(opis wzięty z mojego bloga, trochę skrócony)
Przyszła jesień, na Nowym Kleparzu pełno śliwek. Zaopatrzyłam się więc w wyżej
wzmiankowane frukta, dołożyłam jeszcze słoiczek miodu wielokwiatowego. Ponoć to
ten najgorszy, ale co za różnica.
Wracając nabyłam jeszcze w osiedlowym dwusetkę rumu i oczywiście stłukłam ją
przed wejściem, wytwarzając na klatce podejrzaną aurę.
Ten konkretny placek śliwkowy podobno przypłynął z Malty. Może joannici
szmuglowali go na tratwach...
Najsampierw trzeba utrzeć masło z cukrem na puszystą masę. W moim przypadku
wyszły z tego jakieś żółte oblepione kawałki. Nieważne. „Nigdy się nie cofać. To
element tej samej logiki”. No to siup dwa jajka w to.
Gdy już powstanie coś w rodzaju gęstego kremu, należy odstawić miskę i w jakimś
innym naczyniu wymieszać mąkę z cynamonem i proszkiem do pieczenia. Niektórzy
nie lubią cynamonu. Nic nie poradzę, placek śliwkowy jest jak życie i zawsze
trafi się w nim jakiś niepożądany element. Pakujemy zawartość do miski z
jajeczną pulpą, dla dystynkcji przesiewając przez sitko. Aha! Dolewamy rumu,
oczywiście nie tego, co wcześniej się stłukł.
Tortownica o wymiarach 24 cm... Jasne, już się rzucam z ekierką. Wybrałam
prostokątną formę o nieznanej średnicy i promieniu, nasmarowałam papierkiem po
maśle, wcisnęłam masę i wyłożyłam na niej śliwki.
Później, gdy już nastąpiła klęska, przyszła Margola, naprawiła mi nożem kontakt
który wypadł był, i powiedziała śliwki skórką do dołu, bo inaczej ciasto nie
urośnie. I to wszystko za cenę jednej kawy oraz tajemniczo zdematerializowanej
szczotki.
W tej samej misce, dla oszczędności przy zmywaniu i wybrania resztek ciasta,
następne dwa jajka się wbijają i stykają z miodem, skórka cytryny się ociera
(lubieżnie), a śmietana zalewa całość i zmięszana z nią jest. Chyba poleciałam
stylem starych książek kucharskich, gdzie kury, przeznaczone do gotowania, kładą
się zaraz po zarżnięciu w zimną wodę na godzinę, potem wyjmują się, otrząsają z
niej, trzymając za nogi kładą do gotującej się wody etc.
I to w zasadzie tyle. Podejrzanym śmietanowym produktem maskujemy śliwki,
włączamy nasz piekarnik na sto osiemdziesiąt schodków, z pietyzmem pakujemy weń
ciasto i udajemy się pieprzyć bzdury na blogach. Albo też popijać wermut z
kolegą P., czy cokolwiek nam przyjdzie do głowy.
Po trzydziestu minutach należy grzecznie zapukać we drzwiczki, zapytać placek o
samopoczucie i dla zachęty oraz animuszu posypać go słonecznikiem. A on się mile
puszy i nadyma. Tyle, że, cholera, nie mam zapałek ani wykałaczek, więc nie mogę
go sprawdzić na okoliczność. Czatuję pilnie na linii frontu...
Apdejt: już do mnie przybył, majestatyczny i doskonale wypieczony przedstawiciel
swojej maltańskiej odmiany. Delikatnie go oprószam cukrem pudrem.
Spożywać należy z herbatą w domowym zaciszu, a w piątkowe wieczory po pracy, w
kabarecie, przy wódeczce. W końcu dorośli już jesteśmy i śpiewamy cokolwiek
mniej głupie piosenki.