• drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
Dodaj do ulubionych

co to jest szołdra?

  • 13.08.04, 07:52
    co to jest szołdra?
    -- podobno jakaś potrawa śląska?
    mieszkam na Śląsku ale nikt nie wie
    w mojej regionalnej ksiąŻce kucharskiej NIE MA TAKIEJ POTRAWY
    czy ktos może mi pomóc?
    pozdrawiam

    Wszyscy mamy jakieś swoje przywary i niekoniecznie to znaczy, że trzeba
    pielęgnować w sercu dawne urazy i odświeżać je bez końca.
    Edytor zaawansowany
    • 13.08.04, 10:42
      quba napisał:

      > co to jest szołdra?
      -- podobno jakaś potrawa śląska?
      mieszkam na Śląsku ale nikt nie wie
      [...]

      Śląsk ma wiele barw, a kuchnia śląska też nie jest jednorodna.
      Słowo SZOŁDRA to po dawnemu 'szynka', ale też tradycyjną metodą wytwarzana,
      zwykle jadana na Wielkanoc.

      Na Śląsku Cieszyńskim (w RP i ČR) SZOŁDRA albo MURZIN to 'kawał szynki
      zapieczony w białym cieście wielkanocnym'.

      Niewykluczone lokalne modyfikacje.

      --
      Dialektolog
      Słownictwo gwarowe
      • 13.08.04, 11:11
        bardzo Ci dziękuję
        --
        Wszyscy mamy jakieś swoje przywary i niekoniecznie to znaczy, że trzeba
        pielęgnować w sercu dawne urazy i odświeżać je bez końca.
    • 13.08.04, 18:32
      a kaj miyszkosz we Slonsku, jak sie wolno spytac

      styknom okolice

      to je szynka, boczek wyndzony - jo ale tego nigdy niy suyszou, a odpowiedz
      znoduech we suowniku
      • 16.08.04, 09:00
        laband napisał:

        > a kaj miyszkosz we Slonsku, jak sie wolno spytac
        >
        > styknom okolice
        >
        > to je szynka, boczek wyndzony - jo ale tego nigdy niy suyszou, a odpowiedz
        > znoduech we suowniku




        miyszkom we Zobrzu
        pozdrawiom
        --
        Wszyscy mamy jakieś swoje przywary i niekoniecznie to znaczy, że trzeba
        pielęgnować w sercu dawne urazy i odświeżać je bez końca.
    • 12.09.04, 17:47
      Ostatnio w moim sklepie osiedlowym pod Wilanowem kupiłem produkt "Sokołowa"
      pn. "Szołdra" i jeszcze nie otwierałem ale to co widać przez plastyk to plastry
      wędliny jakiejś; w składzie piszą że wieprzowe mięso.
      Jak otworzę to wróce do tematu.
      Mam natomiast w zamian inne pytanie: co to jest BINDYGA, nie mylić z Bindugą!
      • 12.09.04, 23:32
        qubraq napisał:

        > Ostatnio w moim sklepie osiedlowym pod Wilanowem kupiłem produkt "Sokołowa"
        > pn. "Szołdra" i jeszcze nie otwierałem ale to co widać przez plastyk to plastry
        >
        > wędliny jakiejś; w składzie piszą że wieprzowe mięso.
        > Jak otworzę to wróce do tematu.

        Próbki podeślij mailem smile

        > Mam natomiast w zamian inne pytanie: co to jest BINDYGA, nie mylić z Bindugą!

        Niestety nie wiem, co to BINDYGA. Jak wiesz, to napisz. Jak masz jakiś trop, to
        też napisz.

        --
        Dialektolog
        Słownictwo gwarowe
    • 03.11.04, 09:36
      Witam.
      Słowo szołdra w odmianie sołdra, bądź sodra jest mi znane z terenów Spisza i
      Podhala. Jest to szynka z kością ze świni, którą po świniobiciu najpierw rosoli
      się przez ok. 2 tygodnie na korycie, a następnie wędzi się. Dawniej, kiedy były
      jeszcze chałupy bez kominów i dym z pieca uchodził na poddasze, wieszało się
      taką sodre lub sołdre na strychu i tam wędziła się razem ze spyrką i sadłem
      codziennie po trosze praktycznie aż do całkowitego zużycia (niekiedy do
      następnego śwoniobicia). Nie ulegała zepsuciu, bo codziennie była trochę
      podwędzana. Obecnie wędzi się w specjalnych przydomowych wędzarniach, a później
      przechowuje się zamrożoną w kawałkach. Sodra/sołdra jest bardzo smaczna do
      chleba, ale także na takiej sołdrze/sodrze z kością można ugotowac pyszny
      krupnik.
      Pozdrawiam
      • 03.11.04, 10:38
        hagiees napisała:

        > Witam.
        > Słowo szołdra w odmianie sołdra, bądź sodra jest mi znane z terenów Spisza i
        > Podhala. Jest to szynka z kością ze świni, którą po świniobiciu najpierw
        rosoli
        >
        > się przez ok. 2 tygodnie na korycie, a następnie wędzi się.

        [...]

        Wielce Szanowna hagiees!

        Wyjaśnij, proszę, co znaczy "ROSOLI SIĘ", bo w słownikach ogólnych języka
        polskiego nie ma takiego słowa, i nie bardzo wiem, co to za proces ono oznacza.

        --
        Dialektolog
        Słownictwo gwarowe
        • 03.11.04, 12:38
          pozostaje na określony czas (2 tygodnie) posypane dużą ilością soli i później
          codziennie trochę podlewane niewielką ilością wody, stąd rosół i "rosolić się".
          Ma to na celu konserwowanie mięsa. Następnie jest wędzenie.

