoru, ideowej różnorodności.


    Nawet "Raj: wiara" Seidla, któremu recenzent "La Repubblica" niesłusznie zarzuca spóźnione o pół wieku po Bunuelu dążenie do bluźnierstwa, przykuwa swoją rygorystyczną formą. Widzę w tym filmie nie tyle programową krytykę chrześcijaństwa, ile doprowadzony do skrajności paradoks wielu religii polegający na tym, że głoszona miłość bliźniego chodzi często w parze ze wstrętem i z nienawiścią wobec drugiego człowieka.

    Trudno o większy kontrast - film Seidla i film Terrence'a Malicka "To the Wonder". "W stronę cudu" to film modlitwa, jeszcze radykalniej zrywający z fabularną opowieścią niż "Drzewo życia". Przeplatające się perypetie uczuciowe młodych małżonków odchodzących od siebie i łączących się oraz towarzyszącego im i też przeżywającego wątpliwości katolickiego księdza (zaskakująca rola Javiera Bardema) są tylko wyrywkowo ukazanym tłem dla monologu wewnętrznego. Sączy się muzyka Góreckiego, Pärta, Dworzaka. Lotna kamera przenika wnętrza domów. Wiatr wydyma firanki. Płyną amerykańskie i europejskie krajobrazy, kościoły. Kamera jest jakby okiem Boga łączącym wszystko w jedną całość, ogarniającym ludzi wraz z ich wątpliwościami, aby w końcu zwrócić ich wprost do Chrystusa.

    Przez dwie godziny Malick wystawia widza na trudną próbę. Przypomina ewangelistę głoszącego uparcie credo tam, gdzie nikt się go nie spodziewa. Zagęszczenie świętych banałów sprawia, że w pewnym momencie widz jest gotów ulec temu szantażowi piękna i czystości. Ale w ostatniej chwili reżyser sięgnął po jeszcze jedną broń: kazał mówić o Bogu niepełnosprawnym - to dopiero przebrało miarę. Kicz stuprocentowy.

    A za chwilę w konkursie film izraelski "Lemale et Ha'Chalal" o wspólnocie Lubawiczów. Debiut amerykańskiej reżyserki Ramy Burshtein zafascynowanej chasydyzmem, głoszącej w programie festiwalowym przesłanie: "Jeśli mam być szczera, niezależność, samospełnienie, kariera wydają mi się mniej ważne niż miłość, mąż i rodzina...".

    Dla wszystkich musi być miejsce w kulturze: dla wściekłego Austriaka, dla wierzącej Żydówki, dla chrześcijanina. Ich filmy się uzupełniają, ale paradoksalnie, w "bluźnierczym" filmie Seidla czuję pulsujący chrześcijański nurt, a usypiający film Malicka ma w sobie słodycz katechez z dzieciństwa.

    Mistrz i uwodziciel

    Oczekiwany niecierpliwie "Mistrz" Paula Thomasa Andersona, poprzedzony aurą skandalu, zapowiadający się jako wielka demaskacja oszustwa "religii scjentologicznej", okazał się czym innym, niż głosiła fama. To kino imponujące, ale jakby nie do końca spełnione. Nie satyra społeczna - raczej psychologiczna analiza uwiedzenia, które w rezultacie wyzwala: szarlataneria odnosi pozytywny skutek. Przekonujemy się o tym jednak dość wcześnie - od pewnego momentu film właściwie się nie rozwija, jakby autor nie wiedział, w którą stronę ma iść. Idzie za obrazami, gubiąc po drodze metaforyczne czy ironiczne wybrzmienie.

    Siłą filmu są poszczególne sceny-obrazy realizowane rzadko stosowaną techniką, na taśmie 65 mm. Wiele sekwencji - jak choćby pierwsza, wywodząca się jakby z ducha Felliniego, ze zdemobilizowanymi żołnierzami na plaży, którzy nie wiedzą, co robić z wolnością, i kopulują z wyrzeźbioną w piasku wielką figurą kobiety - ma cechy wielkiego kina, które jednak się rozsypuje.

    Freddie (Joaquin Phoenix), którego subiektywne spojrzenie dominuje w "Mistrzu" (niektóre pozornie realistyczne sceny są jego wizjami), jest zdemobilizowanym po II wojnie światowej marynarzem, wyrzutkiem z patologicznej rodziny, bestią ludzką o nieskoordynowanych ruchach i nieprzewidywalnych małpich reakcjach. Ten agresywny samotnik ogarnięty seksualną obsesją traci grunt pod nogami, nie umie znaleźć sobie miejsca. I właśnie wtedy jak na zawołanie dostaje się w orbitę sekty. Jej siedzibą, jak w przypadku L. Rona Hubbarda, założyciela kościoła scjentologicznego, jest rzeczny statek.

    Postać filmowego mistrza w brawurowej kreacji Philipa Seymoura Hoffmana ma pewne cechy twórcy scjentologii - tak jak on jest domorosłym terapeutą i pisarzem. Podobno on również znajdował się pod silnym wpływem żony (ona jest Mistrzem?). Niezależnie od tych odniesień Hoffman tworzy postać uwodziciela, hipnotyzera, uroczego showmana, którego seanse kończą się tańcem, śpiewem i rozbrajającym śmiechem. Nieprzystępny, dziki Freddie przed nim jednym się otwiera, staje się jego najwierniejszym bodyguardem, broni go przed atakami demaskatorów. Mistrz jest figurą jego ojca. Hochsztapler w rezultacie pomaga mu się wyzwolić. Nie ma w tym procesie wielkiego znaczenia głoszona przez niego Sprawa - baśń o wędrówkach w czasie, o kolejnych żywotach i przedwiecznym Duchu, który wciela się w ludzką bestię. Liczy się wzajemny wpływ, akceptacja, międzyludzka chemia.

    Porozumienie Freddiego z Mistrzem rodzi się w kluczowej, świetnej scenie testującego seansu będącego połączeniem przesłuchania i spowiedzi. Freddie znajduje w Mistrzu ojca, a Mistrz spotyka w nim nie tylko najwierniejszego wyznawcę, ale także bratnią duszę - może obaj są siebie warci, obaj są kanaliami, "bestiami"? Mistrz znalazł w sobie artystyczny talent, który pozwolił mu bestię przekroczyć. W pewnym sensie Anderson - obdarzony żywiołowym talentem - działa w tym filmie jak Mistrz: uwodzi, hipnotyzuje, rozbraja. Trudno rozstrzygnąć, ile w tym geniuszu, a ile hochsztaplerki.

    Na konferencji prasowej ktoś zwrócił się do Andersona jak do proroka: - W poprzednim filmie "Aż poleje się krew" przewidział pan kryzys ekonomiczny. Czy w "Mistrzu" przewiduje pan kryzys duchowości?

    Reżyser się tylko roześmiał, podobnie zresztą jak jego bohater, który śmiechem odpowiada na zbyt zasadnicze pytania. Film Andersona nie wydaje się, jak niektórzy by chcieli, ukrytą alegorią Ameryki. To raczej przewrotna gra z widzem. Przyjemność, jaką sprawia ten film, polega na tym, że dajemy się uwieść, a równocześnie z dystansu obserwujemy, jak to zostało zrobione.

    Przegrane arcydzieło

    Wenecja prezentuje autorskie, wizjonerskie, poetyckie kino Ameryki. Do grupy indywidualności reżyserskich należy samotny, osobny Terrence Malick. Jednym z patronów takiego nieobliczalnego, wizyjnego kina wymykającego się gatunkom i formatom jest Michael Cimino, którego "Wrota niebios" z 1980 roku, zremasteryzowane, w pełnej 218-minutowej wersji, obejrzeliśmy na specjalnym pokazie.

    Wrażenie potężne - kino odzwyczaiło nas dziś od takiego artystycznego rozmachu, szafowania potężnymi obrazami, które odtwarzają miniony świat po malarsku, z dokładnością powieściowego opisu, naturalistycznego i pięknego zarazem.

    "Wrota niebios" - życiowy projekt twórcy "Łowcy jeleni" - to antywestern, dzieje krwawej wojny domowej, którą pod koniec XIX wieku w stanie Wyoming za przyzwoleniem prezydenta USA prowadzili pionierzy z imigrantami napływającymi z Europy, między innymi z Polski. Przybyszów kupujących dziewiczą ziemię, ciągnących w głąb Stanów pociągami, na dachach wagonów, odstrzeliwano jak zwierzęta. Kris Kristofferson - absolwent Harvarda - bierze ich w obronę przeciwko baronom...

    m.wyborcza.pl/wyborcza/1,105406,12412110,Trwa_festiwal_w_Wenecji__Kicze_i_arcydziela_ze_skaza.html
  • 04.09.12, 15:15
    cd.
    Może niezrealizowany film Kazimierza Kutza o śląskiej emigracji do Ameryki miałby w sobie podobną intensywność? Ale "Wrota niebios" okazały się jedną z największych komercyjnych katastrof w dziejach Hollywood. Zostały zmasakrowane przez dystrybutora, wyklęte przez krytyków. Ich realizacja była szaleństwem - anegdoty o tym, jak sobie poczynało na planie enfant terrible Cimino, krążą do dziś: budżet przekraczano wielokrotnie, na życzenie reżysera burzono gotowe dekoracje, bo nie odpowiadały jego wizji. "Wrota niebios" przyczyniły się do upadku wytwórni United Artists i zakończyły pewien etap wystawnego autorskiego kina lat 70. Dziś ten sam film powraca w aurze arcydzieła i rzeczywiście zachwyca - jego wizja ma uderzającą głębię i totalność, jaką dziś uzyskują jedynie filmy fantasy dzięki efektom specjalnym.

    Przed projekcją "Heaven's Gate" na scenę festiwalową wyszedł szczupły chłopiec w wielkich ciemnych okularach, z rozczochraną czupryną i przemówił głosem starego człowieka. Był to 73-letni (podobno, bo data jego urodzin jest ruchoma) Michael Cimino. Przypomniał greps z "Osiem i pół" Felliniego: udając starca, wyprostował się nagle, jakby zrzucił kilkadziesiąt lat.

    Jackson zmartwychwstały

    Dokument Spike'a Lee o Michaelu Jacksonie "Bad 25", dotyczący głównie okresu "Thrillera" i "Bad", odegrał podobną rolę jak film o Marleyu - przywrócił mi pośmiertnie bohatera popkultury przysłoniętego za życia przez własną sławę, marketing, plotkę. Nic mnie nie obchodził Michael Jackson. Kiedy występował na lotnisku Bemowo, gdzie mieszkałem, nie tylko nie starałem się dostać na koncert, ale nie zwracałem uwagi na to wydarzenie.

    W gęsto montowanym potoku obrazów pojawia się Michael Jackson widziany od kulis, w studiu nagrań, na planie filmu wideo "Bad" Scorsesego, odbity w twarzach tych, co go znali i z nim pracowali: menedżerów, producentów, artystów, ochroniarza. Z tej mozaiki wyłania się ujmujący portret muzyka, poety, tancerza, producenta, kogoś, kto łączył sztukę czarnych przedmieść z wyrafinowaniem Freda Astaire'a, najwyższy profesjonalizm i zdolność do żywiołowej improwizacji. I żadnych plotek, nic o przeszczepach, o życiu erotycznym ani o okolicznościach śmierci. Sam, czysty Jackson. Po tym filmie ma się ochotę wrócić do niego nie jak do idola, tylko jak do artysty - zobaczyć go i posłuchać w samotności.

    m.wyborcza.pl/wyborcza/1,105406,12412110,Trwa_festiwal_w_Wenecji__Kicze_i_arcydziela_ze_skaza.html
  • 04.09.12, 15:43
    Widziałam "Wrota niebios" w tvp wiele lat temu :)
  • 05.09.12, 13:24
    dzięki, Barbasiu, wiemy co tam w trawie piszczy, dzięki Tobie :]

    ciekaw jestem tego filmu Andersona, wydaje się najciekawszy w opisie,
    spośród wszystkich dotychczas prezentowanych [w ten sposób].

    wydaje się, wszelako, że na prawdziwe frykasy trzeba będzie poczekać
    do przyszłorocznego Cannes.
  • 05.09.12, 23:54
    Ciąg dalszy relacji -

    Tadeusz Sobolewski, Wenecja 2012-09-05, ostatnia aktualizacja 2012-09-04 18:52:00.0

    "Wadjda" i "Zapełnij pustkę". Ortodoksja w Wenecji
    Motywem przewodnim weneckiego festiwalu jest religia - jej strona destrukcyjna i kreatywna, ciemna i jasna. Dwa filmy z Bliskiego Wschodu o sytuacji kobiety pokazują dwa różne oblicza ortodoksji: zniewalające i wyzwalające
    "Wadjda" (imię 10-letniej bohaterki) jest chyba pierwszym filmem z Arabii Saudyjskiej, jaki do nas dociera - a na pewno pierwszym zrealizowanym przez kobietę (produkcja arabsko-niemiecka).

    W niewinnej formie kojarzącej się z powiastką - o dziewczynce, która marzy o zielonym rowerze - Haifaa al-Mansour odsłania, niby mimochodem, cichą potęgę opresji. Film daje katalog obowiązujących zasad i obyczajów poniżających kobietę. Ukazuje te uświęcone zasady jako sztucznie narzucone przez mężczyzn i tak absurdalne jak zabranianie dziewczętom jazdy na rowerze.

    Wszystko to dzieje się w świecie zamożnym, uporządkowanym, bezszmerowym - w arabskiej Szwajcarii, czyli Rijadzie. Architektura miasta ma funkcję symboliczną: fasady domów są ślepe; na zewnątrz, na wymiecionych ulicach obowiązują sztywne zasady i uniformy - dopiero wewnątrz, w pomieszczeniach dla kobiet, można mówić, co się myśli i czuje, choć też nie do końca. Szkoła dla dziewcząt ubranych w jednakowe ciemne kitle, jak wychowanki dawnych europejskich ochronek, służy uświadomieniu im ich miejsca i wykuciu na pamięć fragmentów Koranu nakazujących posłuszeństwo. Niesforna Wadjda kalkuluje, że jeśli dostanie nagrodę za recytację, kupi sobie wymarzony rower. Konformizm się jednak nie opłaca - wygraną trzeba "dobrowolnie" oddać "dla naszych braci w Palestynie". Dostanie rower od matki w geście kobiecej solidarności w momencie, gdy ojciec poślubi drugą żonę. "Myślałam, że mi tego nie zrobi. Teraz zostaniemy już tylko we dwie" - mówi matka do córki. Zakończenie sugeruje jednak, że ten zastygły świat uda się poruszyć. Może w następnym pokoleniu?

    Ogląda się "Wadjdę" niczym pierwsze, nieśmiałe filmy odwilżowe z czasów stalinizmu. Publiczność festiwalowa oklaskuje odważną reżyserkę. Jak daleko zajedzie ona na swoim rowerze? Czy film trafi do Rijadu? Przybywa jeszcze jeden obszar, do którego kino wkracza ze swoim wolnościowym przesłaniem, jak kiedyś u nas, w świecie realnego socjalizmu. Ta odwilż nie nastąpi jednak tak łatwo - religia jest czymś potężniejszym od ideologii.

    Chasydzkie wesele

    Ten film był odkryciem i pozytywnym zaskoczeniem weneckiego konkursu. "Zapełnij pustkę" ("Fill the Void" - "Lemale et ha'halal") to izraelski debiut osiadłej w Jerozolimie amerykańskiej Żydówki Ramy Burshtein. Temat jak z dawnego melodramatu: historia ożenku młodej dziewczyny, której siostra umiera przy porodzie. Matka chętnie widzi jej małżeństwo z przystojnym szwagrem wdowcem. Dramat Shiry rozgrywa się w ciasnym mieszkanku, które przy święcie - a świąt jest masa, każdy szabat jest jak wigilia - zapełnia się tłumem egzotycznych dla nas postaci.

    Ten film przychodzi z samego środka ortodoksji, świata skupionego na sobie, żyjącego według odwiecznych praw - ze współczesnej chasydzkiej wspólnoty z Tel Awiwu. Reżyserka, która sama przedstawia się jako osoba religijna, zaznacza, że ta historia mogłaby się dziać poza czasem i przestrzenią, równie dobrze w XIX-wiecznej Polsce albo na Brooklynie.

    Co tak pociągającego jest w obrazie społeczności tworzącej jedną wielką rodzinę? Czy mamy do czynienia - powie sceptyk - z religijną propagandą? Wykluczone, oni niczego nie chcą propagować ani nikogo nawracać. Są egzotyczni i niedostępni także dla wielu swoich rodaków.

    Spojrzenie na nich grozi folklorystycznym zachwytem, idealizacją - jaki urok mają ich pieśni! Z drugiej strony - można sobie wyobrazić krytykę chasydzkiego obyczaju z punktu widzenia praw kobiety, córki. Ale film mówi coś przeciwnego: w tym pozornie autorytarnym środowisku wola dziewczyny, jej uczucia zostają uszanowane.

    Ubrani w wysokie futrzane czapy mężczyźni tłoczący się w przedpokoju ciasnego mieszkanka, mężatki w specjalnie upiętych chustach. To nie są jacyś "malowniczy chasydzi". Na tym właśnie polega luksus kina, że pomaga przekroczyć barierę obcości. Jest ona obustronna: bohaterowie filmu Burshtein nie dostrzegają świata na zewnątrz nich. Ale tu mamy wrażenie bliskości. Widzimy ich tak, jak oni widzą siebie.

    Atakowani na co dzień informacjami o świecie odczarowanym, eksponującymi jego obcość i niekompatybilność, tęsknimy do bycia razem. Na tym, myślę, polega fascynacja chasydami i przyjemność, jaką niesie ten film. Nie mamy jednak do czynienia z idealizacją ani nostalgią. "Zapełnij pustkę" przynosi zrozumienie zasad, jakimi kieruje się społeczność.

    Chasydzi nie przywiązują się do litery prawa. Od sztywnych zasad jest zawsze jakieś odstępstwo. Kobiety zamężne noszą chusty, ale rabin pozwala nosić ją także starej pannie, dla świętego spokoju, żeby nie narażała się na zbędne pytania. Podobnie jest ze swatami: w grę wchodzą różni kandydaci, krzyżują się różne zdania. Wybiera dziewczyna.

    Kuchenka rabina

    Oglądając film Burshtein, myśli się o "Rozważnej i romantycznej" Anga Lee według powieści Jane Austen. Tak jak tam w wielkim zbliżeniu (dosłownie: film operuje bliskimi planami) obserwujemy grę uczuć, proces rozpoznawania tego, "co czuje serce" 18-letniej dziewczyny. Ostatecznie zlikwidowana zostaje sprzeczność między rozwagą i romantyzmem, pragnieniem wspólnoty i własnym. Obyczaj swatów w filmie Burshtein nie jest ukazany jako przymus, lecz jako rodzaj przymiarki, okazja do poznania własnych uczuć. Ostatnie słowo należy do Shiry, choć w końcu okazuje się zgodne z intuicją matki. Czy jest to ugięcie się przed wolą rodziny? Bunt dziewczyny przeciw tej woli okazał się nieistotny, był manifestacją jej samodzielności, w gruncie rzeczy chciała bowiem tego samego co matka, ale musiała dojść do tego sama.

    Ten film jest przypowieścią o chasydzkiej duchowości. Kluczem do niej wydaje się prawda uczuć, ich rozpoznanie, dokonanie właściwego wyboru, wewnętrzna zgoda są tym, co świętuje wspólnota.

    Motywem przewodnim weneckiego festiwalu jest religia - jej strona destrukcyjna i kreatywna, ciemna i jasna. Seidl w "Raju: wierze" i Anderson w "Mistrzu" ukazywali religijne dewiacje, manipulacje, szalbierstwa, dokonujące czasem cudów. Malick w "Cudzie" modli się publicznie, chce sfotografować Pana Boga, popadając w patetyczny kicz. W filmie Burshtein jest jeszcze inaczej: tutaj Bóg jest pomiędzy ludźmi.

    Trzeba iść do rabina. Przyjmuje w małym pokoiku. Ma siwą brodę, kapelusz i jasną marynarkę w złote wzorki, co nadaje mu cyrkowo-teatralny wygląd. Shira ma powiedzieć głośno o swoich uczuciach wobec Yochaya. Rabin jest po to, by mogła je sformułować. Ale gdy zaczyna mówić, do pokoju rabina dobija się stara kobieta, chce rady: nie wie, jaką ma kupić kuchenkę. Nie ma kogo spytać, bo jest samotna. Koniecznie trzeba kogoś spytać, czy to w sprawie małżeństwa, kuchenki czy Pana Boga. Na pytaniach, odpowiedziach i wynikających z nich kolejnych pytaniach przebiega życie wspólnoty. Rabin radzi kobiecie: kup taką kuchenkę jak moja! A ona kaprysi, krytykuje kuchenkę rabina. Teraz już wie, jakiej potrzebuje - obecność autorytetu pomogła jej znaleźć własną drogę. Pan Bóg - w świetle tego filmu - jest właśnie po to, żeby człowiek, jak w lustrze, mógł odnaleźć swoją prawdę.

    wyborcza.pl/1,76842,12424673,_Wadjda__i__Zapelnij_pustke___Ortodoksja_w_Wenecji.html
  • 06.09.12, 13:29
    rozpieszczasz nas, Barbasiu :] Dzięki. zaraz czytam.
  • 07.09.12, 15:17
    kultura.gazeta.pl/kultura/1,114438,12431294,Nowy_film_Malicka__To_The_Wonder___wybuczany__w_Wenecji_.html
    "Nowy film Malicka "To The Wonder" "wybuczany" w Wenecji. Publiczność podzielona.
    Jedne z najgorętszych nazwisk Hollywood w obsadzie (Ben Affleck, Rachel McAdams, Javier Bardem, Olga Kurylenko), wielkie nazwisko reżysera i jeszcze większe oczekiwania. Ale nawet to nie wystarczyło - nowy film Terence'a Malicka :To The Wonder" podzieliła publiczność festiwalu filmowego w Wenecji wywołując tyle oklasków, co gwizdów. Czyżby historia zatoczyła koło?"
    [...]

    Zarzuty?

    W zasadzie te, co zwykle - w przypadku Malicka: że nazbyt idealistyczny, że pretensjonalny, że "przerost formy nad treścią" i "naiwna zabawa w Boga z kamerą".

    Szczególnie dużo kontrowersji wywołuje zabieg zminimalizowania dialogów pomiędzy Bardemem, McAdams i Affleckiem i pokazania emocji przez serie gestów czy wyrazów twarzy, które szczególnie Benowi Affleckowi wychodzą ponoć w "żałosny i drewniany sposób".

    - Ten film wygląda jakby reżyser kazał aktorom po prostu błąkać się po planie i wyglądać na cierpiętników - czytamy w Screen International. To przypomina nam krytyczne wypowiedzi Seana Penna o jego roli w "Drzewie życia": - Zastanawiam się do tej pory, jakie ja w ogóle miałem w tym filmie zadanie...

    A zalety?

    Też te, które wraz z nazwiskiem Malicka wymienia się najczęściej. - To film odważny, skrajnie oryginalny, bezkompromisowy w swoim pięknie - napisał krytyk brytyjskiego The Independent. - Tylko Malick mógł nakręcić coś takiego.

    O trwającym 112 minut filmie magazyn "Time" napisał natomiast: - To być może najdłużej trwający film eksperymentalny, wymagający skupienia i koncentracji. Ale w zamian daje tysiąc razy więcej. W dobie karłowatych filmów o zerowej wartości artystycznej, to prawdziwy cud. "


    :)
  • 07.09.12, 17:33
    Kręcisz nosem Greku na Wenecję, a Tadeusz Sobolewski mówi, że tegoroczny festiwal w Wenecji jest ciekawszy niż ten ostatni w Cannes! Zaskakuje filmami do końca.

    69. festiwal filmowy w Wenecji. Ciekawiej niż w Cannes
    Tadeusz Sobolewski, Wenecja 2012-09-07,

    Uporczywie powracał tu temat religii lub motyw religijny podejmowany z różnych pozycji - od strony wiary lub niewiary, po chrześcijańsku, żydowsku, buddyjsku, po świecku. Jutro werdykt jury festiwalu w Wenecji

    Religia jako akt miłości u Malicka. Jako wieczne pytanie, które "wypełnia pustkę", w filmie ortodoksyjnej Żydówki Burshtein. Jako szarlataneria u Andersona i reakcyjna siła polityczna u Bellocchia. Jako próba przekroczenia granic poznania lub reakcja na bezradność wobec problemów świata. W filmie "Pieta" Kim Ki Duka - to faworyt krytyków - w kapitalistycznym piekle chrześcijańskie miłosierdzie łączy się z buddyjskim współczuciem.

    Festiwal wenecki wyszedł z niszy. Było ciekawiej niż w zeszłym roku, kiedy główne atuty konkursu wyczerpały się po kilku dniach ("Rzeź" Polańskiego, "Wstyd" McQueena, "Niebezpieczna metoda" Cronenberga). Teraz Wenecja zaskakuje do końca. Konkursowe filmy dotykają nerwu współczesności, wchodzą z nią w dialog. Kto zasłuży na Lwa? Paul Thomas Anderson za "Mistrza", Kim Ki Duk za "Pietę" czy budzący entuzjazm Włochów Bellocchio za "Śpiącą piękność"?

    Fantomy pop

    Religia - jako pusty rytuał - pojawia się także u Harmony'ego Korine'a w filmie "Spring Breakers", jednej z rewelacji ostatnich dni festiwalu. Tytuł odnosi się do wiosennych ferii, karnawału amerykańskiej młodzieży. Cztery nastolatki jadą na Florydę wyszaleć się, przeżyć "romantyczną przygodę". Ich idolem staje się umięśniony, złotozęby diler narkotyków i handlarz bronią, którego gra zmieniony nie do poznania James Franco - Allen Ginsberg z filmu "Skowyt".

    Korine, autor scenariusza "Dzieciaków", nadzieja amerykańskiego kina niezależnego, ceniony przez Van Santa, Herzoga i von Triera, ukazuje przygodę swoich bohaterek w formie pastiszowej bajki bez morału, którą nazywa "poppoematem". W otwierającej sekwencji orgiastycznego tańca w basenie podrygują nagie ciała oblewane oranżadą z puszek i alkoholem. Dziewczynom patronują podrywacze w typie chippendales. Obrazek ten nie różni się od wakacyjnych wideoklipów i reklamowych spotów, tak jak obrazy Warhola nie różniły się od obiektów, które kopiował - reklam czy sklepowych etykietek.

