28.08.19, 12:33
Co do "fajnych sąsiadów" - o których pisała Jutuniato tak, fajnie ich mieć. I miłe układy w warzywniaku, i sklepiku. Też fajnie.

Ja myślałam, że mam. Dopóki się okazało, że sąsiedzi skrycie zazdroszczą mi El Ogródkoe i tarassoe, i nienawidzą faktu iż mam bluszczowo, drzewiato i z tej wściekłości piszą donosy, wypadają na balkony, niszczą zieleń, rzucają padlinę (niby dla "ptaszków"), grożą laniem roundupem z okien i inne takie. W życiu bym się nie spodziewała - że gliny będę musiała wzywać na własnych sąsiadów. Pewnie się niedługo odkształcę z dezgustu.

Jak tak jednak myślę wstecz to - w zasadzie, różnie to bywało. Siostrzeniec sąsiadki, z którym obecnie zawarłem ostrożne przymierze, to kryminalista - sądzę, że to on właśnie był "autorem" jednego jedynego włamu na chatę co tu miałam ok. 10 lat temu.

Inni, z którymi teraz mam ostrożny rozejm - kradli mi internet i kablówkę (lata temu, bo od lat nie mam ani kabla ani interneta w kablu).

Stąd ja - choć tego nie chciałam i jest nie w moim stylu, to - donoszę do adm, na adm donoszę do Urzędu Gminy, na drących się sąsiadów, pijaków i meneli na klatce, wołam Straż Miejską, na większe wybryki - gliny. Szumiące pokraki załatwiam własnym ciętym ozorem, jak jest pod ręką mój obecny przyjaciel, to wysyłam go, zza ramienia łypiąc złoślwie jak podła nadęta raszpla się wije i robi słodkie oczy (I kid you not), bo przyjaciel jest efektowny. A na ekstremalne wypadki trzymam pod ręką młotek bezodrzutowy "Dead blow" firmy Yato. Można nim też tłuc kotlety.
Ogólnie to czego sobie życzę to trafić w miejsce gdzie mogę mieć fajnych sąsiadów. Z którymi się mogę zakumplować, wymieniać sadzonkami, podlewać sobie nawzajem kwiaty jak kto wyjedzie, etc.

Serdecznie wszystkich zapraszam, do wpisów odnośnie sąsiedztwa, przemyśleń, doświadczeń in plus, in minus, co tam kto chce.

Prócz osobistych doświadczeń i przemyśleń prowadzonych intensywnie ostatnio - do stworzenia tego wątku zainspirowały mnie wpisy Kan i Pytona odnośnie "sąsiedztwa". Oraz książka Adriana Markowskiego "Sąsiady". Mam nadzieję, że forumostwo go znajdzie interesującym i przydatnym do wymiany myśli i doświadczeń oraz zaszczycony on/ona/to wątek zostanie Waszą uwagą :D
Edytor zaawansowany
  • stokrotna 28.08.19, 23:52
    ... więc na "moim" osiedlu i budynku jest tak, a po drugiej stronie ulicy, jakby inny kraj. Park nad jeziorkiem, kawiarenka, molo rowerki, dzisiaj się załapałam na kino pod chmurką. Film francusko polski, Zimna wojna. Niezła obsada. On i ona w Paryżu. Męczą się. Ona wraca. Męczy się. On wraca, wsadzają go do pierdla. Męczy się. Czarno biały film. Wytrzymałam pół godziny. Zmęczyłam się :)
  • ertes 30.08.19, 01:23
    Zupelnie nie rozumiem fascynacji tym filmem. Wedlug mnie beznadzieja.
  • ania_2000 29.08.19, 17:56
    Ja mam jednego sasiada - zakale.
    Osiedle na ktroym mieszkam ma duzo "rules" Rady Mieszkancow - jest wiele zakazow - i nakazow. Trawniki musza byc strzyzone, drzewa i krzaki z przodu domow odpowiednio przyciete - co akurat nie jest uciazliwe, bo robi to specjalna firma, za ktora zreszta wsyzscy placimy. W swoich ogrodach mozna rozne rzeczy budowac, ale zeby nie wygladaly za plot. Zreszta plan takich "udoskonalen" ma byc zatwierdzone przez rade mieszkancow. No i oczywiscie parking. Nie wolno parkowac na uliczkach samochodom ciezarowym, duzym autobusom, przyczepa RV (campingowe). No i ok. - ALE jest wyjatek - tow trucks, czyli traki holownicze jezeli maja kontrakt z miastem moga. A moj sasiad wlasnie ma takiego tow trucka.
    Ktorego parkuje przed moim domem, bo przed swoim nie ma miejsca. Do tego ma zwyczaj trzymania otwartego garazu, w ktorym jest taki smietnik ze moglby wystepowac w programie "hoarders"... Tak wiec z jednej strony przez okna domu widze olbrzymiego trucka - a z drugiej olbrzymi smietnik. No i moge sobie naskoczyc z nasza Rada Mieszkancow, ktora pilnuje wszystkich jak sepy, zeby chowali kubly na smieci, sprzatali listki z chodnikow - i bron boze nie sadzili nic nie zaakceptowanego przed domem - a taki Redneck moze wywalic swoj junk i nic mu nie zrobia.
    A najlepsze do tego, ze to on ten dom wynajmuje - nie jest wlascicielem, wiec moze sie kiedys wybrowadzi. Ale do tego czasu musze zaslaniac okna. wrrr.
    Wszycy inni sasiedzi bardzo przyjemni i udani:) A mamy bardzo international towarzystwo - sporo Hindusow, Azjatow i Afrykanczykow.
  • ertes 29.08.19, 18:24
    Nie jestem w stanie scierpic nazistwskich associations. Mielismy taka w Oceanside. Makabra. Kiedys zapomnialem schowac samochod do garazu i juz nastepnego ranka go nie bylo: $300.
    Tu gdzie teraz mieszkamy jest pelny relaks. Nie ma balaganu, dbaja o zielen i czystosc. Mamy super baseny, gym itp. Placimy calkiem rozsadnie. Sadzimy co chcemy chociaz jak nie zauwazylem ze mi sie rozpada taki azurowy daszek nad wejsciem to dostalem list zeby naprawic.
    Sasiadow mam super: Ekwadorczyk z lewej i Pers z lewej. Z tylu nie mam nikogo bo jestem na szczycie gorki :)
  • ania_2000 29.08.19, 19:01
    hehe - znajomy za nieschowaniem kubla na smieci w przeciagu 48 h musial placic 500$ bo byl recydywa - zdazylo mu sie to 3 raz w roku. Pierwszy raz mu podarowali, drugi raz dostal list z ostrzezeniem - a za trzeci byl mandat:))