          Dawniej (kiedy nie było lodówek) był to jeden ze sposobów przechowywania
          większej ilości mięsa. W naczyniu układało się warstwami mięso. Mięso musiało
          być ciasno ułożone. Każdą warstę solidnie się soliło i tak w chłodnym
          pomieszczeniu mogło wytrzymac nawet kilka tygodni.
        • 03.11.04, 20:12
          Jo to znom tela co warzyc na zupa i wyciongnonc potym miynso.
          • 04.11.04, 08:45
            Jako ni ma takiygo słowa. Rosolić to sie znacy marynować przez dwa
            tyźnie . Miyso (szynke, polędwice, schaby,bocusie) sie soli, dodaje troske
            saletry(KNO3), pieprz, ziele angielskie, liść bobkowy, syćko frubo potłucone
            cosnocek, naciyro sie szynke, trzymie sie jom 24 godziny, a pote zalywo
            przegotowanom, osolonom i ze z saletrom, zimniućkom wodeckom i trzymie ze
            dwa tyźnie , obracajęcy w kamiynioku. Po tym casie trza jom owędzić abo
            upiec w sabaśniku i gotowo. Nawet miyso na kielbasy tyz sie rosoli na
            korycie pore dni ( trzymie w soli i przyprawak, jaze puści "rosół". Sól
            kuchenno odciągo wode od białek( miysa) (jony soli NaCl jako silnie
            polarne odciągajom dipolowe cąstecki H2O i same sie otocajom płoscem
            wodnym, i momy to co widać - rosolenie pływanie miyska w rosole a proces
            nazywo sie wysalanie. Wysalanie poprzedzo wsalanie, hehe. A cały proces
            nazywo sie P E K L O W A N I E abo marynowanie, a po góralsku rosolynie , bo
            sie miysko zrosi i to widać, JASNO WYTŁUMACYŁAK, HE? Hehe... Hej.
            Telo.Pozdr.
            • 04.11.04, 09:34
              Niesamowicie uczenie to wszystko wygląda.
              Nie jestem taka pewna, czy rosolenie mięsa, sodry, spyrki i sadła na korycie po
              świniobicu przed wędzeniem to to samo, co marynowanie i peklowanie. Wydaje mi
              się, że nie. Nie używa się do tego ani octu (jak przy marynacie), ani żadnych
              azotanów (jak przy peklowaniu).
              marynować: konserwować w occie z dodatkiem przypraw smakowych i korzeni;
              przyrządzać marynatę;
              peklować: konserwować mięso w roztworze soli kuchennej z saletrą i przyprawami;

              Na Orawie jest także szołdra w odmianie siondra oraz związane z tym słowa
              rosolić, rosół (zob. Słownik gwary orawskiej J. Kąsia). Warto zajrzeć pod te
              hasła, gdyż jest tam dokładny opis.
              Pozdrawiam
              • 04.11.04, 10:22
                i jo cosikznod o tym goralskim rosolyniu i "Sołdryli":

                Zapachniało szynką

                - Sekretem dobrego sołdryla jest właściwe rosolenie - tłumaczyła Monika
                Organiściak. Podczas niedzielnego "Pożegnania Lata" we Frydmanie oprócz
                wieprzowej szynki można było również skosztować regionalnych przysmaków. Wielka
                degustacja była częścią programu, przygotowanego z okazji rozstrzygnięcia
                gminnego konkursu na "Najbardziej zadbane obejście gospodarcze". Po raz kolejny
                Urząd Gminy w Łapszach Niżnych przyznał nagrody sumiennym gospodarzom. Jury
                oceniało estetyczny wygląd posesji oraz ogrodów. - Na naszej liście laureatów
                nie znalazły się gospodarstwa prowadzone przez mieszkańców z Niedzicy-Zamku -
                tłumaczył przewodniczący jury Józef Grywalski. - Jak wiadomo, przez ostatnie
                lata gospodarze z tej miejscowości odbierali główne nagrody. W tym roku
                chcieliśmy wyróżnić następnych - dodał. W kategorii gospodarstwa prowadzącego
                działalność rolniczą nagrody odebrała Irena Dwornicka, Józef Szewczyk, Władysław
                Gelata, Jan Stańczyk, Helena Florek, Paweł Pawlica. Z kolei w grupie najbardziej
                zadbanych gospodarstw nie prowadzących działalności rolniczej nagrodzono: Marię
                Jasiątek, Zofię Łukasz, Stefana Pietruś, Marię Tynus, Danutę Krzysik, Krystynę
                Majerczak oraz Marię Kaczmarczyk. Szczególne wyróżnienie od władz gminy odebrał
                także Franciszek Organiściak z Frydmana, właściciel masarni. W ubiegłym roku
                rzemieślnik otrzymał za swój przysmak - sołdryl - "Perłę" na warszawskim
                konkursie "Nasze kulturalne dziedzictwo". Dzięki nagrodzie wieprzowa szynka z
                kością stała się jednym z 14 najlepszych produktów regionalnych w całym kraju. -
                Wyciętą porcję mięsa formuje się, ściąga skórę i tłuszcz, a następnie dokładnie
                naciera solą i czosnkiem - wyjaśniała Monika Organiściak, żona właściciela
                masarni. - Tak przygotowane mięso pozostawia się w chłodnym miejscu na 24
                godziny. Następnie przez dwa tygodnie mięso rosoli się w specjalnej zalewie.
                Niezapomniany smak, zapach oraz zabarwienie mięso zyskuje podczas wędzenia na
                bukowym lub olszynowym drewnie - dodała pani Monika.
                Aneta Derkacz
                • 04.11.04, 20:52
                  Rosoli sie tyz oscypki w sałasie tzn. konserwuje w roztworze mocnyj solanki
                  w rosolniku z drzewa a pote je wędzi. A u J. Kąsia stoi, ze rosolenie
                  po zabiciu świni , to forma konserwowania duzyj ilości miysa, słoniny.
                  Rosolyło sie włościwie syćko przez 2-3 tyźnie ( w lecie krócyj, nawet do
                  tyźnia) w drzewnianyk korytak i zolezyało to tyz od wielkości świni,
                  hrubości spyrki i bocków. Jo to znom z autopsji, bo w chałupie przy telej
                  gowiedzi chowało sie m.inn. i świnie i samemu ś niom narobiało i to nie
                  roz , nie dwa. Dlo mnie - to wsalanie i wysalanie z ang. salting in , and
                  salting out i manipulowanie wartością siły jonowej w roztworze solanki, we
                  ftoryj momy białka. W miyjsce płosca wodnego we ftory som jest owinięte
                  cąstecki białka wchodzom jony soli kuchennej, wypiyrajom wode i tworzy
                  sie rosół nawet kie nasujymy suchej soli. To samo zjawisko momy w
                  becce ze solonymi śledziami. Kozdy becke ze śledziami o rosół nad nimi tyz.
                  peklowanie = tyz konserwowanie: sól, przyprawy, saletra
                  marynaty = konserwacja ocet plus przyprawy korzenne plus sól, cukier.
                  Poprawke przyjmuje.
                  Telo.Pozdr.
                  • 05.11.04, 11:55
                    hm, tak daleko od prowdy z tym wywarym na zupa zech juzas niybou, he,he!

                    No i coby k'prowdzie przonsc blizyj to przeczytom wom co Reinhold Olesch
                    szkryfnou na tyn temat we "Der Wortschatz der polnischen Mundart von Sankt
                    Annaberg":

                    rosou - Salzwasser v. eingesalzenem Fleisch.

