Dodaj do ulubionych

Ojej, co tu wybrać 2018 - 1 (vol. 87)

01.01.18, 00:20
Kochani - wspaniałego Nowego Roku! Niech będzie spokojny, dobry i obfitujący w dobre chwile!

I oczywiście mnóstwa fajnych filmów dla nas :)

--
Maniaczytania - blog
Edytor zaawansowany
  • barbasia1 01.01.18, 01:02
    Dziękuję, Maniusiu!

    O tak, zdrowia i spokoju!
    Dobrych filmów i długich dyskusji Wam, Nam
    i ja życzę
    B.
  • maniaczytania 01.01.18, 02:33
    Tak jest! I mam nadzieję na więcej Ciebie tu w Nowym Roku ☺

    --
    Maniaczytania - blog
  • barbasia1 03.01.18, 23:55
    Dziękuję! :)* Postaram się!
  • grek.grek 01.01.18, 10:09
    dzięki, Barbasiu ! :}

    wspaniale, że jesteś ! :]

    życzę Ci pomyślnego ułożenia spraw osobistych, wiatru w żaglach i uśmiechu ! :]

    a Nam wszystkim, żebyśmy znów mogli Cię widywać Cię codziennie, inspirować Twoją
    błyskotliwością i Twoim poczuciem humoru ! :]
  • siostra_bronte 01.01.18, 15:56
    Przyłączam się do życzeń!
  • grek.grek 02.01.18, 09:45
    dzięki, Siostro ! :]
  • barbasia1 04.01.18, 00:04
    Dziękuję! :)*
  • barbasia1 04.01.18, 00:04
    Dziękuję! :)*

    Komplemenciarz nad komplemenciarze! :))) Ale tak mi miło czytać te słowa! Dziękuję Ci, Greku! :)*

    Szczęśliwego Nowego Roku, niech przyniesie samo Dobro!
  • grek.grek 04.01.18, 09:56
    dzięki, Barbasiu ! :]

    witaj !! :}}

    jak dobrze Cię widzieć !

    raz jeszcze życzę Ci wspaniałego 2018 ! :]
  • mala_ciekawostka 01.01.18, 09:23
    Dziękujemy:) Wszystkiego najlepszego, spełnienia marzeń i noworoczych planów:)!
  • grek.grek 01.01.18, 10:11
    dzięki, Mała Ciekawostko ! :]

    samych znakomitości w 2018-stym dla Ciebie ! :]

    wielu świetnych seriali ! :] I filmów ! :]
  • mala_ciekawostka 01.01.18, 10:35
    Dziękuję bardzo:)!
  • barbasia1 04.01.18, 00:05
    Dziękuję! :)
  • barbasia1 04.01.18, 00:07
    Ten post dla mala_ciekawostka. Źle podpięłam.
  • grek.grek 01.01.18, 10:05
    dzięki, Maniu ! :]

    ode mnie również same najlepsze życzenia dla Was ! : szczęścia osobistego i wigoru forumowego ! :"]

    I wielu wspaniałych premier filmowych w tym sezonie, pięknych wycieczek w historię kina, niezwykłych zaskoczeń - dla Was, dla Nas wszystkich ! :]

    rekordowych wrażeń, wątków, recenzji, opisów i miłego, inspirującego współprzebywania, Drodzy ! :]
  • barbasia1 04.01.18, 00:09
    O tak. Piękne życzenia! Dziękujemy!!! :)))
  • grek.grek 04.01.18, 09:58
    dzięki, Barbasiu ! :}}

    wysokiej formy w 2018 roku ! wysokich lotów ! :]]
  • grek.grek 01.01.18, 10:17
    ha ! :]

    kultura.gazeta.pl/kultura/13,114438,5311,Specjalny-quiz-wiedzy-o-Pulp-Fiction--Sprawdz--ile.html#BoxKultImg&a=74&c=53

    u mnie : 7/11
    wyłożyłem się na 2, 5, 9, 10 pytaniu :]

    koniecznie napiszcie jak Wam poszło ! :]
    życzę samych 100 % wyników !
  • mala_ciekawostka 01.01.18, 10:35
    Oj, ja niestety "Pulp Fiction" jeszcze nie widziałam - jakoś nie mogę się zebrać do obejrzenia. Quiz tym razem nie dla mnie;)
  • grek.grek 01.01.18, 10:38
    ależ szkoda, Mała Ciekawostko !

    ale nic straconego !
    jak tylko obejrzysz - quiz będzie czekał na rozwiązanie przez Ciebie ! :]
  • mala_ciekawostka 01.01.18, 10:48
    No właśnie:)
  • grek.grek 01.01.18, 10:59
    :]

    film jest rewelacyjny, gwarantuje świetną zabawę :]

    zazdroszczę Ci, że będziesz oglądać po raz pierwszy.

    ja widziałem go jeszcze na VHS, z brawurowym lektorem, który bardzo sie wczuwał w rolę, i śmiałym tłumaczeniem, z pełną gamą "łacińskich" wstawek, to była filmowa przygoda !

    życzę Ci przynajmniej tak samo wspaniałej, a najlepiej - wspanialszej ! :]
  • mala_ciekawostka 01.01.18, 12:29
    Dziękuję:)

    Greku, gratuluję wyniku!!:))
  • grek.grek 01.01.18, 13:52
    dzięki, Mała Ciekawostko :]

    muszę się usprawiedliwić, ze 3 z 4 moich nietrafionych odpowiedzi dotyczyło pytań niezwiązanych bezpośrednio z fabułą ;]
  • mala_ciekawostka 01.01.18, 16:04
    :))
  • grek.grek 01.01.18, 10:21
    absolutny hit !

    przekomiczna komedia pomyłek, Eugeniusz Bodo w życiowej formie, masa szlagierów ["Umówiłem się z nią na dziewiątą", "Seksapil to nasza broń kobieca", "Dzisiaj ta i jutro ta" - przepraszam, jesli podaję tytuły niezgodne z oryginalnym brzmieniem], wspaniała atmosfera przedwojennego kina polskiego.

    koniecznie warto ! :]
  • siostra_bronte 01.01.18, 17:32
    Podpisuję się :)
  • grek.grek 02.01.18, 09:49
    świetnie, Siostro ! :]

    niezapomniany film !
  • grek.grek 01.01.18, 10:22
    dzisiaj... wcześniej niż zazwyczaj ;]

    ale są !
  • grek.grek 01.01.18, 10:26
    no to sobie przenieśli na noworoczny poniedziałek :]

    ciekawe, czy w innych krajach są takie filmy, które w pewien sposób
    stanowią część wystroju wnętrza na rózne okazje ?

    pamiętam, że Al Bundy narzekał, że w święta zawsze musi oglądać
    "Wspaniałe życie". Dlaczego narzekał? Bo, jak twierdził, jego życie "jest fatalne" ;]
  • grek.grek 01.01.18, 10:26
    z wrażenia o tytule zapomniałem, ale i bez niego pewnie łatwo sie domyśliliście o
    który film chodzi ;]
  • mala_ciekawostka 01.01.18, 10:33
    Od razu się domyśliłam:))
  • grek.grek 01.01.18, 10:36
    wiedziałem, że złapiesz w lot, Mała Ciekawostko :]
  • mala_ciekawostka 01.01.18, 10:47
    :))
    Dzięki:)
  • grek.grek 01.01.18, 10:59
    :]
  • grek.grek 01.01.18, 10:35
    film z czasów, to znaczy... złotych ! czasów VHS ;]
    kupowanych na bazarku, wymienianych, potem wypożyczanych [rety, gdzie się podziała
    atmosfera wypożyczalni kaset video ! rozmyła się w erze internetu i dostępności filmów
    online oraz coraz tańszych DVD, jaka szkoda...].

    mamy żołnierza legii cudzoziemskiej, Leona, który dowiaduje się, ze jego brat w Ameryce został
    cięzko ranny w porachunkach mafijnych.

    nie chcą go zwolnić przełożeni, wiadomo - legia to reżim ! - więc decyduje się na ucieczkę i
    po długiej podróży w niekomfortowych warunkach dociera na miejsce. za nim podąża dwóch legionerów, którzy mają ściągnąc go z powrrotem.

    brat zmarł, ale zostały wdowa z małą córką. Leon zamiast zatem zajmować się zemstą, myśli o tym jak zarobić pieniądze na ich utrzymanie. szwagierka nie chce go widzieć, nie ma o nim dobrej opinii, ale Leon się nie zraża. Nie znając języka i będąc w sytuacji uchodźcy, z legionerami na tropie, angażuje się w dobrze płatne walki wręcz dla bogatej publiczności, aby zarobić na życie dla siebie i rodziny po bracie.

    Van Damme w głównej roli, kilka pojedynków na pięści, ale poza tym całkiem sentymentalna historia ilustrowana liryczną muzyką.

    chciałbym być bardziej krytyczny wobec filmów z VHSów, ale chyba nie umiem ;]
  • grek.grek 01.01.18, 10:47
    ale że w Historii taki film ? ;]

    klasyk oscarowy, jakby nie patrzeć.

    czarno-biały, niemy, rewelacyjnie sfilmowany, no a uśmiech Berenice Bejo wart jest wszystkich pieniędzy świata :]

    I opowieść : nawet jeśli ten hołd dla kina niemego, wykonywany w dzisiejszym Hollywood, nie brzmi prosto z serca i widać w nim zamysł biznesowy, to nadal ma swoją wartość.

    to jednak były, musiały być, piękne czasy, romantyczne początki kina, pasja twórcza, wyobraźnia zastępująca potok słów, wybitne gwiazdy, ktore naprawdę nimi były, bo prasa brukowa i internet nie istniały, by umazać je w plotkach i bredniach.

    I filmy, pełne symboli i historii prostych, a o fundamentalnym znaczeniu.

    "Nie potrzebowaliśmy głosu, mieliśmy TWARZE !", mowiła Norma Desmond w "Bulwarze Zachodzącego Słońca', no i to prawda była :]
  • maniaczytania 01.01.18, 12:21
    Oj Greku - jak pięknie idealizujesz tamte czasy, a tymczasem one niewiele się różniły od tych dzisiejszych. Tam też chodziło głownie o kasę, wybitne gwiazdy często były faszerowane narkotykami, stąd te ich 'wyraziste' twarze ;) - bardzo polecam książkę "Mroczne serce Hollywood"!

    --
    Maniaczytania - blog
  • maniaczytania 01.01.18, 12:22
    że o "MeToo" nie wspomnę, bo to było też od zawsze. Biznes filmowy często był przykrywką ciemnych interesów, również mafijnych.

    --
    Maniaczytania - blog
  • grek.grek 01.01.18, 13:51
    tak zapewne było, Maniu.

    chodziło mi o otoczkę wokół kina, jako frmy sztuki, tworzącej niezwykły świat i odczucie :"]
  • grek.grek 01.01.18, 13:50
    tak zapewne było, Maniu :]

    wydaje mi się, że jednak dzisiaj jest bardziej... higienicznie i sterylnie, mimo wszystko. jak wszędzie zresztą w szołbiznesie.

    może po części właśnie tamte ekscesy stanowiły o romantycznym charakterze ówczesnego kina, aktorzy doznawali ludzkich uczuć i upadków.

    przede wszystkim, podoba mi się, ze oni tak często byli tworzeni przez postaci, przez swój wizerunek ekranowy, byli prawdziwi.