    teraz ma schize:)))
  • ertes 29.08.19, 19:10
    o rany! tragedia.
    Ja wlasnie sie tego boje w zwiazku ze zamianu domu a jednoczesnie miejsca. Jak w nowym miejscu bedzie taki zamordyzm to sie zalamie.
  • roseanne 30.08.19, 00:41
    Mialam kiedys podobnie, fdy mieszkalam w NJ.
    Association bylo straszne, pilnowali koszenia trawy, kolory kwiatkow na klombach. Ustalali, z decyzja wsteczna, ze nie moze byc konstrukcji i kazali sasiadce, matce 3 rozebrac hustaeki na jej skrawku, ktore byly zaoprobowane wczesniej i staly kilka lat
    Mi proponowali smycz na kote, bo im na trawnniku siedziala i draznila puesiuncia.

    Piwrwsze mieszkanie w Mtl, odnajmowane od wietnamczykow. Rodzina 3 pokoleniowa pod nami. Starsza pani ani slowa po ang lub francusku, ale gestami potrafila przekazac duzo. Dali nawet pozwolenie na kwiatki na bavkyardzie, ale bylo tyle robali i slimoli, ze wszystko znikalo. Najmlodsze pokolenie lubilo imprezowac... do momentu, gdy w okolicy nie pokazal sie samochod ojca.

    Teraz domek z 4 mieszkaniami. Wspolnota, czyli condo. Podobno by zostac zaakceptowanym przez kebekanskiego sasiada potrzeba 3 lat. Jestem tu 8.
    Ci obok, wprowadzili sie rok po nas, rodzina z wielce przyjacielskiem pieskiem, ktory mi wchodzil przez balkon i wyjadal, co bylo w misce koty. Teraz juz senior i mniej ruchliwy. Dwojka dzieci. Naplywowi.

    Nad, jedna pani, rodowita tutejsza, lubi pohulac. Znalazlysmy sposob, z corka na jej halasowanie - wlaczamy wywietrznik w lazience na dluzrj, jej przeszkadza i sie wycisza, my tez. Trwalo ponad 2, by zaczela normalnie rozmawiac, nie sie tylko szarogesic.

    Obok nad, rodowici, dwie male dziewczynki. Ona mila, on gbur. Nie odpowiadal na pozdrowienia, gdy byl sam. Do czasu, gdy starsza corcia nie zaczela paplac. 3 latka. Moze mu glupio? Zaczal sie odzywac. Domagal sie miejsca na jego rowery na backjardzie - nalezy do mieszkancow dolnego poziomu, gora ma duze balkony. Potem mi przestawial pojemniki na smieci i recycling z przodu, tak, ze prawie nie ma zielonego. Rezultat, ze sie robi bloto i mu rower na zime zamarza, o!
    Ale ani roundupow ani innych takich nie mam
    W dalszym sasiedztwie jest kilka melin, dealerzy, strzelaniny, wyklinanie w stodku nocy i czeste wizyty policji. - duzo mieszkan do wynajecia, gdzie wlasciciel nigdy nie monitoruje ...

    --
    co bylo to bylo
    co moze byc jest
    a bedzie to co bedzie
  • kan_z_oz 30.08.19, 02:49
    Ulicowe perypetie skrzynkowo inne opisałam. Oprócz tego to mam tylko jednego sąsiada z jednego boku. Para z trójką dzieci z którą nie mam problemów. Mogę pożyczyć brakujące jajko, makę, poprosić o odebranie poczty lub wystawienie kubła.