                    Czyli Slonzoki kole anabergu(Gora Sw. Anny) kedys tysz to uzywali i
                    tuplikuja(tumacza) -- rosou - solno woda ze nasolonego miynsa.


                    ps

                    czuowiek sie uczy couke zycie - szkoa ize moje oumiczki juz niy zyjom, bo one na
                    zicher by to musiauy znac
    • 06.11.04, 10:06
      znoduech u Siynkiewicza te suowo w takim kontekscie:

      "Gęste tłumy otoczyły wnet cały oddział. Jedni patrzyli na jeńców, drudzy
      wypytywali się: ?Jak to było?" - inni wygrażali Szwedom.
      - A hu! A co?! Dobrze wam tak, psiajuchy!... Z Polakami zachciało się wam
      wojować? Macie teraz Polaków!
      - Dawajcie ich saml... Na szable ich!... Bigosować!...
      - Ha, szołdryl ha, pludraki, popróbowali¶cie polskich szabel?!
      - Mo¶ci panowie, nie krzyczcie-jak wyrostki, bo jeńcy pomy¶l±, że wam wojna
      pierwszyzna ! - rzekł pan Skoraszewski. -Zwyczajna to rzecz, że się jeńców w
      czasie wojny bierze."
      • 06.11.04, 10:12
        a Kochanowski pisou tak:

        "Miło patrzeć na łąki, kiedy się odzieją,
        Miło patrzeć na zdroje, kiedy wodę leją.
        Dobra lecie śmiotana, dobra szołdra zimie,
        Kiedy uschnie na wietrze albo w gęstym dymie.
        Dobry wieniec bluszczowy - nad wszystko multanki,
        Kiedy grasz, Węda, w lesie, zabywajgc Hanki".
        • 06.11.04, 10:15
          i tyn som autor (Kochanowski szkryflou o niyj nawet do inkszych szkryflorzy:


          DO POETÓW



          Jako Chiron, ze dwojej natury złożony,

          Wzgórę człowiek, a na dół koń nieobjeżdżony,

          Rad był, kiedy przyjmował do swej leśnej szopy

          Nauczonego syna pięknej Kalijopy,

          Naonczas gdy do Kolchów rycerze wybrani

          Pławili się przez morze po kożuch barani:

          Równiem wam i ja tak rad, zacni poetowie!

          A jesli u Chirona cni bohatyrowie

          Przyjmowali za wdzięczne wieczerzą ubogą,

          Bo tam wszytka cześć była mleko z świnią nogą:

          Nie gardźcie i wy tym, co dom ubogi niesie,

          Bo jako Chiron takżeć i ja mieszkam w lesie.

          Będzie ser, będzie szołdra, będą wonne śliwy;

          Każecie li też zagrać, i na tom ja chciwy.

          Owa prosto będziecie ze mnie mieć Chirona,

          Tylko że ja nie włóczę za sobą ogona.
          • 06.11.04, 10:34
            Maria Radziewiczówna szkryfua tak:

            "Spojrzał na Dyzmę, a ten aż się przeraził wyrazu tych bladych, zimnych oczu.

            - Poszedłbym do Ulma i powiedział o rzece - szeptał Abel dalej. - Alem wam
            milczenie poprzysiągł, więc nie pisnę do śmierci. Zresztą, po co ma tamten
            gałgan się wzbogacać? Zabiję chłystka i basta.

            - Opamiętajcie się, człowieku! Jakie prawo macie zabijać, jego i swoją duszę
            zatracać! Grzech myśleć nawet o tym!

            - Wiem, ale mi pięści same się zaciskają. Chodzi, szołdra (tu: świnia), po
            wybrzeżu i gwiżdże, i kobiecie sromotne rzeczy gada. A on jakie prawo ma?
            Powiedzcie!

            - Jakaż racja wam być złym! Zastąpcie mu drogę i wygadajcie żółć spod serca.

            - Ja gadać nie umiem, chyba tym! - i podniósł pięść olbrzymią.

            Dyzma zrozumiał, że w tej chwili żadne perswazje skutku nie odniosą, postanowił
            tedy ze swej strony pilnować."
    • 06.11.04, 10:19
      • 06.11.04, 10:21
        Natrefiouch we necie zdanie kere godo ize tyn wyraz "szoudra" to je bohemizm,
        ale niy to mie jako Slonzoka zaskoczouo, mie zaskoczouo natrefiynie na tyn wyraz
        sam:

        Rozprawy

        Jolanta Tambor
        O śląskich obyczajach, śląskich potrawach i niektórych śląskich słowach

        Prawie każda okazja to dobry pretekst do spotykania się, organizowania imprezy,
        dawania prezentów, wspólnego śpiewania i opowiadania dowcipów, czyli po prostu
        do bycia razem i do wspólnej zabawy. Na Śląsku panuje szczególne upodobanie do
        wspólnego świętowania. Okazją do jubla, rodzinnego fajeru są święta, rocznice,
        jubileusze, odpust w swoim kościele itp. Prawdziwie śląską okazją jest
        oczywiście géburtstag, czyli urodziny. Na tle innych części Polski to
        zdecydowanie tradycyjny obyczaj, bo ogólnopolską tradycją jest raczej
        obchodzenie imienin. Można znaleźć sporo argumentów za tym, że urodziny są
        ważniejsze. Urodził się każdy z nas, datę urodzin można przetransponować na
        każdy kalendarz (egzotycznych imion natomiast nie znajdziemy w naszym
        kalendarzu, najczęściej nie da się ich nawet przetłumaczyć). Urodziny to
        naprawdę wielkie święto, bo przecież narodziny dziecka to jedno z
        najpiękniejszych wydarzeń na świecie, dlatego pewnie niezwykle ważne w kulturze
        polskiej są święta Bożego Narodzenia. Dlatego wszyscy tak na nie czekamy, na
        Święta, które upamiętniają ów wspaniały dzień, w którym można powiedzieć:
        „narodził się nam Zbawiciel”.

        Przeciwnicy urodzin posługują się różnymi argumentami. Jeden jest wyjątkowo
        chwytliwy dla kobiet i to szczególnie dziś w dobie rozkwitu wszelkich teorii
        feministycznych. Kobiety często mówią, że urodziny są dobre tylko w wieku
        „naście”1. Potem dobrze jest wiek ukrywać lub sobie lata odejmować. Nic bardziej
        sprzecznego ze śląską tradycją. Nie słyszałam, by tak mówiła jakakolwiek
        Ślązaczka. Wszystkie twierdzą, że każdy wiek ma swoje uroki i każde urodziny są
        równie ważne w życiu człowieka.

