05.02.10, 21:22
Za kilka godzin pojadę po męża i jego dzieci. I jakoś się boję.
Zastanawiam się, czy usłyszę, że chciałby mieć je bliżej, że może
się stać, że z nami zamieszkają. I co mu na to odpowiem? Że powinien
być bliżej? Powinien, to mogę powiedzieć, to zresztą myślę. Ale
wiem, że ja nie dam rady żyć w takim wielotorowym układzie. I jest i
tak źle i tak nie dobrze. Bo ja się nie przemogę i nie będę
zastępstwem dal matki. A on nie ma w sobie wystarczająco dużo
samozaparcia, by zająć się nimi sam. I on wiem, że w sytuacji my
plus one, odejdę. I gdzieś momentami żałuję, że nie zostawił mnie
dla nich. Ja bym tak zrobiła. I może przez to mam jeszcze większe
wyrzuty sumienia.
Durne to może i nieskładne. I wiem, że wcale nic się nie musi stać.
Ale od tak dawna to wisi nad nami, że czasami wolałabym, aby już się
przelało.
Edytor zaawansowany
  • 06.02.10, 09:14
    przykro mi się robi jak takie coś czytam, bo to pokazuje że nie zawsze może się
    wszystko ułożyć, nie każda kobieta nadaje się do takich związków i czasami bez
    sensu jest walczyć ze sobą i z innymi.

    ale w sumie słuchaj,nie musisz być matka tych dzieci i się nimi zajmować.
    niech twój M podejmie decyzje BEZ brania twojej osoby pod uwagę....jako pomoc itd.
    życie pisze różne scenariusze i może robić tak aby być dobrym ojcem, poświęcać
    im mnóstwo czasu ale niekoniecznie brać ich do siebie...
    czasem trzeba wybrać formę pośrednią najlepszą dla wszystkich a nie taką
    jednokierunkową.
    a ty edw-ina nie możesz pogrążać się w wyrzutach sumienia.
    ty nie sprowadziłaś te dzieci na świat.
    to nie twoja wina że jego były związek się rozpadł.
    i nie twoja rola żeby wychowywać te dzieci, czego byś musiała się podjąć jakby z
    wami zamieszkały.
    jeżeli M nie będzie cię obarczał to niech bierze dzieciaki, ale on z góry wie że
    ty twój udział jest niezbędny a to już postawienie pod ścianą. więc nie
    oszukując się ON NIE MA warunków aby wziąć do siebie dwoje dzieci....i to wcale
    nie przez Ciebie...może wziąć opiekunkę ale zakładam że nie ma kasy na opiekunkę
    na pełnym etacie(chyba że się mylę)
    zdejmij z siebie tę nad-/odpowiedzialność za życie jego dzieci i jego.jesteś
    odpowiedzialna za siebie, za swoje szczęście i za waszą relację.za relacje z
    dziećmi odpowiedzialny jest NM. za dzieci niech odpowiadają rodzice......
    nie zabraniasz mu być dobrym ojcem, Ty po prostu nie chcesz brać na siebie coś
    co ci nie pasuje i masz prawo.coś co jest ponad twoje siły fizyczne i psychiczne
    i ok.żadnej kobiecie nie wolno wciskać nie jej dzieci i wymagać wzięcia za nie
    odpowiedzialności,ŻADNEJ.
    twój NM niech weźmie pod uwagę wszystkich.

    jakiś czas temu stwierdziłam że wpychanie na siłę kobiecie obcego dziecka jest
    obrzydliwością a zwalanie odpowiedzialności za to dziecko/-ci manipulacją.
    dodatkowo podejście że każda kobieta ma do każdego dziecka naturalny instynkt
    macierzyński jest zacofane i ciemne.
    kobieta wiążąca się z facetem z potomstwem nie stawia się jak dla mnie
    automatycznie w roli ich matki, zgadza się natomiast na to że nie będzie
    utrudniała mu obowiązków rodzicielskich.choć nie każda.

    nie oceniaj się tak surowo.
  • 06.02.10, 19:47
    Czyli twoj maz stoi przd wyborem - albo dzieci albo ty (upraszczajac sprawe).
    Tym sie chyba roznia mezczyzni od kobiet - wiekszosc matek faceta tajk
    stawiajacego sprawe pozegnaloby natychmiast. a faceci w to brna, az juz jest za
    pozno. Oczywiscie nie musze pisac, kto na tym cierpi.
    --
    Powiedziałabym "Rób jak uważasz, kochanie" z miną "tylko
    qrwa spróbuj".
    by tris
    Wiedzmowo
  • 06.02.10, 21:36
    cia031 napisała:

    > Czyli twoj maz stoi przd wyborem - albo dzieci albo ty (upraszczajac sprawe).
    > Tym sie chyba roznia mezczyzni od kobiet - wiekszosc matek faceta tajk
    > stawiajacego sprawe pozegnaloby natychmiast. a faceci w to brna, az juz jest z
    > a
    > pozno. Oczywiscie nie musze pisac, kto na tym cierpi.

    No ja bym tak nie uogólniała, bo jest całkiem sporo kobiet, które tkwią w
    układach wręcz krzywdzących ich dzieci, bo nie wyobrażają sobie braku portek w
    domu uncertain
    Ale to taka dygresja.
    Generalnie zgadzam się z tym, co napisała Rybka:
    Jeśli Edw-ina nie ma ochoty/ nie czuje się na siłach być "matką zastępczą" dla
    dzieci męża, powinna postawić sprawę jasno - nie ma problemu żeby dzieci
    zamieszkały z nimi, pod warunkiem (bezwzględnie przestrzeganym), że mąż i TYLKO
    mąż sprawuje opiekę na SWOIM potomstwem, nie angażując Edw-iny w tę opiekę.
    Jeśli facet jest w stanie temu sprostać, niech bierze dzieci do siebie. Jeśli
    nie..., sprawa jest prosta - dzieci wziąć do siebie nie może.
    Edw-ino - powtórzę za Rybką - nie bądź dla siebie taka surowa. Dzieci mają
    rodziców i nie jesteś żadnym z nich, więc to nie jest Twoja odpowiedzialność.
    Powodzenia.
    --
    "Mysle ze bez mezczyzn zycie kobiety bylo by o wiele trudniejsze,
    jesli nie niemozliwe." Waldi na FF
  • 06.02.10, 23:04

    karolana napisała:

    nie ma problemu żeby dzieci
    > zamieszkały z nimi, pod warunkiem (bezwzględnie przestrzeganym),
    że mąż i TYLKO
    > mąż sprawuje opiekę na SWOIM potomstwem, nie angażując Edw-iny w
    tę opiekę.
    > Jeśli facet jest w stanie temu sprostać, niech bierze dzieci do
    siebie.

    niby proste jak drut tylko zeby jeszcze faceci logicznie mysleli. a
    tu niby jego dzieci, ale oczekiwanie, ze pranie, gotowanie i
    odrabianie lekcji to... przeciez babskie sprawy. nie miala baba
    klopoty to se wziela faceta z dzieckiem.

    mam nadzieje, ze to nie ten przypadek i ze sie jakos dogadacie. ale
    ja mam alergie na to oczekiwanie ze jako kobieta to powinnam sikac w
    majtki z radosci, ze mam sie dzieckiem jakims zajmowac. sorry
    Winnetou, ale to jest ciezka robota. i - przede wszystkim - nie
    znosze niefrasobliwych rodzicow, ktorym sie wydaje, ze wszyscy
    dookola sie ciesza z ich dziecka, nawet jak urzadza sceny.

    --
    Wielka fortuna zależy od szczęścia. Mała - od pracy.
  • 07.02.10, 08:53
    konstancja16 napisała:

    > niby proste jak drut tylko zeby jeszcze faceci logicznie mysleli. a
    > tu niby jego dzieci, ale oczekiwanie, ze pranie, gotowanie i
    > odrabianie lekcji to... przeciez babskie sprawy. nie miala baba
    > klopoty to se wziela faceta z dzieckiem.

    Kurczaki, tak sobie czytam i dochodzę do wniosku, że powodzenie mojego związku z
    "dzieciatym" facetem jest w ogromnej części zasługą Jego podejścia do mojego
    udziału w życiu Jego Dzieci. Myślę, że właśnie dzięki temu, że nigdy nie było
    nacisków, oczekiwań, byłam w stanie tak bardzo przywiązać się do Dzieciaków, bo
    zrobiłam to w SWOIM tempie, na SWÓJ sposób i dlatego, że CHCIAŁAM.
    Pewnie gdybym poczuła jakąkolwiek presję na "matkowanie" cudzym dzieciom,
    zrobiłabym w tył zwrot i tyle by mnie widzieli uncertain
    Wiecie co, może zamiast poradnika dla macochy powinien powstać poradnik dla
    tatusia?
    --
    "Mysle ze bez mezczyzn zycie kobiety bylo by o wiele trudniejsze,
    jesli nie niemozliwe." Waldi na FF
  • 07.02.10, 12:08
    a
    > tu niby jego dzieci, ale oczekiwanie, ze pranie, gotowanie i
    > odrabianie lekcji to... przeciez babskie sprawy.

    A moze problem tkwi nie w tym, ze faceci tak mysle, tylko w tym, ze my same tak
    myslimy?
    --
    Powiedziałabym "Rób jak uważasz, kochanie" z miną "tylko
    qrwa spróbuj".
    by tris
    Wiedzmowo
  • 07.02.10, 12:49
    > Czyli twoj maz stoi przd wyborem - albo dzieci albo ty
    (upraszczajac sprawe).

    ale kiepsko uproszczone podsumowanie.....
    ona nie każde mu wybierać ona nie chce przyjąć na siebie obowiązków
    na które nie ma siły, ochoty, czasu, potrzeby itp.(powód dowolny)
    to nie sa jej dzieci i ona nie ma żadnych obowiązków.
    a jak myślisz by to wszystko wyglądało?większość obowiązków spadło
    by na nią.
    facet stawia ją pod ścianą z dziećmi i manipuluje.
    niech sam się zajmuje dzieciakami i niech je bierze.......

    > Tym sie chyba roznia mezczyzni od kobiet - wiekszosc matek faceta
    tak
    > stawiajacego sprawe pozegnaloby natychmiast.

    a wiesz czemu? bo kobieta z dziećmi, przy własnych dzieciach zrobi
    90%, a facet będzie od zawiezienia gdzieś, przywiezienia, czasem od
    pobawienia (nie za dużo bo to tyle "energii"kosztuje) i może dania
    kasy czasem na lizaka.
    a w odwrotnej sytuacji to kobieta jest od wszystkiego i musi
    być "mamusią" doglądać, chodzić wokół dzicka, prać, sprzątać
    gotować, odrabiać lekcja, wozić, bawić się itp. nawet jak nie usi to
    tak wychodzi.

    to jest ta delikatna różnica.
    a edwinie nie chce się brać tej roli na siebie.
    co chcąc nie chcąc się to stanie bo tatuś zapracowany i
    przemęczony...
    i może edwina sie tego boi bo facet tak stawia sprawę..
    więc ja nawe nie widzę sensu brać dzicko na głowe obcej babki.
  • 07.02.10, 13:20
    Właśnie w dużym stopniu polega to na tym, że wiem, iż większość
    spraw z różnych przyczyn spadłaby na moją głowę. Już teraz często
    miewamy wojny o to, że mój mąż często wyjeżdża i zostawia mnie z
    różnymi sprawami - remontem itp. Gdyby wziął dzieci nie zmieniłby
    trybu życia, choćby dlatego, że nie szczególnie ma jak to zrobić.
    Czyli mi nie dość, że spadłby na głowę dom i wszystkie związane z
    nim sprawy, to jeszcze jego dzieci. Które trzeba nakarmić, zawieźć -
    pzywieźć do szkoły (mieszkamy pod miastem) itd. A ja już z dość
    wielu spraw zrezygnowałam, by z nim być. Łącznie z karierą (często
    żałuję).
    Oczywiście on nie oczekuje ode mnie, że ja będę to wszystko robiła,
    ale zdaje sobie sprawę, że tak czy siak to na mnie spadnie. Jego
    zdaniem to się nazywa "pomoc". Ale nie pomyśli, czym ta pomoc jest,
    jakie pochłania pokłady czasu itp, a przede wszystkim, czy ja się w
    ogóle na to godzę.
    Tak jak napisałam - miałabym do niego mniejszy żal, gdyby zdecydował
    się rozstać ze mną i poświęcić cały swój czas dziecim, niż gdyby
    próbował mnie nimi uszczęśliwić na siłę.
    ps. dzięki wszystkim
  • 07.02.10, 20:33
    oj.kilka literówek.wink
    czyli de facto mąż nie będzie spędzał z dziećmi więcej czasu tylko Tobie
    przybędzie obowiązków..
    a on będzie się twoimi rękoma czuł lepiej jak spełniony tatuś.?
    dlaczego on dla własnych dzieci nie zmieni trybu życia, nie zmieni pracy na
    mniej aprobującą i wymagająca mniejszego zaangażowania?
    tylko ma oczekiwania względem Ciebie?