    Ekran zaludniają popkulturowe fantomy. Dziewczyny przejmują atrybuty maczo. W świetle księżyca, pod palmami, wokół białego fortepianu, na którym złotozęby gra piosenkę Britney Spears, tańczą, trzymając w rękach karabiny. Na głowach mają kolorowe kominiarki jak Pussy Riot, ale o nic nie walczą, lunatycznie podporządkowane obowiązującemu stylowi. Za chwilę napadną na bank, żeby mieć za co przedłużyć ferie, a w międzyczasie będą telefonować do domu: - Mamo, tu jest wspaniale, po powrocie wezmę się do pracy! Korine surrealistycznie zagęszcza styl, od imitacji przechodzi do stylizacji. Potoczność staje się monstrualna, trochę jak u Masłowskiej w "Wojnie polsko-ruskiej...". Bo też raj na Florydzie to spełnione marzenie bohaterek tamtej powieści, ten sam kulturowy krąg.

    Korine bywa porównywany do Tarantino. Nietrafnie. Tarantino kocha popkulturę, bawi się nią - w "Death Proof" pościg dziewczyn za kaskaderem prześladowcą budzi dziecięcą, kinową radość. Korine popkulturę przedrzeźnia, podstawia jej lustro. "Spring Breakers" działa jak przedawkowany ekstrakt panującej mody odtworzonej w skali 1:1. Można delektować się nią aż do mdłości.

    Krwawe Agnus Dei

    "Pieta" Kim Ki Duka, koreańskiego reżysera, który w poprzednim filmie - "Arirang" - dał świadectwo własnej depresji, wydaje się jej przezwyciężeniem. "Pieta" w pierwszej chwili przywodzi na myśl dawny film wielkiego Kurosawy, również będący reakcją na depresyjny stan ducha: "Dodes'ka den" - metaforyczną przypowieść o ludziach na śmietniku cywilizacji

    W filmie Kim Ki Duka, zrealizowanym pół wieku później, śmietnik budzi nostalgię - to autentyczny fragment starego Seulu, resztka z czasów dawnego kapitalistycznego boomu. Parterowe warsztaty ślusarskie, składowiska złomu fotografowane są tak sugestywnie, że niemal czuje się zapach smarów. Właściciele tych rodzinnych warsztacików są dziś wykurzani przez macherów oczyszczających teren pod budowę biurowców, symboli globalizacji. Pracuje dla nich bohater filmu, egzekutor ściągający od rzemieślników niemożliwy do spłacenia haracz. Tu jednak kończy się realizm.

    Młody samotnik egzekutor jest odczłowieczonym produktem nowych czasów, istnym demonem zagłady. Jego pojawienie się w drzwiach warsztatu oznacza dla właściciela torturę albo śmierć. Na realistycznie zarysowanym miejskim tle rozwija się przypowieść o nawróceniu. U egzekutora pojawia się nieznajoma kobieta. Podaje się za jego matkę, która opuściła go w dzieciństwie. Wraca, aby go przeprosić. Jest wobec niego oddana, gotowa na wszelkie poniżenia.

    Znosząc je, rzekoma matka przywiązuje do siebie syna, budzi w nim ludzkie odruchy. Nagle odwraca się od niego: nie jestem twoją matką! I teraz ona rani jego serce, pokazuje, co znaczy cierpieć. Jej zemsta paradoksalnie budzi w nim współczucie. Trzeba więc było zła, cierpienia i czyjegoś bezgranicznego poświęcenia, żeby "zgładzić grzechy świata"? W finale skumulowane zło obraca się w swoje przeciwieństwo. Buddyjska nauka o przenikającym świat cierpieniu krzyżuje się tu z chrześcijańską nadzieją. Czy jest wyjście z kręgu przemocy? Jak poprzez przemoc dojść do oświecenia?

    Trudne do ogarnięcia jest przesłanie filmu Kim Ki Duka, ostrego jak brzytwa i znakomicie zrealizowanego. Jest tak głębokie czy tak bełkotliwe?
    16 minut owacji

    73-letni Marco Bellocchio - sumienie demokratycznej lewicy - w filmie "Śpiąca piękność" przywołał sprawę Eluany Englaro, która w 2009 r. podzieliła kraj, rozbudziła tendencje autorytarne i rozogniła polityczne konflikty, także wewnątrz samej prawicy. Film Bellocchia poruszył włoską widownię do tego stopnia, że po galowym pokazie urządzono reżyserowi 16-minutową owację. Bellocchio zrobił film dotkliwy zarówno dla polityków, jak i dla Kościoła, który pomoże Włochom otrząsnąć się po cynicznych rządach Berlusconiego.

    Eluana po wypadku zapadła w stan komy. Przez 17 lat sztucznie podtrzymywano jej życie, a może tylko odruchy wegetatywne? Ojciec rozpoczął starania, by pozwolić córce umrzeć - i stał się obiektem nagonki. Przed szpitalem w Udine, gotowym odłączyć aparaturę na mocy wyroku sądowego, pojawili się demonstranci broniący życia, wśród nich niepełnosprawni na wózkach z transparentami: "Zabij mnie także". Przedstawiciele Kościoła ogłaszali: Eluana żyje, tylko śpi. To samo powtarzał premier Berlusconi.

    Co było kwestią sumienia i odpowiedzialności lekarzy oraz najbliższej rodziny, stało się sprawą publiczną, rozstrzyganą w kategoriach polityki, ideologii i wiary. Rząd za aprobatą Watykanu miał przedstawić dekret zakazujący lekarzom zaprzestawania "uporczywej terapii".

    Aparatura Eluany została jednak odłączona. Kobieta po kilku dniach ostatecznie zmarła, będąc pod wpływem środków uśmierzających ból, na wypadek gdyby go odczuwała.

    Bellocchio na konferencji cytował słowa postaci kojarzonej z odnową Kościoła - zmarłego niedawno mediolańskiego kardynała Carlo Martiniego, tego samego, który w ostatnim wywiadzie miał powiedzieć, że "Kościół jest spóźniony o 200 lat". Martini cierpiał na chorobę Parkinsona. Wypowiadał się o "prawie do śmierci" i sam w ostatnim czasie odmówił "niepotrzebnej i uporczywej terapii". W filmie przywołane są także słowa Jana Pawła II: "Pozwólcie mi odejść do domu Ojca".

    "Śpiąca piękność" nie zajmuje się bezpośrednio przypadkiem Eluany - tamta sprawa jest w tle, jej odpryski widać na ekranach telewizorów. Bohaterami filmu, rozgrywającego się w ciągu kilku dni przed śmiercią Eluany, są fikcyjne postacie przeżywające podobny problem.
  • 07.09.12, 17:33
    cd.
    "Śpiąca piękność" nie zajmuje się bezpośrednio przypadkiem Eluany - tamta sprawa jest w tle, jej odpryski widać na ekranach telewizorów. Bohaterami filmu, rozgrywającego się w ciągu kilku dni przed śmiercią Eluany, są fikcyjne postacie przeżywające podobny problem. Prawicowy senator, który w tej sprawie zamierza głosować przeciwko swojej partii, ponieważ kiedyś sam uległ prośbie umierającej żony, by skrócić jej cierpienie. Córka senatora, katoliczka należąca do ruchu pro-life, która zakochuje się w chłopaku, ateiście, i zaczyna rozumieć decyzję swego ojca. Młody lekarz, który walczy o życie kobiety podejmującej nieustanne próby samobójcze - w kulminacyjnym momencie zostawia jej wolność, a ona wybiera życie.

    Ironiczny wydźwięk ma wątek Wielkiej Aktorki (Isabelle Huppert), której córka znajduje się w podobnym stanie jak Eluana. Aktorka popada w kult "śpiącej piękności", zarzuca karierę, poświęca się czuwaniu. Trudno jednak nie dostrzec, że nadal gra - tym razem rolę świętej. Każda z osób pozostaje wolna w swoich wyborach. Każda spotyka oponenta. Każda kocha.

    Problem eutanazji - której złowrogie perspektywy przedstawił dosadnie Houellebecq w "Mapie i terytorium" (szwajcarska "klinika eutanazji" nosi tam, podobnie jak w rzeczywistości, nazwę Dignity) - musi być powierzony indywidualnemu sumieniu i odpowiedzialności. Pytanie o eutanazję zawarte jest także w "Miłości" Hanekego. Problem dlatego jest tak trudny czy wręcz niemożliwy do generalnego rozstrzygnięcia, że w grę wchodzi czynnik egoizmu: to my, żywi, nie możemy znieść czyjegoś cierpienia i pragniemy, aby się skończyło. Lub przeciwnie - to my nie chcemy się za nic rozstać z bliską osobą, jak aktorka u Bellocchia, dla której śpiąca córka staje się oddychającą relikwią.

    "Śpiąca piękność" chwilami razi deklaratywnością, kojarząc się z serialem telewizyjnym, ma jednak nieocenioną zaletę - ten film tworzy przestrzeń spotkania dla myślącego widza. Obudzi dyskusję, która pomiesza szyki, wyjdzie poza partyjno-kościelne interesy.

    Dlaczego nas tam nie ma?

    W tej sytuacji czy można jeszcze się dziwić, że nie ma naszych filmów w konkursie? Ktoś powiedział niedawno o polskim kinie: to tylko historyjki, etiudy. Nie mamy kina, które ryzykuje prawdziwą debatę, nawet gdyby miała ona interesować tylko nas samych.

    Pozazdrościłem Olivierowi Assayasowi filmu "Po Maju", do którego warto jeszcze wrócić. Jest to pasjonująca, wierna w szczegółach kronika własnego pokolenia - maturzystów z lat 70. biorących udział w młodzieżowej rewolcie, kontynuacji francuskiego Maja '68, z jej iluzjami i niebezpieczeństwami.

    Wszystko to ukazane bez idealizacji, ale też bez poczucia wyższości, jako etap życia, którego nie da się wykreślić. Byłem w tym - chce powiedzieć Assayas - choć nie wierzyłem w to wszystko. Jego bohaterowie biorą w czymś udział, powtarzają pewne hasła, ale to ich nie określa do końca. Jak mówi Agamben, przychodzimy zawsze "po jakichś wydarzeniach" i dopiero patrząc wstecz, szukamy sensu tego, co robiliśmy.

    Dla bohatera Assayasa tamten czas jest częścią indywidualnego dojrzewania przyszłego artysty, filmowca. Udało się pokazać coś, co reżyser nazywa "hedonizmem rewolty" - przygodą związaną z konspiracją i ucieczkami przed policją, z kulturą tamtych lat, muzyką, kinem, lekturami, psychodelią, podróżami, wolną miłością. Jak o tym mówić bez mistyfikacji? W tym filmie to się udało.

    "Po Maju" oglądany z polskiej perspektywy ma jeszcze jedną zaletę - zmusza do porównań. Na takich samych powielaczach, na jakich chłopcy z podparyskiego liceum Pascala odbijają swoje ulotki, u nas drukowali biuletyny młodzi KOR-owcy.

    Źródło: Gazeta Wyborcza

    wyborcza.pl/1,75248,12438262,69__festiwal_filmowy_w_Wenecji__Ciekawiej_niz_w_Cannes.html
  • 08.09.12, 13:47
    dzięki za kolejny odcinek, Barbasiu.
    wiesz, czytając o "Piecie", "Śpiącej..." czy o "Spring Breakers", a wcześniej
    o "Masterze", zaczyna mi się ta cała impreza podobać :]
    Te opisy brzmią naprawdę nieźle, ciekawie, kiedy chodzi o tematykę filmu
    i możliwe interpretacje.
    Rozkręcało się to wolno, ale te ostatnie doniesienia, z ostatnich dni, jakoś
    lepszą barwą malują ten festiwal.

    A jak Twoje wrażenia, siłą rzeczy, czerpane z korespondencji ?
  • 10.09.12, 00:44
    :)
    Cała przyjemność po mojej stronie.
    cdn.

    Złoty Lew dla Kim Ki-duka. Anderson "tylko" z nagrodą dla najlepszego reżysera
    .mwi08.09.2012 ,
    kultura.gazeta.pl/kultura/1,114438,12449620,Zloty_Lew_dla_Kim_Ki_duka__Anderson__tylko__z_nagroda.html
    Lista nagrodzonych w najważniejszych kategoriach:

    Złoty Lew - najlepszy film "Pieta" Kim ki-duk
    Srebrny Lew - najlepszy reżyser Paul Thomas Anderson - "The Master"
    Puchar Volpi - najlepszy aktor Joaquin Phoenix i Philip Seymour Hoffman - "The Master"
    Puchar Volpi - najlepsza aktorka Hadas Yaron - "Fill The Void"
    Specjalna nagroda jury Ulrich Seidl - "Paradise: Faith"/"Raj: wiara"
    Nagroda im. Mastroianniego - najlepszy młody aktor Fabrizio Falcone - "Dormant Beauty", "It Was The Son"
    Najlepszy scenariusz Olivier Assayas - "Something In The Air"
    Wyróżnienie techniczne Daniele Cipri - "Il Stato E Figlio"
    Nagroda im. Luigi De Laurentiis - najlepszy pierwszy film "Kuf: Mold" Ali Aydin
    Horyzonty: najlepszy film "Three Sisters" Wang Bing
    Horyzonty: nagroda jury "Tango Libre" Frederic Fonteyne
  • 10.09.12, 12:52
    oba brzmialy ciekawie, wg mnie, w opisie korespondencyjnym przynajmniej.

    mogliby dorzucać zawsze jakieś uzasadnienie werdyktu :], o ile jury jest
    zobowiązane do sporządzania takowego.

    dzięki za covering tegorocznej Wenecji, Barbasiu.
  • 05.09.12, 23:59
    Moja w tym wielka przyjemność. :)

    Ja też.

    Poczekamy zatem na frykasy do przyszłego roku. :)
  • 02.09.12, 14:12
    po primo, co za jazda... wczoraj rocznica wybuchu 1 wojny światowej, a TVP o
    20:20 daje... Pearl Harbour :] Ci ludzie zabiliby śmiechem nawet największego ponuraka.
    To już nawet pod termin "dyletanctwo" sie nie kwalifikuje.

    po drugo, jeszcze w miarę dobrze słyszę, ale kiedy ogłuchnę, to wiem, ze TVP
    będzie mnie miała w nosie. Ile programów dziennie TVP leci z wersją dla
    niesłyszących ? Kilka. I to na wszystkich kanałach. Czeska publiczna Ctv KAZDY
    dokument i fabularny film wypuszcza wyposazony w taką wersję [str 888]. KAŻDY.
    To jest właśnie róznica cywilizacyjna. W dodatku TVP cenzuruje dialogi.
    Jak w filmie jest "wypchaj się", to w wersji dla niesłyszących jest "daj spokój" :]
    Tak jakby "wypchaj się" było jakimś przestępstwem czy wulgaryzmem. SKracanie
    wypowiedzi dominuje w tych wersjach, przeinaczanie, albo dowolna interpretacja.
    Koszmar wcielony. Nie wiem, na co idzie abonament, jesli nie idzie na takie
    rzeczy, żeby głuchmanom załatwić komfort oglądania wszystkich programów typu
    dokument/fim. Znaczy się : wiem, na co idzie, pytam retorycznie.

    orajt, "POkerowy blef, Lucky You" - Maniu, dzięki za cynk.

    nie postawię go wyżej od innych filmów, które oglądałem dotyczących hazardu, kart,
    generalnie tego co sie dzieje przy stoliku w kasynie albo w spelunie jakowejś, niemniej :
    nie było tak najgorzej.

    Bohaterem jest pokerzysta, który jak wygra tysiaka, to zaraz przegra w taki sposób, że
    ma dwa tysiaki długu. Taki typ. Gra nałogowo. Nie jest hazardzistą w pełnym znaczeniu
    tego słowa, czyli : nie liczy na ślepy traf. Jego konikiem jest teksański poker, czyli
    odmiana klasycznego, czyli - najpopularniejsza obecnie forma karcianej gry na świecie.
    Hold'em Texas nie jest hazardem, jest grą taktyczną, w ktorej nadal chodzi o to, żeby
    mieć jak najlepszą konfigurację kart, ale decyzje o licytacji i całej reszcie podejmuje się
    kalkulując procentowe szanse na wygranie rozdania na podstawie liczenia kart i próbie
    dojścia jakie możliwosci ma przeciwnik i jak się one mają do własnego układu. 2 karty są
    własne- zakryte, na stole są 3, potem 4, a w ostatnim akcie 5 - wszystkie odkryte i tak odbywa
    się podbijanie stawki, a potem finalne sprawdzenie - odkrywacie własne i sprawdzacie czy
    tworzą jakąkolwiek wartośc z którąś/którymiś z odkrytych. Ewentualnie : pas. Zatem : matematyka, umiejętnośc szybkego liczenia i przewidywania, ale i również psychologia, umiejętność blefowania, zyskiwania przewagi, maniuplacji przeciwnikiem i jego decyzjami
    za pomocą własnych ruchów.

    w takiego pokera tnie nasz bohater.
    Kluczem do jego życia jest relacja z ojcem - a jakże : mistrzem świata w pokerze teksańskim.
    Starszym, kulturalnym panem, kapitalnie granym przez niezawodnego Roberta Duvalla. Ojciec był kiedyś niezłym agentem, okradał własną żoną z pieniędzy, zeby móc zagrać; tonął w dłuach, zaniedbywał syna... I teraz syn ma do niego żal : uważa, ze stary wpędził matkę do grobu i generalne był łajzą. Pogłębia tę niechęć fakt, ze ojciec ogrywa go w pokera za każdym razem, kiedy spotkają się przy stole. Ogrywa go w towarzystwie, ogrywa go w grze jeden na jeden w małym barze, ogrywa go zawsze i wszędzie.

    Syn tym bardziej do starego ma niechętne podejście, bo widzi dokładnie, ze powiela
    jego błędy : oszukuje własną dziewczynę, początkującą szansonistkę w kasynie w Las Vegas,
    "pożycza" od niej pieniądze bez pytania, zgrywa się do nitki, zaciąga kłopotliwe długi, łażą za
    nim wierzyciele, pakuje się w idotyczne zakłady : np. że w 3 godziny zrobi 18 dołków pola golfowego. Rozgrywa więc szaloną partię golfa, towarzyszą mu w tym właśnie ta dziewczyna [ze stoperem mierzącym czas] i druga strona zakładu, grubasek z kasą :] Nasz bohater przegrywa o... 2 sekundy. I ma pretensje do swojej dziewczyny, że nie zatrzymała sekundnika
    wcześniej, słowem : nie przyszło jej do głowy, żeby kantować na jego korzyść. Rozstają się, bo ona ma takiego cyrku dość.

    Aż wreszcie pojawia się szansa : mistrzostwa świata w pokerze. Nasz gośc kwalifikuje się tam z niemałym trudem, dociera do finałowej ósemki i staje w grze naprzeciw własnego staruszka. Może z nim wygrać, ale podkłada się, przegrywa. Ojciec pyta go później 'dlaczego ?", na co on "to był twój dzień, twoja chwila, nie chciałem ci tego zepsuć". Po odpadnięciu chłopaka ojciec zostaje w ścisłym finale z jakimś młokosem i przegrywa. Ale - i synalek i tatulek nie wychodzą z pustymi rękoma : dostają sowite nagrody, dobrze ponad pół miliona zielonych. Tak płacą w takich mistrzostwach. Rok temu wygrał młody chłopak z Niemeic, zarobił całą górę
    kasy.

    A po grze, są już jakby pogodzeni, jakby wyparowała z nich niechęc - ofk, do której przyczyniło się kilka rozmów jakie ze sobą odbyli, i w których stary przekonał syna, ze matka wybaczyła mu przed śmiercią jego niecne postępki, na dowód czego dostał od niej na pamiątkę obrączkę, którą zawsze nosiła. I co robią ? ano stają do gry jeden na jeden. I znów stary ogrywa młodego do gołej skóry. MŁodemu zostają 4 dolce z tego pół miliona baksów co je przed chwilą wygrał. Taki typ.

    niemniej - jest zadowolony, bo, jak to w takich sytuacjach - wraca do niego utracona dziewczyna :]
    a Las vegas pełne jest kasyn i salonów gier, w których za chwilę się odegra. Po to, by
    za dwie chwile znów być golcem.

    Niezly film sam w sobie, z perełką Robertem Duvallem, wartym każdej sekundy spędzonej
    na oglądaniu jego aktorstwa.
    Świetna scena w barze, kiedy ojciec i syn rozmawiają stricte o pokerze i strategii. Same
    sekwencje partii pokerowych na zawodach - jakoś za dużo w nich pogaduszek i prowokacji słownych graczy wobec siebie. W prawdziwym pokerze nikt się nie odzywa.

    w partii końcowej, finałowej Ósemce turnieju - jedna kobieta :]
    paprotka :]
    Pani po 50, atrakcyjna niezwykle, ale... jedna i samotna.
    Slowem : zabawa to dla facetów, ale jedną babkę wam tam wrzucimy, żebyście
    nas o seksizm nie posądzili, hehe.

    Eric Bana w głównej roli zupełnie mnie nie przekonał, wyglądał jakby nieustannie
    cisnęły go buty. Taką miał minę. Skrzywdzony by nieustannie. Skutkiem tego
    stworzył postać malo ciekawą, szarą i pozbawioną charmu. Byl to/jest to film
    Roberta Duvalla i chwała mu za to.

  • 02.09.12, 14:42
    O właśnie, też byłam zaskoczona i wręcz zbulwersowana, że w rocznicę wybuchu wojny pokazano amerykański film o Pearl Harbour! Gdzie tu sens i logika? Ten film powinien lecieć chyba w grudniu. Szkoda słów.
  • 02.09.12, 16:08
    No bo w weekend nie należy spodziewać się od telewizji misyjnej poważnej tematyki, ludzie chcą drinkować, grillować, a nie zamartwiać się;) I reklamodawcom tez nie spodobałyby się te smutne kwestie.
  • 03.09.12, 13:55
    w grudniu pokażą film o zrzucaniu bomby na Hiroszimę.

    Siostro, skoro oni, w tej tiwi, potrafią w Wiadomościach
    pomylić flagę Rosji z flagą ZSRR, to w zasadzie... jak
    w piosence : nie dziwi [już] nic.
  • 03.09.12, 14:41
    Może by i puścili taki film, ale tylko amerykański i z wątkiem romansowym :)
    Tak, ta historia z flagą była zdumiewająca :)
  • 04.09.12, 16:15
    grek.grek napisał:
    > rocznica wybuchu 1 wojny światowej, a TVP o 20:20 daje... Pearl Harbour :]

    Jeszcze czegoś takiego nie było!
    Amerykanizacja na całego.

    "POkerowy blef, Lucky You"
    Twoja opowieść świetna, a film raczej dla wielblicieli filmów o hazardzie.

    > w partii końcowej, finałowej Ósemce turnieju - jedna kobieta :]
    > paprotka :] [...] > Slowem : zabawa to dla facetów, ale jedną babkę wam tam wrzucimy, >żebyście nas o seksizm nie posądzili, hehe.

    Ha,ha!
    :)
  • 04.09.12, 16:19
    O, teraz zauważyłam, że Grek pomylił cyferkę :)
  • 04.09.12, 16:21
    A patrzyłam na tę "1" i nie widziałam ... ;)
  • 05.09.12, 13:10
    w akcie oddania i zawierzenia Wielkiemu Bratu niebawem
    oficjalną datą rozpoczęcia 2 [dzięki za poprawkę] wś trzeba
    będzie ogłosić właśnie dzień ataku na Pearl Harbour :]

    trochę "Blef" ma z obyczajówki także, gdzieś tam próbuje
    spojrzeć na zachowania nałogowego gracza i jego relacje z
    otoczeniem, ale istotnie głębokim i ambitnym kinem psychologicznym
    trudno byłoby to nazwać, hehe.
  • 05.09.12, 23:48
    Tak będzie i to nie jest śmieszne.

    :)
  • 03.09.12, 13:40
    Jutro w Kulturze o 18.40. Krótki film Wajdy z 1968 r. wg. opowiadania Lema.
    Bohaterem jest kierowca rajdowy, który miał tak dużo transplantacji, że trudno określić kim właściwie jest :)
    Widziałam ten film bardzo dawno, pewnie się trochę zestarzał, ale warto zobaczyć choćby dla przezabawnego Bogumiła Kobieli w roli głównej.
  • 04.09.12, 15:58
    W filmie wystąpiło nawet dwóch Kobielów, obok Bogumiła Kobieli pojawił się jego rodzony brat, Marek. Widziałam kiedyś! Świetna, zabawna komedia.

    I motyw transplantologii organów, w czasach, kiedy powstawał film science fiction dziś już rzeczywistość.

    I pytanie, na ile człowiek z przeszczepionymi (licznymi) organami od innych dawców jest pozostaje sobą.

    :)


  • 04.09.12, 16:02
    Wczoraj przypomniałam sobie ten film via youtube. Wciąż jest zabawny :)
    Tak, brat Kobieli zagrał brata-kierowcę z szatańskim śmiechem :)
  • 04.09.12, 16:18
    O! Jak na youtube jest ten film, to trzeba zalinkować go tu:

    www.youtube.com/watch?v=2plYm6GyZFo&feature=related

    >z szatańskim śmiechem :)
    Tak, tak. Pamiętam. :)
  • 05.09.12, 22:45
    Guy de Maupassant (1850–1893). To cytat na dziś.

    a na przedwczoraj brzmi tak:

    "Pospolitość jest domem.
    Codzienność jest jak matka".
    Fernando Pessoa (1888–1935)

    To motto szalenie ciekawego tekstu Tadeusza Sławka ""Mędrcy", poświęconego tekstom piosenek Beatlesów, który zamieszczony był w najnowszym w Magazynie Świątecznym (GW) z 1-2 września 2012 r.

    "The Beatles - pisze Sławek- śpiewali o życiu, upływającym czasie i banalnej codzienności, którą musimy ocalić, jeśli chcemy pozostać przy zdrowych zmysłach. Bowiem w ostatecznym rozrachunku to codzienność zbawia człowieka".