    Urząd tutaj praktycznie do niczego się nie wtrąca oprócz budowy domu. Zaczyna się pojawiać gdy ludzie składają skargi. Zaczął tutaj bywać regularnie od awantury na końcu ulicy gdzie komuś przeszkała wielkość nowo budowanego domu.

    Następnie mieszkał tutaj chwilowo jakis świrnięty facet, który na koniec pobytu sprowadził sobie największy morski kontener i ustawił go na poboczu, doprowadzając kierowców śmieciarki do szału.
    Wyprowadził się nagle i szukali go kolektorzy długów, policja, i ktoś jeszcze.

    Po czym nastał skrzynkowiec z którym osobiście nie mam problemów, tylko z jego kotem.



    --
    Kan_z_oz
  • stokrotna 30.08.19, 15:14
    No właśnie, zajmuje czas aby wrosnąć w społeczność i się dopasować.

    Nie cierpię modnych w Warszawie faszystowskich, grodzonych osiedli. To urbanistyczny fenomen specyficznie lokalny - takie zamknięte osiedla w centrum. Najśmieszniejsza historia ze snobistycznym osiedlem Marina na Mokotowie. Kupowano mieszkania po bajońskich sumach po to aby się odgrodzić od "buractwa". No i co się okazało ??? Że najgorsze buraki są w środku (napływowe słoiki na dorobku). A na dodatek infrastruktura szucherna, i wykonastwo do dupy. Osiedle obecnie się sypie, na dodatek zakaraluszone się stało...

    Ja mam dościa na mój post-komuszy ADM, gdzie wszystko idzie za łapówę, remonty instalacji gazowej, albo wod-kan, oznajmiane w ostatniej chwili, bo czyjś kuzyn czy szwagier, właściciel firmy która wykonuje remont - potrzebuje dorobić.

    Ale lubię okolicę, lubię fakt, że stare osiedla PRL mają dużo miejsca, jeden budynek daleko od drugiego, no i nie mieszkają tu typy z nożem na gardle z powodu bycia w ciężkim kredycie, dwójką lanserskich dzieci w prywatnch szkołach i parciem na dotarcie, czyli osiągnięcie sukcesu za wszelką cenę. Tutaj jest bardziej luźno, no ale... kombinatorka, "somsiady" ort. zam. autoramentu różnego i takie tam shady/ciemne typy spod mrocznej gwiazdy...

    Przeprowadzić się chcę, bo się znudziłam i dościa mam, ale trochę niewygodnie w majtkach bo stary syf zawsze lepszy niż niewiadoma.
  • maria421 30.08.19, 16:15
    Wiedzialam ze kiedys juz na temat sasiadow tu pisalismy, ale nie myslalam ze to bylo az tak dawno temu:

    forum.gazeta.pl/forum/w,14420,86310015,86310015,Batalie_sasiedzkie.html#p86310564
  • xurek 30.08.19, 21:10
    Jesses, jakies niki o ktorych juz zupelnie zapomnialam :). Kielbie kojarze, Lucje tez, ale skad byla GoGa?

    --
    czasem myslisz ze to nie On, a to wlasnie Kameleon, the wonderful bad boy!
  • xurek 30.08.19, 21:29
    My w poprzednim mieszkaniu mielismy na poczatku bardzo fajnych sasiadow (6 rodzin w domu, wszystko wlasnosciowe mieszkania, wszyscy oprocz nas Szwajcarzy). Wspolne grile, wspolne zabawy i wzajemne pilnowanie dzieci. Do czasu az kupilismy nowy samochod, ktory im sie chyba wydawal za dobry, wywalilismy kostke chodnikowa z tarasu i wylozylismy go trawertynem, ktory wydawal im sie za drogi jak na ilosc kasy, ktora ich zdaniem powinnismy dysponowac, zrobilismy drugi taras, na ktory ich zdaniem w ogole nie powinnismy miec kasy oraz wywalili zywoplot z ligustra zastepujac go zielonymi w zimie krzakami, na ktore rowniez nie powinno nas bylo byc stac.

    No i zaczely sie schody: z jednej strony uszczypliwe, niby zartobliwe uwagopytania, czy S handluje narkotykami albo nielegalna ropa, z drugiej szykany, ze zywoplot wyrosl 10 cm za daleko na dzialkie sasiada, ze jest wyzszy niz dozwolone, ze trawe podcinamy za rzadko a taka wysoka przeszkadza wrazeniom estetycznym sasiadow z wyzszych pieter itd.