    Rudolf Valentino był kochankiem, James Dean był buntownikiem , i albo potwierdzali to życiem, albo byli postrzegani w taki sposób, co tworzyło wyjątkową atmosferę wokół kina. dzisiaj aktorzy po prostu nie mają takich osobowości.

    wtedy w filmie/kinie była magia, myślę że nawet po wielu latach mozna to odczuć, nawet jesli są to wrażenia dalekie i ulotne :]

    czy ktoś kiedyś nakręci "Cinema Paradiso", w którym opisze swoją miłośc do kina lat 2010-cznych ? :] myślę, że taki film mógł powstać tylko w odniesieniu do kina z lat dawnych, kina niemego, albo z lat 40-, góra 50-tych. O nam współczesnym - nikt nie będzie kręcił w ten sposób, bo brakuje w nim romantyzmu, który uruchamiałby podobne wzruszenia.
  • siostra_bronte 01.01.18, 16:04
    O, też jestem zaskoczona. Znakomite kino!!
  • grek.grek 02.01.18, 09:48
    yes, Siostro ! :]

    dzisiaj, w dobie rekonstruowanych cyfrowo kopii filmów, "Artysta" swobodnie moze być
    wzięty za kino z lat 20-tych :] Tak dobrze został wystylizowany.

    I jak wiele mówi o historii filmu, o przejściu między epokami w kinematografii, cała dyskusja
    z tego powstaje.
  • grek.grek 01.01.18, 10:56
    niedawno omawialiśmy :]

    znakomitośc spod ręki Boba Fosse'a ze Złotą Palmą w Cannes.

    głęboka introspekcja zapuszczająca żurawia do życia i umysły wziętego choreografa
    z Broadwayu, który spala się w pracy, stawia na szali zdrowie w dążeniu do artystycznego
    spełnienia, jego sprawy osobiste i stosunki z bliskimi [córką] chwieją się i balansują na
    krawędzi, a coraz częściej odwiedziny składa mu pani Śmierć pod postacią pięknej dziewczyny.
    lekarze robią co mogą, by zabronić mu nadmiernej eksploatacji ograniczonych zasobów zdrowotnych, ale reżyser woli faszerować się chemią i dymem papierosowym pozostając
    w ciagłym ruchu ku perfekcji własnej i swoich aktorów.

    fanastyczne tempo, psychologia, Roy Scheider, no i kawalki muzyczne, zwłaszcza ta sekwencja
    pożegnania z doczesnością.

    sztuka pożerająca życie artysty i w końcu jego samego, lecz jaka to piękna śmierć ! - cóż za motto ! :]
  • grek.grek 01.01.18, 11:19
    późno, ale warto zaczekać :]

    biografie w wykonaniu Milosa Formana mają swoją niepowtarzalną urodę, są niepodrabialne absolutnie.

    mam wrażenie jednak, że w "Larrym Flyncie" rękę Formana widać mniej wyraźnie niż np. w "Amadeuszu" czy "Locie nad kukułczym gniazdem", gdzie od A do Z są to popisy reżysera, a bohaterowie są marionetkami w jego zręcznych rękach, zagląda im do głowy, robi nimi spektakl, manipuluje jak popadnie.

    w "Larrym Flyncie" najważniejszy jest Larry Flynt jako symbol, a wraz z nim głos na temat granic prowokacji i funkcjonowania systemu prawnego w Ameryce. Mniej liczy się filmowe przedstawienie, nie ma takiej efektownej oprawy i subtelnej gry psychologicznej jak w innych filmach Formana. tak bym to widział.

    Flynt wydawał magazyn pornograficzny "Hustler" i na jego łamach atakował każde tabu konserwatystów. na oburzenie polityków reagował szyderczym wyśmiewaniem ich i wulgarnymi docinkami. w końcu jeden z nich wytoczył mu proces, po tym jak w Hustlerze zaczęto nabijać się z jego rzekomych seksualnych przygód z własną matką i inwentarzem domowym.

    sprawa trafiła do sądu , a proces miał dać odpowiedź na pytanie : czy w Ameryce istnieje wolnośc słowa ?

    jak sformułował to sam Larry : "Jeśli prawo jest w stanie ochronić przed cenzurą takiego chuligana jak ja, to znaczy ze wszyscy mozecie spać spokojnie, bo nie ma nikogo gorszego ode mnie" :]

    na dodatek Flynta nie oszczędzało życie : najpierw stracił władzę w nogach, po tym jak postrzelił go niezrównowazony psychicznie prawicowy fanatyk, a potem zatopił się w nałogu narkotykowym, razem ze swoją żoną Altheą.

    w sali sądowej toczy autentyczne boje ze składem sędziowskim, przysięgłymi, przeciwnikami, prokuratorami, a momentami z własnym adwokatem Alanem Isaacmanem, stojącym przy nim wiernie i pomimo wszystkich wyczynów Larry'ego wierzącego w jego racje i to w to, ze ten proces jest ważniejszy niż "sprawa Flynta, który wydaje pornografię". To proces o wolnośc wyrażania krytyki medialnej i nabijania się z władzy w Ameryce, czyli : o demokrację liberalną.

    Woody Harrleson gra Flynta z zaangażowaniem i pasją, Courtney Love wypada wiarygodnie i dzięki niej wątek dziwnej i pięknej miłości byłej prostytutki i porno-wydawcy wypada na ekranie bardzo zgrabnie i poruszająco.

    towarzyszy im Edward Norton w roli Alana.

    no i, last but not least : Forman może nie być tutaj tak błyskotliwie "formanowski" jak w "Amadeuszu", ale nadal jest to film jego autorstwa i noszący wszelkie znamiona jego wybitnego kunsztu ! :]
  • grek.grek 01.01.18, 12:05
    Maniu, miałaś rację - wspaniałe widowisko filmowe ! :]

    finałowe sceny tytułowego Spaceru - są fantastyczne, a z tego co słyszałem, w kinie miały
    jeszcze walor wyświetlania w wersji 3D ?

    to musialo być niesamowite :]

    400 metrów nad ziemią, na linie, bez zabezpieczeń - cóż to musiała być za perfekcyjna techniczna i jaki stopień absolutnej koncentracji. Cóż za wyczyn ! niemożliwy wręcz !

    Chyba nie postawię "The Walk" wyżej od dokumentu "Człowiek na linie", może dlatego ze w tym drugim Phillipe Petit jest we własnej osobie i to jednak jest opowieśc oryginalna, własnymi słowami, takze z udziałem jego współpracowników, z wykorzystaniem zdjęć i filmów z domowego archiwum.

    co nie zmienia zdania, ze zdjęcia Dariusza Wolskiego z finałowej sekwencji "The Walk", to naprawdę wspaniałe uzupełnienie całej opowieści z dokumentu Jamesa Marsha, nie darmo nagrodzonego Oscarem.

    znałem poszczególne fakty, więc z ciekawością sprawdzałem, co też film fabularny dopisał do dokumentu.

    w paru miejscach podkoloryzował, to na pewno : podczas rozwieszania lin wystrzelona z jednej wieży na drugą strzała z żyłką ląduje na samej krawędzi dachu, Philipe znajduje ją z trudem i omal nie wymyka mu się z rąk, strażnicy wizytują dach i omal nie zauważają sprzętu [dobrze, ze to noc], podczas przejścia zaczyna krwawić stopa linoskoczka, chwieje się on przy ostatnim kroku, mocowania liny trzeszczą jakby się miały posypać lada moment itd.

    tego w dokumencie nie było, Philipe nic nie wspominał o tym, by zraniona wcześniej stopa dawała jakieś oznaki bólu czy krwawienia. Inna rzecz, ze film wykorzystał ksiązkę samego Petita, więc moze to w dokumencie nie ma wszystkich faktów.

    nie jestem przekonany, czy metoda narracji z offu była fortunna. A gdyby tak opowiedzieć tę historię bez tłumaczenia każdego swojego kroku przez Philipe'a, stojącego w bajkowej scenografii na szczycie Statuy Wolności ?

    Wprowadzenie wątku mentora - w sumie niezłe, ale miałem wrażenie, że zabrakło trochę czasu na rozwinięcie wątku relacji Petita z jego zespołem. Poznają się, schodzą, współpracują [zwłaszcza pan od fotografii, który z narażeniem zdrowia i wolności mocuje linę na drugiej wieży oraz pan z lękiem wysokości, który przeżywa cięzkie chwile, lecz kilka razy przezwycięza swój strach, by z poświęceniem pomagać Philipe'owi], ale to są zdawkowe sceny.

    Mam wrażenie, ze scenariusz i reżyser razem z nim pędzą na złamanie karku, omijają wszelkie niuanse i detale, by dopaśc finałowej sceny, czyli dostania się na dach, potem mocowania lin, a następnie samego przejścia. Zaczyna się ta finałowa sekwencja... w połowie filmu ;]

    Zdecydowanie, wg mnie, widać ze chodzi o to, by w filmie umieścić jak najwiećej zapierających oddech sekwencji chodzenia po linie na wysokości, sugestywnie pokazywanego w taki sposób, by widz sam poczuł się jakby po niej chodził i odczuł pełnię technicznej doskonałości wyczynu linoskoczka, który po tej linie nie tylko chodzi, ale na niej przyklęka, staje na jednej nodze, robi pełne obroty, siada, kładzie się, panuje nad materią całkowicie. Tak bylo, zdjecia z wyczyny Petita nie pozostawiają wątpliwości, caly film skupia sie na tej scenie, do niej dązy, reszta jest jej podporządkowana, stąd moze tak wiele rzeczy zamiast pokazać - reżyser zbywa dopowiedzeniami z offu.

    niewiele dowiadujemy się o ludziach, którzy pomagali Philipe'owi. w dokumencie ich świadectwa są naprawdę równie ciekawe jak jego samego.

    Zabawne uproszczenia się pojawiają : np. Philipe zalicza swój pierwszy publiczny pokaz, spaceruje nad stawem w jakimś małym miasteczku podczas pikniku. Rozproszony rozmowami i docinkami wędkarzy traci na moment koncentrację i spada do wody. Oznaczałoby to, ze czeka go masa pracy nad swoją mentalnością.

    Nic z tych rzeczy : od razu po tym wypadku decyduje się rozwiesić liny pomiędzy budynkami katedry Notre Dame i przejśc po niej. I udaje mu się [też fakt potwierdzony]. Nie za szybko ? ;]

    skracająca i upraszczająca wątki galopada do rozbudowanego finału :]

    Po wykonaniu "numeru" Philipe został aresztowany i symbolicznie ukarany wezwaniem na jakąs zabawę dla dzieci, gdzie miał popisywac się zonglerką. W filmie : przechodzi po linie w Central Parku [wg deklaracji samego bohatera].

    W filmie Philipe zostaje w Nowym Jorku, dostępuje zaszczytu uznania za "honorowego obywatela" WTC i otrzymuje wejściowkę na taras "for ever". W istocie, Petit został wydalony z Ameryki i to zdaje się z wilczym biletem, ale może jednak źle pamiętam dokument Marsha.

    Reżyser w ogole nie buduje tła i postaci, stąd trudno uwierzyć w ich wzajemne relacje : dlaczego pomagają Philipe'owi ? dlaczego ryzykują dla tej akcji odsiadką ? A gdyby zginał ? W dokumencie mówią własnie o tym lęku : gdyby zginął, zostalibyśmy oskarżeni o pomoc w samobójstwie albo nawet o morderstwo i możliwe, ze skazani na wiele lat więzienia. Naprawdę ryzykowali. W filmie kompletnie to nie jest zaznaczone. Postaci są ledwie naszkicowane. Spacer na linie jest wszystkim.

    Sam Petit również nie jest bohaterem pogłębionym. Ma marzenie, dązy do realizacji, ale nic głębiej, nic więcej, nic innego.

    "Wieże go wzywają", "mówią do niego", jak już jest na linie i się na niej kładzie - podlatuje mewa i patrzy mu w oczy. Cóż, niektóre pomysły reżyserskie są równie ryzykowne co przechadzka po sznurku na wysokości pół kilometra :]

    Roztrzepany jest, zywiołowy, gotuje się, gestykuluje podczas tych narracyjnych wstawek, momentami filmowy Petit sprawia wrażenie antypatycznego egotyka. Oryginał tak właśnie sie zachowywał, ale nie sprawiał takiego wrażenia. Albo aktor Joseph Gordon-Levitt przedobrzył, albo reżyser miał taką wizję, albo coś nie wyszło.

