Wyladowalam przed 9:00 rano, i po nadaniu bagazu w ErFrancy, z
perspektywa 9 godzin na Martynice, udalam sie na zwiedzanie Fort-de-
France. Po godzinie lazenia w upale (36 C) po waskich uliczkach i
zastanawiania sie, jak ja to przetrzymam, mym oczom ukazalo sie
nabrzeze i katamarany zabierajace jakichs ludzi -dokonds (zam.).
Poszlam, podowiadywalam sie, i poplynelam katamaranem na cypel Point
du Bout, na poludnie od F-d-F. O, tu:
maps.google.fr/maps?hl=fr&q=point%20du%20bout&um=1&ie=UTF-8&sa=N&tab=wl
Pol godziny w kazda strone, wiatr, morze, piekne widoki (zdjecia jak
dojade do Paryza). Na miejscu zacumowalismy w malenkiej zatoce-
przystani jachtow, wokol ktorej knajpki, sklepiki etc. Poszlam na
obiad, pojadlam, popilam, pogapilam sie na ludzi. No i gapiac sie
wokol skonstatowalam, ze w tamtym otoczeniu to dopiero jestem
kosmita. Wszyscy tam na wakacjach, znajacy sie dobrze, buzi buzi
dupci dupci, szorty, klapki i te rzeczy, a ja tu w kostiumie i z
aktowka, hehehehe. Spedzilam tam ponad dwie godziny, po czym
wrocilam do Fort-de-France, i stamtad taksowka na lotnisko.
Suma sumarum: dzien, ktory mogl byc koszmarny zaliczam do udanych i
ciekawych.
Za godzine wylatuje. Spijcie w tym czasie, robaczki, ktos nie spi
aby spac mogl ktos :-)))))))))
Milych snow. A sobie spokojnych lotow zycze :-)))
--
Wywabiam plamy na schody i piore po mordzie
Wysadzam skrzynki balkonowe