    Nasłuchać się nie mogę tego Lorenca -
    www.youtube.com/watch?v=hvGat82JErw&feature=related
    :)
  • 06.09.12, 13:41
    u mnie, w kalendarzu, sentencja na dobry dzień sprzed 3 dni brzmiała :
    "Mężczyzna może być szczęśliwy z kobietą, pod warunkiem,że
    jej nie kocha", podpisano : Oscar Wilde. ;]

    Cytaty Twoje - mądre.
    Pytanie, z czego ta codzienność jest utkana, pewnie dla każdego z
    czego innego... MOże chodzi o to, zeby swoją własną "codzienność"
    tak skonstruować, aby była niezwykła dla nas samych i miała ten
    dobry i pożądany odcień owej codzienności, a nie ten drugi - kojarzący
    się z marazmem i stagnacją ?



  • 07.09.12, 15:53
    grek.grek napisał:

    > u mnie, w kalendarzu, sentencja na dobry dzień sprzed 3 dni brzmiała :
    > "Mężczyzna może być szczęśliwy z kobietą, pod warunkiem,że
    > jej nie kocha", podpisano : Oscar Wilde. ;]

    Hahaha :)))

    ://

    Oscar Wilde - to wszystko wiadomo.
    Leciał na chłopów, dlatego takie głupoty pisał.

    > . MOże chodzi o to, zeby swoją własną "codzienność"
    > tak skonstruować, aby była niezwykła dla nas samych i miała ten
    > dobry i pożądany odcień owej codzienności, a nie ten drugi - kojarzący
    > się z marazmem i stagnacją ?

    Tak, mniej więcej właśnie o to chodzi ...

    Sławek pisze o "przerwie" w codzienności, "po której niechybnie do tejże codzienności wracamy", ale - mówi dalej Sławek wystarczy ów moment, mówiąc po Schultzowsku, "trzynastego miesiąca", by wprowadzić w nasze życie odmianę.

    :)






    Greku, czy nie jest to aby jakiś mizoginiczny kalendarz? Wyrzuć go lepiej. ;))
  • 07.09.12, 16:04
    Jako wielbicielka Wilde'a stanowczo protestuję przeciw określeniu "głupoty pisał" :)
  • 07.09.12, 16:55
    Miałam na myśli ten przytoczony przez Greka cytat. Też lubię Wilde'a.
  • 08.09.12, 13:50
    hehe, ale jakby się zastanowić, to jakiś sens by można z tego
    wydobyć. Ponoć najlepiej sprawdzają się związki, które łączą
    namiętność z przyjaźnią, bez ochów, achów i innych aktów strzelistych :]
    więc może stary Oscar coś tam celnie spuentował ?...

    haha, nie to kalendarz całkiem... normalny :]

  • 06.09.12, 18:32
    Przyznaję szczerze, liczyłam na Beatlesów:) Domyślam sie, że ten artykuł jak i inne peany medialne pojawił się w związku 50-leciem istnienia zespołu.
    To może coś z "Withnail i ja" ( polecamy z Siostrą, do upolowania w kulturze), żeby pozostać w tematyce filmowej: www.youtube.com/watch?v=F3RYvO2X0Oo

    Ps. Teraz na mnie kolej, tj. na podsumowanie lata w plenerze, od jutra do niedzieli:) Barbasiu uważaj na siebie. Bliską znajomą parę dni temu napadnięto i podduszono w biały dzień dwa kroki od domu. Na szczęście skończyło się na siniakach i strachu, tudzież utracie paru doczesnych dóbr. Nie żebym straszyła, ale np. mną też trzeba solidnie wstrząsnąć.

  • 06.09.12, 18:37
    To jedna z moich ulubionych piosenek Beatlesów :)
    Teraz można paść ofiarą napadu nawet w biały dzień w środku miasta, niestety. Szczęście, że znajomej nic się nie stało.
  • 06.09.12, 21:23
    Z Beatlesów najlepiej lubię twórczość Lennona:), jako że zagorzałą fanką zespołu raczej nie byłam i jako że wole mocniejsze uderzenie. Trzeba im przyznać, że multum hiciorów wyprodukowali, i trudno coś wybrać. Fajnie brzmi Truskawkowe Pole, Orkiestra Sierżanta Pieprza, ze starszych Michelle, która kojarzy mi sie (nie ma pewności, czy słusznie) z teatrem sensacji Kobrą i Edmundem Fettingiem. W którejś ze sztuk wsłuchiwał się z sentymentem w piosenkę Beatlesów, ulubiony utwór zmarłej tragicznie małżonki.
  • 07.09.12, 15:33
    Tak, z całą pewnością artykuł zamówiony w związku 50-leciem istnienia zespołu (przyjemna okoliczność dla odmiany).

    The Beatles-"While My Guitar Gently Weeps" - świetny utwór. :)


    Pepsic, udanego weekendu, pięknej pogody w plenerze i ekscytującego żegnania lata. :)


    Dziękuję, Pepsic, za troskę. :))) Nie będę więcej jeździć zbyt późno do lasu.


  • 04.09.12, 13:47
    Jutro w Kulturze, o dziwnej porze: 14.25. Kto to obejrzy? Poza mną :)
    Film George'a Cukora z 1947 r. Historia aktora (Ronald Colman), który nie potrafi oddzielić sceny od życia. W trakcie przygotowań do "Otella" staje się chorobliwie zazdrosny o swoją ex-żonę...
    Oscar za rolę Colmana. Nie widziałam tego filmu, więc nie potrafię nic więcej napisać.
    Ciekawostka: współscenarzystką jest Ruth Gordon, niezapomniana sąsiadka z "Dziecka Rosemary" :)
  • 04.09.12, 14:11
    widziałem część, dośc dawno temu [następna powtórka ? ;)], godzina na
    dokończenie jednak taka sobie... serca nie mają.A wieczorem pewnie
    znów "OBsługiwałem..." albo coś w tym stylu powielanego w nieskończoność.

    wczoraj "Lalkę" w TVP 1 zaczęli powtarzać.
    nie wiem, kto będzie oglądał o północy albo i później.
    jedno jest pewne... ja będę :]
    Znów i zawsze.
    Jestem obłudnikiem jak chodzi o stosunek do powtórek, hah.

  • 04.09.12, 16:19
    > wczoraj "Lalkę" w TVP 1 zaczęli powtarzać.
    > nie wiem, kto będzie oglądał o północy albo i później.
    > jedno jest pewne... ja będę :]
    > Znów i zawsze.

    :)
  • 05.09.12, 13:44
    wczoraj zaś 4 seria "Californication", 4 "Dextera" - same bisy :]

    i "Dwanaście małp" w TVN7, też na bis zresztą.
    [swoją drogą, Brad Pitt gra sensacyjną rolę, czubek - wypisz
    wymaluj, a cała mowa ciała, mimika, artykulacja jaką
    prezentuje, to naprawdę jest coś, od czego trudno się oderwać]

    jakoś kompletnie nie widzę wartościowym premier albo nawet powtórek
    jakowychś rzadkości, co miałoby swoją wymowę. Widać tylko powtórki
    entych powtórek.

    Kocham Kino ma wyświetlić kolejno : "Blaszany bębenek" i, to wydaje mi się
    będzie hit, "Labirynt Fauna", czyli na Torbicką jeszcze można liczyć.

    cała TVP zaś, to klęska. Prezes narzeka, ze finansowo jest krucho, i że
    na kulturę i programy dla dzieci nie starcza i ze, o zgrozo, trzeba będzie
    zwolnić 300 osób.

    Ja się pytam : tylko 300 ? :] tam 3 tysiące można by wysiudać.

    I wiesz co, słabo sie robi, jak się słucha tych tlumaczeń.
    To jak w starym dowcipie.
    Przychodzi facet do lekarza i mówi, ze jest chory bardzo.
    Lekarz go zbadał i powiada : panie, zdrowyś pan jest, do roboty !
    facet wyszedł z gabinetu, padł na kortytarzu i zmarł na zawał.
    Lekarz wychodzi, patrzy i mowi : widzicie ? wolał umrzeć niż wziąć
    się do roboty.

    wolą nadal produkowac gnioty za horrendalną kasę, utrzymywać
    stada krewnych i znajomych królika na cięzkopłatnych stołkach
    niż po prostu postawić na radykalne decyzje, zmniejszyć stanowczo
    przerosty kadrowe i płacowe kominy obniżyć. I mówia, ze... "misji
    nie moga realizować" :] No tak, bo jak trzeba coś wywalić z ramówki, to
    "misja" idzie na pierwszy ogień.

    kiedys się unosiłem argumentami o znaczeniu TVP w demokratycznym
    systemie medialnym, dzisiaj ma to w nosie :] Nie zasługują, zeby ich
    bronić, niech padają.

    co byście, Czigodni, powiedzieli na 1 kanał TVP, na nim to, co najlepsze
    z Kultury, Historii, get out z calą tą papką telenowelową, pogodynkami,
    reklamami, z calym tym badziewiem ? plus ew. jakieś godzinne wiadomości
    dla lokalnych oddziałów.

    te kanały tematyczne, to jest jakaś hucpa, tam się upycha wszystko, co
    ma nie przeszkadzać dwóm glównym kanałom TVP w działalności czysto
    komercyjnej, a zarazem ma być alibi na misyjność. Gdyby 1 i 2 naprawdę
    dbały o standardy, gdyby tego misyjnego towaru było tak dużo, ze trzeba
    by aż kanały tematyczne wprowadzać... orajt. Ale wiemy, że tak nie jest
    i że nie o to kompletnie chodzi.

    uff, no to znów zaszalałem ;]

    hehe, wiecie co - jedyna pozytywna wieśc, to taka że polscy kopacze piłki
    zostali wyrugowani z TVP, której zabrakło pieniędzy na pokazywanie ich wyczy :]
    Będą sobie grali dla tych, którzy zdecydują się
    wykupić dostęp do ich meczów. 2-3 mecze i nawet najzagorzalsi kibice
    reprezentacji nie zauważą, że jej meczów wcale nie jest im brak.



  • 06.09.12, 00:17
    > wczoraj zaś 4 seria "Californication", 4 "Dextera" - same bisy :]
    A gdzie pokazują Cali i Dexa?

    "Blaszany bębenek" widziałam wieki temu, więc chętnie sobie przypomnę.
    "Labirynt Fauna" - fajnie! :)

    > co byście, Czigodni, powiedzieli na 1 kanał TVP, na nim to, co najlepsze
    > z Kultury, Historii, get out z calą tą papką telenowelową, pogodynkami,
    > reklamami, z calym tym badziewiem ? plus ew. jakieś godzinne wiadomości
    > dla lokalnych oddziałów.

    Ale oszczędny jesteś! :))
    Ja bym chciała 3 kanały - jeden TVPInfo (jak do tej pory, serwisy wiadomości, info.z lokalnych oddziałów). 2. kanał z rozrywką, showami, serialami, telenowelami i czym tam jeszcze, które dzięki dużej oglądalności będą zarabiać na 3. kanał z dobrymi filmami, nowościami i klasyką kina, z dokumentami, tym, co najlepsze z Kultury, Historii.

    > hehe, wiecie co - jedyna pozytywna wieśc, to taka że polscy kopacze piłki
    > zostali wyrugowani z TVP, której zabrakło pieniędzy na pokazywanie ich wyczy :]

    Ożeż! Hehehe! :)))

    > Będą sobie grali dla tych, którzy zdecydują się
    > wykupić dostęp do ich meczów. 2-3 mecze i nawet najzagorzalsi kibice
    > reprezentacji nie zauważą, że jej meczów wcale nie jest im brak.

    To piłkarze już w ogóle do gry nie będą się chcieli przykładać. ;))

    Good night!
  • 06.09.12, 12:04
    O, też widziałam "Blaszany bębenek" wieki temu i niewiele zrozumiałam :)
    Tak, "Labirynt Fauna" to będzie wydarzenie. Niestety, fatalnie nałoży się na "Premierę" Cassavetesa w Kulturze :)
  • 06.09.12, 18:11
    A ja pierwsze słyszę o "Labiryncie Fauna".
  • 06.09.12, 13:36
    Good morning :]

    Cali i Dexa powtarzają te same stacje, odpowiednio : CT 1 [Californicaton 4 we wtorki, przedwczoraj leciał 10 odcinek, zostały więc dwa, ostatni jest fajny, taki nostalgiczny, z sentymentalnym zakończeniem, które - gdybyś mnie nie oświeciła, ze będzie 5 seria - potraktowałbym jako świetne zamknięcie całego serialu] i Prima Cool [Dexter4 leci w rózne dni, trzeba sprawdzać program, w ub tygodniu był tylko 1 odcinek, w tym są 3 - od sasa do lasa :)]. Dexter jest na 7 odc, zatem jeszcze 5, a potem zapewne powtórka 5 serii, którą omawialiśmy :]

    czemu nie ? niech będą 3 :]
    ciekawego podziału dokonałaś.
    Jestem za.

    hehe, możliwe... inna rzecz - wiesz, dzisiaj tak naprawdę chyba chodzi o
    dobry produkt. Ja też wolę obejrzeć Ligę Mistrzów niż te wypociny polskich
    reprezentantów, tylko dlatego, że są oni "polscy".

    TVP ma prawa do Ligi Mistrzów w następnych 3 sezonach, więc może
    po części stwarzają sobie tym alibi. Chociaż, ponoć pokazywanie meczów
    narodowej drużyny w kanałach ogólnosstępnych jest zapisane ustawowo.
    Nie wiem, jak oni z tego wybrną ;]

  • 07.09.12, 16:46
    Good morning! (spać mi się chce:)

    Ciekawam bardzo czy Czesi pokażą w październiku sezon 5. Californication? Jakby co, liczę na relacje, jeśli oczywiście można?

    Przy okazji, w produkcji jest sezon 6., w którym [...] Hank penning a musical with "coked up rock star" Atticus Fetch (Tim Minchin).

    penning - komponuje
    coked-up —adj. slang showing the effects of having taken cocaine


    en.wikipedia.org/wiki/Californication_(TV_series)
    Nie brzmi to nazbyt oryginalnie? Nie sądzisz?


    Nie dziwię się, Greku.
    :)

  • 08.09.12, 13:44
    haha :] witam w moim świecie ;]

    liczę na to bardzo, Barbasiu.
    zdecydowanie, jeśli tylko zaczną emitować - zacznę emitować także ja.
    Opisy kolejnych odcinków.

    no to jest sensacyjna wiadomość. 6 seria, no popatrz. odważna rzecz.
    Widać ratingi oglądalności serii 5 były dostatecznie dobre, żeby dalej kręcić,
    chociaż i nawet mnie się pojawiła wątpliwość, gdzieś w połowie 4 serii, czy
    to jeszcze ma świeżość i styl.

    heh, tytuł niezły.

  • 09.09.12, 16:38
    :)
    To znakomita informacja. :))

    Sporego grona wiernych fanów musiał dorobić się serial!?

    To nie tytuł, raczej bardzo skrótowa informacja o treści 6. serii.
  • 06.09.12, 13:53
    zatem - KOcham Kino trzyma poziom. patrząc na 1 & 2 - może jedyny program
    z misją kulturalną rozumianą należycie i nowocześnie.
    22:05 - odpalamy.

    Poza tym : "Paradoks" - trochę już ponarzekaliśmy [ja], poywrażaliśmy nadzieję [Barbasia]
    a, nawet pewien entuzjazm [Mania, o ile nie dokonuję nadinterpretacji, za co od mistrzyni
    pong ponga może mnie spotkać bolesna reprymenda ;)], czas zobaczyć, co się kryje
    pod pokrywką. 21:05, w Dwójce 1 odcinek

    "Gorzkie gody" POlsat, 0:00.
    brawo dla POlsatu, że czasami naprawdę wystrzeli z grubej ruły z jakimś dobrym filmem,
    którego po tej stacji mało kto by się spodziewał, ale ostatnio osiadł trochę na laurach.
    GOrzkie gody, jakkolwiek świetne są, i na pewno warte powtórki, to jednak były na wiosnę
    i jeszcze nie ostygły. MOże by coś innego z nagłówkiem "dobre kino z lat 70, 80" ?
    Wybór jest szeroki.

    Kultura.
    ROzczarowanie.
    Siostra pisała o entej repecie "Obsługiwałem...".
    dzisiaj zaś jeszcze bardziej enta powtórka "Boskie jak diabli" [21:10], dobry flm, zabawny, ale
    który to już raz ? coverowałem go kiedyś, pamiętam, że chyba nawet byłem zapalonym
    miłośnikiem, ale jak widzę go 6574 raz w ramówce, to nawet mnie opada... entuzjazm
    względem tej... za przeproszeniem - pozycji.

    23:15 - "Sprawa Gorgonowej" - do kroćset... toż to tydzień temu ganiało z rozwianą
    grzywą po TVP 2 :] A dwa tygodnie temu było w Kulturze, a jeszcze wcześniej nocą
    w Jedynce...

    17:35, Kultura "MOje pieczone kurczak" - było, covering był, ale - zachęcam, taka polska nowelka, może troche więcej, niezłe, da się obejrzeć... co ja Wam będę ściemniał, Agata Kulesza tam gra i dlatego o tym filmie piszę ;]

  • 06.09.12, 18:09
    "Blaszany bębenek" całkiem nieźle mam zakodowany. Ach co to było za wydarzanie! Ale nie ma pewności, czy mam ochotę na powtórkę. Wstępnie się szykuje na "Boskiego" w Ale Kino, o włoskim premierze Andreottim. Wydaje mi się, że Grek wspominał, ale nie mogę znaleźć. W związku z przesytem Penelope Cruz wstępnie odpuszczam "Boskie, jak diabli". Wczoraj widziałam ją w grafomańskiej, przeszarżowanej roli w "Chromofobi", a wcześniej u Allena. Więc ileż można?
  • 06.09.12, 21:09
    "Paradoks" już za chwilę, już za momencik ...

    Ożeż! Widzę, że"Blaszany bębenek" kończy się o 0:55 ! Nie wiem w takim razie, czy dotrwam do końca! Ostatnio zarwałam dwie noce.

    Słówko o powieści "Blaszany bębenek ze strony Polskiego Radia
    "[...] "Blaszany bębenek" to historia dziecka, które w proteście przeciw okrutnemu światu dorosłych przestało rosnąć i bębnieniem w blaszany bębenek wyrażało swój protest przeciw otaczającym je zjawiskom. Powieść wydana w roku 1959 stała się też swego rodzaju protestem pisarza przeciw tendencji Niemców do zapominania o wojnie i jej przyczynach. Polsko-niemiecki Gdańsk – rodzinne miasto pisarza – jest miejscem, gdzie pisarz lokuje akcję swej powieści, żeby pokazać najpierw harmonijne współżycie dwóch narodowości: polskiej i niemieckiej, a następnie rodzenie się nazizmu wraz z jego konsekwencjami"

    www.polskieradio.pl/8/433/Artykul/269963,Protest-dobosza
    :)
  • 06.09.12, 22:03
    Greku - masz szczescie ;) Moj entuzjazm nie zmalal, co wiecej przed nastepnym odcinkiem jeszcze rosnie :) Nie ma chyba rzeczy, ktora by mi sie nie podobala w pierwszym odcinku "Paradoksu". Linda nie przerysowany, pozostali aktorzy swietni, zwlaszcza spodobal mi sie Mlody (aktora pierwszy raz na oczy widzialam), pania komisarz z wewnetrznego kojarze z innego serialu, gdzie bardzo mi sie podobala, wiec i tu jest dobrze. Piekne zdjecia, muzyka taka troche niepokajaca. Ciekawe sledztwo, ciekawa jednostka, szczescie, ze naczelnikiem tam Bluszcz, a prokuratorem Jakubik. Swietny byl tez Zielinski w roli przelozonego wewnetrznego i zjawiskowo wygladala Skibinska jako patolog. Muskala troche nietypowo, ale tez sie dala zauwazyc.
    Zaciekawienie jest, za tydzien na pewno siadam przed tv ;)

    A wczoraj przypadkiem trafilma na ciekawy film, mysle, ze Grekowi by sie zwlaszcza podobal - na dwojce polecial po "Na dobre i na zle". Tytul mial "NIedoscigli Jonesowie" - taki sobie,nie? A chodzilo o to, ze od miasteczka wprowadza sie rodzina (Duchovny i Demi Moore) z nastoletnimi dziecmi. Ale jakos tak od poczatku dziwna troche sie nam wydaje, a wkrotce okazuje sie, ze to specjalna jednostka marketingowa - mistrzowie marketingu szeptanego - oni sprzedaja :styl zycia: , czyli robia to tak, zeby inni sie nie zorientowali, sprawiajac, ze po prostu kazdy chce byc taki, jak oni, chce miec to samo, uzywac tych samych rzeczy itp. Do czego to doprowadzilo? Czy da sie tak zyc? Jesli bedziecie ciekawi moge kiedys opisac, a jesli traficie na powtorke (choc to malo prawdopodobne niestety) to obejrzyjcie - zaskakujaco ciekawy film z egzystencjonalnymi pytaniami w tle.
    --
    Maniaczytania - blog
  • 07.09.12, 13:34
    A ja nie złapałem klimatu "Paradoksu".
    No niestety.
    albo tam klimatu nie ma, albo ja mam inny target, tertium non datur :]

    Nie wiem od czego to zalezy, ale thriller, czy to serialowy czy kinowy,
    mieć musi... "to coś'. Nie wiem, co to jest i jak to się nazywa, ale
    Paradoks, w moim odczuciu, tego czegoś nie posiada.

    Sama intryga kryminalna - słaba. Chyba wszystko miała załatwić sceneria
    ciemnego pokoju rozświetlanego niebieskawością i rodem z Drakuli twarzyczka
    pana z nożem - kochani : za mało. Dużo za mało.m Zwłaszcza, ze facet
    z nożem okazał się po prostu... śmieszny.

    Cała ta intryga jest bez pieprzu i soli. Nie ma nastroju żadnego. nastrój zaś, to
    50 % dobrego thrillera. Trzeba czuć ten niepokój albo chociaz niepokoik. A tutaj
    jakby... nic z tych rzeczy.

    w zajawkach stało, że wzorcem Paradoksu miałyby być "skandynawskie mroczne
    historie kryminalne".
    Zapewne chwalebny ideał, a początki są trudne, liczy się zaś dążenie, a nie osiągnięcie...
    ;]
    Fajne napisy początkowe, takie ascetyczne literki jak z Siedem trochę, dobra zbitka
    obrazów w intro, ale sama właściwa część - zupełnie pozbawiona atmosfery
    zachęcającego wstępu.

    Brakowało mi dialogów, ciekawych, pikantnych, jędrnych, celnych ripost i puent.

    główny bohater.
    Enty "zmęczony życiem glina, który jest jednocześnie najlepszym policjantem
    w historii",a do tego - zauważyliście powtórkę z Gliny ? - "chamem". W sumie,
    Kaszowski jest słabszą wersją Gajewskiego, i nie pomaga mu Linda. Nie
    pomaga także dlatego, ze ta postać nie ma osobowości własnej, jest [słabą] kalką
    tego, co w kinie ograne i sprawdzone od Brudnego Harry'ego do wczoraj :]
    Dlaczego znów policjant ma twarz jamnika z nieżytem jelit ? dlaczego nie jest to
    gość sprężysty, ironiczny, z - Pepsic mnie poprze - męskim seksapilem ?
    Jesli naśladować, to czemu nie Borewicza Sławomira ?

    [w I serii Gliny jest scena, kiedy świeżo po pierwszym dniu w "zabójcach"
    Banaś wraca do domu, ojciec go wypytuje o przełożonego, a on mówi, ze
    jest nim Gajewski i ojciec na to sporządza charakterystykę, w ktorej używa
    słowa "cham". Tutaj też Kaszowski zostaje określony "chamem".]

    w Glinie była pani patolog, tu jest pani od linii papilarnych czy tam czegoś,
    którą "coś" łączy z panem policjantem. Jest też szef, tak jakby również
    podobny do tego "Glinowego". Są i młodzi współpracownicy, takie "Banasie".

    Podsumujmy : minus 50 pkt za brak klimatu, minus 20 następnych za
    śmiesznego, a nie strasznego przestępcę, minus 10 za głównego bohatera
    którego już widziałem w 67 innych prodakszyn tego typu, minus

    Generalnie, zgadzam się z Tobą, Maniu - Skibińska to atut tej produkcji.
    Niestety, póki co - jedyny :]

    ha, słuchajcie, Czcigodni, nie wiem, co o tym sądzić, ale... pamiętacie, jak
    parę dni temu napompknąłem, że w TVP ilość programów z wersją dla
    niesłyszących nie przekracza 5-6 dziennie, podczas gdy np. w CTV każdy
    film i dokument są w takową wersję wyposazone ?
    Otóż, wczoraj przypadkiem zaglądam do TVP i co widzę... wykaz programów z wersją
    dla niesłyszących... obejmujący 15 pozycji :]
    albo pisałem to, co pisałem nieświadom tego, że nastąpiły zmiany, albo gdzieś
    powstało lobby, które wyłaziło zmiany, albo... albo aż strach pomyśleć... :]]

    wiecie co... my tu sobie "Paradoksujemy" w TVP 2, a wiecie co Czesi dają od najbliższej
    niedzieli ?
    "BOrgiów" - i to tę we4rsję Neila Jordana, z Ironsem w roli głównej.

    po co mają sami kręcić swoje "Paradoksy", skoro parę koron wydali i kupili
    hitowy produkt HBO...

    Ale nie, u nas nie do pomyślenia, bo... POlak potrafi przeca.

    Nie wierzę, żeby TVP, ze względów zrozumiałych, kupiła akurat "Borgiów", ale
    nie miałbym nic przeciwko, zeby to był np. 1 sezon "Zakazanego imperium", czy
    jak to się tam nazywa, albo jakiegoś innego hita.

    Zyjemy w globalnej wiosce, co to ma za znaczenie, czy serial jest polski, szwedzki
    czy niemiecki ? Liczy się, czy jest dobry. Liczy się jakość, a nie że "nasi" zrobili.
    Szkoda, ze u nas pokutuje ciągle narodościowy klucz doboru.