    Doskonałe są sceny chodzenia Gordona-Levitta po linie. Rzecz jasna, sam nie chodził ;], główną rolę odegrał tu komputerowy program wymazująco-inscenizujący, lecz godna uwagi jest znakomita mowa ciała jaką prezentuje pan aktor. zapewne trenowal ją naśladując Petita i chodząc po linie rozłożonej na ziemi, ale to nie zmienia faktu, ze wygląda w tych momentach bardzo wiarygodnie.

    świetnym elementem humorystycznym są policjanci, którzy docierają na WTC w momencie , gdy Petit spaceruje między wieżami i próbują go nakłonić do zejścia. są zdumieni okolicznościami, w których uczestnicza, a dodatkowo poirytowani, bo Philipe zamiast zejśc odwraca sie i idzie w drugą stronę, a potem nazad i tak w kółko.

    Brakowało mi tylko, zeby jeden do drugiego krzyknał "Goń go !" ;] ALbo "za nim !" ;]

    w istocie jeden z policjantów, który był świadkem powiedział później : "Nie chciał nas słuchać, więc w końcu zaprzestaliśmy nawoływania. Patrzyłem na niego wiedząc, ze oglądam coś, czego nigdy w życiu nie będę już miał okazji zobaczyć".

    Nie ma też żadnych odwołań do tego, co stało się po tym wyczynie. Philipe rozstal się z Annie, stracil takzę część motywacji do swoich wyczynów na linie, bo zrealizował marzenie, a większego już nie było. Generalnie, to był tzw. peak jego życiowej drogi, może zbyt wcześnie osiagnięty.

    przypomniała mi się świetna scena na dachu : jest już poranek, liny wciąż nie napięte, a tutaj pcha się na górę jakiś facet w garniturze, wchodzi, przechadza się, Philipe i Jean Louis stoją bez tchu, : spojrzy na nich czy nie ? I co wtedy zrobi ? Istotnie, facet na nich patrzy. Musi mu coś nie pasowac, bo widzi dwóch gości na dachu, bez związku z czymkolwiek racjonalnym, widzi chyba rozwieszone między wieżami liny. Nie robi jednak nic. Kiwa lekko głową i odchodzi. CO jest w tym niezwykłe ? To że Philipe stoi i hipnotyzuje go wzrokiem, a w reku trzyma... metalową rurkę. Ściska ją w dłoni i wydaje się być zdeterminowany, żeby mu niż przyłożyć i nawet pobić do nieprzytomności, byle tylko nie pokrzyżował mu planów. Wie, ze drugiej szansy nie będzie.

    Policja zjawia się dopiero, gdy alarmuje ją grupa ludzi oglądając całe zajście z chodnika pod WTC, więc gośc z dachu nie puścił pary z ust. Porządny facet :]

    Ale ten moment desperacji w zachowaniu Philipe'a, to jest właśnie to
  • grek.grek 01.01.18, 12:15
    To jest własnie ten wymowny, wart stu słów, akcent jakiego w niektórych wątkach pobocznych zabrakło.

    Do tego jeszcze mamy ostatni kadr, w którym dopisane komputerowo wieże WTC zostają oświetlone i hołd im jest złożony, z powodu tego, ze były inspiracją do spełnienia tak niecodziennego marzenia oraz... wiadomo z jakiego innego powodu.

    Gdy Philipe chodzi po linie włącza się "Dla Elizy" Beethovena. W "Człowieku na linie" były to raczej dźwięki liryczno-psychodelicznego odlotu.

    Znów, wg mnie, punkt dla dokumentu :]

    No i Dariusz Wolski nie wpadł na to, by pokazać przemarsz Petita w taki sposób w jaki został on zauważony na jednym ze zdjęć robionych przez jego przyjaciół : Philipe jest ubrany na czarno, dzierży czarny balans, lina zaś jest tak cienka, ze niewidoczna, co w odpowiednim ujęciu daje złudzenie wizualne, jakby człowiek szedł w powietrzu, zwłaszcza na tle nieba. Tutaj nie udaje się tego uchwycić, a wg mnie jest to jeden z najmocniejszych punktów dokumentu Jamesa Marsha.

    słowem : dobry film, widowisko pierwsza klasa, cenne fabularne uzupełnienie "Człowieka na linie" :]

  • grek.grek 02.01.18, 10:00
    klasyk, jak sądzę ? :]

    filmowa adaptacja broadwayowskiego przeboju, w reżyserii Milosa Formana. 1979 rok.

    27 piosenek na soundtracku.

    Epoka flower power. Młody człowiek z Oklahomy przyjeżdza do Nowego Jorku, ma tutaj powołanie do wojska i najpewniej czeka go wyjazd do Wietnamu na wojnę. Spędzajac ostatnie dni swobody spotyka w Central Parku grupę hipisów, przystaje do nich i poznaje ich świat.

    kult ! :] Tak słyszałem.
    Nie miałem jednak okazji zobaczyć tego filmu, może dziś ? A jak nie dziś, to moze jakaś powtórka się przydarzy, bo Czesi też mają duble filmowe ;]

    Czy oglądaliście ? :]
  • siostra_bronte 02.01.18, 10:04
    Oglądaliśmy! :)

    Oczywiście, to klasyk, nie tylko musicalu!!

    Widziałam w kinie, więc zrobił na mnie tym większe wrażenie.

  • grek.grek 02.01.18, 10:07
    cześć, Siostro ! :]

    dzięki :]
    tak myślałem !

    o, wspomnienia kinowych seansów są bezcenne !
  • maniaczytania 02.01.18, 12:09
    jak nie widziałeś, to po prostu nie masz wymówki!!!

    --
    Maniaczytania - blog
  • grek.grek 03.01.18, 09:41
    dzięki, Maniu ! :]

    obejrzałem :]
    zaraz napiszę parę słów.
  • mala_ciekawostka 02.01.18, 16:57
    Tak, widziałam. Oglądaj koniecznie!

    Miałam kiedyś okazję wysłuchać części tego soundtracku, niestety nie całego - wspaniała rzecz, a możliwość słuchania od razu jednej piosenki po drugiej (bez konieczności śledzenia akcji filmu) jeszcze ten zachwyt pogłębia.

    Dla mnie najlepszą piosenką tego musicalu bezapelacyjnie oraz na zawsze jest "Aquarius"!
  • siostra_bronte 02.01.18, 17:23
    O, tak "Aquarius" jest wspaniały!
  • mala_ciekawostka 02.01.18, 17:49
    Prawda? :))
  • grek.grek 03.01.18, 10:16
    dzięki, Mała Ciekawostko ! :]

    dzięki raz jeszcze, Siostro, :] dzięki, Maniu :]

    dziękuję... wszystkim ! ;]

    cóż, wspaniałe kino. Nie mam już teraz żadnych wątpliwości, dlaczego jest to kultowy musical
    i w ogole kultowy film.

    ikoniczni bohaterowie, wspaniały portret pokolenia, świetne piosenki i przesłanie niezmienne i nieodmienne także dziś, a pewnie i jutro również - freedom, peace and love :] I mnóstwo tutaj także poczucia humoru ! co ciekawe, łączacego sie płynnie z wątkami ewidentnie buntowniczymi i protestującymi wobec przemocy państwowej.

    Jak choćby w scenie na komisji wojskowej, kiedy rekrut musi się rozebrać do rosołu przed mundurowymi za stolikiem. To jest przemoc państwa wobec jednostki. Ale za chwilę okazuje się, ze za chińskiego boga gośc nie chce zdjąć skarpet. Czy dlatego, ze rękoma zasłania miejsce strategiczne ? Podchodzą więc wojskowi, podnoszą go za pachy do góry, ściągają skarpety i co widzą... pomalowane paznokcie ! To humor. I za chwilę ten humor jedzie windą na samą górą, bo wchodzi piosenka, w któreej białe dziewczyny rozpływają się na urodą czarnych mężczyzn, a czarne dziewczyny nad urodą białych, a panowie z komisji - zwłaszcza czarni - przebierają nogami pod stołem i falsetami dołączają do chóru czarnych kobiet, sugerując że sami są homseksualni. To mogło zaskakiwać w 1979 roku ;]

    świetna jest też scena w parku, kiedy trzy panny z wyższych stref jeżdzą konno po Central Parku i z dystansem odnosza się do hipisów, a potem ci hipisi sami wynajmuja konia i dumnie zrównują się z nimi, by zacząć je prowokować, wymieniając po kolei wszystkie zakazane słowa : "Sodomia... pedesrastia... masturbacja.. itd" :] Panny uciekają, oczywiście

    Piosenka dumnych czarnych, w której przedstawia się Lafayette - klasa, co za styl, a jegomośc w kapeluszu a'la Robin z Sherwood to zupełna sensacja ;]

    Piosenka i brawurowy taniec na stole Bergera na przyjęciu, na któree nielegalnie przychodzą cąłą grupą, bo Claude'owi podoba się Sheila - też świetna, a całe przyjęcie miało w sobie coś z brytyjskiego krajobrazu :]

    Przesłuchanie na policji. Funkcjonariuszka sugeruje, ze jeden z chłopaków jest gejem, na co on : "MIcka Jaggera z łózka bym nie wyrzucił... ale nie, nie jestem" - rewelacja ! :]

    Stroje i ozdby, koraliki we włosach, jakieś kolczyki z piórami, szarfy na włosach. Pozornie niedbałe, moda uliczna, ale jak się dobrze przyjrzeć, to musiało być bardzo czasochłonne w przygotowaniu, no i z jakim pietyzmem dobrane są detale, cała kompozycja wygląda niemal wystawnie.

    Rodzice Bergera - hehe ;]

    Antywojenne piosenki - znakomite, a na dodatek zarówno Berger jak i Claude są ofiarami propagandy. Berger mówi do innych : "ten chłopak jedzie na wojnę bić się za was", Claude w któryms momencie powtarza to samo, co pokazuje że obaj są zmanipulowani przez propagandę. Tak naprawdę nikt, poza grupką politycznych cwaniaków, nie wiedział : po co ta wojna ? O co ? Z kim w ogóle ? Nie dało się jej w ząden sposób uzasadnić, a sugestia, ze amerykańscy żołnierze pojechali tam ginąc "za ojczyznę" to kompletny nonsens.

    Komunia z LSD ! :] mistrzostwo świata.

    Jeanne - urocza jest :] Kiedy dziewczyna Lafayetta sugeruje, ze Jeanne jest w ciązy właśnie z nim, ta odpowiada : nie wiem czyje to dziecko, i dodaje, ze sypia z róznymi mężczyznami, bo jej to pasuje, a im sprawia przyjemnośc, na co tamta : Jesteś stuknięta, a Jeanne : "Jestem. Przybijemy za to piątkę ?" - świetna jest :]

    I najzupełniej serio proponuje Claude'owi, żeby się z nią ożenił, bo ona jest w ciązy, będzie miała dziecko, więc jego nie wezmą do wojska, bo żywicieli rodziny nie biorą.

    Wizja Claude'a, po LSD ofk, slubu z Sheilą, którego udziela im lewitująca wyznawczyni Hare Kriszna - aż nie wiem, co powiedzieć... TAKI ślub, to dla wszystkich ! ;]

    Ten kawałek, w którym Berger i inni wymieniają po kolei to, czego "nie mają...", a mimo to są szczęsliwi.

    Doskonała choreografia, gdy mamy pustą ulicę Nowego Jorku, a za chwilę pojawiają się na niej ludzie, cały tłum, idących do pracy, z pracy, gdziekolwiek, a towarzyszy temu piosenka o poszukiwaniu życiowej drogi i dotkliwości "płynięcia z prądem". Kiedy zjawia się Claude, nagle wszysycy się rozchodzą na boki i zostaje tylko on. Synchronizacja pierwszoligowa :]

    Pacyfistyczna piosenka puszczana przez megafon na poligonie - klasyka. Żandarmeria nie jest w stanie wyłączyć przekazu, więc po prostu rostrzeliwuje megafony.