        A śląskie upodobanie do urodzin ujawnia się od najmłodszych lat. Jedną z
        najważniejszych tradycji we wczesnym dzieciństwie jest „roczek”. Pierwsze
        urodziny dziecka bywają prawie tak huczne jak chrzciny. „Roczek” bardzo często
        zaczyna się uroczystością kościelną. Z tej okazji w intencji dziecka zamawia się
        specjalną mszę, na którą zapraszani są najbliżsi: dziadkowie, rodzice chrzestni
        i inna bliższa rodzina. A potem to już impreza w domu z obiadem, ciastem, kawą,
        śpiewaniem, wicami2 i oczywiście z prezentami dla rocznego solenizanta. Na stole
        musi pojawić się tort z jedną świeczką. Zdmuchiwanie świeczek na torcie to jedna
        z najsilniejszych tradycji. „Zdmuchiwacz-solenizant” powinien sobie w tym czasie
        pomyśleć jakieś życzenie i jeśli uda mu się zdmuchnąć świeczki za jednym
        zamachem, tradycja gwarantuje, że to życzenie się spełni. Przy tych pierwszych
        urodzinach świeczka jest tylko jedna, ale też zdolność dmuchania solenizanta
        jest bardzo ograniczona, więc tradycja pozwala, by tym razem pomagali w
        zdmuchiwaniu pomocnicy (także oczywiście w myśleniu życzenia). Przy każdych
        następnych urodzinach skłania się solenizanta, by zebrał się sam na potężny
        „dmuch” i spełnianie życzeń wywalczył sobie samodzielnie.

        Potem następne bardzo ważne urodziny to „osiemnastka”. I to chyba jedyny punkt
        zbieżny z tradycją ogólnopolską. Osiągnięcie pełnoletności (osiemnastego roku
        życia) obchodzi się wśród młodzieży uroczyście w całym kraju. Na Śląsku różnica
        polega na sposobie jej obchodzenia. Bo oczywiście młodzi zapraszają kolegów z
        klasy, by wspólnie ten fakt święcić, ale też świętuje się w gronie rodzinnym: z
        ciotkami, ujkami3, dziadkami, chrzestnymi itd. Oczywiście jest tort, są świeczki
        tym razem już 18, ale i siła podmuchu u takiego prawnie pełnoletniego
        solenizanta jest spora. Ma on więc ogromne szanse na wywalczenie u sił wyższych
        spełnienia swojego pierwszego prawdziwie dorosłego życzenia.

        Następne urodziny, które wywołują niesłychane poruszenie, to „Abraham”, czyli
        pięćdziesiąte urodziny. One, jak „złote gody”4, też muszą być ogromnie huczne,
        tak by umiliły fakt, że od tej pory to już tak „troszkę z górki”. Bo przecież
        każdy swój wiek oblicza na (co najmniej) „sto lat”, więc „Abraham” jest jakby w
        połowie drogi. Ale z drugiej strony wielu twierdzi, że wtedy człowiek dopiero
        rodzi się na nowo. Zaczyna bardziej jeszcze doceniać rodzinę, zacisze domowe,
        młodnieje na nowo w towarzystwie wnuków. A jeśli jeszcze uda się naraz zdmuchnąć
        aż 50 świeczek, to ho, ho, ho... cóż jeszcze można osiągnąć. Człowiek czuje, że
        żyje!!!

        W czasie swoich imprez Ślązacy lubią śpiewać, często przy akordeonie. Potrafią
        śpiewać i do rana: wielokrotnie „Sto lat” na różne melodie, „Niech mu gwiazdka”.
        W śpiewie można znaleźć okazję do kolejnych toastów, bo przecież wystarczy
        rozpocząć od „A kto się w styczniu urodził...”. A potem jeszcze bawić się dalej
        przy „chacharach5, co żyją i gorzoła6 piją”, by powoli dochodzić do repertuaru
        poważniejszego, który nieodłącznie towarzyszy śląskim biesiadom, do „Bytomskich
        strzelców”, do „zachodu czerwonego słoneczka” i wspominek o „przepaści na
        granicy Górnego Śląska, gdzie niejedna śliczna panieneczka śląska utraciła
        chłopca” i to ta „luba, która w białym zamku białe orły wyszywa”. A potem znów
        można wrócić do repertuaru weselszego i zaśpiewać o „Karolince, co szła do
        Gogolina” i o „Karliku, co ma w koszyku gołąbków po parze”.

        O wyższości urodzin nad imieninami napisał Marek Szołtysek w książce Żywot
        Ślązoka poczciwego: „Rocznicę urodzin świętowali już uczeni Egipcjanie,
        filozofujący starożytni Grecy oraz praktyczni, starożytni Rzymianie, którzy
        nazwali ten dzień „dies natalis”. Podobnie robią Anglicy, Niemcy, Holendrzy,
        Amerykanie, Francuzi, Włosi, Hiszpanie... i Ślązacy”.

        Różnice między Śląskiem i resztą kraju ujawniają się też podczas corocznych
        tradycyjnych kościelno-kalendarzowych świąt. Nieco inaczej na Śląsku odbywa się
        dawanie prezentów. Główne święta „od” prezentów to oczywiście Święta Bożego
        Narodzenia, a szczególnie Wilijo7, bo w Polsce – w przeciwieństwie do bardzo
        wielu krajów na świecie, w których prezenty dostaje się w pierwszy dzień Świąt –
        dniem podarków jest Wigilia. Śląska choinka w Wigilię jest szczególnie piękna,
        bo leży pod nią ogrom paczek i paczuszek pięknie zapakowanych, z kokardami,
        aniołkami i gwiazdkami. Nie ma ani jednej osoby przy wigilijnym stole, dla
        której zabrakłoby podarku. Ale szczególnie wiele znajdują ich po wieczerzy8 pod
        choinką – obok betlejki9, która też tam musi stać – dzieci. A skąd te prezenty
        tam się wzięły? Oczywiście to prezenty od Dzieciątka10. Bo na Śląsku prezenty
        pod choinkę przynosi Dzieciątko. Nie żaden Święty Mikołaj, bo on swoją powinność
        spełnił już 6 grudnia i tym bardziej nie żadne „gwiazdki” ani „gwiazdory”.
        Wigilia rozpoczyna Święta Narodzenia Pańskiego, więc tylko Dzieciątko może się
        prezentami zająć. Te prezenty dla dzieci są jednymi z najmilszych i najbardziej
        wyczekiwanych, bo od czasu, kiedy dzieci przestają już być takimi zupełnymi
        dziećmi i wiara w Mikołaje i Dzieciątka jest z lekka zachwiana, na kilka dni
        przed Wigilią zaczyna się skryte poszukiwanie prezentów: może w szafie, może na
        pawlaczu, może „w antryju11 na bifyju12” (oj! co za głupi wierszyk! któż to ma
        bifyj w antryju!!!). Tę konkurencję jednak wygrywają zazwyczaj kooperujący z
        Dzieciątkiem rodzice. Więc... dramatyzm oczekiwania się potęguje. A potem!
        Emocje rosną gwałtownie. Najpierw trzeba czekać na pierwszą gwiazdkę, żeby w
        ogóle zasiąść do stołu. Potem podzielić się opłatkiem i wszyscy siadają przy
        stole i jedzą, i jedzą, i jedzą. I jedzenia jest strasznie dużo i trzeba
        wszystkiego s
        • 06.11.04, 10:25
          Najpierw trzeba czekać na pierwszą gwiazdkę, żeby w ogóle zasiąść do stołu.
          Potem podzielić się opłatkiem i wszyscy siadają przy stole i jedzą, i jedzą, i
          jedzą. I jedzenia jest strasznie dużo i trzeba wszystkiego skosztować, żeby w
          następnym roku nie ominęło nas ani jedno szczęście i dobre zdarzenie. I nie
          wolno marudzić, żeby nie zostać okrzyczanym, bo co się dzieje w Wigilię, to
          będzie się dziać cały rok. I niezmiernie długo to jedzenie trwa: zupa rybna,
          siemiéniotka, karp smażony, kapusta z grochem, moczka, makówki, kompot z
          suszonych owoców. Ale w końcu można wstać od stołu i biec pod choinkę.

