Musiałam wstać o 4 nad ranem (4godziny snu), żeby mnie o 4:45
zabrali na lotnisko. Chciałam umrzeć. Poleciałam na innego
Bergamuta, lot o szóstej rano, KJAP. Po czym z jednego spotkania na
drugie, obiad też zawodowy, ja tu z wycieńczenia umieram a ci mi
tutaj wytryskują entuzjazmem, FUJ.
Po czym zadzwoniłam na lokalne lotnisko czy bagaż doleciał, tak,
tak, oczywiście. No to tłumaczę jak krowie na miedzy, że jestem poza
Bergamutem, przylatuje ostatnim samolotem, i czy będę mogła ten
bagaż odebrać - taktaktak oczywiście. Aha. I jeszcze odmówili
przywiezienia do hotelu walizki, bo muszę osobiście odebrać i przez
cło z nią przejść.
No to taktaktak oczywiście, ostatni samolot z drugiego Bergamuta ma
godzinne opóźnienie, jak przylatuję to obsługa bagazowa z kluczem
przechowywalni już poszła, znów bez bagażu i jutro jeszcze muszę
zaiwaniać na lotnisko. Wszystko oczywiście na mój koszt i finansowo
i czasowo.
To jest NAJGORSZA delegacja służbowa jaką było mi dane, upał,
duchota, zgubiony bagaż, problemy zawodowe, terminy innych rzeczy
(jutro i w piątek zaiwaniam pisząc inne rzeczy z wywieszonym
ozorem), komary pocięły mnie na skraweczki, bolą mnie pięty of braku
moich własnych letnich butów, mam dość. :-(
No to się wyżaliłam. Dobranoc.
--
Wywabiam plamy na schody i piore po mordzie
Wysadzam skrzynki balkonowe