    Numer z wykiwanym zołnierzem - nawet mundur oddał dziewczynie, w nadziei na konsumpcje szybkiej znajomości ;] No i został : w galotach pośrodku pustyni Nevada ;]

    Finał naprawdę przykry, Berger, wskutek pomyłki, jadący na wojne w Wietnamie - cóż, mocny akcent na finał. Symbol wolności w kamaszach, bez włosów i w kasku wojskowym. I w grobie bw wieku 23 lat. Jakże emblematyczny los dla całego pokolenia mlodych Amerykanow, dla całego społeczeństwa zresztą. 70 tys zabitych gdzieś na końcu świata, w wojnie nie wiadomo o co. "Biali ludzie wysyłają czarnych ludzi, by walczyli z żołtymi ludźmi, o wolnośc kraju zabranego czerwonym ludziom", jak mówi na antywojennej demonstracji jeden z hipisów.

    Te sceny zbiorowe są zresztą świetne, niby luźne i chaotyczne nieco, bo tłum ludzkości robi co chce, ale z bliska widać, ze żaden tancerz i śpiewak nie jest tam przypadkiem i nie improwizuje, ruchy są zscynchronizowane, jeden drugiemu w paradę nie wchodzi, a wszyscy razem tworzą zgraną drużynę.

    "Let the Sunshine In" słyszałem już kiedyś parę razy, wybitny przebój. "Aquarius" też znakomity, tak jak pisałyście :] W ogóle, jak w każdym klasowym musicalu, trudno tutaj o słabsze momenty muzyczne.

    świetne, świetne, świetne ! :]

    wielkie uznanie dla reżysera i nie mniejsze dla wszystkich aktorów, co za luz i wyczucie konwencji !


  • mala_ciekawostka 03.01.18, 16:57
    Super, że udało Ci się obejrzeć!:)

    Cieszę się, że Ci się podobało:)
  • maniaczytania 03.01.18, 20:06
    byłam spokojna, że się Grekowi spodoba ;)

    --
    Maniaczytania - blog
  • grek.grek 04.01.18, 09:55
    dzięki, Maniu ! :]

    Twoje, Wasze, rekomendacje są zawsze niezawodne ! :]
  • grek.grek 04.01.18, 09:45
    dzięki, Mała Ciekawostko :}

    o, wspaniały film, musical pierwsza klasa, taki nietypowy, rozegrany w nowojorskim
    ulicznym klimacie, wystylizowany i jednocześnie bezpretensjonalny - świetny :]
  • siostra_bronte 04.01.18, 11:53
    Świetnie, Greku, że tak Ci się podobało! Zresztą byłam tego pewna!
  • grek.grek 05.01.18, 09:46
    dzięki, Siostro :]

    cieszę się :]
  • mala_ciekawostka 04.01.18, 17:09
    Dokładnie tak!:)
  • mala_ciekawostka 04.01.18, 17:10
    Dzięki Greku:)
    Masz rację, to wspaniały film:)
  • grek.grek 05.01.18, 09:47
    :]
  • grek.grek 02.01.18, 10:05
    miesiąc z Franciszkem Pieczką - zaczynamy ! :]

    Najpierw adaptacja powieści Gudrun Pausewang w reżyserii duetu Wohl/Sałacka.
    rocznik 1977.

    Rzecz się dzieje w Ameryce Południowej, gdzie szajka czterech przestępców uprowadza pewną zacną panią, aby wymusić na jej zamożnych siostrzeńcach okup za nią.

    Porywacze są dośc naiwni i debiutują na dodatek, skutkiem czego nadskakują swojej ofierze i traktują ją z najwyższą estymą, zaś jejmośc również do nich się przekonuje i kiedy okup zostaje w końcu zapłacony - żadna ze stron nie kwapi się do rozstania :]

    syndrom sztokholmski obustronny ? ;]
    to niezłe !

    ależ obsada : Irena Kwiatkowska oraz pp. Kaczor, Pyrkosz, Kowalewski oraz rzecz jasna Pieczka.
  • siostra_bronte 02.01.18, 17:24
    Pamiętam tytuł, więc go kiedyś widziałam. Może dzisiaj też obejrzę.
  • grek.grek 03.01.18, 09:41
    udało Ci się obejrzeć, Siostro ?

    jakie wrażenia ? :]
  • siostra_bronte 03.01.18, 10:25
    Obejrzałam. Świetne!!

    Przezabawna historia, mnóstwo humoru i to wysokiej próby i wspaniałe aktorstwo. Teatr telewizji w najlepszym stylu!

    Jestem pewna, że dzisiaj nie udałoby się zrobić takiego spektaklu!
  • grek.grek 03.01.18, 11:40
    dzięki, Siostro ! :]]

    o, doskonale !

    a to prawda, święta prawda.
    te spektakle sprzed lat są zrobione w stylu i z kunsztem dzisiaj zupełnie
    nie do powtórzenia. Nie ci ludzie, nie ta wrażliwość, zmysł i wyobraźnia :]
  • grek.grek 02.01.18, 10:10
    znów klasyk :]

    swoją drogą, ciekawe czy "Shawshank" stał się takim przebojem i "one of the best ever" tylko
    w Polsce czy gdzieś indziej również ?

    oczywiście, został wyróżniony licznymi nominacjami oscarowymi, doceniony, ale czy doczekał się rangi filmu kultowego ?


  • grek.grek 02.01.18, 10:16
    kino feministyczne chyba.

    w 1955 roku, w mieście w stanie Nowy Jork, cztery dziewczyny zakładają "babski gang", czyli tytułowy Foxfire. przeciwstawiają sie patriarchalnym wzorcom, mizoginii i maczyzmowi, jakie dominują w środowiskach, które znają, czyli w domu, szkole i grupach rówieśniczych. Mszczą się na męskiej części populacji za doznane krzywdy i zniewagi.

    brzmi groźnie ! I na czasie jakby ?

    adaptacja powieści Joyce Carol Oates, a scenarzystą i reżyerem jest męczyzna jednak, Laurent Cantet, brzmi z francuska, bo to film kanadyjski :]

    rocznik 2012, i jest to zdaje się remake ekranizacji z 1996 roku.


  • grek.grek 02.01.18, 10:29
    leciał rano , od 7:00 :\

    1960 rok !
    taśma chyba po rekonstrukcji, bo obraz idealny.

    czarno-biały.

    ekranizacja powieści Kornela Makuszyńskiego, i to jaka !
    wg najlepszych wzorców kina polskiego dla młodzieży.

    język jest kulturalny, młodzi bohaterowie dobrze wychowani, poczciwy stary profesor cieszy się w szkole sympatią i szacunkiem, a i sam nie waha się prosić o pomoc swoich uczniów, zwłaszcza tytułowego diabelnie zmyślnego Adama, który pasjami rozwiązuje zagadki, rebusy i kalambury korzystając ze znajomości zachowań ludzkich i umiejętności kojarzenia faktów oraz wyciągania wniosków.

    profesor zaprasza go do starej willi swoich przyjaciół za miastem, skąd niedawno skradziono... zaabytkowe drzwi. Po co ?

    Okazuje się, ze od skradzionych drzwi tylko krok do grubszej afery ze skarbem jaki pozostawiony został na terenie willi i okolicy przez niegdyś goszczących tu żołnierzy napoleońskich uciekających z Rosji.

    przestępcy są zabawnie przerysowany i groźni jak mucha na ścianie, milicjanci pożyteczni i grzeczni, a sioostrzenica profesora, która pomaga Adasiowi, urodziwa i mądra, a kiedy profesor nazywa swoich uczniów "szatanami" [jednego ;)] albo "szympansami", to robi to w taki sposób, ze widać iż ich kocha.

    piękne okolice miejsca akcji, zakamarki starego domu, zakurzone strychy i okoliczne lasy kryjące mnóstwo tropów wiodących do rozwiązania intrygi.

    Wspaniałe kino ! na ekranie idealna przygoda letnia :]

    I piękna Pola Raksa w jednej z głównych ról.
  • maniaczytania 02.01.18, 11:58
    uwielbiam tę wersję! Oglądałam chyba z milion razy :)
    Nową też oglądaliśmy z dziecięciem (dla niego ta nowa była pierwsza), nie jest zła, zaskakują piosenki (bo to trochę musical jest), fajnie zrobiona opowieść żołnierza napoleońskiego. Ale na szczęście dziecię ma dobry gust i też mu się bardziej ta stara podoba :)

    --
    Maniaczytania - blog
  • grek.grek 03.01.18, 09:38
    dzięki, Maniu :]

    o, jakże sympatyczna historia ! :]

    nie widziałem jeszcze nowej wersji, jestem jej ciekaw,
    jak każdego remake'u, który nadchodzi po klasycznym oryginale :]
  • mala_ciekawostka 02.01.18, 16:48
    Widziałam kiedyś prawie cały w wakacje. Bardzo mi się podobał. Fajny film!
  • grek.grek 03.01.18, 09:40
    dzięki, Mała Ciekawostko :]

    yes, właśnie, ten film pachnie wakacjami :]
  • mala_ciekawostka 03.01.18, 16:55
    :))
  • grek.grek 02.01.18, 10:53
    obejrzany przypadkiem :]

    niezły punkt wyjścia, ale jednak ciut zabrakło intrygującego rozwinięcia.

    Rzecz polega więc na tym, ze oto pewnego dnia, na całym swiecie, wszystkie dzieci poniżej 9 roku życia zapadają w śpiączkę. Również wszystkie, które się rodzą, przychodzą na świat w takiej samej kondycji. Nikt nie wie, co za tym stoi, co się w ogole dzieje.

    Cześć dzieci trafia do szpitali, część pozostaje w domach. Są pielęgnowane i karmione dożylnie. Trwa to przez 10 lat. W tym czasie oczyywiście dorastają, i równie oczywiście : dorastają tylko fizycznie.

    Po 10 latach nieoczekiwanie budzą się z letargu i mają mordercze zamiary. Zaczynają po prostu zabijać.

    I jest tutaj grupa ludzi z pewnego miasteczka, którzy się akurat ze sobą spotkali w tych fatalnych okolicznościach przyrody. Próbują przetrwać. Najpierw w szpitalu, w momencie gdy ma miejsce przebudzenie grupy dzieci, potem w domach, gdzie niektórzy wychowywali swoje pociechy w śpiączkach, a później w kościele oraz na ulicy. Muszą walczyć, uciekać, a gdy próbują opuścić miasto - trafiają na barykadę zbudowaną przez krwiożerczych nastolatków i muszą zrezygnować.

    dzieciarnia, siłą rzeczy, poluje więc tylko na dorosłych, jakby chciała ich wyeliminować z życia, może obarczając winę za wszelkie zło świata ?

    ci sobie nieźle radzą jak na pozstającyh przez 10 lat w stanie uśpienia. Wprawdzie nic nie mówią i miny mają groźne, ale za to są szybcy, silni i uczą się w mig, skutkiem czego w końcu dobierają się do zapasów broni palnej zgromadzonych na miejscowym posterunku.

    Film zamienia się w klasyczny survival, w których chodzi o to, by grupa bohaterów przemieszczała sie z miejsce na miejsce i co jakiś czas jedna osoba ginęła, aż zostaną dwie, a ściślej : dwoje, a jeszcze ściślej : rozwiedzione małzeństwo 30-latków po przejściach, zwłaszcza on - po więziennej odsiadce za zabójstwo.

    I to własnie ów dżentelmen wchodzi w posiadanie zapiskow zabitego przez rozwydrzoną dzieciarnię ksiedza, w których padre mówi o tym, że tej młodzieży ktoś lub coś "odebrało duszę" i kto ją im przywróci - uzdrowi ich.

    Bohater łączy te słowa z innymi faktami, np. sposobem w jaki dzieci zabijają, który przypomina otóż właśnie "wysysanie duszy" oraz pozornie bełkotem pewnego lekarza, który w histerii powtarzał, ze "one chcą naszych dusz, chcą naszych dusz" i dochodzi do wniosku, ze walka nie ma sensu.