          Potrawy świąteczne zazwyczaj bywają tradycyjne, regionalne. Nie wymyśla się na
          święta jakichś dziwnych nowych specjałów. Oczywiście najbardziej tradycyjne pod
          względem jedzenia są Święta Bożego Narodzenia, a konkretnie Wigilia. Tuż przed
          Wigilią w całym domu unosi się aromat wyjętych ze specjalnej skrzyni pierników.
          Wypieka się je bowiem wcześniej, a potem umieszcza w takiej skrzyni, aby
          zmiękły. Nie może w nich zabraknąć goździków, cynamonu i orzechów. Nazwy potraw
          wigilijnych zazwyczaj łatwo rozszyfrować: moczka to od moczenia piernika,
          siemiéniotka od podstawowego składnika, czyli siemienia, a makówki od tego, że z
          maku.

          Nazwy śląskich potraw zresztą w ogóle są rozszyfrowywalne. Czasem są utworzone
          od czasowników, które mówią o czynnościach związanych z ich przygotowaniem, taka
          np. jest wspomniana już nazwa moczki, stąd też nazwa jajecznicy – smażonka
          (czyli coś, co się smaży). Czasem nazwa potrawy pochodzi od podstawowego
          składnika. Przy czym nazwa tego składnika może się pojawić zarówno w wersji
          polskiej, jak i niemieckiej. Na polskich nazwach oparte są takie nazwy, jak:
          makówki, wodzionka (zupa, której głównym składnikiem jest woda z dodatkiem
          chleba, czosnku i odrobiny magi), kloszczonka (woda po kluskach). Na niemieckich
          nazwach oparte są panczkrałt i ciapkrałt – ziemniaki tłuczone pomieszane z
          gotowaną kapustą kiszoną i okraszone szpyrką13 (z niem. Kraut – kapusta),
          bratheringi i bratkartofle - czyli smażone śledzie i smażone kartofle (z niem.
          braten – smażyć), klapsznita i fetsznita – kromka złożona na pół i kromka ze
          smalcem (z niem. Klappschnitte i Fettschnitte).

          Na niemieckim źródłosłowie oparte są często śląskie nazwy napojów. Na Śląsku
          bowiem pije się kafyj i tyj (stąd popularne zdanko: we antryju na bifyju styrczy
          szolka tyju). To z niemieckich nazw: Kaffee i Tee. Popularny – też na
          świątecznym stole – był kiedyś (dziś już codzienny) bonkafyj, czyli kawa
          prawdziwa (z niem. Bohnenkaffee). Dawniej do śniadania i kolacji pijało się
          kakałszale, czyli napój mleczny z łusek kakaowych, prawdziwego kakao na co dzień
          się wtedy, tak jak i prawdziwej kawy, nie pijało. Kakałszale to również nazwa
          pochodząca z niemieckiego Kakaoschale (czyli właśnie łuska kakaowa). Napojem nie
          do wieczerzanio14 ani do śniodanio15, tylko raczej do maszkycynio16 była brałza,
          czyli oranżada – ta nazwa to też przekształcone niemieckie Brause. Z
          niemieckiego pochodzą też nazwy wszystkich wusztów17 (kiełbas), szczególnie
          tych, które są złożeniami właśnie z drugim członem -wuszt: leberwuszt
          (wątrobianka), preswuszt (salceson). Inne jeszcze przykłady to hekele – pasta
          śledziowa (z niem. Häckerle), melka (z niem. Mehl – mąka) – gęsta zupa z mleka i
          mąki podawana głównie dzieciom, galert (z niem. Gallert) – galareta, szałot –
          sałata ziemniaczana, jarzynowa. Szałot mógł być okraszony szpyrką, mógł być ze
          śledziem, mógł być jedzony sam, ale też zamiast kartofli jako podstawa drugiego
          dania, zwłaszcza w święta.

          Największą jednak karierę zrobiły pewne dania śląskie wraz ze swoimi nazwami,
          które weszły do polszczyzny ogólnej, w różny zresztą sposób. Najbardziej chyba
          popularny w całej Polsce jest krupniok (od nazwy: krupy18), nazywany zresztą
          często „śląskim krupniokiem”. Ta nazwa rozpowszechniła się razem ze swym
          desygnatem. Za słowem kryje się bowiem ów wybitnie śląski specjał, którego nie
          można w żadnym wypadku zastępczo nazwać kaszanką, choć składniki są takie same,
          ale wynik ich łączenia jest zdecydowanie inny. Nie doczekał się takiej kariery z
          kolei śląski żymlok (od żymła, czyli bułka). Innego typu karierę zrobił
          karminadel (karbinadel19). To dzięki absolutnie rewelacyjnej scenie filmowej w
          „Perle w koronie” Kazimierza Kutza.

          Specyficznie śląskie nazwy dotyczą też wielu słodyczy, czyli maszkytów – kiedy
          na Śląsku chce się pomaszkycić, można kupić sobie albo usmażyć kreple (pączki),
          można też sobie zafundować kołoczek (drożdżówkę). Ale podstawowe maszkyty to
          oczywiście bombony (to także z niem. Bonbon). Natomiast rodzaje bombonów to
          nazwy oparte już na polskich podstawach. Najbardziej popularne były zawsze
          szkloki (czyli landrynki) – nazwa wywodzi się z ich szklanej czy szklistej
          przezroczystości. Za nimi w kolejce były kopalnioki, czyli ciemne cukierki
          anyżowe (podobne do węgla), a świetne były też kanoldy (czyli krówko- lub
          toffipodobne, ciągnące się cukierki). Do maszkytów zalicza się też lukrecyjo i
          torta (szczególnie istotna na géburtstagu).