  • 07.09.12, 16:24
    Muszę się zgodzić z Twoimi zarzutami :)
    Przede wszystkim, brak ciekawej intrygi, suspensu. Chętnie obejrzałabym porządny serial kryminalny: znaleziono zwłoki, prowadzone jest śledztwo, na końcu morderca jest złapany :)
    Tutaj nie ma żadnego napięcia, faktycznie jedna scena z mordercą i to wszystko. Za to narracja jest trochę pokręcona, trudno mi się było połapać w kolejności wydarzeń.
    Tak, czytałam, że to ma być nasza odpowiedź na mroczne, skandynawskie seriale (które zresztą uwielbiam). Niestety, nijak nie czułam tego klimatu i nawet lejący deszcz tu nie pomógł :)
    No i bohater. Zgadzam się, że to kolejna wersja zmęczonego życiem policjanta, jakich widzieliśmy już wielu. I faktycznie sporo podobieństw z "Gliną", choćby pani patolog (a dlaczego nie pan?).
    Co do Lindy, nie jestem jego wielbicielką. Rola z "Psów" tak się do niego przykleiła, że w każdym filmie jest taki sam. Wczoraj też widziałam Mauera, tyle, że nie klął :)
    Pozytyw, że w roli głównej mamy kobietę (inspiracja serialami skandynawskimi?). By the way, ta aktorka przypomina mi Maggie Gyllenhaal :)
    A więc, słaby scenariusz i za dużo stereotypów. Jestem zdziwiona tym bardziej, że serial reżyseruje dwóch młodych, zdolnych: Greg Zgliński i Borys Lankosz.
    Może serial jeszcze się rozkręci, ale już się zniechęciłam.
  • 08.09.12, 13:20
    napięcie - to jest TO słowo :]
    tego brakowało właśnie.

    poza tym, wiesz - tej całej... roboty śledczej, mozolnego podążania
    kolejnymi tropami, zlepiania drobnych faktów w logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy
    zdarzeń, pomyłek i utraty wątków, a później powrotów na właściwą ścieżkę.
    Tej całej kuchni detektywistycznej pracy.

    otóż to.
    twórcy tego serialu idą na łatwiznę - deszcz, wieczór, gra świateł. I to ma
    wytworzyć tzw. mrok. Jak dla mnie, to trochę jakby wyciągnietą na chybił-trafił
    kobietę odziać w wymyślną bieliznę, szpilki i inne akcesoria celem stworzenia
    seksbomby. Nie da się w taki sposób tego zrobić. Szpilki i bielizna nie załatwiają
    sprawy, bo to jeszcze musi być właściwa kobieta, a jesli takowa jest to nawet w
    fartuchu do zmywania podłóg będzie seksbombą.

    yes, Siostro, kobiety ratują ten serial, ofk jeśli można po 1 odc.
    używać już terminologii rozpaczliwej.



  • 08.09.12, 13:36
    Ech, bardzo bym chciała, żebyś obejrzał kiedyś "The killing". Napięcia tam było pod dostatkiem.
    Człowiek nie mógł się doczekać na kolejny odcinek. Może kiedyś Ci się uda :)
  • 08.09.12, 14:42
    nie miałbym nic przeciwko, gdyby zamiast wydawać na Paradoks
    TVP kupiła właśnie "The KIlling".

    ale, sama wiesz jak jest... próbują naśladować coś czego nie są w stanie
    skopiowac, zamiast pokazać oryginał, a środki przeznaczyć na coś, co
    z kolei inne telewizje będą chciały kupić, albo chociażby na coś na tyle
    własnego i polskiego, że przynajmniej na lokalnym rynku nie zalatywałoby
    to nieudolnym epigoństwem :]

    ale, wiesz Siostro - trochę się wyzłośliwiamy, a to dopiero 1 odcinek poleciał :]

    inna rzecz, tak mi się wydaje, że ten 1 odcinek powinien być znakomity,
    powinien być wizytówką, zachętą do oglądania dalszych. Tak to działa w
    innych krajach przynajmniej, gdzie twórcy wiedzą, ze widz ma tyle możliwości
    grzebania po kanałach, że jak na początku go nie przykują do telewizora, to
    do 5 odcinka może nie dotrwać. Jak z ksiązką - ponoć 2 pierwsze akapity są
    kluczowe ;]

  • 08.09.12, 14:50
    Oczekiwania były duże, zapowiedzi szumne, więc mamy prawo krytykować :)
    Jak pisałam, może serial się rozkręci, ale ta formuła raczej nie zapowiada wielkich emocji.
  • 08.09.12, 16:02
    grek.grek napisał:

    > inna rzecz, tak mi się wydaje, że ten 1 odcinek powinien być znakomity, powinien być wizytówką, zachętą do oglądania dalszych. Tak to działa w innych krajach przynajmniej, gdzie twórcy wiedzą, ze widz ma tyle możliwości grzebania po kanałach, że jak na początku go nie przykują do telewizora, to do 5 odcinka może nie dotrwać. Jak z ksiązką - ponoć 2 pierwsze akapity są kluczowe ;]

    E, to ja tak nie mam, inaczej pewnie połowy tych ksiazek, co je w koncu za bardzo dobre uznalam, nie przeczytala, tylko ciepla gdzies w kat od razu na poczatku :)


    --
    Maniaczytania - blog
  • 07.09.12, 19:34
    grek.grek napisał:

    > Sama intryga kryminalna - słaba. Chyba wszystko miała załatwić sceneria
    > ciemnego pokoju rozświetlanego niebieskawością i rodem z Drakuli twarzyczka
    > pana z nożem - kochani : za mało. Dużo za mało.m Zwłaszcza, ze facet
    > z nożem okazał się po prostu... śmieszny.
    > Cała ta intryga jest bez pieprzu i soli. Nie ma nastroju żadnego. nastrój zaś,
    > to 50 % dobrego thrillera. Trzeba czuć ten niepokój albo chociaz niepokoik. A tutaj
    > jakby... nic z tych rzeczy.

    Bo nie ta intryga jest glowna intryga :) Glowna jest na razie dosc mgliscie zarysowana.


    > Brakowało mi dialogów, ciekawych, pikantnych, jędrnych, celnych ripost i puent.

    Ej no, byly, byly, tylko trzeba sluchac i ogladac uwaznie, aczkolwiek jedyny minus serialu byl taki, ze jak zwykle nawalili specjalisci od dzwieku i chwilami nie dalo sie zrozumiec, co bohaterowie mowia (ale tekst Lindy "lece, mordercy grasuja" byl swietny!)

    > główny bohater.
    > Enty "zmęczony życiem glina, który jest jednocześnie najlepszym policjantem
    > w historii",a do tego - zauważyliście powtórkę z Gliny ? - "chamem". W sumie,
    > Kaszowski jest słabszą wersją Gajewskiego, i nie pomaga mu Linda.

    Glownym bohaterem jest kobieta :) Ale co do clou to masz racje, taki glina to juz archetyp jakis :) ale nie zgodze sie, z tym, ze Kaszowski jest slabsza wersja Gajewskiego i nie pomaga mu Linda, jak dla mnie Radziwillowicz wybitnie nie pomogl Gajewskiemu i dlatego dla mnie "Glina" jest "niezjadliwy" w ogole (pomijajac to, ze ogolnie byl taki przasno-prlowy).


    >dlaczego nie jest to gość sprężysty, ironiczny, z - Pepsic mnie poprze - męskim seksapilem ?
    > Jesli naśladować, to czemu nie Borewicza Sławomira ?

    No prosze Cie, to akurat kwestia gustu, li i jedynie. Dla mnie Linda jako Kaszowski ma wiecej seksapilu niz Gajewski i Borewicz tugeder.


    > w Glinie była pani patolog, tu jest pani od linii papilarnych czy tam czegoś,
    > którą "coś" łączy z panem policjantem.

    Tu tez jest to patolog :)

    A co do szefa i reszty, no to taka struktura policji :)
    Ale tak na serio - czy nie moglaby chociaz raz szefowa byc kobieta? O ilez ciekawiej by wtedy wypadaly te trojkowe konferencje - Kaszowski, Majewska, szef ;)))
    --
    Maniaczytania - blog
  • 07.09.12, 19:39
    O właśnie. Zapomniałam napisać o słabym dźwięku. W dodatku Linda mamrotał pod nosem i trudno go było zrozumieć :) Musiałam podkręcić dźwięk.
  • 08.09.12, 15:35
    Siostro, włącz 777 str Telegazety - z napisami dla niesłyszących.
    powinno pomóc.
  • 08.09.12, 16:42
    Oj, jestem na bakier z nowoczesną techniką. Nawet nie wiem gdzie szukać tej telegazety :))
  • 09.09.12, 13:26
    na pilocie powinnaś mieć przycisk uruchamiający teletext "txt" albo "text" -
    wciskasz, i już w teletexcie wybierasz "777" i... czekasz aż wskoczą napisy
    u dołu ekranu.

    Paradoks był z txt dla niesłyszących przy okazji 1 odcinka, więc podejrzewam, że
    kolejne również mają taką wersję gotową.
  • 08.09.12, 13:35
    domyślam się, że chodzić ma o przenicowanie metod pracy
    Kaszowskiego ?
    a kolejne sprawy kryminalne, to tylko przyczynek do tego ?
    No to, powiem Ci, Maniu, że spodziewam się klęski :]
    Co można wyciągnąć z takiego założenia głównego ?
    Że Kaszowski to Brudny Harry, Serpico & Ktośtamjeszcze
    w jednym ?
    Wiadomo przecież, że bohaterem musi być glina prawy, który
    jednocześnie łamie przepisy dla dobra publicznego.
    To już po 1 odc. wiadomo, a nawet więcej powiem : to, wg mnie,
    wiadomo było na długo przed jego projekcją ;]

    o, wiesz, dwa bonmoty na krzyż, to jednak nie o to chodzi.
    Podobał mi się dialog dwóch pań w windzie, małej i dużej.
    Poza tym, słabo.
    Wiesz, to nie chodzi o jakieś fajerwerki, ale o żywe, zbliżające
    się dot potocznego języka wymiany zdań, ew. nawet jakieś
    monologi czy tyrady.
    I z zębem, a nie w nastroju wisielczym i jakby wszyscy byli
    na diecie bezcukrowej.

    no to, to się z Tobą całkiem nie zgodzę. Radziwłłowicz dał życie
    Gajewskiemu. owszem, nie jest na wskroś nowoczesny, ale dzięk
    temu wydaje się być wiarygodny. Nie jest kalką amerykańskich
    gliniarzy. Jest swojski. LInda zaś naśladuje i doprawia to pozą
    "na Maurera", tutaj zgadzam się z Siostrą, która celnie to wychwyciła.

    och, Maniu, tutaj to ja w ogóle gustu nie mam :]
    wiesz, tak sobie próbuję tylko spekulować.
    KObiecy seksapil zawsze utożsamiałem bardziej z humorem i
    wdziękiem, nie zaś z bucowatością, więc próbuję to przekładać
    na drugą stronę medalu, chociaż - oczywiście, mniej mnie wolno
    w tej kwestii z pewnych względów :]

    a, dzięki za info.

    jasne, że mogłaby być kobieta, tylko czy ktoś by uwierzył, że
    twardziel ciosany Linda by kobietę na stołku akceptował ? ;]
    Poza tym, wydaje mi się, że chłop może być, ale fajnie by było
    jakby jeszcze z jakimś charakterem i indywidualnym stylem.

    Troche widzę w tym wszystkim powtórek z rozrywki. W Glinie
    postaci były zaopatrzone we własne charaktery, a do tego
    cała galeria drugoplanowych bohaterów, świetnych małych
    epizodów dodawała temu daniu smaku.

    A w Paradoksie ?
    Pan w szlafroku od internetowego czatu ? Kaman...
    Pani Bruce Lee ? no kamannnnn...

    MOże jedynie mała w windy się udała.

    Poza tym ?.. Słabo. No i pani Dorota Kamińska, która w POlsacie grała
    policjantkę, tutaj znów gra to samo. Nawet tak samo wygląda i się ubiera.
    Czy nikt im nie powiedział, ze zmiana wizerunku, to podstawa dla aktora, bo
    wyglądając wciąż tak samo naraża sswoją postać na brak wiarygodności ? :]
  • 09.09.12, 16:03
    maniaczytania napisała:

    > dlatego dla mnie "Glina" jest "niezjadliwy" w ogole (pomijajac to, ze ogolnie byl taki przasno-prlowy).

    Mnie się też wydaje, że Kaszowski będzie słabszą wersją Gajewskiego.
    Porównywanie tych dwóch postaci jest nieuniknione.


    Właśnie serial "Glina" zbliżał się ideału (jeśli go nie zrealizował), który postawili sobie za cel twórcy "Paradoksu". "Glina" miał wszytsko to, co miały skandynawskie kryminalne historie (i to o ile się nie mylę, jeszcze zanim skandynawskie opowieści Mankella Larssona i innych zaczęto filmować). Oprócz ciekawego śledztwa, intrygujące dobrze nakreślone charakterystyczne postaci (na czele z komisarzem Gajewskim, doskonale imo zagranym przez Radziwiłowicza, do którego teraz nie sposób nie porównywać inspektora z "Paradoksu";
    jak dobrze , że powtórzono latem "Glinę") oraz, co najistotniejsze, dobrze, realistycznie odmalowane nasze rodzime tło obyczajowe i społeczne, zmiany zachodzące w Polsce na początku XXI wieku, nowe niepokojące zjawiska, problemy (sekty, mafie, skorupowanych policjantów współpracujących z bandytami, antypatie na tle rasowym, niechęć do Cyganów, rozliczanie się polityków z PRL-owską przeszłością, itd. ).

    :)
  • 11.09.12, 23:24
    Nie czuję się rozczarowana i daję szansę, pomimo, że z przytoczoną częścią argumentów przeciw trudno się nie zgodzić. Być może duet reżyserski Lankosz-Zieliński lepiej się zna na kobietach, niż np. Pasikowski, a być może dostrzegam potencjał i przewiduję spokój łagodnego baranka w wykonaniu Lindy. A sceny były, np. wymowna z krzyżówkową kurą. I świetny jest Bluszcz, chociaż pomału dojrzewam do spoglądania łaskawym okiem na panów tzw. spolegliwych;))

    Greku, faceta z nożem załatwiły niewyjściowe gatki:)

    Barbasiu, masz rację, już w wyborczej zwróciłam uwagę na źle brzmiące nazwisko Kaszowski.

    "Glina" przaśno-prlowy. He, he trafne określenie:)

    Ps. Tak mnie Wasza polemika wciągnęła, że obejrzałam serial w internecie, co jest dla mnie ewenementem.
  • 11.09.12, 23:32
    *Obejrzałam I odcinek, nie cały serial.
  • 12.09.12, 13:42
    no to mamy pełne spektrum poglądów, 2 na tak, 2 na nie, a Barbasia, popraw
    mnie Czcigodna jesli nadintepretuję - typowała ostrożny remis.
    słowem : remisowa runda 1 :]

    haha, starałem się patrzeć na twarz, żeby nie oślepnąć od tych gaciÓW;]


  • 12.09.12, 15:45
    grek.grek napisał:

    > no to mamy pełne spektrum poglądów, 2 na tak, 2 na nie, a Barbasia, popraw
    > mnie Czcigodna jesli nadintepretuję - typowała ostrożny remis.
    > słowem : remisowa runda 1 :]

    O tak, Panie Kawalerze, nie mylisz się ani odrobinkę. Przyjmują wygodną pozycje między Tobą :} i Bronte, a Manią i Pepsic.

    Oczywiście będę oglądać dalej.
  • 12.09.12, 15:39
    > "Glina" przaśno-prlowy. He, he trafne określenie:)

    Bardzo trafne, z tym, traktuje to jako komplement.

    I świetny jest Bluszcz, chociaż pomału dojrzewa
    > m do spoglądania łaskawym okiem na panów tzw. spolegliwych;))

    Bluszcz, Jakubik! to jasne punkty w serialu. :) Gabriela Muskała też zapowiada się ciekawie.

    "Banasie" jakieś takie niewyraźne na razie.

    > Ps. Tak mnie Wasza polemika wciągnęła, że obejrzałam serial w internecie, co je
    > st dla mnie ewenementem.

    Miłe słowa. Dzięki! Dzięki! :)))
  • 14.09.12, 19:42
    barbasia1 napisała:

    > > "Glina" przaśno-prlowy. He, he trafne określenie:)
    >
    > Bardzo trafne, z tym, traktuje to jako komplement.


    Barbasiu - jak je pisalam, nie mialam wcale na mysli komplementu, wprost przeciwnie ;)))

    --
    Maniaczytania - blog
  • 14.09.12, 19:47
    No właśnie, nie rozumiem co miałaś na myśli, Maniu :)
    Chodziło Ci o stronę techniczną serialu, czy o coś innego?
  • 14.09.12, 20:12
    Tak samo odebrałam, a nawet więcej, bo czasami miałam wrażenie, że komisarz Gajewski pomylił plany zdjęciowe i nadal tkwi w epoce człowieka z żelaza, albo może z marmuru.
  • 15.09.12, 17:13
    Komisarz Gajewski, przypominam, zaczynał pracę w PRL-owskiej milicji. :)
  • 15.09.12, 17:12
    Tak, tak, Maniu, doskonale wiem, że dla Ciebie nie był to komplement.

    Wg. mnie to komplement, bo właśnie taka była Polska końca XX wieku, przełomu XX/XXI wieku, może właściwie ciągle taka jest w niektórych miejscach. Wielki plus dla twórców, że udało się uchwycić ten klimat, że nie podrasowano rzeczywistości, tylko pokazano ja bardzo realistycznie.

    :)
  • 12.09.12, 20:24
    Haha, też byłam wstrząśnięta tymi gatkami :)
  • 14.09.12, 19:40
    Pepsic - lejesz miod na me serce, ktore juz lekko sie martwic zaczynalo, ze sama tu na placu boju zostane ;)))
    --
    Maniaczytania - blog
  • 14.09.12, 19:59
    Zawsze do usług:) Drugi odcinek wypadł jeszcze lepiej i nie było się specjalnie do czego przyczepić. Jakieś miłe fluidy tam przepływają i na razie nic nie irytuje.

  • 09.09.12, 15:21
    Greku, będziesz dziś oglądać "Rodzinę Borgiów" w czeskiej telewizji?
    Opowiesz pierwszy odcinek?


    :)
  • 09.09.12, 16:15
    > Otóż, wczoraj przypadkiem zaglądam do TVP i co widzę... wykaz programów z wersją
    > dla niesłyszących... obejmujący 15 pozycji :]
    > albo pisałem to, co pisałem nieświadom tego, że nastąpiły zmiany, albo gdzieś
    > powstało lobby, które wyłaziło zmiany, albo... albo aż strach pomyśleć... :]]

    !
    Kto wie może. :))
  • 08.09.12, 11:23
    Mam mieszne uczucie po pierwszym odcinku. Bo nie powiem, udzielił mi się lekko ponury , lekko mroczny nastrój filmu, ktore budowały głonie zdjęcia w półmroku, nocą, w deszczu czy efektownie wyglądająca scena wyciągna trupa z wody za pomocą dźwigu.
    Z drugiej strony uczynienie sprawy Kaszowskiego (co za okropna nazwisko, swoją drogą, nie sądzicie?) i wewnętrznego śledztwa, które toczy się przeciwko niemu, pierwszoplanowym nie wywolało dodatkowych dreszczy emocji niestety.

    Postać Kaszowskiego wydaje się obiecująca. Człowiek, który kieruje się własnym kodeksem etycznym (chroni! zabójcznię-mścicelkę, tuszuje dane). Przypomina mi w pewnym stopniu Dextera (przepraszam Greku jeśli się zagalopowałam).

    Nie podobało mi oczko puszczane do widza i burzace nastrój w tekscie, który wypowiada Kaszowski - "I znowu sie zdenerowaam" po tym jak wymusił siłą na facecie zeznania.


    Tyle na razie!
    Do zobaczenia wieczorem. Lecę do wielkiego miasta. :)
  • 08.09.12, 13:41
    o, udanego lotu, pobytu i powrotu, Barbasiu :]

    scena z trupem - zaiste, efektowna, mnie się nawet wydała
    efekciarska trochę.

    yes, yes, ja też tak mam.

    o, mocne porównanie :]
    Ja bym raczej wpisał Kaszowskiego w krąg amerykańskich
    policajów z róznych filmów i serialu. Od kiedy na ekranie
    pojawił się Brudny Harry wyprodukowano tego typu
    bohaterów setki.

    MNie w tym Kaszowskim brakuje czegoś, co by go wyróżniało
    spośród innych. Jakiegoś znaku szczególnego, bo że działa
    na granicy prawa, jest opryskliwy, nie uznaje konwenansów
    i nie lubi jak mu grzebią w zupie - to już było po sto razy.

    wiesz, ja mam, wstępne, wrażenie, że sprawę ma załatwić
    samo obsadzenie Lindy w tej roli. POstać będzie schematyczna, ale
    zagra ją sam Boguś Linda i przez to ma ona stać się atrakcyjna.
    Według mnie, jesli to się potwierdzi, bardzo chybiona strategia.
    Dowodząca, ze autorzy nie wierzą we własne możliwości, jako
    scenarzystów, reżyserów [na małym ekranie, bo jak Siostra
    zauwazyła, to są znani reżyserzy filmowi] itd.

  • 09.09.12, 14:47
    > o, udanego lotu, pobytu i powrotu, Barbasiu :]
    Dzięki, Greku! Lot był udany powrót nastąpił zgodnie z planem wieczoerm, zdążyłam przeczytać zapowiedzi i zachęty do "Sierocińca". Nie odpisywałam już , bo zwiesiłam ucho na Michaelu Jacksonie i zostałam już przy telewizorze do północy, heh.

    W Polsacie leciał film dokumentalny "This is It" - zapis ostatnich dni przygotowaniach do serii londyńskich koncertów.

    Myślę, że fani Jacksona, gdyby koncerty doszły do skutku, byliby bardzo usatysfakcjonowani.
    Usłyszeliby wszystkie, znane wielkie przeboje Michaela w jego wykonaniu w efektownej oprawie, z tancerzami na scenie (w nowych układach wykorzystujące firmowe Jacksonowe pozy, ruchy), ze zrobioną z wielkim rozmachem scenografią, wykorzystującą m.in. najnowszą technologię, w tym komputerową, dzięki której wyczarowywano efektowne tło do kolejnych piosenek w postaci wyświetlanych na wielkim ekranie filmowych teledysków. ( Na jednym z takich filmików (nie pamiętam, do którego utwóru) zmuliplikowano tysiąckrotnie 11 prawdziwych tańczących tancerzy w futurystycznych strojach wojowników).

    Michael profesjonalista w każdym calu. Śpiewał, tańczył perfekcyjnie. Aż trudno uwierzyć, że w tak marnej kondycji fizycznej był w tym czasie.
    W fantastyczny sposób zwracał uwagę na to co mu się nie podoba, ze spokojem, bardzo uprzejmie, dodając jeszcze za każdym razem na zakończenie tekst: "Mówię to z wielką miłością". Jakby się obawiał, że ktoś jego uwagą mógł się poczuć się urażony. :)


    > scena z trupem - zaiste, efektowna, mnie się nawet wydała
    > efekciarska trochę.
    hehe :))

    Greku, próbuję bronić serialu, znaleźć jakiś jasny punkt, którego można uczepić ...

    > o, mocne porównanie :]
    ... momentami robię to wyjątkowo kiepsko ( Usprawiedliwa mnie tylko nieprzytomność po zarwanej na "Blaszany bębenek" nocy).

    Oczywiście, bzdury gadam, masz w pełni rację, lata świetlne dzielą Kaszowskiego od Dextera. Dexter to właśnie bohater na miarę XXI wieku, oryginalny, wyjątkowy, jakiego do tej pory jeszcze nie było w serialu kryminalnym, sensacyjnym.
    A takich Kaszowskich (co za nazwisko dla gliny!?) oglądaliśmy już dziesiątki. A jeśli to na jego postaci głównie ma koncentrować się serial , to rzeczywiście trochę niedobrze jest.

    :)
  • 10.09.12, 13:02
    mam nadzieję, że i pobyt się poziomem dostosował do lotu i powrotu :]

    o, nie widzialem tego dokumentu. Brzmi, w Twoim opisie, ciekawie bardzo.
    Taka wejściówka za kulisy eventu, ktory, jakby nie patrzeć, zwykle skupia
    całe rzesze ludzkości.

    Kilka migawek widzialem, kiedy pokazywali je w programach informacyjnych, po
    śmierci Jacksona, gdy wyszło na jaw, ze jest istnieje właśnie zapis tych
    przygotowań. Też zwróciłem uwagę na dobrą kondycję jego, mimo że w
    róznych relacjach dominowała właśnie ta wersja, że miał się wówczas dość marnie.
    Widać scena, taniec, muzyka dodawały mu energii i poprawiały samopoczucie.

    e tam, dobrze Ci idzie; staram się również coś tam w tym Paradoksie wypatrzeć, ale
    idzie mi gorzej niż Tobie [i Mani]. Tak czy owak, pierwsze koty... itd. MOże w następnych
    odcinkach będzie się rzecz cała rozkręcała.

    niestety, ja mam wrażenie, że tutaj sprawę mieł załatwić Linda. Czyli, postać
    zgrana w swojej kalce, ale zagra ją Sam Bogusław L., więc kto tam będzie
    sobie gitarę zawracał konstrukcją bohatera... :]
  • 10.09.12, 21:35
    na "This is It" bylam w kinie, a potem kupilam dvd ;)

    I bylam pod takim wrazeniem, ze nawet zrecenzowalam go na blogu:
    mojeprzemiany.blox.pl/2009/11/This-is-it-Michael-Jackson.html
    I, moim zdaniem, on nie wygladal na osobe w depresji, za bardzo byl zainteresowany wszystkimi szczegolami, osobie w depresji raczej wszystko jedno ...
    --
    Maniaczytania - blog
  • 11.09.12, 13:26
    podobno w ostatniej fazie następuje nagly wyrzut serotoniny i ożywienie :]
  • 12.09.12, 15:20
    grek.grek napisał:

    > podobno w ostatniej fazie następuje nagly wyrzut serotoniny i ożywienie :]

    :))

  • 12.09.12, 15:16
    maniaczytania napisała (na blogu):

    Przeczytałam, świetny komentarz. Dobrze, żeś go zalinkowała. :)

    >Warto zapamiętać młodą 24-letnią gitarzystkę Orianthi Panagaris - jej solówki były - wow!


