Turbowałam się tym snem poprzednią noc całą.
Śniło mi się, że się szykuję na te nowe zajęcia na które się
zapisałam. Szykuję, szykuję, idzie sprawnie, bo pogania mnie bardzo
elegancka i dobrze zorganizowana koleżanka. Potem razem idziemy na
uczelnię, i ona mnie sprawnie prowadzi przez park jakiś, estakadę,
korty tenisowe, przez basen kryty jakiś, do budynku uczelni i tam
znika. A ja, zamiast prosto do budynku walić, to skręcam do kawowego
barku na rogu i tam z moją znajomą spędzam czas jakiś nad kawą
pierdoląc sobie trzy potrzy. Udaję się jednak do budynku w końcu,
ale z kolei nie mogę znaleźć sali.Na szczęście spotykam grupę
znajomych idących na te same zajęcia i razem z nimi do sali
docieram. Jest dużo czasu, oni zajmują miejsca, a ja...
I tu jest jakieś coś niezrozumiałego kompletnie, bo ja decyduję się
wrócić do domu po coś (ale zupełnie nie wiadomo - po co?). Potem
oczywiście kłopot z dotarciem spowrotem na uczelnię mam, gubię się
pod estakadą, w parku przedzieram przez krzaki, a basen forsuję po
dachu (szklanym), jednakowoż jakoś w końcu do budynku dobijam. Ale
zamiast iść na moje zajęcia, wpadam (na chwilę) na zajęcia profesor
Bethin (profesor Bethin była najnudniejszym wykładowcą najbardziej
nielubianych przeze mnie przedmiotów - lingwistyki porównawczej i
lingwistyki słowiańskiej). I tam się zasiaduję, a jak wychodzę, to
sali moich zajęć nie mogę znaleźć. Są wszystkie inne sale - ale tej
nie ma. Szukając sali włażę na ruszotwanie jakieś gdzie babu maluje
fresk, i mnie zawraca stamtąd bo tam zdecydowanie sali mojej nie ma.
W końcu znajduję salę, z ulgą zasiadam, mimo że to wykładu prawie
koniec. A tu się okazuje - że to nie ten wykład! Wypadam stamtąd z
gałami wybałuszonymi i decyduję się zacząć poszukiwania sali od
wrócenia się do kawowego barku i prześledzenia drogi stamtąd. Ale to
nie działa, z tym że nie jestem nawet pewna czy to ten barek. Innego
natomiast - nie ma. I taka zmemłana i skonfundowana - budzę się.
--
wasza pierdo