Laskowska ma krótkie nóżki, Edyta ma duże jajka. Natomiast Eulalija jest nie
powiem co, bo prawie całą imprezę stała w kuchni i nie czytała Mrożka.
Na spotkanie dotarłam ostatnia, ponieważ musiałam dojechać z Krakowa przy
użyciu: skody, ciężarówki, beemki, ciężarówki załadowanej pietruszką i
wreszcie cinquecento prowadzonego przez 82-latka. Wstąpiłam niepewnie na teren
posesji, znalazłam z boku jakieś drzwi i jęłam do nich dzwonić. Nul. A słyszę
przecież, że się na górze bawią i ktoś wyraża uwielbienie dla Renaty Przemyk.
Dzwonię, pukam, brak efektu. W końcu zadzwoniłam do gospodyni, która wyjaśniła
mi, że te drzwi to ściema i mam szukać następnych. Tak też uczyniłam. Na
wstępie udało mi się wziąć Sławka za Goposa i Krzyśka za Barona. Kiedy się z
nimi witałam, orale z rozpędu przywitała się z Krzyśkiem jeszcze raz.
Przeszłam do salonu, gdzie przy suto zastawionym stole siedziało Towarzystwo.
Lylika: „przepraszam, kto przyszedł?”. Ktoś nawet skomentował, że wyglądam
subtelnie. Usiadłam na honorowym skórzanym fotelu, dostałam wina i na wstępie
wrąbałam znakomitą sałatkę, bo przez ten autostop byłam głodna.
Obecni byli (skup się Pino) bbzyta, bumbecki, Ania, lylika, Stefanmaria,
Sławek, Edeka, kocio_pierzaczek, Szkorbut, Dzidka, Eulalija, Krzysiek, jottka
i orale, która nas zaprosiła na hawirę w willi swej. Jeśli kogoś pominęłam, to
przepraszam. Nie jest łatwo ogarnąć na raz tyle nowych twarzy. Rozmowy przy
stole (hihi) toczyły się dość składnie i porządnie, ze względu na apel o
uszanowanie zakłóceń selektywności słuchu. Za to w kuchni, gdzie jaraliśmy
szlugi, panowała raczej wolna amerykanka. Dosyć szybko rozpoczęłam ożywioną
dyskusję z Eulaliją. Do kuchni wszedł Sławek.
- Rozmawiamy o grzybach i nędzy polskiej edukacji – poinformowałam go.
- I nietoperzach – dodała Eulalija.
- A jaki to ma związek? – spytał, zaskoczony.
- Głęboki, naturalnie...
Przechodzę do dramatycznej kulminacji. Już wiemy, dlaczego nie należy się
gapić do lodówki. Otóż na sięgającą po piwo Eulaliję, skądinąd zasłużoną
pracownicę Instytutu Problemów Jądrowych, spadła jedna z największych
spotykanych na Ziemi komórek zwierzęcych. Inaczej mówiąc, stłukło się duże jajko.
- Dajcie więcej ręczników. Edyta, masz duże jajka!
W tym momencie rozmowa zwekslowała na koty, u których jakoby też występują
duże jajka. Wszyscy byli jednak poruszeni jajkiem spożywczym o właściwościach
obronnych. Takie niebezpieczne produkty to chyba jednak powinny być na smyczy,
albo chociaż ostrzegawcza tabliczka na drzwiach?
Potem rozpoczęło się losowanie i wyciąganie z wora. W roli Mikołaja wystąpiła
Kocio. Pierwsza losowała Jottka i po wygłoszeniu wierszyka o kotku dostała
butelkę (żel pod prysznic?). Później losowałam ja, dostałam za zadanie
zaśpiewać piosenkę. Śpiewać lubię, choć nie umiem, więc kein Problem: wybrałam
łagrową piosenkę po rosyjsku. Dostałam piękne serduszka do kąpieli (czerwone
naturalnie, choć jedno było żółte). Zdążyłam już o świcie przetestować, jako
że po alkoholu śpię dobrze, ale krótko. Następna była bbzyta. Skleroza nie
boli, ale chyba to ona dostała dupolot z dołączoną instrukcją obsługi, po czym
zademonstrowała nam ślizg po terakocie?
Bumbecki dostała butelkę cervezy, zaś Ania fikuśną obieraczkę do jabłek z
dołączonym jabłkiem. I teraz hit wieczoru: Krystyna (wyrecytowawszy najpierw
wiersz o żuczku) otrzymała przepiękne czerwone stringi z puchatą koronką a la
Święty Mikołaj. Jak stwierdziła obdarowana „to będzie przełomowe Boże
Narodzenie!”.
Stefanmaria otrzymał czerwony sztandar z sierpem i mołotem, który żona
troskliwie zawiązała mu na głowie. Wyglądał przecudnie. Ach, wcześniej wyłgał
się od popisów wokalno-tanecznych i zrobił samolot. Następnie Sławek zatańczył
przed komisją w osobie Kocia i dostał wygodną i poręczną szczotkę do mycia
pleców. Edeka... laboga, co dostałaś? Szkorbut opowiedział dowcip o
gestapowcu, a Kocio wręczyła mu czerwoną świecę, po czym on zrobił perwersyjną
minę i zasugerował przerwę na reklamy. Dzidka odśpiewała brawurowo, że miłość
jej wszystko wybaczy i dostała, hm... za dużo piłam piwa. Prezent Eulaliji był
tajemniczy. Po wstępie z wysoką kulturą („Mazowsze moje, płasko, daleko...”
zabrała się do odpakowywania, odsłaniając kolejne, przemyślnie dobrane warstwy
gazet. Wreszcie odkryła czerwony fartuszek, w którym wyglądała jak biedronka
bez ogonka. Nie zdjęła go przez resztę imprezy. Posypały się propozycje, że,
prawda, lylika w stringach, Stefanmaria w sztandarze, a Eulalija w fartuszku
będzie im gotować. Co dostał Krzysiek, tego moja świadomość zamroczona Tatrą
zarejestrować ponownie nie zdołała. Na koniec Kocio otrzymał biedronkę. Taką
do włosów. No.
Potem znowu przenieśliśmy się do kuchni. Toczyły się rozmowy o prawie jazdy i
technikach zdawania egzaminu (dzięki orale, dobry patent, ale ja nie mam
przezroczystej spódnicy), grymaśnych lektorach, topieniu się we wodach
rozmaitych, zamawianiu Apfelstrudla w Kolonii przy użyciu kurwywaszejmaci,
czemu mężczyźni nie wyznają wprost miłości, jak wzbudzić zachwyt i zazdrość
kreacją z lat trzydziestych i dlaczego mrozik jest lepszy od upału. Troszkę
wcześniej zmyła się Dzidka, potem lylika ze Stefanem, ja też się pożegnałam
przed końcem imprezy, żeby nie fatygować ojca. Ominęło mnie tym razem
pasowanie, jako że zabrakło Goposa i pani Starej Gropy (Ida, daj kopyrajt, to
potrzymam za Ciebie kciuki na piątkowym kolokwium. Nawiasem mówiąc, mojej
prababci też było Ida. Pozdrawiam), ale wszystko przede mną. Ciekawa jestem
tylko, jak ma zrobić szpagat osoba, której problemy sprawia zwykły skłon?! Bo
gluty to już zeżrę, choć salmiak jest paskudny.
Dosyć mam tego, koniec