          Tradycyjnie i świątecznie jest też podczas Wielkanocy. Wtedy prezenty –
          skromniejsze od wigilijnych, składające się właśnie z maszkytów – przynosi
          dzieciom Zajączek. W Śląskiej kucharce doskonałej (książce wydanej w Katowicach)
          można znaleźć taki opis Wielkanocy: „Po powrocie do domu stół był ubrany wedle
          zwyczaju białym obrusem, na którym paradnie ustawione były wszystkie świąteczne
          potrawy. Był tam pośrodku wieniec wielkanocny posypany makiem, koszyczek
          kroszonek20 ozdobiony bukszpanem, których liczba dochodziła nieraz do 100 sztuk,
          szynka gotowana, szynka surowa, boczek wędzony gotowany i inne wędliny domowego
          wyrobu w postaci kiełbas świeżych i podwędzanych, wątrobianki czyli leberki,
          parówki czyli oplerki. Był też chrzan, musztarda, masło, a ponadto
          charakterystyczna dla śląskiej kuchni potrawa zwana na Podbeskidziu murzynem, w
          opolskim szołdrem, a w okolicach Bytomia i Katowic szczodrem lub sodrem. Nazwa
          ta pochodzi od słowa szołdra lub szoldre, co w języku używanym w średniowiecznej
          Polsce oznaczało szynkę. Było to ciasto pieczone w formie niewielkiego chlebka
          nadziane kiełbasą i upieczone w piekarniku. Poza swą funkcją czysto konsumpcyjną
          murzyny spełniały również inną funkcję. Stanowiły one wraz z kroszonkami
          swoistego rodzaju rewanż za mokry dyngus, który w drugi dzień świąt urządzano ku
          uciesze wszystkich dziewcząt i dzieci.” Bo właśnie na stole wielkanocnym muszą
          być też różne maszkyty, a przede wszystkim ciasta. Wśród nich przeważają baby i
          babki oraz kołocze.

          Kołocz, ciasto pieczone na blasze, najbardziej jednak kojarzy się z inną
          uroczystością, mianowicie ze ślubem. Narzeczeni chodzą z kołoczem zapraszać
          gości na wesele, ale też powiadamiać o ślubie np. sąsiadów. Kołocz do tego celu
          musi być trojakiego rodzaju: z serem, z makiem i z posypką. Każdy odwiedzany
          dostaje po jednej kostce z każdego rodzaju, więc blach kołocza musi być tym
          więcej, im więcej ludzi do odwiedzenia.

          Tyle tu uwag na temat jedzenia, bo żadna impreza, żadne święta bez tego obyć się
          nie mogą. A na Śląsku siedzenie przy stole, jedzenie i picie musi być okraszone
          dowcipami. Jedzenie bez dowcipów to tak, jakby jedzenie bez soli i pieprzu. Ale
          i kultura śląska w dowcipach to bardzo ważny element. Dowcipy, czyli wice,
          należą do śląskiego folkloru i folklor śląski jest w wicach obecny. Jednym z
          najistotniejszych i najtrwalszych przejawów tego folkloru jest gwara. Gwara,
          która może być podstawową tkanką dowcipu, jego tworzywem i bohaterem. Takich
          dowcipów nie da się w prosty sposób przełożyć na język ogólnopolski. Przekład
          spowoduje utratę sensu, „smaczku” dowcipu. Dorota Simonides, badaczka folkloru
          śląskiego, we wstępie do swojego zbioru zatytułowanego Śląskie beranie, czyli
          humor Górnego Śl
          • 06.11.04, 10:26
            Tyle tu uwag na temat jedzenia, bo żadna impreza, żadne święta bez tego obyć się
            nie mogą. A na Śląsku siedzenie przy stole, jedzenie i picie musi być okraszone
            dowcipami. Jedzenie bez dowcipów to tak, jakby jedzenie bez soli i pieprzu. Ale
            i kultura śląska w dowcipach to bardzo ważny element. Dowcipy, czyli wice,
            należą do śląskiego folkloru i folklor śląski jest w wicach obecny. Jednym z
            najistotniejszych i najtrwalszych przejawów tego folkloru jest gwara. Gwara,
            która może być podstawową tkanką dowcipu, jego tworzywem i bohaterem. Takich
            dowcipów nie da się w prosty sposób przełożyć na język ogólnopolski. Przekład
            spowoduje utratę sensu, „smaczku” dowcipu. Dorota Simonides, badaczka folkloru
            śląskiego, we wstępie do swojego zbioru zatytułowanego Śląskie beranie, czyli
            humor Górnego Śląska cytuje różne mniej lub bardziej serio podane instrukcje
            opowiadania dowcipów. Jeden z cytowanych przez nią punktów brzmi: „Jeśli się nie
            zna danej gwary, nie należy opowiadać w niej dowcipów”. To naczelne hasło dla
            dowcipów językowych. Nie znając gwary, można zgubić całkiem sens dowcipu.

            Podam kilka rodzajów dowcipów językowych ze Śląska. Na początek takie, które
            wykorzystują cechy dialektu śląskiego. W dowcipach często elementem głównym jest
            gwarowa leksyka. Wśród śląskich słów – najczęstszych „bohaterów” wiców – prym
            wodzi słowo pieron. Wiele o nim napisano. D. Simonides przytacza anegdotę
            zaświadczającą fakt wielofunkcyjności tego słowa: może ono oznaczać
            przekleństwo, być wyzwiskiem, ale także pozytywnym określeniem kogoś lubianego,
            jest składnikiem wielu różnorakich frazeologizmów, jest podstawą dla wielu
            nowych form słowotwórczych (czasowników: pieronować, pieronić; przymiotników:
            pieronowy, pieroński; przysłówków: pierońsko; rzeczowników zdrobniałych:
            pieronek itp.). Ta właśnie wielofunkcyjność wykorzystana została w następującym
            dowcipie*:

            – Pieronie jasny, já już z tym pieronem dłużéj nié wytrzymóm – pado21 ráz Antek.

            – Ale Antek, dyć22 nié przeklinej tak brzydko – pado mu na to Francek.

            – Mász racja, niéch mie pieron trzaśnie, jak jeszcze ráz zaklna.

            Wieloznaczność niektórych słów często bywa źródłem dowcipu. W pierwszej części
            dowcipu pada dany wyraz w jednym znaczeniu, a w części drugiej zostaje użyty w
            innym. Dowcip staje się jeszcze śmieszniejszy, gdy jedno ze znaczeń mieści się w
            sferze intymnej. Tak na przykład wyraz zadek ma dwa znaczenia: 1. ‘tył’; 2.
            ‘tyłek’. Bez znajomości tych znaczeń dowcip nie jest zrozumiały. Ze względu na
            różne brzmienie leksykalnych odpowiedników słowa zadek w ogólnej polszczyźnie
            „przetłumaczyć” się go nie da, ogólnopolskich słów tył i tyłek nie można w takim
            kontekście użyć wymiennie (dowcip przytaczam za D. Simonides):

            Jechali my autobusem do Mikołowa. Ludzi było tak pełno, że ani
            knefla23 wsadzić24. Konduktorka miała biéda się przecisnąć, to tak ino25 przez
            ludzi te bilety sprzedawała. Jak już wszystkim sprzedała, tak zawołała:

            – A tam w zadku mácie bilety?