    Było widać, że bardzo dobry kontakt mieli z Michaelem. Tu fajny moment - podczas próby na scenie jest tylko Michael Jackson i Orianthi Panagaris, która wykonuje popisową, efektowną solówkę. Michael w pewnym momencie doradza jej, żeby zagrała wyżej. I dodaje "Graj, to jest t w ó j moment na scenie".


    www.youtube.com/watch?v=ef2aGOCT-9o

    > I, moim zdaniem, on nie wygladal na osobe w depresji, za bardzo byl zainteresowany >wszystkimi szczegolami, osobie w depresji raczej wszystko jedno ...

    A ja myślę, że tu leki zrobiły swoje, potężne dawki skutecznie zadziałały.

    :)
  • 08.09.12, 14:37

    widzieliście wczoraj "Sagę Zmierzch" ? :]
    ja patrzyłem nieco.
    Drewniane aktorstwo, bohaterowie niby z innego wymiaru
    człowieczewństwa, a jałowi i nieciekawi; historia strasznie rozwlekła
    i sztucznie wypełniana, chyba po to żeby długością
    trwania zamaskować miałkość fabularną. Ale grunt, że
    młodzieży się podoba ;] Pytanie : ile w tym zasługi zmyślnej i
    dobrze finansowanej strategii marketingowej, która najpierw
    wypromowała, jak można sie domyślać z ekranizacji, wybitną
    powieśc, a potem jej filmową wersyję ?

    orajt, mapa na dziś :]

    "Sierociniec", 22:05, w TVP 2.
    Coverowałem kiedyś, hehe, kiedy leciał na czeskim.
    Niezły, nienajgorszy horror, bliski w klimacie "Innym", w którym :
    im dalej w las, tym więcej obyczajówki, historii familijnej, aż do
    całkiem sentymentalnej puenty.
    Spróbujcie sami, ciekaw jestem, jak zawsze, jak ocenicie.
    Ciężko dziś o dobry horror, jak nie zdegradowane wampiry, to
    jakaś rzeź z latającymi kończynami. A tutaj : jest styl, jest
    próba stworzenia atmosfery, no i jest dobra rola kobieca.
    To tyle ode mnie. Zachęcam. Tytuł dośc znany, więc skuście się,
    a co tam :]

    [powtórka o 1:55, o i to jest dobra pora na horror ;)]

    POlsat, 22:30 - Zamknięty krąg. Francuski kryminał mafijny. Jean Reno, młody
    Gaspard Ulliel, którego ciekawa twarz była jedyną zaletą zupełnie zmaskrowanego
    "Hannibala, POczątek", czy jak to się tam nazywało.

    wiecie, co jest ciekawe ?
    że Czesi w CT1 dają ten sam dokładnie film, tylko pod innym tytułem : "Krew
    z mojej krwi" :]

    TVN daje "Jeźdzca bez głowy" Burtona [23:55].
    Też coś kiedyś pisaliśmy.
    W sumie, zaletą jest Johnny Depp, kpiarski i przerysowany charakter calości,
    umiejętnie wykreowany świat ekranowy, pierwiastki burtonowskie, taka klasyczna
    "opowieśc niesamowita". Od siebie bym dodał, ze rewelacyjne są sceny, kiedy otwiera się drzewo, ze środka wyskakuje jeździeć na koniu i galopuje przez las. Ależ mają te sceny
    dynamikę.

  • 08.09.12, 14:54
    Chyba obejrzę "Sierociniec", chociaż już zapowiedź brzmi znajomo, też skojarzyłam ten film z "Innymi".
    Do "Zmierzchu" nie próbowałam nawet podchodzić :)
  • 09.09.12, 12:52
    Oglądałam. Faktycznie, wykorzystano motywy znane z "Innych" czy "Szóstego zmysłu", ale film trzymał w napięciu. Tylko końcówka była trochę rozwleczona i nie do końca dla mnie jasna.
    Ale zauważyłam kilka niejasności, błędów? w fabule. Dlaczego Simonowi nie udało się wyjść z piwnicy? Wiem, że matka przez przypadek zablokowała drzwi, ale czy nie mógł się do nich dobijać? Komórka nie była taka duża, chyba byłoby słychać jakieś hałasy.
    Po drugie, w takich sytuacjach chyba rutyną jest dokładne przeszukanie domu przez policję. Drzwi do piwnicy nie mogły być zbyt ukryte, skoro znalazł je mały chłopiec. I jakoś tam wszedł, czyli musiały mieć klamkę. Policja nawet nie zajrzała do komórki?
    Do tego ciało Simona po pół roku od śmierci wyglądało podejrzanie dobrze.
    I jeszcze jedno. Ta zbrodnia sprzed lat. Zniknęło pięcioro dzieci w sierocińcu. I nikt tego nie zauważył? Przecież ta morderczyni nie pracowała tam sama. W filmie nie ma mowy o żadnym śledztwie.
    Ale film miał swój klimat. W ogóle język hiszpański jakoś pasuje do takich tematów. Dobra rola aktorki grającej Laurę i oryginalna czołówka. Miło też było zobaczyć Geraldine Chaplin.

  • 09.09.12, 13:16
    W ogóle kino hiszpańskie ma długą tradycję w pokazywaniu dziecka w mrocznych klimatach. W latach 70-tych: "Nakarmić kruki" Saury, "Duch roju" i "Południe" Erice. Później "Inni" Amenabara oraz horrory produkowane i reżyserowane przez del Toro.
  • 09.09.12, 13:34
    ha, spróbuję podrzucić mój spojler, może tam coś będzie, przyznam, że
    sam szczegóły pamiętam mgliście :
    forum.gazeta.pl/forum/w,14,122615844,123449508,_sierociniec_spojler_na_wlasna_odp_.html
    zdecydowanie, klimat udało się wyczarować, a - wg mnie - dość niesamowita twarz Chaplin się do tego przyczyniła.

    swoją drogą, czemu w polskim kinie nie istnieje coś takiego jak "horror".
    Ten "Sierociniec", to nie jest rzecz superhiper, której nikt inny nie umiałby
    zrobić. Ba, nawet u nas by się dało. Jasne, jakieś Avatary i inne cuda, to
    nie na polską kieszeń, ale taki stylowy horror - czemu nie ? A jednak... znów
    ktoś był... "szybszy" ? czy "przytomniejszy" ? ;]
  • 09.09.12, 13:44
    Dzięki! Bardzo dokładny opis. Z tym, że ta staruszka, ex-pięlęgniarka z sierocińca faktycznie zamordowała dzieci. W ten sposób zemściła się na nich za śmierć synka.
    Ale moje wątpliwości nie zostały rozwiane :)
  • 09.09.12, 13:59
    A, zapomniałam dopisać. Faktycznie, w temacie horrorów nie mamy się czym pochwalić. Na palcach można policzyć horrory jakie w ogóle nakręcono.
    W pamięci kołaczą mi "Wilczyca", "Widziadło" i bardzo udane "Medium" Koprowicza. To były lata 80-te, kiedy kręcono sporo filmów rozrywkowych, różnych gatunkowo.
    Całkiem udany był stylowy horror z lat 60-tych "Lokis" Majewskiego. I to wszystko.
    Ostatnio nakręcono jakiś pseudo-horror, ale nawet nie pamiętam tytułu.
    Nie wiem z czego to wynika. Może z charakteru narodowego (jeżeli coś takiego istnieje), tradycji, naprawdę nie wiem :)
  • 09.09.12, 14:56
    > Całkiem udany był stylowy horror z lat 60-tych "Lokis" Majewskiego. I to wszystko.

    "Lokis", opowiedziany przez Greka, mamy w mamy w naszej kolekcji. :)


    Słyszałam niedawno wypowiedź jednego z filmoznawców filmoznawcy, że nie mamy w Polsce kina gatunkowego, albo właściwie jest ono na kiepskim poziomie z powodu marnych scenariuszy i nie dotyczy to tylko horrorów, ale i komedii romantycznych i innych.
  • 09.09.12, 15:08
    To prawda, nie mamy kina gatunkowego. A horror jest u nas chyba najbardziej pogardzanym (przez filmowców i krytyków) gatunkiem.
  • 09.09.12, 16:07
    iostra.bronte napisała:

    > To prawda, nie mamy kina gatunkowego. A horror jest u nas chyba najbardziej pog
    > ardzanym (przez filmowców i krytyków) gatunkiem.

    A w takiej sytuacji pewnie podwójnie ciężko zdobyć fundusze na zrobienie filmu.
  • 10.09.12, 00:45
    Mówicie, macie - o polskich horrorach artykuł:

    Horrory w Polsce? Nie istnieją. "Zapomnieliśmy, że kino to przede wszystkim rozrywka" [WYWIAD] Mariusz Wiatrak04.09.2012

    kultura.gazeta.pl/kultura/1,114438,12424575,Horrory_w_Polsce__Nie_istnieja___Zapomnielismy__ze.html
  • 10.09.12, 14:39
    Dzięki! Bardzo ciekawy wywiad :)
  • 08.09.12, 16:11
    ja chyba wybiore "Jezdzca..." - uwielbiam ten duet - Christina i Johnny :)

    A sagi "Zmierzch" to widzialam kiedys tylko pierwsza czesc i ... dziekuje bardzo, wiecej nie skorzystam - nie moge patrzec na ta panne z przerostem migdalkow ;)
    --
    Maniaczytania - blog
  • 08.09.12, 16:18
    postanowilam zerknac, co bedzie i tak:

    13.09. - "Labirynt Fauna" zapowiadany juz przez Greka
    20.09. - "Matka Teresa od kotow" - polska produkcja 2010, na kanwie prawdziwej historii, jak dwoch synow zamordowalo matke - w roli matki - Ewa Skibinska :)
    27.09. - "Samotny mezczyzna" - Colin Firth w roli glownej
    04.10. - "Ostatnie dni" - film Gusa van Santa z 2005r. - film inspirowany historia Kurta Cobaina

    I jak? Nastawiacie sie na ktorys, na wszystkie? Ja z tych powyzszych na pewno chcialabym obejrzec tylko jeden "Samotnego mezczyzne", byc moze skusze sie na "Labirynt Fauna" i moze, moze na "Ostatnie dni".
    --
    Maniaczytania - blog
  • 08.09.12, 16:40
    Zdecydowanie nastawiam się na "Samotnego mężczyznę" :)
  • 09.09.12, 13:24
    o, Maniu, ja się na wszystkie bez wyjątku nastawiam :]
    żadnego nie widziałem, o wszystkich słyszałem, a każda premiera
    ma swoją rangę.

    wydaje mi się, skromnym mym zdaniem, że ten zestaw jest istotnie
    atrakcyjny.

  • 09.09.12, 15:00
    I ja zamierzam obejrzeć wszystkie filmy z podanej przez Ciebie listy. Jestem Maniu zachwycona Twoimi propozycjami. :)

  • 09.09.12, 13:21
    z wczoraj, a raczej - z dziś nad/ranem, z TV Polonia.

    Kameralna opowieść o spotkaniu dwóch przyjaciół z czasów studiów na wydziale
    fizyki.

    Ich drogi rozeszły się 5 lat temu - Marek wybrał drogę awansu naukowego : został
    docentem, zdązył zaliczyć 2,5 roczne stypendium na Harvardzie, miał epizod z
    Paryżem, jego opinie i wywiady z nim pojawiły się w gazetach.

    Jan postawił na zupełnie innego konia - pracuje w małej miejscowości
    jako meteorlog, ma żonę, mieszka w ładnie urządzonym, ale przytulnym domu,
    w którym jest miejsce i na półki z książkami, i na mini-łaźnię i na całą resztę.
    Obok domu na ogródek, w którym jest sprzęt do zawodowych badań. Jan
    nie wyrzekł się swoich zainteresowań, nadal lubi gmerać w róznych urządzeniach
    i na zewnątrz obserwować świat, ale nie jest to już jego jedyna życiowa
    aktywność.

    Marek przyjeżdza "z misją" zleconą mu przez ich wspólnego niegdyś profesora -
    przekonać Jana do powrotu do stolicy i kontynuacji swojej naukowej karyjery.
    Robi to niby próbując mu wjechać na ambicję.

    "Co taki człowiek, jak ty, robi w TAKIM miejscu ?" - rzuca mu pytania prosto
    w twarz. "Trzeba w pewnym momencie się określić, skończyć z głupotami, obrać
    CEL" - peroruje. Ale Jan wszystkie te uwagi zbywa uśmiechem.

    Marek spędza u Jana i Anny [oraz cichego, sympatycznego starszego pana, jej ojca, który
    z nimi mieszka i hoduje sobie jabłka] kilka dni zimową porą.

    Urządzają sobie mały kulig, rzucają śnieżkami, wychodzą na spacery, rozmawiają, piją
    herbatę ["jak u Czechowa"], wycieczkują targ w jakimś okolicznym mieście, spacerują,
    bawią się, ślizgają na lodzie, Marek daje Jankowi lekcję prowadzenia samochodu,
    urządzają sobie "zawody sportowe", nie brakuje czasu na ksiązki, a nawet na
    badania naukowe, które przywiózł ze sobą Marek, generalnie : Marek poznaje wszystkie uroki życia na wsi.

    I obserwuje dokładnie Jana. Nie dostrzega żadnych objawów problemów emocjonalnych,
    jakichś frustracji. Nic, widzi zdrowego, szczęśliwego faceta świetnie dogadującego się
    z przyjemną, energiczną blond-żoną, miejscową nauczycielką, która pięknie się śmieje,
    jest atrakcyjna, i miesza harmonijnie dziewczęcośc z dojrzałą kobiecością.

    Jan przypomina mu o filozofach, których studiowali, a którzy sławili skończonośc, określoność
    zyciowego losu, zdarzeń, odrzucali zaś nieskończonośc, jako coś niemierzalnego, nie poddającego się badaniu, nieciekawego w ten sposób. Wyciąga kolejne ksiązki, z
    zaznaczonymi fragmentami. Marek je odkłada na bok "gdzież ja bym miał czas czytać...
    nawet literatury ze swojej profesji nie mogę ogarnąć", tłumaczy się - więc, gonitwa, bieg,
    karyjera, bez miejsca na refleksję, wyciszenie i próbę spojrzenia z dystansu na siebie i
    świat, kolejne cele bez radości z ich osiągnięcia.

    W dodatku, karyjera robiona nie zawsze zgodnie z zasadami, co Jan wypomina Markowi,
    powołując się na pewne gazetowe wypowiedzi Marka, w ktorych podawał jakieś dane/opinie
    na zlecenie swoich protektorów, a które były "cynicznym podkładaniem świni" - niedokładnie zrozumiałem szczegóły, w każdym razie sedno jest takie, że Marek w zamian za swoje awanse i przychylnośc wysługiwał się "pewnym kręgom" decydenckim.

    Tak więc : niechęć Jana do powrotu ma związek także z moralnymi kompromisami do
    jakich zmusza droga, którą podązył Marek.

    Jan i Anna organizują mu odczyt na temat owej właśnie tytułowej struktury kryształów w
    miejscowej szkole. Zjawia się dużo ludzi, Anna i Jan wyświetlają slajdy, Marek prowadzi
    wykład, ale... ludzie się męczą, przyszli bo "coś się dzieje", w gruncie rzeczy temat jest
    dla nich całkowicie abstrakcyjny, a Marek swoich monotonnym głosem nuży i usypia.
    Dla docenta jest to przykry incydent, kolejny raz przekonuje się, że świat jest duży i
    jego tytuł naukowy, przeszłość harvardzka i wywiad z nim w gazecie dla ludzi może
    mieć zerowe znaczenie, kompletnie być poza ich sferą życiowych zainteresowanych. Dociera
    do niego faktyczna znikomośc własnych osiągnięc, dla niego samego mających przecież
    znaczenie określające jego własną wartość, jako człowieka, więcej - sens jego życia.
    Jedyny sens.

    I następuje odwrócenie wektorów - zamiast zmusić Jana do myślenia, Marek sam
    zaczyna sie zastanawiać, czy dobrze w życiu wybrał, czy mu czegoś nie brakuje :
    takiej właśnie kobiety, luzu, swojego miejsca pod słońcem, czegoś "oprócz".
    Zarzucał Janowi, że "żyjesz jak emeryt, gdzie ryzyko, gdzie walka o coś ?", aż
    wreszcie sam się nad tym pochylił, tyle że w odniesieniu do swoich własnych
    decyzji życiowych.

    Po kilku dniach wyjeżdza. Oni go żegnają objęci w pół, uśmiechnięci. On - nie ma
    tęgiej miny, a poirytowany ruch z jakim zasłania górną część szyby auta przed
    słońcem - dowodzi, że chyba się sfrustrował. Trudno powiedzieć czym bardziej :
    tym, że Jana nie przekonał, nie wykonał "zadania", za co może mieć
    nieprzyjemności, czy raczej, że zobaczył lepsze życie niż swoje własne, prawdziwsze
    i na własnych zasadach, bez pełzania u stóp mocodawców i protektorów w zamian
    za ochłapy "dawania wywiadów do gazet" i 'docent" przed nazwiskiem.

    zrobił ten film Zanussi i jako że to jeszcze 69 rok - gość nie szedł w jakieś
    religijne odniesienia i pouczanki. Zrobił rzetelne kino o zderzeniu dwóch postaw
    życiowych, oczywiście - opowiadając się po jednej z nich, ale jakoś tak z gustem i
    klasą, a bez zadęcia, co mu się później zdarzało, jak sami wiecie, nieraz :]

    Jest pochwała życia Jana, ale jest też troska o wybory Marka, nie ma piętnowania
    żadnego z nich, nawet jeśli Marek nie uchyla się od "podkładania świń" w celu
    pokonywania kolejnych szczebli na drabinie awansu społecznego.



  • 09.09.12, 13:22
    jakbym czegoś nie pomylił, to by było święto lasu :]
    "krsztaŁU" ofk.
  • 09.09.12, 13:27
    O, zauważyłam ten film w programie, ale wybrałam "Sierociniec".
    Tak, kiedyś Zanussi robił całkiem ciekawe filmy. Może Polonia pokaże też inne?
  • 10.09.12, 13:04
    mam nadzieję, że nie żałujesz decyzji ?..

    oby, polskie kino ma przepastne archiwa, problem raczej właśnie
    w tym tkwi, zeby znaleźli się odważni, którzy zechcą z nich czerpać.
  • 10.09.12, 14:08
    Nie żałuję, film mi się podobał.
    Wypatrzyłam, że za tydzień w Polonii będzie "Życie rodzinne". Może to dłuższy przegląd :)
  • 11.09.12, 13:25
    cieszę się, bo ojcem i matką tej decyzji byłaś Ty i tylko Ty, ale
    gdzieś tam na zamglonym dalekim planie pląsałem jako chochlik podszeptujący,
    stąd moje pytanie :]

    o, miejmy nadzieję. Polonia w US ma po kokardę 786 kanałów american tiwi,
    na ktorych w kółko kowboje, reklamy i karingtony, więc TVP daje im odtrutkę.
    "Aborygenów" zaś ciągle jeszcze do-truwają papą z Hameryki, więc nam jeszcze
    nie przysługuje klasyka polskiego kina ;]
  • 10.09.12, 00:41
    Dylematy, pytania przed którymi stają bohaterowie filmu w dzisiejszych czasach korporacji, wyścigu szczurów, szalonego pędu życia brzmią szalenia aktualnie.


    Ależ koszmarna pora emisji.

    Dzięki, Greku. :)))
  • 10.09.12, 13:06
    otóż to.
    inny kostium dziejowy, ale te same problemy i pytania.

    hehe, wiesz, w pierwszym rzucie leciał o 22:30, ale
    wybrałem nocną powtórką ok 4:00 :]

    moja przyjemność :]
  • 11.09.12, 00:29
    > wybrałem nocną powtórką ok 4:00 :]

    Greku, dlaczego tak późno, heh??? Albo może powinnam powiedzieć wcześnie?

    :)))
  • 11.09.12, 13:18
    och, nawyki nocnegomarka, Barbasiu :]
  • 12.09.12, 16:32
    Greku, dbaj o siebie!

    :)
  • 10.09.12, 11:56
    Barbasiu, pytałaś o "BOrgiów" - zatem, bardzo proszę :]

    zatem, po 1 odcinku - kilka wrażeń.

    Jak chodzi o treść...
    Zaczyna się w momencie śmierci papieża Innocentego III, czy coś w tym guście
    i numeracji. Facet umiera wyznając, że "boi się tego, co na niego czeka, po drugiej
    stronie". Pewnie dlatego się boi, że zostawia Kościół, czy raczej - kler, w stanie
    permanentnej korupcji i rozpasania. Jednocześnie rzymski Kościół mianuje i odwołuje królów, ma
    ogromny majątek, jego potęga budzi respekt.

    Tuz przed wyzionięciem zadaje zebranym w
    jego komnacie kardynałom, spośród których wybrany zostanie jego następca,
    dramatyczne pytanie : który z was gotów będzie podjąć się misji oczyszczenia
    Kościoła ? Pierwszy reaguje Borgia, klęka i składa deklracje, że da radę - pewnie
    ma nadzieję, że umierający papież go namaści. Ale oto w ślad za nim wszyscy pozostali
    poczynają klękać i podobne deklaracje składać. świetna malarsko scena, filmowa z
    góry : ściany komnaty pokryte malowidłami, wielkie białe łoże, na biało ubrany papież,
    z białą broda, a dookoła niego ubrani na wściekleczerwono kardynałowie z rozpostartymi
    płaszczami.

    Po śmierci papcia zaczyna się ofk walka o schedę po nim. Kardynałowie zamykają się
    w pałacu, czy jak to zwał, i nie mogą wyjśc zen, dopóki nie wybiorą, spośród swego
    grona, nowego papy.

    "Zdecyduje wola Boża", pada co i rusz z ust kolejnych kardynałów czcza formułka, w którą
    tylko dzieci wierzyć mogą. Rozgrywa się bowiem potajemna gra o wpływy, a przoduje w niej
    Borgia. Jako, ze nie może opuszczać budynku, używa gołębia pocztowego, zeby kontaktować się ze swoim synem, Cesare - i przekazuje mu instrukcje. A dotyczą one przekupiania
    kolejnych kardynałów, co by na Borgię głosowali w następujących cyklicznie wyborach. Czym ?Wszystkim, czym się da : majątkiem, włościami, stanowiskami, bo i kardynał Borgia jest majętnym facetem, który ma czym się "podzielić". Jak ? a choćby w taki sposób, że do pokojów kolejnych kardynałów z zewnątrz dostarczane są smakołyki, a w ich środku... dokumenty poświadczające np. przekazanie ziemi albo posadzenie na jakimś prestiżowym stołku.

    Ostatniego z koruptów, kardynała Sforzę, Borgia przekupuje osobiście, ofiarując mu zaocznie stanowisko sekretarza przy swoim boku, jesli tylko Sforza zrezygnuje z udziału w wyborach, a swoje głosy sceduje na Borgię właśnie. I to jest właśnie ten decydujący moment, gdy .

    Potrzeba bodaj pięciu rund, żeby Borgia wreszcie uzyskał większość. A w zasadzie "kupił ją sobie", jak rzuca mu oskarżenie prosto w twarz kardynał Orsini. Na co Borgia z zimną krwią odparowuje "masz problem z tym, ze jestem Hiszpanem ? wolałbyś żeby kupił sobie to Włoch ?". Słowem, nie czaruj, drogi kolego, że gra miała być czysta. Mówiąc tekstem Wielkiego Szu : ty oszukiwałeś, ja oszukiwałem - wygrał lepszy.

    Zatem, Borgia wygrywa, no i zaczyna się cały zestaw kolejnych ceremonii - "habemus papam" z okna pałacu, pierwsze błogosławieństwo z ust nowego papieża, klękający tłum, potem uroczysty przemarsz ulicami miasta aż do bazyliki, a tam dalsze cuda na kiju z finalnym włożeniem na głowę nowego papieża jakiejś ozdobnej czapicy. Borgia ostro i nie przebierając w środkach szedł po ten stołek, ale już w trakcie tych ceremonialów wyparowuje z niego trochę bezwzględności zakulisowego gracza. Ma twarz pobladłą, jest przejęty całą sytuacją, a już po uroczystościach niemal mdleje z emocji. I chyba dociera do niego misja, jaką ma pelnić. Misja
    oczyszczenia Kościoła z brudu. Ciekawie zaczął ;], ale nawet w rozmowach z synem o tym mówi, żonie odmawia seksu, bo "jako papież powinien się hamować", generalnie, takie powstaje wrażenie, ze facet zdobył ten stołek i może faktycznie ma jakieś dobre zamiary.

    Przy okazji, przedstawiona zostaje familija Borgiów - syn Cesare, biskup, ktory nie
    szczędzi sobie seksu; żona [?] - póki co, wyglądająca dośc nijako, ale pewnie się rozkręci,
    na razie - babka która nie wie, co sądzić o nowej posadzie męza [?], dotąd żyło się jej
    dostatecznie bogato i słodko, a przy okazji w wygodnym cieniu, i to nawet jesli było wiadomo, ze kardynał Borgia ma dzieci i ma je z nią wlaśnie; córka Lukrecja, na razie blond aniołek,
    dośc zadowolony z nowej sytuacji, ale dopiero odnajdujący się w zyciu, w świecie; no i
    młodszy syn - Juan, wesoły awanturnik [poznajemy go w scenie ulicznej potyczki na szpady], ktory z miejsca dostaje fuchę wodza papieskiej armady.

    Na pierwszym powyborczym spotkaniu z kardynalską bracią, Borgia informuje ich, że sekretarzem będzie Sforza. Orsini dostaje wścieku, bo ten stołek umierający Innocenty III
    jemu zostawił i jego namaścił. Ale Borgia ma to w nosie. Po gwałtownym uniesieniu, Orsini
    dochodzi do siebie, przeprasza i jednocześnie zaprasza na bal, jaki wyprawić zamierza dla
    kardynalów i nowego papieża u siebie w zamku, czy tam w pałacu, aby uczcić nowowybranego.

