Macocho/ojczymowo-dzieciowe układy czterostronne;)
Wątek w zasadzie dla tych forumek, które są jednocześnie eksiami/matkami i neksiami/macochami, ale wszelkie inne spostrzeżenia będą mile widziane :)
Jak sie układają te wasze "relacje czterostronne;) "?
U mnie jest tak, że na codzień mieszkamy we troje, ja, mój mąż i moja 5letnia córka.
Ze swoją ośmioletnią córka mąż ma kontakty co drugi weekend, przy czym ma taka pracę, że nigdy nie wie czy sobotę będzie miał wolną, więc układ między nami a eksią jest taki, że jeśli ma wolną sobotę to mała jest z nami cały weekend od piatku, a jeżeli nie to tylko od soboty wieczór. Układy między naszymi dziewczynkami są wg mnie ok, tzn. zdarzają sie afery, ale tego chyba nie da się uniknąć ;) ale ogólnie fajnie się bawią razem, cieszą się jak słyszą że będą w weekend razem, mysle, że sytuacja między nimi jest bardzo ok, jest co prawda czasem widoczna zazdrośc o rodziców, ale znam o wiele gorsze przypadki;)
Mi bardziej chodzi o to jakie są u was układy twoje dziecko - mąż i ty-jego dziecko.
Bo u nas niby jest ok, ale.. no własnie , zawsze jest jakies ale.
Sytuacja skomplikowała się bardziej od listopada, bo eksia wyprowadziła się z nowym mężem i nowym dzieckiem do nowej teściowej, parę km pod miasto gdzie mieszkali, a mała została u matki eksi. Podobno dlatego, że ma bliżej do szkoły i koleżanki ma, itp.Rozmawialiśmy z małą i ona też powiedziała, że ona tak woli, bo nie chce mieszkać na wsi, chce mieć blisko do szkoły, koleżanek z podwórka, itp. Jako, że nie bardzo mamy mozliwość zmuszenia eksi do mieszkania z mała, tym bardziej, że mała nie chce, a babcia jako tak się zajmuje, dziecko brudne ani głodne nie chodzi, to pogodzilismy się z tematem. Tzn ja sie pogodziłam i przeszłam nad sytuacja do porządku dzennego, ale mojego M to chyba ciągle boli. Uważa, że eksia powiela swój schemat (ją też wychowała babcia a jej brat jest oczkiem w glowie ich matki), że dziecko "nie ma prawdziwej matki ani domu". Myślę, że troche dramatyzuje, tym bardziej, że dziecko samo chce tam mieszkać i jako, że nie ma żadnych podstaw do odebrania matce opieki, to nie pozostaje nic jak przełknąć tą sytuację... Jak myślicie, czy ja jestem taką wyrodną macochą że tak myslę ? Bo już momentami mam wyrzuty sumienia ;)
Z kolei mój eks od września w ogóle nie wykazał zainteresowania dzieckiem. Stwierdził, że skoro płaci mi alimenty (zawrotne 350pln) to nie stać go na kontakty z dzieckiem, bo "to trzeba kupić soczek, obiadek, gdzieś zabrać". Żadne tłumaczenia nie docierają a i ja już przestałam tłumaczyć. Zauważam tylko u siebie, że chyba podświadomie staram się małej jakoś ten brak ojca wynagrodzić, jakby to nazwać ... kochać ją za dwoje:) co nie znaczy, że wszystko jej wolno:)
I tu dochodzimy do sedna sprawy :) Jak tak ostatnio dogłębnie przemyślałam temat, to wydaje mi się, że im gorsza matką w oczach mojego M jest eksia, i im bardziej moj eks olewa moją córkę, tym bardziej oboje staramy sie kochac swoje dzieci "podwójnie" , co w sytuacji kiedy jestesmy we czwórkę powoduje, że czasem tworzą się takie dwa obozy ;)
Czy udało wam sie stworzyć taki rodzinny patchwork, że uczucia, czas , wszystko dzielicie między dzieci sprawiedliwie ? Bo mi sie to wydaje niemożliwe. Nie raz tłumaczyłam mojemu M, że ja nie mam aspiracji do bycia matką jego córki, bo ona ma matkę. Widze jego córkę średnio 4 dni w miesiącu, nie mam żadnego realnego wpływu na jej wychowanie ani na nic, mogę sobie być te 4 dni dobrą ciocią, bo też jestem tylko "ciocią" a dziecko ma rodziców. (chociaz jeśli ojciec też widzi ją 4 dni w miesiącu, a matka wyprowadziła się i widzi ją czasem codziennie, czasem co drugi dzień, to trudno określić , kto ją tak naprawdę wychowuje...)
Natomiast jesli chodzi o moją córkę, to mój mąż mieszka z nią, widzi ja codziennie, w sytuacji kiedy jej ojciec się nią nie interesuje, to siłą rzeczy wychowuje ją, choć mówi do niego wujku, nie tato... Powiedzcie mi kochane, czy ja jestem niesprawiedliwa i czy się mylę ? Bo czasem czuje że trochę sobie uzurpuję prawo tego, że on przez samo codzienne życie, przez to że zwraca mojej córce uwagę kiedy robi coś źle, albo chwali kiedy dobrze, że na cos jej pozwala a czegoś zabrania, przez to wszystko chcąc niechcąc bierze na siebie "odpowiedzialność" (choc to chyba kiepskie slowo tutaj) za jej wychowanie? Na szczęście jesteśmy bardzo zgodnym małżeństwem i wszelkie tego typu wątpliwości potrafimy obgadać, nieraz do późnej nocy , i jakiś kompromis znajdujemy.
Poza tym widze u siebie jeszcze jedną rzecz, nad która starałam sie pracować , ale zupełnie mi nie idzie.... Kiedy myślę "rodzina" to myślę ja , mój M i moja córka. Mój M mi to nawet czasem zarzuca, " bo ty ciagle myślisz że nas jest troje, a nas jest czworo". A ja chyba nie umiem (albo nie chce...) w ten sposób sie przestawić... Związałam się z moim M w pełni akceptując fakt istnienia młodej. Lubie ją, dogadujemy się bez większych zgrzytów, ale.... uważam ją jak najbardziej za członka rodziny, ale tak samo jak uważam za rodzinę np. mojego teścia, babcię mojego M, itp. Ale kiedy myślę nasz dom to myślę dom moj, M i mojej córki, a dom młodej jest tam gdzie mieszka (choc od listopada i z tym mam problem). Zresztą sama mloda chyba podobnie myśli...
Jak to jest u Was ? Czy ja jestem taka wyrodna czy Wy też miałyście podobne dylemty ?Udało się wszystko pozszywać bez zgrzytów ? :)
Pozdrawiam