Jeśli człowiek nie jest absolutnie zdeterminowany żeby z mięchem i z
korzeniami pewne sprawy z siebie wyrugować - to nie ma się co
wygłupiać.
Jeśli człowiek uważa, że nie jest źle, da się tak żyć, i nie ma po
co robić fal i się wychylać - to znaczy, że tak jest, i terapia mu
nie pomoże w niczym.
Jest to proces bolesny, dziko upierdliwy i diabelnie nieprzyjemny.
Ja natomiast do tego dojrzałam, co mi zajęło bardzo długo. I się
zdeterminowałam wściekle.
Terapeutka nie robi nic mi, ze mną, za mnie, ani dla mnie. Po prostu
mi pomaga zrobić coś samodzielnie, co bez niej byłoby wiele
trudniejsze i by zajęło więcej czasu.
Oczywiście, terapeuta musi być dobry, musi być rewelacyjny, bo
inaczej zamiast pomóc zaszkodzi, albo wpuści nas w jeszcze gorsze
maliny i uwikła w jakieś swoje własne popieprzone procesy.
U mnie jest warto, efekty widać od razu, dużo spraw się rusza i
przemieszcza, acz zaglądanie do tej otwartej dziury pełnej
bulgoczących fekaliów, którą będę musiała oczyścić sprawia że mi
ręce opadają trochę.
--
wasza pierdo