dorzucę jeszcze swoje trzy grosze. Kulinarnie impreza osiągnęła
szczyty i będę musiała po niej przez tydzień tylko grapefruity chyba
jeść, bo na talię wpływ miała, oj miała. Eulalijska przyniosła
jajka. Ba, ale jakie to były jajka. Ja nie wiem gdzie takie kury
żyją, ale też chce je chodować. Zamiast żółtek miały wędzonego
łososia, na dodatek każda połóweczka figlarnie papryczką
udekorowana. Karpatka Jotki to wcale nie karpatka, ale alpejka. Góry
i doliny miała takie, że nawet Kukuczka nie dałby im rady. Ciasto
mandarynkowe w wykonaniu Lyliki to poezja i proza do kupy wzięte.
Wygląda skromnie, niby zwykły ciemny placek udekorowany
mandarynkami, ale smak... Cudownie wilgotne, ale puszyste zarazem.
Najpierw czuć słodkie, pachnące mandarynki, w zębach chrupnie
czasami kawałeczek migdała, a gdzieś na końcu pojawia się delikatna
smuga goryczy. Jednak przebojem imprezy okazał się chleb. Prawdziwy
chleb, z prawdziwej mąki, na prawdziwym zakwasie. Doskonałość. No i
jeszcze sałatka mistrza Sławka. Miska słusznych rozmiarów
wypełniona po brzegi sałatą, kurczakiem, pomidorkiem, cebulką,
ogórkiem......a wszystko to w genialnym sosie. Na stole były również
inne prodkty spożywcze, wszystko pierwsza klasa.
ps. specjalne pozdrowienia od mojego potomka dla ciotek:
Eulalijskiej (za jajka), Lyliki (pasty) oraz Bbzyty (kabanosy).