    Do kompletnej eskalacji doszolo po wyremontowaniu przez nas lazienki i zastapieniu kafelek kamieniem oraz ogrodzeniu ogrodu kutym zelaznym plotem oraz po tym jak przeczytali w jakichs ogloszeniach, za ile chcemy sprzedac nasze mieszanie. Najpierw byly nibyobawy, czy aby nie zachwialismy struktura 4-pietrowego budynku poprzez skuwanie kafelek ze scian, potem wezwanie do rozwalenia plotu, bo nie poprosilismy ich o zgode, zakonczone przed sadem. Sprawe wygralismy a milym sasiadom na dowidzenia wyslalam list w ktorym napisalam, co mysle o prawdziwych powodach ich zachowania i o ich charakterze. Oni na dowidzenia zrobili na nas donos do urzedu skarbowego wyrazajac obawe, czy aby na pewno uiscilismy podatek od zysku ze sprzedania nieruchomosci. Na szczescie do ostatecznej eskalacji doszlo wtedy, gdy juz nie mieszkalismy a mieszkanie stalo puste do sprzedazy, wiec nie musialam tego na codzien znosic.

    Czego sie nauczylam? A) dystans musi byc zachowany, oczekiwan nalezy nie miec zadnych i B) Szwajcarowi trudno byc dobrym sasiadem dla cudzoziemca, szczegolnie ciemnoskorego, ktory jego zdaniem ma lepsza sytuacje materialna niz on sam, bo kloci sie to niejako z naturalnym porzadkiem rzeczy.

    Teraz mamy za hotelem bardzo fajnych sasiadow. On urodzony tutaj 70-latek, ktory spedzil 20 lat podrozujac po swiecie i reszte w naszej wsi, ona z miasteczka obok, 20 lat od niego mlodsza, oboje "atomowi inzynierowie". Tym razem jestem pewna, ze uklady z nimi pozostania jakie sa bo A) H i jego zona sa na tyle lepiej sytuowani materialnie od nas, ze z cala pewnoscia nie uda nam sie tego przeskoczyc, co nam z kolei zupelnie nie przeszkadza i B) H. wali «prawda» prosto z mostu, ja rowniez. Stosunek zaczal sie od wielkiego chlodnego dystansu i zmniejszyl po 5 latach do wzajemniepomocnej przyjaznej koegzystencji opartej na wzajemnym szacunku, uznaniu dla postawy i osiagniec oraz latwosci w konwersacji. H duzo nam pomaga w sprawach przebudowy, cena, ktora za to placimy to stosowanie sie do jego rad czesciej, niz sami z siebie bysmy to zrobili. My czesciej zapraszamy ich na kolacje, badz przywozimy male prezenty z naszych podrozy.

    Sasiedzi z drugiej strony to byli zasiedziali tutaj Wlosi, bardzo fajni ludzie, zupelnie na luzie, tacy «kumple do lampki wina», na ktorych jednak nie mozna bylo polegac, bo byli nieslowni i mieli tentencje do konfabulacji. Ale imprezy z nimi, na ktore nas czesto spontanicznie zapraszali, byly przednie.
    Niestety sprzedali dom i wyprowadzili sie do sasiedniej wsi, ja jej "ojcowizne". Kupila rozwodzaca sie architekta dla siebie i swoich dzieci, ktora jest w komisji budowlanej i w poprzednich etapach zalaza nam za skore i ktorej wiekszosc wsi, z H. na czele nie cierpi. Na poczatku olewala nas totalnie, nad czym S niesamowicie cierpial a ja nawet nie zauwazylam. Ostatnio zmienila taktyke, zaczyna pogaduszki z S jak cos robi przed domem. Zobaczymy, jak sie to z czasem rozwinie.

    Mamy jeszcze sasiadke "przez droge", kobite swirnieta do tego stopnia, ze wszyscy schodza jej z drogi i nikt sie nia nie przejmuje. Czasem wrzeszczy tak na swoje corki, ze w sasiedniej wsi slychac, czasem nie odpowiada na przywitanie, czasem zas jest bardzo rozmowna i wylewna, nigdy nie wiadomo co akurat jej przyjdzie do glowy. Ma duzy ogrod, w ktorym absolutnie nic nie robi, trawsko rosnie metrowe. Jak juz przekroczy wysokosc sawanny w Afryce to H. sie wkurza, idzie jej nawtykac, ona wtedy dzwoni do swojego znajomego rolinka, ten przyprowadza dwie krowy i beczkowoz z woda, krowy zalatwiaja sie z ogrodem w mnw. tydzien. Tak dzieje sie mnw. dwa razy w roku.

    Z sasiadem z tylu za ogrodem mielismy na samym poczaktu wielkie sciecie, o ktorym nie chce mi sie pisac i ktore skonczylo sie wielkim wstydem dla niego. Od tego czasu usiluje "okupic wine" podrzucajac nam warzywa i owoce ze swojego ogrodu, zgadzajac sie na wszystkie nasze pomysly budowlane i zapraszajac nas co roku na urodziny. Utrzymujemy poprawno-mily dystans. Jezeli chodzi o ogrod to on akurat jest zupelnie na luzie: nasze rosliny rosna "przez plot", jego rosliny rosna "przez plot", jak komus przeszkadza, to se wycina ze swojej strony plota i jest git.

