No to jest odlot jakiś paskudny, ale mi Pajton powiedział, żeby
wszystko pisać. To piszę.
Więc w stroju jakimś-takim barokowym, typu kiecka z gorsetem, wysoka
perukofryzura jestem. Mój kolega (prawdziwa osoba z realu) też w
stroju a la Valmont, surdut, peruka, pończochy, ect. stoimy przed
drzwiami za którymi jest leprozorium w którym nasi znajomi siedzą.
Kolega Valmont podaje mi do wąchania flachę czegoś śmierdzącego
fenolem, żebym potem nie czuła zapachu gnijących ciał naszych
znajomych br\. No więc wącham, wchodzimy, znajomi się witają. Jeden
z nich (i to też jest ten sam kolega, ale w innej roli) przytula się
do mnie. Mnie jest wszystko jedno, bo i tak jestem śmiertelnie chora
i wkrótce umrę. Potem przekrzkując się zaczynają mi opowiadać...i,
uwaga, tu się dopiero zaczyna odjazd..., że interes co go chcieli
rozkręcić im nie wypalił. Mianowicie, chcieli cateringiem (!) się
zająć i posiłki przygotowywać na zamówienie. Ale ktoś, kto z Londynu
wrócił, im wmówił, że jeśli na ulotkach napiszą, że catering jest
prowadzony przez trędowatych kucharzy z HIV'em to będzie takie
trendy i cool i w ogóle taki marketingowy chwyt, że taka otwartość i
szczerość i w ogóle. No i interes poszedł im w plajte, klienci nie
dopisali, i cali mi to opowiadali rozjątrzeni, że ich tak ktoś
wkręcił i się zasugerowali tym. Bo gdyby nie to... Aha, bo oni też
prócz tego trądu, to też i HIV'a mieli.
A wszystko się odbywało w dawnym domu moich Dziadków. Leprozorium
było w pokoju wychodzącym na ogród, gdzie wczesnym latem upojny
zapach jaśminu łączył się niestety czasem ze słodkim smrodem
wybitego szamba.
Ki fiute?
--
wasza stokrotka