Dodaj do ulubionych

nie lubię tego dziecka :(

30.04.14, 14:37
Dzień dobry, jestem tu nowa i dziękuję Adminowi za przyjęcie na forum. Tak, jestem macochą, w moim przypadku to negatywnie brzmiące słowo pasuje do sytuacji. Od prawie 2 lat próbuję pogodzic role mamy, partnerki i macochy. Z różnym skutkiem- są lepsze i gorsze dni, jak to w życiu. Na związek nie narzekam- jest udany. Mój syn po latach życia bez taty ma wreszcie męską rękę, oparcie i poczucie bezpieczeństwa. Ja jestem wreszcie szczęśliwą, spokojniejszą kobietą. W całej tej "idylli" problemem jest pasierb- 9 letni mały despota i tyran. Przebywający z nami sporo w ramach opieki naprzemiennej. Nie lubię go i lubic już raczej nie będę. Chyba, że się zmieni, czego nie wykluczam, widząc jak niektórym dzieciom zdarza się z wiekiem wychodzic z fatalnych zachowań. Ale do rzeczy- dziecko- pasierb jest roszczeniowym manipulantem, rozwydrzonym do granic możliwości egocentrykiem. Znerwicowanym, hałaśliwym i podstępnym przeciwieństwem swojego ojca, obecnie zdominowanego przez syna do granic absurdu. Zastanawia mnie w tej sytuacji rzecz podstawowa:
- czy rodzina przetrwa biorąc pod uwagę, że moja niechęc do drugiego dziecka narasta i obawiam się że jest już widoczna dla wszystkich na kilometr?
- czy da się z takim negatywnym zestawem uczuc do drugiego dziecka wytrzymac i jakoś przystosowac? Jak pracowac nad taką sytuacją?
Jakieś doświadczenia w tym względzie macie?
P.S. Pewnie niejednej z Pań wyda się, że jestem uprzedzona, bo to JEGO dziecko z inną kobietą. Myślałam nad tym i doszłam do wniosku, że to wyłącznie sprawa sympatii, a raczej jej braku do tego konkretnego małego człowieka, nie zaś fakt, że jest on synem tej pani i pana.
Edytor zaawansowany
  • altz 30.04.14, 20:15
    independency.today napisała:
    > pasierb jest roszczeniowym manipulantem, rozwydrzonym do granic możliwości egoc
    > entrykiem. Znerwicowanym, hałaśliwym i podstępnym przeciwieństwem swojego ojca,
    > obecnie zdominowanego przez syna do granic absurdu.

    9-latek? big_grin
    Ja bym się przyjrzał lepiej jego ojcu, bo to w ojcu jest problem, nie w dziecku.
    Nie wróżę przyszłości związkowi z takim facetem.
  • chalsia 30.04.14, 20:35
    > 9-latek? big_grin
    > Ja bym się przyjrzał lepiej jego ojcu, bo to w ojcu jest problem, nie w dziecku
    > .
    > Nie wróżę przyszłości związkowi z takim facetem.

    nieczęsto mi się to zdarza, ale tym razem zgadzam się z Altzem smile

    pasierb może zmienić swoje zachowanie - w końcu jest TYLKO DZIEWIĘCIOLATKIEM - ale jedynie wtedy, gdy jego ojciec zacznie się zachowywać jak normalny rodzic - a taki nie daje sobie wchodzić na głowę dziecku, jasno stawia granice i je EGZEKWUJE

    tak więc masz problem z partnerem jako ojcem, a nie z pasierbem

    tym bardziej, że w Twoim przypadku nie można "winy zwalić" na eksię, skoro jest opieka naprzemienna

    --
    Jednak niektórzy ludzie to gady.
  • liz-beauty 01.05.14, 12:48
    Nie lubisz dzieciaka, czy jego paskudnych zachowan? Czy gdyby postaral sie poprawic niektore zachowania, zyskalby Twoja sympatie? Czym objawia sie Twoja niechec? Jestes sprawiedliwa wobec dzieci? Jaka jest roznica wieku miedzy chlopcami?
    Tak sobie mysle, ze jednak nie musisz go lubic, ale nie mozesz okazywac niecheci do dziecka, jedynie mozesz zwracac uwage na nieakceptowalne zachowania (i to najlepiej ojcu, nie dziecku). Ja tak robie, a i tak slysze, ze "wciaz tylko krytykuje to biedne dziecko" (17 lat i 192cm nad poziomem morza). Mlodemu otwarcie zwracam uwage tylko, gdy ewidentnie przegina (za co uwazam np zjedzenie kinderczekoladek Małegowink Ale nasz Młody jest dosyc fajnysmile
    --
    http://lb2m.lilypie.com/iiX0p1.png
  • edw-ina 01.05.14, 19:07
    Wybacz, ale 9-latkowie nie bywają egocentrycznymi manipulatorami i złymi bohaterami z Bonda. Mogą się źle zachowywać, ale dlatego, że albo nikt im nie pokazał, jak zachowywać się powinni, albo w ramach protestu, ale to drugie to raczej w późniejszym wieku.

    Na tym forum jest jeden pewnik - jeśli kobieta napisała, że ma strasznego pasierba, to na 99 proc. jej własny facet zawalił sprawę, ale ona sama woli tego nie widzieć.
  • batka.makatka00 02.05.14, 02:33
    Z powodu zaniechania, lenistwa, konkurencyjności z matką czy głupoty albo ze wszystkich powodów naraz ojciec nauczył syna złych zachowań.
    Zgodzę się z edw-iną, ewentualnie z procentów odejmę ze dwa oczka.
  • independency.today 02.05.14, 11:42
    "przyjrzec się ojcu" rok z okładem nic, tylko się mu przyglądam i klapa- nie ma ani grama takiego wyrachowania, egocentryzmu i nerwicowości co jego syn. W wychowaniu stara się byc obiektywny i stanowczy, uczy co dobre, a co złe. Tylko czasami bywa niekonsekwentny (ale kto z nas jako rodzic nie bywa pod wpływem miłości do dziecka). Każdy popełnia błędy, ale on jako ojciec i jako partner jest generalnie porządnym, dobrym człowiekiem.,
    Tak sobie myślę, czy popularne pisanie o dzieciach, że to tylko dzieci, czego wymagac od kilkulatka, 7mio, 8mio latek nie może by zły itp... a dali jazda, dlaczego niby nie może? Gdzie wrodzone cechy osobowości, skąd w takim razie w każdej rodzinie tzw. czarne owce? Uważam, że bez względu na to czy 10 czy 40 letni człowiek ma w sobie cechy, których żadna siła działająca z zewnątrz nie zmieni. I myślę, że mam do czynienia z takim właśnie niebezpiecznym osobnikiem rodzaju ludzkiego.
  • jowita771 02.05.14, 11:50
    Tu już pojechałaś. Mnie się wydaje, że Tobie nie bardzo pasuje pasierb, bo wolałabyś Wasza rodzinę bez niego - Ty, mąż i Twoje dziecko, które dla męża byłoby tak ważne, jakby było jego dzieckiem. Pasierb może faktycznie chcieć zaznaczać terytorium, czyli ojca, bo to jest jego ojciec, jest bardziej jego niż Twojego syna i tak powinno być.
    --
    homoseksulaizm jest czyms
    niewlasciwym wrecz obrzydliwym [...]
    I prosze mi tu nie wyjezdzac z homofobia
    by vibe-b
  • mazoko 05.05.14, 08:11
    > Tu już pojechałaś. Mnie się wydaje, że Tobie nie bardzo pasuje pasierb, bo wola
    > łabyś Wasza rodzinę bez niego - Ty, mąż i Twoje dziecko, które dla męża byłoby
    > tak ważne, jakby było jego dzieckiem.
    -też odniosłam takie wrażenie . Szkoda że nie umiesz na to spojżeć inaczej Twój syn zyskał ojca i brata.
    --
    Lepiej zaliczać się do niektórych, niż do wszystkich.
  • chalsia 02.05.14, 11:53
    obejrzyj sobie film "Porozmawiajmy o Kevinie"
    a co do "czarnych owiec" w rodzinie to sobie poczytaj psychologów - taka czarna owca to wynik przede wszystkim układu rodzinnego, a nie cecha wrodzona takiej osoby
    oczywiście, są osobniki psychopatyczne czy zaburzone, ale to się DIAGNOZUJE u psychiatry
    więc może lepiej niech ojciec się zajmie diagnozowaniem syna, bo może można mu pomóc
    a może ojciec NIE WIDZI problemu, tam gdzie Ty go widzisz - i wracamy do square one, czyli masz problem z facetem, a nie z pasierbem
    --
    Jednak niektórzy ludzie to gady.
  • independency.today 02.05.14, 14:42
    "Porozmawiajmy o Kevinie" tylko potwierdza moją tezę, że bywają dzieci które wbrew wszelkim okolicznościom rodzą się ze złem w genach. Nie mam problemu z posiadaniem pasierba, chociaż jeśli któraś z obecnych tu macoch naprawdę uważa, że pasierb to dar od losu i szczęście bez granic, niech pierwsza rzuci kamieniem. To prawda, nie jest łatwo wejśc w rolę macochy. Ale z pewnością łatwiej szybko ją oswoic, kiedy trafia się na sympatyczne dziecko. Moje jest takie, jakby chciało udowodnic, że nie będę dobrą dla niego ciotką. Jak na razie słabo mu się to udaje, bo bardzo pracuję nad naszą relacją, jego zachowaniami, relacjami wszystkich w rodzinie. Tylko czasami jestem przerażająco zmęczona i nie wiem, jak to będzie w przyszłości. Chciałabym, żeby dni, które spędzamy razem były dla mnie również radością, a nie tylko przykrym ciężarem.
  • chalsia 02.05.14, 15:29
    > "Porozmawiajmy o Kevinie" tylko potwierdza moją tezę, że bywają dzieci które wb
    > rew wszelkim okolicznościom rodzą się ze złem w genach.

    to znaczy, że nie do końca uważnie obejrzałaś film, skoro nie zauważyłaś na ile zachowanie matki się przyczyniło
    --
    Są tacy co lubią gady, ja nie.
  • independency.today 04.05.14, 12:09
    chalsia napisała:

    > to znaczy, że nie do końca uważnie obejrzałaś film, skoro nie zauważyłaś na ile
    > zachowanie matki się przyczyniło

    oświeć mnie zatem i wymień zachowania matki, które wzmocniły w Kevinie patologiczne zachowania, konkretnie.

    A odpowiadając na pytanie, czy chciałabym być z partnerem, który uważa moje dziecko za wcielenie zła- oczywiście, że nie. Jeszcze na tyle trzymam się ogólnie przyjętych norm zachowania. I oczywiście, że bym czegoś takiego nie zniosła. Stąd też moje pełne trwogi pytanie w pierwszym poście: czy ten związek ma szansę przetrwać? Bo jeżeli dalej tak pójdzie, to się rozpadnie.
  • chalsia 04.05.14, 23:28
    > oświeć mnie zatem i wymień zachowania matki, które wzmocniły w Kevinie patologi
    > czne zachowania, konkretnie.

    nie pamiętam szczegółów, a jedną ogólną rzeczą był chłód emocjonalny z niej bijący plus traktowała maluszka jak aliena, który ma działać na zawołanie
    ona nie chciała tego dziecka i jej zachowania we wczesnym dzieciństwie dziecka były nacechowane negatywnymi emocjami, brakło ciepła, zrozumienia i wsparcia
    --
    Są tacy co lubią gady, ja nie.
  • edw-ina 03.05.14, 18:03
    To prawda, nie jest łatwo wejśc w rolę macochy. Ale z pewnością łatwiej szybko
    > ją oswoic, kiedy trafia się na sympatyczne dziecko.

    - takich dzieci nie ma. Dla każdego dziecka nowy partner rodzica jest (przynajmniej przez jakiś czas) kimś złym. Bo odbiera mu część tego rodzica. A dziecko nie potrafi jeszcze rozdzielić i pojąć czym jest miłość dorosłego do innego dorosłego, a czym do dziecka. Większość znanych mi dzieci w takiej sytuacji wykazywała większą lub mniejszą niechęć. W twoim przypadku jest jeszcze to, że to dziecko ojca nie ma na rzecz innego dziecka, w dodatku o innej puli genów. To może rodzić frustrację i wywoływać perturbacje.

    A zostałabyś z facetem, który w twoim synu widziałby ucieleśnienie zła?
  • adela38 05.05.14, 05:03
    Edw-ina mylisz sie. Dzieci sa rozne tak samo jak dorosli. I juz od malego maja swoj indywidualny charakter. Czesto dziecko jest bardzo podobne do ktoregos z biologicznych rodzicow czy dziadkow, czestozachowuje sie jak oni pomimo skrajnie roznych warunkow wychowania. I nie ma co ukrywac- juz w wielu szkolnym dzieci doskonale wiedza co dobre i co zle i co najwyzej maja mniejsza wprawe w ukrywaniu wlasnych dzialan. Ludzie wredni jako dorosli w znakomitej wiekszosci byli wredni od malego- co najwyzej ta wrednosc sie zwiekszyla wraz z wiekiem.
    W opisanej sytuacji mysle ze nalezaloby porozmawiac z partnerem by wzial na swoje barki odpowiedzialnosc za zachowywanie sie potomka, bo ty zwyczajnie nie mozesz go krytykowac czy karac bo nie jestes rodzicem. Mozesz tez dawac im pola starajac sie w czasie, gdy jego dziecko jest u was jak najwiecej byc ze swoim dzieckiem gdzies indziej- wychodzic z nim czy do rodziny, czy na miasto, czy w miejsca gdzie twoje dziecko by chcialo isc, mozesz je zawozic na jakies hobby a samej tez w tym czasie wychodzic na miasto, spotykac sie z kolezankami, wyjezdzac na weekend itp. Niech twoj partner zajmie sie w tym czasie wychowywaniem swojego potomka, a ty traktuj go jak jego prywatnego goscia. milo ale z dystansem i nie wcinajac sie w ich relacje...
  • proszepani13 05.05.14, 08:04
    adela38 napisała:

    > Dzieci sa rozne tak samo jak dorosli. I juz od malego maja
    > swoj indywidualny charakter.

    Tak ale w tym co napisała edw-ina jest też racja (zresztą jedno drugiego nie wyklucza). Prawie zawsze na początku jesteśmy wrogami, bo zabieramy tatusia, zabieramy czas i miłość. Nastolatki a nawet dorosłe dzieci mają z tym problem, a co dopiero maluchy. Ale jeśli mamy u boku myślącego faceta to wszystko można przeskoczyć i ułożyć. Gorzej, jeśli na po drodze jest wredna exia, hodowanie a nie wychowywanie i zupełnie inny charakter dziecka niż nasz.
  • edw-ina 05.05.14, 10:59
    Nie wszystkie dzieci są identyczne, nie o to mi chodziło. Raczej o to, że statystycznie większa jest szansa na to, że pasierb będzie niezadowolony z nowych układów domowych, niż zadowolony i szybko się w nich odnajdzie. I łatwiej jest przygotować się myśląc, że może być ciężko, niż na skrzydłach motylka pakować się w coś, w przekonaniu, że przecież musi być cud miód i malina, bo jak inaczej?
    A odnośnie poczucia zazdrości - ja widziałam zazdrość niemal dorosłych byków o niemowlę. Myślę, że tym bardziej zazdrość musi odczuwać dziecko, którego ojciec poświęca czas jego rówieśnikowi, a nie jemu. I to nie jest żadne wytłumaczenie, tylko coś, na co należy brać poprawkę.
  • karolana 05.05.14, 08:54
    edw-ina napisała:
    >Dla każdego dziecka nowy partner rodzica jest (przynajmniej przez jakiś czas) kimś złym. Bo odbiera mu część tego rodzica.

    Oj nieprawda. W naszym przypadku NIGDY nie było czegoś takiego. Nawet pomimo tego, że przez ex zostałam przedstawiona jako zuo wcielone, które im (dzieciom) odebrało ojca, nie pozwala się temu ojcu z dziećmi spotykać i takie tam bzdety, dzieci nigdy, nawet przez pół dnia nie były nastawione do mnie negatywnie. Wręcz przeciwnie, to one lgnęły do mnie i zabiegały o moją uwagę i moje uczucia. Nigdy też nie zarzucały tacie, że je olał przeze mnie, że ja jestem ważniejsza od nich.
    Więc nie jest tak, że ZAWSZE nowy partner/partnerka jest traktowany/na jak wróg.

    --
    "Mysle ze bez mezczyzn zycie kobiety bylo by o wiele trudniejsze,
    jesli nie niemozliwe." Waldi na FF
  • proszepani13 05.05.14, 08:18
    independency.today napisała:

    > Nie mam problemu z posiadaniem pasierba, chociaż jeśli któraś z obecnych tu macoch naprawdę uważa, że pasierb to dar od losu i szczęście bez granic, niech pierwsza rzuci kamieniem.

    To ja rzucam. Czasem potrafi zirytować, choć bardzo rzadko, ale cieszę się że jest. Najbardziej z tego, że nasz przyszly potomek będzie miał takiego starszego brata. Młody też się cieszy z tej nowej roli.

    Ale przyznam szczerze. Oprócz ogromnej roboty PO, to młody ma też fajny charakter, podobny trochę do mojego.
    Ale gwoli uczciwości na chwilę obecną na młodą nie mogę też narzekać, choć w przeszłości niemal na 100% byłam pewna, że to cechy osobnicze mają wpływ na nasze złe relacje. A okazał się, że jednak nie.
  • karolana 05.05.14, 09:04
    Independency.today, nie jestem reprezentatywna, bo nigdy, naprawdę nigdy nie miałam problemu z dziećmi chłopa.
    W sensie ich złego zachowania wobec mnie, robienia mi na złość, braku szacunku, itp.
    Ale moim zdaniem cała zasługa leży po stronie ojca, który przed rozstaniem z ich matką był prawdziwym Tatą, a nie ojcem na papierku. Plus postawa chłopa, która była od początku jasna - w naszym domu obowiązują nasze zasady i moje słowo oznacza tyle samo co słowo ojca. Jesteśmy rodziną i mamy wszyscy wobec siebie obowiązki i prawa.
    Ja też nie byłam od początku macochą, która chce się przypodobać czy też "zostawia wszystko ojcu". Wręcz przeciwnie - od początku traktowałam dzieci chłopa jak część rodziny, a nie gości, czyli dawałam z siebie, ale też wymagałam.
    Nie wiem czy to właściwa postawa, w ocenie wielu zapewne nie.
    Ale u nas działa. I to nie dlatego, że dzieci są super sympatyczne.
    Nie. Starsze dziecko nie jest lubiane ani przez rówieśników, ani przez większą część rodziny.
    Młodsze jest wymagającym dzieckiem, ciągle poniżej emocjonalnych norm wiekowych.
    Nie jest łatwo, ale jest fajnie, pomimo problemów.
    Więc nie zgodzę się, że problem tkwi w dziecku jako takim. Chyba, że ma ewidentne zaburzenia osobowości, ale, jak napisał ktoś - to się diagnozuje.
    Przyczyny szukałabym w rodzicach. OBOJGU.
    --
    "Mysle ze bez mezczyzn zycie kobiety bylo by o wiele trudniejsze,
    jesli nie niemozliwe." Waldi na FF
  • edw-ina 05.05.14, 11:00
    Karolana, myślę, że po prostu jesteś wyjątkiem potwierdzającym regułę i tak to należy traktować.
  • karolana 05.05.14, 13:30
    edw-ina napisała: 
    > Karolana, myślę, że po prostu jesteś wyjątkiem potwierdzającym regułę i tak to > należy traktować.