    Na ten jubel Borgia zabiera Cesare, a Cesare zabiera... małą małpkę. Ojciec na to "po grzyba ci małpa ?", na co Cesare tajemniczo "pomoże nam odczytać prawdziwe intencje naszych wrogów". No i faktycznie, o ile stary Borgia to dobry gracz, to Cesare mysli szybciej od niego - doskonale zdał sobie sprawę, ze Orsini nie ma dobrych zamiarów wobec nowego papcia. Małpa zaś służyć miała do zbadania zawartości wina, które Orsini serwował gościom. Małpa jest pierwszym degustatorem z kielichów podawanych Borgiom. Wszyscy tłumaczą to sobie ekstrawagancją, ale jest jasne, że dookoła unosi się smród wrogości i metodologii "kto kogo".

    Cesare wqmyka się od stołu i nakrywa w kuchni faceta, ktory sypie do pucharu przeznaczonego dla Borgii jakieś świństwo. Małpa próbuje i pada. Staczają pojedynek na sztylety, który wygrywa Cesare, a pokonany oferuje mu swoje usługi, jako donosiciel, ew. przyboczny do specjalnych zadań. Zatem, Cesare daje mu pierwsze zadanie : bierz ten puchar z trucizną i... podaj go Orsiniemu. Tak też się dzieje i kardynał Orsini doznaje cięzkiego zatrucia, być może śmiertelnego. Robi się rwetes. Borgia i Cesare szybko opuszczają przyjęcie.

    No i tak to wyglądało. Scena, w której Cesare spowiada się własnemu ojcu z grzechów podczas udziału w korupcji - bezcenna. I potem w kuchni, kiedy ten skrytobójca trzymany pod sztyletem Cesare cedzi "jesteś biskupem, Bóg nie wybaczy ci zabójstwa", na co Cesare odpowiada "Bóg wybaczy mi cokolwiek zrobię, w końcu... rozgrzeszy mnie sam papież" :]

    Cóz, widać ze w ten interes wpakowano dużo pieniędzy. Stroje są perfekt. Sceny zbiorowe - klasa. Ceremoniały - imponujące. Rzecz się dzieje w szacownych murach, komnatach, jadalniach, sypialniach, ogrodach, samo patio pałacu Borgiów jest już wypasione. Tak żyli wtedy ci, którzy ślubowali ubóstwo. Zresztą, do dziś się nic nie zmieniło, tylko reszta świata poszła do
    przodu.

    Jeremy Irons gra swoje, jak na wybitnego aktora przystało. w roli Orsiniego objawił się sam Derek Jacobi. Cesare, ktory wydaje się być postacią interesującą, pełni rolę szarej eminencji - gra go młody aktor Francois Arnaud.
    Trochę malo kobiet na razie, co mnie zawodzi; Vanozza, żona Borgii, i Lukrecja póki co, trochę w cieniu, ledwie zarysowane, ale zapewne w przeciagu następnych 8 odcinkow rozwiną się nieco.
    Biskup z panną w łożu - ta scena mogłaby zbulwersować chyba już tylko naiwnych, nie było zresztą w tym 1 odcinku jakichś specjalnych ekcesów erotycznych, nic ponad to, co maly ekran zdązył już wiele razy przerobić.

    Słowem : światowa klasa.
  • 11.09.12, 00:24
    Dzięki!!! Martwiłam się, że za późno wysłałam zamówienie! :)))
    Pasjonująca historia! Zapowiada się fantastyczny serial.

    Vannozza Cattanei była kochanką Rodriga Borgii, piszą na wiki. Po kilku latach romansu Borgia zaaranżował jej małżeństwo z urzędnikiem kościelnym .
    pl.wikipedia.org/wiki/Vannozza_Cattanei

    :)

  • 11.09.12, 13:17
    nie ma za co :]
    bez obaw, Barbasiu, mam nadzieję obejrzeć wszystkie 9
    odcinków i, jeśli będziesz/będziecie sobie życzyć - chętnie
    się nad Tobą i Wami poznęcami za pomocą moich opisów ;]

    ach, czyli coś tam się będzie działo niebawem. No i Lukrecja
    to też nie była niewinna lilija. Póki co, jednak, kobiece postaci
    się rozpędzają dość ostrożnie.
  • 11.09.12, 14:19
    Wspaniale! Oczywiście, że sobie życzę kolejnych opowieści! :)

    Fantastyczna rzecz. Serial w atrakcyjnym, cieszącym oko kostiumie epoki renesansu pokazuje właściwie uniwersalne mechanizmy walki o władzę.


    A właśnie wokół postaci Lukrecji narosło wiele mrocznych legend, cieszyła się wyjątkową zła sławą, przypisywano jej najbardziej niecne uczynki, w tym stoskunki kazirodcze z ojcem i bratem. A jednak historycy w XIX wieku opierając się na dokumentach zachowanych w archiwach zrehabilitowali ją. Jak napisał autor pierwszej biografi Lukrecji Borgii: "Nikt nie zechce uwierzyć, że Rzym i dwór papieski jej nie skaziły, ale jednocześnie nikt bezstronny i uczciwy nie może utrzymywać, że była winna przypisywanych jej nikczemnych czynów".
    pl.wikipedia.org/wiki/Lukrecja_Borgia

    Zatem czekam z wielką ciekawością na kolejne opowieści o Borgiach.


    :)
  • 12.09.12, 13:31
    to mnie dodatkowo zmotywuje :]

    yes, ten kostium naprawdę pyszny.
    widać staranność i ambicję, dopracowane szczegóły, dbałość reżyserską,
    świetny dobór aktorskich twarzy.
    wypada tylko, który to już raz Barbasiu ?, pożałować, że TVP albo
    choćby TVN nie próbują zrezygnować z paru własnych kiepskich propozycji
    i BOrgiami nas uraczyć. założę się, że zyski z reklam mieliby spore, a sam
    wydatek pewnie niższy niż na te własne chochoły :]

    własnie, jestem ciekaw, jak zostanie tutaj pokazana Lukrecja, w świetle
    m.in opisywanych przez ciebie zapisów.

    w 1 odc. wykazała się na razie poglądaniem brata w trakcie jego wygibasów
    łóżkowych z jakąś nieznaną z twarzy, ale dośc nieźle znaną z całkowicie innej
    strony, nałożnicą. Taka wydaje się jednak figlarna, póki co, a nie zepsuta
    czy coś w ten deseń.
  • 12.09.12, 18:17
    > to mnie dodatkowo zmotywuje :]
    Jakże mogłabym nie chcieć Takich pasjonujących historii przez Ciebie opowiedzianych! :)

    Widziałam! Oglądałam zdjęcia w internecie, które dają wyobrażenie o rozmachu scenograficznym, o cudownych kostiumach, dzięki, którym ma się wrażenie, jakby się przeniosło w tamte czasy. Tu kilka z nich:

    www.filmweb.pl/serial/Rodzina+Borgi%C3%B3w-2011-556595#picture-18
    www.filmweb.pl/serial/Rodzina+Borgi%C3%B3w-2011-556595#picture-63
    www.filmweb.pl/serial/Rodzina+Borgi%C3%B3w-2011-556595#picture-1
    www.filmweb.pl/serial/Rodzina+Borgi%C3%B3w-2011-556595#picture-3
    www.filmweb.pl/serial/Rodzina+Borgi%C3%B3w-2011-556595#picture-87
    > własnie, jestem ciekaw, jak zostanie tutaj pokazana Lukrecja, w świetle
    > m.in opisywanych przez ciebie zapisów.

    Pewną sugestie zawierają ostanie dwa z zalinkowanych zdjęć.

    Życzyłabym sobie bardzo "Borgiów" w naszej telewizji.
    Natomiast mam wątpliwości , czy "Borgiowie" byliby zyskowni dla telewizji. Choć to serial pasjonujący, trzymający w napięciu,jak widać już po pierwszym odcinku, nie jest przeznaczony dla masowego odbiorcy.

    Zresztą inny znakomity serial historyczny, "Dynastia Tudorów" której dwa pierwsze sezony właśnie powtarzają w naszej telewizji, chyba nie przyciągnęła oszałamiającej widowni, jak mi się wydaje ( i to mimo tego, że nielada wabikiem były liczne sceny erotyczne. ;) , skoro nie zdecydowano się do tej pory zakupić dwóch kolejnych sezonów (wyprodukowanych w roku 2009 i 2010).

    Forum Telewizja z Polski dziękuje Czeskiej Telewizji za "Rodzinę Borgiów"! :))
  • 13.09.12, 13:31
    gustowna ilustracja :]

    ja myślę, Barbasiu, że BOrgiowie mieliby wysoką oglądalność.
    Odpowiednio zareklamowani i puszczeni w porze "dla ludzi"
    na pewno byliby sukcesem dla dowolnej telewizji.

    problem, moim zdaniem, lezy w tym o czym opowiadają, czyli -
    że o tym, iż kościołowi zarządcy, to nie święci mężowie bynajmniej.

    Pewnie kanałami dyplomatycznymi episkopat by protestował, ale
    nawet nie będzie do tego zmuszony, bo u nas się telewizyjne
    władze same cenzurują :]

    TUdorów, przyznam, nie widziałem...

    yes :] W ogole, u nich z dnia na dzień lecą True Blood, Californication,
    Borgowie... w TVP zaś - Barwy szczęscia, Klan i Moda na sukces.
    To, takie mam wrażenie, dość trafnie ilustruje róznicę między poziomem
    obu przybytków.
  • 13.09.12, 17:47
    Na pewno serial zdobyłby z miejsca grono wiernych widzów, ale czy była by to tak duża widownia, mam ciągle wątpliwości.

    Z tą autocenzurą publicznej to racja.

    Tak.
    A u nas, żeby oglądać te najnowsze , najlepsze seriale trzeba zapłacić słono za dodatkowe kanały HBO, Canal+, czy jeszcze inne.

    :)
  • 11.09.12, 14:37
    >Biskup z panną w łożu - ta scena mogłaby zbulwersować chyba już tylko naiwnych,

    Ponoć Aleksander VI Borgia był pierwszym papieżem, który otwarcie przyznał się, że ma potomstwo.


    I potem w kuchni, kiedy ten skrytob
    > ójca trzymany pod sztyletem Cesare cedzi "jesteś biskupem, Bóg nie wybaczy ci z
    > abójstwa", na co Cesare odpowiada "Bóg wybaczy mi cokolwiek zrobię, w końcu...
    > rozgrzeszy mnie sam papież" :]

    Dobre! :)

    >nie było zresztą w tym 1 odcinku jakichś specjalnych ekcesów erotycznych, nic ponad to, co >maly ekran zdązył już wiele razy przerobić.

    W ekscesy erotyczne obfitowała już "Dynastia Tudorów". :)
  • 12.09.12, 13:35
    w każdym razie, Czesi przyjęli obostrzenia, bo przed pierwszym
    odcinkiem grzecznie nadali komunikat, żeby dzieci [osoby duchowne i
    ze słabym sercem, chciałoby się też dodać] zajęły się innnymi
    czynnościami niż oglądaniem tegoż programu.

    [na co zapewne dzieci postukały się palcem w czoło z wymowną miną]

    swoją drogą, jak Arni albo jakiś inny biega z karabinem i wypruwa kiszki
    wielu bliźnim - nie ma zakazów. Jak jest goły tyłek albo, nie daj boże,
    biust rodzaju żeńskiego - wysyła się ostrzeżenie dla widowni :]

    czy to nie komedia ?

  • 12.09.12, 18:52
    >nadali komunikat, żeby dzieci [osoby duchowne i
    > ze słabym sercem, chciałoby się też dodać] zajęły się innymi
    > czynnościami niż oglądaniem tegoż programu.

    Hehehehe! :)))

    O! Komunikat!?



    Otóż! :)
  • 10.09.12, 20:24
    reżyseria Wim Wenders, Michelangelo Antonioni.
    Cztery opowieści o uczuciach i oczekiwaniu na nie.
    Lektura obowiązkowa!

    :)
  • 11.09.12, 00:26
    Cytat z filmu: "Miłość - to jest złudzenie. Pułapka. Ale pułapka jest tajemnicza, więc wszyscy w nią wpadamy".

    Dobrej nocy!
    :)
  • 11.09.12, 14:06
    Tak, zauważyłam ten film, ale nie oglądałam. Ileż można wałkować temat miłości? :)
    Antonioniego wielbię za "Powiększenie" i "Zawód: reporter" :)
  • 11.09.12, 14:15
    nie widziałem niestety tego filmu. Jakoś się wczoraj ustawiłem na "Lalkę" glównie...
    a potem jeszcze trochę na Lisa :]

    ... który zaczyna przypominać Pospieszalskiego, w swojej stylistyce prowadzenia
    programu, czy raczej grillowania zaproszonego gościa, ktorego poglądy nie mieszczą
    sie w określonej optyce, albo są wprost "szokujące". takiemu gościowi można
    bezkarnie przerywać, zakrzykiwać go, wrzucać, a on sam zostaje praw do
    rewanżu pozbawiony. Niesmaczne.

    btw, taki suplement do Wenecji... ponoć zwycięska "Pieta" kosztowała... 100 tysięcy
    dolarów :] MOżna robić kino za grosze; dobre przesłanie dla polskich twórców, co
    to nieustannie narzekają w tonie "gdybym był bogaty...".
  • 12.09.12, 18:38
    Jutro opowiem Ci nowelkę filmową, która mi się najbardziej spodobała.


    Tak, masz sporo racji.

    Z tym, że akurat Korwina-Mikkego wczoraj nie było mi żal ani trochę (oglądałam przez chwilę Lisa po filmie).


    > btw, taki suplement do Wenecji... ponoć zwycięska "Pieta" kosztowała... 100 tysięcy dolarów [...]

    No proszę! Dobra wiadomość. :)
  • 12.09.12, 18:43
    Programu Lisa nie oglądam, natomiast moim zdaniem ludzi pokroju Mikkego nie powinno się w ogóle zapraszać do telewizji. Są jakieś granice przyzwoitości.
  • 13.09.12, 17:48
    siostra.bronte napisała:

    > Programu Lisa nie oglądam, natomiast moim zdaniem ludzi pokroju Mikkego nie pow
    > inno się w ogóle zapraszać do telewizji. Są jakieś granice przyzwoitości.

    Zgadzam się, Bronte.
  • 16.09.12, 16:21
    siostra.bronte napisała:
    ludzi pokroju Mikkego nie powinno się w ogóle zapraszać do telewizji. Są jakieś granice przyzwoitości

    Nie zgadzam. się. W imię poprawności polityczniej nie należy się bać kontrowersyjnych poglądów. Dużo bardziej ochoczo zaprasza się Niesiołowskiego, tego od "ścierw pisowskich", i powszechnie wyznawanej pogardy wobec b. prezydenta RP. Tak samo Palikota, nie tylko obrażającego prezydenta, ale igrającego z uczuciami rodziny i dzieci po śmierci Gosiewskiego, czy współczującemu dziecku Ziobry "takiego" ojca.

    Panowie Lis i Wojewódzki dla mnie już się skończyli. Wojewódzki po tekturowych Kaczyńskich przed wyborami, Lis po napastliwym,i pełnym nienawiści wywiadzie przeprowadzanym z J.Kaczyńskim.
  • 16.09.12, 17:34
    Niesiołowskiego i paru innych też bym nie zapraszała.
    Taki bojkot byłby dla polityków dotkliwą karą i może nauczyłby ich trochę kultury.
  • 13.09.12, 13:34
    o, czekam z ciekawością :]

    wiesz, ja czytałem ten wpis.
    wydaje mi sie, że nastąpiła nadreakcja, i to się przełożyło
    na brak wartościowej polemiki z tym, co on naprawdę napisał.
    Niestety.
    Myślę, ze nastąpiło to samo niezrozumienie, co w przypadku
    duetu opowiadającego o Ukrainkach.
    Tam - niezrozumienie konwencji.
    Tutaj - wprost niezrozumienie logiki wywodu.

  • 13.09.12, 14:50
    A co tu tłumaczyć? Facet, który uważa, że niepełnosprawni powinni siedzieć w domu, żeby nie ranić uczuć estetycznych społeczeństwa i "zarażać zaburzeniami w motoryce" moim zdaniem się kompromituje. I żadne wolty intelektualne nie zmienią znaczenia tych słów.
    W dodatku zdecydowanie brak mu konsekwencji. Skoro mamy oglądać w telewizji tylko pięknych, młodych i zdrowych to mógłby zacząć od siebie.
    Na ten temat to wszystko. Nie dam się wciągnąć w dyskusje o polityce :)
  • 13.09.12, 15:44
    a tak, no z tym to przesadził albo w ogole się pomylił.

    ale wywód nt. tego, że sport niepełnosprawnych jest dośc
    nieczytelny, kiedy mowa o jego regułach i zasadach, czym
    się rózni stanowczo od sportu pełnosprawnych - był sensowny, wg
    mnie.

    zdecydowanie nie wstrzelił się w poetykę ostatnich tygodni, która
    polega na tym, że pisze się, mówi i pokazuje sport niepełnosprawnych
    w tylko dobrym świetle i zapobiegawczo reaguje na choźćby tylko
    sugestie, że dana wypowiedź może być inaczej ukierunkowana.

    wiesz, mnie przede wszystkim chodziło o to, jak Lis poprowadził
    swój program i właściwie zaprosił tak autora komentowanego
    wpisu po to, żeby mu dosolić i potraktować z pokazową arogancją.
    a, moim zdaniem, na tym polega klasa człowieka, kiedy potrafi
    powściągnąc swoje święte oburzenie i wykazać zupełne minimum
    elegancji wobec przeciwniika, a nawet wroga, zwłaszcza kiedy ten
    ową elegancję prezentuje.
  • 13.09.12, 16:03
    Owszem, o paraolimpiadzie możne ewentualnie dyskutować. Ale właśnie w pamięci wielu ludzi zostało to, że niepełnosprawni powinni siedzieć w domu! A kim on jest, aby odbierać im prawo do wykształcenia, pracy, życia w społeczeństwie?!
    Tak, zgadzam się, że jeżeli już się kogoś zaprosiło do studia, to prowadzący powinien zachować jakieś normy kultury i obiektywizmu. Podobny przypadek był ze słynnym wywiadem Kolendy-Zaleskiej z Rutkowskim. Facet nie jest z mojej bajki, ale dziennikarka zachowała się skandalicznie.
  • 15.09.12, 16:43
    grek.grek napisał:

    > wiesz, ja czytałem ten wpis.
    > wydaje mi sie, że nastąpiła nadreakcja, i to się przełożyło
    > na brak wartościowej polemiki z tym, co on naprawdę napisał.
    > Niestety.
    > Myślę, ze nastąpiło to samo niezrozumienie, co w przypadku
    > duetu opowiadającego o Ukrainkach.
    > Tam - niezrozumienie konwencji.
    > Tutaj - wprost niezrozumienie logiki wywodu.

    Nie zgadzam się. :)

    Oburzenie wywołał przede wszystkim ten fragment wypowiedzi Korwina-Mikkego.

    "Jeśli chcemy, by ludzkość się rozwijała, w telewizji powinniśmy oglądać ludzi zdrowych, pięknych, silnych, uczciwych, mądrych - a nie zboczeńców, morderców, słabeuszy, nieudaczników, kiepskich, idiotów - i inwalidów, niestety".

    Intencja przekazu Korwina-Mikke jest tu jasna. Paraolimpiady nie powinno się pokazywać w TV, bynajmniej nie z powodu jej budzących wątpliwości kryteriów i reguł sportowych, tylko dlatego że pokazywanie w telewizji ludzi doświadczonych kalectwem (oraz innych, wymienionych), jest zdaniem KM, szkodliwe „dla rozwoju ludzkości”!? W jaki sposób pokazywanie ludzki kalekich ma szkodzić rozwojowi ludzkości, niestety nie raczył wyjaśnić..

    Wstrętna, chamska wypowiedź, nasuwająca najgorsze skojarzenia z poglądami faszystów na temat ludzi dotkniętych kalectwem, słusznie została napiętnowana.
    Nie ma co się doszukiwać innych pozytywnych intencji.

    W starożytnym państwie Spartan zrzucano słabe, kalekie niemowlęta w przepaść z góry Tajget, dla dobra państwa, by potem tacy ludzie nie byli ciężarem, by społeczeczeństwo dobrze i zdrowo się rozwijało. Mimo to Sparta i tak w końcu upadła . To zdanie (cytuję z pamięci), jako puentę, wypowiedział w znakomitym, amerykańskim bodajże, dokumencie o ludziach niepełnosprawnych, który dawno temu oglądałam (tytuł uleciał z glowy) jeden z bohaterów wyjątkowo ciężko doświadczony przez los kalectwem, niemniej nieskończenie wdzięczny za dar życia jaki otrzymał.




    Dobrze, że wspominasz o o duecie Wojewódzki i Figurski mam dobrą okazje, by wreszcie powiedzieć, co myślę o tej sprawie (lepiej późno niż wcale ;).

    To nie tak, że niezozumiano konwencji pogramu panów W i F. Owszem niektórzy próbowali kwestionować oczywisty, dla każdego, kto słuchał "porannego WF-u", satyryczny czy kabaretowy charakter programu . Jednak większość oburzonych zrozumiała konwencję, aleeeee nie wyrazila zgody na, powiedzmy to jasno, chamskie żarty, na tego rodzaju satyrę, która przekraczyła tu granice poprawności politycznej oraz granice dobrego smaku. Zresztą nie po raz pierwszy w tym programie były przekraczane te granice , o czym pisała swego czasu Pepsic, wspominając o bardzo niesmacznych żartach po tragicznej śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego (słynna piosenkę ). Była jeszcze afera z „Murzynem”, były podobno niewybredne żarty z Żydów i wiele innych, o których mogliby powiedzieć stali słuchacze.

    Najciekawszym wydaje się to dlaczego dopiero teraz tak zdecydowanie zareagowano na dowcipy duetu, a nie wcześniej..


    W konwencję kabaretu , satyry, która manifestuje postawę opozycji, która zawsze musi być przeciw czemuś, która ośmiesza i piętnuje ukazywane zjawiska, obyczaje, politykę, stosunki społeczne itd. wpisany jest konflikt z opinią społeczną, z opinią mniejszości, większości. Oczywiście stopien ryzyka bywa różny, zależy od tematu w jaki się uderza, od adresta, od aktualnej sytuacji, od charakteru opozycji itd.

    Satyra w wykonaniu Panów W i F , narażała się na spore ryzyko , ponieważ często przekraczała właśnie granice poprawności politycznej i dobrego smaku.

    PS
    Zgadzam się, z tymi , którzy uważają że kara jaka spotkała panów satyryków ze strony władz radia, którzy zgodzili się na taki program, tego rodzaju konwencję i tego rodzaju satyrę (widać jest na nią zapotrzebiwanie społeczne, nie wiem czy to dobrze, ale może musi być jakiś wentyl bezpieczeństwa dla społecznej świadomości) była zbyt surowa, zwłaszcza dla jednego z panów.|

    Ufffff
    :)
  • 15.09.12, 16:52
    Podpisuję się :)
  • 15.09.12, 17:15
    siostra.bronte napisała:

    > Podpisuję się :)

    A ja pod Twoimi komentarzami w Twej sprawie. :)
  • 16.09.12, 13:22
    coś kiepsko u mnie z czytaniem :]
    fakt, akapit kuriozalny, zwłaszcza - w pełni się zgadzam z Tobą - że
    bez wytłumaczenia, w czym rozwojowi ludzkości szkodzi
    pokazywanie Paraigrzysk.

    wiesz, Barbasiu, ja myślę,że konwecja WFu polegała na wyszydzaniu
    pewnych postaw za pomocą przyjmowania pewnych póz, ubieraniu
    się w pewien kostium, używania jaskrawych środków wyrazu, ale
    nie po to, zeby obrazić, a wręcz przeciwnie - aby pomóc w napiętnowaniu
    czy to rasizmu, czy ksenofobii czy, jak w przypadku piosenki posmoleńskiej,
    zbijania kapitału politycznego na tragedii.

    owszem, można się zastanawiać nad środkami wyrazu owymi, czy
    adekwatne były, ergo : czy konwencja się sprawdziła.

    wg mnie - tak.

    Jesli jakiś czarnoskóry poczuł się urażony tekstem "zadzwońmy do
    murzyna", wypowiedzianym bez intencji obrażenia go, ale w języku
    konwencji właśnie, to równie dobrze może się on obrazać o
    filmy o wymowie antyrasistowskiej, gdzie używa się obraźliwego
    języka dot. czarnoskórych.

    Powiedzmy, że ktoś robi film o Ku Klux Klanie, w którym co i rusz
    jego członkowie wymachują rasistowskimi uwagami.

    wg mnie, kluczowe jest pytanie : czy ten film jest krytyczny wobec
    KKK ?

    Jesli tak, to nie widzę problemu, bo jak przedstawić taką organizację
    bez sporządzenia jej portretu, w którym musi być odmalowana
    jej skrajnie rasistowska ideologia ?

    czy członkowie KKK w takim filmie nie mogą używać słów, którymi
    nie tylko obrażają, ale wręcz dewastują czarnoskórych ?
    Jesli nie, to jakim językiem ma operować reżyser, który chce
    napiętnować KKK ?
    Przecież używanie łagodnych środków wyrazu w oczywisty sposób
    osłabi siłę krytyki filmowej ?