    W ostatniej scenie uzbrojona dzieciarnia otacza jego i jego eks-żonę, ale nic się nie dzieje. Jegomość każe pani, by się skupiła na jakiejś wizualizacji bezpiecznej lokalizacji, a kiedy ona to robi i po chwili otwiera oczy - nikogo nie ma. Ani dzieci, ani eks-męża.

    Wraca do domu i widzi dzieci stojące dookoła. Wchodzi do środka i jakby zapraszajaco otwiera drzwi. A przywódca dzieciarni ma za pasek od spodni z tyłu wsadzoną książkę Steinbecka "Grona gniewu", o której wcześniej w filmie była mowa, jako o literaturze przywracającej nadzieję i godność.

    ksiązka ma im przywrócić duszę i wyrwać z tego zabijackiego szału ? No i gdzie darczyńca się podział ?

    w sumie, zatem, wg mnie, całkiem niegłupi koncept, ale później głównie rzecz polega na bieganinie, ukrywaniu się i nawet strzelance, bo wśród uciekinierów są policjanci, którzy życia za darmo nie chcą oddać.

    puenta znów niezła, ale nadal wydaje mi się, ze brakło w tym filmie rozwinięcia wyjściowego pomyslu. MOżliwe że również z braku budżetu, jest to typowe kino zrobione "za pięć złotych", kameralne bardzo.

    www.youtube.com/watch?v=9UFFJOW2OF0
  • grek.grek 03.01.18, 11:09
    Leciał zaraz po "Hair".

    świeży dokument amerykański.

    Rzecz o znalezisku jakie w 2007 roku poczynił niejaki pan John Maloof, z zawodu agent od handlu nieruchomościami. Pewnego dnia, na pchlim targu, kupił był skrzynkę z 30 tys negatywów
    fotograficznych. Robił wtedy jakiś projekt zawodowy dotyczący jedego z parków w Nowym Jorku i sądził, ze coś tam znajdzie ciekawego. No i znalazł.

    Wywołał zdjęcia i okazało się, ze są znakomite. Wstawił je w witrynę internetową i okazało się, ze i ludziom się podobają. Maloof kupił więc resztę gratów należących do autorki zdjęcia, które również wystawione były do sprzedaży.

    Odkrył tam istnienie 150 TYS ! negatywów zdjeć, 700 niewywołanych barwnych filmów z fotografiami oraz 2 tys filmów czarno-białych. Nie wiedział kim jest autorka, grzebał, grzebał i się dogrzebał do nazwiska - Vivian Maier. Wszelako, nie zdołał jej odnaleźć i osobiście się skontaktować, pani Maier zmarła w 2008 roku mając chyba 90 lat.

    Pan Maloof zaczął wywoływać zdjęcia, pokazał róznym mistrzom fotografii, a oni ocenili je jako fotografie wybitne. Zresztą, kiedy się je ogląda - nie trzeba podpierać się autorytetem mistrzów, ba - można być, jak ja :], zupełnym ignorantem, a mimo to docenić oko, kreatywnośc i pomysłowośc Vivian Maier.

    Na tych fotach są po prostu ludzie, których Vivian widywała. Złapani w jakimś istotnym momencie, a to dziwnym, a to symbolicznym, niektóre ujęcia są przekomiczne, niektóre przykre, ale zawsze uderza błyskotliwość i umiejętnośc obserwacji fotograficzki, jej refleks i spostrzegawczośc. Ofk, przy 150 tys zdjęć, zapewne część nie jest wybitna, ale niechby tylko 1 % prezentował jakość tych prezentowanych w filmie : wystarczyłoby do okrzyknięcia jej zbioru rewelacją !

    Pan Maloof nie mógł w tym momencie nie zadać sobie kilku pytań : kim jest Vivian Maier ? Dlaczego nigdy nie pokazała swoich fotografii nikomu, kto mógłby je ocenić i nadać im dalszy bieg ? Wreszcie : JAKA była ?

    Mając nazwisko mógł ustalić wiele rzeczy, stworzyć portret pamięciowy Vivian. W jej rzeczach dotarł takze do nagrań dźwiękowych z jej głosem, jej portretów oraz kilkunastu tysięcy filmów, które nagrała, także z własnym udziałem.

    Vivian Maier pracowała jako niania. Opiekowała się dziecmi, a po pracy - a nawet w jej trakcie - robiła zdjęcia. Nie rozstawała sie z aparatem, takim zabytkowym, którym robi się zdjęcia nie przykładając go do oczu, ale trzymając na piersi i patrząc w obiektyw ku dołowi. Jeden z autoryterów fotograficznych powiada, że ma/miało to swoje zaleety, bo obiekty fotografowane często nie miały pojęcia, że są w obiektywie, pewnie stąd tak wiele zdjęć, na których ludzie wyglądają jakby pojęcia nie mieli, że są "zdejmowani" aparatem. Bardzo naturalnie to wygląda. Są one czarno-białe, w większości - na tych prezentowanych - ich tłem są nowojorskie ulice lat 50-tych, 60-tych, moze i wcześniejsze.

    Maloof dotarl do ludzi, który znali Vivian Maier. Jej byłych pracodawców, wychowanków, znajomych. Wszyscy niemal opisują ją jako osobę niezwykle skrytą, enigmatyczną, ekscentryczkę.

    Trzymała się sama ze sobą, nie miała przyjaciół, męża, dzieci, nie utrzymywała relacji rodzinnych. Rodzice jej zmarli, miała jakąs ciotke czy brata, ale z nimi raczej słabo się porozumiewala. Była absolutnie osobna i niezależna. Jedna z kobiet wypowiadających się do kamery powie : "Nauczyłam się od niej nie pytać nikogo o radę, jak mam przeżyć swoje własne życie". Piękne :]

    Na zdjęcia i filmach widać Vivian jako wysoką, szczupłą kobiete, o urodzie powściągliwej, acz interesującej. Ubraną zachowawczo, ale na luzie. Taka troche konserwatystka z wyglądu.

    Co świetnie koresponduje zwrotnie z taką oto sytuacją : Vivian w sklepie przeprowadza wywiad, który nagrywa : pyta jakąs panią o politykę amerykańską, wywiadowana najpierw upewnia się, ze jest nagrywana, a potem mówi, ze nie ma zdania na ten temat, na co Vivian : "Jak to : nie ma pani zdania ? Powinna pani mieć swoje zdanie, jest pani kobietą !" :]

    Ma przyjemny głos, słychać w nim śmiałośc i otwartość. Na zdjęciach widac odważne, inteligentne spojrzenie.

    A jednocześnie wszyscy opisują ją jako zdystansowaną i zamkniętą w sobie. Kolekcjonowała gazety. "New York Timesa" czytała codziennie. I zbierała te prasę. Stosy gazet w jej mieszkaniu ciągneły się od podłogi do sufitu. Lubiła notki o rzeczach, ludziach i zdarzeniach niecodziennych, osobliwościach, takze... morderstwach. To ją zapewne inspirowało, bo wiele z jej zdjęć, takze przedstawia ludzi i sytuacje dziwne i intrygujące.

    "Jestem jak szpieg", mówiła o sobie. Chodziła z tym aparatem wszędzie, do najgorszych dzielnic, i nigdzie jej włos z głowy nie spadł. Nawet jesli zdarzało się jej ustawiać sobie ludzi do potretowania, prosić o pozowanie, bo i takie zdjęcia sa w jej zbiorach. "Dziwię się, ze nikt jej nie zastrzelił za takie zachowania", ze śmiechem mówi jedna z dawnych znajomych.

    Choć... czy ktokolwiek mógł powiedzieć o sobie, że ZNAŁ Vivian Maier ? wygląda na to, ze nikt.

    Owszem, miała rózne momenty. Jej wychowankowie wspominają, ze była sumienna i dbała o nich, ale parę razy zdarzyło się jej wkurzyć ostro, jakaś pani opowiada jak Vivian uderzyła ją i karmiła na siłę, ktoś inny - że uciekała swoim dziecom, chowala się, przestraszając je, a jakiś pan opowiada, że widział jak dziecko pod jej opieką zaliczyło wywrotkę na ulicy, a Vivian zamiast wezwać pogotowie robiła mu zdjęcia.

    Inni sugerują schiozfrenię i paranoję. Zwłaszcza na punkcie prywatności. Vivian montowała zamki w drzwiach do pokojów w których mieszkała u swoich chlebodawców , żeby nikt nie mógł wejść do jej "królestwa", gdzie trzymała swoje osobiste rzeczy, a kiedy nie miała takich mozliwości : przygotowywała pułapki na ewentualnych ciekawskich : np. układała na wierzchu rózne ksiazki i pieczołowicie sprawdzała po powrocie, czy któraś z nich przesunęła się choćby o centymetr, co dawać by miało odpowiedź o ewentualnie nieproszone wizyty, które składano w pokoju pod jej nieobecność.

    Pan Maloof dowiedział się, że Vivian mówiła z akcentem francuskim. Mimo że w jej metryce miejscem urodzin jest Nowy Jork. Skąd akcent zatem ?

    Okazało się, ze miala korzenie francuskie. Jej matka pochodziła z małej, 250-osobowej, wioski we Francji. Maloff pojechał tam, spotkał parę osób pamiętających małą Vivian. I dotarł do zdjęć z tamtych czasów, zarówno jej samej, jak i jej autorstwa, bo także tam - już wtedy - pamiętają, że zawsze chodziła z aparatem zawieszonym na szyi i fotografowała bez wytchnienia.

    Miała też epizod, już w Ameryce, kiedy na 8 miesięcy wzięła urlop i wybrała się na wycieczkę "dookoła świata". Zjeżdziła Amerykę Południową, Meksyk, Egipt, Indie, Jemen i wiele innych miesc na świecie. Zrobiła tysiące zdjęć, na których jest i ona sama.

    Tak naprawde, mało kto wiedział, jakiej klasy są to zdjęcia. A nawet lepiej : nikt nie wiedział. Negatywy któree gromadziła Vivian wywołał dopiero Maloof z pomocą studiów fotograficznych dysponujących zaawansowaną technologią umożliwiającą zajęcie się tak gigantycznym zbiorem.

    "Nie chciałaby aby ktoś pokazywał jej zdjęcia, to były jej dzieci", mówi jedna pani, podająca się za przyjaciółkę Vivian. Inna mówi : "Ktoś powinien był ją związać i zakneblowac, zabrać te zdjęcia i pokazać wszystkim" :]

    A w papierach - bo Vivian gromadziła ich całe stosy, rachunki rózne, listy etc - Maloof napotyka wzmiankę okreslającą rózne informacje pomocne w ewentualnym wywołaniu zdjęć, które zostawiła sama Vivian. Jakby chciała by fotki wywołano, ale nie chciała robić tego osobiście.

    Nie lubiła mężczyzn, wg jednej z relacji. Reagowała też wrogo na pomysl dotyku ze strony mężczyzny, jedna z kobiet była świadkiem sytuacji, w której uderzyła swojego jednorazowego modela pozującego do zdjęcia, kiedy nieopatrznie, i bez złych intencji, za blisko niej wystartował ręką. Któraś z dawnych znajomych sugeruje, ze Vivian mogła mieć jakieś traumatyczne przejścia związane z męską opresją, stąd takie reakcje. Ale o jej przeszłości nikt
  • grek.grek 03.01.18, 11:17
    POd koniec życia traciła kontakt z rzeczywistością, odizolowała się zupełnie, a z czasem wysiadło też zdrowie. Byłe znajome ze skruchą wspominają, że uciekały na jej widok, a ona bardzo pragnęła z nimi porozmawiać, pobyć przez chwilę.