    Hahaha zawsze wiedziałam że jestem wyjątkowa wink
    --
    "Mysle ze bez mezczyzn zycie kobiety bylo by o wiele trudniejsze,
    jesli nie niemozliwe." Waldi na FF
  • aragorna71 06.05.14, 12:11
    nie ciesz sie tak, ja tez jestem wyjatkowawink
    Podpisze sie pod tym, co napisala Karolana. Jak do tej pory nie mialam problemow z Mloda ani z jej bratem, wcale nie dlatego, ze dzieci sa idealne, raczej to zasluga chlopa i moze troche mojej postawy.
    Pisalam juz o tym wiec nie bede sie powtarzac.
    --
    "Przeznaczenie daje nam w życiu: trzech nauczycieli,trzech przyjaciół, trzy wielkie miłości i trzech wrogów.
    Ta dwunastka jest jednak zawsze zakryta i nie wiemy, kto kim jest, dopóki ich nie pokochamy, nie zostawimy lub nie pokonamy."
  • rybkka24 05.05.14, 11:22
    Twój post jest zbyt czarno-biały
    idealny ojciec kontra złośliwy wredny dzieciak z "piekła rodem"
    Taki coś NIE ISTNIEJE.
    oczywiście są dzieci trudniejsze/łatwiejsze w wychowaniu, bardziej/mniej złośliwe/sympatyczne/ciepłe itp.
    największy wpływ na wychowanie dziecka mają jednak rodzice i to oni je kształtują.
    sama piszesz że facet czasem niekonsekwentny czasem pobłażliwy.być może powinien położyć większy nacisk zasady/granice/konsekwencje.
    to jest niemożliwe żeby porządny, spokojny wręcz idealny partner i ojciec miał w domu małego tyrana.
    oczywiście dzieci próbują, testują, ale odpowiednie podejście do takich zachowań uniemożliwi im to na dłużą metę i ewentualnie dodatkowe wybryki dusi w zarodku.
    może tata pozwolił sobie wejść na głowę co nie jest znowu takie rzadkie i to ty i ponosisz konsekwencje niewychowania pasierba.tymczasem ojca wybielasz i wręcz gloryfikujesz natomiast za całe zło obwiniasz dziecko, które stawiam na dziś nie ma jasno postawionych granic w zachowaniu i nie ponosi konsekwencji swoich niegrzecznych postępków.
    jeżeli jednak dziecko naprawdę ma problemy emocjonalne to musi to zdiagnozować specjalista wtedy można zacząć coś robić pod kątem zaburzenia.
  • rybkka24 05.05.14, 11:30
    ja też mam prawie 9-letniego pasierba którego zaczynam nie lubić przez jego zachowanie i niewychowanie.
    ale nie oszukując się, to rodzice są za to odpowiedzialni.eks w większości jest za to odpowiedzialna bo większość czasu dziecko jest u niej a ona chce mieć spokój.mój m jest za to odpowiedzialny choć ma o wiele mniejsze pole manewru ale dziecko manipuluje i szantażuje.
    tym skutkuje hodowla dzieci.są antypatyczne i męczące i chce się je ominąć jak najszybciej.
  • rybkka24 05.05.14, 11:38
    chodziło że nie dość że M ma okrojoną możliwość wychowywania i wpływania na dziecko to ono jeszcze manipuluje i szantażuje a matka nie widzi w tym nic złego i nawet nie interesuje się o co chodzi.
  • balladynka 05.05.14, 22:37
    Zawsze mnie zadziwia to rozbieranie zachowań na czynniki pierwsze, a co, a dlaczego, a może mu przykro, a może ojciec to, a matka tamto, a macocha jeszcze co innego. Ja tego nie kumam po prostu no ale ja mam drobnego aspergera i rozbieranie emocji u mojego małżonka i wszystkich innych w jego dziwnym porozwodowym świecie mnie nieźle przeczołgało te parę lat temu tak więc mogę być już trochę zmęczona tą retoryką. Jak już zatem przeanalizujesz, tylko uczciwie!, wszystkie rady, rozważysz w sercu za i przeciw, a nawet na wylot, wszelkie potencjalne winy (również swoje), przyczyny a także porozmawiasz z mężem z pięćset razy co by tu można zrobić i wreszcie stwierdzisz z rozpaczą, że nijak nic ci nie pasuje do tezy o wpływie środowiska, za to przychylasz się do tezy o ważności genów wtedy usiądź spokojnie w fotelu, odetchnij z ulgą i pomyśl sobie, że ja, balladynka, daję Ci zupełne rozgrzeszenie w myśleniu, że może niestety, ale po prostu, najzwyczajniej w świecie, ten chłopak jest jaki jest i inny nie będzie i tak się składa, że akurat niestety ale a) jesteście zupełnie niekompatybilni (jeśli chcemy być poprawni politycznie) albo b) on jest ciężki do zniesienia (jeśli mamy to gdzieś), że to się zdarza i nie stanowi końca świata. Zupełnie miło nie będzie, tu Cię nie pocieszę, ale da się żyć. Kochaj męża, swoje dziecko, teściową i kogo tam jeszcze jesteś w stanie, co do reszty zachowaj kulturę, klasę, dla własnego zdrowia psychicznego i dobra waszego związku zminimalizuj interakcję i wpływ na swoje nerwy i tyle. Nie wszyscy muszą wszystkich lubić. A w trudnych chwilach jak to mówią zamknij oczy i myśl o Anglii.
  • independency.today 06.05.14, 10:40
    O mądra kobieto, balladynko!! Lejesz miód na moje serce smile
    To jest jeszcze bardzo krótki staż, nasze życie razem. Czas pokaże, bo niecałe 2 lata to stanowczo za mało na pełną ocenę sytuacji. Może kiedyś go pokocham? Wierzę że to możliwe. A jak już pokocham, to zniosę wszystko. Mam nadzieję też, że za parę lat ochłonę nieco z chorej zazdrości o eksię i wszystkiego co z nią związane, oczywiście dziecko jest w czołówce jeśli chodzi o powody do zazdrości. To instynktowne, trudno nad tym panowac. Chłopak jest trudny, ale ma lepsze i gorsze dni. Zawsze, kiedy jest lepiej pocieszam się, że na pewno będzie dobrze. Ale kiedy nasze złe dni się zbiegną...trudno mi zachowac zimną krew i pozytywne myślenie. Jesteśmy tylko ludźmi.
  • nini6 06.05.14, 10:49
    Nie musisz absolutnie go kochać, wystarczy, ze będziesz naprawdę lubić.

    independency.today napisała:
    Mam nadzieję też, że za parę lat ochłonę nieco z chorej zazdrości o eksię i wszystkiego co z nią
    związane, oczywiście dziecko jest w czołówce jeśli chodzi o powody do zazdrości.


    To jest IMO clou, dlaczego tak nie lubisz tego dziecka. Patrzysz na nie przez okulary zazdrości.
    --
    Mam pomysł, stulicie paszcze przez godzinę a ja się kimnę.
  • edw-ina 06.05.14, 10:57
    Ależ oczywiście, że nie musisz go kochać, nerki mu oddawać i przepisywać na nie spadek po własnej osobistej ciotce milionerce. Ale chcąc żyć z jego ojcem musisz mu przynajmniej nie okazywać niechęci i starać się panować nad swoimi emocjami.

    A jak jesteś zazdrosna o ex to oczywiste, że nie będziesz lubiła jej dziecka.
  • chalsia 06.05.14, 12:13
    > To jest IMO clou, dlaczego tak nie lubisz tego dziecka. Patrzysz na nie przez o
    > kulary zazdrości.

    czyli ponownie - nie w dziecku problem
    a te są dwa - niekonsekwentny ojciec dający sobie chodzić na głowę oraz projekcja uczuć macochy do eksi na pasierba
    --
    Są tacy co lubią gady, ja nie.
  • optymist75 06.05.14, 16:42
    > czyli ponownie - nie w dziecku problem
    > a te są dwa - niekonsekwentny ojciec dający sobie chodzić na głowę oraz projekcja uczuć macochy do eksi na pasierba

    Dzieki Bogu i przyjaznym ludziom nie projektuje swoich uczuc do eksi na pasierby,bo musialabym wyjezdzac z domu na czas kontaktow albo odejsc od meza wink



    --
    TU i TERAZ
  • violadamore 06.05.14, 13:48
    Gdybym byla na Twoim miejscu i gdyby zalezalo mi na utrzymaniu tego zwiazku i rodziny, to poszukalabym najlepszego w promieniu 200 km psychoterapeuty i pojechala do niego razem z facetem. Ja mam zupelnie normalne pasierby, a mimo wszystko doprowadzaja mnie czasami do szalu i sa powodem glebokich konfliktow miedzy nami. I w takich systuacjach, kiedy czuje, ze zaraz wysiade, jade do psychoterapeutki. Miedzy innymi po to, aby przefiltrowac sytuacje przez punkt widzenia osoby neutralnej. I ocenic, na ile moj gniew i pretensje do dzieci sa uzasadnione. Bo moze na przyklad nie jestem obiektywa. Albo zwyczajnie zazdrosna. Po pierwsze zdrowo jest zalozyc, ze nie zawsze mamy racje, ze rzadza nami czasem emocje, do ktorych trudno sie przed samym soba przyznac. Po drugie, jesli Twoj pasierb jest rzeczywiscie potworem (moze jest?), to tym bardziej potrzebna jest pomoc specjalisty, ktory pomoze Wam go okielznac. Sytuacja moze byc jeszcze bardziej skomplikowana, jesli okaze sie, ze za synem potworem stoi matka potwor, ktora a) zle wychowuje syna b) nieustannie podjudza go przeciwko ojcu/Tobie. Tym spieszniej gnalabym po pomoc. Po trzecie, nie musisz pasierba kochac, wystarczy lubic. To tyle z doswiadczen zebranych na wlasnym poligonie patchworkowym smile
  • larysa-1 09.05.14, 12:43
    Zupełnie zgadzam się z balladynką.
    Nie wszystkie jeszcze wiedzą, ale rozstałam się z nm 3 miesiące temu. Wyprowadził się razem z biedną , poszkodowaną i o dziwo - problemy z nią trwają nadal, nie wymyśliłam ich sobie, dzieciak jest niereformowalny.
    Ojciec nie ma z tym wiele wspólnego, bo jest kulturalnym, miłym, wychowanym człowiekiem. Żal mi go że trafiło mu się takie dziecko. Dzieci są różne i nie mamy wpływu na pewne ich cechy. Koniec i kropka. W moim przypadku wyprowadzka pasierbicy nie zlikwidowała problemów z tym dzieckiem, po prostu borykają się z nimi inne osoby.

    Ja ciebie doskonale rozumiem. To niekoniecznie wina złej macochy i całego otoczenia. Czasami dziecko doskonale wie co robi i robi to z premedytacją i nie ma co później liczyć na cuda. Nie męcz się. Nie musisz go lubić. Niech ojciec się nim zajmuje, może z czasem coś się poprawi, chociaż u mnie tak nie było, ale tobie tego życzę. Na szacunek trzeba sobie zasłużyć, wieczne usprawiedliwianie każdego dziecka to zwykła hipokryzja. To są mali ludzie, którzy powinni szanować innych ludzi i zasłużyć sobie na ich szacunek jeśli chcą mieć dobre relacje. Im wcześniej się tego naucza , tym dla nich lepiej.
  • altz 09.05.14, 15:04
    larysa-1 napisała:
    > Nie wszystkie jeszcze wiedzą, ale rozstałam się z nm 3 miesiące temu. Wyprowadz
    > ił się razem z biedną , poszkodowaną i o dziwo - problemy z nią trwają nadal, n
    > ie wymyśliłam ich sobie, dzieciak jest niereformowalny.
    > Ojciec nie ma z tym wiele wspólnego, bo jest kulturalnym, miłym, wychowanym czł
    > owiekiem. Żal mi go że trafiło mu się takie dziecko. Dzieci są różne i nie mamy
    > wpływu na pewne ich cechy. Koniec i kropka.

    Niezły tekst! big_grin
    Podobnie brzmi, gdy się mówi o facecie, że on taki dobry, tylko żona go nie rozumie. wink

    Jeśli dziecko nie ma zaburzeń z powodu chorób, to zawsze(!) winna jest rodzina, niestety. Można sobie wmawiać, jakoś to racjonalizować, ale to nie jest prawda.
    Najczęściej oboje rodzice solidnie sobie zapracowali przez lata na taką sytuację.
    Znam przypadki, gdy to ojciec demoralizował dziecko, znam, gdy robiła to matka oraz gdy robili to oboje. Po przejęciu opieki nad dzieckiem przez drugiego rodzica, zmiany muszą się przeciągać w czasie, to nie jest miód i orzeszki, tylko wieloletnia praca nad dzieckiem.

    Trzeba naprawę się przyłożyć, żeby dziecko zepsuć, to nie jest takie pstryknięcie i już dziecko jest nie do życia. Zdejm różowe okulary i dobrze się przyjrzyj, jakiś powód całej sytuacji na pewno jest.
  • belzebubel 19.05.14, 08:09
    Larysa, jak Ci teraz jest?
    pozdrawiam
  • mamameg 29.05.14, 10:21
    "Ojciec nie ma z tym wiele wspólnego, bo jest kulturalnym, miłym, wychowanym człowiekiem. Żal mi go że trafiło mu się takie dziecko"

    Na pewno ojciec nie miał nic wspólnego z nieznośnym zachowaniem córki?
    Twoje posty mówią coś dokładnie przeciwnego:
    "Czy ci faceci to jaieś klony???? Mój też pakował się namiętnie do łóżka swojej córki, ona się na niego kładła jak leżał na podłodze - nie obok niego, leżała całym ciałem na nim, oczywiście za rękę chodził cały czas z córką a nie ze mną,"
    "To jest dorosły facet? To jest ojciec? Trzeba go było zmusić żeby zajął się sprawami własnego dziecka a i tak robi wyłacznie to co niezbędne i z czym ona przyjdzie. Często próbując wysługiwać się mną. Powiedziałam, ze rehabilitacja też mnie nie interesuje. Teraz pasierbica ćwiczy na żądanie ojca, owszem on tego teraz wymaga po kilkunastu miesiącach kłótni! ale już nie uważa żeby patrzeć czy ona to robi dobrze, w ogóle sie tym nie interesuje. Już zostawił ja z tym zupełnie samą chociaz nie tak miało być. Wytrzymał, ok 2 tygodni. "
    "Teraz mój partner powoli staje się rodzicem, a dziecko ma już 9 lat. Wiem, że dużo go kosztowało przejście z trybu taty kumpla, który bezwarunkowo chroni dziecko przed całym światem (chociażby ograniczało się to jedynie do bronienia dziecka przed sprzątaniem pokoju czy wstawianiem naczyń do zmywarki), do ojca , który wychowuje dziecko i bierze odpowiedzialnośc za swoje czyny (nie pdrzuca kolejnej obcej babie na wychowanie). "
    "U mnie dziecko było zwyczajnie "podrzucone" a pan i władca robił co chciał i na co miał ochotę lub nie , ja natomiast "musiałam", bo mieszkaliśmy razem. Nikt się mnie o nic nie pytał i nic nie uzgadniał, tylko narzucał przy moim wyraźnym sprzeciwie, to chyba nie jest raczej w porządku. Przy tym ojciec wyraźnie uciekał od niewygodnej sytuacji w której nie miał zielonego pojęcia jak sobie poradzić, więc zwalił wszystko na mnie."
  • lea.777 19.05.14, 16:59
    Bardzo dziękuję za możliwość wypowiedzenia się na forum.
    Odnośnie tematu wątku:
    Niektórzy ludzie od wczesnego dzieciństwa do końca życia grają swoją nieszczęśliwą sytuacją. Wiem, bo sama jestem z rozbitej rodziny. Takie samo doświadczenie ma mój brat. Ale nasz stosunek do całej sprawy jest zupełnie różny.
    Brat uważa, że jego życie jest spieprzone od początku do końca przez rozwód naszych rodziców. Karmił się tym od dziecka, wszystkie swoje niepowodzenia i trudności usprawiedliwiał właśnie tym. Oczywiście to duże uproszczenie, bo pewnie w jego głowie działo się dużo więcej, ale pretensje brata do naszej matki, no bo przecież nie do nieobecnego ojca były ciągle w naszym domu obecne.
    Ja z kolei uważałam i uważam, że ojciec mógł w wielu sytuacjach zachować się mniej beznadziejnie, ale żalu do nikogo o nic nie mam. Nigdy nie miałam. (Pomimo tego, że w tej chwili nie mam żadnego kontaktu z ojcem, a jego zachowanie było, delikatnie mówiąc, bardzo rozczarowujące.) Mimo to nawet jako dziecko rozumiałam, że tata mógł zakochać się "w innej pani". Nie obwiniałam ani ojca, ani matki. ŻYŁAM SWOIM ŻYCIEM. Swoimi zainteresowaniami, obowiązkami, a nie życiem rodziców. Do dziś nie mam tendencji do obwiniania innych i pretensji...

    Moim zdaniem to kwestia charakteru.

    Dla mnie istotne jest też to, że w sytuacji mojego brata i mojej (kiedyś), czy dziecka mojego obecnego partnera są miliony dzieci. Nie wszystkie zachowują się tak, jakby cały świat miał im odpokutować ich zepsute dzieciństwo. Mało tego. Niektóre z tych pokrzywdzonych przez los i cierpiących dzieci są otoczone troską obojga niemieszkających razem rodziców, babć, cioć itd. Całej licznej rodziny. Można powiedzieć, że dzieci te mogą mieć problem wręcz z nadmiarem troski i opieki. Ale co z tego, skoro my dorośli wiemy, I ONE TEŻ TO WIEDZĄ, że ich sytuacja JEST NIESTABILNA. A to przecież wszystko usprawiedliwia. Słabe oceny dziecka, złe zachowanie oraz, oczywiście zachcianki, życzenia i żądania bez przerwy. Usprawiedliwia to też rodzica, który wokół dziecka skacze i pląsa...

    Moje pytanie brzmi: czy życie jest sytuacją stabilną?

    Ja akurat jako macocha dochodząca trafiłam na ojca pokutującego i córkę, która tej pokuty oczekuje i wymaga. Dla mnie to patologia. Dla kogoś być może miłość, oddanie i poświęcenie. Nie chcę z tym przekonaniem dyskutować.

    Uważam, że na pewno mój partner w dużej mierze przyczynił się do tego, jak działa obecnie jego własna córka. Co do tego nie mam wątpliwości.
    Chciałabym jednak zauważyć, że nie wszystkie dzieci uległych i niekonsekwentnych rodziców uczą się biegle tymi rodzicami i całym otoczeniem manipulować ... Nie wszystkie z premedytacja kłamią, oszukują, symulują i eksperymentują na emocjach otoczenia.

    Tak samo jak nie wszystkie dzieci z rozbitych rodzin do końca życia robią z siebie pokiereszowane emocjonalnie ofiary.

    Ludzie różnie reagują na taką samą sytuację i nie każdą z tych reakcji otoczenie musi akceptować.
    Histeria z powodu odłożenia na następny dzień zakupu gadżetu jest reakcją nieadekwatną i trzeba to sobie po prostu powiedzieć.
    Jeżeli przyczyną nieadekwatnych zachowań dziecka jest depresja, należy to dziecko leczyć. A nie zwalać winę na rozejście się rodziców i słać przed dzieckiem płatki róż w nadziei, że humor mu się dzięki temu na chwilę poprawi.
    Dziecko wiedzę o rzekomej przyczynie swojego złego samopoczucia (i wszystkich innych życiowych klęsk) chętnie kupi. Bo to jest po prostu łatwe, proste i wygodne.