  • 16.09.12, 13:47
    Wiesz, to taki powracający argument, że przecież Murzyn nie powinien się obrażać za takie określenie, tak samo jak Żyd itd. Bo są prawdziwe i nie mają charakteru negatywnego.
    Jednak chodzi o kontekst w jakim są używane. W przypadku owego Murzyna, to był mniej więcej taki tekst: "Zadzwonimy do Murzyna... Gajadhur, tak murzin, hehe. W jakiej sieci ma telefon? Buszmeni?"
    Facet miał prawo poczuć się obrażony. I zgodnie z prawem wystąpił do sądu o znieważenie ze względu na pochodzenie.
    Abstahuję od faktu, że panowie W+F mylnie określili Hindusa jako Murzyna :)
  • 17.09.12, 13:23
    według mnie, kluczową pozostaje sprawa intencji i cały charakter sprawy -
    odwołam się do tego swojego przykładu z Ku KLux Klanem.

    piętnując KKK, za pomocą wcielenia się w członka tej organizacji, nie da się
    nie użyć grubego słowa o jednoznacznie rasistowskiej wymowie.

    czy społeczność afroamerykańska, jesli już chcemy political correctness, powinna
    złożyć zawiadomienie o przestępstwie popełnionym przez reżysera filmu posługującego
    się takimi środkami wyrazu w ww. intencji ?
  • 17.09.12, 13:44
    Wiesz, gdyby ktoś robił sobie ze mnie takie żarty, podając nazwisko na ogólnopolskiej antenie, a później dzwoniąc do mnie, to też bym się wkurzyła.
    Tutaj został wyśmiany konkretny człowiek, w dodatku osoba publiczna, ze względu na zajmowane stanowisko.
    Nie da się tej sytuacji porównywać do filmu o KKK.
  • 17.09.12, 14:46
    I jeszcze jedno. Prawo umożliwia obywatelowi ochronę swojego dobrego imienia. Jeżeli ktoś czuje się urażony może dochodzić swoich praw w sądzie. Twoim zdaniem, takie przepisy nie mają sensu?
  • 18.09.12, 13:38
    mają sens.

    jeśli akurat jego wybrali do swojej prowokacji - od niego oczywiście zależy czy
    mu to w smak czy nie całkiem.

    mnie chodzi o generalną zasadę takich występów, na ile konwecja usprawiedliwia
    autorów.
  • 16.09.12, 15:57
    Ta cała pożal się Boże konwencja to wymyślona na potrzebę chwili linia obrony, która nijak nie usprawiedliwia wyszydzania zmarłych, ani pogardy wobec wobec taniej siły robocze i wobec innej nacji. W sprawie Ukrainek najbardziej mnie tąpnęło użycie pogardliwego określenia przez Wojewódzkiego: "Nawet nie wiem, czy jest ładna (Ukrainka), bo widuję ją tylko tyłem i na kolanach" (cytuję z pamięci). Faktem znamiennym jest, że dopóki obrażano konkretne osoby w dodatku związane z PiS (śp. prezydent i Gajadhur członek tegoż ugrupowania), nikt się za bardzo nie przejmował.

    Grek, te dwa pajace nie tylko sie nakręcały: zadzwońmy, one to zrobiły. To nie były słowa rzucane w próżnię, lecz wypowiedziane publicznie do konkretnego człowieka.

    A propos. Zbijaniem kapitału politycznego nazywasz chęć poznania zagadkowych okoliczności tragicznej śmieci prezydenta naszego kraju, w dodatku na terytorium niekoniecznie nam przyjaznym? No proszę Cię, ja tylko chcę prawdy!

    To może jeszcze w sprawie JKM. Przemyślenia dotyczące uchwycenia idei olimpiady (igrzysk) jakie zawarł na swoim blogu w jakimś sensie można zrozumieć, czy dyskutować, z tym że forma wypowiedzi, cała otoczka jest nie do przyjęcia. Ciekawostka, czy wiecie ile państw na świecie nie transmitowało paraolimpiady? Dwa: Polska i Pakistan!
  • 17.09.12, 13:37
    Pepsic, ale to nie były ICH poglądy, tylko ich interpretacja podejścia
    części Polaków do ukraińskich sprzątaczek.

    wiesz, wg mnie prawda jest taka, że zamiast odlecieć albo w ogole
    nie lecieć z powodu koszmarnej pogody - nie tylko polecieli, ale
    nawet zamierzali lądować i tak długo ignorowali "pull up", aż się
    rozbili. Moim zdaniem, obarczanie kogokolwiek winą dodatkową za
    to co się stało jest właśnie szukaniem durnia, na ktorego da się
    zwalić winę. Durniem ma być premier i partia rządząca, ktorej
    PiS nie jest w stanie pokonać w normalnych wyborach, więc chce
    go ubabrać w jakimś błocie, licząc że to pomoże w zdobyciu
    posad, stołków i całej reszty przywilejów, których brak bardzo
    im doskwiera. Inaczej tego nie moge tlumaczyć, patrząc na to,
    jakie NIC zrobili przez 2 lata i jakie NIC prezentują swoim
    programem. To partia do wojenek i bicia piany, a nie do rzetelnej
    pracy.

    Ludzie nie wybiorą PiSu nie z powodu
    Platformy, tylko z powodu tego, ze PiS pokazał w ciągu 2 lat rzadzenia i
    5 lat opozycji, zwłaszcza po 10 IV,
    metodologię działania i zachowania, ktora odstraszyły od niego
    umiarkowanych wyborców. Nawet jakby PiS wmanewrował w Smoleńsk wszystkich
    politykow z innych partii, to ludzie zaglosują nawet na Misia
    Yogi i Żyrafę Matyldę żeby PiSu do rządzenia nie dopuścić.

    wiesz, ja miałem poczucie absmaku patrząc jak PiS i jego zwolennicy
    wykorzystują Smolensk do politycznej propagandy, do prób
    emocjonalnego szantażowania reszty społeczeństwa, do
    dyskredytowania innych politykow, do miotania oskarżeń wobec
    wszystkich dookoła o jakiś "zamach" i inne cuda na kiju.



  • 11.09.12, 23:30
    Facet w mało gustownej kurtce smętnie wałęsający się po Romie w dodatku o fizjonomii Johna Malkovicha skutecznie odstraszył mnie od miłosnej tematyki;))
  • 12.09.12, 17:36
    hahaha :)

    Jakie Wy Dziewczyny Pepsic, Bronte, jesteście ostatnio? mało romantyczne! ;))

    pepsic napisała:

    > Facet w mało gustownej kurtce smętnie wałęsający się po Romie

    Po Ferrarze.

    Toż to moda 2. poł. lat 90-tych! :)


    Bohater grany przez Malkowicza pojawia się w wszystkich 4. nowelkach. Jest narratorem filmu, opowiadaczem kolejnych historii. Bohater grany przez Malkovicza jest reżyserem (porte-parole Antonioniego) podróżuje po Europie i zbiera materiał do swoich opowieści filmowych, które oglądamy na ekranie. On sam staje się bohaterem historii romansowej w 3. noweli.

    Ma krótki aż szalenie namiętny romans z seksowną bohaterką graną przez Sophie Marceau.

    Włócząc się po mieście zauważa dziewczynę na ulicy spieszącą się do pracy, do butiku. dziewczyna wpada mu w oko i od tego momentu podąża za nią krok w krok, wchodzi za nią do butiku, stojąc w korytarzu przygląda się jej jak przebiera się na zapleczu. Potem idzie za nią do części sklepowej. dziewczyna odprawia koleżankę, zostaje sama. On początkowo udaje, że jest zainteresowany ubraniami, ale po chwili już bez skrępowania przygląda się dziewczynie stojącej za ladą. Ta zirytowana nieco odwraca ostentacyjnie wzrok, ale nagle coś dziwnego się z nią dzieje, odchodzi od lady, odwraca się i zaczyna oddychać szybko jakby jej tchu brakowało. Reżyser wychodzi ze sklepu.

    Spotykają się potem ponownie przypadkiem przed knajpką w małej malowniczej okolicy(może gdzieś na Laurowym Wybrzeżu). On siedzi przy stoliku pije coś, ona go poznaje, podchodzi do niego i zwierza mu się, że zabiła swojego ojca, zadała mu 12 ciosów nożem.On zaskoczony wyznaniem siedzi jak zamurowany. Potem razem spacerują , ona dalej opowiada o sobie, że siedziała kilka miesięcy w więzieniu za ten czym. W pewnym momencie dziewczyna ucieka. Reżyser dogania ją i razem przytuleni idą do jej domu. Tam kochają się namiętnie w scenach dość odważnych, ale oczywiście nie wulgarnych. Po wszystkim reżyser ubiera się i odchodzi. Naga dziewczyna biegnie za nim do okna, odprowadza go wzrokiem, potem odwraca się i zbliża do łózka, gdzie niedawno przeżywała rozkosz. Pozostaje sama, naga piękność ...

    >w dodatku o fizjonomii Johna Malkovicha skutecznie odstraszył mnie od miłosnej tematyki;))

    Mam słabość do Malkowicza, zawsze mi się bardzo, szalenie podobał! :))



    :)
  • 13.09.12, 15:38
    hm, morał z tego taki, że Francuzki mają to "coś", w znaczeniu : są otwarte, szybko myślą, decydują i umieją łapać chwile ;]

    świetna opowieść, Barbasiu.
    Sugestywna bardzo.
    [mogłabyś jakieś soft-erotyzujące powieści dla kobiet pisać ;)]

    co tu dużo mówić, czekam ma powtórkę w... Kulturze, zapewne.
    Tam wszystko powtarzają, nieprawdaż ? :]
  • 13.09.12, 17:24
    Mała korekta, jest to druga, nie trzecia historia.
    A akcja jej dzieje się w malowniczym Portofino.

    Reżyser-narrator przybył do Portofino, w poszukiwaniu bohatera, ale w końcu sam stał się bohaterem opowieści.

    Qrcze, nie mam w sobie nic z Francuzki!? ;))

    Przy okazji, znajomi Francuzi męża koleżanki (Polaka urodzonego i wychowanego we Francji) na żony nie wybrali sobie Fracuzek, gdyż te podobno są roszczeniowe, potwornie wymagające!? ;))

    O Dzięki, Greku, za komplementy! (liczyłam bardzo, że zajrzysz do postu:))
    Miłe słowa. :)))

    Duma mnie rozpiera. :)))

    Ale nie wiem, nie wiem czy bym potrafiła tak poważnie?

    A propos, czytałam niedawno w Wysokich Obcasach, artykuł na temat książki brytyjskiej autorki E.L. James pod tytułem "Fifty Shades of Grey" ("50 twarzy Greya") . Jest to erotyczna powieść("mamuśkowate porno", ang. "mummy porn" jak zaetykietkowano), pierwsza część trylogii o romansie dojrzałego mężczyzny, miliardera o nazwisku Grey i młodej studentki literaturoznawstwa Anastazji. Budząca kontrowersje* powieść, nazwana, co ciekawe, "Zmierzchem" dla dorosłych" od maja 2011 roku, od kiedy się ukazała, okupuje listy światowych bestsellerów i osiąga rekordy sprzedaży. Sprzedano już 30 milionów egzemplarzy tej książki!

    Zdaje się znów jakiś renesans przeżywa popularna powieść erotyczna!?

    Tu co nieco na temat książki:

    wyborcza.pl/1,75475,12248060,_50_twarzy_Greya____erotyczny_bestseller_palony_na.html
    Tu artykuł z WO:
    wyborcza.pl/energiakobiet/1,118219,12241006,Bestseller_sado_maso__20_mln_kobiet_oszalalo_na_punkcie.html
    *Np. Brytyjska organizację zajmującą się pomocą kobietom doświadczającym przemocy domowej uznały "50 twarzy Greya" E.L. James za instruktaż sadomasochizmu. Psychologowie jednak staja w obronie książki, twierdząc, "że chodzi o dwoje dorosłych uprawiających seks za obopólną zgodą, a poza tym jest to przecież fikcja literacka".

    wyborcza.pl/1,75475,12394046,50_twarzy_przemocy_.html

    Aleeee, właściwie czy to nie za mało ambitne pisanie takiej literatury? ;)

    :)



    Prawdaż, prawdaż. :)
  • 13.09.12, 17:29
    >Aleeee, właściwie czy to nie za mało ambitne pisanie takiej literatury? ;)

    W każdym razie bardzo intratne, jak się okazuje. ;))
    Prawa do adaptacji filmowej też już podobno sprzedane.
  • 13.09.12, 19:13
    arbasia1 napisała:

    > >Aleeee, właściwie czy to nie za mało ambitne pisanie takiej literatury? ;)

    > W każdym razie bardzo intratne, jak się okazuje. ;))

    Jak się ma szczęście i trafi się we właściwy czas.
  • 14.09.12, 13:39
    haha, możliwe, ze Francuzki też nie mają nic z Francuzek ;]
    w zasadzie, chodziło mi o tę filmową Francuzkę.

    o, Barbasiu, Twoje "male wyskakujące piersi" przeszły do
    klasyki :]
    to znaczy : nie Twoje "małe wyskauujące piersi", tylko... te Twoje...
    to znaczy... ratunkuuuuu ;]

    tak, czytałem o tej powieści. Zakrawa to chyba na jakiś harlequin, ktoremu
    zrobiono świetną reklamę za duże pieniądze ?
    gdzie się podziała szlachetna erotyczna literatura...
    Ambitna, otóż to.

    o, jak poczujesz zew powołania - nie opieraj mu się :]



  • 14.09.12, 15:18
    Hehehehe! Coś kręcisz!? :)

    > o, Barbasiu, Twoje "male wyskakujące piersi" przeszły do
    > klasyki :]
    > to znaczy : nie Twoje "małe wyskauujące piersi", tylko... te Twoje...
    > to znaczy... ratunkuuuuu ;]

    Hahahahaha! :)))))))))

    O! Greku! Uśmiałam się do łez.

    Przypomniałeś mi, że mam zaległą odpowiedź na dawny post! Oczywiście przeczytałam, trafne podsumowanie filmu. Śmiałam się z Twojego komentarza do tego opisu piersi bohaterki. No wiesz, chciałam najlepiej oddać klimat filmu, hehe. ;)))
    Wrócę jeszcze do tego podwątku!


    > o, jak poczujesz zew powołania - nie opieraj mu się :]

    Hahahahaha! :)
    No nie wiem.


    > tak, czytałem o tej powieści. Zakrawa to chyba na jakiś harlequin, ktoremu
    > zrobiono świetną reklamę za duże pieniądze ?

    Tak, chyba stąd ta popularność.
  • 15.09.12, 15:05
    haha, cieszę się :]
    ja się za to w ambaras wpędziłem ;]]

    Twój opis był sensacyjnie świetny : krótki, rzeczowy, a
    barwny i działający na wyobraźnię - stąd jego pozycja
    klasyka gatunku :]



  • 14.09.12, 18:42
    Barbasiu, Twoje "male wyskakujące piersi" przeszły do klasyki :]
    Ja do tej pory nie mogę sie otrząsnąć i ze szczególną wnikliwością obserwuję biusty filmowe zastanawiając się, które Cię zadowolą, a które nie.
    ;)
  • 14.09.12, 19:36
    Sądzisz, że ten cytat sugeruje opinię Barbasi na temat owego biustu? :)
  • 14.09.12, 19:54
    Tego emocjonalnego określenia Barbasia użyła wobec jednej z bohaterek przy opisie "Miejsca zbrodni", i mówiąc szczerze zadała mi klin, bo filmu nie miałam okazji.
  • 14.09.12, 19:58
    Tak, pamiętam. Ale trudno z tego określenia wywnioskować, czy Barbasi biust się w końcu podobał czy nie :)
  • 14.09.12, 20:03
    Siostro, to była druzgocąca i jednoznaczna krytyka, a nawet przygana. Raz, ze małe. Dwa, skoro małe, to jak można wystawiać na widok publiczny?
    Ps. He, he za adwokata robię, Barbasia mnie w końcu przegoni;)
  • 15.09.12, 14:56
    pepsic napisała:

    > Siostro, to była druzgocąca i jednoznaczna krytyka, a nawet przygana. Raz, ze m
    > ałe. Dwa, skoro małe, to jak można wystawiać na widok publiczny?
    > Ps. He, he za adwokata robię, Barbasia mnie w końcu przegoni;)

    Chichichichi :)))))

    Autorkę rozweseliła ta interpretacja jej wypowiedzi.. ;))))
  • 14.09.12, 19:37
    Właśnie w tę opowiastkę wcelowałam, niestety bez entuzjazmu. Za tak błyskawiczną i bezbarwną miłość - dziękuję:)

    Jakie Wy Dziewczyny Pepsic, Bronte, jesteście ostatnio? mało romantyczne! ;))
    Już się tłumaczę. Lekkie niedomaganie spowodowało brak zainteresowania romansami;) Dlatego było mnie mniej i całkowicie bez formy:))

    Ps. Rozumiem, że z biustem Sofie wszystko w porządku? ;))
  • 15.09.12, 14:50
    Miałam to napisać w podsumowaniu, ale powiem to teraz.

    Ta i wszystkie pozostałe nowele Antonioniego są niestety szkicowe i powierzchowne. Pozostawiają poczucie niedosytu, może poza pierwszą historią.

    > Już się tłumaczę. Lekkie niedomaganie spowodowało brak zainteresowania romansa
    > mi;) Dlatego było mnie mniej i całkowicie bez formy:))

    O! A myślałam, że urlop Ci się rozciągnął.
    Zdrówka Pepsic!


    > Ps. Rozumiem, że z biustem Sofie wszystko w porządku? ;))

    chichichi :)))

    Jak najbardziej. Zaraz opowiem o nim Grekowi i Wam, to znaczy opowiem pierwszą historię . :))

  • 16.09.12, 13:53
    I już lepiej:)
  • 17.09.12, 17:43
    To dobrze! :)
  • 11.09.12, 22:41
    Współczesny western z 2005 roku z makabrycznym wątkiem, ze śladową ilością groteski i czarnego humoru (fragment z mrówkami). W reżyserii i gł. roli - Tommy Lee Jones. Wiele dobrego słyszałam i już kiedyś sygnalizowałam. Teraz sprawdziłam i z czystym sumieniem mogę polecić. Farmer wyrusza do Meksyku z lekko gnijącymi zwłokami przyjaciela, wykopanymi z grobu, aby pochować go zgodnie z obietnicą w ojczystej ziemi. Do pomocy i asysty zabiera zabójcę tegoż. Wciągają i urzekają wysmakowane sceny - spadanie konia w przepaść, oglądanie telenoweli na przenośnym telewizorku na środku prerii, swojsko pobrzmiewający Chopin na rozklekotanym pianinie gdzieś w Meksyku, czy spotkanie z niewidomym i nieświeży poczęstunek. Trochę za bardzo rozwleczone, widać że reżyserowi ciężko było zrezygnować z jakiekolwiek sceny. I trzeba uważać z początku, bo retrospekcje prowadzają nieco zamieszania. Tvp2 zaserwowała wieczorowa porą, a produkt made in USA na tyle mnie zainteresował, że wytrwałam do 1 w nocy:)
  • 12.09.12, 13:23
    Też chciałabym obejrzeć, ale pora była fatalna :)
  • 12.09.12, 13:26
    ja w Jedynce Lalko'wałem :]
    dzięki za zajawkę, może w TVP Kultura dadzą riplej [?]
  • 13.09.12, 19:08
    Brzmi zachęcająco.



    :)
  • 12.09.12, 14:47
    Jutro o 20.35, w Kulturze. Film Cassavetesa o którym już wcześniej pisałam.
    W skrócie to historia słynnej aktorki teatralnej, Myrtle Gordon, która przechodzi kryzys. Jest on spowodowany pewnym zdarzeniem, ale nie chcę zdradzać szczegółów (zrobiłam w poprzedniej recenzji).
    Aktorka rozkleja się psychicznie. Ma wielkie problemy z przygotowaniem się do nowej roli...
    Ten film to także hołd dla teatru, aktorów i ich pracy.
    W roli Myrtle fantastyczna Gena Rowlands. Kiedy jest na ekranie nie można od niej oderwać oczu. W obsadzie także sam reżyser i Ben Gazzara.
    Fani Almodovara na pewno wypatrzą pewne podobieństwa z filmem "Wszystko o mojej matce" :)
    Niestety, film fatalnie nakłada się na kolejny odcinek "Paradoksu" i "Labirynt Fauna". Dlatego zapowiadam go wcześniej, żeby gdzieś nie umknął.
    Mimo silnej konkurencji gorąco polecam !!!
  • 12.09.12, 18:28
    Szkoda, że nakładają się te filmy na Dwójce i Kulturze.

    Długo czekałam "Labirynt Fauna" więc ten film na pewno wybiorę. I "Paradoksowi" daję szansę

    Rodzielimy się zatem jutro na podgrupy . :)
  • 12.09.12, 18:41
    Coś mi się zdaje, że będziemy jedną grupą oglądającą "Labirynt fauna" :)
    "Premierę" już widziałam, a nawet nagrałam. Szkoda tego filmu, jest naprawdę wyjątkowy.
  • 12.09.12, 19:02
    :)))

    Oglądałam "Premierę" właśnie w czasie tego niedawnego przeglądu filmów Cassavetesa. Nie mniej jednak nie czuję się na siłach rozmawiać o nim. Nie jest to łatwy film.
    Przy innej okazji przypomnę go sobie.

    :)
  • 12.09.12, 19:19
    O, skoro widziałaś już ten film, to nie masz dylematu :)
  • 13.09.12, 13:38
    słuchajcie, nie jest tak źle :

    20:20 Przemiana TV K
    21:05 Paradoks TVP 2
    22:00 Labirynt Fauna TVP 2
    [do 00:10]
    i...
    1:05 Przemiana, riplej

    zatem, potencjalnie, skoro w grę wchodzą dwa kanały, to
    jest szansa nagrać coś,a coś obejrzeć bezpośrednio, ew.
    w powtórce.

    zatem, byle tylko od 21 do 3 jakoś przetrwać bez odcisków
    na... stopach ;]

  • 13.09.12, 14:55
    Faktycznie, "Premiera" ma powtórkę o 1.05, w Teletygodniu program kończy się na filmie o 23.00.
    Oczywiście, zawsze można sobie nagrać film i obejrzeć później.
    Skąd Ci się wzięła ta "Przemiana" zamiast "Premiery"? :)
  • 13.09.12, 15:33
    ...
    ...
    odpowiedź na to pytanie pojawi się w następnej serii "Z archiwum X" :]

    [próbuję jakoś to ogarnąć, ale przynam, że wszystkie możliwe
    warianty, które przychodzą mi do głowy, są o kant... potłuc :]
  • 13.09.12, 19:12
    > zatem, byle tylko od 21 do 3 jakoś przetrwać bez odcisków
    > na... stopach ;]

    :)))
    Poduszeczkę miękką pod tyłek szykuj, a nawet dwie! :)

  • 13.09.12, 19:16
    Trochę się martwię, jak Grek przetrwa ten maraton :)
  • 14.09.12, 15:20
    Grek, to zaprawiony maratończyk. :))
  • 13.09.12, 13:20
    tytuł właściwie mówi wszystko.
    Rzecz o dwójce chłopaków i dziewczynie, którzy planują i przeprowadzają
    napad na dom, w którym ma się znajdować pokaźna suma pieniędzy.

    dziewczyna ma na imię Odile.
    Któregoś dnia mówi swojemu koledze, Franzowi, że w domu ciotki, u której
    mieszka, w sejfie widziała górę kasy. Franz przekazuje tę informację swojemu
    kumplowi, Arthurowi. Cała trójka spotyka się na kursie angielskiego, Arthur
    poznaje Odile, Odile się w nim z miejsca zakochuje, a w międzyczasie cały
    tercet decyduje się napaść na ten dom i zrabować gotówkę.

    Trochę to trwa, a to jadą samochodem przez Paryż, a to rozmawiają, a to
    wyjeżdzają z Paryża, żeby tam wrócić... trochę mętlik się robi, przynajmniej
    dla mnie, ale dzięki temu można ich trochę lepiej poznać.

    właściwie wszyscy są postaciami trochę ironicznie namalowanymi, albo nawet
    bardzo.
    Arthur pozuje na przestępcę, próbuje się zachowywać jak gangster, ale w gruncie rzeczy
    nie ma w sobie żadnego sznytu bandyckiego; Franz ubiera się Alain Delon z filmów noir, ale
    płaszcz i kapelusz nie wystarczą, robią z niego raczej chłopaka, który za dużo filmów
    obejrzał i chyba za bardzo wziął je sobie do serca; Odile drżą zgrabne łydki w getrach
    na myśl o napadzie, właściwie dośc bezwiednie przyłącza się do planów chłopaków, a
    dlaczego zakochuje się w bezbarwnym i kabotyńskim Arthurze... chyba tylko przez swoją
    dziewczęcą naiwność.

    dzieciaki. niby wyglądają jak dorośli [Arthur z poważną fizjonomią Claude'a
    Brasseur'a] albo prawie dorośli, ale mentalnie to są dzieci. Napad traktuję jak
    przygodę, sekwencję filmową, jakąs zabawę podwórkową, zwlaszcza Odile. Chłopcy
    są może poważniejsi, ale jednocześnie całkowicie nieodpowiedzialni i bez
    umiejętności planowania takich rzeczy.

    Pierwszy skok w ogole nie wypala. Próbują dostać się do domu wchodząc
    po drabinie oknem na piętrze, ale okno jest zamknięte i nie sposób go
    otworzyć. Odile nie wie, jak im pomóc, mimo ze teoretycznie powinna wszystko
    od wewnątrz przygotować. Sama scena rozkładania drabiny dowodzi koszmarnej
    indolencji włamywaczy. Odile obrywa od Arthura i chyba jest to moment, w którym
    zaczyna się przekonywać do subtelniejszego Franza.

    za drugim razem wchodzą do środka drzwiami. wchodzą z getrami Odile na twarzach. Dla zachowania stylu na te głowy wciśnięte w damskie skarpety nakładają oczywiście
    swoje nakrycia głowy. Dla niepoznaki krępują Odile,
    a potem terroryzują pistoletem, kneblują i wpychają do szafy panią domu, ciotkę Odile.
    szafę zamykają na klucz.

    Udaje się im dobrać do sejfu, ale jest tam tylko jakaś marna resztka cięzkich
    milionów, o których wspominała Odile. Zatem - klops. Drugi klops to zwłoki pani domu,
    która zakneblowana i zamknięta w szafie udusiła się, jak wszystko na to wskazuje.

    Zatem, trzeba uciekać. No i uciekają. czy raczej, próbują odstawić na miejsce samochód, którym przyjechali na miejsce. Tak uciekają, że wkrótce wracają na miejsce
    zdarzenia. Tyle, ze osobno, bo się wcześniej rozdzielili, żeby spotkać się w punkcie
    zbornym, gdzieś za domem który obrabiali.