    słowo pomoc jest bardzo subtelne bo często przekształca się w słowo wręczanie....
    myślałam że się zagalopowałam w swoim poście z wyciąganiem wniosków a jednak
    nie...kolejny gość który sobie opiekunkę do dzieci szuka...
    i czemu faceci się dziwią że kobiety dzieciatych łukiem omijają??
  • 07.02.10, 20:33
    słowo wyręczanie.poprawka.
  • 07.02.10, 21:01
    Sprawa na szczęście nie jest przesądzona, ale tak jak pisałam wisi
    nad nami. Ja już raz postawiłam sprawę "na ostrzu noża". Zapytałam
    jak to sobie wyobraża - w sensie życie codzienne, obowiązki,
    sprzątanie, gotowanie, organizację domu itp. Stwierdził, że jak się
    uda to weźmiemy kogoś do pomocy. Ale przecież ta osoba z nami nie
    zamieszka, raczej nie będzie wozić dzieci do szkoły, na piłke itp.
    Poza tym dochodzi tu jeszcze kilka spraw - oboje mamy nienormowany
    czas pracy, on ze względu na to, że sam jest pracodawcą, ja ze
    względu na typ zawodu. Jego praca wiąże się z częstymi wyjazdami,
    moja z mocno urozmaiconym i trudnym do określenia czasem, jaki muszę
    jej poświęcić. Jednego dnia kończę po 3 godzinach, innego spędzam
    poza domem godzin 14. Dodatkowo nie mamy żadnej rodziny, która
    mogłaby nam pomóc w sytuacjach podbramkowych. Już teraz ta jego
    częsta nieobecność jest bardzo męcząca, kiedy np. temperatura spada
    do -25 stopni, a mi nagle o 23 psuje się ogrzewanie i nawet nie mam
    kogo poprosić o pomoc. A faceta ,który odróżnia przewody w domu
    brak. Dlatego tym bardziej nie wiem, jak miałoby to wyglądać przy
    większych zobowiązanich.
    Aha - wspomniałam, że już raz postawiłam sprawę na ostrzu noża i nie
    skończyłam wątku, otóż ze względu na to, że mój M nigdy tak naprawdę
    nie opiekował się dziećmi, powiedziałam, że przez pierwszy rok
    (gdyby miały z nami zamieszkać) mieszkałby z nimi sam i sam musiał
    się wszystkim zająć. Choćby po to, by wiedział, że nawet najbardziej
    prozaiczne czynności wymagają czasu, chęci i zorganizowania.
    Oczywiście skończyło się na wielkiej kłótni.
  • 07.02.10, 21:17
    twoj maz nei nadaje sie do pelnienia roli rodzica na codzien.A co na te pomysly
    Exia? Przeciez chyba zdaje sobie sprawe, ze ojciec ze wzgledu na tryb zycia nie
    jest w stanie sprawowac opieki?
    --
    Powiedziałabym "Rób jak uważasz, kochanie" z miną "tylko
    qrwa spróbuj".
    by tris
    Wiedzmowo
  • 07.02.10, 21:48
    b. dobrze mu powiedziałaś, że przez rok ma pomieszkać z dziećmi sam.
    skąd ta kłótnia w ogóle??
    że ojciec ma mieszkać ze swoimi dziećmi?
    czy że nie spełnisz roli opiekunki do dzieci jak miał nadzieję.

    nieładnie.już pisałam że to jest dość traumatyczne przeżycie jak ci facet wciska
    obce dziecko/-ci i wymaga matkowania nie patrząc na zdanie i opinie drugiej strony.
    wg mnie to skrajnie egoistyczna, samolubna postawa.
    i jeszcze raz napisze.
    nikt nie wymaga od niego rezygnacji z dzieci ale niech nikogo własnymi dziećmi
    na siłę nie uszczęśliwia.
    to przynosi odwrotny skutek.
    zamiast tworzyć więź i coś budować, powoduje chęć ucieczki, wrogość i żal.
    i te dzieci zamiast kojarzyć się z przyjaznymi chwilami kojarzą się jak przymus
    i brzemię i jak być albo nie być ze swoim facetem.
    bo albo będę matkować albo się pożegnamy......brrrr.

    a w ogóle to czemu one nie mogą mieszkać z matką co tam u niej się dzieje?
  • 07.02.10, 23:10
    po przeczytaniu całości - autorko wątku - zwijaj manele i wróc do swojego
    własnego życia, a pana zostaw z jego życiem, jego dziećmi, jego problemami.
    IMHO - nie będzie chleba z tej mąki.
    --
    Są tacy co lubią gady, ja nie.
  • 08.02.10, 09:51
    Niestety, mozna tylko zgodzic sie z chalsia. Szkoda, ze
    zrezygnowalas ze swoich zawodowych aspiracji dla pana - zaden
    mezczyzna tak naprawde nie potrafi tego docenic. Dla niego to
    oznaczalo,ze bedziesz dalej rezygnowac z siebie.

    --
    Powiedziałabym "Rób jak uważasz, kochanie" z miną "tylko
    qrwa spróbuj".
    by tris
    Wiedzmowo
  • 08.02.10, 11:38
    Odnośnie zawodowych aspiracji - może nie wejdę tak wysoko jak miałam nadzieję, ale źle mimo wszystko nie jest. Mam dobrą pracę, którą lubię i się w niej sprawdzam. Mam tylko mały żal, że pewnie mogłabym więcej.
    A odnośnie uciekania - nie jest tak łatwo skończyć wieloletni związek i wieloletnie małżeństwo, szczególnie, że mi tak naprawdę mąż nie wyrządził jakiejś wielkiej krzywdy. Dba o mnie i o dom, nie siedzi na kanapie "zmęczony po pracy", tylko sprząta, zajmuje się różnymi męskimi sprawami w domu itd. Gorzej, że jego tryb pracy zmusza do częstych wyjazdów. Czasami jest to 3-4 dni w miesiącu, czasami tydzień czy 10 dni, a zdarza się, że następuje jedno po drugim, a później jest w domu cały czas np. tydzień. Więc w układzie, w którym jesteśmy tylko my jest to do zaakceptowania, choć faktycznie momentami mnie wkurza. Ale nie jest to jeszcze tragedia.
    Sytuacja komplikuje się w połączeniu z ewentualnym zamieszkaniem dzieci. Bo jak mogę odpowiadać za siebie, tak nie zawsze mam chęć, siłę i możliwości odpowiadać jeszcze za nie. Nawet w przypadku dyskusji o naszym wspólnym potomku, wiem, że momentami byłoby bardzo trudno, a to w końcu byłoby moje dziecko, wobec którego miałabym inne odczucia niż wobec jego dzieci.
    Padło pytanie o ex. No właśnie, od tej chwili wszystko zaczyna przypominać telenowelę, w której wątki plączą się niemiłosiernie. Zacznę od tego, że rozstali się wie;e lat temu (chyba z 10), mieszkali za granicą i po rozwodzie, ze względu na to, że M nie miał obywatelstwa, a był tylko mężem obywatelki (wink)) nie mógł tam przebywać legalnie. Wrócił do Polski, składał swoje życie po kawałku w jakąś całość, założył firmę, później poznał mnie i się potoczyło. Z dziećmi miał kontakt, choć z pewnością nie taki, jaki by miał mieszkając bliżej.
    Ex szybko i często zmieniała kolejnych panów i raczej w nich upatrywała tatusiów. Ale jakiś czas temu zginęła. I tu zaczęły się schody. Po wielu dyskusjach i przemyśleniach (łącznie z psychologami itp) wszyscy zgodnie doszli do wniosku, że śmierć matki jest wystarczająca traumą i zabieranie dzieci w inne miejsce, do innego kraju (nawet nie mówią po polsku, pojedyncze zdania) będzie dla nich zbyt dużym wyzwaniem i nawet bliskość taty może tego nie wyrównać. Dziećmi zajęli się teściowie, którzy też mieszkają za granicą. I w sumie dobrze im to wychodzi. Dzieci są zadbane i wygląda na to, że nieźle sobie radzą z sytuacją. Ale dziadkowie jak to dziadkowie mają swoje lata i nie zawsze mogą mieć siły na wychowywanie nastolatków. Całkiem zrozumiałe. I tak szanuję ich za chęci i poświęcenie.
    Stąd ten miecz Demoklesa nad nami.
    Po śmierci ex uważałam, że M powinien po prostu do nich wyjechać. Też mu to chodziło po głowie, ale z drugiej strony nie robi się młodszy, nie może z dnia na dzień zamknąć firmy, z którą wiązał swoją przyszłość i która daje pracę iluś tam ludziom. Pozostała też kwestia mnie – ja bym z nim nie pojechała. Nie będę żyć na emigracji. Wiele lat spędziłam za granicą i wiem, że chcę mieszkać tutaj. I tak wszystko stało się jak węzeł gordyjski.
  • 08.02.10, 11:52
    Czasami jest to 3-4 dni w miesiącu, czas
    > ami tydzień czy 10 dni, a zdarza się, że następuje jedno po
    drugim, a później j
    > est w domu cały czas np. tydzień. Więc w układzie, w którym
    jesteśmy tylko my j
    > est to do zaakceptowania, choć faktycznie momentami mnie wkurza.

    To ciekawe, jak ludzie sie roznia. moj chlop prowadiz podobny tryb
    zycia - generalnie nie ma go w gdomu przecietnie 2- 3 dni w tygodniu
    i dla mnie jest to raczej zaleta. potrzebuje czasu sama ze soba (
    jak dzieci pojda spac) i czasu z dziecmi bez niego. Kiedy jest za
    dlugo w domu, zaczyna mi byc zle i zaczynam sie izolowac, uciekac w
    ksiazki, net.
    --
    Powiedziałabym "Rób jak uważasz, kochanie" z miną "tylko
    qrwa spróbuj".
    by tris
    Wiedzmowo
  • 08.02.10, 12:06
    Z pewnością ludzie się różnią i są w różnych sytuacjach. I to, co jednego
    cieszy, dla innego jest męczące. Pisałam, że mieszkamy pod miastem, zajmowanie
    się domem nie jest tym samym, co mieszkaniem. Jeśli dołoży się do tego
    nienormowany czas pracy i brak bliskich, możesz mi wierzyć czy nie, ale chwilami
    jest trudno. Wystarczyło, że złapałam grypę, kiedy M nie było, a trzeba było
    odśnieżyć podjazd, napalić w domu i wybrać się do oddalonego o kilka kilometrów
    sklepu, by kupić cokolwiek do jedzenia.
    I nie potrzebujemy czasu oddzielnie, przeciwnie, możemy spędzać razem po 24/dobę.
  • 08.02.10, 12:51
    zajmowanie
    > się domem nie jest tym samym, co mieszkaniem.

    Dlatego wlasnie nie mam domu. Wiem, ze przy naszym trybie zycia
    bylby to problem, podobnie zreszta jak dojazdy, gdy ma sie na stanie
    nastolatka poki co jeszce bez prawa jazdy.

    I nie potrzebujemy czasu oddzielnie, przeciwnie, możemy spędzać
    razem po 24/dob
    > ę.

    A tutaj nie sadze, bys miala racje. Myslisz, ze to przypadek, ze
    wybralas sobie faceta, ktorego duzo w domu nie i ze to przypadek, ze
    on wybral taka a nie inna prace? Wejrzyj w siebie i swoje motywy
    glebiej, a zdziwisz sie, co sie tam kryje.

