Sen podróżny z rodzinnym zbiegowiskiem w tle
Śni mi się, że w jakimś dużym mieszkaniu przerobionym na pensjonat
pomieszkuję. W każdym pokoju po kilka osób nocuje, są dwa kible
wspólne. Ja się (oczywiście) do pakowania zabieram. W tym momencie
jakieś babcie i dziadki się zakłębiają i nuże sobie w ramona padać,
witać się, przy stole się rozsiadać, na tapczanach, po pokoju
kręcić. Chuj wie skąd się wzięli, nie mogą tu wszyscy mieszkać, bo
prócz mojego jest tylko jedno łóżko. Ja idę pakować rzeczy
kosmetyczne do łazienki, zarazem z kibla chcąc skorzystać, a tu się
okazuje jakiś profesor amerykański się kręci, zasłonka krótka,
naciągam ją, na klopie przykucam, a tu - ciach! Ręka się jakaś pod
zasłonką wślizga i podłogę maca, a potem profesorska głowa, bo
profesur skarpetki chce sobie uprać i miski szuka! Zborsuczona
wypadam i idę do drugiego kibla, a ten się okazuje w przechodnim
pomieszczeniu być i na dodatek w kabinie prysznicowej stać. Więc
rezygnuję w ogóle z korzystania z kibla, i wracam do pakowania. Ale
się okazuje niemożliwe to, bo wszystko jest kompletnie zatłoczone,
zatarasowane i zasiedzone tym czymś co wygląda jak zlot rodzinny na
obczyźnie, kurwa! Na dodatek się okazuje, że sprawcą czyli
posiadaczką tej rodziny jest koleżanka moja własna, co kilka pokojów
obok pokoik własny wynajmuje. I nie tam familiadę sprosiła, tylko
tu, i nawet nie spytała czy może! Wkurzona to jej wszystko wywalam
mamrocząc, ale dziadki jednak słyszą, więc jest mi przykro. Bo w
sumie przeciw dziadkom i zlotowi nic nie mam, tylko moment taki
kompletnie niefortunny....
I się budzę.
--
wasza stokrotka