27.04.17, 14:35
Kochane.
Zgodnie z tytułem - prezencik ode mnie dla Was. No, wstępik do prezenciku.

To będzie szło duzo wolniej niż "Budowlani" (chyba, ze zostane przez Was uciszona, to w ogóle nie będzie szło smile ), ale postaram się, żeby szło w akceptowalnym tempie.
Trupa na razie nie ma.

"Suchy dok"
Wszystko wydarzyło się dlatego, że naspawałam się butaprenem. I nawet nie mam argumentu, ze przypadkiem albo niechcący – ponieważ zdarzenie nastąpiło z klasycznej, kodeksowej wręcz winy nieumyślnej, w tym wypadku z tak zwanego niedbalstwa, które, jak wiadomo, ma miejsce wtedy, kiedy sprawca nie przewiduje oczywistego skutku swoich działań, choć ewidentnie powinien. Ja tez nie przewidziałam, chociaż powinnam.
Kwiecień nastał bardzo piękny, słoneczny i wyżowy, ale jednocześnie zimny potwornie, temperatura rzadko przekraczała 5 stopni, w nocy spadając poniżej zera. Nikt się tego nie spodziewał, marzec wyglądał całkiem normalnie i wystawienie łodzi z hangaru odbyło się zgodnie z planem, zwolniliśmy miejsce następnym i zaczął się dramat.
Przy tych nieszczęsnych pięciu stopniach powyżej zera nic – ani poliuretanowe farby, ani żywice do laminowania, ani kleje i lakiery nie wiązały tak jak powinny. Na puszkach stało jak wół – używać w temperaturze 10-20 stopni - i legalistyczne materiały remontowe za nic nie chciały się dostosować do okoliczności przyrody. Pomysł, żeby przeczekać całą anomalię i zabrać się do pracy, kiedy zrobi się choć trochę cieplej, padł, ale został szybko odrzucony – nie było czasu na przeczekiwanie, bo na pierwszego maja mieliśmy zaplanowane wodowania, a na trzeciego hol Wisłą i inne atrakcje, wymyślone wspólnie przez władze miasta i hufca i nie było jak negocjować. Sam Najgłówniejszy Komandor uzgodnił z miastem, ze tegoż trzeciego popłyniemy Wisłą spowici w galę flagową, Anka dostawała drgawek na samą myśl, a ja zastanawiałam się, czy jeśli wstawimy do naszej Nadziei farelkę, to raczej spowodujemy pożar - czy raczej nie.
I tak przeczekaliśmy pierwszy tydzień najgorszego zimna, zajmując się szyciem żagli i wożeniem końcówek lin stalowych do zawalcowania. Potem Bogdan przyniósł prognozy Admiralicji dla Europy Środkowo-Wschodniej i uznaliśmy, ze skoro Admiralicja nie żywi nadziei na rychłe ocieplenie, to my też nie powinniśmy. W efekcie klejenie elementów dywanikowych, to jest wewnętrznych okładzin burt w mesie i podsufitki w dziobie oraz montaż drewnianych ramek, zasłaniających bardzo mało efektowne i nader agresywnie ostre wkręty w pleksie bulajów, nastąpiło w chwili, kiedy temperatura na zewnątrz wynosiła równo dwa stopnie na plusie, ręce grabiały, żeby szczękały, a żeby doprowadzić kleje i laminaty do konsystencji roboczej, trzeba było wepchnąć je sobie za dekolt.
Przyszłam do pracy przy łodzi w porze najstosowniejszej, po jedenastej wieczorem, bo wcześniej studiowałam, co zajmowało mi masę czasu i pracowałam zawodowo, co tego czasu zajmowało mi jeszcze więcej, ale przynosiło choć trochę środków na zakup na przykład wykładziny dywanowej na podsufitkę. Planowałam ją przyciąć i przykleić w dziobie. Przycięcie załatwiłam szybko, bo szablony Bogdan zrobił znakomite, poza tym do rozłożenia się z przycinaniem wykładziny można było użyć niewielkiego kawałka wolnej podłogi w hangarze, gdzie panowała luksusowa temperatura ośmiu stopni. Ale potem trzeba było ją przykleić.
Żeby ją przykleić, trzeba było rozwiązać dwa problemy. Po pierwsze, podnieść temperaturę wewnątrz łodzi do niezbędnych dziesięciu stopni, po drugie, sprawić, żeby ta temperatura utrzymała się przez co najmniej kluczowe dwie godziny, żeby klej załapał. Potem już sobie mogło być chłodniej, tempo, w jakim spoina planowała uzyskać pełną wytrzymałość było mi całkowicie obojętne, miała na to w końcu niemal trzy tygodnie i powinna zdążyć.
Problem pierwszy rozwiązałam przy użyciu luksusowego termowentylatora, wyniesionego z domu ojcu spod serca i nieco mniej luksusowego przedłużacza przemysłowego, który po zwinięciu kabla, jako całość ważył prawie 15 kilo i który osobiście przywiozłam z budowy. Przedłużacz rozwiązywał zresztą także kwestię oświetlenia – dopinałam kabel z oprawką i żarówką i miałam światło. Wprawdzie kabel ten nie był tak elegancki jak ten od przedłużacza i wtyczka słabo siedziała, ale zamierzałam umocować całość raz a dobrze i już jej nie ruszać, więc była szansa, że będę cos widzieć. Problem drugi – i tu właśnie nastąpiło kodeksowe niedbalstwo – zlikwidowałam wstrząsająco prosto i równie inteligentnie, starannie zamykając luk dziobowy i zejściówkę na rufie i w ten prosty sposób uszczelniłam się w środku jachtu razem z ciepłym powietrzem, podsufitką i butaprenem.
Po podpięciu do sieci wszystko zadziałało zgodnie z planem, żarówka świeciła, grzejnik dmuchał ciepłem, zaczekałam, aż termometr pokaże piętnaście stopni, wyłączyłam go, żeby mi nie podpalił rozgrzaną spiralą oparów kleju, sprawdziłam, czy mam gaśnicę w zasięgu ręki i zabrałam się do roboty.
Trochę nawet sobie pośpiewałam, skoro nikt mnie nie słyszał, mogłam sobie pozwalać. Kilka dni wcześniej udało mi się śmiertelnie zdziwić Zbyszka, który, podobnie jak ja, był pewien, że został na HOW-ie sam i który przechodząc obok burty naszej Nadziei został znienacka zaatakowany pieśnią rewolucyjną i dowiedział się, ze krew naszą długo leją katy. Jakoś przy tych klimatach zawsze najlepiej mi się pracowało rękami.
Po godzinie przestawiłam grzejnik pod samą zejściówkę i odpaliłam go ponownie, bo wprawdzie spowita w plandeki i zabezpieczona czym się tylko dało od zewnątrz łódź stygła niezbyt szybko, ale jednak stygła. Wyłączyłam go dopiero, kiedy czarowny smród kleju połączył się z podejrzanym aromatem tlącego się laminatu – ale wtedy w środku panowała już atmosfera jak w dobrze ogrzewanej kuchni podczas gotowania obiadu dla ośmiu osób. Zrobiłam się głodna, zastanowiłam się przez chwile, dlaczego niczego jadalnego ze sobą nie zabrałam, nie doszłam do żadnych wniosków i uznałam, ze w najgorszym razie zeksploruję szafkę stolarza Jurka, który suszył sobie w niej chleb dla królików. Potem całkiem zapomniałam o jedzeniu, bo cholerna podsufitka w jednym miejscu w ogóle nie dawał się utknąć pod listwą, musiałam tę listwę oderwać a potem na nowo przykleić, wszystko to w pozycji częściowo leżącej, w samym dziobie, gdzie straszliwie brakowało miejsca na wszystko, a najbardziej na moją prawą rękę.
Po jakichś trzech godzinach jednak skończyłam pracę i dopiero wtedy zorientowałam się, że chyba trochę dziwnie się czuję. Jacht nawet po zamknięciu go od środka nie był doskonale szczelny, ale wystarczająco, żeby klej zadziałał i na podsufitkę i na mój umysł.
Najpierw poczułam, że mi niedobrze. Potem, próbując opuścić wnętrze jachtu (nawet nie ze względu na pragnienie tlenu, bardziej na myśl, ze sama będę musiała sprzątać) zorientowałam się, ze kierunki jakoś się poprzestawiały i nie wiem, gdzie jest góra, potem nie umiałam odsunąć klapy w wejściu a potem, kiedy wreszcie wylazłam do kokpitu, prawie się zabiłam o kłąb kabla z przedłużacza, przy okazji wyrywając nogą wtyczkę od żarówki i z ulga witając chłodną ciemność. Jeszcze tylko walnęłam piszczelem o falochron i padłam na zimny i mokry laminat pokładu.

--
To co cię nie zabije, na pewno spróbuje drugi raz.
Edytor zaawansowany
  • berrin 27.04.17, 14:36
    c.d.

    Noc była piękna i bezksiężycowa, gwiazdy świeciły jak dzikie i z mojego punktu obserwacyjnego doskonale widziałam gwałtowny i niepowstrzymany obrót sfery niebieskiej, przy czym przysięgłabym, ze oś obrotu przechodzi przez moją głowę. Na dodatek raz tę głowę zadarłszy nie byłam w stanie zmienić jej położenia i leżałam tak sobie na wilgotnym pokładzie łapiąc oddech, ciesząc się, ze mam kompletnie pusty żołądek i gapiąc w te gwiazdy. Oczywiście, że już wiedziałam, co mi jest i świadomość własnej tępoty tym bardziej mnie ogłuszała, a jedyną pociechą była mi myśl, ze zrobiłam to wszystko bez świadków i że do rana zapewne zdążę wytrzeźwieć. Zastanawiało mnie tylko, czy będę miała kaca, co biorąc pod uwagę planowane zajęcia na Oczki mogłoby się okazać fatalne w skutkach.
    Cicho było zupełnie, odgłosy Wisłostrady nie przebijały się przez osłonę drzew, już delikatnie (i w zaistniałej sytuacji pogodowej chyba nadmiernie optymistycznie) ulistnionych, Wisła też milczała. W hangarze chyba od dawna nikogo nie było, już kiedy walczyłam z przedłużaczem, bosman Józio akurat zamykał szopę z osprzętem, co oznaczało, że wszyscy inni wyszli wcześniej. Józio próbował nawet zniechęcić mnie do pracy po nocy, nie lubił, kiedy na HOW-ie ktokolwiek zostawał bez jego osobistego nadzoru, ale ostatecznie byłam dorosła i machnął ręką. Teraz miałam cały plac roboczy dla siebie i gdyby nie było tak straszliwie zimno, pewnie wcale nie czułabym potrzeby zmiany pozycji.
    No ale było. Widziałam parę, buchającą mi z ust przy każdym oddechu i czułam się jak bardzo nietrzeźwa lokomotywa. Nade wszystko chciałam się ruszyć po kurtkę, która została w środku, ale osiągnęłam tylko tyle, ze świat zatańczył, a ja sama ledwo zdążyłam wychylić się za burtę i jeszcze raz podziękować sobie za niezjedzenie kolacji.
    No dobra, kurtka była mi niedostępna. Dałam sobie spokój i starając się nie poruszać głową spowiłam się w zwój dakronowej plandeki, zdecydowana byłam bowiem nie zamarznąć i udać się rano na zajęcia z medycyny sądowej. I nigdy, nigdy nikomu nie przyznać się do tego, ze na ochotnika kleiłam cokolwiek butaprenem w zamkniętym i kompletnie niewentylowanym pomieszczeniu o kubaturze ciasnego wucetu.
    Plandeka nie stanowiła może idealnej izolacji termicznej, ale była wielka i mogłam używać jej kłębów i warstw, co znacząco poprawiało jej funkcjonalność grzewczą. W każdym razie przestałam zamarzać, gwiazdy kręciły się wolniej, zaczęłam nawet czuć zapach czegoś innego niż aceton, klej i zwęglone trociny i uznałam, ze w zasadzie mogę sobie tak leżeć do rana. Temperatura powietrza była dodatnia, pogoda bezwietrzna, nie leżałam na ziemi, nie byłam pijana i naprawdę sypiałam już w zimniejszych miejscach. Zresztą powrót do domu, nawet, gdyby przyjąć, ze jestem do niego zdolna, wcale nie wydawał mi się zachęcający, zwłaszcza, kiedy wyobraziłam sobie siebie po butaprenie w nocnym autobusie. Umiałam dostać choroby morskiej w tramwaju stojącym na przystanku, już widzę moją jazdę bez trzymanki z Cypla Czerniakowskiego na Sielce…
    Jedyne, czego nie musiałabym się obawiać, to reakcja rodziców. Przywykli, że w kwietniu remonty międzysezonowe naszych łodzi wchodzą w fazę krytyczną a obie córki zaczynają wracać do domu całe w farbie, do tego robiąc wrażenie lekko zawianych. Moja kochana matka swego czasu na dość rozpaczliwe pytanie swej młodszej córki, zadane po tym, jak Milka spędziła dzień na myciu wnętrza bakist acetonem: „Mamo, czy ten żyrandol się huśta?” bujnęła lekko lampą w dużym pokoju i spokojnie odrzekła: „Huśta się, dziecko, huśta”. Czasami tez ojciec, który swoje w życiu wyszlifował i wylaminował, przyjeżdżał po którąś z nas i luksusowo odwoził do domu, nie robiąc nawet żadnych szczególnych uwag na temat brudzenia tapicerki rozmaitymi substancjami chemicznymi, a następnie obficie poił nas mlekiem. Ale dziś przed udaniem się na HOW sama im wszystkim powiedziałam, że pewnie tam zanocuję i wrócę dopiero jutro po zajęciach na uczelni, więc ojciec zapewne od dawna spał.
    Wykonałam ćwiczenie godne mistrza survivalu i popatrzyłam na zegarek. To znaczy zamknęłam jedno oko a drugie przemocą zmusiłam do akomodacji i zdołałam ustalić, że dochodzi trzecia. No to ok., zimniej już nie będzie. Przyrzuciłam drugim końcem plandeki zejście do wnętrza jachtu, żeby zachować w środku jakiekolwiek ślady ciepła i ułożywszy się wygodnie, bardzo w gruncie rzeczy zadowolona i z gwiazd, i z nocy, i z podsufitki, postanowiłam zignorować nieustające mdłości i szaleństwa ekliptyki i chyba zapadłam w drzemkę.
    Z błogiego niebytu wyrwało mnie coś, czego oczywiście nie umiałam na początku sprecyzować. Uznałam, ze jakieś ptaszę się rozdarło i poczułam, ze kompletnie zdrętwiałam w partiach odwłoka. Chciałam się ruszyć, ale zwoje i kłęby dakronu jakoś mnie pętały i zanim cokolwiek zrobiłam, odgłos się powtórzył.
    Minęła chwila, zanim złapałam oddech i sama siebie sklęłam w myślach za nadmiar wyobraźni. Nic specjalnego, naprawdę. O bladym świcie każdy dźwięk rozlega się ogłuszająco i strasznie. To był po prostu chrzęst butów na żwirze, dodatkowo brzmiący tak, jakby ktoś próbował zleźć ze stromej skarpy i nie wyhamował na pochyłości. Potem szybki oddech i kroki, ktoś biegł wzdłuż szeregu łodzi, minął moją Nadzieję, chyba się potknął, bo usłyszałam trzask, odgłos upadku i zduszone przekleństwo, poderwał i pobiegł dalej, już szybciej, bo przy topolach żwir się kończył, a zaczynał asfalt. Kiedy minął Wolną Sobotę, pojawił się na moment w moim polu widzenia, zdążyłam dostrzec wysoką, szczupłą sylwetkę na tle szarej ściany hangaru, zrobił jeszcze dwa kroki i zniknął za kontenerem za śmieci. Wyglądał trzeźwo i chyba dość porządnie, ale nie byłam pewna nawet jego płci. No dobra, po tym seansie klejowym nie byłam jeszcze pewna nawet własnej…
    Zaczekałam, ale nic się nie działo. Wylazłam spod błękitnych zwojów dakronu, sprawdziłam, jak się mają moje błędniki, skrzywiłam się, bo małostkowo nie umiały mi wybaczyć, spojrzałam na zegarek, zdziwiłam się, ze tak doskonale odświeżyły mnie ledwo dwie godziny snu. Potem przemogłam się i zajrzałam kontrolnie do środka jachtu sprawdzić, jak ma się podsufitka.
    Miała się znakomicie. Ucieszyłam się niezmiernie, gdyż po nocnych przeżyciach byłam zdecydowana nie powtarzać eksperymentu z hermetyzacją wnętrza. Niestety, silny aromat kleju trwał w powietrzu i nie zrobił mi najlepiej, uznałam zatem, że czas się przejść.
    Bez dakronu było mi trochę zimno. Proste to nie było, ale zdołałam jakoś sięgnąć po kurtkę, silnie woniejącą całą używana przez mnie w nocy chemią. Następnie, jednak lekko się chwiejąc, wykonałam mnóstwo czynności.
    Dolazłam do hangaru, otworzyłam sobie część socjalną i odpaliłam bojler, ponieważ bez prysznica nie odważyłabym się ludziom podetknąć pod nos, nawet, jeśli aromaty Oczki 1 i tak z pewnością z marszu wygrałyby z moim. Poszłam poskładać plandekę. Nawinęłam na bęben kabel przedłużacza, przy okazji znajdując miejsce upadku porannego gościa i przyczynę tegoż upadku – gruby, przemysłowy przewód był słabo widoczny na szarym żwirze, za to jego leżące jedna na drugiej pętle stanowiły znakomitą pułapkę. Zawadził nogą i pojechał po tym żwirku spory kawałek, musiał chyba biec dość szybko, bo ślady potknięcia i upadku ciągnęły się od dziobu Nadziei przez Polimala do Amadeusza – dobre cztery metry. Zapakowałam cała chemię przemysłową do pojemnika i zwalczyłam opór jego drucianych zaczepów. Zamknęłam Nadzieję. Zaniosłam najpierw ciężki jak piorun przedłużacz, a potem grzejnik i skrzynkę do naszej szafki i starannie je zamknęłam, umiałam sobie bowiem wyobrazić, co zrobi Jurek, jeśli zagubię przedłużacz oraz co zrobi mój ojciec, jeśli utracę termowentylator.
    --
    To co cię nie zabije, na pewno spróbuje drugi raz.
  • eulalija 27.04.17, 15:39
    Berrin, żebyś źle nie zrozumiała.
    Zostawię sobie na jutro do porannej kawy.
    Och jaka będzie pyszna w towarzystwie lektury!

    --
    Szajka bez końca
  • berrin 27.04.17, 16:13
    Znaczy, ppwinnam wrzucać z rana?

    --
    To co cię nie zabije, na pewno spróbuje drugi raz.
  • gat45 27.04.17, 16:15
    Nieeeeeeeeeeee !
    Bo ja sobie zostawiam na wieczór, jak już poupycham po numerach hotelowych czterech niesfornych facetów.
  • berrin 27.04.17, 16:19
    No to nie wiem jak Wam dogodzić...

    --
    To co cię nie zabije, na pewno spróbuje drugi raz.
  • se_nka0 27.04.17, 16:27
    Nie dogadzaj - pisz, pisz kiedy Ci pasuje.
    A my będziemy czytać kiedy której pasuje smile

    --
    ,,Przy małym to się pewnie pani młodo czuje...,,
  • asia.sthm 27.04.17, 16:41
    Tak tak, nami sie nie przejmuj - my sie tu jakos, kazda w swoim czasie ukokosimy na chwile cudnej rozrywki.
    Ja wlasnie przysiadam na dluzej. Alez mi dobrze!

    --
    Stop! Latać tylko prawą stroną
  • ewa9717 27.04.17, 16:44
    W samo południe, kochaniutka wink
    Rondle Odwłok

    --
    mygorszysort.pl/idioci-na-ministrow-skoczylas
  • asia.sthm 27.04.17, 17:14
    Acha, i znowu na bezdechu udalo mi sie pobic rekord.
    To jest powiesc sensacja, dreszczowiec jak jasna cholera. Skoro juz wiem, to sie przy nastepnym odcinku nie udusze.

    Berrin, ty cala jestes naszym najlepszym prezencikiem. jak slowo honoru.

    --
    po prostu, prosto z mostu...
  • minerwamcg 27.04.17, 19:32
    Mniam, mniam, literaturka palce lizać.

    --
    Nawet na północy Grenlandii słońce kiedyś wschodzi. I należy to koniecznie wziąć pod uwagę.
  • balamuk 27.04.17, 20:37
    Niesamowite, wraca człowiek od dentysty (z KGP po drodze), a tu przyjemność! Żeby nie było, gdybym wracała z masażu odmładzająco-erotycznego, przyjemność byłaby taka sama. wink
    To od razu zaczęłam sobie sklejać.
    Godzina nie stanowi, proszę więcej, zwłaszcza że tematyka dodatkowo mi dobrze robi.
    Berrin, wielka buźka. smile
  • berrin 28.04.17, 07:49
    Bałamuku. Jakże się ciesze, że jestem przeciwwagą dla dentysty. Moja przydatnośc jest mi miłą.

