siem mnie snilo, ze musialam pojechac uregulowac cos zwiazanego z
moja dzialeczka nad morzem, tyle tylko, ze nie byla ona juz w Polsce
tylko w Pd. Afryce (wygladala jak w tych programach turystycznych,
ktore czasem ogladam). I tam poszlam do urzedu (ten sam co w
Darlowie) i pani mnie powiedziala, ze zeby dostac pozwolenie na
zabudowe musze wyjsc za maz za ktoregos z autochtonow i dala mi
katalog ze zdjeciami i numerami telefonow (dokladnie taki sam
jak "katalog" geodetow, ktory dostalam od pani w polskim biurze).
NO to zaczelam dzwonic po kolei i albo zyczyli sobie bajonskie sumy
albo byli juz zajeci (jeden mi powiedzial, ze juz wszystkie cztery
zony poslubil, wiec nie ma wolnego terminu). Az w koncu doszlam do
pozycji: Sihayo ka Xongo (chief Zulu, ktory zyl bodajze w 19 wieku i
o ktorym cos dawno temu czytalam) z numerem telefonu i facetem
ubranym w piora i zadzwonilam. A on mi, ze nie chce zadnej oplaty,
bo sie we mnie juz dawno temu zakochal i czekal i juz nawet caly
plan zabudowy na NASZA dzialke ma!
Umowilismy spotkanie i ja jakos cala w skowronkach jechalam stara
ciuchcia w jakims takim waskim kanionie na to spotkanie jak
zadwzonil budzik.....
I co to ma znaczyc?
--
czasem myslisz ze to nie On, a to wlasnie Kameleon, the wonderful
bad boy!
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.