odnośnie lepszych i gorszych ludzi a też i trochę
...w nawiązaniu do wątka podręcznikowego.
Będąc młodą stokrotką wylądowałam w śródmiejskiej publicznej szkole
średniej. Było to przeżycie traumatyczne, bowiem szkoła była
ogromna, składała się z labiryntu korytarzy, nie miała wcale okien
oraz chodzili do niej sami Murzyni, kilku Latynosów. I ja. W owym
bezokiennym ciemnawym labiryncie czarne gęby łyskały na mnie
groźnie - co mówiły nie rozumiałam, mimiki też nie za bardzo umiałam
czytać. Kilka lat potem trafiłam do miejskiego koledżu też
śródmiejskiego. Też chodzili tam sami Murzyni, trochę wiecej
Latynosów, żona ortodoksyjnego rabina z Brooklynu oraz ja. Labirynt
korytarzy był, było też trochę okien, a gęby już mnie nie straszyły,
bo się nauczyłam rozumieć co mówią, mimikę też bardziej kumałam,
oswoiłam się trochę, a także i poziom intelektualny był bardziej do
mojego zbliżony. Trochę się czułam obco, ale nie za bardzo. Potem
zaś trafiłam na uniwersytet stanowy i było mnóstwo różnych gęb,
czarnych, żółtych, hinduskich, zwyczajnych białych a też nawet kilka
płaskich polskich. Poziom był zupełnie zbliżony do mojego, w
akademiku mieszkałam w pokoju z Murzynką a living i kibel
dzieliłyśmy z Hinduską i waspką z Pennsylwanii. I się już wcale
nikogo nie bałam, było świetnie. A na koniec pojechałam na staż do
Wrocka i były tam same białe, płaskie polskie gęby i było mi
nadzwyczaj łyso i wpadłam w depresję.
Jaka jest puenta tej historii? Warto się oswajać, bo wtedy gęby nie
wyglądają już tak groźnie, a obyczaje nie wydają się aż tak
barbarzyńskie. Ale przedewszystkim ZAWSZE się ma więcej wspólnego z
inostrańcem na naszym poziomie intelektualnym niż z najbardziej
rodzimą hołotą.
--
wasza stokrotka