    Byłam kiedyś dzieckiem i pamiętam: dzieci też mają charakter, osobowość. I zazwyczaj są bardzo spostrzegawcze.
    Niektóre też, niestety, mają różne zaburzenia, problemy, niektóre dzieci są obciążone genetycznie. Otoczenie wpływa na nasz rozwój, ale nie kształtuje nas w stu procentach.

    Dlatego myślę, że przede wszystkim trzeba poznawać swoich bliskich, a nie mamić się wyidealizowanymi, nierealnymi wizjami tych osób. (Lub, co gorsza, taplać się w pretensjach o to, że ktoś jest taki, a nie inny.) Ludzie są jacy są. Niektórzy zachowują się czasami nawet podle, bo po prostu mają taki charakter i skłonność do okrucieństwa. Niektórzy są chorzy lub genetycznie obciążeni. Należy wziąć to pod uwagę jako możliwość. Dotyczy to również dzieci. Niestety, w świecie, w którym dziecku przypisuje się wyłącznie takie cechy jak niewinność i czystość coś takiego jak perfidne zachowanie dziecka w ogóle nie występuje. Dziecko o złych intencjach może pojawić się jedynie w horrorze...

    A dziecko wymagające leczenia psychiatrycznego, czy stałej opieki psychologa?...Cóż, nie spełnia oczekiwań rodziców. Więc lepiej oszukujmy się, że jest przecież prawie dobrze, a wszystkie problemy wynikają z tego, że rodzice się kiedyś rozeszli. Nawet jeśli tak jest, przecież samo stwierdzenie tego faktu nic nie daje. Nic nie daje też ciągłe wynagradzanie krzywd. To tylko demoralizuje dziecko.

    Na koniec tego przydługiego wpisu jedna myśl: chyba często bywa tak, że ojcowie-rozwodnicy idealizują swoje dzieci, a macochy wyłapują ich wady. No i w tym się bardzo rozmijamy.
    A prawdziwa osoba jest gdzieś pośrodku...Chcę o tym pamiętać, zwłaszcza kiedy nerwy mi puszczają i myślę sobie: "co ja tutaj robię???"
  • edw-ina 19.05.14, 18:05
    Ufffff, dużo tego smile
    Po pierwsze - cześć!
    Po drugie - myślę, że nikt rozsądny nie tłumaczy wszystkich zachowań dziecka faktem braku stabilizacji po rozstaniu rodziców. Jednak jest to czynnik, który po prostu jest brany pod uwagę. Dodatkowo inaczej wygląda układ z rodzicem, z którym dziecko jest na stałe i czuje się przy nim bezpiecznie, inaczej przy tym, którego widuje i to często nieregularnie, w coraz to nowszych życiowych zaułkach.

    A dalej napiszę później, sorry!!!!!!! taki mamy hmmm klimat smile
  • lea.777 19.05.14, 18:23

    > A dalej napiszę później, sorry!!!!!!! taki mamy hmmm klimat smile

    Chętnie przeczytam!

    Ale wiesz, ja nie za bardzo rozumiem cały ten szum wokół poczucia bezpieczeństwa. Ok, poczucie bezpieczeństwa jest bardzo ważne. Powtarzalność, rutyna, pewność. Ale co mają powiedzieć dzieci z okupowanego kraju, gdzie kule przelatują koło ucha? Jak się mają czuć dzieci, które w ogóle nie mają rodziców? Hej! Czy to jest aż taka trauma, że się tylko weekendy spędza u taty, który jest pod telefonem przez cały tydzień??? Po prostu...chciałabym prosić o dostrzeżenie przez nas, wygodnie żyjących, acz znerwicowanych ludzi zachodu szerszego kontekstu.
    Nieszczęście staje się jeszcze bardziej dotkliwe, kiedy ktoś nam do głowy tłucze, że oto znaleźliśmy się w nieszczęśliwej i krzywdzącej sytuacji.
    A tak naprawdę mamy wygodne, bezpieczne i komfortowe życie, nawet jeśli tata mieszka kilka ulic dalej.
    Tyle na temat braku poczucia bezpieczeństwa w moim odczuciu. Gdzieś tam jest Bliski Wschód, afrykańskie pogromy, tortury, kanibalizm, mafijne porachunki i być może, groźba kolejnej wojny światowej. Cytując znajomego oburzającego się na nadużywanie słowa "trauma": "traumę to mogą mieć osoby po holokauście..."
    No wiem, pojechałam...
  • edw-ina 19.05.14, 19:18
    No pojechałaś big_grin W takim wypadku nie powinniśmy narzekać na służbę zdrowia i NFZ, bo w Etiopii nie mają w ogóle, na niskie płace - co to w porównaniu z chińskimi szwaczkami oraz nie reagować na pijanych kierowców, którzy zabili pieszych, w końcu w Indiach regularnie całe autobusy wpadają do przepaści.
    Poczucie bezpieczeństwa to potrzeba pierwotna. Nawet śpimy w ten sposób, by to poczucie utrzymywać - nieświadomie budzimy się kilkanaście razy w nocy, by sprawdzić, czy nic się nie zmieniło, to atawizm. W przypadku dziecka to poczucie bezpieczeństwa buduje dostępność rodziców i ponownie jest to pierwotne, ponieważ ludzkie dziecko jest długo zdane na dorosłego, bo inaczej mogłoby nie przeżyć. W dalszej kolejności jest to dostępność psychiczna, emocjonalna rodzica, która pozwala wychodzić na przeciw kolejnym wyzwaniom.
  • chalsia 19.05.14, 22:53
    > Tyle na temat braku poczucia bezpieczeństwa w moim odczuciu. Gdzieś tam jest Bl
    > iski Wschód, afrykańskie pogromy, tortury, kanibalizm, mafijne porachunki i być
    > może, groźba kolejnej wojny światowej. Cytując znajomego oburzającego się na n
    > adużywanie słowa "trauma": "traumę to mogą mieć osoby po holokauście..."
    > No wiem, pojechałam...

    no jasne, że pojechałaś, bo zapomniałaś, że dla dziecka (a przynajmniej większości) w wieku do lat nastu wyżej przez Ciebie wymienione sprawy są równie abstrakcyjne jak dziecka własna emerytura czy zostanie rodzicem w dalekiej przyszłości
    dla dziecka traumą jest, że czeka na rodzica a ten się spóźnia, a nie to, co się dzieje w Darfurze

    --
    "Z czym się zgodziłem, napisałem. Raczej bardziej się nie zgodziłem, a minimalnie zgodziłem. Od początku rozumiem, co piszesz, tylko się z tym nie zgadzam." by Altz
  • lea.777 20.05.14, 10:29

    > dla dziecka traumą jest, że czeka na rodzica a ten się spóźnia, a nie to, co si
    > ę dzieje w Darfurze

    I to właśnie nazywam typowym nadużywaniem słowa "trauma".
    Traumą jest też niemożność natychmiastowego zrealizowania każdego "ja chcę".
    Rodzic może mieć a) biegunkę b) ważne spotkanie c) awarię auta.
    Jak my wszyscy.
    Szantażowanie kogoś "traumą" jest jedną z tych rzeczy, które wiele z nas tu obecnych chciałoby usunąć ze swojego życia.
    Mnie się udało.
    Życzę powodzenia innym.
    Nawiasem mówiąc, poznałam dziecko mojego faceta zanim poznałam jego. Polubiłyśmy się. A potem zaczęły się schody, bo rodzic przecież należy się dziecku (o każdej porze dnia i nocy) jak psu buda. Dziewczynka jest w wieku gimnazjalnym, rodzice rozeszli się lat temu siedem. Mój partner bardzo powoli się uczy, że tak duże dziecko nie potrzebuje już regularnego spania z rodzicem, obcinania paznokci i mycia włosów oraz towarzystwa rodziców podczas wypadu z koleżankami do galerii handlowej. Powoli dociera do niego, że to dziecko nie ma już 5 lat.

    Są różni rodzice i różne dzieci.
    A dziewczyna, która weszła w związek z dzieciatym facetem powinna nauczyć się o siebie dbać.
    Inaczej nikt jej nie będzie w tej rodzinie szanował. Przerobiłam, doświadczyłam. Przesadnej empatii nie polecam.
    Natomiast dystans do własnych i cudzych codziennych "traum" oraz zrozumienie dla poważnych problemów - owszem.
  • edw-ina 20.05.14, 10:53
    Ty mówiąc o spóźnieniu myślisz o podporządkowaniu rodzica dziecku, ja po poście Chelsi pomyślałam o zaufaniu. Sądzę, że żadne dziecko nie przeżywa traumy, bo mama czy tata spóźnili się, odwołali itp. ale - wyjaśnili, poinformowali, a samo dziecko ma świadomość, że jest to sytuacja jednorazowa wyjątkowa, ponieważ ogólnie ma poczucie, że na rodzica może liczyć. Trauma jest wtedy, kiedy np. tata obiecał, że przyjedzie, dziecko niecierpliwie czeka, bo np. nie widziało tego ojca od dawna, tęskni, a tata bez wyjaśnienia po prostu się nie zjawia.
    Też jestem dzieckiem rozwodników. I też nie mam z tym problemu. Nikt mi paznokci nie obcinał, gdy miałam naście lat, nie spałam z rodzicami w łóżku poza wczesnym dzieciństwem nigdy, traumy z powodu ich rozstania nie mam. Ale - dopóki ich potrzebowałam, to byli, niezależnie od tego, jaka dzieliła nas odległość. Pisałam o tym wiele razy, że właśnie dzięki takiej postawie, a jednoczesnym partnerskim traktowaniu, było mi stosunkowo łatwo. Bo wiedziałam, że jeśli zadzwonię do taty w środku nocy i powiem, że nawalił mi samochód, jestem tu i tu, to on przyjedzie i mi pomoże. Że kiedy uczyłam się do egzaminu z historii sztuki, a moja mama po podobnej szkole była właśnie tysiące kilometrów dalej, to odpytywała mnie do egzaminu przez telefon płacąc horrendalne rachunki. Bo właśnie to poczucie bezpieczeństwa pozwala rozwinąć skrzydła. Masz świadomość, że jakby coś, to ktoś cię asekuruje. Pozbawienie tego, nie jednorazowe, lecz permanentne, właśnie wywołuje traumy.
    A to, że będąc w związku z osobą z przychówkiem trzeba wypracować w sobie dobrze rozumianą asertywność, to oczywiste. Bez tego będzie ciężko. Więcej - w każdym związku bez tego będzie ciężko.
  • chalsia 20.05.14, 10:58
    edw-ina napisała:

    > Ty mówiąc o spóźnieniu myślisz o podporządkowaniu rodzica dziecku, ja po poście
    > Chelsi pomyślałam o zaufaniu. Sądzę, że żadne dziecko nie przeżywa traumy, bo
    > mama czy tata spóźnili się, odwołali itp. ale - wyjaśnili, poinformowali, a sam
    > o dziecko ma świadomość, że jest to sytuacja jednorazowa wyjątkowa, ponieważ og
    > ólnie ma poczucie, że na rodzica może liczyć. Trauma jest wtedy, kiedy np. tata
    > obiecał, że przyjedzie, dziecko niecierpliwie czeka, bo np. nie widziało tego
    > ojca od dawna, tęskni, a tata bez wyjaśnienia po prostu się nie zjawia.

    no i miałaś rację, to właśnie miałam na myśli
    --
    Są tacy co lubią gady, ja nie.
  • lea.777 20.05.14, 11:42
    Zgadzam się w 100%. Rodzic powinien być oparciem bez względu na odległość.
    Niektórzy jednak nie asekurują, ale wręcz uniemożliwiają samodzielne wykonywanie ruchu. Tak się człowieczka nie nauczy wykonywać przewrotu w przód.
    Pozdrawiam i dziękuję za odpowiedzi.
    Życzę wszystkim sporej dawki asertywności!! smile Bez tego związek może się zamienić w nawykowe cierpiętnictwo.
  • 13monique_n 20.05.14, 11:19
    Nie do końca się z Tobą zgodzę. Trauma spowodowana rozwodem rodziców jest faktem, bo to, że jest lżejsza gatunkowo niż przeżycie obozu koncentracyjnego w czasie II Wojny, czy łagru, bądź ucieczki z Syberii, nie odbiera jej zdolności ranienia poczucia bezpieczeństwa u dziecka.
    A to, że żyjemy od wielu już lat w wybitnie spokojnym, pozbawionym wojny i innych wybuchów, kraju, znaczy, że mieliśmy prawo przywyknąć do spokojnego życia i stać się podatnymi na zranienia wynikające z lepszych warunków. Bo przecież fakt, że kiedyś kobiety rodziły dziecko podczas robót w polu, zawijały w chustkę i wracały do tychże robót nie oznacza, że również dzisiaj jest to rekomendowany poród, prawda?

    Na koniec jednak najważniejsza sprawa - trauma spowodowana rozwodem/czy odrzuceniem przez rodzica, nie oznacza zgody na folgowanie sobie, "bo ja mam traumę". Tylko raczej "mam traumę i muszę z tym żyć. Najchętniej najlepiej, jak potrafię". I to zadanie dla rodzica, albo obojga, o ile to możliwe, by wesprzeć dziecko w dojściu do takiego myślenia. Bo chyba nikt nie chce, by własne dziecko przegrało siebie nie umiejąc przejść ponad tym, czego zmienić nie można?

  • lea.777 20.05.14, 11:43

    > Na koniec jednak najważniejsza sprawa - trauma spowodowana rozwodem/czy odrzuce
    > niem przez rodzica, nie oznacza zgody na folgowanie sobie, "bo ja mam traumę".
    > Tylko raczej "mam traumę i muszę z tym żyć. Najchętniej najlepiej, jak potrafię
    > ". I to zadanie dla rodzica, albo obojga, o ile to możliwe, by wesprzeć dziecko
    > w dojściu do takiego myślenia. Bo chyba nikt nie chce, by własne dziecko przeg
    > rało siebie nie umiejąc przejść ponad tym, czego zmienić nie można?

    Racja
  • nangaparbat3 24.05.14, 18:07
    No widzisz. Tobie się udalo, a Twemu bratu nie.
    Tak bywa.
    Tylko popelniasz zasadniczy błąd stwierdzając, że byliście w tej samej sytuacji. Nie byliscie. Bo on byl chlopczykiem, a Ty dziewczynką. Bo on byl od Ciebie starszy albo mlodszy, nawet jeśli jestescie bliźniętami. Bo trafiliscie na rożne nauczycielki w pierwszej klasie podstawowki.
    Nikt nie wie na pewno, na ile ksztaltuje nas sytuacja, ale juz wiadomo, ze w wiekszym stopniu, niż (w naszej kulturze) jestesmy gotowi przyznac.
    Bardzo przyjemnie przypisywac sobie zasługę posiadania "dobrego, mocnego, odpornego" charakteru, a komus, kto gorzej od nas zniósl "tę samą" sytuację - jego brak. Trudno wyobrazić sobie, ze ktoś wychowywany w tej samej rodzinie był w innej sytuacji. Ale to sie zdarza, naprawdę.


    --
    "Dbaj jeden z drugim o żonę, to twojej rodzinie żaden związek partnerski nie zagrozi" Jowita 771.
  • lea.777 26.05.14, 09:18
    Doskonale rozumiem, że mógł mieć gorzej.Nieraz mu współczułam. Staram się go wzmacniać, zawsze podkreślać jego zalety itd. Rzeczywiście mam więcej szczęścia (chyba tak to można nazwać).
    Ale kiedy czterdziestoletni facet nadal wypomina matce, że nie umiała zatrzymać ojca i przez to nam wszystkim żyło się źle (na marginesie nie wiem, czy ojciec będąc w domu nie spowodowałby większych szkód psychicznych u nas wszystkich, niż kiedy go nie było), to to jest już po prostu śmieszne.
  • larysa-1 21.05.14, 09:35
    Odpowiadając na post co u mnie słychać - odpisuję:
    Jest o niebo lepiej, bo nie ma nerwów na co dzień i mój dom stał się moim domem. Nie wracam już z pracy z niechęcią do domu. Moje samopoczucie polepszyło się pod tym względem o 100%. Jest jednak oczywiście i druga strona medalu - bardzo tęsknię za nm i nadal go kocham, chociaż jestem pełna pretensji za zmarnowane lata. Z nm widujemy się z pewnych względów regularnie co tydzień i żal słuchać tego co mówi, ale z drugiej strony bardzo się cieszę że mnie to już nie dotyczy.

    Lea napisałaś:
    "Nieszczęście staje się jeszcze bardziej dotkliwe, kiedy ktoś nam do głowy tłucze, że oto znaleźliśmy się w nieszczęśliwej i krzywdzącej sytuacji.
    A tak naprawdę mamy wygodne, bezpieczne i komfortowe życie, nawet jeśli tata mieszka kilka ulic dalej."
    I to jest strzał w 10.
  • 13monique_n 21.05.14, 10:31