    Jak slysze te horrory opisywane przez Anie i Ertesa to widze, ze Szwajcaria nie jest na topie sasiedzkiej upierdliwosci i pielegnacji otoczenia co do joty i pod linijke. To jest naprawde horror.

    --
    czasem myslisz ze to nie On, a to wlasnie Kameleon, the wonderful bad boy!
  • stokrotna 30.08.19, 21:53
    Ha, dzięki za podrzutkę linka do starego wątku Marysia. No tak, widzę, że problemy które teraz mam z sąsiadami z góry to już trwają od wtedy. Na szczęście ten dziadyga co wrzeszczał, to wykitował, drugi jest na ostatnich nogach, zostaje tylko sąsiadka - pokraka.

    Tak czy owak, do horroru temu wszystkiemu jest daleko, poza tym daleko też teraz przyjemniej niż wtedy. Ja to podobna jestem to xurkowego świra. Co pielęgnuję, od kiedy zauważyłam, iż metoda "na świra" działa. Na przywitania nie odpowiadam często, bo jestem zaabsorbowana swymi myślami, plus słabowidząca, po gębach - nie poznaję. Pogadać sobie lubię, więc czasem sobie pogadam. Drę się czasem przez telefon na rodzciela, albo czasem na przyjaciela, albo czasem ot tak sobie, dla dodania animuszu lub wigoru "zrzędzę" i tłukę garami nad zlewem.

    Sądzę, że opisany fenomen, że ludzie Cię akceptują dopóki nie przekroczysz jakichś norm odnośnie tego co im się wydaje, że się Tobie należy. Myślałam, że to tylko w PL, lepsze auto niż sąsiedzi uważają że ci przysługuje, czy coś tam innego - fajne rośliny w ogrodzie, czy cośtam - "w oczy kole". No i się zaczyna przysrywanie. Nie tylko o sąsiedztwo chodzi, ale jako fenomen ogólny. Znajoma kiedyś pojechała na "fat farm" i znacznie schudła. Hm, no fajnie, ale czy potrzebowała słyszeć komentarze p.t. "o mój boże - coś NIEBYWAŁEGO", "nie do poznania się zmieniłaś" - średni komplement, jeśli w ogóle, bo oznaczało iż uprzednia forma była jakąs makabrą, a nie była.

    Metodę sobie jakąś należy wypracować, dystans jest na początku najlepszy, a zbyt szybkie spoufalanie nigdy nie robi dobrze.
  • jutka1 30.08.19, 22:18
    Na wsi dolnośląskiej. Sporo lat zajęło, żeby od zdawkowego "dzień dobry" (o ile) przejść do ["pogoda"], potem do {"Co słychać?"].

    Mam szczęście nie mieć żadnych zatargów. Miło i przyjemnie.

    --
    Wywabiam plamy na schody i piore po mordzie
    Wysadzam skrzynki balkonowe
    *
  • kan_z_oz 31.08.19, 03:04
    Utzrymujemy kontakt z sąsiadem S, który jest na ulicy. Bardzo miła, kulturalna starsza od nas para. Już na emeryturze. Mieszkają między Brisbane i naszą wsią. Coraz częściej tutaj. Spotykamy sie może raz na rok na herbatke i ciateczka. Na nowy rok zjeżdża się cała ich rodzina i S gra na kobzie w ogrodzie ku uciesze całej okolicy.

    Utrzymujemy kontakt z młoda parą, która coś kleci za płotem bez papierów z urzędu. Właśnie muszę im powiedzieć, że urząd podjechał i bardzo chciał za ten płot wejść.

    Spotykamy sie też z D, który miał kłótnie zazdrości z domem obok za wydudowanie milionowego domu, architektonicznie zaprojekowanej super nowoczesnej szkło-drewno i stal konstrukcji. Ostatnio rzadko bo pieleszą się rodzinnie z wnuczkami też w Brisbane.
    Dałam tylko S znać, że ta sąsiadka, która tak narzekała wywaliła cos ohydnego z przodu i pewnie bez zezwolenia. Zostawiłam z nim bo mnie nie obchodzi. Nie mogłam się tylko nadziwić dlaczego ktoś wydał kupę forsy aby pogorszyć tak straszliwie wygląd domu w szczególności z przodu. Dowiedziałam się tylko, że kobita ma ostatnie stadium raka wiec D pewnie nic nie będzie robił, bo dom pewnie pójdzie wkrótce na sprzedaż.
    Samo życie.


    Z resztą wymieniamy grzecznościowe dzień dobry lub co słychać.


    --
    Kan_z_oz
  • stokrotna 31.08.19, 12:32
    No właśnie, te kolejne warstwy wiedzy o sąsiadach, wzajemnych zaległości, przyległości i naleciałości - czasem ciąży jak garb.

    I powstaje ochota aby się odciąć od tego i zacząć na świeżo. Gdzie indziej, gdzie trawa zielona, a gęby inne.