    --
    To co cię nie zabije, na pewno spróbuje drugi raz.
  • eulalija 28.04.17, 09:31
    Mimo fatalnej pogody i ciemności, dzień zaczął się przepięknie.
    Nietrzeźwa lokomotywa mnie rozczuliła.
    Berrin piszesz bardzo ładnie baaardzoooo długie zdania.

    --
    Szajka bez końca
  • berrin 28.04.17, 09:33
    Wiem. Tępię to w sobie, ale nawyk prawniczego bełkotu jest zbyt silny. smile
    Dobry redaktor by je pociachał.

    --
    To co cię nie zabije, na pewno spróbuje drugi raz.
  • asia.sthm 28.04.17, 09:33
    Jak tu dobrze wpasc do tego watka, rozejrzec sie, pousmiechac....od razu fajniej, od razu lepsze zycie.

    --
    po prostu, prosto z mostu...
  • berrin 28.04.17, 09:43
    cześć, Asiu smile
    życzenia dla synowej smile

    --
    To co cię nie zabije, na pewno spróbuje drugi raz.
  • asia.sthm 28.04.17, 09:55
    Dzieki, przekaze. Ona taka sama wariatka jak ty - jak juz cos butaprenem w szczelnym, to na czczo.

    --
    http://www.hades.lukow.pl/images/frontend/szlaczek.gif
  • berrin 28.04.17, 10:02
    No to akurat jest w pełni uzasadnione. Pewne rzeczy lepiej robić na pusty żołądek. Laminować, kleić butaprenikiem, uczestniczyć w sekcjach prokuratorskich... smile

    --
    To co cię nie zabije, na pewno spróbuje drugi raz.
  • asia.sthm 28.04.17, 10:08
    Alez oczywiscie, to jest wiedza nabyta szostym zmyslem, wcale po to do szkoly nie trzeba chodzic. Nie wszyscy potrafia samodzielnie do takich wnioskow dojsc.

    --
    Stop! Latać tylko prawą stroną
  • berrin 28.04.17, 10:21
    (ponuro) W szkole tego nie uczą.

    --
    To co cię nie zabije, na pewno spróbuje drugi raz.
  • asia.sthm 28.04.17, 10:49
    No wlasnie to mialam na mysli, tylko glupio jakos mi wyszlo.
    Tak czy siak, szkola nie do wszystkiego sie przydaje.

    --
    http://www.hades.lukow.pl/images/frontend/szlaczek.gif
  • berrin 28.04.17, 12:01
    Dalszy nieduży ciąg prezencika smile

    Nie wyglądało na to, żeby tego biegacza ktoś gonił, po jego zniknięciu zapanowała cisza, mącona tylko przez mnie odgłosami porannej ciężkiej pracy. Słońce lada moment miało wyleźć nad horyzont i zaciekawiło mnie, jak o tej porze wygląda Wisła. Obmacawszy bojler i uznawszy, ze mam przynajmniej pół godziny, zanim drań cokolwiek zrobi z tą wodą, wylazłam sobie zatem na wał przeciwpowodziowy, przeszłam przez drogę na jego szczycie i podeszłam do betonowych schodów po jego drugiej stronie, żeby zrobić sobie przyjemność i popatrzeć na rzekę. Mdłości powoli mi przechodziły, zawroty głowy uprzejmie się nie nasilały, planowałam, ze sobie usiądę na niskim stopniu i odpocznę, wiatru prawie nie ma, za to jest masa mew i jakieś kaczki, sama radość o poranku.
    Radość o poranku przejawiła mi się zanikiem instynktu samozachowawczego. Co mi przyszło do łba, żeby złazić po tych cholernych, półmetrowych stopniach w ledwie różowiejącym poranku, który zapewniał raczej widoki niż solidne oświetlenie, w stanie, w którym świat mi tańczył, a ocena odległości poszła sobie, nie chcąc mieć ze mną nic wspólnego, nie mam pojęcia i nie jestem pewna, czy łeb w ogóle miał w tym jakiś udział, chciałam popatrzeć na rzekę z bliska i chyba nic nie myślałam. Oczywiście już drugi stopień był nie tam, gdzie go widziałam, tylko kawałek niżej, noga poleciała mi w dół, miotnęłam się do tyłu, żeby zdemolować sobie raczej odwłok, niż twarz, dałam dubla kością ogonową o beton, zjechałam dwa kolejne stopnie w dół i chwała bogini zatrzymały mnie krzaki, rosnące sobie radośnie w pęknięciu schodów nad samą wodą.
    Nie tylko mnie zatrzymały.
    W cieniu ostatniego stopnia, zaplatany w niesionych przez rzekę śmieciach i baźdolach, ktoś leżał. Leżał twarzą do ziemi, wyglądał tak, jakby się stoczył z tych cholernych stopni, upadł i tak został. Zanim oceniłam sytuację, idiotyczne dobre wychowanie wypchnęło mi na usta: „Bardzo pana przepraszam”, ale facet nie zareagował. Prawdę mówiąc, gdyby to jednak zrobił, należałoby chyba uciekać z krzykiem nie bacząc na ból w odwłoku. No chyba, ze ja histeryzuję, a facet się upił i odsypia…
    Przemogłam się jednak i go pomacałam. Tak, jak mnie uczyli. Jasne, tylko lekarz jest kompetentny do stwierdzenia zgonu, a osoba postronna powinna przyjąć, że denat nie jest denatem i go reanimować. Tylko że nie ma mowy, żeby ktoś, kto w zasadzie nie ma całej potylicy, zamiast niej strasząc bliźnich krwawą miazgą, był zdolny choćby do samodzielnego oddychania. Z nieprzyjemnego bliska widać też, że facet jest starszy, porządnie ubrany i raczej ubrudzony niż brudny. I, co za ulga, z pewnością nie jest to nikt znajomy, co na początku oględzin nie było wcale takie oczywiste. No niech będzie… Tętna brak… oddechu brak… zimny jest, co w kontekście kwietniowych temperatur nie powinno zadziwiać…
    Znajdując się tak blisko jak w tej chwili widziałam też liczne drobne szczegóły, które sugerowały, by teraz wycofać się stąd powoli i bardzo ostrożnie, żeby nie dokładać już w okolicy własnych śladów. Ekipa dochodzeniowa i tak będzie mi miała za złe i na pewno zada mi masę pytań…
    Ekipę dochodzeniową należało jednakowoż zawiadomić, jasnowidzami oni nie są. Telefon znajdował się w „Horyzontach”, ale „Horyzonty” były zamknięte przynajmniej do ósmej rano. Rozejrzałam się po okolicy, zadumałam przez chwilę nad pomysłem, żeby odpalić czerwone rakiety z naszych pirotechnicznych zapasów, w końcu to kanoniczny sposób wzywania pomocy na wodzie, a niemal na wodzie się znajdujemy…
    A potem stanowczym krokiem, przysięgając sobie po raz dwieście siedemdziesiąty szósty, ze odbiorę siostrze mój rower, udałam się do pobliskiej siedziby straży miejskiej.

    --
    To co cię nie zabije, na pewno spróbuje drugi raz.
  • asia.sthm 28.04.17, 12:40
    No i nieboszczyk sam sie znalazl, nawet nie musialas dlugo szukac.
    Zatarlam rączki jak z podrecznika zacierania rączek. Oczywiscie tylko w przenosni, bo kciuki akurat trzymam.


    --
    http://www.domek-zegary.pl/images/szlaczek.gif
  • balamuk 28.04.17, 13:17
    Hiii, nieboszczyk nas cieszy, hieny cmentarne jedne. wink
  • berrin 28.04.17, 13:25
    No cóż. Trup jednakowoż musi być. Bez trupa ani ruś...
    Jakiś C.d. zapewne w przyszłem tygodniu dopiero.

    --
    To co cię nie zabije, na pewno spróbuje drugi raz.
  • berrin 02.05.17, 11:47
    Troszeczka na dziś

    - Pani Janina Strzelczyk. – przedstawiciel służb śledczych patrzył na mnie z lekkim obrzydzeniem, a ja zastanawiałam się, czy chodzi o mój ponocny wygląd – bo oczywiście nie było mi dane zażyć kąpieli i byłam brudna, posklejana i woniejąca całą remontową chemią HOWu, czy też o urozmaicenie, jakie mu zafundowano bladym świtem, ponieważ cholera, znalazłam te zwłoki. Zapewne dodatkowo zastanawiał się, czy mnie podejrzewać i ewentualnie o co. – Mogę zobaczyć dokumenty pani?
    Nasza rozmowa odbywała się w socjalnej części hangaru remontowego, bo do niej miałam klucze. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie przy blacie roboczym stolarza Jurka, jako obrusy mając stare, wytarte gumkami prawie do białości bałtyckie mapy nawigacyjne polskich portów otwartego morza, przy czym na samym wierzchu leżała mapa toru podejściowego na Wolin, z zaznaczonym wielką czarną krechą obszarem wód uznawanych za terytorialne w czasach byłego NRD i z wielkim, rozmazanym przez próbę starcia go gumką napisem „Achtung, banditen”. Funkcjonariusz bardzo się starał nie patrzeć na ten blat.
    Ja też się starałam, bo jakkolwiek butapren ze mnie w większości wyparował, to – zapewne skutkiem ubocznym nocy i poranka – ciągle miałam ochotę głupio chichotać, co raczej nie byłoby oczekiwaną przez dowolne władze reakcją na ich pytania.
    - Obawiam się, że z dokumentów, to mam przy sobie indeks. - odrzekłam powoli – Legitymację utopiłam i czekam na wyrobienie nowej, a dowód mam w domu, nie brałam go ze sobą. Ale w indeksie jest zdjęcie, więc jak pan chce.
    Obrzydzenie w jego spojrzeniu wydatnie wzrosło, ale stwierdził, że chce. Sięgnęłam do plecaka, który w międzyczasie udało mi się wydobyć z wnętrza Nadziei, przegrzebałam się przez suwmiarkę, dwa śrubokręty, kłąb podartych koszulek ojca, które przyniosłam wczoraj na szmaty do czyszczenia pędzli, zirytowana trudnościami wywaliłam to wszystko na blat, dokładając na wierzch butelkę benzyny lakowej, a potem z samego spodu torby wywlekłam segregator we wzorki rybich szkieletów, a z niego indeks.
    - Proszę.
    Zajął się studiowaniem dokumentu, jakby nic ciekawszego na świecie nie istniało, przeglądał go kartka po kartce, choć moje personalia i zdjęcie widniały na wewnętrznej stronie okładki i wcale nie musiał ich szukać. Dojechał do wpisów z ostatniego semestru, przyjrzał się czemuś z pewnym zaskoczeniem i oddał mi indeks.
    - Proszę opowiedzieć, co się wydarzyło. To pani znalazła ciało?
    - Ja. To znaczy może wcześniej znalazł je kto inny, ale zdaje się, ze faktycznie ja pierwsza się do tego oficjalnie przyznałam.
    - Która to była godzina?
    - Piąta czterdzieści coś. Dwie albo trzy.
    - Skąd tak dokładnie pani wie?
    - Popatrzyłam na zagadek wychodząc na wał, bo chciałam sprawdzić, ile mam do wschodu słońca i wtedy była piąta czterdzieści, a na nieboszczyka zleciałam niedużą chwile później.
    Otworzył usta, żeby o coś zapytać, zamknął je, pomyślał chwilę i zapytał chyba o coś innego.
    - Co pani tu robiła o takiej porze?
    Jasne, to pytanie musiało paść. Ostatecznie spacery brzegiem Wisły przed wschodem słońca są dość mało popularne, zwłaszcza tutaj i zwłaszcza od kiedy mostek nad kanałkiem uznano za grożący zawaleniem i zamknięto go dla samochodów. Ewentualni spacerowicze nie mieli jak dojechać. Owszem, często z rana spotykaliśmy psiarzy, ale oni przychodzili raczej już za dnia. Łażenie po wale po ciemku groziło śmiercią lub kalectwem, nie był oświetlony, za to droga obfitowała w utrudnienia w postaci krzywo ułożonych płyt betonowych, gruzu i gałęzi z wycinki nadbrzeżnych krzaków, zwalonych w malownicze kupy i nie usuniętych od połowy lutego.
    Przez moment miałam ochotę zawiadomić go, ze planowałam odprawić druidzko-zreformowane rytuały ku czci wschodzącego słońca, ale zrezygnowałam. Wskazałam za to na stojącą na blacie butelkę z rozcieńczalnikiem i towarzyszące jej utensylia.
    - W zasadzie to już wszystko powiedziałam pana kolegom z radiowozu. Przyszłam na noc popracować przy łodziach. Popracowałam. Wstałam około piątej rano…
    - Pani tu spała?
    - Tak jakby. Musiałam odpocząć po pracy, położyłam się około trzeciej…
    - Gdzie?
    - Na Nadziei. No, na naszym jachcie, tym żółtym, stoi trzeci od rzeki, ten pod niebieską plandeką.
    - W środku? – bardziej stwierdził, niż zapytał.
    - Nie, w kokpicie. Na rufie. – jego wyraz twarzy mi się nie spodobał. – No, z tyłu, na tych ławeczkach.
    - Nie jest na to za zimno?
    - Nie wiem… – zastanowiłam się, jak wyjaśnić przyczyny, dla jakich tak dobrze mi się leżało na pokładzie w temperaturze dwu stopni powyżej zera zamiast w pomieszczeniach socjalnych hangaru, gdzie posiadaliśmy nawet dwie stare kanapy z odzysku i pospiesznie doszłam do wniosku, że tego akurat wyjaśniać nie powinnam, choć samo w sobie posiadanie i używanie butaprenu nielegalne nie jest. - Pewnie jak komu. Nie chciałam zostawiać Nadziei otwartej i niezabezpieczonej.
    - Ta łódź ma kabinę, prawda?
    - Ma.
    - To dlaczego nie położyła się pani wewnątrz?
    - Bo w środku śmierdziało chemią remontową, przecież panu mówiłam, ze przyszłam popracować…
    Patrzył na mnie z takim natężeniem, że zaczęłam się zastanawiać, czy czasem nie zostałam właśnie pierwszą podejrzaną o zepchnięcie tego faceta do Wisły. Było wyraźnie widać, ze ten cały mój pobyt nocą na HOW-ie kompletnie się policji nie spodobał, nikt nie mógł potwierdzić, gdzie konkretnie byłam i co właściwie robiłam, a na dodatek to ja znalazłam zwłoki…
    - Słyszała pani coś w nocy?
    Zastanowiłam się.
    - Zależy kiedy. Od północy do tej trzeciej nie było szans, mogliby nas ostrzeliwać, a ja bym nie wiedziała, siedziałam zamknięta w środku w łodzi i śpiewałam…
    - Proszę?
    - Śpiewałam. No nic nie poradzę. Pracowałam z pieśnią na ustach, a kiedy zamilkłam, to akurat i tak leżałam głęboko w dziobie z głową w skrajniku i niczego nie mogłam słyszeć. – nie dodałam, jak niewielka była szansa, ze cokolwiek usłyszę w oparach butaprenu. - Potem wylazłam na zewnątrz i wtedy to już było zupełnie cicho… Aż do piątej. – mówiąc to, jednocześnie pomyślałam, że w tej sytuacji jako świadek jestem kompletnie wybrakowana, bo o piątej ten nieboszczyk był już nieżywy przynajmniej do dwu-trzech godzin. No, chyba że zaczął stygnąc jeszcze za życia.



    --
    To co cię nie zabije, na pewno spróbuje drugi raz.
  • balamuk 02.05.17, 12:09
    Bardzo apetyczna troszeczka. smile
  • minerwamcg 02.05.17, 14:58
    Kurczę, zmieniam się w gula. Bardzo smakowity trup, mniam, mniam.

    --
    Nawet na północy Grenlandii słońce kiedyś wschodzi. I należy to koniecznie wziąć pod uwagę.
  • asia.sthm 03.05.17, 09:24
    To jest to!!!
    Cudo!!!

    --
    http://s4.tinypic.com/2z40pdi_th.jpg
  • dorka_31 05.05.17, 13:37
    No proszę, jakiś czas nie zaglądałam, a tu taka niespodzianka! smile
    Od razu uprzedzam, że zapisuje i zachowuję, razem z innymi dziełami, które na tym forum zostały popełnione smile
  • franula 08.05.17, 00:12
    Ejze a gdzie ciąg dalszy?
    Kania dżdżu!
  • berrin 08.05.17, 08:46
    Ty jeszcze narzekasz na brak dżdżu??? wink

    Ja uprzedzała. Będzie powolniej niz "Budowlani" i nic nie poradzę - bo praca zawodowa sie na mnie rzuciła i rodzina takoż.
    Ciąg dalszy sie robi, naprawdę smile

    --
    To co cię nie zabije, na pewno spróbuje drugi raz.
  • franula 08.05.17, 09:33
    ten dżdż /dżydż metaforyczny jest

    nałożę zbroję cierpliwości
  • berrin 09.05.17, 12:08
    - Śpiewałam. No nic nie poradzę. Pracowałam z pieśnią na ustach, a kiedy zamilkłam, to akurat i tak leżałam głęboko w dziobie z głową w skrajniku i niczego nie mogłam słyszeć. – nie dodałam, jak niewielka była szansa, ze cokolwiek usłyszę w oparach butaprenu. - Potem wylazłam na zewnątrz i wtedy to już było zupełnie cicho… Aż do piątej. – mówiąc to, jednocześnie pomyślałam, że w tej sytuacji jako świadek jestem kompletnie wybrakowana, bo o piątej ten nieboszczyk był już nieżywy przynajmniej do dwu-trzech godzin. No, chyba że zaczął stygnąc jeszcze za życia. – O piątej…
    - Interesuje mnie raczej czas od trzeciej.
    - Nic z tego, bardzo mi przykro…
    Pomaglował mnie jeszcze chwilę, wciąż wracając do nieszczęsnej trzeciej rano i ewidentnie nie mogąc pojąc, jakim cudem w absolutnej ciszy nocy mogły mi umknąć odgłosy mordu. Ponieważ postanowiłam nie nawiązywać do tematu butaprenu, chyba nie został usatysfakcjonowany, ale na to jakoś nie bardzo mogłam cokolwiek poradzić.

