użyteczny aspekt śnienia o katastrofach
Otóż mnie często dolega mrowie ludzkie. Gęstość różnych obecności,
tłoki, ściski, gromadne pędy chujwie dokąd i po co. Jakieś masy i
gromady depczące trawę, srające w krzaki, stada zagubionych
krzyczących dzieci, żarcie kiełbas, czipsów, stosy śmieci, latające
foliowe wory.
Jakiś czas temu na koncercie ogólnodostępnym w parku w Pszczynie też
mnie to mrowie zmogło. I nagle coś jak wizja spadło na mnie.
Zobaczyłam to wszystko - PUSTE. Tam gdzie się mrowili - pustka. Tam
gdzie się tłoczyli, dupczyli, gdzie tratowali trawę, chlali piwo -
pustka. Tam gdzie był gwar - cisza. Wszystko jest, budynki są, wiata
koncertowa, stragany - są. Tylko ludzie znikli. I taka świadomość,
że już nie ma nikogo, ani jednej zachlanej, rozwrzeszczanej,
kłębiącej się ludzkiej osoby. Nigdzie. I już nie będzie.
I jak ta wizja odeszła i się znalazłam spowrotem w tym kotłującym
się i drącym mrowiu - boże co za ulga! Co za wdzęczność
niewyobrażalna za każdego kretyna z komórką, za każdego dupka z
puszką piwa, nawet za rodziny ze stadem bachorów. Od tej pory, jak
mnie tłuszcza nadoje i zgniecie to do tej wizji wracam. Przypominam
sobie to uczucie pustki, wszechogarniającej ciszy, straszne
dojmujące uczucie braku ludzkiej obecności. I zaraz się w kupie
czuję lepiej. Mogę polecić tę metodę jako pacaneum na dolegliwości
duszy związane z tłokiem.
--
wasza pierdo