    Kiedyś się często przenosiłam. To ułatwiało pozbycie nadmiaru. Gratów, spiczniałości, naleciałości, ale także człowiek się robił bardziej neutralnie przysiadalny. Aby się łatwo i bezboleśnie w miarę przypasować, bez zapuszczania zbędnych nibynóżek i przydatków. Bo wiedział, że za długo i tak nie zostanie, więc nie warto.

    No i to co Ertes gdzieś napisał, nie wiem czy tutaj. Człowiek chce być zarówno odizolowany w swojej bezpiecznej przestrzeni ale też nie za daleko od centrum zdarzeń. To mi w mej obecnej dziurze odpowiada. Jestem blisko centrum, ale wystarczająco daleko, żeby się móc wyciszyć. I sąsiedzi, aby byli w miarę podobni jak ja, nie za wścibscy, nie za bardzo rywalizacyjni, nie za hałaśliwi, mili ale nie spoufalający się.
  • maria421 31.08.19, 14:39
    Najgorszy typ sasiada jaki sobie potrafie wyobrazic to samozwanczy nadzorca innych sasiadow, sprawdzajacy czy im trawa nie urosla o pol centymetra za wysoko, typ majacy nienasycona zadze zdobywania informacji na temat innych czyli typ asocjalny upierdliwiec.

    Na szczescie nie mam takich sasiadow. Sasiedzi zza muru sa balaganiarze i flejtuchy, ale poza tym nikomu nie przeszkadzaja.
    Z jedna rodzina mam wspaniale stosunki, maja na stale klucz do mojego domu i opiekuja sie nim zawsze podczas moich wyjazdow. Od czasu do czasu zapraszamy sie na kawe z plotkami.

    Inni sasiedzi ogolnie w porzadku, stosunki na "dzien dobry, ladna /brzydka pogoda" itp.
  • roseanne 31.08.19, 15:50
    ta moja na gorze byla taka, na poczatku, jak sie zaczely wyprowadzac osoby, ktore sie wprowadzily do budynku, swiezo wtedy wybudowanego

    ale z czasem zrobila sie mniej formalna i bardziej towarzyska, tudziez zaczela akceptowac fakt, ze to wspolnota, a nie jej krolestwo i pewne jej decyzja nie sa dla reszty ok

    --
    co bylo to bylo
    co moze byc jest
    a bedzie to co bedzie
  • kan_z_oz 01.09.19, 03:21
    Na sydnejskim osiedlu można było wyjąć siatkę w oknie i wejść do domu oknem frontowym od ulicy, gdzie nikt nawet się nie zapytał o nic.

    Tutaj ludzie się interesują i dobrze. Bardzo to wygodne przy wyjazdach. S i D dali nam numery telefonu i poprosili aby spogladać na domy gdy ich nie ma. Co robimy.

    U S włącza się czasem alarm w nocy, który wyje na całą ulicę. Dzwonimy do S albo S dzwoni bo bliżej zejść sprawdzić niż firmie z wybrzeża przyjechać za godzinę. Alarm włączają regularnie pająki oraz geko.


    --
    Kan_z_oz
  • roseanne 01.09.19, 05:29
    Nie no, co innego jest dogladanie posiadlosci podczas zapowiedzianej nieobecnosci gospodarza, a co innygo wscibskie dopytywanie sie

    Sama raz zadzwonilam na policje, jak wiedzialam, ze sasiadow nie ma, a alarm sie wlaczal co chwile. To bylo po serii kradziezy w okolicy...
    Nie powiedzieli, ze ktos bedzie wizytowal. Ja mialam klucze, podlewalam roslinki i wyjmowalam poczte

    --
    co bylo to bylo
    co moze byc jest
    a bedzie to co bedzie
  • kan_z_oz 01.09.19, 07:20
    Na ulicy jest kilku właścicieli, którzy mają też domy w innych miejscach. Nie są na wakacjach czy zapowiedzianych wyjazdach. Mogą wpadać na łykendy lub nie. Mogą się zjawić kiedy się zapowiedzieli lub nie.
    Trochę się to miesza ze wściubianiem nosa bo człowiek patrzy czy kręci sie właściciel, gdzie normalnie nie zwraca się uwagi.

    Do tego jest trójka właścicieli, którzy podróżują bardzo obficie i często miesiącami.
    Na stałe oprócz nas jest tylko skrzynkowiec i dwóch innych sąsiadów.


    --
    Kan_z_oz
  • stokrotna 01.09.19, 11:12
    ... w Afryce starego przyjaciel Armand (pracujący w firmie chroniącym statki przed napadami band), na czas swoich wyjazdów miał włączony alarm. Firma kasuje za każdy "dojazd" 200 R. Ustawili parametry czujników, tak że alarm się włączał jak wiatr zawiał. W końcu Armand poprosił starego, aby przyjeżdżał i wyłączał alarm. No i się skończyły niebotyczne rachunki za "dojazdy". Jak stary raz i drugi zjechał firmę, bo ewidentnie w środku nic nie było.