    Czule, po macoszemu

    Jasne, że ten tekst, to zaledwie liźnięcie tematu. Szczególnie brakuje w nim rozwinięcia roli ojca, ale i tak znalazło się w nim kilka zdań na ten temat. Polecam.
  • litera29 21.05.14, 15:11
    Witam. Na dzień dobry dziękuje również Adminowi za przyjęcie na forum. Czytam sobie tak ten Twój wpis i uwierz,że doskonale Cie rozumiem. Każda osoba, która odpowiedziała na Twój post ma po trosze trochę racji. Jednak jeżeli ktoś nie spotkał małego "manipulanta i podstępnego dziewięciolatka" będzie otwierał szeroko oczy i pewnie wmawiał Ci,że przesadzasz, że powinnaś się na dziecko otworzyć i takie tam...Rozumiem Cię jednak doskonalesmile Mój pasierb niestety tez jest manipulantem, takim małym podstępnym chłopczykiem w identycznym wieku co Twój, ze wzrokiem aniołka, gdy tylko tatuś jest blisko. Wystarczy jednak,że tatuś opuści pomieszczenie, a "pasierbiątko" moje pokazuje, na co je stać. Na tyle opanował technikę manipulowania tatusiem, że wie nawet, kiedy powiedzieć mi coś szeptem,żeby ten nie dosłyszał w sąsiednim pokoju, a kiedy mi "słodzić", kiedy tatuś jest blisko. Owszem, również uważam, że to zupełne przeciwieństwo swojego ojca i domyślam się,że to charakterek rodzicielki, która przez lata (i do teraz) manipuluje ludźmi, jak jej pasuje; czy to byłym mężem, czy byłą teściową). Kobieta ta potrafi "dorzucić do pieca", że aż w pięty idzie, więc młody przykładnie uczy się od mamusismile Co do Twoich pytań...Związek takowy jest ogromnie trudny, ale ma szanse (i to równie ogromne) na przetrwaniesmileTak, jak powiedziała Balladynka - nie musisz kochać pasierba i nikt nie jest w stanie Ci tego rozkazać, ani do tego zmusić, tym bardziej,że młody robi wszystko, byś się nawet nie starała go polubićsmile Rozmowa z partnerem pewnie nie zawsze wiele daje, bo przecież jego syn zawsze będzie dla niego jedyny, wyjątkowy, kochany i kochający, przesłodki, grzeczny, pierworodny, wyczekiwany itd. Jeśli się "dyskretnie poskarżysz" pewnie powie,że to dziecko i tylko żartowało, że jest niewinnym dziewięciolatkiem,że nie jest przecież potworem. Ale może zacznij "skarżyć się" mniej dyskretnie, częściej i to w obecności pasierba cytuj słowa dzieciaka. Dodaj,że to ci się nie podobało, że sobie takich komentarzy i zachowania nie życzysz i czekaj na reakcje partnera i jego syna. Zawsze ze spokojem, by nie uznali Cie za furiatkę, a wiem,że do furii może doprowadzić powtarzająca się sytuacji, kolejne wyprowadzenie z równowagi....Mam podobnie i uwierz,że tatusiowi nagle robi sie wstyd za zachowanie syna, a sam syn czuje sie niezręcznie, kiedy tatuś daje mu delikatne kazanie w moim towarzystwie. Niestety sa takie dzieciaki i warto rozmawiać o złych zachowaniach, dyskutować o tym w jego towarzystwie, ale koniecznie w obecności jego tatusia...Na początku młody miał satysfakcję, bo różne takie wydarzenia kończyły się moją kłótnia z jego tatusiem i zazwyczaj nie było już między nami dialogu, a on do końca weekendu miał tatusia na wyłączność całkowitą. Stawałam sie tylko cieniem przemykającym przez pokój, i to było dla młodego super - "tata nie rozmawia z tą panią i jest na nią zły, a ja jestem fajnym chłopaczkiemsmile" - to szło wyczytać w jego oczachsmile I sie ocknęłamsmile Zrozumiałam,że juz go nie polubię, że przestaje się nawet starać - bo po co? Znajduje sobie robotę dla siebie (bardziej lub mniej przyjemną), gdy tylko "pasierbiątko" ma sie zjawić, tłumacząc,że KONIECZNIE muszę to zrobić dzisiaj, bo jutro mam inne powołaniesmile Juz nie prowadzę dyskusji z "pasierbiątkiem", nie pomagam w zadaniach domowych, nie biegam z jedzonkiem i napojami, nie jadę na wycieczkę, do kina - zwyczajnie nie mam czasu, bo mam swoje zajęcia, muszę pomóc swojemu dziecku, bo jutro ma poważny sprawdzian i znacznie trudniejszy niż w klasie 4 itd. Tatuś sam więc biega spełniając życzenia synusia, odrabiając z nim lekcje ( a rodzicielka potrafi dać i pięć stron formatu A4 zadań z matematyki do przerobienia na weekend + wykucie przyrody, historii i streszczenie lekturysmile)) Przestałam usługiwać, staram się ucałować męża, kiedy tylko go mijam w pokoju, przytulić, szepnąć na uszko coś seksownego...i uciekam do swojej roboty, swoich zajęćsmile Nie uskarżam się, a jedynie krótko i zdecydowanie komentuję złe zachowanie nie wdając się w dyskusję. I co? Mąż zaczął zwracać uwagę młodemu sam, bo zaczął się wstydzić jego zachowania. Sprawdza, czy młody zostawił po sobie porządek w łazience i już nie muszę sprzątać całej łazienki, kiedy ten opuszcza pomieszczenie. Sam każe synowi zanieść brudne naczynia do kuchni - nie jestem już kelnerką. Młody sam nalewa sobie napoje i je przynosi do pokoju gościnnego, bo mężowi tez już sie nie chce biegać, skoro dzieciak ma zdrowe ręce i nogismile Nie skupia juz na sobie całej uwagi, bo tatuś zadania domowo-wekeendowe każe mu robić samodzielnie, a potem mu je tylko sprawdza, bo kto to widział, by cały weekend kłócic sie nad przerabianym materiałem, bo przecież dzieciak ciągle powtarza,że wie lepiej - więc po co mu pomoc?smile))) Straciłam zupełnie zainteresowanie i to chyba doprowadza ich do białej gorączkismile Bo się nie wściekam, bo mam to w tyle. Maż zaczął sie bardziej starać, zaczął mnie zauważać, gdy jest "pasierbiątko" u nas, a młody? Młody zaczął robić wszystko, by zwrócić moją uwagę - coś tam mówi, rzuci nawet jakiś komplement ( na który zawsze odpowiem nieskromnie: "Dziękuję, wiem")wink i chyba zaczyna żałować, że zachowywał sie wcześniej w stosunku do mnie tak, a nie inaczej. I nie luzuje węzła, niech zostanie tak , jak jest, bo jak poluzowałam raz - już sie "pasierbiątko" rozbujało i sobie pozwoliło na to i owosmile Trzymaj się ciepło w tym niewdzięcznym , męczącym układzie. Bądź twarda, stanowcza, niezależna, nie graj wielkich uczuć na siłę, bo to tylko pogorszy Twój stosunek do pasierba. Największą karą jest ignorowanie, gdy nic innego nie pomagasmile A gdy tylko "pasierbiątko" zostaje wywiezione do rodzicielki - miej czas dla swego męża/partnera, obdarzaj go zainteresowaniem, czułością, wolnym czasem, co oczywiście sie zmieni, jak tylko "pasierbiątko" powróci na wasze "śmieci"smile
  • lea.777 22.05.14, 11:01
    Niestety, czasami trzeba się przestać cackać ze wszystkim i ze wszystkimi...
    Jasne, że ta zmiana nie jest bezstratna - wydaje mi się, że kiedyś byłam zwyczajnie bardziej wrażliwa i empatyczna. W tej chwili odpuściłam z przesadną empatią, wrażliwością, uczuciowością. Nie jestem już ciepła i wyrozumiała w sytuacjach, które wymagają innej postawy.
    Nie wiem, czy jest to korzystna zmiana...Wolałabym nie musieć tego w sobie uruchamiać, ale nie było innego wyjścia.
    Być może mój partner nawet trochę tęskni za tamtą moją wrażliwością...byłam wtedy taka "kochana" (czyt. nadskakująca i płaczliwa). Nie wrócą do tego za nic - koszty były zbyt wysokie.
    Przykre jest to, że często troska (być może nadmierna?..) skutkuje lekceważeniem i brakiem szacunku ze strony tego kogoś o kogo się troszczymy.
    A może to czysto subiektywne odczucie wynikające z tego, że spodziewamy się rewanżu.
    Wniosek: nie dawaj niczego, za co spodziewasz się rewanżu wink
  • 13monique_n 22.05.14, 14:19
    Sensownie napisałaś. Zwłaszcza podsumowanie. Ujęłabym to jeszcze tak - elementarna przyzwoitość wystarczy, by POWOLI i dobrze budować dobrej jakości więzi. Im więcej otwartych komunikatów, a mniej "oczekiwania rewanżu" lub "poświęcania się" (swoją drogą to polski sport narodowy, czy jak u licha?!), tym mniej miejsca na manipulację.
    Czyli - daję z siebie to, co uznaję za słuszne, wedle moich potrzeb i hojności "bo chcę" i wtedy nie jęczę i nie narzekam, że ktoś nie pada na kolana w podzięce. Jeśli nie chcę dać - to nie daję. Dotyczy to każdego dawania, jakie biorę pod uwagę. I nie byłam taka "mundra" od zawsze. Zmądrzałam, ale boleśnie tego rozumu nauczył mnie były mąż, a nie obecny. I czas, jaki poświęciłam na przemyślenie mojego nieudanego związku zaowocował wnioskami o dbaniu o siebie, dawaniu i nie liczeniu, jeśli już daję. Nie umartwiam się. Jeśli coś "poświęcam" z siebie z jakiegoś powodu, to jest to MÓJ WAŻNY powód. Innymi słowy - sprawa jest dla mnie ważna, a nie wdzięczność za to, co robię.
    Może piszę nieco chaotycznie, ale zachęcam do zdrowego spojrzenia na siebie. I uświadomienia sobie, że wszystkie zmiany możemy zacząć od siebie - swoich zachowań, bądź swojego podejścia do zachowań innych ludzi (czyli to my decydujemy, czy ktoś nas wkurza, nami manipuluje, czy wykorzystuje naszą naiwność. Jak nie pozwolimy - nie ulegniemy, to nie wykorzysta, bo jak?)
  • lea.777 22.05.14, 15:29
    ...tak, kiedy przestałam się zmuszać do tego i owego poczułam ulgę.
    Lepiej chyba byś szczerym w stosunku do siebie i innych (bez popadania w okrucieństwo, oczywiście), niż pompować swój wizerunek "cudownej i dobrej kobiety", płacąc za to własnym zdrowiem psychicznym.
    Ja już nie jestem "cudowna", "dobra", "wspaniała", "nad wyraz wyrozumiała". Jestem sobą.
    Trzeba być sobą, do cholery, cokolwiek to znaczy smile
  • 13monique_n 22.05.14, 15:44
    O, i znowu Ci potaknę - "bez okrucieństwa", czy szerzej bez patologicznego egoizmu. Bądź sobą. I przed sobą też bądź uczciwa. Wiele razy zauważyłam u różnych pań nr 2 lub dalej, że one nie akceptują faktu, że "misio" nie był ich od zawsze. I że ma jakąś byłą żonę. I - ZUPEŁNIE NIE BYŁE - dziecko.
    Oczywiście, zakładamy przypadek spotkania dorosłego faceta, który umie sobie pewne kwestie w życiu uporządkować. A jeśli nie umie to - albo jest dla niego (i dla nas!) za wcześnie na związek, albo (jeśli damy sobie czas) - okaże się, iż "Misio" do żadnego związku niezdatny.
    Bardzo przepraszam, ale jeśli facet daje sobą manipulować kolejnym jednostkom ludzkim, w tym dziecku, za którego wychowanie jest odpowiedzialny, to co się stanie, kiedy kupisz większe akwarium? Rybki go zmanipulują??? Od takiego człowieka wiać, gdzie pieprz rośnie. Motyle w brzuchu to nie jest wystarczający powód, by w te pędy razem zamieszkać.
    Warto poczekać z niedalekiej odległości. Zobaczyć, czy i jak Pan sobie radzi z potomkiem. Czy robi coś z dzieciakiem sam, czy zawsze jest wokół niego - jego mamusia, ciocia, kuzyni, koleżanki (sic!), koledzy i inne stada "frajerów" pomagających wyzyskiwaczowi. Potem zjawia się "naiwna" z motylami w brzuchu (bo Pan ma "coś w sobie") i gotowością do poświęceń. I jedziemy.
  • litera29 22.05.14, 15:59
    W zupełności się z Tobą zgadzam Lea. Nie ma sensu wciąż silić się na uśmiech, wyrozumiałość, nadskakiwanie, umilanie komuś czasu, poświęcanie swoich zainteresowań i swojego wolnego czasu, a w zamian nie otrzymywać zbyt wiele. W nowym związku z Panem , który ma byłą zonę i dziecko z pierwszego małżeństwa chyba juz od samego początku trzeba krótko i rzeczowo pokazać, że tez masz swoje zdanie, że nie ma się przyzwyczajać, że zawsze wszystko będzie tak, jak On ustalił sobie z Ex, że Ty tez masz coś do powiedzenia i będzie tak czasami, że zwyczajnie nie zgodzisz się w przyszłości na pewne rzeczy, bo jesteś człowiekiem, tez masz swoje plany i swoje życie i nie zawsze wszystko będziesz podporządkowywać wg Jego, jego Ex i ich dziecka. INACZEJ ZAMIENIĆ SIę TO MOŻE W LATA CIĄGNĄCY SIĘ KOSZMAR!Zaczęłam dosyć szybko mówić w swoim związku o takich rzeczach, nie uginałam się pod Jego wzrokiem a'la "jak ta sarna zastrzelona", i argumentami, nadgorliwego tatusia, który musi zrekompensować to, że nie jest juz tatą na pełen etat. Takie sa konsekwencje rozwodu i o takich konsekwencjach trzeba było myśleć wcześniej, tym bardziej, że założyło sie nową rodzinę. Na innym forum jedna Pani napisała, że trzeba się pogodzić,że mąż ma dziecko z pierwszego małżeństwa, że "widziały gały co brały". Owszem z tym faktem można się pogodzić, ale nie należy godzić się ze wszystkim innym, co jest z tym faktem związane, co nam przeszkadza, drażni, nie pasuje, obraża itd. Macocha chyba zawsze będzie jedynie "drugą żoną " tatusia, nigdy nie będzie taka jak mama w oczach dziecka. No chyba,że będzie nadskakiwać i nadskakiwać. Pasierb tego i tak nie doceni jakbyś chciała, a a czasem zacznie wykorzystywać. Chyba wszystkie, a przynajmniej większość z nas to przerabiała. Mąz jest na tyle mądrym człowiekiem, że słucha tego co mówię. Różnice zdań są często, ale zwyczajnie proszę, by obserwował swego potomka, sam popatrzył na siebie tak z boku , całkiem obiektywnie, a potem ganił mnie za moje wnioski, które właśnie usłyszał. Przy każdym niedobrym zdarzeniu, mówię głośno: "Właśnie o tym ci kochanie ostatnio mówiłam". Jemu łyso, ja potwierdzam w tym momencie soje racje i nie komentuję, bo wiem,że wnioski wyciągnie. Więc po dwóch latach z mężem i pasierbem mój M musiał się wielu rzeczy i zachowań nauczyć i ciągle się uczy. Mam jeszcze inne sposoby, ale tutaj chyba raczej nie powinnam o nich pisać - wszystkie pomagająsmile Czasami trzeba zwyczajnie wypracować rzeczywistość tak, żeby nam tez pasowało, a nie tylko naszemu M, jego Ex i ich dzieciątku, któremu sami zafundowali takie, a nie inne dzieciństwo i którego uczą, jak to wykorzystać, a nie jak nauczyć sie z tym żyć. smile
  • independency.today 22.05.14, 17:51
    Lea napisała świetny tekst. To cała kwintesencja tego, o czym chciałam w tym wątku mówic- ludzie są różni, dzieci są różne i bywają też złe. Dzięki za ten kawał zdrowego kobiecego rozsądku. Nie można też demonizowac sytuacji dzieci po rozwodzie i nazywac ich wszystkich przeżyc traumą. Dużo lepiej dla dziecka, gdy ma dwa "cząstkowe", ale jednak spokojniejsze domy, jeden z mamą z jej nowym partnerem lub bez, a drugi z tatą i jego nową partnerką. Niż dwoje nienawidzących się rodziców, ale w jednym pseudo domu. Mój M dośc długo mieszkał po rozwodzie sam i oprócz tego, że nabył nawyków typowo kawalerskich, co objawiało się głównie tonięciem w niewyobrażalnym bajzlu, to jeszcze sprowadzał do tego bałaganu dziecko, wypracowując sobie chorą relację typu "cały Twój". To znaczy był CAŁY zanurzony w ojcowaniu, dzieciak dosłownie wchodził mu na głowę, rozwalał dom, dezorganizował życie, nie było wtedy spraw, które mogłyby go odciągnąc od celebrowania odgrywania roli idealnego taty. On jest typowym przykładem ojca z poczuciem winy, toteż moje pojawienie się uleczyło w dużym stopniu również relację między nimi, w tym zakresie, że M nabrał dystansu do swojego ojcostwa.I to nie jest zaniedbywanie dziecka, ale nadanie mu właściwego miejsca w organizacji zwanej rodziną.
    Dla mnie z kolei zadaniem na teraz jest odpuszczanie sobie i nauczenie się jasnego, spokojnego wyrażania swoich opinii, nawet najbardziej krytycznych. Co tydzień w czwartki smażę naleśniki dla całej ferajny, tylko że ostatnio zorientowałam się, że dla mnie nic nie zostaje, a po godzinie stania nad patelnią nie mam nawet gdzie usiąśc. To trzeba zmienic. Czyli smażyc je nadal, skoro 3 chłopców tak bardzo to kocha, ale po wszystkim umiec zakomunikowac: "A teraz się odczepcie i zróbcie mi miejsce, gdzie mogę zjesc i odpocząc". Bo widzę jak często kieratem nazywam coś, co sama sobie zorganizowałam.
    A na marginesie- we wczorajszej Polityce jest niezły artykuł o macochach w Polsce, polecam. Porusza się tam ważny temat- nie ma żadnej ochrony prawnej dla osób będących macochami i ojczymami, nic nam się nie należy jeśli chodzi o kontakt z dziecmi naszych byłych, które są "tylko" pasierbami. I to też jest przykre, bo często są to przecież lata całe kontaktu i miłości.
  • optymist75 22.05.14, 20:45
    Co tydzień w czwartki smażę naleśniki dla całej ferajny, tylko że ostatnio zorientowałam się, że dla mnie nic nie zostaje, a po godzinie stania nad patelnią nie mam nawet gdzie usiąśc. To trzeba zmienic. Czyli smażyc je nadal, skoro 3 chłopców tak bardzo to kocha, ale po wszystkim umiec zakomunikowac: "A teraz się odczepcie i zróbcie mi miejsce, gdzie mogę zjesc i odpocząc". Bo widzę jak często kieratem nazywam coś, co sama sobie zorganizowałam.

    Smażyć nadal i grzecznie zakomunikować,by zrobili Ci miejsce bo chcesz zjeść wspólnie z ulubioną ferajną pyszne naleśniki.


    A na marginesie- we wczorajszej Polityce jest niezły artykuł o macochach w Polsce, polecam. Porusza się tam ważny temat- nie ma żadnej ochrony prawnej dla osób będących macochami i ojczymami, nic nam się nie należy jeśli chodzi o kontakt z dziecmi naszych byłych, które są "tylko" pasierbami. I to też jest przykre, bo często są to przecież lata całe kontaktu i miłości.



    Jeśli kontakt z pasierbami trwał latami i był zadowalający dla obydwu stron to żadna ustawa nie jest nikomu potrzebna do spotykania się ze sobą,nikt też pasierbom nie zabroni się spotykać z macochą/ojczymem jeśli tylko tego kontaktu będą chcieli.
    --
    TU i TERAZ
  • independency.today 22.05.14, 18:05
    litera29 napisał(a):

    juz o d samego początku trzeba krótko i rzeczowo pokazać, że tez masz swoje zdanie, ż
    > e nie ma się przyzwyczajać, że zawsze wszystko będzie tak, jak On ustalił sobie
    > z Ex, że Ty tez masz coś do powiedzenia i będzie tak czasami, że zwyczajnie ni
    > e zgodzisz się w przyszłości na pewne rzeczy, bo jesteś człowiekiem, tez masz s
    > woje plany i swoje życie i nie zawsze wszystko będziesz podporządkowywać wg Jeg
    > o, jego Ex i ich dziecka.

    Przeczytałam właśnie Twoje posty. Uff, jak dobrze wiedziec, że nie jestem jedyna z taką historią! Mam właśnie tak, jak opisałaś- anioł przy tacie, a na mnie eksterymenty, emocjonalne testy- na co sobie można pozwolic. I te ukradkowe spojrzenia, na mnie i na tatuśka, ocenianie, w jakim jesteśmy dziś nastroju i czy można sobie po nas pojeździc, bo jest nam akurat gorzej. Jak sie pokłócimy to dopiero jest zadowolony! Coś niesamowitego, ten chłopak jest jak psychiczny poligon doświadczalny dla mnie. Nie wiedziałam, że dzieci mogą się tak zachowywac, z taką przebiegłością, wyrachowaniem.
  • litera29 22.05.14, 21:02
    independency.today

    > Przeczytałam właśnie Twoje posty. Uff, jak dobrze wiedziec, że nie jestem jedyn
    > a z taką historią! Mam właśnie tak, jak opisałaś- anioł przy tacie, a na mnie e
    > ksterymenty, emocjonalne testy- na co sobie można pozwolic. I te ukradkowe spoj
    > rzenia, na mnie i na tatuśka, ocenianie, w jakim jesteśmy dziś nastroju i czy m
    > ożna sobie po nas pojeździc, bo jest nam akurat gorzej. Jak sie pokłócimy to do
    > piero jest zadowolony! Coś niesamowitego, ten chłopak jest jak psychiczny polig
    > on doświadczalny dla mnie. Nie wiedziałam, że dzieci mogą się tak zachowywac, z
    > taką przebiegłością, wyrachowaniem.