    --
    Powiedziałabym "Rób jak uważasz, kochanie" z miną "tylko
    qrwa spróbuj".
    by tris
    Wiedzmowo
  • 08.02.10, 13:06
    Kiedy wiązałam się z mężem jego życie wyglądało znacznie inaczej, więc nie dam
    sobie głowy uciąć, że moja podświadomość już wówczas przypuszczała, że stanie
    się jak się stało, więc kazała mi zapałać do niego miłością. Nie wierzę we freudyzm.
    A odnośnie domu - z tym stwierdzeniem to trochę jak z powiedzeniem, że jak
    jesteś za gruby to schudnij. Człowiek wchodzi w jakąś relację, w zobowiązania ze
    świadomością utrudnień, ale raczej bez przekonania, że pojawią się same
    problemy. Inaczej nikt nie ulegałby wypadkom, bo z góry by wiedział, że
    przejście przez daną ulicę skończy się dla niego źle, nie byłoby rozwodów itp.
    Po prostu - kupiliśmy dom w nieco innej sytuacji. I radzimy sobie z tym, tylko
    ja nie wiem, czy poradzę sobie przy jeszcze większych obowiązkach.
  • 08.02.10, 13:41
    to nei freudyzm.
    kazdy z nas ma ptorzeby, ktorych sobie za bardoz nie uswiadamia, a
    ktore mimo to stara sie w zyciu zaspokoic. Niektorzy z nas lubia sie
    doszukiwac owego drugiego dna, inni po prostu zyja, do czasu, az cos
    sie nie wydarzy, przez co trzeba bedzie zastanowic sie, czego
    czlowiek tak naprawde chce i jak to zrealizuje.
    Ja doskonale rozumiem, ze nie chcesz zajmowac sie dziecmi meza w
    czasie jego nieobecnoaci. masz do tego pelne prawo, choc fakt, ze
    dzieci sa sierotami jednak jakos tam zmienia kwestie ich potrzeb
    dotyczacych obecnosci kobiet i mezczyzny pelniacych w ich zyciu role
    rodzicielskie.
    Sadze jednak, ze twoj maz tez wcale sie nie chce dziecmi zajmowac na
    codzien - w koncu nie poszukal sobie takiej fanki dzieci jak ja,
    tylko raczej osoby niezbyt chetnej zajmowaniu sie dziecmi, jak ty.
    Wspolczuje wam bardzo, nawet jesli waszych postaw nie rozumiem.
    --
    Powiedziałabym "Rób jak uważasz, kochanie" z miną "tylko
    qrwa spróbuj".
    by tris
    Wiedzmowo
  • 09.02.10, 12:01
    Myślę, że mój mąż wiążąc się ze mną nie szukał matki dla swoich dzieci, tylko
    partnerki, z którą będzie mógł się porozumieć. Ale zgadzam się z Tobą w 100
    procentach, że gdybym miała bardziej rozwinięty instynkt macierzyński, być może
    sytuacja byłaby nieco prostsza.
    Z drugiej strony, całkowicie abstrahując od moich chęci czy ich braku, naprawdę
    uważam, że nie należy zmieniać dzieciom (tak drastycznie, łącznie z krajem)
    miejsca pobytu. Mają już naście lat, własny świat, poza tym pozostaje kwestia
    szkoły i języka.
    I jeszcze jedno – żadne z nas nigdy nie wychowywało dzieci. M rozstał się z ich
    matka, gdy były jeszcze bardzo małe, sporadyczne spotkania były raczej
    poświęcone zabawie niż nauce życia (całkiem zrozumiałe) i nie wiem, czy
    potrafiłby raptem wejść w rolę wymagającego, mądrego rodzica. Ja z dziećmi w
    ogóle nie miałam do czynienia.
    Dzięki za zrozumienie.
  • 10.02.10, 14:50
    sadze, ze powinnas wyluzowac. szanse na to, ze twoj maz przejmie
    aktywna opieke nad swoimi dziecmi w skali 1 do 10 oceniam na 1. Nie
    ma szans.
    --
    Powiedziałabym "Rób jak uważasz, kochanie" z miną "tylko
    qrwa spróbuj".
    by tris
    Wiedzmowo
  • 07.02.10, 17:40
    Dla mnie sprawa jest prosta... Skoro Twój facet często wyjeżdża i zostawia Cię
    samą z jego/Waszymi problemami, to tym razem ma nadzieję że jak zwykle opanujesz
    sytuację oraz że wyręczy się Twoimi rękami.
    Dlatego zanim podejmiecie decyzję (nie wyobrażam sobie byś nie miała w tym
    udziału) o opiece nad dziećmi to powinniście sobie z ołówkiem w ręku dokładnie
    uzgodnić jak miałoby wyglądać Wasze wspólne życie... Kto zajmowałby się dziećmi
    podczas jego nieobecności, kto gotuje, sprząta, pierze itd... Więc albo
    dojdziecie do kompromisu albo się rozstaniecie... Tylko wtedy Twój facet pewnie
    sam nie zdecyduje się wziąć dzieci do siebie, bo kto się nimi zajmie podczas
    wyjazdów??? W takim układzie nie będzie miał Ciebie ani dzieci... Więc tak
    naprawdę to on jest w d.... i raczej nie on tutaj dyktuje warunki... Jeśli jest
    jednak inaczej i Twój mężczyzna nie będzie umiał pogodzić interesów wszystkich
    zainteresowanych tzn, że widocznie nie jest Ciebie wart, bo moim zdaniem nie ma
    sytuacji bez wyjścia i jak się chce można wiele zdziałać (może kosztem swojej
    pracy czy przyzwyczajeń lub wygody)
  • 07.02.10, 19:22
    Podpisuje sie pod tym, co napisaly juz inne babki. Nie bierz na swoje barki
    obowiazkow, ktore powinien miec twoj maz. Jesli chce, aby dzieci mieszkaly u
    niego musi zadbac o wszystko. Ty mozesz pomoc, ale nic nie musisz. Obgadajcie,
    jakie on ma wobec ciebie oczekiwania, w czym chcialby abys mu pomagala, nie
    wahaj sie wyrazic wszystkich swoich opinii, nawet jak beda dla niego niewygodne.
    --
    "Miłość to triumf wyobraźni nad inteligencja"
  • 10.02.10, 10:03
    Droga edwiniu
    Uważam że argumenty którymi operujesz sa racjonalne , faktycznie że gdy chodzi o
    nastolatki to uwzgledniając rożnice kulturowe i językowe powinny pewnie dorastać
    tam gdzie dotychczas..Ale z drugiej strony jesli pojawia sie mozliwosć że dzieci
    zamieszkają ze swoim tatą, to coś w układzie dziadki-wnuki może po prostu nie
    gra..Może dziadkowie nie dają rady , może dzieci nadal przeżywają traumę po
    śmierci mamy i zaczynają pojawiać się problemy.A może twój mąż ma wyrzuty
    sumienie że nie wychowywał swoich dzieci czuje się winny i może za nimi tęskni.
    W sumie gdyby grało w ich rodzinie to takich problemów by nie było. Ja myślę że
    kazda osoba wiążąc się z kimś kto ma jakieś zobowiązania musi być gotowa że może
    przyjść taka chwila że te ; zobowiązania' zaczną nas dotyczyć osobiście-żyjemy z
    naszymi mężami wspólnie i jakakolwiek tragedia albo nawet problem dojrzewania
    może skutkować tym że z macochy bezkontaktowej stajemy się opiekunami nacodzień.
    Pewnie że dzieci maja ojca i to on powinien decydować i pomagać we wszystkim,
    ale moim zdaniem wchodząc w taki układ nalezy ta gotowość mieć zawsze.I nie
    namawiam nikogo do robienia z siebie jelenia ale do pomocy i wsparcia
    człowiekowi z którym dzielimy swoje zycie. Piszesz o swojej pracy , ja rozumiem
    cię ale wychowanie nastoletnich dzieci to nie nianczenie maluchów. Rodzi to
    niejednokrotnie dużo wiecej problemów niż opiekowanie się małymi dzićmi ale w
    kwestii samoobsługi raczej nie ma co porównywać
  • 10.02.10, 17:18
    Ja dodam, ze wziecie tych dzieci byloby dla nich forma zeslania. Bardzo mozliwe,
    ze daja do wiwatu swoim dziadkom i to jest przyczyna, ze ci rozgladaja sie za
    odciazeniem.Nie zmienia to faktu, ze wy a juz szczegolnie ty jestescie dla nich
    osobami obcymi.Polska jest dla nich krajem obcym z obca mentalnoscia i
    kultura.Na bank beda problemy z odnalezieniem sie w szkole wsrod
    rowiesnikow.Twoj maz popisal sie brakiem wyobrazni i poczucia rzeczywistosci,
    gdy wylecial z taka propozycja i to w sytuacji, gdy praktycznie obarczyl by nimi
    ciebie.
  • 11.02.10, 12:01
    Nie wątpię, że M ma wyrzuty sumienia, całkiem słusznie zresztą. I zdaję sobie sprawę, że wiążąc się z osobą z dziećmi trzeba być przygotowanym na różne zmiany. Z drugiej strony zależy o jakie konkretnie zmiany i o jaką pomoc chodzi. Gdyby kwestia pomocy dotyczyła zrobienia dodatkowego prania czy większej ilości zakupów - ok, nie ma sprawy. Ale w tym wypadku wierz mi, 3/4 wszelkich spraw związanych z ich obecnością u nas spadłoby na mnie. Bo M ma firmę w innym mieście, oddalonym o ładny szmat drogi, więc nawet kiedy nie wyjeżdża dalej, to pewne sprawy stają się wykluczone, jak np. wożenie i zabieranie ze szkoły automatycznie zostałoby przekazane mi. A ja nie zmienię pracy, aby się w to wpasować. Już raz zostawiłam pracę dla M i nigdy więcej tego nie zrobię.
    Jak czasami o tym wszystkim myślę, to mam ochotę wyparować. Dosłownie.
    A odnośnie dziadków - chyba nie układa im się źle z wnuczętami, ale przez jakiś czas lubili przypominać, że jakby co, to w pociąg i do nas.
  • 26.07.10, 10:29
    No i mam powtórkę z rozrywki. Podczas długiej nocnej posiadówki w
    sobotę dowiedziałam się, że być może dzieci M zamieszkają z nami.
    Nie dowiedziałam się o tym po obiedzie, po słowach: słuchaj, musimy
    o czymś poważnym porozmawiać itp., tylko o jakiejś 2 w nocy po kilku
    piwach. Bosko. Oczywiście posprzeczaliśmy się ponieważ:
    a) ja nie jestem skłonna do pomocy (słowa mojego M) i jeśli nie
    zmienię swojego nastawienia to pewnie skończy się to rozwodem.
    b) na moje pytania M nie znajduje odpowiedzi, w ogóle mam wrażenie,
    że uznaje, iż wymyślam, ponieważ nie chcę pomóc.
    Jakie są pytania? Kto będzie gotował dla całej gromadki, sprzątał,
    prał i prasował? Kto będzie zajmował się dziećmi przy częstych
    wyjazdach M? Czy wie gdzie chłopcy mogliby pójść do szkoły? -
    mieszkamy pod miastem, jest tu jakieś gimnazjum i liceum, ale o ile
    mnie wiedza nie myli - w Polsce do gimnazjum zdaje się egzaminy,
    poza tym jak poradzą sobie na tym etapie w szkole nie mówiąć po
    polsku? Kto będzie ich woził i przywoził z treningów itp.
    Oczywiście ja się czepiam. M mówi, że zdaje sobie sprawę, że bez
    mojej pomocy sobie nie poradzi, ale ja wydziwiam. A ja mu mówię, że
    te teoretycznie drobne rzeczy - jak codzienny obiad czy prasowanie
    ubrań czterech osób to wcale nie jest taki pikuś. Może, jeśli jakaś
    kobieta ma wyjątkowe potrzeby zajmowania się domem, to jej to nie
    przeszkadza. Ja nie mam. Chcę wrócić do pracy, mam wolny zawód,
    który sprawia, że nie mogę z wyprzedzeniem określić kiedy będę miała
    wolne, o której skończę pracę, a o której danego dnia będę do niej
    jechała. I nie zmienię zawodu ze względu na dzieci M, dzieci, które
    to on powinien "obsługiwać", a czego nie zrobi, bo okaże się, że: to
    musi pojechać na tydzień do Hiszpanii, a to na dwa do Chin, później
    będzie spotkanie z klientami na Mazurach i przecież musi popłynąć na
    tydzień na morze, bo jeżdżą tak co roku i wypada jakoś klientów
    porozpieszczać...
    Aj, pewnie teraz w dołku jestem, ale chyba przyjdzie mi się zmywać z
    tego układu.
  • 26.07.10, 10:40
    Aha, jeszcze jedno: usłyszałam od M, że gdybym to ja miała dziecko z
    poprzedniego związku, to on by tak przed tym nie uciekał, jak ja.
    Zapytałam go, co w takim razie jego zdaniem robiłby z tym dzieckiem -
    no pobył z nim trochę, może gdzieś zabrał czy zrobił kanapkę.
    Stwierdziłam, że w takich kategoriach to ja również nie miałabym nic
    przeciwko i również mogę pobyć trochę z jego dziećmi, zabrać na
    basen czy do kina raz w miesiącu i czasami zrobić kanapkę, ale nie
    tego ode mnie wymaga. Tym bardziej, że zanim związał się ze mną był
    z kobietą z dzieckiem i jakoś nie odnalazał się w tym układzie. Więc
    wybrał taką bez dzieci. Jemu jest łatwiej i może gdybać. A ja jestem
    ta zła.
  • 26.07.10, 11:09
    Poczekaj. Odejsc zawsze zdążysz. A strach ma wielkie oczy.
    Chłopcy to nastoletni już prawie mężczyźni, a Ty piszesz o nich "dzieci".
    Popatrz na to inaczej: to ludzie już prawie dorośli i nie ma najmniejszego
    powodu, byście mieli ich niańczyc. Mogą doskonale zrobic zakupy, posprzątac
    mieszkanie, ugotowac obiad i wyprasowac co trzeba. Trzeba będzie usiąśc we
    czwórkę przy stole i dogadac podział pracy i organizację domowego zycia. Wożenie
    na treningi - ten który jest w liceum za chwilę zrobi prawo jazdy. No i nie
    wyobrażam sobie, byś mając w domu dwóch nastolatków odgarniała śnieg.
    Wszystko właściwie zależy od Ciebie i Twego Męża - czy na starcie zaczniecie ich
    traktowac jako współgospodarzy (co oznacza - z realnym prawem głosu w ważnych
    domowych sprawach, ale też z obowiązkami zupełnie poważnymi) czy jak dzieci (bez
    prawa głosu, obsługiwane, z wiecznymi awanturami o niesprzątnięty pokój etc.).
    --
    Jeden nietoperz potrafi w ciągu nocy zjeść do trzech tysięcy komarów.
  • 26.07.10, 11:29
    Nanga, pewnie, że strach ma wielkie oczy. Tyle, że mój strach nie
    bierze się z nikąd, tylko z wiedzy o własnym mężu. I tak, jak
    napisałam w lutym - jego styl życia i pracy wkurza mnie momentami,
    kiedy jesteśmy sami, a nie wyobrażam go sobie w momencie, gdy
    przywiezie swoich chłopców. Chyba bym go rozszarpała wiedząc, że on
    siedzi na łajbie na Adriatyku, a ja urywam się z pracy, żeby zabrać
    jego dzieci z treningu. To oczywiście tylko przykład, ale wiem, że
    mój M potrafi tak manewrować, że zawsze się okazuje, iż jego sprawy
    są najważniejsze i należy się im podporządkować.
  • 26.07.10, 10:59
    Piszesz o gimnazjum i liceum, czyli to sa juz duze dzieci - nie
    wymagajace ciaglej obslugi. Raczej sa wyreka w domu - wiem co mowie,
    mam 18-latka, ktory wprawdzie jest leniem patentowanym i sam z
    siebie do niczego sie nie bierze, ale jak mu sie przypomni, to juz
    nie ma problemu.
    --
    Odkryłem jednak, ze mężczyżni, którzy biją kobiety, nie mają do
    opowiedzenia żadnych historii o bójkach z mężczyznami. Są aż tak
    słabi.
    ________________________________________________Steve Harvey
  • 26.07.10, 11:25
    Tully, między 13 -14 lat a 18 jest spora różnica. Gdyby to byli 18
    latkowie - nie wnikałabym.
  • 26.07.10, 12:04
    13-14 to już wszystko moze, wszystko zależy od dorosłych - czy potraktują takich
    młodych ludzi poważnie, nie jak popychadła, tylko współgospodarzy, i czy
    potrafią przymknąc oczy na niedoskonałości i nie czepiac się drobiazgów i
    szczegółów. No i pozostawic pełną władzę na ich terytorium.
    Moze się okazac, że z chłopakami będzie Ci lepiej niż bez.