    Tak, sąsiedzi, jak mają oko - dobrze jest. Jak się wścibsko wtrącają, lub co gorsza, usiłują przyjąć rolę samozwańczego kontrolera i nadzorcy - to gorzej. Mimo to, sądzę, że takie upierdliwe śmiecąco-demolujące zakały są gorsze. Co innego wścibski namolnik, a co innego demolujący typ co może też bywać agresywny. Jedynie raz na takiego prawdziwego wariata trafiliśmy - dawno temu, w Ameryce. Nie polecam.

  • kan_z_oz 05.09.19, 00:01
    Przyszedł wczoraj spytać czy złożyliśmy skargę do urzędu. Ależ oczywiście, że TAK, bo przecież rozmowy i prośby nic nie robią. Jeśli zdecydujemy mieć kota to sobie go kupimy.

    W takim razie wszystko jest w porządku bo on tylko sprawdzał czy urząd sobie czegoś nie wymyślił. Urząd się na niego uwziął i go molestuje stosujac jakiś mobing.
    Następny mentalny - schizofrenia lub paranaja. Całe szczęście, że nie ma dostępu do broni bo wytrzelałby ten urząd.
    Poza tym widzę, że mu się zupełnie pogorszyło od ostatniej rozmowy. Obłęd w oczach.
    Właśnie mam wariata -qva.



    --
    Kan_z_oz
  • jutka1 05.09.19, 00:06
    KJAP, Kanie. Współczuję. On wynajmuje, czy właścicielem jest?

    Dzięki niebiosom za moich najbliższych sąsiadów. Ejment i odpukać, coby się nikomu nie pogorszyło.

    --
    Wywabiam plamy na schody i piore po mordzie
    Wysadzam skrzynki balkonowe
    *
  • stokrotna 05.09.19, 03:29
    Wariat to plaga. Dosypujcie mu do wody ksanaks? lit? Kanowy chyba w branży (jest/był) - może mu zostały jakie znajome dochtory. Niech doradzą. W razie czego, młotek bezodrzutowy.

    A serio, taki prawdziwy psychol, agresywny, to najgorszy problem. Pisałam kiedyś. Współczuwam Kanie.

    Aaaaabyś miała rację Jutunia. Masz szczęście do normalnych ludzi wokół, to skarb.
  • kan_z_oz 05.09.19, 05:01
    Na dzień dzisiejszy jest spokojny ale widać jak coś mu we łbie tyka. Nie będe nic więcej robić z urzędem, bo kazali mi założyc pułapke na kota i go złapać. Jak złapię kota to go wywiozę 500km i oddam ludziom, którzy się nim zajmą. Problem tylko żeby tego kota złapać...haha

    --
    Kan_z_oz
  • maria421 05.09.19, 09:05
    Kan, cos pewnie przeoczylam- Ty skarzysz do urzedu ze Ci kot sasiada do ogrodu wchodzi???

    Do mojego ogrodka tez czasem jakis kot zajrzy, ostatnio przychodzi, nie wiem skad, sliczny czarny kotek, ale nigdy mi do glowy nie przyszlo zeby kota czy jego wlasciciela do urzedu skarzyc.
  • kan_z_oz 05.09.19, 10:59
    Przeoczyłaś. W Europie nie ma sensu skarzyć bo każdy ma kota albo psa a dziczyzna tylko w lasach. W miejscu gdzie mieszkam ma.

    Kot nie wchodzi tylko poluje pod karmnikiem oraz przy naczyniu z wodą na środku mojej posesji. Sprzątanie piór moich 'pets' nie jest przyjemne. Jest też nielegalne tutaj takie puszczanie kotka luzem w okolicy gdzie są parki narodowe, papugi, gołębie i nie skalne. Sa też sowy, posumy, jaszczurki, żaby - z których część ma status zagrożony i wszystko bez wyjątku są pod ścisłą ochroną.

    W sydnejskim ogródku miałam psa, który gonił wszystko i każdy miał kota lub psa, i nikt nie skarzył dopóki pies nie walił regularnej kupy na czyjejś posesji której właściciel nie miał zamiaru sprzątnąć.

    To nie jest 'kotek' tylko maszyna po roku wyszkolona, która niszczy każdej nocy coś dla zabawy. Wypuszczany jest głównie na noc czyli wtedy gdy jest najwięcej zwierząt oraz ptaków przed zachodem i przy wschodzie słońca.

    Skrzynkowiec doskonale wie bo zawodowo buduje ogrody. Ma tylko wszystkich w dupie, bo podobno jego tatuś ma fure$$. Jest wiec unikalny i wyłączony spod prawa.
    Zastawiłam pułapkę własnoręcznie i qva jak złapie to tego kota już nigdy go nie odnajdzie. Po roku rozmów mam dość.