    No to "bawisz się " w podobnej piaskownicy. Na szczęście mój mąż w pewnym momencie otworzył oczy ( oczywiście musiałam podnieść mu powieki) i sam zaczął zauważać manipulowanie młodego, jego zabiegi dość staranne, by uprzykrzyć nam relacje - i zwyczajnie zabrał głos, co młodemu się bardzo nie spodobało i wyrachowany uśmieszek nagle znikł z jego małej twarzyczki. Dlatego teraz najczęściej próbuje, gdy tatuś się na chwilę oddala...jednak coraz rzadziej, bo ciągnę temat zaczęty przez niego az do powroty tatusia , a ten zawsze zapyta skąd takowe dyskusje. Młody zmienia temat, ja drążę i znowu oczy tatuś otwiera. Młody nie widzi mojej złości, a złość taty. Tylko to musi być tata, który nie ma klapek na oczach, który patrzy i dostrzega, i nie przemilcza.
  • lea.777 23.05.14, 11:17
    Zerkanie, obserwowanie i złośliwe uśmieszki mogą bardzo zmienić naiwne poglądy na temat zachowań dzieci smile
    Bo naiwne jest myślenie, że każde dziecko można zdobyć i unieszkodliwić sympatią. Ta sympatia może być wręcz zachętą do wykorzystania przez dziecko wszystkich technik manipulacyjnych, które wyćwiczyło sobie przez lata.
    Kto tego nie doświadczył, nie będzie wiedział, o czym mowa.
    Bardzo męczące jest bycie stałym obiektem eksperymentów psychologicznych. Środki eksperymentatora obejmują szerokie spektrum działań np.: konfabulację, symulowanie chorób, celowe przypominanie przykrych zdarzeń, kłótni między dorosłymi, wyjawianie wstydliwych zdarzeń z przeszłości, której nowa partnerka nie zna (prawdziwych i zmyślonych) a nawet opowiadanie nieprawdziwych snów (dziecko szybko łapie, że coś z tymi snami jest na rzeczy i dorosły na wiele może pozwolić po usłyszeniu frazy "zły sen")
    Chciałoby się powiedzieć "dziecko, zajmijże się swoimi koleżankami, lekcjami, rozrywkami, chociaż przez chwilę daj spokój dorosłym, którzy są wokół ciebie". Ale takie dziecko nauczyło się żyć życiem dorosłych. Szczególnie jeśli jest jedynakiem. Chce być ich mediatorem, moderatorem, reżyserem ich życia. Oczywiście, to dorośli w dużym stopniu zbudowali ten model...
    Cholernie uciążliwa sprawa i trzeba wiele pracy i dobrej woli, żeby choć trochę ten model zmodyfikować.
  • altz 23.05.14, 14:31
    lea.777 napisał(a):
    > Bardzo męczące jest bycie stałym obiektem eksperymentów psychologicznych. Środk
    > i eksperymentatora obejmują szerokie spektrum działań np.: konfabulację, symulo
    > wanie chorób, celowe przypominanie przykrych zdarzeń, kłótni między dorosłymi,
    > wyjawianie wstydliwych zdarzeń z przeszłości, (...)

    To jest gra, w którą się gra lub się nie gra.
    Dorosły powinien być na tyle dojrzały, że nie dać się wciągać przez dziecko w jego gierki.
    Gdyby to było moje dziecko, to by było "wysłane w kosmos", gdyby przegięło, ale ja akurat nie mam takich problemów z dziećmi i nigdy nie miałem.
    Stosuje się proste chwyty. Można wziąć dziecko na fajny wyjazd, proponuje się to dziecku uczciwie. Jeśli dziecko protestuje, to lista chętnych jest spora, można wziąć kogoś z rodziny, dziecko podjęło decyzję, niech ma do siebie pretensje. Nie ma to nic wspólnego z traktowaniem dziecka z obojętnością, jest wyłącznie poważne traktowanie decyzji dziecka.
    Jeśli jest wsparcie partnera, to się w zupełności sprawdza.
    Jeśli nie ma wsparcia, to trzeba się rozstać.
  • lea.777 23.05.14, 15:40
    Masz rację, rozstanie się jest rozsądnym wyjściem. Ale dość bezwzględnym. Wypróbowanym zresztą przecież przez wiele z nas.
    Nie wiem, czy samodzielne decydowanie o tym, czy chcę tego, czy tamtego jest dla dziecka manipulującego najlepszą terapią.
    Cała rodzina powinna realizować plan naprawienia systemu, który dziecko zdemoralizował.
    A to najczęściej jest niemożliwe, więc dziewczyny sobie jakoś radzą.
    Ja nabrałam dystansu do tego, co mówi dziecko i do tego, co tata mówi o dziecku. Również do tego, co mówi o byłej. Generalnie wiele wypowiedzi dzielę przez 2 i czekam na dalszy rozwój wypadków.
    Atrakcje, które mogę zaproponować dziecku są nagrodą, czymś szczególnym, a nie normą.
    Racjonuję je.
    Wiadomo, jeśli demoralizujące dziecko czynniki nadal będą się pojawiały, dziecko raczej nie zmieni się na korzyść. Ale jest duże prawdopodobieństwo, że stanowczą i niezbyt rozczulającą się macochę będzie szanować. Nawet jeśli miałoby to oznaczać zwracanie się do niej per "pani"...
    Koleżeństwo z dzieckiem manipulującym szczerze odradzam...
  • altz 23.05.14, 19:53
    lea.777 napisał(a):
    > Atrakcje, które mogę zaproponować dziecku są nagrodą, czymś szczególnym, a nie
    > normą. Racjonuję je.

    Atrakcyjna może być zagraniczna wycieczka, ale też usmażone placki ziemniaczane, rysowanie kredą po chodniku, pływanie kajakiem, pójście na ryby, pojeżdżenie rowerem po okolicy itd. Nie muszą to być drogie rzeczy, a można tak dobrać, żeby wszyscy byli zadowoleni.
    Nie musi to być nagroda, tylko styl życia, że chociaż raz dziennie robimy coś miłego.

    > Wiadomo, jeśli demoralizujące dziecko czynniki nadal będą się pojawiały, dzieck
    > o raczej nie zmieni się na korzyść. Ale jest duże prawdopodobieństwo, że stanow
    > czą i niezbyt rozczulającą się macochę będzie szanować. Nawet jeśli miałoby to
    > oznaczać zwracanie się do niej per "pani"...

    Słusznie, niewywierające wpływu zachowania są wygaszane. Tak się tresuje zwierzęta, ale to też działa na ludzi. Zastosowałem świadomie taką metodę wobec kilku dorosłych z pożądanym skutkiem, na kobiety to też działa.
  • lea.777 24.05.14, 16:37
    Są różnie modele wychowywania dzieci. Są różne dzieci.
    Jeśli ktoś sobie nie radzi z tym, że dziecko ujeżdża go jak łysą kobyłę, powinien w swoim zachowaniu coś zmienić. Dla siebie, dla partnera i dla dziecka.
    Inaczej cały ten związek będzie porażką.
    Nie piszemy w tym wątku o w miarę zrównoważonych fajnych dzieciach i asertywnych partnerkach ich ojców.
    Tematem jest trudne dziecko, z którym nikt (przez brak asertywności, konsekwencji i zrozumienia sytuacji ) nie może sobie poradzić.
    Piszę o sobie i o tym, jak ja sama radzę sobie z taką sytuacją.
    Akurat w moim przypadku "codziennie coś miłego" nie działało. Dziecko pomimo obustronnej sympatii jeździło po mnie. Bo zwyczajnie byłam pożyteczna i na swoim miejscu tylko w granicach, które wyznaczyło mi dziecko. Tak przez lata było dziecko przez swojego tatę wychowywane - jego głos był decydujący. Choćby dziecko zmieniało zdanie 5 razy dziennie, to ono decydowało, "co robimy". Dla mnie było to szokujące - nigdy wcześniej z tak dużym wpływem dziecka na życie dorosłych się nie spotkałam.
    Dlatego porzuciłam swoje "miejsce w świcie".
    Teraz dziecko lubi mnie, szanuje i liczy się z moim zdaniem. Ani ja nie jestem podporządkowana życzeniom dziecka, ani dziecko moim. Jest równowaga. Jest wzajemny szacunek.
    Nie wydaje mi się, że to efekt tresury, ale zwyczajnie WYCHOWYWANIA dziecka.
    Nikomu nie polecam tresury ani obojętności. Odradzam tylko zbytnie angażowanie się w umilanie życia innym, kiedy życie umilającego staje się przez to ubogie i przykre.
    Niektórym tu obecnym paniom naprawdę trzeba uświadomić, że ich życie tez ma wartość...
    I to właśnie staram się robić. A nie potwierdzić mit złej macochy smile
    Pozdrawiam

  • altz 24.05.14, 19:14
    lea.777 napisał(a):
    > Są różnie modele wychowywania dzieci. Są różne dzieci.
    > Jeśli ktoś sobie nie radzi z tym, że dziecko ujeżdża go jak łysą kobyłę, powini
    > en w swoim zachowaniu coś zmienić. Dla siebie, dla partnera i dla dziecka.
    > Inaczej cały ten związek będzie porażką.
    Nie pisałem inaczej, tylko gdzieniegdzie inaczej nazwałem.
    Też jestem za tym, żeby zadbać o własne potrzeby i nie dać sobą poniewierać.

    > Akurat w moim przypadku "codziennie coś miłego" nie działało. Dziecko pomimo ob
    > ustronnej sympatii jeździło po mnie. Bo zwyczajnie byłam pożyteczna i na swoim
    > miejscu tylko w granicach, które wyznaczyło mi dziecko.
    Ale to się proponuje komuś, kto tego chce i tak organizuje, żeby wszystkim było miło.
    Jeśli dziecko robi zadymy, to następnym razem nie jedzie, są chętne inne dzieci z rodziny, miejsce się nie zmarnuje. Jeśli partner/ka robi zadymę, to też nie ciągniemy jego/jej następnym razem. Szkoda życia na użeranie się, a najlepsze są przemyślenia i zmiany, które pochodzą od nas samych. Od przymusu jest rodzic, my najwyżej możemy nie zorganizować przyjemności, nie musimy tego robić, to jest tylko nasza dobra wola.

    > Tak przez lata było dziecko przez swojego tatę wychowywane -
    > jego głos był decydujący. Choćby dziecko
    > zmieniało zdanie 5 razy dziennie, to ono decydowało, "co robimy".
    Dla mnie to nie do przyjęcia, ale ja potrafię sobie sam zorganizować atrakcyjnie czas i jestem świadomy, że nie zawsze trzeba być razem.

    > Teraz dziecko lubi mnie, szanuje i liczy się z moim zdaniem. Ani ja nie jestem
    > podporządkowana życzeniom dziecka, ani dziecko moim. Jest równowaga. Jest wzaje
    > mny szacunek.
    O tym piszę.

    > Nie wydaje mi się, że to efekt tresury, ale zwyczajnie WYCHOWYWANIA dziecka.
    Jak to zwał, o to samo chodzi.

    > Niektórym tu obecnym paniom naprawdę trzeba uświadomić, że ich życie tez ma war
    > tość...
    W tym rzecz!
  • altz 22.05.14, 18:11
    litera29 napisał(a):
    > Mój pasierb niestety tez jest manipulantem, takim małym podstępnym chłopczykiem
    > w identycznym wieku co Twój, ze wzrokiem aniołka, gdy tylko tatuś jest blisko.
    > Wystarczy jednak,że tatuś opuści pomieszczenie, a "pasierbiątko" moje pokazuje, na co je stać.

    Jesteś zupełnie nieprzekonująca dla mnie. Dzieci można łatwo rozbroić, wystarczy je trochę lubić.
    Czasami, gdy dziecko sprawdza wytrzymałość, wystarczy powiedzieć, żeby przestało bo i tak go lubisz, ale szkoda twoich nerwów.
    Dziecko cały czas sprawdza granice i inne sprawy, ale jak już sprawdzi i okaże się, że jest w dobrze, to dziecko też jest w porządku. Owszem, uczy się się od rodziców i znajomych, ale nie demonizowałbym tego.
  • litera29 22.05.14, 20:52
    altz napisał: "Jesteś zupełnie nieprzekonująca dla mnie. Dzieci można łatwo rozbroić, wystarczy je trochę lubić.
    Czasami, gdy dziecko sprawdza wytrzymałość, wystarczy powiedzieć, żeby przestało bo i tak go lubisz, ale szkoda twoich nerwów.
    Dziecko cały czas sprawdza granice i inne sprawy, ale jak już sprawdzi i okaże się, że jest w dobrze, to dziecko też jest w porządku. Owszem, uczy się się od rodziców i znajomych, ale nie demonizowałbym tego."

    Oj, i tu nie do końca mogę sie z Tobą zgodzić niestety. Gdy pomimo takich zachowań i tak byłam serdeczna i chwilę potem uśmiechnięta, dzieciak jeszcze bardziej się nakręcał, do tego stopnia, że zaczął podobnymi tekstami "obdarowywać" moją córkę, 5 lat starszą od niego. Na mnie może sprawdzać granice, jak to napisałeś, ale nie na Bogu ducha winnym dziecku, tylko dlatego, że jest moim dzieckiem. Zwyczajnie sprawdzanie granic tez ma swoje granice. A dziecko zaczęło być w miarę w porządku nie wtedy, kiedy mu okazywałam,że i tak go lubię, ale kiedy mu okazałam,że jest dla mnie zupełnie obojętny. Nie demonizuję, zwyczajnie na każde dziecko jest inny sposób, znam to z doświadczenia po 16 latach pracy z dziećmi uwierz, że wiem o czym mówię. I wiem, jakie potrafią być dzieci, gdy tylko mama/tata znikną za zakrętemsmile Spróbuj kogoś polubić na siłę. Można próbować, ale ileż można się męczyćwink
  • nangaparbat3 24.05.14, 18:10
    Mój pasierb niestety tez jest manipulantem, takim małym podstępnym chłopczykiem w identycznym wieku co Twój, ze wzrokiem aniołka, gdy tylko tatuś jest blisko. W(...) Owszem, również uważam, że to zupełne przeciwieństwo swojego ojca i domyślam się,że to charakterek rodzicielki,

    Na to czekalam big_grin big_grin big_grin
    --
    "Dbaj jeden z drugim o żonę, to twojej rodzinie żaden związek partnerski nie zagrozi" Jowita 771.
  • litera29 25.05.14, 14:58
    smile W tym przekonaniu dodatkowo utwierdzili mnie moi nowi teściowie = dziadkowie dziecka, którzy zadzwonili któregoś dnia skarżąc mi się na zachowanie wnuka...Chyba powinni z tym zwrócić się do mojego M. lub do rodzicielki, tym bardziej, że ona wiecznie do nich wydzwania mając 1000 próśb związanych z dzieckiem. Nie mam pojęcia, dlaczego zadzwonili z tym do mnie. Odebrałam to jako ostrzeżenie: "Uważaj, bo tak jak jego mamusia, może dać wam nieźle popalić? smile
  • nangaparbat3 25.05.14, 21:23
    Odebrałam to jako ostrzeżenie: "Uważaj, bo tak jak jego mamusia, może dać wam nieźle popalić?
    sugerujesz, ze kierowali się troską o Ciebie?
    --
    "Dbaj jeden z drugim o żonę, to twojej rodzinie żaden związek partnerski nie zagrozi" Jowita 771.
  • litera29 26.05.14, 16:10
    Nie, hehehe, nie sugeruję tego. To była raczej wg mnie taka przestroga, że pewnie lekko nie będzie, bo znają go już 9 lat, a jego rodzicielkę15 lat i jak to sami określili kochają go bardzo, bo jest ich wnukiem, ale "charakterek to ma po mamusi"... I tylesmile
  • nangaparbat3 26.05.14, 22:00
    Oni sami - chodzące doskonalości.
    Znam takiego chlopca, ktorego matka wszystkie jego słabosci i niedoskonalości (liczne, liczne) , przypisuje "genom po ojcu". Któregos dnia nie zdzierzylam: Przecież połowę genow ma pani!
    A pani, coż, doskonalością też nie jest smile
    --
    Matko jedyna, on to zrobił, ugasił olimpijski płomień nadziei rywali!!!!!!
  • litera29 27.05.14, 21:06
    Geny to 50 % podobno (czyli po 25 na jednego rodzica). Drugie 50% to wychowaniesmile...czyli wszystko zależy kto jest dłużej z dzieckiem, kto go częściej wychowujesmile
  • nangaparbat3 27.05.14, 22:33
    Daj spokój. Skłóceni/rozwiedzeni rodzice i ich rodziny maja zwyczaj wszystkie zalety przypisywac swoim genom i wychowaniu, wszystkie wady i niedoskonalości - genom i oddziaływaniu tego drugiego. Smutne, głupie, szkodliwe - niestety powszechne.
    --
    Matko jedyna, on to zrobił, ugasił olimpijski płomień nadziei rywali!!!!!!
  • litera29 29.05.14, 16:19
    nangaparbat3 napisała:

    > Daj spokój. Skłóceni/rozwiedzeni rodzice i ich rodziny maja zwyczaj wszystkie z
    > alety przypisywac swoim genom i wychowaniu, wszystkie wady i niedoskonalości -
    > genom i oddziaływaniu tego drugiego. Smutne, głupie, szkodliwe - niestety powsz
    > echne.
    ..................................................................................................................
    Może i powszechne, ale nie w moim przypadkusmile Po 14 latach obserwowania mojej córki, dokładnie i całkiem obiektywnie mogę stwierdzić,że zarówno wady, jak i zalety odziedziczyła po mnie i po swoim tacie. Natomiast widzę również, że z kim przystała (tu raczej pasuje "została") - taką się stała. Z uwagi,że cały czas jest ze mną, (mieszka ze mną, wolny czas spędza ze mną, rozmawia ze mną, rozwiązuje ze mną problemy, dzieli się każda myślą i uczuciem, słucha co i jak mówię, kłóci się ze mną itd.) dochodzę to jasnego wniosku - większość cech zachowania wyuczyłam ją ja sama, więc trudno tu mówić o 50% genów. Zwyczajnie jest przesiąknięta mną i często widzę w niej siebie samą (i mówię tu przede wszystkim o wadach, a nie zaletach). Więc skoro zjawia się u mnie pasierb i słyszę co i jak mówi, widzę jego reakcje i sposób zachowania - wiem, że jest przesiąknięty rodzicielką i nie muszę słyszeć od teściów, czy znajomych, że "młody jest dokładnie jak mamusia" , sama to widzę i słyszę, tym bardziej , że przed laty poznałam jego rodzicielkę, kiedy jeszcze była mężatkąsmile Oj, tego, co wtedy kobieta opowiadała o swoim romansie i małżeństwie, chyba do dzisiaj żałuje...Pewnie gdyby wiedziała, że to ja zostanę drugą żona jej męża - zamilkłaby wink
  • rybkka24 23.05.14, 18:48
    larysa co się takiego wydarzyło że rozstałaś się z nm-em?
    zawsze przecież podkreślałaś że to co was łączy jest szczególne i nie zrezygnujesz z tego????