    Ktoś wspomina, jak byl świadkiem gdy nagle upadła i zrobiła sobie krzywdę, trzeba było wezwać pogotowie, a ona - spokojnym i jasnym głosem - domagała się grzecznie, by jej nie zabierać nigdzie i po prostu odstawić do domu.

    I chyba w szpitalu zmarła.

    Jako niania, a nie jako wybitna autorka zdjęć. Ot, paradoks. Ale rękopisy nie płoną !, na szczęście :]

    www.youtube.com/watch?v=2o2nBhQ67Zc

    i jeden z albumów z jej zdjęciami :

    www.vivianmaier.com/gallery/street-1/
  • mala_ciekawostka 03.01.18, 17:00
    Dziękuję za opis, Greku:)

    Intrygująca postać, trzeba przyznać...
  • grek.grek 04.01.18, 09:47
    dzięki, Mała Ciekawostko :]

    to prawda !
    jedna z wywiadowanych pań mówi nawet : "Bardziej mnie intrygują te jej [Vivian] sekrety niż
    zdjęcia" :]
  • mala_ciekawostka 04.01.18, 17:08
    :)
  • siostra_bronte 03.01.18, 18:35
    Dzięki, Greku :)

    Słyszałam o tym filmie znakomite opinie i Twój tekst je potwierdza. Dla mnie temat tym ciekawszy, że interesuję się fotografią.
  • grek.grek 04.01.18, 09:49
    dzięki, Siostro :]

    cieszę się !

    o, znakomita informacja !
    jak oceniasz zdjęcia Vivian Maier, Siostro ?

  • barbasia1 04.01.18, 00:28
    Kapitalna historia. Nie wiedziałam, że powstał o Vivian Maier film dokumentalny. Kilka lat temu czytałam o niej artykuł w Wysokich Obcasach. Na szczęście jest jeszcze dostępny, gdyby ktoś chciał jeszcze zajrzeć, tu link:
    www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,96856,15742344,Vivian_Maier__Fotografka_przezroczysta.html

    I mnie też, jak Bronte, interesuje fotografia.
  • grek.grek 04.01.18, 10:01
    dzięki, Barbasiu !! :}

    to prawda, historia absolutnie zaskakująca !

    świetnie, Twój legendarny research działa bez zarzutu ! :]
    oczywiście, zaraz czytam !

    mieliśmy okazję obejrzeć kilka Twoich fotografii, Barbasiu, pięknych !

    jak podobają Ci się zdjęcia Vivian Maier ?

  • grek.grek 03.01.18, 11:21
    rosyjskie kino sensacyjno-katastroficzne.

    pęka ściana tunelu moskiewskiego metra, do środka wdziera sie woda z rzeki, w środku uwięziony zostaje pociąg.

    pasażerowie muszą opanowac strach i panikę, aby uratować własne życie, zanim nadejdzie pomoc. Na czele stoi lekarz, którego dodatkowo motywuje obecnośc własnej córki.


  • grek.grek 03.01.18, 11:37
    intrygujący film !

    samotny pan po bolesnym rozwodzie, testuje system komputerowy w postaci kobiecej - o imieniu Samantha, dysponujący własną osobowością i głosem, z którym moze rozmawiać, żartować, dyskutować, na tyle na ile pozwala zaawansowanie oprogramowania, a pozwala na bardzo wiele i wciąz dodaje nowe funkcje, nawet seksualną.

    w zasadzie, Theodor zyskuje przyjaciółkę i kochankę, której jedyną wadą jest... brak ciała, ale, jak mawiał klasyk, "Nikt nie jest doskonały !" :]

    z czasem przestaje rozgladać się za ewentualnymi nowymi towarzyszkami życia, bo całkowicie jego potrzeby kontaktu z kobietami wypełnia relacja z systemem operacyjnymi.

    ileż tutaj jest pytań : czy ten tzw OS to jeszcze tylko komputer czy jednak człowiek już ? kiedy inteligencja wirtualna zyskuje świadomość ? czy człowiek i OS mogą tworzyć normalny związek i czy naprawdę człowiek potrzebuje innego człowieka do szczęścia ?

    co ciekawe, Theodor z czasem traktuje Samanthę jak normalną kobietę, także w tym znaczeniu, że chciałby by była mu wierna, by była tylko z nim. Czy oczekiwanie takich zachowań" od OS nie uczłowiecza go bardziej niż zyskanie przez niego świadomości ?

    Joaquin Phoenix wybitnie gra, a Scarlett Johansson samym głosem cuda wyczynia ;]

    Nie wiem tylko, czy ten obraz miasta przyszłości, niby wciąz ludzkiego, ale jakby minimalnie zbyt sterylnego, po którego ulicach chodzą ludzie i mówią jak do siebie, a w gruncie rzeczy do minisłuchawek, przez które komunikują się z wirtualnymi bytami, jest obrazkiem optymistycznym ?

    co będzie, gdy w pewnym momencie człowiek przestanie potrzebować człowieka, by być człowiekiem ?

    maszyny, roboty, systemy operacyjne mają, zdaje się, dużą przyszłość przed sobą. w każdym względzie. Może będą dla wielu lekiem na samotnośc i niezrozumienie, nieśmiałośc, może będą nawet lepsze, doskonalsze niż ludzie, bo bezwzględnie akceptujące, lojalne, nie mające oczekiwań i wymagań, a więc bez wad utrudniających porozumienie.

    może dzięki konkurencji ze strony technologii, ludzie zaczną nad sobą pracować, by stać sie dla siebie lepszymi ? :]

    wybitny film Spike'a Jonze'a, który dodatkowo dostał Oscara za swój do tego filmu scenariusz.
    zasłużenie :]
  • siostra_bronte 03.01.18, 18:38
    Podpisuję się!

    Ale to jednak powtórka. W ogóle coraz ich więcej w Kulturze!

    W czwartki w styczniu i lutym będę lecieć czeskie komedie, te same, które oglądaliśmy latem w Dwójce. Co prawda nie widziałam wszystkich :) Szkoda, że brakuje akurat tego filmu, który podobał mi się najbardziej, czyli "Trupa w każdej szafie".
  • grek.grek 04.01.18, 09:54
    miło mi, Siostro !

    co racja, to racja.

    w KUlturze zdarzają się nowe dokumenty, wracają teatralne spektakle z archiwum, niedawno przegląd filmów Truffauta, ale powtórki są wciąż w natarciu :]

    co ciekawe, wyobraź sobie, na jednym z czeskich kanałów komercyjnych niedawno widziałem zapowiedź powtórek czeskich komedii z 60,70 i 80-tych lat :] przyszło mi nawet do głowy, że zachodzi tu jakaś inspiracja [albo zmowa ! ;)] polską telewizją publiczną, hehe.

    "Mareczku, podaj mi pióro" widziałem niedawno w programie chyba czeskiej publicznej, ale tam akurat jest to wydarzenie mniej doniosłe, oni częsciej wracają do filmów z tamtego okresu :]
  • barbasia1 04.01.18, 00:30
    Tak, znakomity film.
  • grek.grek 04.01.18, 10:02
    yes :]


  • grek.grek 04.01.18, 10:18
    na starcie filmowego sezonu 2018 roku, Czesi w akcji ;]

    jest to biografia muzyka zespołu The Beach Boys, Briana Wilsona.
    może nawet nie tyle biografia twórcy, co człowieka, który w szczytowym okresie
    profesjonalnego powodzenia zmaga się ze schizofrenią i uzależnieniem od
    alkoholu oraz heroiny.

    paradoksalne, że Beach Boys grali muzykę "z plaż Kalifornii", beztroską, "surferską",
    opisującą zalety przyjemnego spędzania czasu na zabawie[podobno, bo znam tylko
    jeden hit tego zespołu ?].

    jak zachwalają recenzeci, nie jest to typowa biografia muzyka, raczej zapis toksycznej
    relacji jaką utrzymuje on ze swoim terapeutą-szarlatanem oraz związku z kobietą, który
    przyniesie mu ratunek, bo jako jedyna w całym jego otoczeniu nie poluje na jego pieniądze, ale
    naprawdę jej na nim zalezy.

    w głównej roli dwóch aktorów : Paul Dano i John Cusack.

    reżyseria Bill Pohlad, ale zdaje się, że kluczowy jest scenariusz Orena Movermana.


  • grek.grek 05.01.18, 11:50
    Interesująca, fakt - nieschematyczna !, biografia muzyka.

    Najpierw mamy zbitkę hitów Beach BOys : "Surfin L.A", "I get around" czy "Don't worry, baby" zagranych na tle stylizowanych na archiwalne [forma "home videos" ;)] widokówek z kalifornijskich plaż i prowadzonego tam iście beztroskiego życia. To niejako w 3 minuty załatwia opowieść o tym, kim byli wtedy Beach Boys i co przyniosło im sukces muzyczny.

    A potem historia skupia się na Brianie Wilsonie, kompozytorze i tekściarzu zespołu. Nie był ważnym głosem wokalnym, ale za to miał szósty zmysł jak chodzi o sprawy muzyczne.

    Fabuła zgrabnie przeplata dwa okresy w życiu Briana : ten, w którym ma około 30-tki i po sukcesach plażowych hitów szuka nowej drogi w swoich kompozycjach, oraz drugi : gdy jest 40-paro latkiem, wykończonym depresją, narkotykami i niemocą twórczą.

    Nie wiem czy aby na pewno dobrze kojarzę wiek Briana w obu narracjach, ale można by rzecz, że w pierwszej - jest on młodszy, a w drugiej - starszy :] Grają te role, odpowiednio : Paul Dano i John Cusack.

    Młodszy Brian oddaje wszystko muzyce. Nieustannie ma coś w rodzaju "odlotów", zastyga jak w stuporze i słyszy w głowie dźwięki, całe kompozycje,. nad którymi później niezłomnie pracuje, ściągając ciągle do pomocy całe tabuny doświadczonym muzyków studyjnych, którzy pracowali dosłownie ze wszystkimi w tym biznesie, pokończyli najlepsze konserwatoria i są w stanie zagrać dowolny kawałek. Rozmawiają o nutach, ćwierćnutach, oktawach, staccatach, cellach i całym tym muzycznym językiem, który brzmi - dla mnie ":] - jak czarna magia, ale brzmi pięknie. Reszta Beach Boysów kompletnie nie wie, o co w tym chodzi, oni są tylko od zaśpiewania tekstu :]

    Ten natłok muzyki w głowie Briana nie daje mu chwili wytchnienia, sceną kulminacyjną jest moment, gdy cała ekipa je obiad i nagle dźwięki sztućców, zastawy stołowej, szklanek rosną aż do dzikiej kakofonii, aż Brian zrywa się od stołu i zatyka uszy. Słuch muzyczny absolutny ? A moze początki choroby ?

    Tutaj pojawia sie takze postać ojca. Brian miał trudne dzieciństwo : matka piła, a ojciec bił. Ale nie bił za nic. Bił w ramach lekcji wychowawczych, od małego tresując Briana w muzycznych zawiłościach, każąc grać na pianinie. Są tylko flesze tych scen, rezyser nie epatuje przemocą. Nie musi, to i tak "dośc dobrze" wygląda w narracji.

    Wilsonowie w końcu się rozeszli, ojciec został zmuszony do opuszczenia domu, ale Brian nigdy nie przestał go odwiedzać i liczyć się, aż do przesady, z jego zdaniem. Na dodatek nie ocenia ojca źle, pamięta mu raczej to, że pchał go do pracy, czynienia postępów, stawania sie coraz większym erudytą muzycznym.

    Tym bardziej jest mu cięzko, kiedy ojciec zjawia się na próbie zespołu i mówi, ze to co grają jest do niczego. A Brian właśnie czuje, ze robi taką muzykę o jakiej marzył. Podobne do ojca zdanie ma reszta zespołu. Brat Briana domaga się, żeby zaczął pisać lekkie przeboje i chwytliwe luźne teksty, zamiast wstawiać tam psychodeliczne numery o melancholii, kryzysie i sugerujące uzależnienie od narkotyków [muzyk faktycznie brał, nie jest to w filmie wprost pokazane, ale może ta sugestia ze strony brata jest zakodowanym przekazem dla widza].