    Z drugiej strony - chyba masz do męza sporo żalu i pretensji, jakos tak czuje
    przez skórę. I czy nie ejst tak, że nie tyle przyjazd chłopaków, co tamte sprawy
    powodują, że myślisz o wycofaniu się?

    --
    Jeden nietoperz potrafi w ciągu nocy zjeść do trzech tysięcy komarów.
  • 26.07.10, 12:46
    Oczywiście, że dobrze kierowany 13-14 latek bardzo dużo może. Ja
    miałam dwa lata więcej, kiedy zamieszkałam sama i jakoś żyję i mam
    się dobrze. Kłopot w tym (przynajmniej moim zdaniem), że M podchodzi
    do sprawy jakoś bezproblemowo (tj. tylko ja jestem problemem). Kiedy
    mu mówię, że nigdy nie wychowywał dzieci i nie wie, jak to robić to
    się obraża - przecież jest ojcem. Kiedy pytam, kto się będzie
    zajmował dziećmi podczas jego nieobecności - stwierdza, że przecież
    prosi mnie o pomoc. A ja uważam, że nie może mnie prosić o zmianę
    mojego życia na poczet jego dzieci. Wiem, że dla osób, które mają
    dzieci, stałą pracę od 9 do 17 i trzy supermarkety pod nosem moje
    niechęć jest niezrozumiała. Ja widzę to inaczej.
    Z drugiej strony - chyba masz do męza sporo żalu i pretensji, jakos
    tak czuje
    > przez skórę. I czy nie ejst tak, że nie tyle przyjazd chłopaków,
    co tamte spraw
    > y
    > powodują, że myślisz o wycofaniu się? - nasze utarczki w przypadku
    nas dwojga nie wywołują większych problemów. Tak, jak ja sie
    wkurzam, że on np. siedzi na łajbie, a ja załatwiam remont, tak on
    może powiedzieć, że drażni go mój niewymiarowy czas pracy czy brak
    opiekuńczości. Ja tylko staję okoniem przed próbą wciśnięcia mi
    obowiązku, który nie jest mój. Gdyby mój mąż powiedział: słuchaj,
    chłopcy zamieszkają z nami, ale to moje dzieci, więc zrobię
    wszystko, co w mojej mocy, by w opiece nad nimi nie wyręczać się
    tobą, to pewnie byłabym ostrożna, ale nastawiona inaczej. A tak
    widze, że ktoś chce zrobić ze mnie konia.
  • 26.07.10, 13:01
    Wiesz co, marzyciel z tego Twojego męża. O wychowywaniu dzieci, a
    zwłaszcza nastolatków to można dużo powiedzieć, ale "bezproblemowo"
    to nie jest jedno z tych słów. I to na pewno nie Ty stanowisz źródło
    tych problemów, i to nie Ty musisz je rozwiązywać. Tylko że jesli
    Twój mąż ich teraz nie widzi to potem będzie juz tylko gorzej. Mój
    mąż od samego początku mi powtarzał, że ja nie mam wobec jego syna
    żadnych zobowiązań (sama się kilka razy tochę głupio wyrwałam jak z
    tym prasowaniem na przykład) i jeśli potrzebował pomocy a nie
    kolidowało to z moimi zajęciami to prosił mnie z wyprzedzeniem. A
    potem mi za to dziekował. Ale wszystkiego i tak się nie da
    przewidzieć. A jesli z was dwojga to Ty jesteś bardziej
    odpowiedzialna i przewidująca to siła rzeczy spadnie to na Ciebie.
  • 26.07.10, 11:03
    o rany, Edwina, niepowazny jakis ten Twoj facet czy co?!

    szczerze mowiac, czytajac to wszystko, mam wrazenie, ze z jego
    strony to jest takie niezobowiazujace chciejstwo. pobyl troche z
    dziecmi w czasie wakacji i nabral ochoty na tatusiowanie na stale.
    ale nie ma pojecia z jakimi obowiazkami to sie wiaze i nawet nie
    podjal wysilku, zeby sie zorientowac jak moznaby to zorganizowac (te
    sprawy szkolne to przeciez podstawa). wiec nie martwilabym sie na
    zapas. ale oczywiscie uswiadomienie mu, ze nie Ty jestes rodzicem i
    nie na Tobie spoczywa odpowiedzialnosc to kluczowe. dziwne, ze tego
    nie widzi.

    btw, w jakim wieku te 'maluchy'? samodzielne czy rozpaskudzone?
    acha, zauwazylam ze ta przeprowadzka do Was wiazalaby sie ze zmiana
    kraju pobytu. no, gratuluje optymizmu i beztroski Twojemu
    partnerowi.

    --
    Gdy mówisz, co będzie w przyszłym roku, diabeł chichocze.
  • 26.07.10, 11:23
    Chłopcy mają 13 i 14 lat, więc nie jest to jeszcze moment, w którym
    są w pełni samoobsługowi. Mieszkamy na wsi, 25 km pod dużym miastem.
    Raczej do szkoły musieliby pójść w mieście. Nie wyobrażam sobie, by
    codzienie sami jeździli godzinę - półtorej autobusami. Ojciec ich
    raczej woził nie będzie, bo jego firma jest w mieście położonym w
    całkiem innym kierunku. Czyli wychodzi na mnie. A jak napisałam -
    mam wolny zawód z płynnym czasem pracy.
    Poza tym obaj uprawiają sport. I znowu - kluby są w mieście, nie u
    nas.
    Wiecie, ja nie mam jakiś wielkich odczuć matczynych wobec tych
    chłopaków. Ale makabrycznie wku***wia mnie fakt, że wszyscy sobie
    układają życie nie biorąc ich pod uwagę. w sensie: rodzice się
    rozstali i tata wrócił do Polski, po czym nie starał się wrócić do
    nich. Mama zmieniala mężczyzn jak rękawiczki i też zdaje się, że nie
    wnikała. Później zginęła, chłopcy przeżyli traumę, zadecydowano, że
    zastaną w znanym sobie miejscu i teraz znowu komuś coś nie pasuje,
    więc to oni mają się dostosować. Cholera, sama mam ochotę ich
    zbuntować, jeśli jeszcze nie robią tego bez niczyjej ingerencji.
  • 26.07.10, 11:36
    Odnośnie niezobowiazującego chciejstwa - ponoć to teściowa chce z M
    porozmawiać o dzieciach. Może doszła do wniosku, że za mało się
    angażuje. Rozsądny wniosek swoją drogą. I zdaje się, że chce mu
    oddać dzieci.
  • 26.07.10, 11:36
    czegos nie rozumiem. chlopcy sa teraz polsierotami, a ojciec ich
    nie bedzie wozil? czyli kto ma ich wozic, krolewna Sniezka?

    no, sorry Winnetou, ale mam wrazenie, ze tatus powinien im troche
    wiecej czasu i uwagi poswiecic w takiej sytuacji. swoimi wlasnymi
    rekami, a nie swojej anielskiej zony. nie doczytalam wczesniej, ze
    chlopcy nie maja matki. w tej sytuacji chyba jednak powinni
    zamieszkac z Wami. ale nie kosztem zwalenia obowiazkow na Ciebie.
    slusznie robisz, ze usilujesz dogadac szczegoly logistyczne.

    --
    Gdy mówisz, co będzie w przyszłym roku, diabeł chichocze.
  • 26.07.10, 11:49
    Ja natomiast uważam, że nie powinni zamieszkać z nami, bo mieli w
    życiu zbyt wiele traum i kolejna w postaci zmiany kraju, zostawienia
    przyjaciół i znanych sobie miejsc, nie jest im potrzebna; tylko ich
    ojciec powinien zamieszkać z nimi zagranicą. Mówiłam mu o tym po
    śmierci ex, ale on stwierdził, że skoro 10 lat temu podjął decyzję o
    powrocie do Polski, to już jej nie zmieni.Mówiłam, że nie mamy
    dzieci wspólnych, dopiero kupowaliśmy dom i byliśmy w sytuacji, w
    której jeszcze można było wiele rzeczy odkręcić. Fakt, bolałoby mnie
    serce, jego pewnie też, ale ja bym tak zrobiła.
  • 26.07.10, 11:54
    rozumiem, ze Ty sie z nim za ta granice nie mialas zamieru wybrac?
    ech, dylematy.

    a czy Twoj maz sie czesto widuje z tymi chlopakami? a Ty znasz ich
    dobrze? fajni sa? mowicie tym samym jezykiem? boisz sie na zapas
    czy spedzilas z nimi jakies wakacje albo co?