    Na jakiś czas dali mi spokój, o ile spokojem można nazwać upapranie mnie tuszem do zbierania odcisków. Bogini raczy wiedzieć, co spodziewali się w ten sposób osiągnąć, już sobie wyobrażałam zdejmowanie odcisków z nieboszczyka albo z pokruszonego betonu nad rzeką. Teraz próbowałam to z siebie zmyć pastą BHP – ciepła woda na szczęście leciała w obfitości zarówno z kranu, jak i z uszczelek, bo bojler się wreszcie nagrzał – i wcale nie podsłuchiwałam, bo nie było potrzeby przy tak ażurowych ścianach, jak maglują po kolei innych obecnych na HOWie. Wprawdzie głos policjanta tak znakomicie zgrywał się barwą z odgłosami transformatora, że ewentualnie można było zgadnąć, ze teraz on mówi w zasadzie wyłącznie dlatego, że wypytywany akurat milczał, ale za to głosy jego rozmówców już takiej właściwości nie posiadały.
    Na pierwszy ogień poszedł bosman Rysio, który niczego złego nie podejrzewając, jak zwykle punktualnie przyszedł otworzyć hangar i wpadł w sam środek akcji śledczej, co wyraźnie wziął do siebie i miał za złe.
    - Wyszedłem jak zawsze o dziewiątej. – mówił teraz powoli i z namysłem, wcale nie ukrywając niechęci, bo do służb mundurowych miał od zawsze duży dystans. – Widziałem, ze pani Janka została, nikt więcej chyba, ja w każdym razie nie widziałem. Miała pracować przy Nadziei, kleić cos chyba, przez tę pogodę wszystko wolniej idzie… i nic więcej nie wiem, w domu byłem, spałem. Harcerze tu często na noc zostają, spokojnie mogą popracować i żaden pan z boku nie przybiegnie ze skargą, ze on tu w tenisa gra, a oni śmierdzą. Żadnego nieboszczyka nie pójdę oglądać, ja mam słabe serce…
    O cokolwiek zapytał rozmawiający z nim policjant, nie przebiło się przez buczenie transformatora.
    - No z boku kort nam postawili. – odpowiedział mu Rysio z urazą. – Nowy właściciel się rozbudował. Przychodzą teraz, ze im wszystko przeszkadza, a czego się niby spodziewali, jak się ustawiali przy ośrodku remontowym? Farba im śmierdzi, kleje, maszyny wyją, pyłu im nawiewa, moja sunia podobnież im szczeka, sami więcej szczekają, niż ona… A wieczorami to imprezki robią, Horyzonty dla siebie wynajmują, jeśli skądś ten nieboszczyk tu przyszedł, to na pewno stamtąd.
    Pokręciłam głową, ciągle domywając ręce nad blaszanym korytem. Imprezy w ośrodku Horyzonty były nam oczywiście doskonale znane, a od kiedy tuż za płotem ustawiono nadmuchiwany baniak osłony kortu, średnia elitarności nadwiślańskich bywalców gwałtownie poszybowała w górę. Nadęcia i roszczeniowości jakby też, faktycznie, sama niedawno musiałam dawać odpór niezmiernie eleganckiemu panu w stroju od Henry’ego Loyda, który w zbożnej intencji wywleczenia mnie spod dziobu Nadziei i przemówienia mi do wychowania, tak długo i delikatnie pukał w tenże dziób, aż odłupał kawałek falszburty. Z odporem może nieco przesadziłam, bo w efekcie pan cofając się przede mną i moją szlifierka kątową i już wcale nie chcąc ze mną rozmawiać, wlazł Przemasowi w wiaderko z farbą i przewrócił się o kabel przedłużacza. Wypisz wymaluj jak ten dzisiaj…
    Uświadomiłam sobie, ze o porannym biegaczu jakoś policji nie powiedziałam – może ze względu na to, że wbrew teoretycznej zasadzie „dać się świadkowi choć trochę wygadać”, rozmawiający ze mną najpierw panowie mundurowi a potem pan po cywilnemu stawiali raczej na zadawanie własnych pytań i ignorowanie moich oraz przerywanie mi, kiedy tylko chciałam nieco poszerzyć temat. Nie to nie…
    Zirytowany i urażony bosman Rysio wreszcie wyszedł z kanciapy zaanektowanej przez służby na pokój przesłuchań, popatrzył na mnie, machnął ręką i poszedł do swojej suni, grzecznie śpiącej w plamie słońca na kawałku wykładziny dywanowej przy śmietniku. Po chwili pan w mundurze nadciągnął w towarzystwie stolarza Jurka, wepchnął go za drzwi, przyjrzał mi się podejrzliwie i poszedł.
    Stolarz Jurek w obecności policji okazał jeszcze większą lakoniczność niż zwykle. Cała rozmowa z nim nie trwała chyba nawet pięciu minut, a przerwy wypełnione wyciem transformatora - i zapewne pytaniami policji – stanowiły jej więcej niż trzy czwarte.
    - Jerzy Jaworski. Stolarzem. Przyszedłem, jak już byliście. Nie widziałem. Nie słyszałem. Każdy może chodzić po wale. Ja nie chodzę. Spałem. Do widzenia panu. – i wyszedł. Wychodząc, obejrzał mnie sobie uważnie, popatrzył na swoje ręce, uśmiechnął się i poszedł. W przeciwieństwie do Rysia, wyglądał na całkowicie nieprzejętego sytuacją.
    Stwierdziwszy, ze nie mogę dłużej myć rąk, tym bardziej, ze tusz, choć trwały, ustąpił jednak zabiegom i konsekwencji, uznałam ze mogłabym dla odmiany uporządkować trochę naszą szafkę z osprzętem – w końcu władza nie wydała na razie zgody, żebym sobie poszła. Zanim podjęłam decyzję, gdzie się umieścić, żeby nadal korzystać z ażurowości ścian hangaru, wpadł mi na plecy Przemas, a za nim wbiegł zirytowany pan w mundurze.
    - Proszę nie wchodzić, to miejsce jest zamknięte!
    Przemas nie zwrócił na niego szczególnej uwagi, za to ucieszył się na mój widok.
    - Ty słuchaj, o co chodzi? Rysio jest taki zły, że tylko Marlenę głaska i nie chce ze mną gadać a z Jurkiem to nawet nie próbowałem. Bombę ktoś podłożył?
    - Obywatelu, proszę stąd wyjść!
    - A dlaczego ona może być w środku?
    Zamknęłam szafkę i ze nieeleganckim stęknięciem podniosłam się z głębokiego przysiadu.
    - Bo jestem za świadka. Masz cos do jedzenia?
    - Mam, śniadanie sobie przyniosłem, będę malował Polimala. Świadka czego?
    - Podziel się, to ci opowiem.
    - Proszę wyjść!
    Z kanciapy wyjrzał niemundurowy, mundurowy zezłościł się jeszcze bardziej a ja uznałam, ze policja i bez starć z Przemasem ma ciężką robotę. Pociągnęłam go za rękaw.



    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • berrin 09.05.17, 12:09
    Franulo, odzbroic sie możesz na momencik smile

    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • asia.sthm 09.05.17, 12:37
    Ach, jak tu pieknie!

    --
    - Jezusicku, Jendrek, psecie ty mas ciupaske w plecach!
  • balamuk 09.05.17, 17:50
    Cudnie. Przeczytałam, dokleiłam, przeczytałam jeszcze raz... wink
  • franula 10.05.17, 10:09
    cóż z tego - westchnęłam poetycznie- skoro zbroić się muszę ponownie...
  • eulalija 10.05.17, 10:10
    Okopiemy się.
    Na ten mróz się nada.
    W kupie raźniej.

    --
    Szajka bez końca
  • berrin 10.05.17, 14:48
    Kochane, przedwyjazdowo.

    Na zewnątrz trochę się ociepliło, zwłaszcza, kiedy stanęło się w słońcu. Marlena leżała w jego największej plamie i grzała łysy brzuch, obok niej na starej oponie przysiadł Rysio, paląc straszliwie śmierdzącego papierosa. Irytacja na policję jeszcze mu nie przeszła. Dyplomatycznie odeszliśmy na bok.
    - To co z tą bombą?
    - To co z tym śniadaniem?
    Przemas wydobył z plecaka straszliwie wygniecioną bułkę, puszkę pasztetu i keczup.
    - Gdzie by tu, żeby Marlena nie zauważyła…
    Spożywanie posiłków na HOWie zawierało w sobie element ryzyka właśnie ze względu na Marlenę. Będąc suką po przejściach, starała się wykorzystać każdą okazję, żeby uzupełnić zasoby (niezależnie od tego, ze zasoby już przez nią posiadane czyniły ją właścicielką własnego równika) a odgłos otwierania puszki słyszała z odległości 20 metrów i poprzez ryk wiertarki. Przychodziła i nie tyle domagała się od człowieka należnej jej porcji, co po prostu ją sobie brała – w bodaj najkrótszej chwili ludzkiej nieuwagi sięgała ryjem, chwytała łup i oddalała się niespiesznie. Sama w ten sposób traciłam co drugie przyniesione śniadanie, jeść spokojnie dało się w zasadzie tylko wtedy, kiedy Rysio zabierał ją na dłuższy spacer albo szedł już do domu. Krzyczeć na nią nie mieliśmy sumienia, zresztą Rysio każdą odmowę i zniewagę, dotykającą Marlenę odczuwał osobiście – a nie byłoby polityczne narażać się bosmanowi, od którego zależał choćby dostęp do stolarni i tokarek.
    W efekcie rozłożyliśmy się na stercie desek pod ścianą hangaru, dość niewygodnie i rezygnując ze słońca, ale za to daleko od Marleny. Przemas najciszej jak umiał otworzył puszkę pasztetu.
    - Nie było żadnej bomby, tylko rano znalazłam trupa. – powiedziałam, krojąc bułkę na grube kromki. - Nie masz jakiegoś ogórka?
    - Żartujesz?!
    - A co masz do ogórków…?
    - Ja o trupie mówię! Żartujesz?
    - Nie. – przyjęłam od niego obficie udekorowany pasztetem i keczupem kawał bułki i rozejrzałam się, czy można bezpiecznie jeść. – Rano polazłam na wał, żeby sobie, cholera, obejrzeć wschód słońca…
    - Specjalnie po to tu przyszłaś?
    - Odczep się, od jedenastej kleiłam te cholerne podsufitki, naspawałam się jak messerschmitt, najpierw poleżałam w kokpicie, żeby trochę wytrzeźwieć, a potem jak się zrobiło widno, to najpierw obudził mnie jakiś gość, co biegał po żwirze…
    - Jaki gość?
    - Nie wiem, nie znam go, potknął się o przedłużacz.
    - Aha. No i?
    - No i jak mnie obudził, to uznałam, ze się ruszę. Ładnie było, jak już tu byłam o tej piątej, to chciałam sobie popatrzeć na rzekę i poszłam.
    Przemas, przeczekując moje pożywianie się, pokiwał głową. Wschody słońca oglądaliśmy wielokrotnie wspólnie, zazwyczaj na porannych wachtach, i uznawaliśmy je oboje za bardzo dekoracyjne, więc ostatecznie nie było nic dziwnego w tym, ze skoro miałam okazje obejrzeć sobie jeden dzisiaj, to chciałam skorzystać.
    - No i prawie na niego zleciałam. Leżał na dole schodów i nie miał tyłu głowy.
    Przemas, zatkany swoim kawałkiem bułki, próbował cos powiedzieć, zakrztusił się, a ponieważ jednocześnie bardzo się starał być cicho ze względu na Marlene, przez chwile zamiast kaszleć, dusił się w milczeniu. Walnęłam go w plecy i złapał oddech.
    - I nie żył?
    - Tez byś nie żył w takich warunkach. A jakby nie te krzaki, to by zleciał do wody, zaraz obok slipu i nawet jakby go nurt nie zabrał, to bym go nie zobaczyła. Uważaj!
    Nie zdążyłam, Marlena była pierwsza. Stanowczym, nawet niezbyt szybkim, ale niepowstrzymanym gestem ryja wzięła sobie z desek ledwo napoczętą puszkę pasztetu, popatrzyła na mnie, machnęła cienkim ogonkiem i odeszła w cieplejsze miejsce, żeby się w spokoju pożywić. Nie obawiała się, ze jej cos odbierzemy, ponieważ od kiedy nastała jako rezydentka, nikt nigdy niczego jej od ryja nie odjął, ale wolała jeść bliżej Rysia. Przemas pogroził jej resztą bułki i sięgnął po keczup.
    - I nie wiadomo, kto to był?
    - Nie. Nie znam gościa, a policja nie powiedziała. Pamiętam, że pierwsze, co mi się pomyślało, to że co za szczęście, ze to nikt znajomy… nie chciałabym trafić na znajomego trupa…
    - Pewnie, tez uważam, że obcy lepszy.
    - Starszy gość, jakby nie ta rozwalona głowa, to by nawet nobliwie wyglądał…
    - Tenisista?
    - Nie, to co miał na sobie to były raczej spodnie od garnituru i koszula pod marynarkę, panowie sportowcy odziewają się inaczej. A w „Horyzontach” wczoraj żadnej imprezy nie było, znaczy żadnej głośnej.
    - A jak się okaże, że to ten gość, co na ciebie złożył skargę?
    Spojrzałam na Przemasa z niesmakiem.
    - Policja go spuściła z wodą. – przypomniałam mu sucho.
    - Nieważne, ale miał cos do ciebie.
    Zatkałam się ostatnim kawałkiem bułki z keczupem. Pomysł Przemka kompletnie mi się nie spodobał. Gość, którego straszyłam diaksą faktycznie wezwał policję – przyjechał nawet radiowóz, żeby obejrzeć miejsce starcia i Walkirię narzędziem warsztatowym atakującą niewinnych tenisistów. Obejrzeli diaksę i dziób Nadziei, skonfrontowali obie wersje i chyba doszli do wniosku, ze żeby – jak twierdził pan pokrzywdzony - ganiać kogokolwiek po całym terenie HOWu z pracującą diaksą na półtorametrowym przewodzie musiałabym mieć tez kogoś, kto by biegał za mną z przenośną elektrownią. Jedyne, co dało się stwierdzić naocznie to to, ze pan rozlał nam farbę, przy czym Przemas twardo upierał się, że tenisista kopnął w słoik.
    - Nie wiem. Tamten był chyba młodszy, ale teraz bym się nie założyła. Mam nadzieje, ze to nie on.
    - On się awanturował parę razy i z różnymi ludźmi. – zauważył Przemek z namysłem. – Może ktoś miał go w końcu dosyć? Jak myślisz? Mnie farbę rozlał, Ance burtę odłupał…
    - Przebóg, Przemas, nie podsuwaj im takich teorii!
    - Dlaczego? Wyglądali na zagubionych…



    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • asia.sthm 10.05.17, 15:50
    Ach i och dla Marleny kradnacej cala puszke. Dobrze, ze juz zdazyliscie jej otworzyc.

    --
    po prostu, prosto z mostu...
  • eulalija 10.05.17, 15:53
    Rysio by jej otworzyłsmile
    Berrin czy ty musisz w tą podróż się udawać?

    --
    Szajka bez końca
  • balamuk 10.05.17, 16:40
    Ciiicho, niech się Berrin potoskani, będzie miała przyjemność i później ruszy galopem. smile
    Poczekamy sobie zbrojnie.
  • asia.sthm 10.05.17, 19:35
    Tak tak, niech nam wypocznie na nasz uzytek - prosze nie popedzac.
    Ja juz sie ciesze na kiedy sie doczekam, tralala.
    --
    po prostu, prosto z mostu...
  • berrin 18.05.17, 12:44
    No to wracamy do przyjemnych rzeczy.

    Owszem, byłam ciekawa, kim jest nieboszczyk, ale prawdę mówiąc miałam nadzieję, że nie ma nic wspólnego ani z HOWem, ani z „Horyzontami”, ani w ogóle z niczym, co istniało w okolicy. Zwłaszcza z nami. Całkowicie obcy trup pasował mi dużo bardziej. Na szczęście policja na razie nie była zainteresowana rozmową z Przemkiem – nie mógł zatem podsunąć im tego nader ciekawego tropu. Dzięki niemu za jednym zamachem uczyniłby podejrzanymi w zasadzie całą obsadę remontową, bo wszyscy, ilu nas tu pracowało, mieliśmy w którymś momencie jakieś drobne kłopoty z sąsiedztwem. By wymienić tylko obecnych w tej chwili: ja – diaksę, Przemek – rozlaną farbę, Rysio – napaści na Marlenę, Jurek – eskalujący spór o wzmacniacze. Właśnie Jurek podpadł tenisistom najpotężniej, ponieważ nie mogąc doprosić się od naszych sąsiadów ściszenia muzyki, o dziesiątej wieczorem ryczącej z głośników nad kortem z takim natężeniem, że ptaki spadały w locie, wyłączył im prąd. Jak to zrobił, nie wyłażąc poza nasz płot, nie wiedzieliśmy, ponieważ ani kort, ani „Horyzonty” nie miały z nami wspólnej instalacji, ale przez dwa dni eleganccy panowie nie mieli nawet oświetlenia nawierzchni, nie wspominając już o bieżącej wodzie w wucetach, a dwu wezwanych na pomoc elektryków nie było w stanie nic zrobić mimo wrzasków właściciela obiektu. Potem niestety cieć z sąsiedztwa wskazał im potencjalną szansę, radząc, żeby pogadali ze stolarzem z HOWu, pogadali i Jurek ten prąd przywrócił.
    No tak, tylko że oznaczało to raczej istnienie motywów po ich stronie, to nas koniecznie trzeba było pozabijać, bo utrudnialiśmy im życie. Oni nam tez, ale utłuczenie jednego gościa nic by nam nie dało…
    W tej chwili zresztą w całości pochłaniał mnie inny temat – nade wszystko chciałam się umyć, a dostęp do prysznica na razie nie był możliwy, bo w międzyczasie Rysio wyłączył bojler. Wytrwałam już bardzo długo cała w kleju i benzynie lakowej i uznałam, ze dość tych uprzejmości. Znalazłam trupa, co jest moja zasługą, a nie winą, jakbym nie znalazła, to wprawdzie teraz mieliby spokojny poranek, ale potem byłoby im dużo trudniej, bo nieświeży trup jest dużo bardziej kłopotliwy w obsłudze, zatem cos mi się należy.
    Przemas mnie poparł, choć chyba głownie dlatego, że był ciekaw moich dalszych interakcji z władzami. Ku jego zmartwieniu, nie on znalazł ciało i nie on spędził noc na HOWie, był zatem dla władz całkowicie nieinteresujący, jedyną zatem szansą na uczestniczenie w zdarzeniach było dla niego przyklejenie się do mnie. Razem ruszyliśmy do władz.
    Zanim dokądkolwiek doszłam, zastopowała mnie Marlena. Wyciągnięta jak odaliska, leżała pod samymi drzwiami, blokując je swoją pękatością, machała ogonem, piszczała i nadstawiała brzuch do głaskania jakiemuś osobnikowi w kurtce z demobilu. Osobnik, tkwiący w dość niereprezentacyjnej pozycji, nieco wypięty, nachylał się nad suką i głaskał ja porządnie, systematycznie i jak należy, tłumacząc jej jednocześnie, ze musi przejść do środka. Moim skromnym zdaniem strategię wybrał dość dyskusyjną, nawet jeśli budziła aprobatę Rysia.
    - Niech jej pan da kanapkę, to pana puści. – zaproponowałam wreszcie, straciwszy nadzieje, ze facet sam się ruszy. Moja irytacja rosła, bo wprawdzie byłam już po śniadaniu, ale ogólna nieświeżość wydawała mi się coraz bardziej męcząca.
    Facet odwrócił się, popatrzył w górę i skrzywił się strasznie, bo miał mnie pod światło. – Dzień dobry panu. – dodałam po namyśle.
    - Dzień dobry pani. – odrzekł uprzejmie i żeby wstać, oparł się o drzwi. Dokładnie w tym momencie ktoś z wewnątrz postanowił je otworzyć, facet nie znalazł podparcia, wstając, nastawiony był na ruch do przodu, więc jedyne, co mu zostało, żeby nie walnąć twarzą o żwir, to było wsparcie się o Marlenę. Marlena wystraszyła się śmiertelnie hałasu, poderwała, zabuksowała na żwirze i odbiegła skamląc schować się za Rysia, facet złapał równowagę, wyprostował się i wyszczerzył.
    - Cześć, Janka, nie poznałem cię.
    Teraz przez chwile ja go nie poznawałam. Szczerzył się do mnie wysoki, drągowaty blondyn w typie dźwigu samobieżnego, mocno zarośnięty, w sześćdziesiątce piątce i glanach, rzetelnie owłosiony liniejącą Marleną. Przemek przyglądał się na zmianę mnie i jemu, bardzo zaciekawiony. A moja pamięć do twarzy nawet w bardziej sprzyjających warunkach nie była najlepsza, teraz zaś w ogóle odmawiała współpracy.
    Facet musiał zauważyć uprzejmy popłoch na moim obliczu, bo nagle się zlitował.
    - Młodszy aspirant Jacek Ronkier. Twój listopadowy kierowca. Teraz lepiej?
    No masz. Lepiej. Jak niby miałabym zidentyfikować tego radosnego wikinga z gładko ogolonym, skupionym chłopakiem w mundurze, wyznaczonym na ochotnika do dbania o dopust boży, czyli studentów na praktykach policyjnych? Sam siebie wówczas nazywał ofiarą twórczej niekompetencji i nie ukrywał, ze dowalamy mu obowiązków, ale jednocześnie zapewniał, że nie ma za złe.
    - Jacek?
    - No patrz, a ja cię poznałem od razu!
    Pomyślałam, że jemu było dużo łatwiej, ponieważ swego czasu widywał mnie regularnie przez miesiąc właśnie w takiej wersji, jaką mógł oglądać teraz – obrzęchane portki, kurtka, chustka na głowie – no i należy zauważyć, że na moją urodę zarost raczej nie miał wpływu.
    - Cieszę się, ze się nie postarzałam. Jesteś tu oczywiście służbowo?
    - Tak, właśnie wróciłem z urlopu.
    - Awansowałeś.
    - Awansowałem.
    - I zajmujesz się sprawą zwłok nad Wisłą.
    - Skąd wiesz?
    - Bo to ja wam tej rozrywki dostarczyłam – zobaczyłam wyraz jego twarzy, zastanowiłam się, co mówię, i poprawiłam się pospiesznie - w sensie, że ja go znalazłam. Rano.
    Jacek uniósł brwi.
    - Diabli mnie zanieśli nad rzekę i spadłam na niego, bo mi się noga na schodku omskła. – wyjaśniłam z goryczą. – Zdradzisz mi tajemnice śledztwa, jak on się nazywał?
    - Jeszcze nie wiem…
    - O, jesteś. – pan, z którym dwie godziny temu odbyłam rozmowę nad mapą, najpierw dostrzegł Jacka, potem mnie i Przemasa, i ewidentnie żadne z nas go nie zachwyciło. – wejdź.
    - Zaraz. – powiedziałam chyba mało zachęcającym tonem. – Chcę iść do domu, umyć się i jechać na zajęcia. Czy panowie chcą mnie jeszcze o cos zapytać? Nie mam z tym wszystkim nic wspólnego poza tym, ze ja go znalazłam. Obiecuję, ze następnym razem nie znajdę.
    Wyraz twarzy Jacka starannie wyrażał kompletnie nic. Jego szef popatrzył na mnie, jakby mnie pierwszy raz na oczy widział, pomyślał chwilę, a potem skinął głową.
    - Dostanie pani wezwanie na komendę – zawiadomił mnie sucho.
    - Nie ma sprawy. Mogę zabrać mój plecak?


    cześć, fajnie wrócić smile


    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • balamuk 18.05.17, 17:08
    Ooooo! smile
  • franula 19.05.17, 15:21
    Poprosimy więcej tych przyjemnych rzeczy. Jak się już napiszą oczywiście.
  • franula 19.05.17, 15:25
    czyżby zarysowano lekki wątek miłosny?
  • berrin 19.05.17, 19:21
    😀😉😀 Jeszcze nie wiem...
    Oczywiście masz na myśli uczucia Rysia i Marleny?