    independency.today

    ""Mój M dośc długo mieszkał po rozwodzie sam i oprócz tego, że nabył nawyków typowo kawalerskich, co objawiało się głównie tonięciem w niewyobrażalnym bajzlu, to jeszcze sprowadzał do tego bałaganu dziecko, wypracowując sobie chorą relację typu "cały Twój". To znaczy był CAŁY zanurzony w ojcowaniu, dzieciak dosłownie wchodził mu na głowę, rozwalał dom, dezorganizował życie, nie było wtedy spraw, które mogłyby go odciągnąc od celebrowania odgrywania roli idealnego taty. On jest typowym przykładem ojca z poczuciem winy,""

    no i wszystko się wyjaśniło, przynajmniej dla mnie.
    powinnaś o tym napisać w pierwszym poście, uniknęlibyśmy niepotrzebnych dywagacji.
    facet niekonsekwentny pod względem wychowania dał tyłka na całej linii i nagle przyszłaś TY.
    to przecież logiczne że dzieciak wszystkimi siłami próbuje wrócić do stanu sprzed "ciebie" przez ileś tam czasu nie miał żadnych zasad, robił co chciał, przyzwyczaił się.
    tymczasem ty piszesz peany na temat kompetencji wychowawczych faceta który doprowadził dzieciaka do ciężkiej obecnej sytuacji
    zachowanie chłopca jest echem starych zwyczajów, przez czasy kawalerskie twojego faceta ukształtował sobie pewny nawyki, nauczył się pewnych zachowań, wyrobił pewne poglądy.
    realizuje je zapamiętale jak widać od dwóch lat.
    po raz kolejny widzę kobietę wybielającą swojego misia i robiącą z dzieciaka małego potwora którego tak naprawdę stworzyli jego rodzice.
    i nie chce mi się wierzyć że facet z totalnie odchylonego podejścia do dzieciaka przemienił się we wzór spokoju, mądrości i konsekwencji a nawet jeśli to czkawką odbija mu się przeszłość.
    jesteś dla mnie szalenie nie obiektywna.
    ja też mam niewychowanego, manipulującego prawie 9-latka i wiem dokładnie jak bardzo tatuś się do tego przyczynił.i wiem też jak ciężko to się odkręca, mimo że to niby tylko 8/9 lat.
    ale pierwsze nawyki, przyzwyczajenia "strategie" które przez długi czas działały na rodziców kodują się , zakorzeniają i co i raz wyłażą.jeżeli dojdzie do tego ciężki/uparty/złośliwy charakter dzieciaka to już mieszanka wybuchowa.
    dlatego nie sądzę że macie łatwo, ale przestań być tak stronnicza bo to aż razi.
    już pisałam że to wygląda zbyt czarno-biało i miałam rację.a ty przez ileś postów na początku wpierałaś wszystkim że to jest właśnie TEN przypadek gdzie ojciec idealny a dzieciak z piekła rodem.żal.
  • nangaparbat3 24.05.14, 18:12
    Na związek nie narzekam- jest udany. Mój syn po latach życia bez taty ma wreszcie męską rękę, oparcie i poczucie bezpieczeństwa. Ja jestem wreszcie szczęśliwą, spokojniejszą kobietą. W całej tej "idylli" problemem jest pasierb- 9 letni mały despota i tyran.

    Własciwie trudno coś dodać.
    --
    "Kość jest wystarczająco twarda, by zdewastować pocisk, który w nią wpada."
  • independency.today 26.05.14, 14:33
    > Na związek nie narzekam- jest udany. Mój syn po latach życia bez taty ma wre
    > szcie męską rękę, oparcie i poczucie bezpieczeństwa. Ja jestem wreszcie szczęśl
    > iwą, spokojniejszą kobietą. W całej tej "idylli" problemem jest pasierb- 9 letn
    > i mały despota i tyran.

    >
    > Własciwie trudno coś dodać.

    Nie rozumiem tego sarkazmu. Może nie wypada pisac jak to w życiu się generalnie układa, a problemem jest pasierb? Mam wrażenie, że powoduję prymitywne skojarzenie- chciałaby miec chłopa bez dziecka, dopiero by było cudownie. To nieprawda, absolutnie akceptuję fakt, że ludzie dorośli schodząc się ok 40tki mają zazwyczaj dzieci. Natomiast bywa często, że zachowania mojego pasierba są nie do zaakceptowania, wręcz skandaliczne. Jak mogłabym nie nazywac tego problemem?

    Do Rybki: masz rację, że problem z chłopcem dotyczy w znacznym stopniu postępowania jego ojca. Ale ja nie patrzę już na niego przez różowe okulary początkowej fazy związku i widzę, jak bardzo zepsuł dziecko. Niestety takich zniszczeń nie da się naprawic przy pomocy jednej mowy,wymaga to pracy, bez gwarancji sukcesu niestety, bo który zaangażowany rodzic przyjmie bez szemrania zarzuty pod adresem swoich metod wychowawczych. Natomiast jako partner jest bardzo dobry, nie uważam go też za definitywnie "złego" ojca, biorąc pod uwagę jego autentyczną troskę i zaangażowanie. Niestety jego głównym problemem jest nadopiekuńczośc, ale taki styl rodzicielstwa mam wrażenie jest nie tylko teraz szeroko lansowany, ale też przyjmowany przez większośc rodziców jako obowiązujący. Nie uważam natomiast aby nadopiekuńczośc skreślała kogoś jako rodzica.

    To mnie najbardziej interesuje- na ile moja ingerencja w ich relację ojciec- syn, przez nich obu uważana za świętą, wpłyną negatywnie na nasz związek. Bo że wpłynie, to jestem pewna. Przeczytałam właśnie wątek Larysy, która po 20 latach zakończyła związek z powodu kłopotów z pasierbicą. Jest to przerażająca wizja, ale trzeba miec tego świadomośc- że miłośc dorosłych ludzi może się skończyc z powodu pasierba. I to mnie, szczerze mówiąc przeraża.
  • lea.777 26.05.14, 14:56
    U mnie postawienie jasnych granic działaniom i dziecka, i ojca (też sobie "nagrabił" nie reagując na koszmarne zachowania dziecka) przyniosło pozytywny efekt, jeśli chodzi o związek. To jest jak najbardziej możliwe. W związku, w którym ktoś nie czuje się szanowany (choćby przez dziecko) zawsze będzie coś nie tak. Nie da się tego przemilczeć.
    Najważniejszy jest jednak moim zdaniem dystans i zwyczajnie bycie mniej zaabsorbowanym całym tym bałaganem na linii ojciec-dziecko. Jeśli mogę coś doradzić: po prostu nie poświęcaj temu zagadnieniu zbyt dużo uwagi i czasu. Myślenie o tym, co negatywne ogranicz do minimum. Dystans przede wszystkim. Nadwyżkę uwagi i czasu poświęć dobremu myśleniu o świecie i o SOBIE smile
    Życzę powodzenia.
  • litera29 26.05.14, 16:05
    independency.today napisała:
    Przeczytałam właśnie wątek Larysy, która po 20 latach
    > zakończyła związek z powodu kłopotów z pasierbicą. Jest to przerażająca wizja,
    > ale trzeba miec tego świadomośc- że miłośc dorosłych ludzi może się skończyc z
    > powodu pasierba. I to mnie, szczerze mówiąc przeraża.
    -----------------------------------------------------------------------------------------
    Mnie również...o_@
  • nangaparbat3 27.05.14, 22:37
    Dbaj o swoje granice, wynegocjuj z męzem zasady, a dziecku przyglądaj się uważnie i szukaj w nim zalet - KAŻDY ma jakieś - i sprobuj szczerze i zasadnie chwalić od czasu do czasu.

    --
    "Trzeba raczej wspierać kobiety, a nie zostawiać je z jakąs tam alternatywą wyboru."senator Piecha
  • independency.today 10.06.14, 19:02
    Nie wytrzymam, weekend był koszmarem. Wycie, kopanie, fochy, rzucanie brudnymi chusteczkami w ludzi, wrzaski przy stole, mlaskanie, bekanie, plucie jedzeniem. Plus wrzaski na mnie, z otwartą pretensją, że to mu zrobiłam, tamto mu zrobiłam, w ramach sceny zazdrości, że tatuś popłynął ze mną na godzinę na jezioro. Zacisnęłam zęby. Zatkałam uszy. Jeden jedyny raz na całe 4 dni nie wytrzymałam i rzuciłam przez zęby: "mam dośc zachowań twojego dziecka" (na stronie oczywiście, żeby nie było).
    Ale że mam dośc to mało powiedziane. Mam intuicję pytii i czuję, że jeszcze trochę i runie nam związek. Nie widzę metody na tego dzieciaka. Zamęcza mnie i obrzydza, a tatuś stosuje umoralniające mowy-tyrady i w dyskusje się wdaje, podczas gdy mocy tu trzeba i władzy silnej ręki. Zbieram się na rozmowę, ale obiektywizmu i zrozumienia nie oczekuję. Od niedzieli boli mnie głowa i wszystko.
  • optymist75 10.06.14, 19:36
    A czy Ty MUSISZ zawsze spędzać czas ze swoim partnerem i jego synem?
    Nie możesz przez jakiś czas nie uczestniczyć przynajmniej w wyjściach z nimi z domu?
    Tak dla Twojego zdrowia psychicznego.
    Jeśli nie chcesz partnera ranić,powiedz mu,że syn z pewnością się ucieszy na czas spędzony z tatą sam na sam.
    --
    TU i TERAZ
  • independency.today 10.06.14, 19:53
    Ależ oczywiście że nie muszę i nie zawsze jesteśmy wszędzie razem. Ale żyjąc w rodzinie,nie chcę się od nikogo separowac, bo to będzie sztuczne. Nie o to chodzi. Odpowiada mi taki styl, że dużo rzeczy robimy razem i ja chcę miec drugie dziecko. Chodzi o jakośc naszego kontaktu, o tyranię, którą pasierbiątko wprowadza.
  • optymist75 10.06.14, 19:59
    Nie każę Ci zerwać kontaktu NA ZAWSZE.
    Wziąć na przeczekanie i dać im pobyć razem bez Was,może młody zachłyśnie się tatą i wyluzuje gdy będziecie we czwórkę.


    --
    TU i TERAZ
  • proszepani13 11.06.14, 08:19
    Zgadzam się z optymist. Czasem trzeba wprowadzić taką czasową separację dla dobra własnego i nie tylko. W moim przypadku półroczna separacja wystarczyła. Dziecko starcze, ale nastrój jaki wprowadzało nie do wytrzymania. Poprosiłam, żeby do czasu aż nie zmieni nastawienia nie przyjeżdżała do nas. Myślę, że wszystkim to dobrze zrobiło. Ja miałam spokojne weekendy, młoda miała tatę tylko dla siebie, bez obiektu zazdrości. Mieli dzięki temu dużo czasu na rozmowy bez emocji (nie było przed kim demonstrować focha).
  • anula36 11.06.14, 09:18
    na razie tak by sie dalo zrobic,poki nie ma wspolnego dziecka,ale co zrobic z synem autorki postu? ma siedziec przez czas pobytu pasierba u ojca tylko z matka?
  • proszepani13 11.06.14, 11:11
    Prawda, że nie zawsze da się to wszystko zorganizować, ale może chociaż w miarę możliwości ograniczać. Jeśli mieszkają blisko dziadkowie to może wizyty pasierba przenieść właśnie do nich. Wyjazdy podzielić na pół, pół z żoną/partnerką, a pól z dzieckiem.
    Może też takie postawienie sprawy oprzytomni faceta, że jednak nie jest ok.
  • anula36 11.06.14, 13:09
    ale to nie sa sporadyczne wizyty tylko opieka naprzemienna, maja ja sprawowac dziadkowie?
  • proszepani13 11.06.14, 13:55
    to prawda, byłoby bardzo trudno. tylko że ja sobie nie wyobrażam życia pod jednym dachem w takiej atmosferze i chyba w takiej sytuacji próbowałabym wszystkiego
  • independency.today 11.06.14, 15:12
    Pomysł z oddzieleniem ich od siebie na trochę nie jest zły. Zwłaszcza w kontekście zrozumienia przez tatę, że coś jest naprawdę nie w porządku. Tylko jemu tak trudno o obiektywizm. Mój syn natychmiast by na tym stracił, dostawał by z automatu mniej.Mam wrażenie, że życie w patchworku polega na dystrybucji uczuc i uwagi, kto dostaje i ile. Jakiekolwiek zaburzenie sprawiedliwości w tym względzie zaburza cały system.
  • edw-ina 11.06.14, 15:18
    Nie chcę cię straszyć, ale szansa na to, że twój partner zrozumie co jest nie tak (jeśli tego nie widzi) jest podobna do prawdopodobieństwa trafienia szóstki w totka. Ja mam regularnie wrażenie, że mój M coś załapał i dostrzegł. Po czym regularnie okazuje się, że jestem najgorsza, brakuje mi zrozumienia, cierpliwości, a ostatnio ponoć elastyczności big_grin Widać 15 lat jogi nie wpłynęło na mnie uelastyczniająco wink
  • anula36 11.06.14, 15:26
    ja o moim eks to w sumie nawet nie moge tego powiedziec - ze cos zalapal i dotrzeglsmile
  • 13monique_n 11.06.14, 16:16
    edw-ina napisała:
    > Ja mam regularnie wrażenie, że mój M coś załapał i dostrzegł. Po czym
    > regularnie okazuje się, że jestem najgorsza, brakuje mi zrozumienia, cierpliwoś
    > ci, a ostatnio ponoć elastyczności big_grin
    Matko, Edwina, toi chyba nie TY!!! - "mam wrażenie", że facet "coś załapał"??? To tak, jakby dzieci w wieku 6-12 lat (powiedzmy, że przedział bezproblemowy, hehehe, takie założeniewink ) miały "załapać" wychodzenie z inicjatywą (sic!), że posprzątają mieszkanie dziadkom, albo coś w tym stylu. (słyszałam takie oczekiwanie na własne uszy!)
    Przepraszam za seksizm, ale lata doświadczeń nauczyły mnie, że mężczyźnie, nawet własnemu, lepiej jest łopatologicznie wyłożyć oczekiwania, niż czekać aż "coś załapie". Zwłaszcza, że może "załapać" coś totalnie odmiennego niż byśmy chciały. Wiem, że nie jest łatwo przebijać się z prostym, nie manipulanckim komunikatem (zwłaszcza, jak chłop był w poprzednim związku manipulowany) do jego uwagi i zrozumienia. Zwykle łączyło się to z awanturami. Większymi lub mniejszymi. Zresztą dzięki nim nauczyłam się konstruktywnych "awantur", sprzeczek, czy jak tam zechcemy je nazwać.
    I jeśli teraz chłop mi insynuuje, że coś usiłuję na nim jakoś tam wymóc (rzadko już wpadają mu takie pomysły, ale się zdarza), to mu jasno odpowiadam "Gościu, coś TY?! Ja?! Przecież ja powiem prosto, o co mi chodzi". I przechodzimy wtedy do normalnej rozmowy o problemie smile

    PS Edwina - może powinnaś zacząć ćwiczyć inną jogę, jakąś taką mentalną, albo dopytaj, o jaką elastyczność idzie wink "Chop" Ci zwariował?
  • edw-ina 11.06.14, 16:46
    wink
    My dogadani jesteśmy całkiem nieźle wink I praktycznie w każdej kwestii jesteśmy w stanie się porozumieć, poza jednym o wielkiej i niesłabnącej randze temacie: moi synowie. Co jakiś czas, po wielkiej awanturze mam wrażenie, że zakumał, iż ja nic do niego i jego synów nie mam, ale mocno i głęboko proszę, by mnie w to nie mieszać, bo generuje to same bezsensowne konflikty. Po czym jakiś czas jest spokój, ja oddycham z ulgą, mija miesiąc, dwa, tak mi dobrze i błogo, po czym temat wyskakuje jak klaun z pudełka i a piać to samo big_grin
    Tym razem obraził się i stwierdził, że jestem mało elastyczna, bo planując urlop z synami stwierdził, że "aby mi pomóc" zabierze ich na 2 dni do nas, po czym wybędą gdzieś tam na kolejnych pięć czy sześć dni. Stwierdziłam, że to bezsensu, bo i tak mi nie pomoże, za to zostawi bałagan, który będę musiała sprzątać, kiedy i tak będę miała na głowie cały dom/ogród/psy i dziecko. Cóż to za bałagan, o 15 minut sprzątania się kłócę! Skoro to raptem 15 minut, to dlaczego nigdy nie jest sprzątnięte przed wyjazdem? Itp. itd.
    To jest coś niewiarygodnego, jak inteligentny i całkiem rozsądny facet zawsze, ale to zawsze przestaje składnie rozumować, kiedy temat dotyczy jego dzieci big_grin
  • lea.777 11.06.14, 17:35
    "To jest coś niewiarygodnego, jak inteligentny i całkiem rozsądny facet zawsze, ale to zawsze przestaje składnie rozumować, kiedy temat dotyczy jego dzieci"

    Nic dodać nic ująć smile
  • lea.777 11.06.14, 17:53
    Być może kiedy w grę wchodzą emocje związane z własnym dzieckiem, większość ludzi nie jest w stanie logicznie myśleć...nie wiem, na pewno weekendowi ojcowie mają z tym duży problem
  • edw-ina 11.06.14, 21:55
    Ależ ja nie wątpię, że przez własne dziecko się głupieje. Ja głupieję totalnie i w każdym wymiarze. I nie wyobrażam sobie być rodzicem weekendowym. No wywraca mi się wszystko w środku na samą myśl. Jakby na to nie patrzeć ze względu na tego małolata/małolatów warto zrobić jak najwięcej, by nie stracić go/ich z orbity. A jeśli się tego nie zrobi, to trudno nie głupieć z wyrzutów sumienia. Ja bym zidiociała.
    Ale jest też druga strona medalu - inni ludzie, którzy chcą móc żyć stosunkowo normalnie pomimo życia z kimś z tymi wyrzutami. I w tym cały problem - konflikt interesów.
  • batka.makatka00 12.06.14, 12:23
    Z wyrzutami trudno spełaniać powinności rodzica. Zawsze za uszami tkwi poczucie winy. Dzieciaki z reguły szybko to odkryją i wykorzystają.
    Rozstanie rodziców to z pewnością porażka dla nich i tragedia dla dziecka ale jesteśmy dorośli po to żeby brać odpowiedzialność za swoje działania i umieć się podnosić a nie ciągnąć za sobą latorośle w dół naszych niepowodzeń i głupio "wynagradzać" dzieci uciszając swoje sumienie. Ciężko to zrozumieć matce jeszcze trudniej ojcu.
    Facet jest z reguły zadaniowcem. Nie potrafi długo czekac na rezultaty. Dlatego najczęściej wyrazi zgodę na wariacki pomysł albo wykopie spod ziemi kasę na zachciankę i ma z bani. Dla mnie to nieporozumienie ale ja dziwna jestem.
  • independency.today 12.06.14, 12:36
    A dla mnie to się zrobił mechanizm błędnego koła: facet ma poczucie winy jako ojciec, więc przestaje by obiektywny i obchodzi się z dzieckiem jak z jajem. Ponadto jest nadgorliwy, zatem mamusia z wygody wykorzystuje sytuację i stopniowo coraz bardziej spycha opiekę i obowiązki wszelakie na tatusia, a co za tym idzie na jego nową panią, bo dzieciak coraz bardziej nieznośny, to po co ona ma się z nim użerac. Tylko że ta nowa pani tatusia też ma dziecko, które staje się dla niego stopniowo niczym więcej tylko wymówką, że skoro tyle przebywam, tyle poświęcam twojemu synowi kobito, to mój nie będzie stratny, więc będzie go coraz więcej dla nas.
    Adekwatnie- im bardziej będę starała się wpłynąc na ograniczenie ich kontaktów, tym więcej straci na tym mój syn, który już zdążył polubic i przywiązał się do m. Zatem nie mam wyjścia- zacisnąc zęby i pozwalac na wszystko, byle tylko dzieci miały pełnię szczęścia.
    Ech, jakaś patowa sytuacja mi się wdała, tym bardziej że mam trochę natury cierpiętnicy i nie lubię bezpośrednich konfrontacji.
  • batka.makatka00 12.06.14, 13:00
    nie wiem jak długo to trwa u ciebie ale natura cierpiętnicy w moim przypadku dała opłakane skutki, zdecydowanie lepiej zacząć działać szybko ale każdy uczy się na własnych błedach ech...
  • optymist75 12.06.14, 13:22
    batka.makatka00 napisała:

    > nie wiem jak długo to trwa u ciebie ale natura cierpiętnicy w moim przypadku da
    > ła opłakane skutki, zdecydowanie lepiej zacząć działać szybko ale każdy uczy si
    > ę na własnych błedach ech...