    Jesli rodzi się pytanie : co wpędziło Briana w dołek, w którym widzimy go 15 lat później, to odpowiedzią może być zatem : muzyka, praca nad muzyką, dźwięki w głowie. Oraz konflikt z otoczeniem. A takze śmierć brata.

    2 lata po niej [zaznaczonej mimochodem w jednej z rozmów] widzimy Briana w salonie samochodowym, gdzie chce kupić cadillaca. Mówi i zachowuje się jak miks zmęćzonego dorosłego i łagodnego dziecka. Poznaje sprzedawczynię Melindę [Elizabeth Banks]. Nawiązują kontakt. Zamykają się w srodku samochodu i rozmawiają. Melinda jest ładna, miła i ciepła w bezpośrednim kontakcie. Przypadają sobie do gustu.

    Brian nie jest sam. Towarzyszy mu kilku ludzi. To oni przedstawiają go Melindzie, a ona jest zaskoczona, bo zna wszystkie przeboje Beach Boysów.

    Następnego dnia Melinda zostaje zaproszona przez Briana na randkę. Idą na koncert [grane jest "Night in white satin"], potem do restauracji.

    Melindę uderza fakt, ze Brian wszędzie chodzi z obstawą. Nie są to jednak "ochroniarze" par exellence.

    Brian ma lekarza, imieniem Gene. I pan doktor kontroluje każdy jego ruch. Tłumaczy to faktem, ze Brian choruje na schizofrenię paranoidalną, musi przestrzegać diety i brać lekarstwa. A on czuwa nad jego zdrowiem i bezpieczeństwem.

    Facet jest niesamowity : Melinda z osłupieniem świadkuje scenie, kiedy podczas grilla w domu Briana przy plaży w Malinbu, Gene urządza mu tzw suszarkę - wydziera się na niego nos-w-nos za to, ze Brian... zjadł burgera. Podobno mu nie wolno.

    Potem Gene wzywa Melindę do siebie i nie dość, że jej urządza seans psychoanalizy, którego ona sobie nie życzy, to jeszcze domaga się od niej, aby wszystkie spotkania z Brianem relacjonowała jemu, ba - żeby pisała z nich raporty ! Z detalami. Bo on jest doktoreem i musi dbać o swojego pacjenta. Wszystko tłumaczy profesjonalizmem, ale widać na pierwszy rzut oka, że to relacja toksyczna, a Gene wykorzystuje Briana. Na dodatek faszeruje go potężnymi dawkami pigułek, zapewne nie pomagajac w leczeniu, a przeciwnie : pogłębiając, albo nawet - wywołując !, problemy Briana z własną psychiką i formą fizyczną.

    Paul Giamatii gra Gene'a wybitnie - jest ohydny, śliski, cyniczny do bólu. Znakomita rola.

    Znajomość Briana z Melindą rozwija się, chodzą do restauracji, planetarium, na spacery, a pewnego razu Brian zabiera ją na rejs jachtem. Ofk, z ochroniarzami od Gene'a, którzy asystują nawet ich pocałunkowi. Gdy są niedaleko brzegu, Brian po cichu namawia Melindę, by wyskoczyli i wpław dotarli do jego mieszkania. Tak robią, mają chwilę świetnej zabawy i po raz pierwszy seks.

    Melindę ujmuje nie to, ze Brian należy do Beach Boys, ale jego skromność, muzyczny talent [ad hoc komponuje dla niej jakąs melodię na pianino] i opowieśc o sobie, o trudnym dzieciństwie i aktualnych problemach [Melinda : czy to prawda, ze całe 2 lata spędziłeś w łózku ? Brian : Nieprawda, to były 3 lata. A nocami chodziłem w piżamie po chodniku]. Bardzo się angażuje w tę, najpierw przyjaźń, a potem miłość.

    To Melinda zaczyna w Brianie budzić chęc życia i "odnalezienia siebie". Widzi, ze Gene robi mu krzywdę, uzależnia od siebie, wpędza w paranoję [w którymś momencie Brian ma atak, biega zaaferowany po mieszkaniu i uważa, ze ktoś chce sie do domu włamać, mimo że żywej duszy nie ma w okolicy], a po jakimś czasie wychodzi na jaw, że Gene to hochsztapler, zwykła szuja, który zamyka Briana w studio muzycznym, żeby ten napisał jakąs muzykę, bo Gene już podpisał kontrakty i uważa siebie za menadżera. Wszystko ofk po to, by zbić na tym kasę.

    Kiedy Melinda prosi Gene'a żeby dał mu spokój, on jej wręcz grozi. Mówi, że poda ją do sądu za to, że szkodzi bardzo choremu człowiekowi, który on się opiekuje troskliwie ;] W końcu izoluje Briana od niej i przestają się spotykac.

    Dopiero po jakimś czasie Brian dzwoni do niej i prosi, by przyjechała. Spotykają się w tym studio muzycznym, w którym Brian ma nagrywać muzykę. Zwierza się jej, ze jest w bardzo złej formie. Melinda chce go stamtąd zabrać, ale Gene im przeszkadza. świetna scena : ona trzyma w ramionach Briana i mówi do niego z bliska o tym, że "koniecznie musi stąd uciec i odnaleźć siebie", a Gene przemawia do Briana za pomocą mikrofnu zza konsoli ostrzegając go, ze Melinda to zły człowiek i tylko jemu może zaufać. Brian jest skołowany i Gene wygrywa.

    Melinda szuka pomocy u Glorii, latynoskiej sprzątaczki Briana. Ona też się martwi tym, co Gene robi z Brianem. Nawet cichaczem chowa część piguł i proszków, które Gene każe Brianowi podawać. Uzbierała ich już całą wazę. Melinda zaklina ją, żeby ukradkiem pogrzebała w papierach Gene'a, moze znajdzie jakiegoś haka na niego.

    I znajduje. Nie wiadomo, co jest w tych papierach, ale musi być coś mocnego, bo Gene zostaje zawiadomiony o sprawie przez adwokata wynajętego prz
  • grek.grek 05.01.18, 12:21
    Gene zostaje powiadomiony przez adwokata wynajętego przez Melindę i ogląda te papiery zebrane na niego. Musza być mocne, bo dostaje ataku zlości, napada na Melindę w jej miejscu pracy. Na szczęście ona jest za drzwiami i z chytrą miną nie chce mu otworzyć, więc Gene piekli się na zewnątrz, a inni pracownicy są świadkami. Wyzywa Melindę, grozi jej i wszystko naraz, dobija się do drzwi, wreszcie ona je znienacka otwiera i staje z nim face to face. Nic nie mówiąc. Gene gaśnie, studzi się, odwraca i odchodzi.

    Brian walczy ze sobą leżąc w łózku. W symboliczny sposób wyświetlają mu się istotne postaci z jego życia : ojciec [w rozmowie z niewidoczną matką], Melinda, Gene, i każde radzi mu coś innego a'propos jego życia. Szalony mętlik i zgiełk. Ostatecznie "wygrywa" wersja Melindy, ona jest mu najbliższa, z prostego powodu : ona go naprawdę kocha i chce dla niego jak najlepiej. Wszyscy inni, takze koledzy z zespołu, to ludzie interesowni, egoiści wykorzystujący go do własnych celów.

    Brian ostrożnie wychodzi na ulicę, jest słonecznie i ciepło, jak to w Kalifornii ;] Idzie w stronę salonu samochodowego, w którym pracuje Melinda, i po drodze omal nie wpada pod jej auto. Oczywiście, zaraz sam się zaprasza do środka, co w jego wykonaniu wygląda przezabawnie, a ona śmieje się z tego serdecznie.

    Każe jej koniecznie jechać w jedno miejsce, jest to w pobliżu jego domu rodzinnego na typowym kalifornijskim przedmieściu. Tutaj Brian doznaje jakby ostatecznego oczyszczenia, chodzi, łapie powietrze, a kiedy Melinda pyta "NO i... co dalej ?", stają obok siebie na ulicy i zaczynają rozmawiać. Nie słychać o czym mówią ale na końcu się obejmują.

    W dopowiedzeniach pojawiają się informacje, ze Gene został odsunięty od opieki nad Brianem, zarzucono mu złą diagnozę [schizofrenia paranoidalna] i złe dawkowanie lekarstw, którymi raczył pacjenta; Brian i Melinda pobrali się i stworzyli szczęsliwy związek; po tych wydarzeniach, uleczony Brian nagrał płytę "Smile", uznaną za znakomitośc [już jako młodsza wersja siebie szukał inspiracji u Weilla, Beethovena i Gershwina].

    ALbum "Pet Sounds", ten który tak poróżnił Briana z resztą Beach Boys, początkowo przyjęty chłodno, a nawet jako klapa, po latach został uznany za kamień milowy w rozwoju muzyki popularnej.

    Warto zatem robić swoje, niezależnie od opinii otoczenia, kiedyś może to zostać docenione :"]

    dobre kino !

    www.youtube.com/watch?v=KVXJSvgAahM
  • grek.grek 04.01.18, 10:26
    niedawno "Hitchcock/Truffaut" [dzięki, Siostro :)], teraz dokument o relacji między dwoma sztandarowymi reżyserami Nowej Fali.

    najpierw namiętnej, pełnej dyskusji i inspiracji, stopniowo przechodzącej w niechęć i wrogość, także na gruncie rosnącej sympati Godarda dla politycznej lewicy, z powodu której zaczął on postrzegać swojego kolegę i jego filmy jako wyraz mieszczańskiej pseudosztuki.

    to wziąłem z opisu na stronie :]
  • siostra_bronte 04.01.18, 11:54
    :)

    Brzmi znakomicie!
  • grek.grek 05.01.18, 10:45
    dzięki, Siostro :]

    Istotnie, to bardzo dobry dokument. DUżo zdjęć, fragmentów wywiadów, filmów, no i cała galeria współczesnych krytyków, historykow filmu i ludzi kina z Francji, którzy odnoszą się do wątku zapisanego w tytule, m.in pp. Amalric, Assayas, Claire Denis.

    Etapy znajomości Godarda i Truffauta są przedstawione chronologicznie.

    Poznali się w 47 jako nastolatkowie. Pasjonaci kina, którzy mogli godzinami o nim rozmawiać. Godard pochodził z dośc zamożnej rodziny z klasy średniej, Truffaut byl sierotą wychowywanym bodajże przez babcię. Na początku lubili te same filmy, m.in Hitchcocka i Hawksa, ale także Rosseliniego czy Renoira.

    Potem ofk okres tworzenia wspólnie Cahiers Du Cinema, gdzie wyżywali się w krytyce filmowej. Truffaut pisał kwieciste manifesty - miał dar. Godard był raczej zwięzły i chłodny, pisał znacznie mniej niż kolega, bardziej głową niż sercem. Łączyła ich niechęć do kina "papy", akademickiego, granego w studiach i wykoncypowanego, w którym brak prawdziwych ludzi i emocji. CDS to był dla nich niejako uniwersystet filmowy", jak mówi jeden z krytykow i historyków kina.

    Debiuty : najpierw Truffaut i "400 batów" [jest fragment ostatniej sceny, kiedy Antoine spaceruje na brzegu morza], potem - z pomocą kolegi - Godard z "Do utraty tchu" [tutaj fragment rozmowy głównych bohaterów w tej długiej scenie w mieszkaniu]. Oba chwalone i wyróżniane przez filmową krytykę oraz kochane przez widownię. Przeciwstawiały sztywnemu kinu starej szkoły swobodę i inwencję twórczą.