    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • asia.sthm 20.05.17, 00:02
    O swiety Jacku z pierogami! Ale sie wszystko rozkreca!
    Kryminal romansowy, kryminalny romans - romansidlo z nieboszczykiem w roli glownej. Albo z nieboszczykiem na boku.
    I wogole sie dziwie, ze nieboszczyk na poczatku nie przemowil, no ale to byloby oklepane....na oklepanie berrin by sobie w zyciu nie pozwolila.
    Wyjezdzam na weekend, ale juz sie ciesze na poniedzialek.

    --
    Stop! Latać tylko prawą stroną
  • bluzeczka.zamszowa 21.05.17, 20:07
    Cześć, Berrin to świetny tekst, według mnie masz już Nagrodę Nobla zaklepaną!
    Nie rozumiem tylko, co to sześćdziesiątka piątka, którą pan miał prócz glanów!
    Wytłumacz tumanowi, proszę!
    Gdyby sześćdziesiątka piątka to był typ takiego do strzelania (Jack Reacher ma często trzydziestkę ósemkę), to w co odziany był pan? Oprócz glanów oczywiście?


    --
    Śmiejmy się! Kto wie czy świat potrwa jeszcze trzy tygodnie?
    Pierre Beaumarchais
  • berrin 22.05.17, 07:19
    Kurtka US Army, wzór 65 r. Popularny demobil w Polsce od wielu lat, teraz tenże wzór szyją także po prsotu dla cywilów. Też miałam, zdarłam na strzępy w czasie studiów.
    wygląda tak:
    surplus.pl/images/kurtki/regiment_m65/20-2501-61_vorne.jpg



    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • bluzeczka.zamszowa 22.05.17, 08:59
    Cześć, dzięki.
    Sama taką chciałabym mieć!

    --
    Śmiejmy się! Kto wie czy świat potrwa jeszcze trzy tygodnie?
    Pierre Beaumarchais
  • franula 24.05.17, 11:51
    Pisze się?
  • berrin 24.05.17, 12:11
    Pisze się, pisze.
    Sąd administracyjny przeszkadza.

    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • berrin 24.05.17, 13:37
    Troszeczka.

    Mój powrót do domu, urozmaicony opędzaniem się od Przemasa, zakończył się tak, jak można było przypuszczać – prysznic jeszcze przestałam, ale potem pomyślałam, ze przysiądę na tym fotelu tylko kwadrans, bo naprawdę oczki mi się zamykają – i obudził mnie dopiero powrót w domowe pielesze ukochanych najbliższych. Ze zdziwieniem przyjęłam, ze ktoś mi ukradł osiem godzin dnia, które przecież powinnam była wypełnić zajęciami na uczelni, zjadłam coś, co w międzyczasie przygotowała dla siebie moja siostra, zawiadomiłam ją, że podsufitka przyklejona, spakowałam się i wyruszyłam na HOW.
    Trup trupem, a pierwszy maja nie zaczeka.
    Władz śledczych koło naszego hangaru już nie dostrzegłam. Za to kiedy mijałam „Horyzonty”, z wyżyn skarpy najpierw zauważyłam radiowóz zaparkowany pod biurem, a zaraz potem Jacka, siedzącego na balustradzie i wertującego rozsypujące mu się na wszystkie strony liczne kartki w kratkę. Czyli śledztwo trwało, tylko teraz poszli denerwować kogoś innego.
    „Horyzonty” postawiono dawno temu, używając materiałów rozbiórkowych i niewielkiej ilości nowego drewna. Miały być niewielką bazą hotelowo-biurową dla okołowarszawskich działaczy żeglarskich, nasz HOW zaś - jej zapleczem remontowym. Środowisko okazało się jednak równie skłonne do zgodnej współpracy jak koty w zaprzęgu, w niebieskim budyneczku zamiast zaplecza biurowego niemal natychmiast zrobiono barek i restaurację i zaczęto na nich zarabiać, utrudniając mniej eleganckim członkom żeglarskiej społeczności nawet korzystanie z toalet, w odwecie ci mniej eleganccy nie wpuścili kilku łódek tych bardziej eleganckich pod dach hangaru, doszło do wzajemnego obrzucania się obelgami przed obliczem Towarzysza Pierwszego Sekretarza pezetżetu, a Zbyszek ku zaskoczeniu większości tych bardziej eleganckich okazał się człowiekiem rozsądnym (a także z pewnością chciał w spokoju remontować swoją łódkę w hangarze, w którym dziesięć lat wcześniej osobiście ja wylaminował) i stwierdził, ze skoro „Horyzonty” są żeglarzom niepotrzebne, to należy jej oficjalnie wynająć i na tym zarabiać.
    W efekcie już wiele lat temu doszło do podziału terytorium cypla pomiędzy harcerzy i nieharcerzy i nieharcerze wzięli „Horyzonty”, a my resztę. W międzyczasie nowy (trzeci z kolei chyba) gospodarz kawiarni i restauracji ostatecznie zrezygnował z przestrzeni pod zimowanie jachtów i zrobił zamiast niej kort. Wtedy zaczęły się nasze konflikty z sąsiadami zza płota, bo oni byli jakby coraz bardziej eleganccy, a my jakby stale wcale nie.
    Z wnętrza mijanego przez mnie właśnie niebieskiego budyneczku z biurem i kawiarnią dobiegły mnie za to teraz znienacka jakieś dziwne dźwięki. Do niczego mi nie pasowały, najbardziej kojarzyły się z jakimś bardzo cierpiącym zwierzęciem, zatrzymałam się zatem w mojej wędrówce do ciężkiej pracy. Jacek tez jakby się rozproszył, rozejrzał się niepewnie, podszedł do drzwi, sięgnął do klamki, zawahał i cofnął. Słusznie uczynił, bo właśnie w tym momencie drzwi otworzyły się gwałtownie i wybiegła z nich dama w czerni, szarpiąc gors swej sukni i wydając z siebie odgłos godny bardzo głodnej foki. Zamarłam, Jacek tez zamarł, tuląc do piersi kartki w kratkę, a za panią w czerni wyjrzał policjant w mundurze, z całkowicie osłupiałym wyrazem twarzy.
    Dama potknęła się o próg, zachwiała się, zrobiła kilka drobnych kroczków, starając się nadążyć za przeważającym całość kadłubem i ratując przed upadkiem dopadła wątłej balustradki. Przewiesiła się przez nią całym swym obfitym biustem i nadal szarpiąc gors zaczęła bardzo gwałtownie i bardzo głośno oddychać, przy czym jej wdechy nadal nasuwały na myśl stado uchatek nad kubłem śledzi. Niemal w tej samej chwili na tarasik wyszedł pan w cywilu, ten sam, którego rano tak zniesmaczyłam moim indeksem, podszedł do damy, troskliwie się nad nią nachylił, cos do niej powiedział, a potem umiarkowanie delikatnie oderwał ją od parapetu i powlókł z powrotem do biura. Dama próbowała jednocześnie wdychać, wachlować się i coś do niego mówić, pozwalała się wlec, usłyszałam coś o kawie, a potem pan mundurowy zamknął za nimi drzwi.
    Jacek, z miną osoby łagodnie zdziwionej rozmaitością świata, rozejrzał się po okolicy. Widok stanowił całkiem miły dla oka, już rok temu byłyśmy zdania, ze powinien stanowczo przestać się tak ciągle codziennie golić, na tarasiku przed kawiarnia wyglądał wręcz wakacyjnie i przez chwilę nawet nie pamiętałam, ze on jest tutaj służbowo. No ale był.
    Bardzo wątpiłam, żeby pan w cywilu, rankiem patrzący na mnie jak na błąd gramatyczny, a obecnie obciążony obowiązkami służbowymi w postaci obszernej damy był skłonny odpowiedzieć mi na jakiekolwiek pytania dotyczące nieboszczyka znad rzeki. Jacek w tej kwestii stwarzał trochę większe szanse.
    Dotarłam na HOW, zostawiłam plecak w hangarze, poczęstowałam Marlenę bananem i wróciłam na skarpę akurat w chwili, kiedy Jacek się na nią wspiął.
    Przysięgłabym, że na mój widok się ucieszył.



    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • franula 24.05.17, 16:13
    to sąd administracyjny takoż proszę won

    więcej mi parsknięć trzeba bo trochę świat parszywy jakby ostatnio: i koty w zaprzęgu i uchatki nad kubłem śledzi cudne

    i ciekawość się lęgnie we mnie cóż dalej...
  • balamuk 24.05.17, 17:56
    I Jacek, z miną osoby łagodnie zdziwionej rozmaitością świata. smile))
    Teraz mogę w dobrym humorze zabrać się do wyjątkowo paskudnej fuchy.
    Dzięki!
  • se_nka0 24.05.17, 18:17
    ,,..że na mój widok się ucieszył.,, - ho, ho proszę Szanownych. Ho, ho wink

    --
    ,,Przy małym to się pewnie pani młodo czuje...,,
  • berrin 24.05.17, 19:37
    No a jak? wink

    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • gat45 24.05.17, 20:45
    Też bym się na Twój widok ucieszyła, a wątku romansowego jakoś nie jestem w stanie sobie wyobrazić.
  • franula 24.05.17, 21:43
    no jak to romase potemcjalnych podejrzanych z przedstawicielami ścigania mają długoletnia tradycję

    kto wie może jakaś pani będzie śpiewac "rudy rudy rudy rydz" a jakowyś ktoś zapnie guzik w swojej sześćdziesiątce piątce i ujawni niezlicozne talentysmile
  • berrin 25.05.17, 07:20
    Można się jeszcze zakumplować smile

    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • asia.sthm 25.05.17, 08:57
    Kartki w kratke znienacka mnie rozczulily - dawno nie widzialam. Sama bym je do piersi przytulila.
    Co tu czlowiek wejdzie to sie tez ucieszy, jak ten Jacek.

    --
    po prostu, prosto z mostu...
  • berrin 25.05.17, 09:28
    asia.sthm napisała:

    > Kartki w kratke znienacka mnie rozczulily - dawno nie widzialam. Sama bym je do
    > piersi przytulila.
    >
    >

    Na studiach faktycznie uczestniczyłam w przedmiocie "Praktyka policyjna", który polegał na udziale w czynnościach wydziału patrolowo-interwencyjnego, służby ruchu drogowego, komisariatów kolejowych i czasami - jesli się miało wiele szczęscia/pecha - dochodzeniówki. Opiekował sie nami ofiar twórczej niekompetencji, wyznaczony na ochotnika bardzo młody funkcjonariusz "na dorobku". Cały dzień, a czasami całą noc zasuwało się z chłopakami z radiowozu po okolicy, starając się nie dokładac im pracy, a nawet jej ujmowac, co najczęściej polegało na tym, ze umiejący pisac student zgłaszał sie na ochotnika do pisania protokołów i notatek. I właśnie przy takiej okazji pojawiały sie te kartki w kratkę, bo protokoły różnych czynnosci, a najczęściej przesłuchania, zaczynało się pisac na takim specjalnym formularzu, ale potem, jak przesłuchanie sie wydłużało, dalsze strony leciały juz na papierze kancelaryjnym. Pamiętam zresztą ten okres jako całkowicie kryzysowy jeśli chodzi o dofinansowanie wszelkich służb - jedyne, czym wtedy dysponowali w obfitości, to był własnie papier podaniowy w kratkę. Pamiętam ryzę grubości dwudziestu centymetrów, lekko pożółkłą, z której czerpiąc, protokołowałam w komisariacie kolejowym Warszawa Centralna przez 9 godzin non stop... Na zmianę ręcznie i maszynowo...
    To były czasy...



    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • asia.sthm 25.05.17, 09:53
    Cudownie ci sie udaje wtykac prawdziwe zycie do wlasnej tworczosci. Gurua to potrafila, a ty to robisz dokladniusko tak po mistrzowsku jak najlepsze mistrze swiata.
    Straszna frajda cie czytac. Mniam mniam.

    --
    https://forumdlazycia.files.wordpress.com/2014/06/linia-ozdobna_www-margonem-pl.gif
  • berrin 25.05.17, 10:07
    Trochę to takie nurzanie sie w nostalgii...

    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • berrin 25.05.17, 12:33
    Sąd poszedł won, ale zaraz wraca, więc póki nie patrzy...


    c.d.
    Wtedy ja też się ucieszyłam, co oznaczało, że oboje znienacka zaprezentowaliśmy zarazem radość, jak i zakłopotanie z powodu zauważenia tej radości. Jacek wybrnął pierwszy.
    - Mam kawę w termosie.
    Jakże praktycznie… postanowiłam, że się dopasuję, tym bardziej, że dobra przez mnie posiadane lepiej się nadawały na zachęcacze.
    - Ja mam babeczki produkcji mojej siostry i banany. Jesteś uziemiony w okolicach tego tarasiku, czy możesz iść dokonywać czynności śledczych kawałek dalej?
    - Mogę dalej, tylko tam strasznie pyli i śmierdzi acetonem.
    - Tam istnieje dużo gorsze niebezpieczeństwo niż aceton – powiedziałam tajemniczo, ruszając w stronę hangaru. – Jeśli nie uważasz, możesz stracić wszystko, bo Marlena ci ukradnie.
    - Ta łysawa sunia?
    - Uważaj z tymi inwektywami, nasz bosman jest bardzo czuły na jej punkcie. Owszem, ta łysawa sunia. Kradnie żarcie.
    - Oddałem jej moje śniadanie, dobrowolnie. Tak się patrzyła, jakby głodowała od tygodnia. Gdzie siądziemy?
    - Proponuję naszą łódkę. Od wczoraj butapren pewnie nieco wyparował, poza tym siądziemy sobie w kokpicie na zewnątrz i będzie miło. Twój szef mnie nie lubi.
    Dotarliśmy właśnie do zejścia na plac remontowy i woń farby, rozpuszczalników, podgrzanego laminatu i bosmanarysiowego obiadu uderzyła we mnie z całą mocą.
    Popołudniowa zmiana, wolna po zajęciach szkolnych i uczelnianych, tkwiła na posterunkach nie bacząc na to, że przy całkiem słonecznej pogodzie znowu mieliśmy nędzne 6 stopni ciepła. Z rejonu stelaży dobiegało wycie wiertarek i szlifierek, ze stolarni – straszliwy gwizd piły tarczowej, z socjalnego – odgłosy czyjejś irytacji na nieczynny bojler, a centralnie przed hangarem Prezes i Długi bardzo hałasliwie rozwłóczyli drewno ze sterty, starając się dość beznadziejnie wybrać z przekładanej wielokrotnie kupy jakieś odrobinę mniej sęczne deski. Przed otwartymi na przestrzał wrotami centralnego hangaru stał stolarz Jurek i palił papierosa, jakby brał udział w spisku – a biorąc pod uwagę całkowity zakaz palenia na terenie całego HOWu – poniekąd brał. Zdążyłam zauważyć Zbyszka, wynurzającego się z głębin Konsensusa, Jurek też zauważył, bo zgasił papierosa o ścianę budynku i zniknął w jego wnętrzu.
    Jacek ocenił sytuacje na dole, pomyślał chwilę, ostrożnie zlazł za mną po stalowym trapie, położonym na stromym zboczu wału 15 lat temu jako prowizoryczne schody na jeden sezon, ponownie rozejrzał się po wrzącym pracą i emocjami otoczeniu i poważnie skinął głową.
    - To nic osobistego, on nikogo nie lubi, a do tego podejrzewa wszystkich o wszystko. - pomyślał chwilę, a potem dodał przezornie - Nie mogę ci zdradzać tajemnic śledztwa.
    - Na razie to jeszcze nie ma żadnych tajemnic śledztwa, poza tym fakt, że mnie nie lubi to chyba nie jest tajemnica. – zauważyłam. Przeszliśmy przed frontem ośmiu rozgrzebanych łodzi, pomachałam Bogdanowi, który właśnie zabierał się do malowania numerów na Polimalu, wspięłam po pantografie na rufę Nadziei i zachęcająco poklepałam ławeczkę na prawej burcie. – Wskakuj. Ja tylko sprawdzę, czy mi dywanik z sufitu nie odleciał.
    We wnętrzu Nadziei stał jak na warcie straszliwy smród kleju, podsycony chemiczno-mdłym aromatem nowej wykładziny. Mimochodem zastanowiłam się, jak ja w nocy byłam w stanie siedzieć i przez kilka godzin wdychać to wszystko, potem przypomniałam sobie po pierwsze moje stany odlotowe pod koniec nocnej pracy, a po drugie wykład doktora Krajewskiego, że nos bardzo szybko się znieczula nawet na sekcyjne zapachy, pomacałam podsufitki i burty i ucieszyłam się, bo praca była wykonana wzorowo. Wnętrze Nadziei z menelskiego przekształciło się w hotelowe, zielony melanżyk okładziny burt znakomicie komponował się z mahoniowym wykończeniem mesy, jeszcze tylko nowe materace na koje (rany, musze uszyć obicia do nowych materacy…) i środek odhaczamy jako gotowy. Co oznacza, ze więcej nie musze się uszczelniać wewnątrz kabiny, co za szczęście.
    - Wyjdź może z tej komory gazowej – zaproponował Jacek za moimi plecami. – Naprawdę uważasz, ze to dobre miejsce na obiad?
    - Przecież nie musisz tu włazić, a na zewnątrz pachnie tylko farbą z Polimala.
    - Butapren?
    - Butapren. Oraz nowa wykładzina i aceton. Co ci poradzę, każde hobby śmierdzi na swój sposób.
    Wypakowałam marchewkowo-dyniowo-rodzynkowe muffiny mojej siostry na elegancko wytartą klapę bakisty w kokpicie, dołożyłam cztery banany i popatrzyłam wyczekująco.
    - Ty cos o kawie mówiłeś?
    Przez długa chwilę zajmowaliśmy się wyłącznie kawą, babeczkami i otrzepywaniem się z okruchów. Cztery ostatnie ciastka zapakowałam starannie w papier i schowałam do torby.
    A potem zapanowała pełna wyczekiwania cisza.
    Poczułam się lekko rozbawiona, ponieważ ewidentnie Jacek miał w stosunku do mnie te same plany, co ja wobec niego. Ja chciałam, żeby mi coś opowiedział o nieboszczyku, a on wyraźnie tez miał całą listę pytań i jak obstawiałam, raczej nie o przepis na marchewkowe babeczki.
    - To może pytajmy się na zmianę? - zaproponowałam wreszcie litościwie.
    Jacek trochę się speszył a trochę ucieszył.
    - Kiedy ja niekończenie będę ci mógł coś powiedzieć.
    - Ja tez nie do wszystkiego się przyznam, nie przejmuj się. Kto to była ta pani z biustem?
    Zastanowił się chwilę, rozejrzał po okolicy, jakby sprawdzał, czy jego niezadowolony szef go nie podsłuchuje i drgnął, kiedy cztery metry od nas, przy Wolnej Sobocie, Paweł odpalił szlifierkę. Pomyślałam, ze teraz może nas próbować podsłuchiwać dowolna osoba, stara szlifierka kątowa i tak wszystko zagłuszy. Jacek chyba doszedł do tych samych wniosków, bo wzruszył ramionami.
    - A co tam. Żona denata to była. Kapitan powiedział jej, że będzie musiała pojechać na identyfikację, a ona się dość zbulwersowała. Chociaż uczciwie mówiąc, to zbulwersowana była od samego początku, tylko z różnym nasileniem.
    - Czyli wiecie, kim jest denat?
    - Wiemy. Mówi ci coś nazwisko Stanisław Skroński?
    Zastanowiłam się rzetelnie i pokręciłam głową.
    - Nie. I twarz też mi nic nie powiedziała, choć uczciwie mówiąc nie przypatrywałam się, a śmierć zmienia, zwłaszcza taka… Zresztą mógłby tu bywać i codziennie, jeśli na przykład przychodził pograć w tenisa to mogliśmy go widywać pięć razy na tydzień i nikt faceta nie skojarzy. Kimś był?
    - Wspólnikiem spółki „Nowe Horyzonty”.
    - O, to jest spółka?
    - W rejestracji. Teraz ja. Co naprawdę robiłaś tutaj w nocy?
    Westchnęłam, myśląc, że musiałam wywrzeć na jego szefie niezapomniane wrażenie.