    Dokładnie,jak chcesz zostać Matką Teresą to pozostanie Ci jedynie pisanie na tym forum...

    --
    TU i TERAZ
  • lea.777 12.06.14, 15:21
    "nie wiem jak długo to trwa u ciebie ale natura cierpiętnicy w moim przypadku dała opłakane skutki, zdecydowanie lepiej zacząć działać szybko ale każdy uczy się na własnych błedach ech... "

    Przerobiłam to samo - gdybym dalej szła tą cierpiętniczą drogą, skończyłabym po roku takiego związku na własnoręcznie zbudowanym krzyżu ...A nm i jego dziecko z radością wbijaliby gwoździe. Tak to niestety działa. Choć pewnie nie zawsze. Niestety cierpiętnictwo może wywoływać sadystyczne reakcje w otoczeniu.
    Ktoś mi poradził na początku związku z moim zm: "chyba będziesz musiała dobrze o siebie zadbać, bo wygląda na to, że w tym układzie nikt inny tego za ciebie nie zrobi".
    Nie chciałam tak tego widzieć. Ale co z tego, że nie chciałam? W końcu to do mnie DOTARŁO.
  • lea.777 12.06.14, 15:47
    Przy czym dbanie o siebie oznacza również ZERO tolerancji dla złośliwych i wrednych zachowań dziecka oraz mówienie wprost o tym, co jest niedobre. Dbanie o siebie to też mówienie otwarcie o tym, co jest fajne, przyjemne dla Ciebie. Nie można ciągle tylko mówić o tym, co jest złe, a pomijać milczeniem sytuacje, które cieszą.
    Facet nie wie. Nie domyśla się. Widzi to zupełnie inaczej. Nie czyta emocji z wyrazu twarzy.
    Trzeba mówić wprost. Inaczej nikt nie załapie, o co chodzi, ani dziecko ani facet.
    I trzeba to wszystko mówić ciągle. To mi się podoba, tamto nie. Nawet jeśli masz wrażenie, że mówisz to setny raz. Może dotrze za sto pierwszym.
    Ale nie można tylko ganić.
    Takie są moje doświadczenia.
    Dzięki temu, że zmieniłam podejście, zaczęłam mówić, udało mi się ostatnio spędzić bardzo przyjemny dzień z nm i jego dzieckiem. Nie wiem, jak tego dokonali, ale nie zdarzyło się nic z tego, co mnie zazwyczaj doprowadzało do szału lub załamywało. Było nam razem fajnie.
    Teraz wiem, że MOŻE być fajnie i jak to wygląda. Wiem, jaki jest cel.
    Ten prawdziwy, nie ten wyimaginowany smile
  • edw-ina 13.06.14, 15:28
    Prawdę powiedziawszy Lea, to dbanie o siebie jest konieczne w każdym związku, niezależnie czy z przyległościami, czy bez. Oczekiwanie, że ta druga strona się domyśli, jest jak budowanie związku bazując na baśniach Andersena. Mówienie wprost o tym, na czym ci zależy, co ci się nie podoba, co cieszy, a co złości jest podstawą komunikacji. Ale jakoś ludziom ciężko w to uwierzyć i wolą chwytać się min, niedopowiedzeń itp.
  • lea.777 13.06.14, 16:11
    Tak, oczywiście.
    Niestety, często bywa tak, że zarówno od partnera, jak i od innych osób kobieta nie będąca matką dziecka otrzymuje od samego początku liczne sygnały, że na temat dziecka i metod wychowawczych żadne uwagi z jej strony nie będą tolerowane. Może to być powiedziane wprost. U mnie było niejednokrotnie.
    Trzeba to wszystko zobaczyć, poczuć, usłyszeć, przemyśleć i jakoś zareagować.
    Dla mnie nie było to porównywalne z wcześniejszymi doświadczeniami z partnerami, którzy nie mieli dzieci. Musiałam się nauczyć tej nowej sytuacji.
    Ale być może po prostu trafiłam na taką a nie inną osobę. Pewnie nie wszyscy ojcowie najchętniej zakleiliby usta swoim kobietom, żeby te niczego złego nie powiedziały na temat ich idealnych latorośli.

  • proszepani13 13.06.14, 12:16
    independency.today napisała:

    > Zatem nie mam wyjścia- zacisnąc zęby i pozwalac na wszystko, byle tylko dzi
    > eci miały pełnię szczęścia.

    I to jest niestety najczęstszy błąd dorosłych. Bo dzieci czują i widzą dużo więcej niż nam się wydaje. Potem te modele rodziny, które zaobserwowały wprowadzają w swoje dorosłe życie. Więc zastanów się, czy tak chcesz.
  • 13monique_n 12.06.14, 15:42
    edw-ina napisała:

    > wink
    > My dogadani jesteśmy całkiem nieźle wink I praktycznie w każdej kwestii jesteśmy
    > w stanie się porozumieć, poza jednym o wielkiej i niesłabnącej randze temacie:
    > moi synowie.
    NO, ufffff, uspokoiłam się. Pamiętam Wasze dogadanie w każdym obszarze, bo często o tym wspominałaś i ja sama czerpałam z Twego doświadczenia.
    Temat "moi synowie" i elastyczność podpada jak najbardziej pod "zdartą płytę". Czyli to, co mówisz, mówisz, mówisz, mówisz... za każdym razem. smile I trudno, nie jesteś elastyczna, bo Ci się nie chce przez 5 dni po ich 2 dniach sprzątać. (umiem to sobie wyobrazić po Twoich wcześniejszych opisach. Litości, czy to coś aż tak złego "nie chce mi się po Was sprzątać, a sami nie sprzątnęliście NIGDY"- wink )
  • independency.today 13.06.14, 09:21
    No ja błąd kardynalny popełniłam na początku- byłam dobrą, uczynną, nadskakującą i rozpieszczającą ciocią. I teraz zbieram żniwo- nikt się ze mną nie liczy,o szacunku mogę zapomniec.
    Nikt o mnie nie zadba, jeśli sama o siebie nie zawalczę, święte słowa
  • larysa-1 13.06.14, 10:17
    Niestety mogę tylko potwierdzić to co mówiły przedmówczynie - bycie za dobrą, bycie poświęcającą się dla ogółu, nie odzywanie się dla czyjegoś "dobra" itd. to droga do nikąd - może jedynie do rozwalenia związku i skakania po głowie przez rozwydrzonych i rozkapryszonych pasierbów. Ustal granice i ich przestrzegaj. Jak sobie nie radzisz z zachowaniem pasierba to zniknij z pola widzenia aż chłop się zorientuje że ciebie nie ma i zacznie myśleć, tak jak radzą dziewczyny.

    O dziwo w tamtym związku postrzegałam siebie jako fatalnego człowieka, który wiecznie za mało się stara i za mało daje, byłam wyniszczona psychicznie, czułam że zawiodłam, chociaż pasierbica z przytupem skakała mi po głowie. W moim przypadku nie skończyło się nawet wtedy, kiedy eks się już obudził i reagował. Dzieciak lubował się w psuciu atmosfery domowej - bo mógł, przecież nikt jej nie wyrzuci.

    Jesteś tak samo ważna jak inni ludzie. Zawsze o tym pamiętaj. Nie poświęcaj się bo to tylko wyjdzie tobie bokiem a i tak niczego nie zmieni, może jedynie na gorsze. Żyj tak żebyś czuła się szczęśliwa.
    W moim nowym związku mogę znowu być sobą. Poczuć się szczęśliwa, wartościowa i wolna. Co więcej, słyszę od drugiej osoby, że jestem ciepłą i kochającą osobą - i w pełni się z tym zgadzam.
  • lea.777 13.06.14, 11:05
    Dasz radę. Szczególnie jeśli nie jesteś już nie zależy Ci tak desperacko na związku. Desperacja jest niepotrzebna.

    Po pierwszym otwartym i spokojnym wyrażeniu swojego zdania, lub zapytaniu dziecka wprost, dlaczego tak się zachowuje, powinno być łatwiej. Trzeba się przełamać. Ja swoje "jeśli będziecie tak się zachowywać, ja jadę do domu i zostawiam was tutaj, jak stoicie" zaliczyłam dopiero po kilku miesiącach. Wcześniej milczałam i dużo płakałam w ukryciu. Kompletnie bez sensu.

    Moim zdaniem to bardzo niewychowawcze, że w otoczeniu dziecka znajduje się dorosły, który nie może temu dziecku zwrócić uwagi, nie może go wychowywać. W lepszej sytuacji znajduje się chyba kucharka w szkolnej stołówce. Ona może dziecku zwrócić uwagę. Ty też jesteś dorosła, jesteś opiekunem (dodatkowym, czy nie, też nim jesteś) i masz prawo zwracać dziecku uwagę. Albo zrezygnować z jego towarzystwa.

    Trzymam kciuki
  • karolana 13.06.14, 11:19
    lea.777 napisał(a):
    > Moim zdaniem to bardzo niewychowawcze, że w otoczeniu dziecka znajduje się doro
    > sły, który nie może temu dziecku zwrócić uwagi, nie może go wychowywać. W lepsz
    > ej sytuacji znajduje się chyba kucharka w szkolnej stołówce. Ona może dziecku z
    > wrócić uwagę. Ty też jesteś dorosła, jesteś opiekunem (dodatkowym, czy nie, też
    > nim jesteś) i masz prawo zwracać dziecku uwagę. Albo zrezygnować z jego towarz
    > ystwa.

    Dla mnie w ogóle niezrozumiały jest pogląd, że partnerka, a zwłaszcza żona ojca, nie ma prawa zwrócić uwagi/nakazać/zakazać, itp.
    Kompletnie nie pojmuję jak można odsuwać od wychowania dziecka osobę, która spędza z nim np. 1/3 miesiąca, nie mówiąc o sytuacjach takich, w których jest to 1/2 miesiąca.
    Dematerializuje się kobieta wtedy, czy jak?
    Zdaję sobie sprawę z tego, że w matkach wizja macochy zwracającej uwagę ukochanemu dziecięciu burzy krew, ale niestety, na wychowanie dziecka mają wpływ wszystkie osoby, z którymi dziecko ma kontakt, także macocha. To skutki rozwodu i tyle.
    Ja nie mam problemu z tym, że pani w przedszkolu zwróci uwagę mojemu dziecku. Nawet gdyby exiara ochrzaniła moje młode za psocenie przełknęłabym, bo jeśli dziecko zrobi coś złego, należy mu natychmiast zwrócić uwagę. A im mniejsze dziecko, tym szybsza powinna być reakcja. Czekanie aż tato pojawi się na horyzoncie często skutkuje tym, że dziecko potem nie rozumie o co ma się do niego pretensje i poczytuje to za krzywdę bez powodu.
    --
    "Mysle ze bez mezczyzn zycie kobiety bylo by o wiele trudniejsze,
    jesli nie niemozliwe." Waldi na FF
  • lea.777 13.06.14, 11:27
    karolana napisała:

    bo jeśli dziecko zrobi coś złego, należy mu natychmiast zwrócić uwagę. A im mniejsze
    > dziecko, tym szybsza powinna być reakcja. Czekanie aż tato pojawi się na horyz
    > oncie często skutkuje tym, że dziecko potem nie rozumie o co ma się do niego pr
    > etensje i poczytuje to za krzywdę bez powodu.

    Zgadzam się w stu procentach. I za pozytywne rzeczy chwalić. Inaczej, cóż, NIE ODRÓŻNI
  • larysa-1 13.06.14, 12:01
    I tutaj cały problem znowu wraca do matki. Jeśli bowiem ukochana mamusia demonizuje nową partnerkę ojca i wyraża się o niej bez szacunku i traktuje ją bez szacunku, to automatycznie uczy tego swoje dziecko. Mało tego , w niektórych przypadkach pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że matka WYMAGA od dziecka braku szacunku i broń boże jakichkolwiek ciepłych uczuć w stosunku do macochy. To jakby się dziecko miało na wojnie opowiedzieć po której jest stronie frontu, czy jest z mamusia czy przeciwko niej.

    Tym samym mamusia często i gęsto z premedytacją uczy dziecka nienawiści do partnerki ojca i/lub ojca. Co niestety wbrew jej oczekiwaniom prędzej czy później przeniesie się na innych ludzi, tudzież na nią samą.

    Jest też opcja nr 2, często występująca w połączeniu z opcją nr 1. Czyli wielokrotnie już omawiany na forum zakochany tatuś, który oślepł doszczętnie i z powodu wyrzutów sumienia jest w stanie tolerować, usprawiedliwiać itp. KAŻDE zachowanie swojej pociechy. Do tego bardzo często pędząc przed siebie niczym rycerz w lśniącej zbroi tłucze na oślep każdego kto ośmiela się zwrócić uwagę na złe zachowanie jego ukochanego małego księcia lub małej księżniczki (w pierwszym rzędzie stoi oczywiście macocha).

    Są też przypadki zwyczajnie wrednych dzieciaków. Tak też się zdarza. I tutaj niestety wytępić się złych zachowań już nie da.

    Karolana, a co byś powiedziała gdyby eks zwróciła uwagę na złe zachowanie twojego dziecka??? To również pytanie do całej reszty pań posiadającej dzieci. Czy byłybyście w stanie wysłać swoje dzieci do domu swoich eks i tolerować ich uwagi w stosunku do zachowania waszych dzieci wygłoszone właśnie przez te panie???
  • karolana 13.06.14, 12:34
    > Karolana, a co byś powiedziała gdyby eks zwróciła uwagę na złe zachowanie twoje
    > go dziecka??? To również pytanie do całej reszty pań posiadającej dzieci. Czy b
    > yłybyście w stanie wysłać swoje dzieci do domu swoich eks i tolerować ich uwagi
    > w stosunku do zachowania waszych dzieci wygłoszone właśnie przez te panie???

    Szczerze? Gdyby ex miała konieczność upominania mojego dziecka, byłoby mi wstyd, że nie wychowałam go w taki sposób, żeby nie można było się do niego doczepić.
    Co innego oczywiście kiedy dziecko jest malutkie, wtedy wiadomo, że zachowań społecznych dopiero się uczy i potraktowałabym to jako kolejną lekcję.
    Ale gdyby moje dziecko wieku lat nastu zachowałoby się niegrzecznie w obecności ex, byłoby mi zwyczajnie wstyd i jeśli upomniałabym dziecko w takiej sytuacji, podziękowałabym jej za czujność, a gówniarz dostałby burę. Bo to moja, jako matki, rola żeby nie było zastrzeżeń do zachowania mojego dziecka.
    Trzeba też rozgraniczyć dwie rzeczy - faktyczną złośliwość i dbałość o dobre wychowanie dziecka.
    Ja swoich pasierbiątek nie upominam żeby im dokopać, nie ma też w takich chwilach odniesień do ich mamy. Tylko że ja kocham te dzieci i staram się żeby nabywały wiedzy o tym co dobre a co złe, wykorzystywały swoje zdolności, itd.
    I gdyby ex moje dziecko traktowała tak, jak ja traktuję jej dzieci, nie miałabym żadnych problemów z tym, że czasem by na młodego wrzasnęła albo nawet dała karę.
    Aktualnie szczerze ubolewam nad tym, że nasza ex koncentruje się na deprecjonowaniu naszym wysiłków i ma postawę ciągle na nie. Bo przydałoby się we trójkę usiąść i porozmawiać żeby pomóc dzieciom. Chciałabym jej przekazać swoje obserwacje, usłyszeć co ona sądzi, ustalić jakąś jedną linię działania. Bo tak należałoby zrobić dla dobra dzieci.
    Szkoda, że ona nie potrafi tego zrozumieć sad
    --
    "Mysle ze bez mezczyzn zycie kobiety bylo by o wiele trudniejsze,
    jesli nie niemozliwe." Waldi na FF
  • belzebubel 13.06.14, 13:21
    ja jako matka - nie chcę, żeby kobieta taty wtrącała sie w wychowanie mojego syna, ale jeśli wśród różnych uwag dostrzegę jakąś wg mnie słuszną - reaguję. Ja jako kobieta, ktora ma dziecko pół na pól - jak najmniej się wcinam, chyba że mój teren zostaje naruszony - co obecnie ma miejsce jakby rzadziej.
    Natomiast nigdy nie mówię nic złego na temat mamy małej ( przy małej wink, zawsze kiedy mała skarży się na mamę, ja staje w solidarności z mamą np. wiesz, mama nie ma czasu na zabawę, bo ma dużo pracy itp...
  • karolana 13.06.14, 13:23
    belzebubel napisała:

    > ja jako matka - nie chcę, żeby kobieta taty wtrącała sie w wychowanie mojego s
    > yna

    Nie chcesz bo to obca osoba czy kobieta taty?
    --
    "Mysle ze bez mezczyzn zycie kobiety bylo by o wiele trudniejsze,
    jesli nie niemozliwe." Waldi na FF
  • lea.777 13.06.14, 14:25
    karolana napisała:

    > belzebubel napisała:
    >
    > > ja jako matka - nie chcę, żeby kobieta taty wtrącała sie w wychowanie moj
    > ego s
    > > yna
    >
    > Nie chcesz bo to obca osoba czy kobieta taty?

    Genialne pytanie.
    Zarówno jako obca osoba ("obcy" w rodzinie), jak i "kobieta taty" macocha ma przerąbane. Kim jest kobieta w relacji z mężczyzną, który JUŻ MA rodzinę? Nie, nie pomyliłam się - ma. Ciągle. Dziecko jest jego rodziną. Tak samo jak matka tego dziecka, czy to się nam podoba, czy nie.
    Czy macocha jest "obcym" w tej rodzinie? A może "nałożnicą?" smile
    Przedziwne są te kulturowe pułapki...Te konfiguracje, które istnieją poza czasem i przestrzenią.

  • karolana 13.06.14, 14:48
    > Przedziwne są te kulturowe pułapki...Te konfiguracje, które istnieją poza czase
    > m i przestrzenią.