            – A czemu to zaráz w zadku, a nie w kabzie26 – odpedzioł27 jej jeden.

            W językowych wicach śląskich częste jest wykorzystanie homonimii, czyli
            identyczności brzmienia wyrazu gwarowego śląskiego z innym wyrazem nieśląskim, z
            innej odmiany językowej. Tak jest np. w dowcipie, w którym słowem kluczowym jest
            kara – raz w znaczeniu ogólnopolskim jako ‘środek represyjny za jakieś
            wykroczenie’, po drugie w znaczeniu gwarowym jako ‘taczki’:

            Górnik zobáczył kartka z napisem: ‘Jedzenie pod karą wzbronione’. A
            bardzo mu się chciało jeść, to wzion28 swoja kara, obrócił ją na wiyrch29 i
            usiádł se na niej.

            Homonimem dla wyrazu lub formy gwarowej może być również wyraz z innego języka.
            Takim dowcipem jest wic o Antku w Londynie:

            Antek stoi na ulicy w Londynie. Podchodzi do niego angielski policjant i
            pyto:

            – Polish?

            A na to Antek:

            – Nié, potém się zakurza30.

            W dowcipie została wykorzystana zbieżność brzmienia angielskiego przymiotnika
            polski wymawianego jako ‘połlisz’ z wymawianym po śląsku (á pochylone w gwarze
            wymawiane jest jako o) czasownikiem w 2. osobie liczby pojedynczej: palisz.

            Specyficzność śląskich wiców to także wykorzystanie tkwiących w gwarze Górnego
            Śląska germanizmów, które bardzo często przez mówiących nie są odbierane jako
            wyrazy o obcej proweniencji ze względu na swoje silne zakorzenienie w gwarze i
            przystosowanie do polskiego systemu fleksyjnego, fonetycznego, a nawet często
            słowotwórczego. Takim klasycznym już dowcipem jest dowcip z serii o Antku i Francku:

            Przyjecháł Antek z Niemiec i pado:

            – Fráncek, jakie tam są piékne sklepy, a w tych sklepach jest
            wszystko i wszystko takie piékne. Chciáł żech sie kupić taki piékny ancug31, ino
            żech nié wiedziáł, jak jest ancug po niémiecku.

            Ten dowcip zresztą jest dla śląskiego humoru dość reprezentatywny. Humor śląski
            bowiem w dużej mierze polega na umiejętności śmiania się Ślązaków z samych siebie.

            Język – gwara nie jest wszak jedynym folklorystycznym elementem pojawiającym się
            w dowcipach. Jakie dowcipy zawierają motywy charakterystyczne głównie dla
            Śląska, przede wszystkim dla Śląska, najczęstsze na Śląsku? Takimi dowcipami są
            wice o górnikach. Oczywiście znaleźć wśród nich można i takie, których śląskość
            polega w głównej mierze na wprowadzeniu śląskich realiów. Gdyby nie owe realia,
            mógłby to być dowcip o dowolnym robotniku w dowolnym innym regionie, np.:

            Sztajger32 pytá się Francka:

            – Jak długo byłeś w poprzednim zakładzie?

            – Pięć lát – odpowiadá Francek.

            – To bardzo dobrze. A czemuś stamtąd odszedł?

            – No, to przeca33 proste! Ogłosili amnestiá.

            Śląskość tego dowcipu polega na gwarowych odpowiedziach Francka oraz
            wprowadzeniu (nazwaniu) dwóch rozmówców typowych dla Śląska: sztajgra i
            charakterystycznego bohatera śląskich dowcipów Francka. Poza tym można ten
            dowcip opowiedzieć polszczyzną ogólną, sztajgra wymienić na kierownika, Francka
            na Franka i dowcip pozostanie równie śmieszny. Wśród górniczych wiców bywają
            jednak i takie, w których takiej zamiany dokonać się nie da. Są to dowcipy o
            wiele silniej osadzone w śląskich realiach:

            Pyto się Karlik Francika:

            – Ty, co to jest: chodzi po ścianie i ryczy?

            – Nie wiem!

            – No, sztajger!

            Dodatkowym elementem jest tu kopalniana ściana (czyli jeszcze inaczej pokład
            węglowy), ściana, której w innym zakładzie umieścić nie można.

            Specyficzne są na Śląsku dowcipy o małżeństwach, o górnikach i ich babach34.
            Zanika już powoli zresztą jeden z najbardziej charakterystycznych elementów tych
            dowcipów (uwidacznianych przed laty w rysunkowych dowcipach w „Dzienniku
            Zachodnim”wink: obrazek potężnej, mocno przy kości, z obfitym biustem baby i bardzo
            malutkiego, chudzieńkiego „chłopecka”. Wspaniałym pastiszem tego motywu była
            para głównych bohaterów z filmu „Zawrócony” w reżyserii Kazimierza Kutza.
            Zziajany i skatowany mąż wręcz ginął w obfitościach górnej połowy swej małżonki.
            Ale nawet już nie tak wielka, jest śląska baba potężna swą władzą i charakterem:

            – Panie sztajger od tydnia35 przestáłech pić i kurzyć!

            – Gratuluję, to musi pan mieć żelazną wolę!

            – Já nie, ale moja baba!

            Robotnemu36 chłopu („kierymu37 – na dodatek – zawsze się chce”wink i jego silnej
            babie przeciwstawiony jest głupi gorol38 (rodem z ogólnoświatowych dowcipów o
            głupich sąsiadach), których się traktuje gorzej niż cokolwiek innego:

            – Panie sztajger, na przodku39 sie zawaliło!

            – A byli tam jakie lud
            • 06.11.04, 10:28
              Robotnemu36 chłopu („kierymu37 – na dodatek – zawsze się chce”wink i jego silnej
              babie przeciwstawiony jest głupi gorol38 (rodem z ogólnoświatowych dowcipów o
              głupich sąsiadach), których się traktuje gorzej niż cokolwiek innego:

              – Panie sztajger, na przodku39 sie zawaliło!

              – A byli tam jakie ludzie?

              – Nié! ino tych dwóch goroli.

              Czy Ślązacy są okrutni? Nie, każda grupa ma swych sąsiadów, których głupotę
              można wykorzystać, by samemu wypaść lepiej. Takie dowcipy opowiadają Belgowie o
              Holendrach, Czesi o Polakach, Francuzi o Amerykanach itd. Czy są dowcipniejsi od
              „niektórych innych”? Pewnie tak, opowiadanie dowcipów mają we krwi, a gwara
              śląska naprawdę wyjątkowo się nadaje na tworzywo dowcipów.