    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • berrin 25.05.17, 14:25
    No to c.d.
    Ale potem będzie przerwa. smile

    Westchnęłam, myśląc, że musiałam wywrzeć na jego szefie niezapomniane wrażenie. Jacek się zakłopotał.
    - Wcale nie chodzi o to, ze go zabiłaś. – zapewnił pośpiesznie. – Spokojnie jestem gotów założyć, ze nie, i na pewno bez problemu potwierdzimy to laboratoryjnie, bo będzie widać, czy denat miał na sobie wióry i włókna z wykładziny…
    - Prawie na niego spadłam, coś się mogło przenieść.
    - Nieważne. On miał więcej problemów, niż tylko rozbitą głowę, gdybyś to ty go spychała do rzeki, wyglądałabyś dużo gorzej. Względnie byś się umyła, żeby nie wyglądać. A byłaś brudna, a ten wasz prysznic nie został użyty. No i sama wiesz, jak jest, to nie jest najbardziej typowa rzecz na świecie, nocowanie tutaj i pętanie się o świcie na tym pobojowisku nad rzeką.
    Pomyślałam, machnięciem odpędziłam myśl, że ta sucha łazienka to jest chyba jakieś kanoniczne alibi, i co za szczęście, że się nie umyłam i postanowiłam współpracować. Niewinna byłam w tej sprawie do obrzydliwości, niech mają.
    - Naprawdę przyszłam o jedenastej, żeby w nocy spokojnie pokleić podsufitki. – powtórzyłam moje zeznanie z poranka - Nie wiem, co w tym takiego niewiarygodnego, pogadajcie z resztą ekipy remontowej, wszyscy pracujemy i się uczymy, niektórzy mają rodziny, jedyny moment, kiedy obowiązki nam nie wyją to noc.
    - Nie za ciemno i zimno?
    - W dzień jest porównywalnie zimno, a jak pracujesz wewnątrz łodzi to i tak odpalasz sobie lampę, więc co za różnica. Uszczelniłam się w kabinie razem z butaprenem i grzejnikiem, a do tego śpiewałam przy pracy, dopóki mnie nie zemdliło, więc uwierz mi, proszę, dokoła Nadziei stado policjantów mogłoby tańczyć czaczę, a ja bym nie zauważyła. Nawdychałam się butaprenu, świat mi zatańczył, wylazłam na zewnątrz, ale nie zdołałam dojść dalej niż na tę ławkę, owinęłam się plandeką i leżałam.
    - Cicho było?
    - Zupełnie. Niebo się kręciło, jakiś pojedynczy ptaszek nadawał, czułam się… nie najlepiej… ale jestem pewna, że było cicho, bo specjalnie się zachwyciłam.
    - Która to była godzina? Umiesz…
    - Umiem. Trzecia zero osiem.
    - A potem?
    - Potem zasnęłam.
    Jacek zamyślił się z bananem w dłoni. Zajrzał jeszcze raz do wnętrza łodzi, przesunął dłonią po wykładzinie i odkaszlnął.
    - Że też się nie udusiłaś…
    Nie zamierzałam kontynuować tematu. Za to przypomniało mi się coś, czego od rana mimo szczerych chęci nie udało mi się zeznać niekoniecznie z własnej winy.
    - Właśnie… co mi przyszło do głowy… wcale niekoniecznie ja go znalazłam pierwsza.
    - Proszę?
    - Nie mówiłam wam wcześniej, ale tuż po piątej rano jakiś ktoś przebiegł od wału po żwirze i wywalił się na moim przedłużaczu. Leciał od rzeki. Na zabójcę było za późno, bo on biegł na kwadrans przed tym, jak ja polazłam nad rzekę, obudziłam się dosłownie chwilę wcześniej i może i nie byłam wzorem przytomności, ale raczej mi nie wyglądał na porannego sportowca.
    - Myślisz że go znalazł i zwiał?
    - To możliwe, nie? Nie każdy jest legalistą, poza tym może się zwyczajnie wystraszył, a może miał już z wami do czynienia i wiedział, ze z marszu najbardziej podejrzana będzie osoba znajdująca zwłoki. Zwłaszcza, jeśli znalazła je w miejscu mało intuicyjnym dla spaceru o świcie i jeszcze będzie musiała podać wiarygodne wyjaśnienie, co tam robiła przy tym trupie. Ja niby mam takie wiarygodne wyjaśnienie, a twój szef mi nie uwierzył.
    - Dlaczego do tej pory tego nie powiedziałaś?
    - Bo twój szef stosuje zasadę, że świadkowi stawia się konkretne pytania i nie pozwala mu na rozwinięcie wypowiedzi. Mnie uczyli, ze to jest błąd taktyczny przesłuchania, ale to on jest fachowiec… a o ten kawałek doby mnie nie pytał. Tylko co tu robiłam i czemu rano polazłam na wał. Zresztą właśnie sobie przypomniałam i uzupełniam zeznanie, więc o co chodzi?
    - Jak wyglądał?
    Zastanowiłam się głęboko.
    - Niegruby. Dość wysoki. Widziałam go tylko przez chwilę, w tym prześwicie – machnęłam ręką w stronę kępy topoli – W spodniach. Raczej nie w garniaku, i nie jaskrawo ubrany, na tle ściany hangaru był jaśniejszy, ale to mogło być coś szarego, zielonego, niebieskiego... I nie świecił łysiną. W ogóle nie, to znaczy nic, co by zwracało uwagę. Zwyczajny, chyba młodszy niż starszy. Biegł sprawnie, po upadku pozbierał się od razu. Musiał wbiec na górę tamtymi schodami, a nie trapem, bo spod stelaży skręcił w prawo.
    Jacek wyskoczył z kokpitu i obejrzał żwir przed dziobem Nadziei. Po kilku długich godzinach, jakie minęły od poranka, po upadku biegacza nie było już śladów, sama zaczęłam je zacierać jako pierwsza, zwijając święty przedłużacz.
    - Jakie inne problemy?
    Aż podskoczył.
    - Co?
    - Jakie inne problemy miał denat? Zawału dostał?
    - Nie. Miał uszkodzone kolano, jakby go ktoś kopnął z boku. Musiał po tym co najmniej się złożyć, a na pewno nie mógłby już nigdzie pójść o własnych siłach.
    - To doktor Firlej po niego przyjechał, prawda?
    Jacek otworzył usta, żeby się głupio zdziwić, przypomniał sobie, co ja właściwie studiuję i pospiesznie je zamknął.
    - Tak.
    No pewnie. Żaden inny medyk sądowy nie powiedziałby im niczego wiążącego tak od razu.
    Doktor Firlej jak na tak młodego pracownika Zakładu Medycyny Sądowej był już osobą bardzo znaną może nie szerszej, ale bardzo konkretnie zainteresowanej publiczności. Głupio być legendą przed trzydziestką, sam tak twierdził, co nie przeszkadzało mu taką legendą właśnie zostawać. Doktor Krajewski, próbując wyjaśnić nam pewną przedwczesność względnie kontrowersyjność niektórych jego stanowczych stwierdzeń, zwykle zaczynał od „Doktor Firlej jest jeszcze młody i pełen entuzjazmu…” co nie zmieniało faktu, ze przedwczesne i kontrowersyjne opinie jego młodego współpracownika zwykle sprawdzały się w toku dalszych badań. Skoro stwierdził, ze nieboszczyka ktoś kopnął w kolano, to pewnie za dwa tygodnie, po wszystkich sekcjach i badaniach specjalistycznych okaże się, ze faktycznie ktoś go kopnął i to z dokładnie takim skutkiem, jak zasugerowany w pierwszym kwadransie pierwszej, nadrzecznej obdukcji.
    A to, ze to właśnie on zajmował się denatem znad Wisły, ucieszyło mnie szczególnie. Jasio Firlej, który bardzo lubił wszystkich studentów, a już pasjami uwielbiał ludzi zadających pytania, mógł być niezależnym, wiarygodnym i entuzjastycznym źródłem informacji.



    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • zaisa 25.05.17, 23:26
    O dzięki, Berrin, że nie poprzestałaś dziś na tym pierwszym kawałku. Bo bym jeszcze na bezdechu została.
    I dziękuję za całość. W dwójnasób co najmniej, bo straszecznie mnie cieszą te klimaty żeglarsko-remontowo-przystaniowe.
    Już raz pisałam peany na Twoją cześć, ale telefon, bydlątko nienażarte, zamiast wysłać właśnie zeżarł.
  • franula 26.05.17, 10:34
    ja też sobie pomalutku do kawki, z przyjemnością sobie we dwie (ja i przyjemność) poczekamy
  • asia.sthm 26.05.17, 11:53
    Ja nawet nie mam slow, zeby powiedzic jak mi sie to wszystko podoba.
    Berrin, ty tez juz jestes legenda przed trzydziestka jak doktor Firlej, tylko ze w paru dziedzinach. Zywych ludzi poruszasz do glebi bez skalpela. Jakiegos niewidocznego kopniaka dajesz z boku( nie w kolano), az czlowiek z zachwytu przysiadzie i posiedzi zadumany na wesolo, bo mu sie poprzypomina zapomniane.
    I nic mnie nie obchodzi ile masz lat.

    --
    - Jezusicku, Jendrek, psecie ty mas ciupaske w plecach!
  • berrin 26.05.17, 12:04
    Ach Asiu, jakże słusznie swego czasu to właśnie Tobie zadedykowałam trupa!
    (PRZED trzydziestką to mi sie nie udało, ale co tam, mniejsza o przyimki smile )
    A tak w ogóle... ja... sie strasznie zakłopotuję i cieszę, jak Wy to czytacie, reagujecie i jeszcze jak twierdzicie, ze razem ze mna się w tej nostalgii nurzacie z takim upodobaniem.


    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • minerwamcg 26.05.17, 22:43
    Bo to miła nostalgia jest. Czasy, kiedy jeszcze nie mieszkałam całkiem blisko miejsca opisywanych wydarzeń. Ale chyba jakoś niedługo miałam zamieszkać. I knajpa przy Wisłostradzie, której ówczesnych bywalców nazwaliśmy miłośnikami yachtingu przez duże i ironicznie skrzywione y.

    --
    Nawet na północy Grenlandii słońce kiedyś wschodzi. I należy to koniecznie wziąć pod uwagę.
  • koszmarna.baba 03.06.17, 14:51
    Berrin, kochanie Ty moje! Ja nie chcę być niegrzeczna, nie chcę Cię poganiać (nie prawda - właśnie, że chcę) ale ja ( i chyba nie tylko ja) baardzo czekam na CIĄG DALSZY!
    Ja wiem, Ty uprzedzałaś, że teraz już nie będzie tak szybko, ja to nawet rozumiem big_grin ale miej trochę litości i zapodaj chociaż odrobinkę. Plisssss... kiss

    --
    Nigdy nie zalewaj smutków, cholery umieją pływać!!!
  • asia.sthm 03.06.17, 15:15
    Pod Babe sie podepne, pod buzke sie podepne.....ale to jeszcze wcale nie bedzie popedzanie.
    Tak bezinteresownie, ot tak z samego lubienia. Widac me niewinne oczy, co nie?

    --
    http://1.bp.blogspot.com/-P2HXVmRDoW4/VYrC3IqVzPI/AAAAAAAAB6o/0VKo6vEbt6I/s1600/linia_ozdobna.gif
  • berrin 03.06.17, 15:43
    Kochane. To co mam w pracy (polowanie na czerwony październik...) w tym tygodniu wykluczyło mnie z tffurczych zabiegów. Przepraszam. Nie chce Wam sprawiac zawodu, ale SIE NIE DAŁO... ( widać moje przykrywanie nosa łapami ze wstydu...?).
    Poprawię się zaraz od poniedziałku. Chyba, że w poniedziałek mnie zwolnią, to od wtorku.

    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • asia.sthm 03.06.17, 16:28
    Ty zostaw swoj nos w spokoju - nijak nie masz czego sie wstydzic, nijak zawodu nie robisz, no co ty pleciesz ...

    My chcemy tylko zebys wiedziala jak okrutnie twych owocow pragniemy... no jakos tak.
    Sie poczeka jak dzieci na gwiazdke czekaja i wszystko nam tylko na zdrowie wyjdzie.
    Przestepowanie z nogi na noge to jest calkiem dobra gimnastyka, prawie jak kucanie.

    --
    http://1.bp.blogspot.com/-P2HXVmRDoW4/VYrC3IqVzPI/AAAAAAAAB6o/0VKo6vEbt6I/s1600/linia_ozdobna.gif
  • koszmarna.baba 03.06.17, 17:29
    Ooo... to masz zupełnie jak ja przez prawie cały maj. sad
    Sorry za popędzanie ale z Twoją twórczością było jakoś łatwiej przeżyć. Taka iskierka światełka w ciemności. kiss

    --
    Nigdy nie zalewaj smutków, cholery umieją pływać!!!
  • balamuk 03.06.17, 17:34
    Kucanie w celu? wink))
    Ja sobie grzecznie czekam. O, mniej więcej tak:
    http://fc02.deviantart.net/fs71/f/2012/002/3/f/js7h1223_by_frecklydog-d4l3784.jpg
  • balamuk 03.06.17, 17:40
    PS I Baba ma rację z tą iskierką. I trzymam kciuki za wariatkowo w pracy. smile
  • gat45 03.06.17, 18:42
    Kucanie jest zdrowe jako takie. Kucać należy w celu bycia kucniętym. Kuc jest najbliższy pozycji płodowej i ma walory (nie wiem dokładnie jakie, ale kiedyś czytałam na ten temat obszerny tekst z podtekstem naukowym). Człowiek kucnięty czuje się bezpiecznie. Osobiście bardzo wiele rzeczy robię na kucająco, bo mi tak najwygodniej. I lubię. Ponadto częste kucanie znakomicie działa na stan stawów kolanowych. Poza tym...
    No już. O kucaniu mogłabym długo i namiętnie.
    Berrin, pisz !
  • berrin 03.06.17, 19:37
    Mam krótkie nogi, zwłaszcza ten kawałek od kolana w dół i kucanie mi nie wychodzi, bo się przewracam. Zdrowe może być.
    Budująco na mnie działacie. Wsparciowo.
    Pisać będę.

    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • bluzeczka.zamszowa 05.06.17, 08:54
    Cześć Berrin, a może w czymś mogę Ci pomóc, wesprzeć np. dobrym słowem, myślą, czy jakoś tak?
    Żebyś Ty miała na głowie wyłącznie Osobistego, zwierzątkowo i prezencik.
    Pisz mala, pisz...


    --
    Wszędzie wlezie, wszędzie dotrze,
    Deprawuje dzieci młodsze.
    To rzecz w Polsce niesłychana:
    Nie chcą wierzyć już w bociana!
  • berrin 05.06.17, 09:20
    Bym chciałą.
    A mam pracę zawodową na poziomie najwyższego urzędniczego absurdu i bardzo, bardzo chorego Lisa Okazałego...

    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • bluzeczka.zamszowa 05.06.17, 09:34
    berrin napisała:

    > i bardzo, bar
    > dzo chorego Lisa Okazałego...

    Biedny Lis Okazały!
    Biedna, biedna Berrin!
    A nie dałoby się myknąć np. na
    jakie L - 4?
    W myśl zasady, że praca nie zając?




    --
    Gdy coś mnie nadto wzruszy
    Lub serce me podrażni
    Chowam się aż po uszy
    Do swojej wyobraźni
  • berrin 06.06.17, 11:46
    Kochane. Jak obiecałam.
    Troche to terapia, zeby fioła nie dostac od urozmaiconego życia...