    --
    Gdy mówisz, co będzie w przyszłym roku, diabeł chichocze.
  • 26.07.10, 12:04
    Nie zamierzałam się z nim wyprowadzić. W "lutowej" częsci wątku
    wspominałam, że sporo czasu (jeszcze w okresie szkolnym, stąd
    świadomość, że dla chłopców zmiana byłaby trudna) spędziłam na
    emigracji i z pełną premedytacją wybrałam Polskę na swoje miejsce do
    życia.
    Nie mówimy wspólnym językiem, co dość ostro ogranicza możliwość
    porozumienia się. Nie spędzałam z nimi nigdy wakacji, to ojciec ich
    zwykle gdzieś zabierał. Częsciowo było to spowodowane faktem, że
    nasze ostatnie miszkanie było bardzo małe i trudno się w nim żyło
    przy większej ilości domowników, więc lepiej było gdzieś ich zabrać.
    Ja nie jeździłam z nimi, bo uznawałam, że to czas dla ojca i dzieci,
    poza tym np. wyjazdy na narty mnie nie pociągały, bo nie trawię
    sportów zimowych.
    Naturalnie widywałam ich, bywali w naszym mieszkaniu na krótko. Nie
    powiem, że są wyjątkowo cudowni, czy wyjątkowo wkurzający. Są
    nerwowi i krzykliwi. Nawet mnie to nie dziwi specjalnie. Poza tym
    brak jakiegokolwiek wspólnego języka dość mocno przeszkadza w
    komunikacji.
  • 26.07.10, 12:34
    A w sprawie szkoły, to nie wiem gdzie ci chłopcy mieszkają teraz,
    ale mając porównanie polskich szkół i brytyjskich to jesli przyjadą
    z Europy zachodniej to w polskim gimnazjum może byc im bardzo
    ciężko. Jeśli mają 13 i 14 lat to trafią do pierwszej i drugiej
    klasy. Gimnazjum trwa 3 lata, a potem jest egzamin, który ddecyduje
    o dalszej edukacji. Polska szkoła jest bardzo stresująca, dzieci w
    UK na przykład nie wiedzą co to jest wywoływanie do tablicy, tu nie
    ma mowy o publicznym podawaniu ocen i o żadnych sprawdzianach bez
    zapowiedzi, czy wypracowaniach na następny dzień. Dla dzieciaka
    wychowanego w bezstresowej szkole zachodniej Europy to może być
    szok. O języku polskim, który do najłatwiejszych nie należy nie
    wspomnę. A tu jeszcze trzeba Krzyżaków przeczytać...
  • 26.07.10, 11:53
    Moim zdaniem to wszystko zależy od tego w jaki sposób ci chłopcy
    byli wychowywani do tej pory. Znam dzieci w tym wieku (sama byłam
    taka), które same sprzątają, robią zakupy a jak trzeba to i obiad
    ugotują, i nie dyskutują. Ale niestety dostał mi się egzemplarz,
    również 14-letni (na szczęście jeden tylko), który przez matkę nie
    został nauczony niczego. A ponieważ podobnie jak w Twoim
    hipotetycznym przypadku przeprowadzka była do innego kraju co
    wiązało się ze zmianą szkoły, kultury i języka, postanowilismy nie
    obarczać go na początku żadnymi obowiązkami domowymi. W efekcie
    Młody jednego wieczoru brudził 6 szkalnek i tyle samo talerzy, bo
    jak sobie szedl nalać soku do kuchni to za każdym razem nowe
    wyciągał. Wszędzie walały się jego brudne rzeczy, nic nie odkładał
    na miejsce. W dodatku ponieważ tu gdzie mieszkamy w szkole
    obowiazują mudurki w postaci spodni w kantke i białych koszul(z
    długim rękawem, brrr) zgadnijcie kto mu je prasował? Ale oczywiście
    był wieczny problem z odkładaniem brudnych ubrań do kosza na brudy,
    a potem z zanoszeniem wyprasowanych do szafy. Prania tez nei miał
    kto powiesić, ani pozbierać, na prośby z mojej strony na przykłąd o
    pozbieranie prania lub wyciągnięcie deski do prasowania (jego
    pieprzonych koszul) słyszałam "a dlaczego ja??". A ubrania które
    wyprasowałam poświęcając mój czas leżały rozrzucone na brudnej
    podłodze razem z brudnymi. Powiedziałam dość. Teraz młody jak chce
    mieć wyprane i wyprasowane to robi to sam. naczyn tez po nim nie
    myje. i ma liste obowiazkow w domu, odpowiednich do wieku.
    Ale bardzo duzo frustracji mnie to kosztowalo, więc jesli mogę ci
    coś poradzic to jeśli rzeczywiście dojdzie do wspólnego mieszkania
    to ustalcie jasno zasady kto ma co robic, a i tak mi się wydaje, że
    nie ma dobrego wyjścia z tej sytuacji.
    O rany, chyba to nie zabrzmiało pocieszająco. Nie było moim celem
    Cie straszyć, ale nie na darmo rzadko się słyszy o udanych adpocjach
    nastoletnich dzieci.
  • 26.07.10, 12:08
    Alannda, nie wystraszyłaś mnie, jestem w stanie przewidzieć, że
    takie sytuacje będą miały miejsce. Tyle, że ja nie mam i nie miałam
    własnych dzieci, w moim życiu brak obowiazków związanych z
    potomstwem i to nie jest tak, że mąż by mi przywiózł kilka
    dodatkowych dzieciakó do stadka, więc zamiast zrobić 10 naleśników,
    zrobię ich 12. Dla mnie to zupełnie nowe życie i to takie, w które
    musiałabym wejść bez jakiegokolwiek przygotowania.
  • 26.07.10, 12:22
    Ja też nie miałam wcześniej do czynienia z nastolatkiem na gruncie
    domowym. I mnie muszę przyznać sytuacja zaskoczyła bardzo, na
    przykłąd to, że czternastolatek nie wie jak się myje buty i że się
    je w ogóle myje, albo, że ręcznik to jest rzecz osobista i używa się
    tylko swojego, że się nie bierze cudzych rzeczy bez pytania i takie
    tam. Nastolatek to nie jest dziecko, on już swoje podstawowe nawyki
    ma ukształtowane, zmienic je można tylko ciężką praca (jego własną)
    pod warunkiem że ma chęć. A jeśli chęci nie ma a te nawyki i
    podejście do życia ma zupełnie inne niż twoje to katastrofa gotowa,
    jak w moim przypadku. Bo z moim mężem na początku też mielismy różne
    podejścia i tzreba się bylo docierać, ale oboje tego chcielismy i
    wypracowalismy jakiś kompromis. I kolejna osoba do tego to już się
    raczej nie uda. Jak już kiedys tam wspomniałam, odkąd Młody z nami
    zamieszkał ja się we własnym domu czuję trochę jak w akademiku.
  • 26.07.10, 22:50
    > Aj, pewnie teraz w dołku jestem, ale chyba przyjdzie mi się zmywać z
    > tego układu.

    bez względu na dołek i tak wychodzi, że nalezy się zmywać. O czym zreszta
    pisałam tu jakieś pól roku temu.

    PS. a teksty pt "wydziwiasz" (dosłownie brzmiał "wymyślasz" lub "przesadzasz")
    znam ze swojego, zakończonego rozwodem, związku. Komentarze te dotyczyły
    dokładnie tego samego rodzaju pytań o przełożenie idei na realne plany i
    zobowiązania.
    --
    Większość ludzi to ssaki.
  • 26.07.10, 23:09
    Czyli jeszcze nie oszalałam i nie dałam sobie wmówić, że cała
    sytuacja to moja wina, a problemy związane z zamieszkaniem chłopaków
    to pikuś, który da się załatwić w pięć min., gdybym tylko się nie
    stawiała?
  • 26.07.10, 23:29
    Stawiaj się, stawiaj. I nie daj sobie nic wmawiać. Myślenie o
    konsekwencjach przed podjęciem decycji to dobra rzecz. A szantażowi
    emocjonalnemu powiedz głośne nie. Pozdrawiam.
  • 26.07.10, 12:22
    jak dla mnie, to wszystkie te historie o zabieraniu dzieci przez
    ojca do siebie sa placem po wodzie pisane. Zdziwilabym sie bardzo,
    gdyby sie zmaterializowaly do realnego wydarzenia.

    --
    Odkryłem jednak, ze mężczyżni, którzy biją kobiety, nie mają do
    opowiedzenia żadnych historii o bójkach z mężczyznami. Są aż tak
    słabi.
    ________________________________________________Steve Harvey
  • 26.07.10, 12:29
    Być może. Tylko powiedz mi Tully po co ta rozgrywka pomiędzy M, jego
    teściową a mną? Po co te powtarzające się akcje? Nie wiem, czy
    chłopcy o tym wiedzą, ale jeśli tak, to z pewnością czują się jak
    śmierdząca paczką, którą sąsiedzi podrzucają sobie spod drzwi do
    drzwi.
  • 26.07.10, 12:53
    jeszcze jedno pytanie. ci chlopcy w ogole chca zamieszkac z tata?
    i chca mieszkac w Polsce? czy to bedzie dla nich jak zeslanie?

    --
    Gdy mówisz, co będzie w przyszłym roku, diabeł chichocze.
  • 26.07.10, 12:55
    Nie wiem. Zadałam to pytanie - czy ktokolwiek pytał ich o zdanie,
    ale nie doczekałam się odpowiedzi. Raczej wątpię, by zależało im na
    opuszczeniu kraju, którego obywatelami się czują, swoich kolegów i
    szkół. Ale zdaje się, że oni, podobnie jak ja, mają w tym układzie
    najmniej do powiedzenia.
  • 26.07.10, 14:25
    Dziewczyny, podpowiedzcie mi jak wyjaśnić mojemu mężowi, że jego
    oczekiwania wobec mnie są przerośnięte oraz, że porywa się z motyką
    na słońce? Ja nie twierdzę, że nie powinien wziąć odpowiedzialności
    za swoje dzieci, przeciwnie, ale żeby podszedł do sytuacji ze
    zrozumieniem kilku stron.
    Z jednej strony nie widuje się z dziećmi zbyt często, nie wiem kiedy
    i jak często dzwoni czy rozmawia na skypie - nie sprawdzam, mimo to
    na moje stwierdzenia, że nie jest dla nich ojcem, bo gdyby był, to
    wiedziałby kiedy mają kolejną wizytę u dentysty, jak ma na imię ich
    nauczycielka angielskiego i znałby rodziców ich najlepszych kumpli -
    obraża się. Bo przecież wiem jaka jest sytuacja, że jest daleko i to
    zrozumiałe, że takich rzeczy nie wie. Tylko dla mnie - skoro nie wie
    takich podstaw, to skąd ma wiedzieć kim są jego dzieci, jakie mają
    charektery, potrzeby, namiętności? Skąd ma wiedzieć jak z nimi
    postępować i czy naprawdę wydaje mu się, że powinien eksperymentować
    na żywej tkance? szczególnie na tkance już tak dotkniętej?
  • 26.07.10, 15:19
    A może właśnie tak jak tutaj to opisujesz, czarno na białym, po
    kolei, albo sobie zapisz w punktach i mu odczytaj.Nie znam Ciebie
    ani Twojego męża, zależy na ile zazwyczaj jestes w stanie go do
    czegokolwiek przekonać. I nie zgodzę się, że mieszkając osobno,
    nawet w innych krajach nie można się dziećmi interesować i dużo o
    nich wiedzieć. Ale może zacznijcie od wyjasnienia powodów tej
    przeprowadzki, bo zdaje się że pisałaś wcześniej, że dzieciom było
    dobrze u dziadków. I może warto byłoby samych zainteresowanych
    włączyć w proces decyzyjny, w końcu ich życie też ma być wywrócone
    do góry nogami.
  • 26.07.10, 16:17
    No przeciez sama wiesz, ze powodow moze byc setki. tesciowa moze
    uwaza, ze chlop nie docenia jej pracy. Moze ma zwyczajnie dosc. Moze
    on chce sie dowartosciowac, pozbyc wyrzutow sumienia, albo
    denerwujac cie karze cie za to, ze nie chcesz byc tym, czym jemu
    byloby wygodnie, zebys byla. Znalezc uzasadnienie tego, ze nie
    opiekuje sie dziecmi ( robilbym to, gdybys ty nie rzucala mi klod
    pod nogi).

