Właściwie to wuj się pojawia na samym końcu, ale tak zaskakująca ta
obecność była, że cały sen się jakby temu podporządkował.
Jestem otóż w jakimś pokoju, jakimś miejscu, domu jakimś. To jest
dom nie mój, gospodaruje tam moja ciotka z którą generalnie kontaktu
nie mam. I się okazuje, że ciotka z wredności postanowiła zakopać w
dole i zasypać gaszonym wapnem książek stos. Ja rozpoznaje książki
przynależne do rodziny ogólnie, do moich starych i nie tylko.
Więc książki postanawiam uratować przez ciotkową hekatombą. Ale
patrzę, a tu okładki same! Okazuje się, że środki już moje młodsze
kuzynostwo wcześniej uratowało, zastępując pustymi kartkami. Więc
ciotka i tak by "pochowała" same skorupy a zawartość by przetrwała.
I tutaj "enter" wujo, na którego ja zaczynam wykrzykiwać, że ta
ciotka to, ciotka tamto. A wujo mi na to, czemu jej tego
bezpośrednio nie powiem? Hę???
I to jest szok bowiem wiadomo od zawsze, że w naszej rodzinie nic
nikomu wprost mówić nie wolno. A już szeczególnie wujo, nie we śnie,
tylko w życiu, nigdy nic wprost nie mówił. A że mówił bardzo mało,
więc wyobraźcie sobie ile to niewypowiedzenia w sobie musiał mnieć.
Więc mnie zatyka, i tłumaczę mętnie, że nie mogę, bo jak to?
przecież tradycja jest taka, że się utarło, tak się nie robi, to i
ja nie mogę, no bo jakże to tak i w ogóle. Budzę się.
--
wasza pierdo