    c.d.
    - Pokażesz mi, jak on biegł? – przerwał moją zadumę nad medycyną sądową Jacek. Przez chwilę wydawało mi się, ze pyta mnie o poranne przebieżki doktora Firleja, ale opanowałam się.
    - Pokażę ci, co widziałam, ale nie sugeruj się za mocno. Wybił mnie ze snu, byłam naspawana, zesztywniała, zmarznięta i zapewne nieszczególnie spostrzegawcza. – zeskoczyłam na żwir obok niego. – Tu się potknął i przewrócił. Biegł stamtąd, słyszałam cos, co pasuje do zjechania na butach po zboczu wału – machnęłam ręką w stronę Wisły. - Jakby wybrał inną trasę, toby nie hurgotał, żwir jest tylko tu.
    - Stamtąd?
    - Tak. Wychodzi na to, że wybrał najkrótszą drogę miedzy zwłokami i hangarem, chociaż…
    Zagapiłam się przed siebie, a potem wlazłam na wał. Jacek, wyraźnie zaciekawiony, a przy tym jakiś niespokojny, wlazł za mną.
    - Szkoda, ze czegoś nie zgubił, jak się przewrócił. – mruknął. – Co jest?
    - Dlaczego on tak dziwnie biegł?
    - Proszę?
    Podeszłam do skraju schodów, zdążających ku rzece. Na dole już nie było kupy gałęzi i śmiecia, zabrały ją ze sobą władze śledcze.
    - No bo on… Musiał biec jakoś stąd, w każdym razie być gdzieś tutaj, skoro zbiegł do nas na dół. I naprawdę się śpieszył… ale zobacz…
    Strasznie próbowałam ogarnąć to, co mnie właśnie tak strasznie zdziwiło, Jacek rozglądał się posłusznie dokoła, próbując wskoczyć na zakręcie w mój monolog. Minął nas biegacz, starszy pan w skomplikowanym stroju, zawsze niezmiernie mnie bawili i rozczulali dziarscy emeryci, zakładający krótkie piłkarskie spodenki na legginsy rowerowe, odsunęłam mu się z drogi, patrząc, jak łagodnie wchodzi w wiraż w stronę mostka i nagle zaskoczyło.
    - To bez sensu jest. Jacek, popatrz. Musiał być gdzieś tu. – stanęłam na samym wale, tuż przy przerwie w krzakach, przez którą można było zbiec na teren HOWu, pomiędzy dwa rzędy remontowanych łodzi. – I stąd zbiegł na dół. Po co?
    - Proszę? – powtórzył.
    - Działka HOWu to nie jest droga ani teren przechodni. To jest dołek z masą szpejów pomiędzy dwoma wałami przeciwpowodziowymi. Nie skracasz sobie tędy drogi donikąd, bo i tak, żeby wyjść w stronę Trasy, musisz znowu wbiec na górę, tak jak on wbiegł, skręcić w stronę mostka albo pobiec naokoło, obok „Horyzontów”. Jak chcesz gdzieś szybko pobiec znad rzeki, to po prostu biegniesz wałem, jak ten tam – machnęłam ręką mniej więcej w stronę, gdzie zniknął dziarski emeryt. - Rozumiesz… ten gość… on sprawiał wrażenie osoby… ja wiem… może nie uciekającej, bo nie słyszałam, żeby go kto gonił, ale kogoś, kto chce bardzo szybko skądś się oddalić. Nie wbiec do hangaru, zresztą było zamknięte, ale właśnie oddalić. I pobiegł sobie przez najgorsze wądoły, najpierw z wału, potem po żwirku, potem znowu w bok, na wał. Nie wiem, co dalej, bo nie widziałam, ale ja bym uciekała w mniej wyszukany sposób…
    Jacek popatrzył na mnie, na okoliczności przyrody, podszedł do skraju przecinki pomiędzy krzakami, a potem zjechał po żwirze w dół.
    - Tak biegł?
    - Chyba tak, ale w tym jestem świadkiem ze słyszenia raczej.
    - I dalej?
    - Dalej prosto, za śmietnikiem w prawo, zobaczyłam go w tym prześwicie, na tle ściany, potem musiał pobiec w górę… - zastanowiłam się. No nie, nie mógł pobiec w górę, bo w górę to by znaczyło, że po stalowej schodni, i wtedy, naspawana czy nie, usłyszałabym go, bo po tej cholernej schodni nie dało się wejść bezszelestnie, dudniła jak bęben w orkiestrze. Czyli jak…? – ale jak wstałam to go nie było, gdzieś musiał…
    Jacek czekał chwilę w nadziei, że cokolwiek więcej z siebie wykrzeszę, a potem podszedł do kontenera na śmieci.
    - Jeśli nie wbiegł na górę, a skręcił w prawo, to co mógł jeszcze zrobić? – zapytał retorycznie. Malujący napis na burcie Wolnej Soboty Jędruś popatrzył na niego z namysłem.
    - No nie wiem. – oświadczył z poziomu przyziemia. – Obiec hangar?
    Jacek odskoczył, bo chyba nie spodziewał się, ze przemówi do niego cos na wysokości jego kolana, przyjrzał się skupionemu Jędrusiowi, po czym stanowczym krokiem ruszył w stronę narożnika hangaru. Zanim zdążyłam zareagować, przelazł wzdłuż jego szczytowej ściany i skręcił za róg.
    Jędruś odprowadził go spokojnym, zamyślonym spojrzeniem i z namaszczeniem zanurzył pędzel w farbie. Ja wystartowałam o jakieś dwie sekundy za późno.
    Trzask i przekleństwo usłyszałam dokładnie w chwili, kiedy dopadałam ścieżki za hangarem. Jacek, w dość niepewnej pozycji tkwił z jedna nogą gdzieś mocno w dole, oparty o ścianę i chyba zbyt zaskoczony, żeby się ruszyć.
    - No bo czemu tu łazisz i nie patrzysz pod nogi. – warknęłam w irytacją. – Nic sobie nie zrobiłeś?
    - Nie… - oparł się o mnie i wyszarpnął nogę spomiędzy desek. Syknął, choć chyba bardziej z żalu nad spodniami, niż bólu. – Co to za pułapki? – z zaciekawieniem obejrzał wyłożona deskami ścieżkę, która naprawdę wyglądała jak lity grunt z dechą na wierzchu i tylko wtajemniczeni wiedzieli, ze grunt nie jest lity, a deski z czasem murszeją.
    - Nie żadne pułapki, tylko na grach harcerskich chłopaki znaleźli bombę lotniczą i saperzy wybrali stąd trochę gruntu, żeby ja wykopać. Nikt nie zakopał, bo nikt tędy nie chodzi, położyliśmy deski, żeby Marlena nie wpadła.
    - No to chyba tędy nie szedł… - Jacek nachylił się i obejrzał złamaną deskę nad dołem.
    Zanim zdążyłam się odezwać, z wnętrza hangaru, a staliśmy tuz pod oknem, doleciał nas straszliwy hałas, trzask, łomot, przekleństwa na dwa głosy, a na dodatek gwałtownie rozszczekała się Marlena. Przez okno, zasłonięte dla bezpieczeństwa krata i siatką, a także grubą warstwą wieloletniego brudu utrwalonego oparami wszystkich używanych tu od lat farb i rozpuszczalników, nic nie było widać, zawróciłam więc i zostawiając Jacka nad dziurą, pobiegłam do wejścia.
    Razem ze mną do hangaru kopnęli się w zasadzie wszyscy pracujący na zewnątrz, ale chwilowo nie mogliśmy wejść, bo wewnątrz nie tylko unosił się kurz i pył, ale i coś się kłębiło przy samym wejściu. To cos próbowali rozdzielać Bogdan z Rysiem, udało się dopiero wtedy, kiedy w środku jeszcze raz cos straszliwie zadźwięczało i z kłębowiska wyprysnął Kuba, wrzeszcząc:
    - Zsuwa się, zsuwa się! – a za nim natychmiast poderwał się z podłogi równie spanikowany Prezes, prawie podcinając mi nogi. Obaj wyraźnie naprawdę przerwodbiegli niemal pod topole.
    Bogdan ostrożnie zajrzał do wnętrza hangaru i odskoczył, kiedy cos w środku, całkiem jak ten ostatni talerz ze stosu albo ostatni kawałek przewróconej zbroi, zdecydowało się z ostatecznym akcentem perkusyjnym huknąć o podłogę. Plecami wpadł na coraz bardziej oszołomionego Jacka, a jednocześnie Rysio stanowczo odciągnął Marlene od niebezpiecznych drzwi, które od dobrej chwili histerycznie oszczekiwała.
    Zapadła cisza.
    Zrobiłam ostrożnie krok do przodu i zajrzałam. Za nic nie umiałam sobie przypomnieć, co w prawym hangarze mogłoby wywołać takie efekty, stały tam w zasadzie nasze kanapy i szafki na ubrania, a z osprzętu tylko kratownica pod sufitem, normalnie wypakowania masztami, bomami i innym takielunkiem sztywnym, oraz worami na żagle i liny. Przez chwile nie rozumiałam, co widzę, ponieważ pomieszczenie, w tej chwili oświetlone tylko zamalowanym i zakratowanym oknem, wyglądało tak, jakby zawalił mu się dach. Dach jednak spokojnie tkwił na miejscu i potrzebowałam dobrej chwili – i Bogdan z Rysiem chyba też – żeby zrozumieć, co mamy przed sobą.


    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • berrin 06.06.17, 11:46
    I c.d, co sie nie zmiesciło ze względu na jakieś ograniczenie max. długości wpisu.

    Kratownica, zespawana przez mojego ojca i Zbyszka z prętów zbrojeniowych może bez szczególnej dbałości o kąty proste, za to metodą „wszystko do wszystkiego” stanowiła bez mała monolit nie do ruszenia. Od dobrych dwudziestu lat tkwiła pod sufitem, wisząc najpierw na ośmiu, potem na siedmiu odciągach, bo środkowy przedni już w roku jej zamontowania wypadł razem z hakiem sufitowym, zakotwionym bez sensu w blasze dachu zamiast w belce stropowej. Stanowiła bezcenną przestrzeń magazynową i wizualną atrakcję, dzięki której zbiórki drużyn harcerskich mogły się tu odbywać w odpowiednich dekoracjach. Płytkie nurki z klubu, korzystające czasami z części pomieszczeń HOWu, wieszały na niej butle tlenowe, zewsząd dyndały liny, a do tego zawieszaliśmy tutaj świeżo malowane pagaje, pychy i bosaki.
    Teraz jednak kratownica wisiała dziwnie – jakoś skośnie, jak rozdarte od spodu pudło. Wszystko, co leżało na jej lewej części, zjechało w dół, omegowe maszty, bomy, wielki grotmaszt z gaflem Białego Słonia, oba kuse, ale nadrabiające grubością profilu maszty Konsensusa, wszystko to wysunęło się na ziemię, opierając o podłogę hangaru albo spadając na nią. Kiedy opadła reszta pyłu, a oczy przyzwyczaiły mi się do kiepskiego światła, Bogdan wskazał lewy narożnik pod sufitem hangaru.
    - Wyleciały haki odciągu. – powiedział spokojnie. – cholera… cała lewa strona poszła.
    Jacek przepchnął się pomiędzy nami i ostrożnie wszedł do środka. Oboje z Bogdanem złapaliśmy go za kurtkę, ale okazało się, że na szczęście nie ma w planach podchodzenia pod ten nawis inflacyjny, grożący w każdej chwili oberwaniem kolejnych odciągów i ostateczna katastrofą.
    - Ktoś był w środku, kiedy to walnęło? – zapytał, odwracając się do nas.
    - Ci dwaj idioci. – Bogdan machnął ręką gdzieś w stronę śmietnika. Kuba, który w międzyczasie odważył się wrócić na miejsce zdarzenia, cofnął się teraz gwałtownie. – Cóżeś narobił, durniu?
    Pod samą ścianą leżały wory z żaglami, spadły jako pierwsze i reszta aluminiowego i drewnianego osprzętu częściowa walnęła o nie, dzięki czemu była szansa, że nie pogięły się całkowicie. Kuba zrobił gwałtowny wypad do przodu i wyciągnął spomiędzy nich długi, wąski przedmiot, zirytowany Bogdan złapał go za rękę, a Jacek delikatnie i ostrożnie przechwycił tę rzecz.
    Po czym stanął, patrząc na przedmiot odebrany Kubie z mina, z jaka chyba jeszcze nigdy w historii żaden policjant nie patrzył na swoje znalezisko. Podniósł przedmiot bliżej oczu.
    - Szpada z funduszu patriotycznego o wartości 50 gwinei – odczytał osłupiałym tonem nieco niestaranny grawerunek wzdłuż potwornie długiej klingi.

    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • asia.sthm 06.06.17, 13:04
    Tak obrazowo piszesz, ze w oczach stoi.
    Cuuuuuudo.
    Zawsze jak Marlena zaszczeka to ja sie zdziwie. Czyli zamierzony efekt osiagasz za kazdym razem. big_grin
    Gdyby zapalila papierosa mniej bym sie zdziwila.

    --
    po prostu, prosto z mostu...
  • berrin 06.06.17, 13:11
    Wycieło mi kawalątek tekstu, winno być:
    edit:
    ".... z kłębowiska wyprysnął Kuba, wrzeszcząc:
    - Zsuwa się, zsuwa się! – a za nim natychmiast poderwał się z podłogi równie spanikowany Prezes, prawie podcinając mi nogi. Obaj, wyraźnie naprawdę przerażeni zjawiskiem, odbiegli niemal pod topole."

    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • eulalija 06.06.17, 13:11
    Tkwiąca we mnie zodiakalna stara lwica uwielbia takie prezenty.
    Mniam.
    Berrin a co u Lisa Okazałego?

    --
    Szajka bez końca
  • berrin 06.06.17, 13:17
    Stabilnie źle.
    Sytuacja jest tego rodzaju, że wiemy, ze nie będzie lepiej i bardzo pragniemy to stabilne źle zachować jak najdłużej. Lis to twardy zawodnik.
    Ja się staram nie zwariować ze strachu, wychodzi mi umiarkowanie.

    Zodiakalna stara lwica, hi hi smile . Głaskam lwicę smile

    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • koszmarna.baba 06.06.17, 21:22
    Berrin - jesteś BOSSSKA i jak to dobrze, że piszesz! kiss
    A kiedy będzie to można kupić wydane legalnym drukiem?

    --
    Nigdy nie zalewaj smutków, cholery umieją pływać!!!
  • berrin 07.06.17, 06:36
    To jest "wydawnictwo wyłącznie do użytku wewnątrzorganizacyjnego. 😉

    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • bluzeczka.zamszowa 07.06.17, 07:01
    eulalija napisała:

    > Tkwiąca we mnie zodiakalna stara lwica uwielbia takie prezenty.
    > Mniam.

    Cześć Eulalijo, tkwiąca we mnie zodiakalna stara lwica uwielbia takie wiadomości! 👍





    --
    Jak błazenkowie mali
    Słówko się z słówkiem cacka
    To jęzor mu wywali,
    To szczypnie je znienacka
  • berrin 07.06.17, 10:12
    Miniporcyjka na dziś.

    - Znalazła się? – wyrwało mi się niepotrzebnie.
    Wyraz twarzy Jacka był taki, że Bogdan, mimo, że zirytowany w najwyższej mierze tak na Kubę i Prezesa, jak i na fakt katastrofy w hangarze, wyraźnie uznał, ze powinien udzielić jakichś wyjaśnień.
    - To taki… rekwizyt. – powiedział po namyśle.
    - Oddaj mi to, to moje. – powiedział jednocześnie Kuba. – Ja to dostałem.
    - Od funduszu patriotycznego…?
    - Tak. Nie. Wszystko jedno. Oddaj mi to – w Kubie wyraźnie zmagały się dwie wewnętrzne potrzeby – pragnienie odzyskania szpady z chęcią zwiania stąd jak najdalej, zanim Bogdan i Rysio zażądają wyjaśnień. Sięgnął stanowczo po broń białą, którą Jacek w zasadzie bez oporu pozwolił sobie wyjąc z ręki, ale wtedy wkurzony do najwyższych granic Rysio ruszył do ataku.
    - Coście tu robili, ofiary batalionowe, wlazłeś tam, czy jak?!
    Kuba osłonił się szpadą.
    - Ja nie właziłem. – odrzekł pospiesznie.
    - To coście tu robili, jeszcze nie czas na taklowanie?!
    - Wlazłeś tam? – powtórzył pytanie Bogdan bardzo spokojnym tonem. Kuba popatrzył na niego i mocniej przytulił do piersi szpadę.
    - Przecież mówię, że nie właziłem!
    - Ten drugi idiota tam wlazł?
    Kuba dyplomatycznie milczał. Bogdan popatrzył na nas, na zwisającą krzywo kratownicę i wzruszył ramionami.
    - Trzeba to będzie jakoś podeprzeć, zanim wyrwie resztę haków. I pozdejmować osprzęt.
    - Rury hydrauliczne tam widziałem, mocne, powinny wystarczyć na długość… - Jacek zdjął kurtkę, położył ją na fotelu przy samych drzwiach i razem z Bogdanem wleźli pod niebezpieczny nawis. Sama bym wlazła, ale Rysio, zawsze szarmancki wobec dam, stanowczo przytrzymał mnie za rękaw.
    - Ty lepiej złap tego drugiego debila, żeby więcej szkody nie narobili. Głowę dam, ze wleźli, od rana tylko markowali robotę, tylko patrzyli, żeby tu nikogo nie było.
    - Tu by trzeba podeprzeć i jeszcze tam, gęsto są te pręty to się ta rura zablokuje pomiędzy… - mówił jednocześnie Jacek. – Tylko co, najpierw podeprzeć? Czy najpierw pozdejmować?
    - Cholera, dla bezpieczeństwa lepiej byłoby najpierw podeprzeć, bo jak zaczniemy te maszty wywlekać, to jeszcze się następne haki wyrwą… Ale tak ze szpejami, one ciężkie, trudno będzie…
    - Widziałem paru silnych.
    - Janka, zawołaj Jędrusia i Długiego… dzieciaki, won stąd, wszyscy nieletni wynocha…
    Wyszłam przed hangar, przeganiając przed sobą całą nieletnią ekipę, bardzo liczną, bardzo zaangażowaną i bardzo niechętną pozbawieniu ich udziału w dalszej imprezie. Marlena, nadal zjeżona i z uszami do tyłu, pomrukiwała cos niepochlebnego z bezpiecznej miejscówki pod GAZ-ikiem Długiego, Prezes i Kuba konferowali pod śmietnikiem. Znalazłam Jędrusia, z kamiennym spokojem przeszukującego stertę złomu ewidentnie w poszukiwaniu stosownego dźwigara, przekazałam mu wezwanie Bogdana i podeszłam do panów ze szpadą.
    - Co się tam stało? Sami tam byliście?
    - Sami. – niechętnie przytaknął Prezes, wciąż wyraźnie niepewny, czy w ogóle przyznawać się do wejścia dziś do hangaru. Wyprzeć się nie dało. – Wlazłem na kratownicę, żeby wyciągnąć szpadę, zrzuciłem ją na dół i jak zeskakiwałem, oberwał się skrajny hak, aż dźwięknęło, i zanim cokolwiek, to zobaczyliśmy, że obrywają się dwa pozostałe i wszystko leci i już tylko spieprzaliśmy. Cholera, tyle razy człowiek tam właził i nic…
    Kuba, jeszcze mniej rozmowny, czule piastował szpadę. Faktycznie, była jego niezaprzeczalną własnością, dostał ją w prezencie cztery sezony temu ode mnie i od Anki, same ją zresztą własnoręcznie wykonałyśmy w przerwie międzyremontowej, kiedy pierwsza warstwa poliuretanu na kadłubie naszej Omegi jeszcze się nie nadawała do szlifowania i miałyśmy przestój roboczy. Użyłyśmy pięknego,hartowanego, stalowego pręta, mahoniowych resztek po układaniu pokładu na Barance, blachy aluminiowej, ozdobnego sznura od zasłon i kilku innych utensyliów z odzysku. Efekt przerósł oczekiwania, a jedynym powodem, dla którego wzięłyśmy się wtedy za konstruowanie szpady było, jak łatwo zgadnąć, wejście w posiadanie rzeczonego pręta i paląca potrzeba, żeby do czegoś go użyć. Następnie dokonałyśmy metoda trawienia grawerunku na klindze, ponieważ nie wydawało nam się właściwe wręczenie tego rodzaju prezentu bez stosownej dedykacji… Szpada okazała się zresztą dla Kuby za długa, nie był w stanie, mimo swego niepośledniego wzrostu, dobywać jej za jednym zamachem i musiał ją wyciągać z pochwy na raty, co nieco odbierało bojowości i stanowczości samemu gestowi, ale wszelkie propozycje skrócenia półtorametrowej klingi traktował co najmniej jak zamach na swą męskość.
    Następnie Kuba szpadę zgubił. Była na Mazurach, pływała na Białym Słoniu, przeszkadzając wszystkim straszliwie, wróciła na nim na holu z Mazur na Zegrze i z Zegrza na HOW, a następnie zniknęła. Kuba podejrzewał wszystkich, szukał jej po całym HOWie, pojechał na Zegrze i grzebał w rzeczach, które, niewarte transportu do Warszawy, pozostały na szalandzie w Załubicach i cierpiał straszliwie, świadom, ze drugiej takiej szpady nigdy już nie będzie miał.
    No i teraz ją znaleźli…


    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • gat45 07.06.17, 10:37
    Jak Ty to robisz, że to samo płynie ? Żeglarskie umiejętności wykorzystujesz ?
    W każdym razie dzięki. Fajnie się tak podelektować małe conieco na drugie śniadanko.
  • balamuk 07.06.17, 11:11
    Gatu, sama napisałaś, że Berrin pisze tak, jak oddycha. smile
    Ja na samym początku wpadłam w podziw i nic nie zapowiada, żebym mogła z niego wyjść. No to siedzę cichutko i jest mi dobrze.
    Dziękuję, Berrin. smile
  • bluzeczka.zamszowa 07.06.17, 11:32
    balamuk napisała:

    > Gatu, sama napisałaś, że Berrin pisze tak, jakk oddycha.
    > Dziękuję, Berrin. smile
    Berrin, wysnuwasz z siebie słowa z szybkością światła.
    Tak, wysnuwasz, widziałam kiedyś pająka tworzącego cudownej urody pajęczynę, on ją z siebie wysnuwał!
    Jestem pełna podziwu dla Ciebie!
    Nieodwołalnie jednak rodzi się pytanie: Dlaczego osoba tak utalentowana buja się w firmie z przepisami prawa jakiegoś tam?
    Twoja mama ma rację, jeżeli masz jakieś zaplecze finansowe, to wzorem Guruy pisz!
    Będę kupować Twoje książki!
    Zachęcam!




    --
    Gdy coś mnie nadto wzruszy
    Lub serce me podrażni
    Chowam się aż po uszy
    Do swojej wyobraźni
  • berrin 07.06.17, 14:08
    Nie mam zaplecza. Podstawą mojej egzystencji jest walka z ustrojem prawnym RP w urzędzie państwowym toczona. W sensie że legalnie ja toczę...


    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • bluzeczka.zamszowa 08.06.17, 07:54
    Mierz siły na zamiary...
    Berrin, Twój talent się nie może zmarować!
    Pamiętaj, Najwyższa Istota kierująca losami świata tego sama wybiera tych, których obdarza talentem!
    Jesteś w kropie, musisz coś z tym zrobić!


    --
    Wszędzie wlezie, wszędzie dotrze,
    Deprawuje dzieci młodsze.
    To rzecz w Polsce niesłychana:
    Nie chcą wierzyć już w bociana!
  • gat45 07.06.17, 15:36
    balamuk napisała:

    > Gatu, sama napisałaś, że Berrin pisze tak, jak oddycha. smile

    No ale skąd miałam wiedzieć, że ona oddycha także pod wodą ? Syrena nasza....
    Syrena, chociaż "Pstrąga" też podtrzymuję.
  • asia.sthm 07.06.17, 10:42
    O, az mi sie calkiem dobrze zrobilo. Balsamek na homor big_grin
    tralala

    --
    Gdyby nos Kleopatry był trochę krótszy, cały świat wyglądałby inaczej.
  • asia.sthm 07.06.17, 10:44
    Horror z humorem sam sie pomieszal - to nie ja, ja bylam piatkowa uczennica big_grin

    --
    - Jezusicku, Jendrek, psecie ty mas ciupaske w plecach!
  • berrin 07.06.17, 11:12
    A wszystko w powodu szpady od funduszu patriotycznego (o wartości 50 gwinei) smile

    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • balamuk 07.06.17, 11:31
    Ja przeczytałam "balsamek na honor", do szpady i funduszu pasuje jak ulał. wink
  • asia.sthm 07.06.17, 11:35
    No wlasnie. oto przyklad jak wyborna literatura dziala na wrazliwego czytelnika. big_grin

    --
    Stop! Latać tylko prawą stroną
  • minerwamcg 08.06.17, 14:43
    Szpada rulez, taka więcej dla Portosa smile

    --
    Nawet na północy Grenlandii słońce kiedyś wschodzi. I należy to koniecznie wziąć pod uwagę.
  • berrin 08.06.17, 17:09
    Szpada miała niesportową dlugoszcza, bo czyniąc ją, nie dopasowalysmy długości pręta. Kuba miał 196 cm, a mimo to nie starczalo mu ręki, żeby tego potwora dobywac...