    Arthr wysiada wcześniej. Odile i Franz zostawiają auto, a potem biegną na miejsce.
    PO drodze przebiegają obok domu. Widzą jak Arthur wyciąga górę kasy z... psiej
    budy obok domu. Jednocześnie pojawia się Arthura krewny - wuj, dosłownie. Czy
    byli umówieni ? zagadka nr 1, być może, ale ja tego momentu umawiania się
    nie dostrzegłem. W każdym razie wywiązuje się między nimi strzelanina. Obaj giną.

    FRanz i Odile próbują zbliżyć się do ciała Arthura,żeby ewentualnie mu jakoś
    pomóc, ale za chwilę muszą znów się kryć, bo dynamicznie na dziedziniec
    wjeżdza autem pan domu, niejaki Stoltz. Kasa leży rozsypana opodal domu.
    On ją skrupulatnie zbiera. Drzwi domostwa otwiera mu... pani domu, którą
    nasza trójka uznała za martwą :]

    Odile i Franz uciekają z Paryża. Jadą na południe, a tam wsiadają na statek
    do Brazylii.

    Koniec.

    Przyznam, że wydarzeń z ostatniego aktu napadu - zupełnie nie rozumiem.
    Mam nawet wrażenie, ze to jakiś reżyserski dowcip Godarda. Skąd ta kasa
    w budzie psa i skąd wiedział o tym Arthur ? skąd ta pani domu, która "nie oddychała" a tu nagle zdrowa i skoczna jak kózka otwiera drzwi mężowi ? skąd ten wuj ?
    Nie wiem, może to jakaś parodia miała być.
    Oglądałem w miarę dokładnie, tzw. nie wychodziłem przez całe 1,5 godziny i
    nie spałem ani przez minutę i obserwowałem ekranowe wydarzenia :]

    no nic, może fabuła miała być tylko pretekstem do pokazania młodzieży paryskiej
    tamtych czasów, a może tylko do zaprezentowania postaw wybranej trójki, ich
    charakterów i osobowości, w czym swoją rolę pełni narrator relacjonujący z offu
    ich stany emocjonalne, myśli, a także przebieg zdarzeń nie ujętych kamerą, ale
    dziejących się [np. pokazywany z oddali samochód, którym jadą przez Paryż
    i okolice, i narracja o tym, co sobie powiedzieli i co poczuli].

    sceny.
    O, kilka jest do zapamiętania.

    Przed pierwszym napadem chłopaki czekają nieopodal domu, w takim lasku
    nad wodą, a Odile biegnie do nich okrężną drogą. Ona biegnie przez labirynt posesji,
    ogródków działkowych, scieżek i chodników, a oni czytają gazety na głos, a raczej :
    same kroniki kryminalne.

    Scena w barze. Taniec. We trójkę. Tarantino by się nie powstydził :] i narrator
    dopowiadający, o czym myślą.

    Jadą wieczorowo metrem czy samochodem przez Paryż. Zupełnie nie mogę
    teraz skojarzyć : auto czy metro... no nic, w każdym razie chodzi o to, ze Odile
    ogląda świat dookoła, zwykłych ludzi, ich zwykłą krzątanine, bieganinę codzienną i
    mówi coś w rodzaju wiersza, poematu o tym właśnie mrówczym ruchu, banalnym i
    nie przynoszącym nic wartościowego, nic frapującego, który puentuje "jestem
    jedną z was, jestem taka sama". Nie wiem, czyj to wiersz, i - czy to wiersz ?, może
    to scenariusz po prostu. W każdym razie, jest w tym jakaś myśl : jakby dla nich,
    albo dla niej osobiście, ten napad był ucieczką od banału nieznośnego, przed którym
    tzreba się jakoś obronić.

    sceny w szkole - Odile w ławce zachowująca się jak dziewczynka z podstawówki : chodząca
    po ławkach, odpisująca namolnie od kolegi, robiąca klasyczną minę "ja nie ściągam", kiedy
    tylko babka prowadząca lekcję przypadkiem spojrzy w jej kierunku; Arthur i Franz spychający się nawzajem z siedzeń w barze, jak nastolatki niesforne. Cały czas ogrywana jest ich
    niedojrzałośc, nie tyle młodzieńczośc, co dzieciakowatość.

    Bieg przez Luwr. 9 minut :] wpadli to jadąc po Paryżu, za Paryż, czy gdzie oni tam jeździli... :]
    Scena ta powtórzona została bodaj w "Marzycielach" Bertolucciego, kiedyś dośc szeroko tutaj coverowaliśmy tamten film [Barbasiu, pamiętasz ?].

    Uczucia. Odile kocha Arthura, chociaż trudno przypuszczać, zeby Odile mogła sobie
    zdawać sprawę z takich rzeczy. Arthur, jak informuje narrator, "myśli o ustach Odile i pocałunku z nią", ale zapewne jej nie kocha, bo zachowuje się tak, jakby była ona tylko środkiem
    do celu, czyli zrabowania wymarzonych pieniędzy. Franz stoi z boku i zdaje się cichaczem
    podkochuje się w Odile, ale Arthur co i rusz wykazuje swoją przewagę nad nim, albo
    daje mu to do zrozumienia sama Odile - np. Franz proponuje jej papierosa, ale ona nie chce,
    na to swoją paczkę wyciąga Arthur i Odile z chęcią zapala sobie.

    ostatecznie jednak, to Franz zostanie z Odile, a ona mu sprzed na zakończenie złotą myśl "chlopcy kochają dziewczyny myśląc o ich oczach, piersiach, nogach, a dziewczyny kochają chłopaków myśląc o... tym samym" :]

    w sumie, trochę żart w konwencji kina kryminalnego, z pewnych schemastycznych rozwiązań w jego obrębie, np. ta strzelanina między wujem Arthura a nim samym - Arthur dostaje 4 kule, a mimo to jednym strzałem udajke mu się położyć wuja, a potem kuriozalnie i parodystycznie się zataczając paść efektownie, jak przystało polegniętemu bohaterowi. Sam napad - sterta komizmów i zdarzeń dziwacznych, od zachowań Odile, która próbuje uczestniczyć, a jednocześnie odwracać głowę i buntować się, jak również samych chłopaków.
  • 13.09.12, 13:25
    duzo zachowań histerycznych, a to się gdzieś ganiaja, a to łapią, a to
    coś... :]

    hoodedutilitarian.com/wp-content/uploads/2012/08/band-of-outsiders-madison1.jpg
  • 13.09.12, 13:26
    PS : od lewej Arthur, Odile, Franz
  • 13.09.12, 16:29
    Zauważyłam ten film w programie, ale jakoś Godard mnie nie ekscytuje. Jego filmy są właśnie takie nieporządne, rozmemłane :)
    Reżyserzy francuskiej nowej fali darzyli atencją gatunek jakim jest kryminał. Czerpali z amerykańskiego kina noir. Przyczynili się też do docenienia Hitchcocka (słynny wywiad-rzeka Truffauta).
    Co do filmu, trafiłeś w dziesiątkę z Tarantino! Kołacze mi się w pamięci, że scena tańca była wzorem dla tańca Thurman i Travolty w "Pulp Fiction". A postać Mii Walace była wzorowana na Annie Karinie. Zajrzałam nawet do wikipedii, zgadza się :)
  • 13.09.12, 16:40
    Aż zajrzałam do youtube, żeby zobaczyć tę scenę. Niestety, filmik ma kiepską jakość.
    www.youtube.com/watch?v=47XX-h_hMME
    :)
  • 13.09.12, 19:05
    siostra.bronte napisała:
    >Jego filmy są właśnie takie nieporządne, rozmemłane :)

    Programowo oczywiście. :)
  • 14.09.12, 13:30
    Ja mam nadzieje, że wyświetlą wreszcie "Do utraty tchu", który : a] pamiętam
    słabo,za słabo, chciałbym sobie utrwalić go na dobre w pamięci, b] zawiera w sobie Jean
    Seberg, jako główną, nie bójmy się tego słowa - atrakcję :]

    o proszę :] niby taki sobie filmik, a się okazuje być, może nie - kopalnią, ale
    studzienką niczego sobie, cytatów.
  • 14.09.12, 13:31
    źle - bo przecież nie on cytuje, a z niego cytują :]
    czyli - studzienką inspiracji.

    [coś pokręciłem, to pewne]
  • 13.09.12, 19:03
    Na stronie TVPKultura znalazłam taką oto notkę rozjaśniająca odrobinę film Godarda:

    www.tvp.pl/kultura/miejsce-wsrod-gwiazd/jeanluc-godard-amatorski-gang/8448742
    "Film obrazuje w całej pełni, że dla Godarda nie istnieje strefa graniczna między fikcją a rzeczywistością. Zarówno poczynania bohaterów, jak i akcja opowieści balansują na krawędzi faktów i fikcji, ilustrując przelotne momenty ich zderzenia, kiedy fantazja i rzeczywistość łączą się, ale nadal nie wiadomo dokładnie, która z nich jest którą. Podobnie niewyraźna jest granica między komedią i tragedią. Chociaż reżyser jest moralistą w tym sensie, iż jego bohaterowie negatywni zawsze kończą źle, nigdy nie ocenia ich motywów. Zamiast tego rozważa ich poczynania. Jest mistrzem w umiejętności chwytania ulotnych momentów, by posłużyły za przedmiot kontemplacji. Film jest utkany z takich właśnie chwil, składających się na interesującą i zaskakującą historię. Zamysł reżysera wspomagają swoimi kreacjami aktorzy, a atmosferę filmu podkreślają znakomite zdjęcia"


    Piszą tam też, że właścicielem pieniędzy jest pan Stolz, przyjaciel ciotki.


    To już trzeci film Godarda po "Alphaville i "Pogardzie" w naszej kolekcji (by Grek.grek). Wypatrzyłam ten film Godarda parę dni temu w programie, niestety seans mnie wczoraj ominął.)


    :)))

    PS
    Oczywiście Greku, doskonale pamiętam, jak żeśmy obgadywali "Marzycieli".
  • 14.09.12, 13:22
    czyli, jest szansa, że oglądając byłem poczytalny i zupełnie trzeźwy ;]

    yes, Stolz. I ponoć, jak pada z ekranu, te pieniądze, które miał w domu
    pochodziły z szemranych interesików w obrębie polityki.

    hehe, pamięć nam dopisuje, jak widać :]
  • 15.09.12, 17:22
    grek.grek napisał:

    > czyli, jest szansa, że oglądając byłem poczytalny i zupełnie trzeźwy ;]

    He,he :)

  • 14.09.12, 12:05
    i jak wypadły Wam wczoraj projekcje ? :]
    mnie się udało wszystkie trzy główne propozycje uchwycić, dzięki za życzenia,
    troskę i zbawienne podpowiedzi poduszkowe [Barbasiu :)].
    Nie powiem, żebym na końcu czuł się jak pierwsi maratończycy, kończący
    swoje biegi w pozycji czworonożnej, heh.

    Paradoks, odc 2.

    Chyba na plus bym zaliczył większą dawkę małej pani z gumą do żucia w
    gębofonie. Wprowadziła trochę życia do całej fabuły.
    "Klimat skandynawski" częściowo się ulotnił w tym 2 odcinku, nie sądzicie ?
    Poza kilkoma dośc klaustrofobicznymi scenami w półmroku i przy mętnym
    świetle.
    Nowa sprawa kryminalna - nie wiem... według mnie, ani w 1 ani w tym odcinku -
    nie ma czegoś naprawdę frapującego w tej układance.
    Siostra mówiła o braku napięcia i to jest grzech główny, póki co.
    wg mnie, nie sprawdza się także formuła, wedle której pani kontrolerka
    przegląda stare sprawy pana inspektora i coś ma z tego wywnioskować.
    Na razie : nie wiem, o co chodzi, nie nosi to znamion jakieś pasjonującej
    gry prowadzonej przez "górę" przeciw krnąbrnemu policjantowi. MOże dopiero
    ujawni się glówny motyw całego postępowania, ale póki co jest to nieciekawe.
    Nie ma chemii między postaciami.
    Dialogi są słabe, pozbawione lotności. Jedyne co zostało mi w pamięci, to
    babka w bikini otwierająca drzwi i na widok policjantów rzucająca "o, pizza".
    Skandalicznie mało, jak na ca 2 godziny materiału.

    "Labirynt fauna".
    Jak Wam... wszedł ? :]

    bajka & dramat, ciekawe połączenie.
    Ucieczka [w stylu Alicji z Krainy Czarów] w baśniowe wyobrażenia jako antidotum na pełną gwałtu rzeczywistość dookoła, projekcja wrażliwego dziecka rzuconego w obcy świat, tracącego matkę, może nie rozumiejącego do końca o co dookoła toczy się wojna, ale reagującego
    na jej obrazki i naturę. Dziewczynka, a zwłaszcza jej nowo narodzony brat, któremu zdązyła, za pomocą mówienia do brzucha, sprzedać sporo mądrości - wyglądają jak symbole nowego pokolenia, postowojennego, postreżimowego, które ukształtowane przez wojenne traumy
    kierować się będzie wartościami poszanowania i tolerancji.

    Jednostronna wypowiedź w temacie polityki histgorycznej. Ostre oskarżenie i potępienie
    terroru reżimu Franco. przeciwstawienie nakazowo-zakazowemu rygoryzmowi
    konserwatystów albo i nawet faszystów - swobody wyobraźni, nieskrępowanej
    ekspresji i prawa wyboru stylu życia i zachowania zgodnie z własnym sumieniem [imo, ważna
    scena, kiedy doktor uśmierca poswtańca na jego życzenie i na zarzut kapitana
    że zrobił to wbrew jego rozkazowi odpowiada, że "ma własne zdanie i podejmuje
    decyzje samodzielnie, nie podporządkowując się ślepo rozkazom"].

    Jasno zaznaczony manichejski podział, dobro vs zło. Kapitan
    nawet na moment nie został ocieplony :] ci dobrzy - ani na moment nie zeszli
    z drogi cnoty. Jak to w bajkach ;] Psychologia tutaj nie występuje, no chyba, żeby
    się zagłębić w meandry odczuć dziewczynki, w odczytania jej losów, bo ostatecznie
    w końcu ona umiera, ocala jednak swojego brata - jako symbol zmiany i nowego
    oblicza Hiszpanii.

    W zasadzie, drugą najciekawszą postacią wydawał się sam Faun, którego
    niemal do końca posądzałem o prowadzenie dziecka na manowce.

    "Premiera".
    uciekło mi tylko pierwsze 15 minut.
    Rzeczywiście, świetny film, prawdziwa sonda Voyager w głąb osobowości aktorskiej.

    babka nie może się utożsamić z postacią, którą ma zagrać. Z tejże postaci bezwłaściwością,
    kukłowatością. Z drugiej strony, postać ta otwiera w niej pokłady lęku i frustracji, bo
    wymaga od niej wczucia się w sposób myślenia i odczuwania kogoś starszego, co
    przypomina samej aktorce o tym, że młodość minęła, a starośc jest całkiem niedaleko,
    jest realna i już majaczy na horyzoncie. I że tak naprawdę... ona nic nie ma. Dzieci, osobistego życia, ma tylko aktorstwo, teatr, film, kolejne role.

    Popija więc, próbuje ratować siebie tworząc fikcyjną postać swojej "młodej fanki, która
    ginie", a z którą sama toczy boje słowne, emocjonalne, a nawet czysto fizyczne. Zatrważa tym swoje otoczenie, męża, przyjaciół, całą ekipę pracującą przy przedstawieniu, które ma mieć wielką premierę w Nowym Jorku. W przedpremierowych spektaklach w mniejszych teatrach, aktorka probuje zmieniać swoją postać, ironizować, kpić z niej, wprowadza do tekstu własne poprawki, improwizuje, ucieka ze sceny, konsternuje widownię, frustruje autorkę sztuki na podstawie której ów teatralny spektakl jest grany, niepokoi producenta - to są jej znajomi, koledzy, przyjaciele. Nie mają pojęcia, co się z nią dzieje. Niby stoją murem za nią, a jednocześnie prowadzają do spirytystki, nie dając wiary, że jej problem leży w podrażnionych nerwach i natrętnych pytaniach o przyszłość, o sens życia, a "młoda fanka", to nie realna postać, nie duch, który ją prześladuje, a tylko jej próba zrobienia rachunku ze swoim życiem i przejściem przez smugę cienia. Próbuje wchodzić w konflikty, z męzem, z eks-mężem/facetem[Cassavetes grał jej eks-męza, czy eks-faceta ?], z którym gra kluczowe sceny w spektaklu. Czepia się każdej drobnostki, która da jej energię twórczą, zmotywuje, przywróci do pionu. Nic nie wypala. PIje więc nonstop.

    na premierę nowojorską aktorka wpada w ostatniej chwili, kiedy już wszyscy zdązyli wyłysieć i osiwieć z nerwów, a widownia już zaczęła wyklaskiwać opóźniające się rozpoczęcie spektaklu. Gorzej,że jest zalana w trupa. Pomagają jej na wyścigi jakoś się pozbierac, cucą, na scenie aktorzy tak grają, żeby ją jakoś podtrzymywać i nie kazać jej stać samej. jeden z członków ekipy z uznaniem mówi "jest pani niesamowita, nigdy nie widziałem kogoś TAK pijanego, kto by się trzymal na nogach", ale po prawdzie, to ona się obala, wstaje czepiając się ściany, wloką ją pomiędzy scenami po podłodze jak worek liści, ustawiają do pionu i jakoś to się kręci cudem.

    Przychodzi do siebie w ostatnim akcie, w scenie, ktorą odgrywa ze swoim eks. Tę scenę zapamiętam : Gena Rowlands stoi w pijacko-zawiadiackim rozkroku, ofk ciągle jeszcze nie w pełni trzeźwa, patrzy spode łba na szykującego się do wyjścia razem z nią na scenę Cassavetesa i cedzi "zniszczę tego pajaca", czy jakoś tak :] Kapitalny moment. No i faktycznie, odgrywany przez nich ostatni akt jest brawurowym dialogiem dwojga ludzi starzejących się, u progu niechcianej dojrzalości, którzy próbują jakoś sobie z tym faktem poradzić : żartem, komedią, a w końcu pelną zrozumienia dla siebie i drugiego - szczerością
    prowadzącą do akceptacji. I on, jej eks, podaje jej metaforyczną rękę podczas tej sceny.

    Nie wiem, czy dobrze odczytałem, ale oni ją zagrali jakby wbrew scenariuszowi, zaimprowizowali. Ona go o to wcześniej prosiła, on się niespecjalnie chciał zgodzić, uważając, ze jesli zagrają to według jej pomysłów, to on się ośmieszy i zostanie ukarany, bo [w przeciwieństwie do niej] "nie jestem gwiazdą, a tylko prostym aktorzyną, który ma robić, co mu każą". Autorka sztuki wychodzi w trakcie, minę ma nietęgą, potem wraca jakoś uspokojona i pogodniejsza, odczytuję to jako wkurzenie z powodu zmiany wymowy jej oryginalnego tekstu, które przechodzi w akceptację dla pomysłu samych aktorów, dostrzega że oni [ona !]
    nie mogą tego zagrać w pierwotnej formie, jest to dla aktorki zbyt ciężkie. Para sceniczna kończy przedstawienie wymieniając jakąs dziwaczną "piątkę" w stylu sportowców, tyle że trzymając się nawzajem za nogi. KOńczą ze śmiechem, rozluźnieni, zwłaszcza aktorka, jakby przeszła przez ten życiowy zakręt wlasnie na scenie, grając niby tylko postać, ale w rzeczywistości nabierając oddechu do dalszego własnego życia.

    Spektakl okazuje się bombą. Na raucie popremierowym aktorka zbiera gratulacje.

    fakt, Gena Rowlands pojechała ostro po bandzie :] świetna rola. Kiedy nocą wparowuje do pokoju hotelowego pisarki i próbuje głową rozbić framugę drzwi - ja bym dzwonił po kaftan, gdybym siedział na widowni w kinie :]. spektakl teatralny weewnątrz filmu, kadrowanie rozmów momentami przechodzące w manierę jakby podglądającą wynurzenia osobiste aktorów - bardzo ciekawe chwyty.


  • 14.09.12, 15:29
    "Paradoksu" nie oglądałam. I Twoja recenzja utwierdza mnie w przekonaniu, że niczego nie straciłam.
    Ponownie obejrzałam "Premierę", aż do końca, chociaż planowałam przełączyć się na początek "Labiryntu...". Fajnie, że podobał Ci się film Cassavetesa. Na pewno ma wiele znaczeń i pewnie nie wszystko zrozumiałam :)
    Co do fabuły, to wydaje mi się, że Myrtle nie ma (i nie miała) męża.
    Doskonale wszystko opisałeś, trudno dodać coś więcej. Określenie "sonda Voyager" jest znakomite :)
    Może dodam tylko to, że młoda fanka, która zginęła być może przypomina Myrtle jej samą w czasach młodości. Jest taki moment w czasie rozmowy z autorką sztuki (tej, w której pyta ile Myrtle ma lat), kiedy aktorka mówi, że ta dziewczyna przypomina jej...I nie kończy. Myślę, że chodzi właśnie o to.
    Zresztą, dziewczyna jest w typie urody aktorki i to chyba nie przypadek. Śmierć tej dziewczyny to symboliczna dla Myrtle symboliczna śmierć jej młodości.
    Ale to są takie moje rozważania :)
    Co do "Labiryntu Fauna" to po zapowiedziach spodziewałam się czegoś innego i byłam rozczarowana. Właściwie to film wojenny, a dawka okrucieństwa była dla mnie stanowczo za duża. Myślałam, że będzie tu więcej fantazji, a la "Alicja w krainie czarów".
    Wiedziałam, że będziesz miał pretensje o prosty podział na dobrych i złych :)
    Ale tu nie było chyba miejsca na zbytnie subtelności. Za dużo tematów na jeden film. I tak, przyznaję się, że sympatyzowałam z partyzantami, a nie faszystami :)
    Co do małego brata, nie do końca zgodzę się, że jest symbolem nowej, postreżimowej Hiszpanii. Nie interesuję się zbytnio historią, ale wiem, że generał Franco rządził krajem aż do 1975 r. I nawet alianse z Hitlerem w czasie wojny mu nie zaszkodziły. Aż trudno w to uwierzyć!
    Nie dziwię się, że z taką historią Hiszpanie namiętnie kręcą horrory :)



  • 14.09.12, 15:32
    *Śmierć tej dziewczyny to dla Myrtle symboliczna śmierć jej młodości :)
  • 14.09.12, 15:58
    *[...] młoda fanka, która zginęła być może przypomina Myrtle ją samą czasach młodości.
    Uff.
  • 14.09.12, 19:08
    Siostro, nie odpuszczaj i nie sugeruj sie naszym kolegą, któremu nie wiedzieć dlaczego nie przypadł do gustu Paradoks, a może bardziej pan Bogusław? Sorki Grek, Twoje argumenty znam, to tylko metafora. Drugi odcinek był świetny, zwarty i właśnie chemiczny. Dialogi? Były. Sceny? Były, a jakże, te spojrzenia na spotkaniu z nową w gabinecie szefa, czy subtelna (a może nie?) reakcja na odmową propozycję randkową. Dla mnie miodzio:) I jeszcze chciałam się odnieść do licznych porównań do klimatu szwedzkiego. Ja ich nie dostrzegam, a jeśli nawet byście się upierali, to chciałam zauważyć, że w takim np. Wallanderze akcja kryminalna też nie jest wcale nadzwyczajna, koloryt nadają smaczki skandynawskie.
    Co do "Labiryntu F." - byłam zaskoczona, że to baśń. Wprawdzie b. ładna, sprawnie i estetycznie zrealizowana, tylko że ja nigdy nie przepadałam, a z baśni Andersena zawsze wolałam "Dzieci z Bullerbyn".

  • 14.09.12, 19:25
    No, na pewno obejrzę kolejne odcinki, jeżeli w tym czasie nie będzie nic ciekawszego :)
    Chociaż naprawdę wydaje mi się, że ta formuła (powrót do starych spraw) nie zapowiada większych emocji.
    Klimatów skandynawskich też bym nie zauważyła, ale te porównania pojawiały się w zapowiedziach. Nie wiem, czy to był pomysł producenta, czy to dziennikarze dopowiedzieli swoje.
    W "Wallanderze" było jednak porządne śledztwo, krąg podejrzanych i jakiś suspens.
  • 15.09.12, 13:21
    przyłączam się do Twojego apelu.
    wszelako mając pewność, że Siostra się nie sugeruje :]

    cóż mógłbym dodać... nie chwytam Paradoksu, być może
    jestem zmanierowany Gliną i ciągle intuicyjnie i podświadomie
    dokonuję jakichś porównań, które na niekorzyść tego pierwszego
    wypadają.

    o, "klimaty skandynawskie" zapowiadali sami twórcy, ja ich tylko
    z tego... rozliczam ;]
  • 15.09.12, 13:17
    mnie się zdawało, że Ben Gazzara gra właśnie jej męża, ale mogłem się
    przesłyszeć.

    idealnie celnie opisałaś postać młodej fanki i jej znaczenie.

    to fakt, w tej konwencji, jaką przyjęto cieniowanie charakterów
    byłoby wprowadzaniem pewnego zamętu w całym scenariuszu i
    pewnie by sie na tym film wykopyrtnął. Taki podział trochę rodem
    z bajkowych opowieści, gdzie zawsze ów jest czytelny i podkreślony.

    próbowałem to jakoś zlepić... w 38 roku urodził się przyszły król
    Juan Carlos, który po śmierci Franco przejął władzę w Hiszpanii i
    zaczął demokratyzować ustrój. w "Labiryncie" chłopiec przychodzi
    na świat w 44 roku. 6 lat róznicy, i to mi burzy koncepcję... ;]

    a może dzieciak ma być symbolem tej wspólczesnej młodej HIszpanii,
    może przyjęto punkt widzenia jak najbardziej aktualnej sytuacji i
    dokonano sprzęgnięcia z reżimową smutą ?


  • 15.09.12, 14:06
    Żoną Bena Gazzary była ta czarnulka w długich sukienkach :)
    Faktycznie, jest taka scena, kiedy Myrtle mówi do Gazzary per "mężu". A on pyta ją czy powtarza rolę.
    Co do "Labiryntu.." to koncepcja z królem jest całkiem sprytna :) Ale ja nie widziałabym w dziecku żadnego symbolu.