              Wiele jest książkowych zbiorów dowcipów. Od zbiorku Józefa Lompy – pierwszego na
              Śląsku zbieracza folkloru, przez bardzo popularną książeczkę Stanisława Ligonia
              (wielekroć wznawianą) Bery i bojki śląskie, po najnowsze i najobszerniejsze
              zbiory Doroty Simonides Śląskie beranie, czyli humor Górnego Śląska, czy też jej
              opracowania, jak np. Bery to nie tylko gruszki, czyli rzecz o humorze śląskim. W
              książkach tych zebrane są dowcipy śląskie, opowiadane na Śląsku, przez Ślązaków
              i po śląsku. Coraz więcej też pojawia się opisów śląskich zwyczajów i obyczajów,
              słowników gwary śląskiej. Można więc wierzyć, że śląskość nie zaginie.

              Jolanta Tambor

              Przypisy

              1. czyli wtedy, kiedy ma się lat kilkanaście: 16, 17, 18...;
              2. wic – dowcip;
              3. ujek – wujek, stryj;
              4. pięćdziesięciolecie pożycia małżeńskiego;
              5. chachar – łobuz, rozrabiaka;
              6. gorzoła – wódka;
              7. Wilijo – Wigilia;
              8. wieczerza – uroczyście: kolacja;
              9. betlejka – szopka;
              10. Dzieciątko – popularna nazwa małego Jezusa;
              11. antryj – przedpokój;
              12. bifyj – kredens, stojący w pokoju lub kuchni mebel (w rodzaju szafy), w
              którym trzyma się przede wszystkim naczynia;
              13. szpyrka – słonina;
              14. wieczerzać – jeść kolację;
              15. śniodać – jeść śniadanie;
              16. maszkycić – jeść dobre rzeczy, przede wszystkim słodycze;
              17. wuszt – z niem. Wurst – kiełbasa;
              18. krupy – kasza;
              19. karminadel – kotlet mielony, siekany;
              20. od krasić – malować, zdobić;

              * W zapisach śląskich dowcipów znak á oznacza głoskę wymawianą jako [o], zaś
              znak é głoskę wymawianą jako [e] – przyp. red..

              21. padać – mówić;
              22. dyć – przecież, wszak;
              23. knefel – guzik;
              24. wsadzić – włożyć;
              25. ino – tylko;
              26. kabza – kieszeń;
              27. odpedzioł – odpowiedział;
              28. wzion – wziął;
              29. wiyrch – góra, wierzch;
              30. zakurzyć sie – zapalić papierosa;
              31. ancug – niem. der Anzug – garnitur;
              32. sztajger – sztygar;
              33. przeca – przecież;
              34. baba – żona, kobieta;
              35. tydnia – tygodnia;
              36. robotny – pracowity;
              37. kiery – który;
              38. gorol – ktoś z centralnej Polski, szerzej: nie-Ślązak;
              39. przodek – ściana w kopalni.

              Autorka jest adiunktem w Instytucie Języka Polskiego UŚ oraz wicedyrektorem
              Szkoły Języka i Kultury Polskiej. Ważniejsze publikacje: Język polskiej prozy
              fantastyczno-naukowej (Katowice 1989), Fonetyka i fonologia współczesnego języka
              polskiego (z Danutą Ostaszewską, Warszawa 2000).
    • 06.11.04, 16:56
      Szołdry

      0,5 kg mąki
      szklanka mleka
      2 dag drożdży
      łyżka cukru
      sól
      1 jajko
      łyżka oleju, lub roztopionej margaryny
      białko do posmarowania ciasta

      1/3 szklanki mleka lekko podgrzać, dodać drożdże, łyżkę cukru, rozetrzeć,
      zostawić w cieple.
      25 dag mąki wymieszać z zagotowaną resztą mleka, dokładnie wymieszać, żeby
      nie było suchych grudek, kiedy mąka przestygnie, dodać roztarte drożdże,
      wymieszać, oprószyć odrobiną mąki i zostawić do wyrośnięcia. Po 2 – 3
      godzinach ciasto najpierw wyrośnie, potem trochę sklęśnie, należy je wyrobić
      z resztą mąki, jajkiem i tłuszczem. Dobrze wyrobić, posmarować z wierzchu
      tłuszczem i odstawić do dalszego wyrastania.
      Rozwałkować na 1 cm, kroić kwadraty, układać na nich wędlinę (boczek, tłustą
      kiełbasę, wędzonkę), zakleić boki, odstawić do wyrośnięcia, posmarować
      białkiem, żeby lśniło i wstawić do pieca i piec, aż będą złote.
      • 06.11.04, 17:58
        U nas pełno jest przekleństw 'pierunowych'.
        'Pierun' to taki trochę łotrzyk ale w sumie dobry gościu-chwat.

        Czy u wos no Źlunzgu występuje określenie'pierun nagły'(nogły)?
        U nas to znaczy,że coś się niespodziewanie sknociło albo że ktoś jest wyjątkowo
        poderwany(lata zły jak szalony).
        • 06.11.04, 18:25
          znom to ale wiyncyj sie godo "jasny pieron", "pierona kandego", pieronski
          kopidole to znosz od Gustlika chyba!

          Proponuja Ci posznupac za pochodzyniym tego suowa - dosc ciekawe!
          • 06.11.04, 18:44
            No,rzeczywiście obiło mi się co nieco o uszy.
            'Pierun jasny' jest i u nas bardzo popularny.
            Także;'a niech to pierun jasny trzaśnie!'
            W ogóle 'ty pierunie jedyn' jest na porządku dziennym...

            Ciekawe czy gdzie indziej (oprócz Śląska i radomskiego) też tak jest?
    • 09.11.04, 10:38
      szołdra to jest wysrany przez nas laband.
      mówi ci co zdradziecka małpo:'ten to takie gówno nasrane?
      • 26.11.04, 21:46
        Sołdra z Frydmana
        Niewielki zakład masarski z Frydmana uzyskał ostatnio krajowe nagrody na
        konkursach rolniczych za tradycyjną szynkę z kością o lokalnej nazwie sołdra.
        Metodę produkcji tłumaczy właściciel zakłady Franciszek Organiściak: Cała tylna
        noga wieprzowa z kością, nawet i 7 – 8 kilogramów wagi, musi się peklować przez
        co najmniej trzy tygodnie. W sołdrach zostawia się warstwę tłuszczu, bo dzięki
        niemu mięso nie wysycha, nie wycieka z niego sok. Z dodatków stosuje się tylko
        czosnek, sól, pieprz. Wypeklowaną szynkę trzeba zawiesić, żeby woda ściekła, a
        mięso obeschło. Na koniec wyroby są wędzone przez trzy godziny w dymie w
        klasycznej wędzarni z paleniskiem na liściaste drzewo bez żywicy – buk, olchę,
        wiśnię, grab. Gotowa szynka, ale też boczek, kiełbasa, kabanosy muszą być
        trochę „skopciałe”, pachnące dymem. Przygotowanie sołdry wymaga sporej
        praktyki, niewprawnie wykonany produkt łatwo traci spoistość.




  • Powiadamiaj o nowych wpisach

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.