Kilka dni temu, śnił mi się sen gdzie laundżowaliśmy z Pytonem na
kanapie, a tu przyszedł lew mały i na kanapę z nami wlazł. Pytun
tego lwa przygarnął, przemieścił tu i śmu bezceremonialnie, po czym
powiedział "eee, taki lew pazurzasty" i poszedł sobie. A ja ze lwem
zostałam, w jakimś takim gębootwartym olśnieniu i ze świadomością iż
jest to dla mnie zadanie - opieka nad tym lwem.
A wczoraj znowu mi się śniło, że gdzieś przebywam, i wchodzę do
pomieszczenia gdzie z kolei z entuzjazmem wielkim rzuca się na mnie
z siedem czy osiem kotów. W tym dwa koty bliźniaki zazdrosne o
siebie nawzajem wskakują mi na plecy, a jeden zaczyna w ekstazie
niewyobrażalnej mnie międlić łapami (też pazurzastymi). A reszta
kotów naokoło mnie się układa, mruczy, przeciąga, gzi i wywala
brzuchy. Na to wchodzi moja ciotka starsza,przynosi jeszcze jednego
rozprzestrzenionego ekstatycznie kocura i koło mnie kładzie. I
wynika z tego, że ja się tymi kotami mam zająć na czas przeprawy.
Więc idę na statek obwieszona kotami, koty mi siedzą na plecach,
ramionach i wiszą u rąk. Ale ja jakoś nie czuję ciężaru, tylko
ciepło. I o dziwo, niechęci to żadnej we mnie nie wywołuje.
Co ciekawe, w realnym życiu stronię od kotów. Za to, jak wiadomo,
koty nie stronią ode mnie. Lęgną się na maksa pod moim balkonem, psa
mi zapchlają, rzeczy na balkonie obsikują, pod balkonem też dokonują
żywota i śmierdzą, fotel z wikliny mi zajmują, na wywieszonym praniu
siadają, a jak wyjdę to nie uciekają jak na dzikie koty przystało
tylko syczą. Nie dziwne więc, że tutejsze koty ja darzę niechęcią
szczerą i intensywną.
--
wasza pierdo