    Bo widzisz, jest jakieś straszne "zawłaszczanie" dziecka przez matkę w naszej kulturze (mówię o naszym kraju dokładnie). Pewnie mi się oberwie, ale mam ciągle wrażenie, że dziecka nie rozpatruje się jako osobnego człowieka, ale w kontekście przynależności do "tej, która dała życie".
    Pomijam to, że ojciec też dał życie, co dla wielu wcale nie jest takie oczywiste.
    Zauważcie permisywizm w relacjach dziecko-ojczym. Tam można w zasadzie wszystko. Można mówić "tato" do "obcego faceta", można traktować jak tatę, można mówić, że ojczym był prawdziwym tatą, a biologiczny to tylko dawca spermy.
    Kobieta wprowadzająca nowego mężczyznę w życie dziecka spotyka się bardzo często z aprobatą, że oto tworzy dziecku "pełną" bądź wręcz "prawdziwą" rodzinę.
    Tymczasem w sytuacji odwrotnej... uuuułaaa...
    Nowa partnerka ojca, cokolwiek by nie zrobiła, jaka by nie była, nie dorasta do pięt "TejKtóraUrodziła". Nawet jeśli to macocha wychowuje, troszczy się, kocha, utrzymuje, nie można jej nazwać "mamą", bo to jest zarezerwowane dla "TejKtóraUrodziła".
    Fakt urodzenia tak przeraźliwie determinuje "posiadanie" dziecka, że kiedyś spotkałam się z opinią, że kiedy "prawdziwa mama" (WTF?!) mojego dziecka stwierdzi, że chce je odzyskać, np. za 10 lat, ja powinnam uznać jej prawa (!) i usunąć się w cień pozwalając na połączenie rodziny.
    Wszystko w naszej kulturze gloryfikuje "TęKtóraUrodziła". Nawet nomenklatura jest za nią. I przeciwko każdej innej kobiecie, która pojawia się w życiu dziecka.
    Wszystko, co związane z "macochą" jest złe.
    Bo nie urodziła dzieci - znaczy nie może ich kochać.
    Bo związała się z ich tatą - znaczy jest przeciwko ich mamie.
    Mama popełnia błędy i robi głupoty - ma prawo, bo została zraniona.
    Macocha popełnia błędy i robi głupoty - jest złą osobą i działa na szkodę dzieci.
    Moje pasierbiątka kiedyś złożyły mi życzenia na Dzień Mamy.
    Ich matka zrobiła z tego koszmarną awanturę, bo na pewno dzieci zostały zmuszone do tego. Bo to niemożliwe żeby dzieci mnie, macochę, darzyły uczuciem.
    Rozpatrywane jest wszystko, co dzieci robią wobec mnie zawsze w opozycji do niej. Jakby dzieci nie mogły kochać nas obu i chcieć mieć kontakt z nami obiema.
    Absurd jakiś kompletny.
    Ja osobiście czuję się upoważniona do upominania, nagradzania, karania, wymagania, głaskania po głowie i dawania mentalnego "kopa" dzieciom, które spędzają ze mną w zasadzie więcej czasu niż ze swoją matką.
    Miewałam dylematy "czy mi wolno". Już nie mam. Traktuję dzieci normalnie, tak, jak traktuję swoje.
    I już wink



    --
    "Mysle ze bez mezczyzn zycie kobiety bylo by o wiele trudniejsze,
    jesli nie niemozliwe." Waldi na FF
  • lea.777 13.06.14, 15:37
    Czasami mam wrażenie, że w kontekście przynależności, własności w Polsce rozpatruje się wszystkich i wszystko. Kto jest czyj i co jest czyje. To się liczy, to jest istotne.
    Znajoma mówiła mi, że czytała na ten temat bardzo interesujące analizy. Dla Polaka rodzina to ( na co wskazuje nawet sposób mówienia o tym) obszar posiadania. Fakt, w wielu językach mówi się o bliskich, że się ich MA, bądź nie ma.
    W Polsce ponoć szczególnie przekłada się to na relacje. Rodzina jest kolejną rzeczą, którą Polak ma.
    Język kształtuje w dużym stopniu świadomość. Dziecko się ma. Albo się go nie ma. Ja jestem tą, która dziecka akurat nie ma. Nie mam swojego, nie mogę mieć cudzego. Bo, jak słusznie stwierdziłaś, dziecko może mieć jedną "prawdziwą" mamę. Jest to jakiś "brak" w moim stanie posiadania. Jakaś luka, którą powinnam czym prędzej uzupełnić. Nie chcę? A to dziwne. Jak można nie chcieć czegoś mieć!? O pardon. Kogoś.
    Wszystko w rodzinie kręci się wokół czasowników "mieć" oraz "chcieć". Ja mam partnera, partner ma córkę. Co to właściwie znaczy, lepiej może nie dociekać. To jest język PRZYNALEŻNOŚCI. Język prawa własności.
    Nie tykaj MOJEGO dziecka. Ono nie jest TWOJE.
    Jaki język, taki świat.
    "Wszystkie dzieci nasze są", ale tylko wtedy, kiedy zbiera się pieniądze na ich leczenie. W innym wypadku "odczepta się od mojego dziecka i mojego prywatnego życia".
    W wyścigu indywidualnych "chceń" trudno znaleźć sprawiedliwe rozwiązanie. Każdy czegoś chce dla siebie. Każdy chce mieć drugiego dla siebie.
    Ani to ładne, ani to fajne. I utrudnia życie jak cholera.
  • edw-ina 15.06.14, 14:43
    Hmmm..., nie rozumiem skąd pomysł, że to tylko polska przypadłość. Jak w polskim jest: jestem z kimś, tak np. w angielskim jest I'm with sbd, ok - we włoskim jest używane "jestem zamężna-żonaty": sono sposato, ale funkcjonuje też: mam żonę/mam męża/mam rodzinę.
    I ok, zgadzam się, że język kształtuje świadomość, ale i świadomość kształtuje język. W tym wypadku zachodzi sprzężenie zwrotne. Możesz rzeźbić w języku niemal dowolnie i dopasowywać go do swoich potrzeb.
    Myślę, że za bardzo skupiasz się na kwestii rodziny i swojej w niej roli. W innym wypadku dostrzegłabyś, że masz lub nie masz: samochód/rower/psa/wolny czas/hobby/dużą łazienkę/fajny obrazek na ścianie i wielu znajomych. Czy to też jest prawo własności? Czy powiedzenie: mam kilku świetnych przyjaciół oznacza, że ty nie możesz mieć przyjaciół? Możesz. Ba - możesz zaprzyjaźnić się z kimś z tego grona. A że nie możesz zostać np. żoną mojego męża wynika raczej z postrzegania (również prawnego) stadła jako instytucji złożonej z dwóch osób. Gdybyś była np. była amiszką, to mogłabyś mieć męża innej żony.
    Język jest kulturotwórczy, ale również wywodzi się i zmienia pod wpływem kultury.
  • lea.777 13.06.14, 13:31
    Dobrze wiedzieć, że są jeszcze tacy rodzice smile
    Wydaje mi się, że wiele problemów wynika z tego, że nie ma zgody co do tego, jak dziecko powinno być wychowywane. Jest wiele koncepcji, wiele pomysłów, a sposobów ich realizacji tyle, ilu rodziców.
    Częściowo rozumiem tę potrzebę wolności i niechęć do cudzych osądów, rad, ale zasada nie wtrącania się w to, jak "inni ludzie" wychowują swoje dzieci przynosi chyba jednak więcej szkody niż pożytku.
    Od początku mojego związku słyszałam wśród wielu różnych głosów na przykład takie:
    - "tak, tak, nie powinnaś się wtrącać, to sprawa rodziców" albo wręcz
    - "no tak, to jest temat tabu - jak ojciec wychowuje swoje dziecko". Czy najbardziej oklepane:
    - "są różne szkoły..."
    Nawet psycholog (ewentualny bezstronny autorytet) nie jest w stanie zdecydowanie się wypowiedzieć w temacie choćby spania ojca z dorastającą córką. Nie może powiedzieć jednoznacznie: "to jest niekorzystne dla dziecka i rodzica". Nie, nie ma już takich reguł, praw. Wszystko jest względne. Trzeba zrobić wywiad, ustalić przyczyny...Może to trwać rok, dwa, pięć. W tym czasie mogą zajść nieodwracalne zmiany. Bo gotowych zasad NIE MA.
    Każdy może powiedzieć: "ja uważam, że dla mojego dziecka to, co robię jest dobre i basta".
    I jak tu z takim stwierdzeniem polemizować?
    Myślę, że rodzica, który działa bez sensu można zapytać, jakie jego zdaniem skutki przyniesie to działanie w dalszej perspektywie.
    Bo to chyba jest najważniejsze
  • edw-ina 15.06.14, 14:29
    Ja to nawet rozszerzę - uważam, że wszyscy dorośli są niejako odpowiedzialni za wszystkie dzieci, niezależnie od tego, czy mają z nimi związek rodzinny/genetyczny. Jeżeli widzę dzieci bawiące się na ulicy, to zwrócę im uwagę i powiem, by z tej ulicy zeszły, bo to niebezpieczne. Dokładnie tego samego oczekiwałabym od innego dorosłego, który widziałby moje dziecko w takiej sytuacji. Itp. itd. - ale mówimy o sytuacji doraźnej, o reakcji na akcję, a nie o wychowywaniu długoterminowym, bo tego już bym nie chciała. Np. nie chciałabym, by ktoś postronny wpajał mojemu dziecku swój światopogląd czy zachęcał do religii, bo uważałabym, że przekracza swoje kompetencje.
  • karolana 15.06.14, 15:22
    edw-ina napisała: 
    > Ja to nawet rozszerzę - uważam, że wszyscy dorośli są niejako odpowiedzialni za> wszystkie dzieci, niezależnie od tego, czy mają z nimi związek rodzinny/genety> czny. Jeżeli widzę dzieci bawiące się na ulicy, to zwrócę im uwagę i powiem, by> z tej ulicy zeszły, bo to niebezpieczne. Dokładnie tego samego oczekiwałabym o> d innego dorosłego, który widziałby moje dziecko w takiej sytuacji. Itp. itd. -

    Zdrowe podejście moim zdaniem.




    > ale mówimy o sytuacji doraźnej, o reakcji na akcję, a nie o wychowywaniu długo> terminowym, bo tego już bym nie chciała. Np. nie chciałabym, by ktoś postronny > wpajał mojemu dziecku swój światopogląd czy zachęcał do religii, bo uważałabym,> że przekracza swoje kompetencje.

    Niestety nasze dzieci wyvhowywabe są przez całe stada ludzi którzy wpajają im swój światopogląd i zachęcają do religii.
    Począwszy od wychowawców w przedszkolu, nauczycieli w szkole, wykładowców na uczelni po celebrytów w tv i "jutuberów" oraz rówieśników.
    Uważam że jedynie bliskie relacje z dzieckiem i budowanie naszego autorytetu w jego oczach od najwcześniejszych momentów życia może zapewnić że z zapewu "autorytetów" eybierze właśnie nas.
    --
    "Mysle ze bez mezczyzn zycie kobiety bylo by o wiele trudniejsze,
    jesli nie niemozliwe." Waldi na FF
  • 13monique_n 13.06.14, 13:45
    larysa-1 napisała:
    > Karolana, a co byś powiedziała gdyby eks zwróciła uwagę na złe zachowanie twoje
    > go dziecka??? To również pytanie do całej reszty pań posiadającej dzieci. Czy b
    > yłybyście w stanie wysłać swoje dzieci do domu swoich eks i tolerować ich uwagi
    > w stosunku do zachowania waszych dzieci wygłoszone właśnie przez te panie???
    Ja nie miałam z tym kłopotów, bo po pierwsze - M. bardzo sensownie i konsekwentnie ułożył sobie stosunki z Eks-żoną. Ten aspekt uznałam za jeden z jego atutów. A skoro te stosunki ułożył on, i to dobrze (szczególnie obecnie ŚCISŁA współpraca na polu wychowawczym, ponieważ starsza córka M weszła w wiek "burzy i naporu" i to biedna Eksia ma ochotę zastrzelić potomkinię - ja mam okazję uspokajać wszystkich powołując się na doświadczenia z moimi bardziej dorośniętymi, którzy też mieli tonę durnych pomysłów - ale ich ojciec akurat na nich się wypiął, więc M mi pomagał).
    A wracając do Eksi - przed okresiem "burzy i naporu" u moich potomków słyszałam sporo miłych słów, których wcale nie musiała mi powiedzieć, na temat tego, że dzieci są ułożone. Ekhmmm, zatem potem starałam się, by nie poczuła ich durnych pomysłów. Teraz ponownie nadają się "do ludzi".
    Bywałam gościem w domu Eksi, ponieważ pomagałam jednej z dziewczynek w nadrobieniu zaległości. Było w porządku.
    Co bym zrobiła, gdyby skrytykowała zachowanie któregoś z moich dzieci - mam wrażenie, że ponieważ wydaje mi się dość rozsądną osobą, to wypytałabym o szczegóły i dobrała się do siedzenia swemu delikwentowi. (Błagam, nie odczytujcie tego, jako sygnału "przemoc!", tylko "konsekwencje")
  • litera29 13.06.14, 15:27
    Dokładnie. Chyba żadna matka nie chciałaby aby jakaś nowa lala jej byłego M. zwracała naszemu dziecku uwagę . No, ale jeśli faktycznie nasze dziecko potrafi tak się zachować, chyba powinnyśmy sie wstydzić takiego zachowania i starać się tłumaczyć,że przynosi nam wstyd. Gdyby jednak mój były stwierdził, że nasza córka nie potrafi się zachować - pewnie zacisnęłabym zęby i porozmawiała z córka,że przynosi mi wstyd przed dorosłymi. Nie chciałabym by tak się zachowywała w towarzystwie nowej partnerki mojego byłego, bo pewnie pomyślałaby, że dziecko wyniosło to z domu, ode mnie. Wychowawcza porażka. Młoda pewnie miałaby szlaban. Nie miałam takich sytuacji, ale jestem przekonana,że raczej tak bym zareagowała.
  • altz 13.06.14, 17:46
    litera29 napisał(a):
    > Gdyby jednak mój były stwierdził, że nasza córka nie potrafi się zachować
    > - pewnie zacisnęłabym zęby i porozmawiała z córka, że przynosi mi wstyd przed dorosłymi.
    Czyli znowu "ja" na pierwszym miejscu?

    > Nie chciałabym by tak się zachowywała w to
    > warzystwie nowej partnerki mojego byłego, bo pewnie pomyślałaby, że dziecko wyn
    > iosło to z domu, ode mnie. Wychowawcza porażka. Młoda pewnie miałaby szlaban.
    Miałaby córka szlaban na spotkania z ojcem, co jest zwyczajnie głupie. Ojciec jest dorosły, gdyby sobie zupełnie nie radził i chciał aż tak odważnie zaprotestować, sam mógłby powiedzieć córce, żeby sobie przemyślała i na razie nie przyszła, póki nie wymyślą czegoś nowego. Dorosły jest, sam umie się postawić.

    Ja Cię nie potępiam, tylko chcę pokazać sposób myślenia i działania, bo prawdopodobnie nie jesteś siebie świadoma.
  • litera29 13.06.14, 15:18
    lea.777 napisał(a):
    Moim zdaniem to bardzo niewychowawcze, że w otoczeniu dziecka znajduje się doro
    > sły, który nie może temu dziecku zwrócić uwagi, nie może go wychowywać. W lepsz
    > ej sytuacji znajduje się chyba kucharka w szkolnej stołówce. Ona może dziecku z
    > wrócić uwagę. Ty też jesteś dorosła, jesteś opiekunem (dodatkowym, czy nie, też
    > nim jesteś) i masz prawo zwracać dziecku uwagę. Albo zrezygnować z jego towarz
    > ystwa.
    ................................................................
    Zgadzam się. Masz prawo zwrócic uwagę, powiedzieć dziecku,że zachowuje sie niegrzecznie, skandalicznie. Twój M. powinien Cię wspierać, a nie szczekać na Ciebie, tym bardziej,że dziecko przebywa z Toba często, musi znać Twoje zasady. I lepeij,żeby dzieciak nauczył się,że masz prawo mu zwrócić uwagę, bo jak podrośnie będzie za późno, byś nagle zaczęła to potem robić.
  • litera29 13.06.14, 15:14
    independency.today napisała:

    > No ja błąd kardynalny popełniłam na początku- byłam dobrą, uczynną, nadskakując
    > ą i rozpieszczającą ciocią. I teraz zbieram żniwo- nikt się ze mną nie liczy,o
    > szacunku mogę zapomniec.
    > Nikt o mnie nie zadba, jeśli sama o siebie nie zawalczę, święte słowa
    .........................................
    Ten sam błąd popełniłam ja sama - szybko jednak mi przeszło i czuję się z tym znacznie lepiej.
  • edw-ina 16.06.14, 11:48
    Wiesz, gdyby nawet tego sprzątania było na godzinę, to i tak nie widzę w tym większego sensu. Tym bardziej, że to jest wieczna jakaś durna przepychanka. Kiedy wyjeżdżają zimą (śnieg, dom za miastem, małe dziecko itp), to M nie rozumie dlaczego zależy mi, by nie wyjeżdżali zbyt daleko, bo przecież: jaka to różnica. Dla mnie ogromna, bo w razie problemów (a miałam ich sporo, od zerwanych kabli z prądem, przez wybitą śnieżką z kamieniem szybę w samochodzie po zwykłą grypę) jest na tyle blisko, że np. w dwie godziny w razie awarii może być w domu. To wtedy robię problemy. Jak jest lato i jest mi znacznie łatwiej, to robię problemy, bo mówię, by ten czas spędzili tylko ze sobą. Ogólnie mam wrażenie, że optymalną odpowiedzią na każdy pomysł pana z dzieckiem jest: ależ oczywiście!
  • litera29 13.06.14, 15:12
    independency.today napisała:
    > Nie wytrzymam, weekend był koszmarem. Wycie, kopanie, fochy, rzucanie brudnymi
    > chusteczkami w ludzi, wrzaski przy stole, mlaskanie, bekanie, plucie jedzeniem.
    > Plus wrzaski na mnie, z otwartą pretensją Za > cisnęłam zęby. Zatkałam uszy. Jeden jedyny raz na całe 4 dni nie wytrzymałam i > rzuciłam przez zęby: "mam dośc zachowań twojego dziecka" Mam intuicję pytii i czuję, że jeszcze tro> chę i runie nam związek. Nie widzę metody na tego dzieciaka. Zamęcza mnie i obr
    > zydza, a tatuś stosuje umoralniające mowy.
    .................................................................
    Szczerze to Ci współczuję.Chyba wstałabym od stołu, stwierdziła,że mam dosyć i zostawiłabym tatusia i synusia samych - dzieciak niech się cieszy, a tatuś niech się wstydzi, albo dyskutuje z dzieckiem - jak tam woli. Pewnie poszłabym na długi spacer smile.
    Po co się zamęczasz - niech wychodzą sami. Daj im spędzać czas we dwoje nie szukając na siłę wy,mówek, a zwyczajnie stwierdzając,że tak będzie lepiej dla was wszystkich. Co wcale nie znaczy,że jest to dobre wyjście na dłuższą metę. Jest nadzieja,że Twój M. zauważy,że nie ma Cię przy nim,że dziecko może faktycznie jest niegrzeczne, kiedy sam się zmęczy jego zachowaniem "sam na sam". Może wtedy zajarzy i zmieni wasze układy....Mi to pomogło - kiedy jest pasierbiątko - daję im czas tylko dla siebie, niech idą, jadą gdzie chcą, ale mnie niech nie ciągną za sobą (chyba,że to jakaś uroczystość rodzinna). Wtedy mam czas dla siebie, nie muszę się denerwować i jest git, kiedy M. wraca z dzieciakiem stęskniony i nieco zmęczony. Opieka naprzemienna jest nie dla mnie - tęskniłabym do dziecka, gdyby wyjechało na tydzień, zmęczyłabym sie potwornie, gdyby pasierb miał spędzić u nas tydzień. Nie dla mnie.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka