Jak przyjechałem do Usy ileś tam epok temu to byłem negatywnie nastawiony do
donutów. Jak zresztą każdy nowy imigrant woli wszystko co stare i swojskie.
Jednak z czasem człowiek się oswaja i dotyczy się to również donutów.
I teraz powiem bardzo otwarcie. Uwielbiam donuty. Ale nie te z nadzieniem, te są
zbyt słodkie, ale te zwykłe, bez nadzienia o nazwie, te "glazed" (nie wiem jak
to po polsku). Są one cudowne. Chyba popełnię herezję oraz profanację, ale
powiem że wolę je od rodzimych swojskich pączków. Zwłaszcza te z Krispy Kreme.
Po pierwsze to te glazed donuts są o wiele lżejsze. Są jak puch. Składają się
one praktycznie z powietrza. Bo takie powinny być i pączki!
Pamiętam za PRL koło SGPiS-u była cukierenka gdzie sprzedawano właśnie takie
pączki. Samo powietrze i puch. Nawet u Bliklego pączki były o klasę gorsze.
Po latach jak pojechałem do RP to miałem wiele nadziei. Między innymi na pączki.
Zajadałem więc pączki wszędzie gdzie się pojawiłem - nie przeszedlem obojętnie
obok żadnej kawiarni. I co? Ogromne rozczarowanie! Pączki były strasznie
ciężkie. Ciasto było gęste, tłuszcz z nich wręcz ociekał, lukier aż się
rozlewał. To nie był ten puch jakiego się spodziewałem. Jak pączki są zrobione z
puchu, to można ich zjeść dziesięć i dalej jest ok. Te pączki były tak ciężkie
że już po jednym człowiek miał dosyć.
Czy ludzie nie mogą zrozumieć że pączki to nie tłuszcz i gęstość, ale puch i
powietrze. No i ten głęboki winno-różany smak!
Jak się położy dobrego pączka na wadze, to waga nie powinna nawet drgnąć.
Tymczasem te pączki jakie kupowałem ostatnio w Polsce to ważą chyba około kilograma!
Ale moje rozczarowanie nie ograniczyło się tylko do pączków. Generalnie byłem
rozczarowany poziomem gastronomii w Polsce. Jechałem do RP z nadzieją na same
uczty najbardziej wysublimowanej polskiej kuchni, a tymczasem nawet w
najlepszych restauracjach jedzenie było co najwyżej takie samo jakie my robimy w
domu na codzień.
Bylo bezsmakowe, często mdłe, jakieś takie niedorobione. Polskie restauracje w
USA są o wiele klas wyżej. Nie na darmo najlepsza polska kiełbasa nie jest w
Polsce, ale na Greenpoincie w Nowym Yorku. A najlepsze polskie restaruacje są
nie w Warszawie, ale w Chicago.
Najlepsze doświadczenie z Warszawy to było z restauracyjki naprzeciwko Domu
Partii, zaraz przy Empiku. Jest tam pierogarnia której nazwy nie pamiętam. Chyba
ma "zapiecek" w nazwie. Są tam dwa piętra - parter i piwnica. Tam zabrałem
dzieci (dorosłe) na pierogi z miodem pitnym. Tego rzeczywiście w USA nie ma. I
to było magiczne!
Zastanawiam się dlaczego tak jest że to w emigracyjnych restauracjach jest
najlepsza polska kuchnia. I chyba mam odpowiedź. Bowiem z kulinarią jest jak ze
sztuką. Aby zrobić dobre jedzenie, to musisz do tego podejść z miłością.
Kulinaria to miłość, a nie biznes. Jedzenie jako biznes to najwyżej zupa
pomidorowa. Ale to miłość powoduje że jedzenie jest unikalne. Jak już Św. Paweł
mówił - bez miłości nie ma niczego. Nawet dobrego jedzenia!
A w tych polskich emigracyjnych restauracjach jest właśnie to - miłość. Nie
biznes, ale ta miłość biorąca się z nostalgii i tęsknoty. I dlatego to
emigracyjna kuchnia jest tak dobra...
--
cezarmart.deviantart.com/gallery/