Było spotkanie z Guruą. W domku typu stary dworek, z jednej strony
las, z drugiej skarpa wysoka i gigantyczne glinianki. Trwały debaty
na temat nazwy dla domku, panie celowały w miksowaniu tytułów
seriali, Groha wymyśliła (wybacz, Groszko) "Mały domek na dobre i na
złe". Serwowano żurek z jajkami przepiórczymi w czerwonym
emaliowanym garnku. Selera naciowego. Fuj. śliwki suszone. Grzanki z
czerstwego razowca. Coś jeszcze białego. Płyny przeróżne. Baron był.
Odziany w bladoróżową koszulę, wełniane spodnie w pepitkę w kolorze
barszczu ukraińskiego oraz filcowe butki w odcieniu o ton
ciemniejszym. Stara Gropa siedziała na pieńku przed gankiem, już po
drugiej stronie leśnej drogi i nawoływała "hej, grzyby, grzyby,
przybywajcie do naszej siedziby". Któreś sztuki pływały po gliniance
łódką. Widok był jak z zapory we Włocławku, jak tam zlazły, nie
wiem, bo zbocza skarpy były z gliny. Niebieskawej. Więcej nie
pamiętam na razie, mnie się albo śni kompletny film akcji, lub
strumień świadomosci i to było to drugie. A, jeszcze ktoś malował
graffiti na ścianie zabudowań gospodarczych, z tyłu, przy schodach
do jakiejś kotłowni.
Boję się dziś kłaść...