    To wszystko mco wymieniam, nie swiadczy o tym, ze on jest zlym
    czlowiekiem, czy ze robi to swiadomie. Ot, takie psychologiczne
    gierki, ktore kazdy z nas uprawia, by sie lepiej poczuc.



    --
    Odkryłem jednak, ze mężczyżni, którzy biją kobiety, nie mają do
    opowiedzenia żadnych historii o bójkach z mężczyznami. Są aż tak
    słabi.
    ________________________________________________Steve Harvey
  • 26.07.10, 16:55
    Co w takim razie ja powinnam zrobić? Przyjąć wszystko za dobrą
    monetę, nie wnikać i mieć nadzieję, że to tylko gierki, za którymi
    nic nie stoi? A może zapewnić go, że w razie takiej sytuacji, to ja
    normalnie ze śpiewem na ustach rzucę swój zawód i zostanę
    nauczycielką, by mieć dwa miesiące w roku, które będę mogła
    poświęcić na opiekę nad jego dziećmi?
  • 26.07.10, 17:31
    Myslę, że powinniście porozmawiać szczerze o jego oczekiwaniach i
    twoich wątpliwościach, a jesli on nie zechce się do tychże
    ustosunkować to powinnaś się zastanowić czy chcesz z nim zostać czy
    nie, bo chyba rozważałas i taką opcje. Takie jest moje zdanie. Chyba
    wiążąc się z dzieciatym facetem brałaś pod uwagę, że te dzieci się
    mogą kiedyś w waszym życiu pojawić. Dla mnie dziwne jest to, że się
    nie pojawiły po śmierci matki, dawno to było? Może wtedy byłoby i im
    i wam łatwiej, bo młodsze dzieci szybciej się adaptują. Za mało
    informacji by cokolwiek radzić. Nie masz kogoś bliskiego, kto zna
    waszą sytuację, kto mógłby Ci doradzić? Bo czekanie az "jakoś to
    będzie" nie jest najlepszym rozwiązaniem i na to się nie gódź na
    pewno.
  • 26.07.10, 21:07
    Dla mnie dziwne jest to, że się
    > nie pojawiły po śmierci matki, dawno to było? Może wtedy byłoby i
    im
    > i wam łatwiej, bo młodsze dzieci szybciej się adaptują.
    - od wypadku minęło półtora roku, więc chłopcy wówczas wcale nie
    byli na tyle mali, by się szybko zaadaptować do nowego miejsca.
    Pisałam wcześniej, że po śmierci ex rozważano wiele scenariuszy,
    pomagali w tym psychologowie, spece z urzędów ds. dzieci, pedagodzy
    i zdecydowana większość zgodnie stwierdziła, że w takim momencie
    trudno o gorsze rozwiązanie niż przeprowadzka chłopców do innego
    kraju. Ich zdaniem należało im zapewnić jak największą ciągłość
    sytuacji sprzed wypadku. Dziadkowie mieszkali na tym samym osiedlu,
    niewielki kawałek od miejsca, gdzie chłopcy mieszkali z matką, więc
    nie musieli zmieniać ani szkoły, ani klubów - przynajmniej w tej
    części wszystko zostało po staremu.
    Nie będę czekała na "jakoś tam będzie". Ale stwierdziłam, że to
    mężowi pozostawię załatwienie sprawy również ze mną. Niech wreszcie
    weźmie odpowiedzialność za swoje decyzje.
  • 26.07.10, 21:56
    Czytając to wszystko mam wrażenie, że jestem w jakimś matriksie...
    Facet olewa dzieci, po śmierci ich matki nie czuje się w obowiązku by się nimi
    zająć, wikła teściów w wychowanie chłopców, następnie wciąga obecną żonę we
    własne obowiązki, których sam nie był w stanie się podjąć. Do tego nie licząc
    się z przyszłością dzieci i ich odczuciami dla własnej wygody chce je sprowadzić
    na swój teren by ułatwić sobie życie... To jakiś kosmos... Edwina, dla mnie
    chyba największym problemem byłby egoizm Twojego partnera, a nie to czy dzieci
    zamieszkają z Wami czy nie. Z tego co piszesz Twój facet jawi mi się jako mega
    egoista przedkładający własną karierę i święty spokój nad ludzi, których
    powinien kochać, szanować i o nich dbać. Może mam zły obraz Twojego faceta, może
    oceniam go niesprawiedliwie ale póki co taki mi się jawi nieciekawy obraz
    Twojego męża.

  • 27.07.10, 09:43
    Mój mąż jest egoistą, może nie do tego stopnia, jaki jawi się z tego
    wątku, ale bez wątpienia jest. Wobec siebie potrafię ten jego egoizm
    dość szybko ukrócić, w kwestię jego dzieci nie chciałam przez długi
    czas wnikać, uznająć, że jest dorosłym człowiekiem i sam powinien
    wiedzieć, co i jak należy zrobić.Oczywiście po śmierci ex odbyłam z
    nim długą rozmowę, wyraziłam swoją opinię w kwestii jego obowiązków
    i ponownie pozostawiłam to pod jego rozwagę. Niestety nie wzięłam
    pod uwagę faktu, że do perfekcji opracował odsuwanie od siebie
    problemów. Zdarza się, często mierzymy innych swoją miarą.
    Wczoraj zmusiłam go do rozmowy. Próbowałam się dowiedzieć skąd temat
    zamieszkania dzieci z nami i czy w ogóle rozmawiał z nimi na ten
    temat. Na pierwsze pytanie usłyszałam odpowiedź, że on chce wreszcie
    dowiedzieć się, czy jeśli zdarzy się taka sytuacja, to ja mu pomogę,
    czy też odsunę się do swoich spraw, na drugie: że pytał o to
    chłopców po śmierci ex, oni mieli się zastanowić, ale po dodatkowych
    pytaniach stwierdził, że nie zapytał ich o to ponownie.
    hm. nóż mi się w kieszeni otwiera. On nie ma żadnego pomysłu,
    żadnego planu na ich ewentualny przyjazd. Przez te półtora roku nie
    skontaktował się z kuratorium by dowiedzieć się o ewentualnych
    kryteriach przyjęcia do szkoły, nie zastanowił się w jaki sposób
    ułożyć swoje sprawy służbowe, by więcej czasu spędzać w domu. Moje
    pytania tylko go rozsierdzały. Bo przecież takie szczegóły to się
    dogra później. A najważniejsze teraz jest, czy jeśli chłopcy
    zamieszkają z nami, to ja się od nich nie odwrócę i czasami mu
    pomogę...
    ręce mi opadają
  • 27.07.10, 11:35
    spoko Edw-ina, nie panikuj. moim zdaniem jedyne mozesz robic to co
    robisz: tlumaczyc jak krowie na rowie, ze to jego dzieci, a nie
    Twoje. i ze jesli chce przejac opieke to musi miec swiadomosc, ze
    dzieciaki beda wymagaly sporo uwagi, pomocy (logistycznej,
    jezykowej, wsparcia emocjonalnego, troski o zdrowie, nadzoru,
    wychowywania i nie wiem czego jeszcze). i ze musi byc na miejscu,
    jesli chce im to zapewnic. bo to on ma zapewniac, a nie Ty. on,
    swoimi recami. jesli tego nie zrobi to .... albo sie wszystko uda
    przy odrobinie szczescia albo bedziesz miala niezly Meksyk. dwoch
    dorastajacych chlopakow po przejsciach, bez przyjaciol, bliskich i
    opieki. tatus na lajbie, a Ty zabarykadowana w swoim pokoju. hm....
    jakos sie nie dziwie, ze nie skaczesz z radosci. poczekaj jednak
    cierpliwie, jeszcze nie wiadomo czy cos z tego wyjdzie.

    edw-ina napisała:
    >> A najważniejsze teraz jest, czy jeśli chłopcy
    zamieszkają z nami, to ja się od nich nie odwrócę i czasami mu
    pomogę...

    jassne. so far so good. tylko zdefiniujcie sobie wspolnie
    pojecie 'pomocy'. kluczowe tutaj. bo jesli on uwaza, ze Twoja
    pomoc oznacza, ze bedziesz sie zajmowac jego dziecmi ZAMIAST NIEGO,
    a Ty bedziesz uwazac, ze pomoc to zabranie dzieciakow na lody raz w
    miesiacy to mozecie sie obudzic z reka w nocniku oboje. proponuje
    spisac a) obowiazki codzienne, b) obowiazki cotygodniowe, c)
    obowiazki sporadyczne i sprecyzowac przy ktorych bedzie ewentualnie
    potrzebna Twoja pomoc.

    w razie watpliwosci, wg polecam definicje slownikowa 'pomagania'.
    pomóc — pomagać
    1. «wziąć udział w pracy jakiejś osoby, aby ułatwić jej tę pracę»
    2. «dokonać jakiegoś wysiłku dla dobra jakiejś osoby, aby jej coś
    ułatwić lub poratować ją w trudnej sytuacji; też: dać komuś coś»
    3. «przydać się do czegoś»
    4. «przyczynić się do czegoś, ułatwić coś»

    nie mylic z wyreczeniam.

    no i nie denerwuj sie na zapas. jakos tez mi sie zdaje, ze jest
    jakies 6% szansy na te zmiany.

    --
    Gdy mówisz, co będzie w przyszłym roku, diabeł chichocze.
  • 27.07.10, 11:54
    no i nie denerwuj sie na zapas. jakos tez mi sie zdaje, ze jest
    > jakies 6% szansy na te zmiany.
    - też mi się wydaje (przynajmniej w tej chwili), że mimo wszystko
    sami teściowie by raczej straszyli niż oddali, ale ta cała sytuacja
    w moich oczach postawiła mojego męża w fatalnym świetle. Pokazała,
    że boi się podjąć wyzwanie, że zamiast wziąć byka za rogi woli
    udawać i skupiać się na wszystkim innym niż meritum problemu, że
    używa mnie jako wymówki i nie dociera do niego, że to on - dorosły
    człowiek i ojciec dzieciom powinien zmienić swoje życie dla własnych
    dzieci, które już mają nieźle skopane życie, a nie dodawać im
    kolejnych problemów.
    Jak widać czasami postawa twoje dzieci, twój problem również nie
    przynosi dobrych skutków.
  • 27.07.10, 16:51
    Wiesz, jakby mój chłop przejawił taki talent do migania się od tego,
    za co jest odpowiedzialny, to jednak bym podziękowała za związek.

    Po pierwsze, on nie liczył się ze swoimi dziećmi, kiedy wyjeżdżał do
    Polski (chłopcy nawet po polsku nie mówią - jakim cudem mają dać
    sobie radę w szkole??????).

    Po drugie - nie pomyślał, że nieszczęścia chodzą po ludziach i Eksi
    może się coś stać(i się stało!). Wiem, o czym mówię, bo z jedej
    strony mam własne dzieci, a z drugiej strony z facetem sto lat temu,
    na bardzo wczesnym etapie bycia parą omówiliśmy taki przypadek.