    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • balamuk 08.06.17, 17:42
    Mogę zapytać? A zapytam: czy wy tam macie kuźnię???
  • berrin 08.06.17, 17:46
    Nie 😀😀😀😀😀😀
    Pręt był gotowy. Żaden ze mnie miecznik/płatnerz, poszłyśmy wtedy trochę na łatwiznę. To właśnie zaistnienie pręta spowodowało nasz pęd ku uzbrojeniu Kuby.
    Miałyśmy stolarnię, tokarnię, zapał, resztki rozmaitych materiałów i głupawkę...

    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • balamuk 08.06.17, 17:50
    Ufff. To w porządku. Bo już miałam wizję dwóch damskich Hefajstosów. big_grin
  • berrin 08.06.17, 17:53
    Jeden z naszych kolegów, mając rulon wykladziny typu filc bez podkładu, stworzył niemal manufakturę kapeluszy typu bicorn i tricorn. Odpowiedni czarny albo granatowy kolor nadawał wibrą do barwienia skóry.
    A jako zdobne galony najlepiej sprawdzały się sznury do upinania zasłon.

    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • berrin 08.06.17, 17:57
    A ja osobiście stworzyłam stelarz do krynoliny z drutu sprężystego fi 2 mm, samą krynolinę szyłysmy z materialu propagandowego na transparenty pierwszomajowe, a gorset byl z wielokrotnie przeszytych na owerlocku bandaży elastycznych i fiszbin z płaskownikow stalowych.
    Ech, szalona młodość...

    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • gat45 08.06.17, 18:14
    Bandaże mi to przypomniały... Otóż od dziecka nienawidziłam całym swoim jestestwem zabaw typu potańcówka. Bywszy w trzecim oddziale szkoły powszechnej na doroczną choinkę przebrałam się za wychodek wiejski, ale o tym już chyba opowiadałam. W klasie terminalnej zaś (tak się zwie maturalna w autochtońskich liceach) na odpowiednik przebieranej studniówki przebrałam się za mumię. Koleżeństwo zawinęło mnie bandażami od stóp do głów z małym okienkiem na twarz. Plus drewniana podkładka od kręgu zwanego atlasem do kości ogonowej, bo stwierdzono komisyjnie, że mumia się nie ma prawa gibać i ma być sztywna. Przebieranie się nastąpiło tak blisko miejsca zabawy, jak tylko było możliwe, ale i tak przez te dwie stacje metra i na ulicy wywołaliśmy niezłą sensację. Na salę balową zostałam uroczyście wniesiona i położona na kilku krzesłach ustawionych szeregowo. Efekt był piorunujący, no i nie ryzykowałam, że ktoś mnie poprosi do tańca. Wytrzymałam w tym więzieniu godzinę i zaczęłam się gwałtownie domagać uwolnienia. Rozwijało mnie kilkanaście osób, bandaże tańczyły w charakterze serpentyn, a ja nie mogłam sobie przypomnieć, co z siebie zdjęłam, a co z ubrania mi zostało przed zapakowaniem sad Że koszulkę u góry miałam, to pamiętałam, ale co z dołem???? Odetchnęłam, ujrzawszy pasek od dżinsów. Niestety drogę powrotną musiałam pokonać boso.
  • berrin 08.06.17, 18:45
    Och mumia,
    , wspanialy strój taneczny!!!. Mogła byc wszak mumią np. królowej Egiptu!
    Rozumiem, bo cierpiałam na podobną niechęć tańczeniowo-przebierankową. Przeszło mi (tylko w zakresie przebierania i tylko do pewnego stopnia) jako osobie zupelnie dorosłej, kiedy na Orkonie (do wygooglania 😉) zostałam etatową zielarką.
    Potem juz solennie szyłam sobie stroje, zwykle tupu "wikińskiej kobiety" (prosta suknia i fartuch na szelkach) jako a to matka przełożona pielęgniarek szpitala wojskowego, a to pani sekretarz arcykapłana...
    A i tak wolę przebierać Osobistego, np. za Pana Gąsienicę.

    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • balamuk 08.06.17, 18:54
    Dobrze, że nie miałaś w trakcie sensacji żołądkowych, nic by cię nie uratowało... wink
    Też mi się zaczęły otwierać pudełeczka z pamięcią. Też kiedyś miałam uszyć gorset, też zamierzałam wykorzystać płaskowniki (na bandaże nie wpadłam, miały być trzy przeszywane warstwy mocnego płótna), na szczęście udało się pożyczyć w zaprzyjaźnionym teatrze i ocalałam.
    Ale już kiecę dla tancerki flamenco szyłam. I męską szlafmycę. Faktycznie, co za czasy...
  • asia.sthm 09.06.17, 09:11
    Taaaaa, Gatu ten wychodek miejski utkwil mi w pamieci na do konca swiata. I to pukanie chetnych kawalerow proszacych do tanca, a ty: - Zajete!


    Znowu turlam sie ze smiechu. Mumia nie ma tu szans, choc sie stara big_grin
    Ja kiedys na przebierance wystapilam w prawdziwym sari, upietym na mnie przez wlascicielke. Calkiem wygodne, tylko w toalecie trzeba sie drogi do majtek naszukac i bardzo uwazac zeby nie popsuc kreacji. Wymaga treningu.

    --
    - Jezusicku, Jendrek, psecie ty mas ciupaske w plecach!
  • gat45 09.06.17, 09:26
    Wiejski, Asiu, wiejski on był. Taki z serduszkiem wyciętym u góry drzwi. Wychodki miejskie mają mniej uroku.
  • asia.sthm 09.06.17, 09:45
    No oczywiscie ze wiejski, serduszko dobrze pamietam.
    Nie wiem kto mi tu bledy robi - naprawde, jakis wirus mi w lapku siedzi. Nie tylko ortografy produkuje, ale i merytoryczne sabotaze tez lubi.

    --
    - Jezusicku, Jendrek, psecie ty mas ciupaske w plecach!
  • franula 09.06.17, 10:23
    czy ja mogę poprosić opowieść o wiejskim wychodku one more time?
    wietrzę (hm?) cudo a wyszukiwarka forumowa wyjątkowo mnie nie lubi...
  • berrin 09.06.17, 10:33
    albo podlinkowie?

    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • asia.sthm 09.06.17, 10:49
    Strasznie zaluje, ze juz zabilam gwozdz anegdotki, wybaczcie! i niech Gat wybaczy!

    Wyszukiwarka znow popsuta! Gatu ratuj, gdzie ten wychodek?

    --
    Gdyby nos Kleopatry był trochę krótszy, cały świat wyglądałby inaczej.
  • asia.sthm 09.06.17, 10:59
    Mam!!!! ja sie nie poddaje


    gat45 13.02.15, 15:38
    To ja się przebiorę za Studnię Przodków.
    Wieku lat 10-ciu wygrałam szkolny konkurs na gwiazdkowego przebierańca : przebrałam się za wiejski wychodek. Rodzice akurat kupili taką wielką lodówkę i z ich pomocą wymalowaliśmy karton w imitację desek, unicestwiliśmy górne i dolne dekielki,na froncie miałam wyrżnięte drzwi z obowiązkowym serduszkiem, a od środka dwa uchwyty - z tego stroju wystawał mi łeb i nóżki do kostek. Ojciec zapalił się do mojego pomysłu, ale Mama pomagała niechętnie, bo chciała mnie za wróżkę albo innego motylka.
    A ja miałam najlepszy bal w życiu : mój kostium pozwalał usiąść na krzesełku z książką, a kiedy ktoś pukał, żeby mnie zaprosić do tańca, odpowiadałam "zajęte".
    ****************************************************************

    A tu caly, slawny watek do pekniecia ze smiechu:

    forum.gazeta.pl/forum/w,14722,156529263,156529263,200000.html?s=1&so=2
    --
    - Jezusicku, Jendrek, psecie ty mas ciupaske w plecach!
  • bluzeczka.zamszowa 10.06.17, 18:23
    gat45 napisała:

    > Bandaże mi to przypomniały
    Odetchnę
    > łam, ujrzawszy pasek od dżinsów. Niestety drogę powrotną musiałam pokonać boso.
    >
    Gatu, wiejski wychodek i usztywniona mumia!
    Szał ciał i uprzęży!
    Wobec powyższych przyjście Lilki do szkoły w pidżamie (Słoneczniki Haliny Snopkiewicz) jest drobiażdżkiem niegodnym wzmianki!
    Zazdroszczę Ci fantazji!

    Pamiętam z lat studenckich, jak jeden chłopak konsekwentnie przebrany był z okazji juwenaliów, pochodu pierwszomajowego i in. w więzienne pasiaki. Chudy był, przygarbiony tak, że rękami prawie sięgał podłoża, poruszał się szurając strasznie nogami i w ogóle wycieńczenie z niego emanowało.
    Na pasiaku miał plakietkę: Więzień obozu naukowego!
    Pozdrawiam Ciebie, Tubylca i P. T.


    --
    Jak błazenkowie mali
    Słówko się z słówkiem cacka
    To jęzor mu wywali,
    To szczypnie je znienacka
  • minerwamcg 10.06.17, 20:45
    Mój zaprzyjaźniony scenograf w studenckich latach ubrał się na bal w nogę od manekina. Nóżka była upiłowana na wysokości tyłka, pusta w środku - więc pomalował ją na zielono i nasadził na głowę.

    --
    Nawet na północy Grenlandii słońce kiedyś wschodzi. I należy to koniecznie wziąć pod uwagę.
  • berrin 13.06.17, 11:39
    Troszke na lepszy nastrój:

    - Schowaj ją i chodźcie pomagać. – zaproponowałam. Kuba łypnął na mnie podejrzliwie i oddalił się w stronę Consensusa, a Prezes całkiem rozsądnie pokręcił głową.
    - Rysio nas pozabija, jak podejdziemy. Rany, Anka po tym łaziła, Zbyszek łaził, a popatrz, trzasnęło akurat, jak myśmy wleźli…
    Zerknęłam w stronę wrót hangaru, gdzie plecami do nas, podtrzymując podawane przez Jędrusia dźwigary z rur hydraulicznych, utkwił Zbyszek.
    Miał imponujące równoleżniki i znakomity ciężar właściwy i, jak zawsze podkreślał, jego materia była upakowana bez zbędnych luzów - w efekcie wcale nie był gruby, ale uginały się pod nim burty nawet pełnomorskich jachtów, zresztą słusznie, bo jako pierwszemu sekretarzowi pezetżetu naprawdę należał mu się szacunek. Bożenka, jego żona, uparcie próbowała go odchudzać ze względu na coraz bardziej odmawiające współpracy stawy biodrowe małżonka, ale Zbyszek, w domu posłusznie spożywający brokuły i biały ser, na wszelkich wyjazdach, a tych z racji pełnionej funkcji zaliczał całą masę, chętnie dawał się częstować pokarmem bardziej wysokokalorycznym i nadal pozostawał upakowany materią bez zbędnych luzów.
    - Kiedy łaził? – zapytałam, kiedy dotarł do mnie cały sens wypowiedzi Prezesa. Jakoś nie mogłam sobie zwizualizować Zbyszka na kratownicy, choć w zasadzie nie wiem czemu, skoro przecież jako dziecię niewinne oglądałam go na pertach Pogorii. No, może kluczowe było to, że dziecięciem niewinnym byłam dobre piętnaście lat wcześniej i wtedy nawet mój własny ojciec popylał po wantach jak młody lemur.
    - Dziś z rana. Jak glinowie pojechali.
    - Bożena go zabije…
    - Zauważyłem go, bo myśmy… tego…
    - Od rana tam czatowali, aż nikogo nie będzie.
    - Właśnie. I widzieliśmy, ze właził, strasznie zły był, i aż się zdziwiłem, ze wepchnął się sam, bo przecież jakby powiedział, ze mu co potrzebne, to każdy by mu poszukał.
    - A… czego szukał?
    - Nie wiem, ale klął, ze idioci sztauowali…
    Akurat przy jesiennym zapełnianiu kratownicy sprzętem nie byłam obecna, bo hol wiślany, przedsięwzięty przez nas z przyczyn obiektywnych dopiero 2 listopada, zakończył się dla mnie zapaleniem płuc z powikłaniami i wstałam z łoża boleści dopiero na początku grudnia. Rzeczy do upchania faktycznie mieliśmy tym razem trochę więcej, bo starsza szalanda w Załubicach niestety osiadła na dnie z zalaną ładownią i przestrzeń magazynowa nieco nam się znienacka skurczyła. W efekcie tym razem nasz uroczy pawlacz spawany z grzebieniówki musiał pomieścić znacznie większy ciężar i wyglądało na to, ze sztauerzy przesadzili.
    Kuba wrócił – bez szpady - i na polecenie Jędrusia zaczął wydobywać z pomieszczeń magazynowych kolejne elementy stalowe, możliwe do użycia jako słupy nośne. Prezes, rozejrzawszy się za lżejsza praca, żadnej nie dostrzegł, więc z westchnieniem ruszył na pomoc koledze. Bezczelnie założyłam, ze jest to praca typowo męska, zostawiłam ich przy niej i wróciłam do wnętrza.
    Jacek i Bogdan, już doskonale zaprzyjaźnieni, ustawiali właśnie drugą rurę, klinując jej wierzchołek pomiędzy najgęściej upakowanymi poprzecznymi prętami. Niestety, aby ustawić ją pionowo i tym samym uzyskać najkorzystniejszy rozkład sił, musieli jakoś unieść całość ciężaru podpieranego stropu o skromne piętnaście centymetrów – a na moje oko oznaczało to, ze muszą jakimś cudem dźwignąć osiemset kilo. Twardzi byli i wyglądało na to, że zanim ulegną fizyce, doprowadzą się do ostatecznego wyczerpania.
    Poszłam do Jurka, owocnie zajętego przycinaniem deszczułek, mających ustabilizować dźwigary od dołu. Krajzega wyła rozpaczliwie i musiałam przeczekać dobre cztery metry bieżące drewna, zanim stolarz mnie zauważył.
    - Panie Jurku, gdzie są podnośniki od robura?
    Jurek odłożył na bok elegancko przyciętą łatę sosnową, poprawił wiecznie zsuwające mu się z nosa okulary i pomyślał chwile.
    - Z tyłu. W zielonym magazynie.
    - Potrzebne będą.
    - Chodź, sama nie wyciągniesz…
    W efekcie sama doprowadziłam się niemal do wyczerpania, wywlekając spod licznych skrzyń, części do silników oraz jednego niemal kompletnego pięćdziesięciokonnego volvo-penta dwa potężne, przemysłowe lewarki, które pozostały nam na stanie po skasowaniu na początku ubiegłego sezonu naszego ciężarowego wozu dostawczego marki robur. Na szczęście wywleczone na płaski grunt nie stawiały dalszego oporu i na potwornie zgrzytających kółeczkach dały się zawlec na teren akcji ratunkowej.
    - Hej! – ryknęłam w stronę dwójki inżynierskiej, która straszliwie stękając po raz kolejny próbowała dokonać niemożliwego – Ruptury dostaniecie!
    Bogdan odwrócił się w moją stronę ze spojrzeniem urażonej sarny, za to Jacek, widać – może z racji zawodu – odporniejszy, bardzo się ucieszył.
    - Czekaj, zostaw to, Janka ma rację, podnośnikiem będzie idealnie. Jedną rurą podniesiemy całość na lewarku, ustawimy dźwigary i opuścimy na nie kratę. A w razie czego będzie można poprawić.
    Bogdan przez chwilę wyglądał jak wcielenie politechnicznej urazy, ponieważ mimo niewątpliwie wielu szlachetnych cech charakteru nie lubił, kiedy ktoś obok, czy wręcz zamiast niego prezentował śmiałe inżynierskie podejście do problemu. Za to Jacek zabrał mi oba lewarki, zazgrzytał jednym aż żeby zabolały, i zaciekawił się mocno.
    - Czy one w wodzie leżały, ze tak wyglądają?
    - Dwa tygodnie, owszem. Zanim zdołaliśmy dostać się do zatopionej ciężarówki.
    Jacek obejrzał oba jeszcze raz, zazgrzytał nieco łagodniej i ciszej drugim, zdecydował się na ten mniej zardzewiały i powlókł go pod ścianę w głębi. Bogdan zdecydował się przełknąć urażoną dumę, tym bardziej że Jacek, osobnik poznany przez niego pół godziny wcześniej, wyraźnie prezentował ukierunkowanie na rozwiązanie zadania, a nie na lans.
    - To może weźmy tę najkrótszą, dwa i pól metra, on ja podniesie na półtora w górę i wystarczy. – zaproponował konkretnie. Jacek skinął głową.
    Przestrzeń hangaru wypełnił straszliwy, wysoki, świdrujący zgrzyt. Wycofałam się na zewnątrz w sam czas, by ujrzeć, jak Marlena, obudzona znienacka czymś tak przerażającym, podrywa się spod GAZ-a na równe łapy, piszczy równie straszliwie jak podnośnik i zwiewa nierównym galopem szukać schronienia pod samym wałem.
    - Było je najpierw nasmarować. – z naganą zauważył Jurek i poszedł do swojej krajzegi.



    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • franula 13.06.17, 14:57
    wszystko jest fajnie ale zaczynam sie gubić w nadmiarze wsobnego jezyka żeglarskiego: szalanda, grzebieniówka, sztauerzty w kolejnych zdaniach
    i co to są równoleżniki w odniesieniu da faceta?!
  • berrin 13.06.17, 15:02
    Sorry!!!

    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • berrin 13.06.17, 15:09
    Zbyszek zawsze podkreśla, że on, jako zeglarz nie ma iles tam w pasie, tylko w rownolezniku.
    Szalanda to taka samobiezna barka na urobek z pogłębiarki, coś, co ma wielką ladownię, poklad i w zasadzie tyle. Te, co już nie popłyną, często robią za przybrzeżne magazyny na wszystko.
    Sztauowac to umieszczac rzeczy w ładowniach (innych punktach jachtu) zgodnie ze sztuką, zeby całość nie fiknęła z powodu przeciążenia z prawej strony na przyklad. Sztauerzy, to ci, co sztaują.
    Grzebieniówka to nie jest termin żeglarski tylko budowlany, to rodzaj pręta zbroojeniowego, nie gładki tylko jakby w poprzeczne żlobienia.

    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • berrin 13.06.17, 15:10
    Obiecuję poprawę...

    --
    Mama mnie uczyła, że z głupich nie wolno się śmiać. Teraz - na stare lata - jestem w totalnej rozterce... (by Kryweg)
  • balamuk 13.06.17, 15:50
    Nooo, poprawiło nastrój. smile
    Równoleżniki też mnie zbiły z tropu, za to resztę tego, co nie wiem, co to takie, sprawdzam sobie z przyjemnością. Lubię nowe słówka, choć to pewnie zboczenie zawodowe. wink
  • gat45 13.06.17, 16:36
    A ja się pochwalę : wszystko zrozumiałam ! Równoleżnik sobie wydedukowałam, z szalandą miałam tylko problem płci (po francusku - ten chaland), a sztauerkę znam osobiście, bo od zawsze wiem, że jestem świetnym sztauerem : Tubylec twierdzi, że ja w żadnej walizce nie zostawiam więcej niż 1mm3 luzu i potem podnieść nie mogę, a co ja kiedyś upakowałam w fiaciku 126 (kolega wracał w ciężkich czasach po rocznym kontrakcie we Francji), to wyglądało, że do TIR-a się nie zmieści. Tylko muszę najpierw okiem ogarnąć cały-calutki ładunek, potem sam mi się w rozumie robi taki trójwymiarowy diagram, uwzględniający kształty i odporność każdego obiektu (żeby to, co by się mogło zmiażdżyć, nie było pod czymś ciężkim itp). Nie wiem, jak mi się to robi, ale się robi. Samo. Już mi mówiono, że za czasów przewozów innych niż kontenerowe, zbiłabym fortunę na tym darze. Niestety spóźniłam się i nie zbiłam sad
  • balamuk 13.06.17, 17:50
    A ja szalandę musiałam sprawdzić, a teraz, skoro napisałaś, że to z fr., to sprawdziłam jeszcze w języku miejscowym - i oczywiście jest. I to w dwóch wariantach: nijakim (czyli w lp rodzaj męski) i żeńskim. Też nie znałam, a teraz znam. Ciekawe, na co mi to. wink
    Umiejętnością pakowania do milimetra, wyrobioną przez lata w wyniku górskich wyjazdów i potrzeby upychania na styk i na dodatek tak, żeby plecak był odpowiednio wyważony, wrobiłam się na zawsze u tutejszej rodziny. Nie tylko standardowo załatwiam bagaże szwagierki, która do walizki wrzuca luzem pól załadunku, a potem patrzy z rozpaczą na taką samą kupę dobra, która leży obok, ale - kiedy trafił się im remont generalny - musiałam racjonalnie zapakować wszystko, co było w domu.
    Nie zwracajcie na mnie uwagi, mój kierownik wrócił po urlopie, normalnie ma ADHD, a po urlopie ADHD do trzeciej potęgi. Już uciekam.
  • asia.sthm 14.06.17, 10:24
    > A ja się pochwalę : wszystko zrozumiałam !