    Rozwój karier, ilustrowany plakatami filmowymi z kolejnych tytułów kręconych przez nich obu. Mamy tutaj uwagę o tym, że Truffaut akcentował w swoich filmach rytm biegnącego życia, Godard był bardziej "duchowy", jeśli można użyć tego słowa. Tak przynajmniej oceniał to Jean-Pierre Leaud, który u Truffauta grał 7 razy, a u Godarda razy 10, więc miał na ten temat solidnie wyrobione zdanie :]

    Czy Godard, wówczas masowo naśladowany przez młodych reżyserów, był bardziej nowatorski od Truffauta ? Aktor Matthew Amalric nie jest o tym przekonany : "Byli inni, po prostu - inni", odpowiada nieco wymijająco.

    Kolejne filmy : "JUles i Jim" Truffauta , "Amatorski gang" Godarda - "ja sam dla siebie jestem jednoosbowym gangiem", inspirująco mówi Godard w jakimś wywiadzie. Jest nieobliczalny, pojawia się fragment filmu dokumentalnego, w którym... chodzi on na rękach przed jakimś filmowym audytorium. Truffaut zachowuje się w sposób bardzo stonowany, woli siedzieć ;]

    W latach 60-tych obaj wspomagali ruchy studenckie, byli zgodni w sprawach krytyki ładu społecznego. Kiedy w 1968 roku zwolniony został z pracy dyrektor KInematografii Francuskiej Henri Langlois, co było zapalnikiem dla rozruchów ulicznych, Godard i Truffaut ramię w ramię protestowali i domagali sie przywrócenia go na stanowisko. Obaj występowali też z gniewną krytyką festiwalu w Cannes tamtego roku. "Na ulicach zamieszki, krew, państwo w rozpadzie, a wy chcecie dyskutować o najazdach kamer i kątach ujęć filmowych ?", krzyczy Godard na filmie. Na zdjęciach krzyczą zresztą razem.

    Ten okres w życiu zmienił Godarda z umiarkowanego lewicowca w niemal maoistę i "partyzanta". Truffaut pozostał tam gdzie był i to chyba moment początkowy rozchodzenia się ich dróg.

    Godard zaczał kręcić filmyu o wymowie politycznej, wierząc że zrobi dzięki nim coś dobrego dla Sprawy. Truffaut nie wierzył, że kino nadaje się do pełnienia takiej roli. Podgryzali się wstępnie. Godard twierdził, że Truffaut robi "słabe filmy", a on mu odpowiadał, ze jego są z kolei "bełkotliwe, bo zbyt zaangażowane w politykę".

    "Nie byli przyjaciółmi nigdy, nie jako ludzie. Mieli po prostu wspólnego przyjaciela - film. On ich łączył. Kiedy przestali zgadzać się a'propos wizji kina - zaczęli ze sobą walczyć także jako ludzie", tak podsumowuje mechanizm ich znajomości jeden z krytyków i historykow kina. Oliver Assayas nie widzi jednak nic dziwnego w ich rozejściu się : "Poszli innymi drogami, chcieli robić inne kino, to naturalne".

    Godard postulował wtedy kino atakujące media, polityke i konsumpcjonizm za uprzedmiotowanie ludzi, Truffaut nadal chciał robić swoje filmy : o życiu.

    W 73 Truffaut nakręcił "Amerykańską noc", za którą dostał Oscara. BYł to film [dziwne, ze w tym przeglądzie w Kulturze nieuwzględniony] ostentacyjnie staromodny, składający hołd nostalgii dla kina minionych dekad. Godard się wściekł, może o sukces Truffauta ?, a może o ten manifestacyjny odwrót od Nowej Fali ? Tak czy owak, oskarżył Truffauta o zdradę, nazwał "oszustem" i skrytykował totalnie oscarowy film. Prowokacyjnie zaproponował,żeby obłowiony finansowo na sukcesie swojego kina Truffaut wpłacił jakieś 5 mln franków na nowy film Godarda.

    To wkurzyło z kolei Truffauta, bo tym samym Godard zaliczył go do "tłustych mieszczan", którym zalezy tylko na kasie. Wysmażył 20-stronicowy ! list z odpowiedzią i opublikował go w piśmie traktującym o filmie. Napisał, że "ma w nosie" zdanie Godarda i generalnie uważa całe kino które on robi za kompletną chałę.

    "Musieli być sobie bardzo bliscy, wnioskując z temperatury tych krytyk - powiada eks-dyrektor Festiwalu Cannes Giles Jacob - to było jak kłótnia kochanków". Claire Denis zauważa, ze Godard zrobił "odważną rzecz", skrytykował ogólnie chwalony film i odniósł się do ideałów, które wg niego zostały zapomniane przez Truffauta. Matthew Amalric w zachowaniu Godarda widzi zaś "politykę". Ktoś inny przyznaje rację Truffautowi, a przynajmniej dostrzega, że nie wahał się on wydobyć swojej najcięższej broni w arsenale : ciętego i ostrego pióra. Dobrze pisał i zrobił z tego przewagę w tej bezpardonowej wymianie zdań.

    Truffaut wyciągnał też epizody z przeszłości, kiedy dawnymi czasy, wraz m.in z Louisem Mallem, wspierał awangardowe, niewygodne politycznie pisma literackie, a Godard "kiedy je sprzedawali na ulicach zawsze gubil grzebień na chodnik" ;] Historycy wspominają także, że w 60s Truffaut podpisał odezwę do francuskiego rządu w sprawie przyznania prawa do niepodległości dla Algierii. Trudno było zarzucić mu konformizm. On po prostu nie wierzył, aby kino miało znaczenie polityczne, uważał że służyć ma pokazywaniu życia, a nie być orężem do walki ideologicznej, dlatego nie kręcił tzw. filmów zaangażowanych.

    Godard oskarżał go o "zajmowanie miejsca na piedestale", "elitaryzm", ciągle wypominając zdradę ideałów Nowej Fali. "Kłócili się nie jak reżyserzy, ale jak postaci filmowe", z uśmiechem powiada Matthew Amalric.

    Oliver Assayas mówi : "Wolałbym pokazać swój film Truffautowi. Nie to, ze nie cenię Godarda, ale on by mój film rozebral do ostatniej śrubki. Nie chciałbym tego. Truffaut patrzyłby na sprawy zupełnie inaczej". Także jakiś jegomośc, aktor, który współpracował z oboma reżyserami, zauważa, ze róznili się takze na planie : Godard zamyślał się, miał długie przerwy, kontemplował, szukał "momentu", Truffaut zawsze był zorganizowany, zaplanowany, wiedział co chce zrobić danego dnia. "Elegancki i inteligentny", tak go przedstawia ten aktor.

    "Większośc ludzi świata filmu woli Truffauta, Godard jest zaś idolem radykałów", powiada jeden z historyków kina.

    Ciekawe, ze w pewnym momencie, w 73 albo 74 roku, obaj kręcili jednocześnie podobne filmu : z udziałem dzieci. Godard dokument dla telewizji, w któym zadawał dzieciom pytania na trudne tematy, a TRuffaut fabułę dla kina.

    Jean Pierre Leaud lubił obu, ale śmierć Truffauta zniszczyła go jako człowieka, bardzo to przeżył.

    Atakowali się w gazetach bez przerwy. Cahiers Du Cinema poświęcił Truffautowi numer 315 wydawnicytwa, a Godardowi... numer 316 - czy to wymowne pierwszeństwo ? ;]

    Sa fragmenty "Ostatniego metra", uznanego za wybitny film. To własnie dzięki niemu pokonał on wtedy w Cannes Godarda w kategorii "najlepszy reżyser". "Ostatnie metro" triumfowało zresztą generalnie. Mamy tutaj fragment telewizyjnej transmisji z gali i moment oczekiwania na ogłoszenie zwycięzcy i wręczenie nagrody dla najlepszego reżysera. Godard klaszcze Truffautowi, ale ja
  • grek.grek 05.01.18, 10:57
    GOdard klaszcze Truffautowi, ale jakoś tak krótko i ironicznie. Ponoć potem chciał mu osobiście pogratulować, ale Truffaut odpowiedział "Nie, Jean-Luc" i odmówił podania mu ręki.

    Przepraszam, to nie było w Cannes, to ofk była gala wręczenia Cezarów !

    Ci, którzy znają sprawę od kulis, twierdzą, ze Godard był wściekły z powodu tej porażki. Tym bardziej, ze przecież przyjechał na ten event, w ten sposób uwiarygodnił go i podniósł rangę
    sukcesu konkurenta.

    W 1984 roku Truffaut umiera, mając zaledwie 52 lata.

    Mathew Amalric ryzykuje opinię : "Godard sam chciał umrzeć młodo, więc ta śmierć Truffauta musiała go nieźle zirytować. Chciał umrzeć młodo , a Truffaut miał być tym, który brzydko się starzeje, jako coraz załośniejszy relikt przeszłości" :]

    Moze częściowo sprzyja tej interpretacji zdanie jakie napisał Godard do przedmowy wydanych korespondencji Truffauta : "Francois nie żyje, ja żyję, ale czy to taka wielka róznica ?".

    Czy by się pogodzili, gdyby Truffaut żył dłużej ?

    Jeden z historyków kina powiada, ze to bardzo możliwe, ale musiałoby się coś stać między nimi dwoma. Nie było szans na to, by np. ktoś trzeci zabrał ich obu na obiad i zbliżył do siebie. No way ":] Musieliby się porozumieć sami.

    Ciekawe, że w swoim filmie z lat 2010-tych, Godard zamieścił scenę jako żywo wyjętą z truffautowskiej "Amerykańskiej nocy", jakby oddając mu hołd, a może po prostu wspominając go.

    I tak się to kończy.

    miejmy nadzieję, ze już niebawem u nas, w Kulturze :}
  • grek.grek 04.01.18, 10:44
    jeśli jeszcze nie mieliście okazji - warto spróbować !

    tym razem rzecz nie o wampirach, lecz o wampirzycach, a dodatkowo nietypowa, bo
    rozegrana jako opowieść o relacji dwóch przeciwieństw, wzajemnie sie uzupełniających i
    funkcjonujących w układzie : matka-córka, ewentualnie starsza-młodsza [siostra].

    ta starsza jest cielesna, odpowiada w tym związku za zapewnienie bezpieczeństwa i
    tzw bazy, mówiąc językiem marksowskim.

    ta młodsza, wrażliwa i eteryczna, żyje uczuciami, co moze sprowadzić na nie obie nie lada kłopoty.

    rózni ich wszystko : wygląd, maniery, nawet sposoby zabijania celem dostarczenia sobie pokarmu, łączy niezwykla więź, matczyno-siostrzana, ale może przede wszystkim kobieca.

    jednocześnie, cały czas, ich tropem podąża dwóch jegomościów, którzy ewidentnie nie mają wobec nich dobrych zamiarów.

    o co chodzi - okazuje się z czasem, a dotyczy to początków ich metamorfozy; przeszłości, w której Clara i Eleonore stały się wampirzycami wskutek zdarzeń niecodziennych i wyjątkowych, niejako kradnąc ten przywilej ?, a może klątwę ?, męskiej kaście wybrańców. w ich przypadku w grę wchodziło intuicyjne pragnienie zemsty, zachowania życia, zachłanne żądza przetrwania.

    wampiryzm inaczej :] - przedstawiciele tej rasy nie mają tutaj nawet zębów. swoje sprawy załatwiają w zupełnie inny sposób, choć też za pomocą ostro zakończonych wypustek.

    Neil Jordan reżyseruje i trudno nie odnieść się do "Wywiadu z wampirem" jego autorstwa.

    "Byzantium" aż tak epickie nie jest, no i na dodatek wampiry są dziś licznie reprezentowane w kinie i telewizji, nie są takim wydarzeniem filmowym jak wtedy, ale to nie zmienia oceny filmu, wg mnie :] - jest bardzo dobry !





  • siostra_bronte 04.01.18, 17:27
    Greku, za wytrwałe zapowiadanie tego filmu należy Ci się medal :)
  • grek.grek 05.01.18, 09:49
    haha :], dzięki, Siostro :]

    myślę, że warto reklamować "Byzantium", ma swój wampirzy czar ;]

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.