    Po trzecie - kompletnie nie liczy się z Tobą. Polecam wpisy
    Konstancji, która precyzyjnie wyliczyła, co powinien był ustalić ON.
    Z własnej inicjatywy i w sposób dla niego wiążący. To on jest
    odpowiedzialny za swoje dzieci z ednej strony, a za małżeństwo z
    Tobą z drugiej.
    --
    Wielbię mojego ukochanego chłopa smile
  • 27.07.10, 20:08
    o, Monique. dawno Cie tu nie bylo. wiesz co? okrrrropna masz
    sygnaturke, za kare ja musisz miec? przegralas jakis zaklad czy
    cus?

    wink)))

    --
    Gdy mówisz, co będzie w przyszłym roku, diabeł chichocze.
  • 26.07.10, 22:34
    A co ci psychologowie i spece z urzędów uważają teraz? Półtora roku
    to rzeczywiście nie tak dawno. Moim zdaniem skoro dziadkowie już nie
    chcą/nie mogą/nie dają rady zajmować się nimi to naturalnym jest, że
    powinien zająć się nimi ojciec. A może wystarczyłoby, żeby jakoś
    bardziej się zaangażował w ich wychowanie, częściej odwiedzał,
    zapraszał do was? Tym dziadkom pewnie też nie jest łatwo. W końcu
    zostało im kilka lat szkoły, wyrywanie ich ze środowiska bez
    znajomości języka na tym etapie jest moim zdaniem bez sensu.Tylko
    wiesz, to nie ty powinnaś się nad tym zastanawiać ale on, bo to w
    końcu jego dzieci.
  • 27.07.10, 09:59
    ja bym sie przede wszystkim nie przejmowala. I w koncu mozesz
    zadeklarowac, ze bedziesz JEMU POMAGALA w opiece nad JEGO dziecmi,
    np zabierzesz je do kina albo na lody wink)

    Ale sadze, ze twoje postepowanie pod tytulem - sprowadzanie pana na
    ziemie jest sluszne. Bo jesli byscie mieli zajac sie dziecmi, to on
    m,usi miec swiadomosc, z czym to sie wiaze.
    --
    Odkryłem jednak, ze mężczyżni, którzy biją kobiety, nie mają do
    opowiedzenia żadnych historii o bójkach z mężczyznami. Są aż tak
    słabi.
    ________________________________________________Steve Harvey
  • 27.07.10, 15:03
    Uff, facet ma dzieci i to on po śmierci matki ma obowiązek się dziećmi zaopiekować. Powinien dzieci zabrać do siebie od razu po śmierci matki. Gadki w stylu...trauma przeprowadzki i że specjaliści powiedzieli, że lepiej będzie jak zostaną u dziadków to jakieś wyssane z palca bzdury.To rodzice decydują, gdzie dzieci mają mieszkać. Często zdarza się, że cała rodzina musi zmienić miejsce zamieszkania, czy to inne miasto, czy nawet inny kraj i nigdy nie słyszałam, żeby w takiej sytuacji przyszło komuś do głowy zostawiać dzieci u ciotek lub babek, no bo przecież one się tu przyzwyczaiły i nie mogą zostawić swoich kumpli.Facet spłodził synów i musi wziąć za nich odpowiedzialność.Czy to nie było tak, że nie wziął ich pod opiekę zaraz po śmierci matki, bo ty stawałaś okoniem? A teraz walczy z wyrzutami sumienia i wciąż cię zadręcza bo nie uznał, że ma problem z głowy?
    Ja oczywiście uważam, że nie masz żadnego obowiązku brać sobie obce dzieci na głowę, szczególnie, że jak widzę żadnej ochoty na to nie masz i myślę, że to niczym dobrym dla ciebie i dzieci by się nie skończyło.Natomiast nie wyobrażam sobie, że będziesz mogła dalej żyć sobie spokojnie z twoim mężem wiedząc, że tam gdzieś mieszka jego 2 synów- właściwie sieroty, którymi opiekują się dziadkowie. I co to za tłumaczenie, że mąż nie umie wychowywać????To się chłop nauczy.
    Moim zdaniem jeśli nie chcesz mu pomóc w wychowywaniu dzieci a wspólnych dzieci nie macie powinniście się rozstać, on natomiast musi chłopaków zabrać do siebie i zająć się nimi wreszcie. W końcu go życie zmusi do odpowiedzialności. Bo to chyba nie babcia z dziadkiem dzieci "robiła" tylko on. Przepraszam, że tak ostro, ale szlag mnie trafia na takich beztroskich panów.
  • 27.07.10, 15:33
    Nie oczekiwałam poklepywania po plecach, więc muszę liczyć się
    również z takimi opiniami jak twoje.
    Nie było mnie przy rozmowie dt. przyszłości dzieci. Pogrzeb był za
    granicą, ja w tym czasie leżałam w łóżku z zapaleniem płuc.Decyzje
    zostały podjęte poza mną. To, o czym pisałam odnośnie gremium -
    przedstawiłam z opowieści M i jego teściowej.
    NIe wiem skąd przyszło ci do głowy, że jeśli odejdę od męża on
    weźmie dzieci do siebie. Ja mu w tym nie przeszkadzam, zresztą
    uważam, że obowiązki ma się niezależnie czy ktoś nam w nich
    przeszkadza czy pomoga. Nie godzę się jedynie na to, by zajmował się
    nimi moimi rękoma. Jeśli widziałabym, że bierze odpowiedzialność,
    potrafi zmienić swój tryb życia nie tylko na chwilę, nie na pokaz -
    pomogłabym mu.
    I Smuga - możesz mi radzić, ale nie pisz proszę, co mam zrobić ze
    swoim życiem, bo to jest mój wybór i moja odpowiedzialność.Ja przed
    nią nie uciekam.
  • 27.07.10, 17:53
    Proponuję sporządzić kalendarz tygodniowy/miesięczny czasu pracy męża. Następnie
    zapytać go co zamierza robić z dziećmi podczas swojej nieobecności. Rozpisać
    sprawy codzienne do "załatwienia" i zapytać co, kto i kiedy powinien zrobić...
    Wtedy czarno na białym będzie wiadomo co oznacza w słowniku Twojego męża
    "POMOC". Poza tym pomysł sprowadzania wychowanych w Anglii chłopaków (o innej
    kulturze, światopoglądzie i poziomie wykształcenia niż polscy rówieśnicy) oraz
    nieznających języka jest pomysłem co najmniej niepoważnym i pozbawionym
    jakiejkolwiek refleksji dot. skutków tych zmian na życie i przyszłość dzieci.
    Naprawdę nie zazdroszczę sytuacji ani męża.
  • 27.07.10, 21:06
    >Gadki w stylu...trauma przeprowadzki i że specjaliści powiedzieli, że >lepiej
    będzie jak zostaną u dziadków to jakieś wyssane z palca bzdury.

    Smuga, czy jako nastolatka probowalas zmienic kraj zamieszkania? Czytajac Twoj
    post bardzo watpie. I czym innym jest zmiana otoczenia jak sie ma dwoje
    kochajacych, wspierajacych i starajacych sie rodzicow, a czym innym jak czlowiek
    sobie probuje poradzic ze smiercia ukochanej osoby, ojca w zasadzie nie zna, a
    dodatkowo na horyzoncie jest macocha, ktora nie jest ukladem zachwycona.
    Ja bylam od tych chlopakow 3-4 lata starsza jak zmienilam miejsce zamieszkania,
    w dodatku zrobilam to z wlasnej woli, ale i tak bylo to bardzo trudne
    doswiadczenie zyciowe, wiec jestem sobie w stanie wyobrazic, ze pozostanie z
    dziadkami w ich sytuacji to lepsze rozwiazanie niz wyjazd do weekendowego ojca.

    > To rodzice decydują, gdzie dzieci mają mieszkać.

    Tylko do pewnego momentu/wieku mozna dziecko do czegokolwiek zmusic. A i to
    zazwyczaj kiepsko sie konczy.

    > Często zdarza się, że cała rodzina musi zmienić miejsce >
    zamieszkania, czy to inne miasto, czy nawet inny kraj

    ale tu wlasnie pies jest pogrzebany - czym innym jest cala rodzina, a
    czym innym dwoch chlopcow bez wsparcia znikad.

    > nigdy nie słyszałam, żeby w takiej sytuacji przyszło komuś do > głowy
    zostawiać dzieci u ciotek lub babek, no b
    > o przecież one się tu przyzwyczaiły i nie mogą zostawić swoich > kumpli.

    To malo slyszalas. Malo jest 'sierot emigracyjnych' w Polsce, bo rodzice
    pojechali na Wyspy a dzieciaki zostaly z dziadkami?

    > Moim zdaniem jeśli nie chcesz mu pomóc w wychowywaniu dzieci

    Alez przeciez ed-wina chce pomoc. Tylko nie chce go wyreczac. To jest zasadnicza
    roznica.

    --
    http://alterna-tickers.com/tickers/generated_tickers/p/plf5t016c.png
  • 28.07.10, 01:01
    dzięki. Bardzo dziękuję Wam wszystkim.
  • 28.07.10, 18:25
    Zrob listy co musi byc zrobione przed przyjazdem chlopcow wlasnie
    typu tel do kuratorium, zapisanie do szkoly, znalezienie dentysty,
    potem liste co bedzie musialo byc robione kazdego dnia: dojazdy,
    pranie, gotownaie, sprzatanie itp i daj mu do wgladu. Niech sie
    zastanowi czy jest w stanie to robic, bo ty nie mozesz. Twoj maz jak
    wielu facetow uwaza ze wszystko jakos sie zrobi-rekami kobiety i
    prawdopodobnie nie ma pojecia ze wlasnie z tylu rzeczy do zrobienia
    ("drobiazgow") sklada sie zycie kobiety.
    Moj sam, chc inteligentny i wyksztalcony, pyta co jakis czas co dzis
    robilam, wtedy mam ochote go udusic. Bo to przeciez nic, wziac
    pranie, posegregowac, wsadzic do pralki, nastawic, wyjac, wsadzic do
    suszarki, wyjac, poskladac, poroznosic po garderobach..tylko jak sie
    podliczy czas potrzebny na wykonanie to juz sie sumuje...i tak jest
    ze wszystkim. Twoj chlop tez wymaga uswiadamiania, ze wszystko
    wymaga czasu a doba tez nie ma 48 godzin.
  • 28.07.10, 21:34
    Zrob listy co musi byc zrobione przed przyjazdem chlopcow wlasnie
    > typu tel do kuratorium, zapisanie do szkoly, znalezienie dentysty,
    > potem liste co bedzie musialo byc robione kazdego dnia: dojazdy,
    > pranie, gotownaie, sprzatanie itp i daj mu do wgladu.

    Ochujalas, pardon le mot?

    Ona ma poswiecac swoj czas by robic mu listy co ma robic z wlasnymi dziecmi? Ona
    ma za niego myslec? A co, on ma jakies braki w mozgownicy, ze sam nie wie, co
    trzeba zrobic?
    --
    Odkryłem jednak, ze mężczyżni, którzy biją kobiety, nie mają do opowiedzenia
    żadnych historii o bójkach z mężczyznami. Są aż tak słabi.
    ________________________________________________Steve Harvey
  • 28.07.10, 23:18
    CZasem trzeba jak chlopu sie wydaje ze to nie problem, nie zajmie to
    duzo czasu etc.
    "Ochujalas" zmilcze.
  • 29.07.10, 09:47
    [b]Postawa, ktora proponujesz to najwiekszy, podstawowy blad jaki
    mozna popelnic w zwiazku. Przejmujac odpowiedzialnsoc za sprawy
    drugiej osoby, mowiac mu co ma robic zabijamy w partnerze inicjatywe
    i poczucie odpowiedzialnosci. To zachowanie z gatunku kastrujacych i
    jesli mialabym jakokolwiek rade dotyczaca szczesliwego malzenstwa,
    to taka, zeby nigdy, przenikty nie brac na siebie odpowiedzialnosci
    za mowienie facetowi co ma robic.

    --
    Odkryłem jednak, ze mężczyżni, którzy biją kobiety, nie mają do
    opowiedzenia żadnych historii o bójkach z mężczyznami. Są aż tak
    słabi.
    ________________________________________________Steve Harvey
  • 29.07.10, 10:03
    Tully, jestem pod ogromnym wrażeniem tego, co piszesz w moim wątku.
    Wiem, że masz dość zdecydowane poglądy na temat
    związków/rodzicielstwa/machochowania itp. Mimo wszystko nie
    zmieszałaś mnie z błotem, wyjaśniłaś swój punkt widzenia na
    poszczególne części, dałaś kilka cennych rad. Bardzo dziękuję.
  • 29.07.10, 12:49
    Wiesz, nie bede udawac, ze rozumiem twoja postawe. We mnie
    osierocone dzieci, zwlaszca ukochanego czlowieka, budza
    natychmiastowe uczucia opiekuncze i zaraz bym je chciala przytulic
    do serca.
    Ale to nie oznacza, ze mialabym ochote wykonywac wokol tych dzieci
    czynnosci obslugowe w nadmiernej ilosci, choc sadze, ze
    demonizujecie - dzieci sa juz w takim wieku, ze moga tez wam ulzyc w
    roznych obowiazkach. Natomiast nie godze sie z wizja pod tytulem -
    ja mam dzieci a TY sie nimi zajmij.

    Zwlaszca ze twoj chlop nie zdaje sobie sprawy, ze jako rodzic i tak
    on bedzie musial zalatwiac sprawy urzedowe, bo kim ty jestes z
    prawnego punktu idzenia - nie laczy cie z chlopami wiez prawna,
    chyba ze ich adoptujesz.

    --
    Odkryłem jednak, ze mężczyżni, którzy biją kobiety, nie mają do
    opowiedzenia żadnych historii o bójkach z mężczyznami. Są aż tak
    słabi.
    ________________________________________________Steve Harvey
  • 29.07.10, 14:22
    Nie twierdzę, że dzieci M nie wzbudzają we żadnych uczuć, że nie
    jest mi przykro, kiedy pomyślę, w jaki sposób los (i rodzice)się z
    nimi obszedł. Jestem pod wrażeniem tego, jak dobrze mimo wszystko
    dają sobie radę z sytuacją.
    Wiem również, że chłopcy w tym wieku to już nie niemowlęta, które
    trzeba przewiajać i karmić na czas i pewnie w którymś momencie
    staliby się dla nas (dla mnie?) nawet pomocą.
    Teraz widzę, że tak naprawdę sprawa nie dotyczy ich, tylko mojego
    męża. Kto wie, gdyby nie wiele jego zachowań, to może nawet na to
    słynne "jakoś to będzie" bym nie reagowała. Ale znam je, widziałam
    je dziesiątki razy i poznałam konsekwencje. Masa spraw
    pozostawionych na ostatnią minutę, przesuniętych do granic
    możliwości, przede wszystkim stawianie własnego interesu nad
    potrzeby większego grona ludzi. Dam Ci drobny przykład sprzed kilku
    miesięcy. Byliśmy w trakcie dużego remontu, trzeba było kupić
    glazurę do łazienki i przywieść ja "na już". Mój mąż wymyślił sobie,
    że musi gdzieś wyjechać z kolegami. Wiedział o tym wcześniej, ja mu
    też przypominałam, że mamy znaleźć te cholerne płytki i w
    konsekwencji spędziliśmy ostatniego możliwego dnia 14 godzin
    biegając od sklepu do sklepu, wściekli, zmęczeni i warczący na
    siebie. Następnego dnia M doszedł do wniosku, że on jest zmęczony i
    jednak nie pojedzie, po czym cały weekend chodził nabzdyczony.
    Opisałam (w wielkim skrócie) jedną scenkę, mam takich, większych i
    mniejszych setki w zanadrzu. I każda podpowiada mi, że tak jak przy
    sprawach domowych, często służbowych i tych związanych ze mną M
    odsuwa od siebie wszystko tak długo jak tylko może, to będzie robił
    identycznie w przypadku swoich dzieci.
  • 29.07.10, 15:44
    Hehe, skad ja to znam.

    Chlop przez 2 lata zajmowal sie wymiana okien, potem panika na
    ostatnia chwile i w koncu wymienialismy je w momencie gdy stalyjuz
    rusztowania i robotnicy zaczynali remont elewacji.

    Ale ja bylam twarda i poniewaz chlop sie podjal, ze zajmie sie
    oknami, wiec na wszelkie proby wciagniecia mnie w temat mowila -
    kochanie, ty sie tak swietnie znasz na budowlance, a ja nie mam o
    tym pojecia. Cokolwiek zdecydujesz, bedzie dobrze.

    Wprawdzie do dzis nie mamy paraptow ( ale sa juz kupone, wiec jakis
    krok naprzod jest, ale ja postanowilam, ze NIE BEDE go w niczym
    wyreczac. Chetnie pomoge, ale inicjatywa jest w jego rekach.

    --
    Odkryłem jednak, ze mężczyżni, którzy biją kobiety, nie mają do
    opowiedzenia żadnych historii o bójkach z mężczyznami. Są aż tak
    słabi.
    ________________________________________________Steve Harvey
  • 29.07.10, 17:02
    Ok. Tylko co robic jak facet sam z siebie nie ma zamiaru? Czekac do
    us...smierci czy samemu przejac inicjatywe?Czy moze ciosac kolki na
    glowie przez miesiace? A moze zamknac sie i milczec majac nadzieje
    ze sie w koncu domysli? Co robic jak chlop jest oporny?
  • 29.07.10, 17:42
    hamerykanka napisała:

    > ciosac kolki na glowie przez miesiaceglowie przez miesiace? A
    moze zamknac sie i milczec majac nadzieje
    > ze sie w koncu domysli? Co robic jak chlop jest oporny?

    ciosac kolki? nudzisz sie, kobito, czy co?
    jak chlop jest oporny to sa dwa wyjscia:

    a. polubic
    b. zmienic

    'ciosanie kolkow' czy inna proba zmiany doroslego czlowieka prowadzi
    tylko do niepotrzebnych stresow, wrzodow na zoladku, marskosci
    watroby tudziez wiecznego kwasu w domu. to po grzyba sobie fundowac
    takie rozrywki?? przyjemnosc zadna, a na efekty nie ma szans.
    wychowywac to mozna dzieci, a nie doroslego mezczyzne.


    --
    Gdy mówisz, co będzie w przyszłym roku, diabeł chichocze.
  • 29.07.10, 20:30
    > a. polubic
    > b. zmienic

    AMEN
    podpisała eksia mająca doświadczenia z takim właśnie mężem

    --
    Są tacy co lubią gady, ja nie.
  • 29.07.10, 20:39
    Hehe, dokladnie smile
    I z doswiadczenia powiem, ze przyzwyczajenie sie do sytuacji i olanie charakteru
    chlopa jest a) wygodniejsze; b) latwiejsze; c) skuteczniejsze; d) szybsze smile
  • 29.07.10, 23:30
    Ale do tego, żeby to olać bądź się przyzwyczaić to też trzeba mieć
    odpowiedni charakter. Ja na przyklad nie mam, dlatego nie wybrałam
    sobie takiego chłopa.
  • 30.07.10, 10:19
    dlatego nie wybrałam
    > sobie takiego chłopa.

    A ja ci zarecze, ze idealu sobie nie wybralas, po prostu masz
    wieksza tolerancje na inne sprawy, ktore z kolei dla innych osob
    bylyby nie do zaakceptowania.

    --
    Odkryłem jednak, ze mężczyżni, którzy biją kobiety, nie mają do
    opowiedzenia żadnych historii o bójkach z mężczyznami. Są aż tak
    słabi.
    ________________________________________________Steve Harvey
  • 30.07.10, 10:36
    Ależ nie musisz mi niczego zareczac, bo ja doskonale wiem, że
    ideałów nie ma. Jest idealny dla mnie, też przecież nie idealnej. Po
    prostu uważam, że wiązanie się z kimś, kto przejawia cechy, które sa
    dla nas nie do zaakceptowania i raczej nie ma szans na ich zmiane
    jest bez sensu. To tak, jak wyjść za mąż za alkoholika, w nadziei,
    że samą miłośćią się go wyleczy.
  • 31.07.10, 15:23
    illegal.alien napisała:

    > Hehe, dokladnie smile
    > I z doswiadczenia powiem, ze przyzwyczajenie sie do sytuacji i olanie charakter
    > u
    > chlopa jest a) wygodniejsze; b) latwiejsze; c) skuteczniejsze; d) szybsze smile

    na pewno nie jest łatwiejsze i szybsze - najłatwiej i najszybciej to jest
    powiedzieć "bye" i wylogować się z układu
    --
    Jednak niektórzy ludzie to gady.
  • 02.08.10, 19:42
    Ale takiej opcji nie bylo do wyboru - do wyboru bylo albo chlopa zmieniac, albo
    zaakceptowac takim, jakim jest.
    Na szczescie moj chlop wady ma akceptowalne, a od kiedy przestalam sie ciskac o
    pierdoly zyje nam sie o duzo lepiej smile
  • 02.08.10, 20:14
    oj, dziewczyny, chyba mnie nie zrozumialyscie. a moze ja malo
    wyraznie.

    a) polubic
    b) zmienic

    zmienic w sensie zmienic faceta jednego na innego. albo zamienic na
    odzyskana wolnosc. w kazdym razie 'bye'. przemiany wewnetrznej faceta
    nie bralam pod uwage. bowiem jestem przekonane, ze taka wersja to
    utopia. nawet jak sie na poczatku zacznie maskowac i starac udwac
    kogos innego to i tak mu potem przejdzie. przeciez dorosly czlowiek
    sie juz nie zmieni. jak tez sie zmienie, a tym bardziej nie dam sie
    nikomu zmienic.

    mozemy sie do siebie wzajemnie przystosowac, zaakceptowac pewne rzeczy,
    starac sie nie robic z igly widel, ale zmienic to juz nikogo nie
    zmienimy. reklamacje do mamusi partnera mozna skladac. albo i do
    wszystkich bogow swiata.


    --
    Gdy mówisz, co będzie w przyszłym roku, diabeł chichocze.
  • 02.08.10, 22:56
    > b) zmienic

    ja to jednoznacznie zrozumiałam jako "bye"
    --
    Większość ludzi to ssaki.
  • 03.08.10, 08:43
    Trzeba bylo napisac 'wymienic' wink
    W takiej sytuacji to wszystko zalezy od kalibru wad do zaakceptowania lub
    ewentualnej wymiany modelu wink
  • 30.07.10, 10:25
    Ok. Tylko co robic jak facet sam z siebie nie ma zamiaru?

    Wiele kobuiet zaklada, ze jak one cos zdecydowaly, czy czegos chca,
    to facet ma to wdrozyc - bo tak. jesli facet sam z siebie nie ma
    zamiaru, to znaczy, ze np on nie widzi potrzeby zrobienia tej
    rzeczy. I logicznie - skoro nie widzi potrzeby, to dlaczego niby
    mialby to robic?

    jesli nie umiesz przekonac faceta, by twoj cel stal sie tez jego
    celem, to nie ma co trzezszczec - on i tak tego nie zrobi, albo jak
    w koncu zrobi to bedziecie tak zmiesmaczenie tematem, ze nie
    bedziecie sie tym w ogole cieszyc.

    Trzeba zdecydowac, jak wazna jest sprawa dla nas i albo ja olac,
    albo wezwac fachowca.

    --
    Odkryłem jednak, ze mężczyżni, którzy biją kobiety, nie mają do
    opowiedzenia żadnych historii o bójkach z mężczyznami. Są aż tak
    słabi.
    ________________________________________________Steve Harvey
  • 30.07.10, 17:29
    To dlatego cierpliwie czekalas dwa lata zby kupic i wymienic okna? A
    potem trauma ze wszystko na juz w ostatniej chwili? Bo to nie byl
    cel twojego chlopa i trzeba sie bylo z tym pogodzic?
    Ciekawe i pouczajace.
    To ja tez przestane z domowymi obowiazkami bo nie widze potrzeby
    zmywania , gotowania, prania i sprzatania, ostatecznie druga polowka
    moze to zrobic. A jak dziecko glodne to sama tez zjem i nie
    nakarmie, bo nie widze pottrzeby.
    Ogolnie, tully, dla mnie sa dwie kategorie: rzceczy mniej wazne
    ktore mozna odpuscis, i rzeczy wazne , ktorych odpuscic sie nie da.
    Gorzej tylko jak dla faceta wszystko poza jego praca zawodowa sa w
    pierwszej kategorii. I nie, nie odnosze sie do swego malzenstwa.
    Obserwuje to u wielu.
  • 03.08.10, 09:25
    ja mysle, ze to tez zalezy od osoby najbardziej zainteresowanej.
    znam pare osob (glownie sa to Matki-Polki, a paru facetow tez),
    ktore uwazaja ze one wiedza najlepiej. jak sie chleb kroi, po
    ktorej stronie krem w lazience powinien stac. ale rowniez w co
    inwestowac, jak wychowywac dzieci i gdzie jechac na wakacje. miec
    taki charakterek do dyrygowania i pouczania wszystkich dokokola to
    jest dopiero porazka. jeszcze jak do tego dojdzie poczucie
    misji 'on (moj maz, moj syn, moj ojciec, ktokolwiek) sam nie
    potrafi, ja WIEM LEPIEJ.

    taka osoba nie przyjmie do wiadomosci, ze faceta mozna tylko
    WYMIENIC albo POLUBIC. cale zycie bedzie sie starala
    reformowac.... wersja najgorsza z mozliwych.

    --
    Gdy mówisz, co będzie w przyszłym roku, diabeł chichocze.

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.