    --
    Kan_z_oz
  • stokrotna 05.09.19, 11:59
    No właśnie, wszystko zależy od kontekstu. Ciągle natykam się na taki "kwadrat" w głowach ludzi, którzy siedząc całe życie w Europie lub Polsce - nie mogą sobie wyobrazić, jest gdzieś jest inaczej niż tu :(

    Zdziczałe zwierzę "domowe" to potrafi być najokropniejsza plaga. Wszkole podstawowej tego uczyli, na przykładzie Australii właśnie - o królikach i psach dingo :((

    Apropos, może odrobinę nie na temat, ale znajoma fejsbukowa, która mieszka w Nowym Orleanie, napisała mi, iż nielegalnym jest tam posiadanie niewykastrowanego psa/suki lub kota - o ile się nie jest hodowcą. Co o tym sądzicie?

  • maria421 05.09.19, 15:09
    Dzieki za wyjasnienia Kan, teraz wiem ze to nie kotek tylko kocur.
  • kan_z_oz 06.09.19, 02:55
    Stówka, ogólnie to nie jestem zwolenniczką policyjnego systemu urzędowego. U mnie jest przyjęte, że ludzie hodujacy koty i psy zajmujący się tym zawodowo oczywiście ich nie kastrują. Całej reszcie rekomenduję się kastracje. Nie jest to nakaz tylko zdrowy rozsądek.

    Cała moja okolica ma problem z dzikimi psami (nie dingo) oraz kotami. Kilka tygodni temu przejechałam jednego, który w nocy siedział na środku drogi i jadł padlinę. Zerwałam całą listwę z przodu samochodu. Był tak wielki, że myślałam, że to młody kangur.

    Niestety zdrowy rozsądek zaczyna byc towarem bardzo deficytowym. Tam gdzie większość właścicieli brała odpowiedzialność za wyszkolenie własnego psa czy kota pojawia się dziura i oczekuje się, żeby wszyscy wokół sie tym zajęli.

    Rady; mogę sobie posadzić w ogródku rośliny, których koty nie lubią. Mogę sobie kupić pistolet wodny i pryskać kota wodą gdy się znajdzie na mojej posesji. Mogę go gonić za każdym razem gdy zaczyna czaić się przed 6-tą rano przy karmniku w ogrodzie. Moge sobie założyc siatkę wokół poręczy tarasu, żeby kot nie mógł przechodzic między szczeblami...itd

    Tylko zero w temacie co właściciel powinnien robić. W takich przypadkach działają niestety tylko urzędowe kary i policyjne nakazy.
    Znam kobietę, która nauczyła kota robić do ubikacji. Prosiłam aby go tylko nie uczyła jak spuszczać wodę...haha


    --
    Kan_z_oz
  • stokrotna 06.09.19, 13:49
    No właśnie, to co jest właściwe na terenie miejskim lub podmiejskim ma się nijak do rzeczywistości na wsi (w Polsce do niedawna normą było trzymanie na łańcuchu psa, i spuszczanie go w nocy, aby się "wykarmił" - te łączące się w stada i nocą niszczące populacje dzikich zwierząt, to była okropna plaga).

    Inną jeszcze rzeczą są inne kontynenty i inne klimaty. Gdzie zdziczałe zwierzęta domowe stanowią realne zagrożenie, bo rzucają się na inne zwierzęta domowe oraz są nosicielem chorób. W Afryce na parterze działa suka domowa Gucia - odstrasza psy, kotów raczej tu nikt nie trzyma, nie są modne, małpy, i takie tam. Do małp także się strzela kulkami.

    Ja odstraszałam dzikie kocury, które przychodziły i znaczyły mi stojące na tarasie meble oraz ogródek, tak że tarasso i ogródko cuchnęły okrutnie i były nie do użytku - miksturą z kiszonego czosnku, za pomocą spryskiwacza ogrodowego. Nie robiło krzywdy kotu, no i hej - działało :) Smród był przeokropny, a mikstura miała być przeciw mszycom, i do tego była kompletnie nieskuteczna.

    Obecnie koty w skutek dość intensywnych działań różnych organizacji (wolontariusze wyłapywali i kastrowali koty, bo "odłów" dzikich kotów jest nielegalny tutaj) - koty prawie zniknęły. Plus, straż miejska ma obowiązek zająć się np. dzikimi kociakami które się namnożą gdzieś w terenie, lokalny wet musi udzielić pomocy poszkodowanym zwierzętom, a truchła musi sprzątać sanepid. Oczywiście lokalne "służby" starają się migać od tych obowiązków jak się da, ale jak się jest stanowczym i zna się prawo, to działają.

    Co do kastrowania - ja także sądzę, iż jest to sprawa zdroworozsądkowo dowolna. Bardziej problemem są rasy bojowych psów, trzymane w blokach i na przykład wyprowadza je chuda nastolatka. Psa takiego ani nie powstrzyma, ani za niego nie odpowiada. Teraz coraz mniej jest takich psów, raczej ludzkość steruje w kierunku malutkich piesków, ale dogo argentino, amstaffy w bloku - to się nadal zdarza. Rozważa się lokalnie wprowadzenie licencji na posiadanie takiego psa - tak jak na posiadanie broni :) Z testami psychologicznymi dla potencjalnych właścicieli. Nie wiem czy jestem za, ale coś w tym jest...



Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka