Epilog rewolucji II. Zostalam macocha calodobowa.
W zeszlym tygodniu zakonczyly sie konsultacje z psychologiem, wczoraj podpisali papiery o zmianie formy sprawowania opieki i po weekendzie Maly juz zostaje z nami, od poniedzialku Maly idzie do nowej szkoly. Tzn w poniedziałek ma tam zorganizowany dzien zapoznawczy (idziemy tam z nim na dwie godziny, NM i ja, bo Ex nie wykazala zainteresowania. Chce jak najszybciej „odpoczac”, „zaczac nowe zycie” itede). A od wtorku już regularne zajecia.
Boje sie.
Psycholog zdiagnozowal mase problemow u Malego, rzeczywiscie jest makabrycznie, trudno mi uwierzyc, ze ostatnie dwa miesiace tak mu daly w kosc, ze sie tak bardzo zmienil na niekorzysc. Przypuszczam raczej, ze problem narastal od dluzszego czasu, ale nie dostrzegalismy tego w weekendy i wakacje, a teraz nastapila eskalacja. Przez pierwszy miesiac Maly zebral w szkole szesc uwag, a o jego zachowaniu w weekendy u nas nie bede juz opowiadac. Psycholog orzekl wyobcowanie, zal do rodzicow, deficyt czulosci i nie wiadomo co jeszcze. Ex przyznala, ze ona nie wie, nie potrafi mu tej czulosci dac, sama nigdy jej nie zaznala i nie wie na czym polega dom i rodzina (jej mama miala trojke dzieci – chlopcy zostali z ojcami – kazdy z innym – a jedynie Ex zostala przy matce i chyba najgorzej na tym wyszla pod wzgledem emocjonalnym).
Wsciekla jestem na te glupia babe, ze doprowadzila do takiego stanu dzieciaka, a teraz podrzuca go nam rozwalonego i nieznosnego. Boje sie tej odpowiedzialnosci, boje sie ze ja tym bardziej nie bede umiala mu dac zadnej czulosci. Nie jestem z tych co pieszcza i przytulaja, dokad Maly byl bardzo maly czasem to wychodzilo spontanicznie, ale teraz niezrecznie czulabym sie narzucajac jakies pieszczoty siedmiolatkowi. Doskonale pamietam jak nie znosilam tych wszystkich calusow dalekich ciotek. Nie mowiac juz o tym, ze nie mam ochoty na pieszczenie nieznosnego dzieciaka.
Maly z pewnoscia bedzie mial do mnie zal i pretensje o to, ze nie jestem jego mama, a musi mnie znosic na co dzien. Potem przyjdzie nasze dziecko, ktore bede kochac bardziej, a Maly bedzie sie czul wyalienowany. W ogole boje sie wszystkiego, jestem przerazona odpowiedzialnoscia, a nie bardzo jak mam uciec, umawialismy ze naszemu dziecku nie sprezentujemy rozbitej rodziny za nic na swiecie.
I czuje sie „wrobiona” w to wszystko. Wiem, pakujac sie w zwiazek powinnam sie byla liczyc z tym ze przyjdzie przejac Malego, ale nie jest to dla mnie idealny moment na takie zmiany. Pewnie zaden nie bylby idealny, ale ten jest wyjatkowo kiepski. Myslalam, ze bedziemy miec czas i troche radochy z przygotowan na nasze dziecko. A teraz caly wolny czas pojdzie w urabianie siedmiolatka. Eech.
Mam nadzieje, ze jakos uda sie go jeszcze wyprostowac... Ze damy rade. Trzymajcie kciuki, na razie mam wielki strach w oczach i wscieklosc, ze zostaje obarczona dodatkowa odpowiedzialnoscia za wychowywanie nie-mojego dziecka z problemami.
A NM oczywiscie w skowronkach. Spelnilo mu sie marzenie jego zycia… I gleboko wierzy, ze z nami Maly się ustabilizuje chociaz na poczatku moze byc ciezko.
Jakies rady? Jak sie w tym odnalezc? Aragorna, help!!!
--
" Avant de choisir le prénom d'un garçon, pensez toujours a la femme qui aura à le murmurer plus tard." Barbey d'Aurevilly