    Ja prawie. Najlatwiej rownoleznik mi poszedl big_grin
    Pakowac tez umiem, organizacja przestrzeni to moja specjalnosc z wyjatkiem nowych zmywarek, niech je cholera wezmie - glupio sa zaprojektowane. Nalezaloby kupowac zmywarke razem z zastawa i garami. Niech ten co zaprojektowal zmywarke dozaprojektuje do niej graty. Zla jestem.

    --
    - Jezusicku, Jendrek, psecie ty mas ciupaske w plecach!
  • se_nka0 16.06.17, 06:41
    Asiu, bo zawsze stare lepsze wink

    Berrin - dzięki za c.d - nie wiem skąd wiedziałam, ale wiedziałam o czym piszesz smile
    Równoleżnik tylko doczytałam.

    --
    ,,Ludzie są po prostu głupsi od kotów. Instynkt zatracili, a myślenie nie przyszło.,, by Horpyna
  • berrin 22.06.17, 10:45
    Jak wspominałam, kobieta to człowiek odporny. Chwyta sie też różnych rzeczy, żeby świat sie do czegos nadawał. C.d. Więc c.d.

    Panowie owocnie pracowali wśród jęku dręczonego podnośnika. Fakt, ze wybrali ten mniej zardzewiały, nie miał wielkiego znaczenia, bo trudno mi było sobie wyobrazić, żeby ten drugi jeszcze bardziej rzęził. Pomyślałam mętnie, ze może w trakcie pracy trochę się przetrze, czy coś i odgłosy złagodnieją, ale Jurek miał rację, było go najpierw choć trochę nasmarować. Marlena uparcie odmawiała opuszczenia bezpiecznej miejscówki pod plandeką Jajecznicy, choć Rysio wabił ją anielskim głosem i świeżo otwartą puszką szprotek smokowanych a ja uznałam, że w zasadzie mogę przez chwilę nie dbać o podniesienie mojej wartości, nie szukać sobie zajęcia, tylko usiąść i pomyśleć. Nie, żeby o czymś konkretnym, ale tak ogólnie dać sobie czas, żeby mnie dogoniło to wszystko, co zostawiałam w tyle za sobą przez cały dzisiejszy skomplikowany dzień.
    Wwiercający się w uszy zgrzyt metalu o metal trochę jednak przeszkadzał myśleć i nie dziwiłam się Marlenie, ze w tych warunkach nie ma apetytu. Z drugiej strony, trudno było oczekiwać lśniącej powierzchni i bezgłośnej pracy od urządzenia, które bez jakiejkolwiek konserwacji najpierw spędziło nie wiadomo ile lat w magazynie kółka rolniczego pod Kozienicami, a potem, równie źle traktowane, jeździło przez kolejną dekadę pod plandeką robura. Wisienką na torcie jego życia zaś, jeśli można tak ująć, było wodowanie Koliberka w czerwcu zeszłego roku…
    Wspomnienie całego zajścia do dziś wywoływało we mnie lekki dreszcz. Prawdę powiedziawszy to, że nikomu nie stało się wtedy nic poważnego, zawdzięczaliśmy jedynie nieprzewidywalnej opaczności wyższej, która uznawszy zapewne, ze ekipa harcerzy postanowiła spektakularnie się pozabijać, uczyniła wszystko, by tym razem złośliwie nam na to nie pozwolić…
    Kowalik był jednym z trzech dwuipółtonowych holowników, jakie trzy wodne drużyny harcerskie okupujące HOW od lat 60-tych miały na wspólnym stanie, bliźniakiem Koliberka i Zimorodka. Zimorodek został szybko zawłaszczony przez któryś z bardziej eleganckich, nieharcerskich klubów żeglarskich znad Wisły, zaś koliberek i Kowalik zgodnie pracowały, co rok wiosną, na początku sezonu, wlokąc długie hole żaglówek na Zegrze a potem na Mazury i pokonując tę samą trasę w przeciwną stronę jesienią. Z biegiem lat hole się wydłużały, drewnianym omegom zaczynały towarzyszyć najpierw zabudowane szalupy, potem pierwsze, wylaminowane na HOWie kabinówki, jak choćby nasza Nadzieja i Zbyszkowa Jajecznica, całość stawała się coraz cięższa i trudniejsza w manewrowaniu aż nadszedł dzień, kiedy oba ptaszki nie były w stanie szarpnąć holu i zamiast nich w zaprzęgu umieszczono Wronę, ruski holownik rzeczny, zdolny chyba przeciągnąć Batorego przez Zatokę Gdańską. Koliberek został w Piszu, gdzie zajmował się owocną pracą na śluzie i kanale, zaś Kowalik wrócił do Warszawy i po tym, jak okazało się, że mocy silnika nie wystarcza mu już nawet na to, żeby pod wiślany prąd pchać samego siebie, stanął na kołkach, przez kilka lat najpierw czekając na obiecany generalny remont, a potem, rozgrzebany i wybebeszony, na szczęśliwe tegoż remontu zakończenie.
    Remont wlókł się jak budowa metra, bo nieustannie brakowało pieniędzy i mocy przerobowych. Do naprawienia wnętrza i maszyny potrzebni byli fachowcy, których nie było, a nawet jak byli, to nie chcieli pracować za darmo, i części zamienne, których nie tylko nie mieliśmy za co kupić, ale także skąd wziąć, ponieważ Kowalik był jednostką bardzo wiekową i od lat nie produkowano już silników takich jak ten, który tkwił w jego głębinach. Wszyscy zatem przyzwyczaili się, że Kowalik jak pomnik ogólnej niemożności stoi pod plandeką w najdalszym rogu placu, a ja sama jako dziecię bawiłam się w jego wnętrznościach w milicjantów i piratów. A potem znienacka prace ruszyły, remont nieoczekiwanie zakończono w lutym zeszłego roku, podobno częściowo ze środków miejskich a częściowo nie wiadomo jakich, zdążyliśmy się ucieszyć, a dwa dni przed wodowaniem nagle się okazało, ze owszem, Kowalik schodzi na wodę, tylko że już nie jest nasz.
    Awantura, jaka wtedy wybuchła w związku z bezprawnym zbyciem mienia harcerskiego przez osoby o wątpliwych pełnomocnictwach na rzecz podejrzanej osoby trzeciej, trwała jednak zaskakująco krótko i właściwie jak teraz o tym myślałam, to nie bardzo rozumiałam, czemu. My, z HOWu, odpuściliśmy łatwo, bo przez te lata, kiedy Kowalik stał na kołkach, zapomnieliśmy, ze on w ogóle jest nam potrzebny, zresztą sporo ludzi w moim wieku albo młodszych w ogóle nie miało prawa pamiętać go na wodzie i przy pracy. Tylko dlaczego tak łatwo odpuścili wtedy Zbyszek z Jackiem…? Do samego zresztą końca awantury nie dowiedzieliśmy się – i w zasadzie nie wiedziałam do tej pory – kto właściwie został nowym właścicielem. Zawiadomiono nas tylko mętnie, że Kowalik będzie teraz traktowany jak jednostka zabytkowa i w takim charakterze ma pracować – co natychmiast wzbudziło radosną plotkę, że jego remont sfinansował jeden z dostojników minionego ustroju a obecnie biznesmen i wydawca, który nie tak wiele wcześniej zakupił i wyremontował stateczek białej floty mazurskiej, nadal mu imię Аврора i spędzał na nim lato, pływając od Rucianego do Węgorzewa i z powrotem.
    Dlaczego w tym wszystkim to my – skoro Kowalik już nie był nasz – mieliśmy przeprowadzić jego wodowanie, też nie udało nam się odgadnąć, ale jakoś nikt nie odmówił udziału, może dlatego, ze strasznie chcieliśmy zobaczyć ten szacowny zabytek na wodzie. I to właśnie przy tej okazji nasz Rysio awansował na lokalnego proroka, stwierdzając w dniu wodowania, ze ten złodziej, co zabiera holownik harcerzom, nie będzie miał z niego żadnego pożytku i niech się udławi.
    Holowanie najpierw przełożono o dwa dni, żeby zgromadzić odpowiednią ilość silnych ludzi do trzymania za liny, a potem o kolejny dzień, kiedy okazało się, ze ci silni ludzie nie są w stanie wiele zdziałać z dwiema i pół tonami zabytku i potrzebna jest wyciągarka. Jedyną wyciągarką, jaka dysponowaliśmy, i jaka byłaby w stanie uciągnąć taki ciężar, był robur Mariusza.
    Mariusz trochę protestował, ale w końcu machnął ręka i udostępnił wóz, zaznaczając, że obsługę i kierowcę musimy znaleźć sami, bo on nie ma czasu. Był wtedy w szczytowej i najbardziej absorbującej fazie rozwijania swojej firmy o wdzięcznej nazwie Euroser i zaniedbywał nawet swą ukochaną sportinę, więc nikt się nie zdziwił jego brakiem chęci do uczestniczenia w epokowym wydarzeniu historyczno-szkutniczym. Przyjechał roburem późnym wieczorem, ustawił go gdzie trzeba, naszykował kołki do podłożenia pod koła i w ogóle zadbał o wszystko – a przynajmniej tak mu się wydawało.
    Kowalik stał już na wózku, ustawiony na nim przez zaprzyjaźniony dźwig samobieżny, więc akcja sprawiała wrażenie dobrze przygotowanej – aż do momentu, kiedy Przemas zmierzył kontrolnie stan wody w kanałku przy slipie, gdzie Kowalik miał po latach powitać żywioł i odkrył, że nie ma szans, żeby holownik o zanurzeniu prawie metra zdołał zejść na wodę tam, gdzie w najgłębszym miejscu nie ma więcej, jak pół tegoż metra. Poza tym nawet, gdyby jakoś udało się namówić jednostkę do bujania się na falach a nie do osiąścia (osiadnięcia?) na dnie, nie istniał żaden sposób, by potem przeprowadzić ją skutecznie przez zniszczone wrota kanałku na Wisłę, bo tam było jeszcze płycej.
  • berrin 22.06.17, 10:45
    I mam nadzieję, ze tym razem nie ma nadmiaru hermetycznej terminologii.

    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • berrin 22.06.17, 11:03
    Poza tym, edytor forumowy zamienia mi myślniki na znaki zapytania, ciekawostka...

    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • gat45 22.06.17, 12:29
    To wodowaliście Koliberka (... wisienką na torcie....) czy Kowalika ? Bo mnie wychodzi, że wisienka na torcie sumiennie pracuje w Piszu, a wy przeżywacie przygody z Kowalikiem.
  • berrin 22.06.17, 12:36
    AAA! Oczywiście, masz rację Gatto.
    I jak mam to wyedytować?
    Wodowalismy Kowalika!
    Umpf.

    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • balamuk 23.06.17, 07:06
    Ojtam ojtam, i to ptak, i to ptak.
    Ważne, że jest nasz Ulubiony Ciąg Dalszy. wink
  • berrin 23.06.17, 09:49
    No, jak ulubiony, to proszę, c.d smile

    Tajemniczy osobnik, uczestniczący w akcji wodowania, zapewne właściciel i biznesmen nowego chowu (jakoś mi się teraz we wspomnieniach wydał strasznie podobny w wyrazie do naszych kolegów tenisistów zza płota) strasznie się zezłościł i zażądał, żebyśmy coś natychmiast wymyślili, bo on nie ma czasu. Jacek, który oficjalnie koordynował całą akcję i z każdą jej godziną zawierał w sobie więcej promili, nie tylko z piwa pochodzących, zasugerował wówczas coś iście samobójczego, co nigdy by mu na trzeźwo nie przyszło do głowy, a ten nieszczęsny idiota, ewidentnie nie mając pojęcia ani o holownikach, ani o wodowaniu, radośnie się zgodził.
    Otóż Jacek zaproponował, żeby do wodowania wykorzystać slip, prowadzący bezpośrednio z wału do Wisły. Ten sam, w pobliżu którego przeżyłam dziś jeden z najbardziej zaskakujących poranków mojego życia.
    Jurka przy całej tej wzniosłej ceremonii nie było, bo leżał wtedy w szpitalu, Rysio schował się w swojej stolarni, żeby nie patrzeć na obrzydliwość, więc zabrakło kogoś, kto byłby w stanie wyjaśnić obu panom, dlaczego jest bardzo ważne, żeby tego, do cholery, nie robili. Przemas z Bogdanem próbowali protestować, ale zostali zakrzyczani, jedyne, co mogli, to przytomnie odmówić siadania za kierownicą ciężarówki. Moja interwencja, kiedy zawiadomiłam, że z przeciwległego brzegu patrzy na nas ekipa z radiowozu, dała tylko tyle, ze Jacek odesłał wszystkich nieletnich, bo chyba mu coś zaświtało, ze w stanie, w jaki się sukcesywnie i skutecznie wprowadza od rana, niekoniecznie ma kwalifikacje do opieki nad nimi. Oczywiście nieletni nigdzie nie poszli, ale przynajmniej stanęli we w miarę bezpiecznej odległości i do dziś sądzę, ze tylko dzięki temu obeszło się bez ofiar. Zresztą, zostało wystarczająco dużo pełnoletnich kretynów, którzy wzięli udział w dalszej akcji trochę z bezmyślności, trochę z ciekawości, a trochę dla jaj…
    Wodowanie jednostki pływającej, odbywające się metodą wjechania nią na wózku do wody, a potem wyjechania samym wózkiem, podczas gdy jednostka ma obowiązek się unosić, wymaga, jak wiadomo, jednostki, wózka, czegoś do operowania tym wózkiem w stylu wyciągarki lub ciągnika oraz pochyłego miejsca, gdzie można wjechać wózkiem do wody, nie ryzykując, że samemu wjedzie się razem z nim. Zatem rzeczona pochyłość winna być pochylona w stopniu umiarkowanym i łagodnym, oraz niezbyt długa - z szacunku do wytrzymałości liny wyciągarki. Sam zaś zjazd w miarę możliwości winien być dość równy, bo inaczej łódź gotowa na wyboju zeskoczyć z wózka. Do tego jeszcze miejsce, gdzie łódź miała się unosić, powinno być wystarczająco głębokie, żeby jej to umożliwić i w miarę spokojne, żeby nie porwał jej natychmiast nurt rzeki, zanim załoga zdąży ją opanować. Niezwykle zaawansowane wymagania technologiczne - niezbyt stromo, niezbyt długo, dosyć gładko, wystarczająco głęboko. Proste.
    Akurat.
    Slip wiślany, który wzbudzał w nas takie emocje, został wybudowany w epoce regulowania wszystkich cieków wodnych przy użyciu dużej ilości betonu – i zarazem w epoce, kiedy solidność wykonywania czegokolwiek nie była priorytetem. Ewidentnie rozsądek przy projektowaniu tez nie. Ułożono go - czy może raczej uwalono – z umieszczonych kolejno, jedna za drugą, wielkich, betonowych płyt, zdążających ku rzece. Jednak, jak to się okazało po pierwszej wyższej wodzie, niemal nie utwardzono gruntu pod płytami, a wszak tereny bezpośrednio przy rzece w środkowym jej biegu rzadko kiedy charakteryzują się spoistością. W rezultacie w ciągu pierwszego pół roku swego istnienia gładki zjazd zmienił się w szlak safari. Wielkiego znaczenia to i tak nie miało, bo jakość wykonania nie było jedynym, i nawet pewnie nie największym problemem konstrukcyjnym slipu. Kluczowe było jego nachylenie i długość zjazdu.
    Stromizna na zbity ryj, odtwarzająca dokładnie kąt, pod jakim do rzeki schodziły biegi wielkich, betonowych schodów, znajdujących się po obu stronach slipu, miała dobre dwadzieścia pięć metrów, kończyła się zaś nagle – bo płyty nie sięgały wystarczająco daleko w głąb wody. Za to nurt królowej naszych rzek akurat w tym miejscu szedł - bardzo wartki - niemal przy brzegu, więc głębokość przy końcu slipu była taka więcej fakultatywna i nieprzewidywalna, a do tego każda jednostka wodowana w tym miejscu mogła mieć absolutną pewność, że zostanie porwana - razem z wózkiem lub bez niego - w dół rzeki.
    W zasadzie - pomyślało mi się - gdyby ten nieboszczyk z poranka nie trafił na gałęzie na samym dole, to spotkałoby go dokładnie to samo, bo nieszczęsny slip schodził do wody tuż przy miejscu, gdzie rano wpadłam na zwłoki i nurt w tym miejscu wcale nie złagodniał…
    Naprawdę, nie było zasługą tych bałwanów, ze wtedy obeszło się bez zwłok…
    Pojechali wtedy tym cholernym roburem na wał, ignorując protesty chłopaków i wlokąc za sobą wózek z holownikiem. Powinien się urwać, bo nie zabezpieczyli haka, ale się nie urwał. Zawrócili, ustawiając ciężarówkę frontem do rzeki. Zamocowali linę do wyciągarki z przodu, Jacek wskoczył do kabiny i zaczął opuszczać wózek po slipie. Grawitacja pomagała że hej, zwłaszcza od momentu, kiedy kłąb liny na wyciągarce się zablokował a bardzo blady Bogdan zaczął wrzeszczeć, ponieważ jako pierwszy zauważył, że w ferworze wodowania Jacek z tajemniczym osobnikiem zapomnieli o drobiazgu – o podłożeniu klocków pod koła robura…
    Kolejne sceny zapamiętałam jak na stopklatkach, choć nie wiem, jakim cudem, bo w ich trakcie wydawało mi się, ze patrzę wszędzie, tylko nie na zsuwającą się po pochylni trzyipółtonową ciężarówkę, sunącą najpierw przodem, a już po chwili, kiedy Jacek rozpaczliwie skręcił kierownicę, bokiem, coraz szybciej, zaczęłam wrzeszczeć nie gorzej niż Bogdan, żeby przegonić dzieciaki, które podeszły w zasięg coraz mocniej napinającej się liny i naprawdę, zwracałam uwagę głównie na nie, wóz, nabierając prędkości ustawił się do rzeki lewą stroną, szczęście w nieszczęściu, bo tylko dzięki temu Jacek wyskakując z kabiny z miejsca kierowcy nie wypadł prosto pod rwący ku zagładzie zespół holowniczy. Kowalik wpadł do Wisły z rozbryzgiem godnym wodowania transatlantyka, nurt szarpnął nim i porwał go razem z wózkiem, zakręcił wielką machiną jak łódeczką z papieru a szarpnięty mocno w bok robur trafił akurat w tym momencie kołem na nierówność, która powstrzymała na moment jego ślizg ale za to pozbawiła go resztek równowagi. Następną figurę tańca wykonał, padając płasko na bok i w tej pozycji wjechał do rzeki. Kiedy znieruchomiał, lina wyciągarki poddała się, strzeliła z dźwiękiem pękającej gumki, a holownik spadł z wózka, przepłynął jeszcze kawałek kręcąc się w wirach, wyrżnął dnem o jakąś podwodną przeszkodę, a potem położył się na burtę, ukazując wielką, świeżą dziurę w okolicy stępki i zarył o dno. Wszystko zamarło – jeśli oczywiście nie liczyć straszliwie klnących Jacka i tego tamtego gościa, którzy potykając się zbiegli nad samą wodę i przez chwile wyglądali, jakby planowali ręcznie stawiać robura na koła.
    Potem przyjechała policja, która starannie spisała wszystkich, którzy nie uciekli, sprawdziła, ze wszyscy są zdrowi i cali, powąchała Jacka i wręczyła mu alkomat. Wynik badania nie został nam ujawniony, ale w jego konsekwencji Jacek odwiedził kolegium i na dwa lata pożegnał prawo jazdy, a ja nadal uważałam, ze bardzo tanio wykręcił się z całej akcji – nie licząc oczywiście skutków furii Mariusza, który następnego dnia ręcznie wyjaśniał panu komandorowi, jak bardzo kochał swego robura, a Bogdan ich rozdzielał.
    Ciekawe, skąd mi się wziął cały ten atak traumatycznych wspomnień… chyba z bardzo niesprecyzowanego poczucia, które nie wiem skąd mi się nagle pojawiło, albo może nie tyle pojawiło, co nasiliło tak, ze nie dało się dłużej ignorować, że dokoła HOWu w ciągu ostatnich kilku lat ciągle dzieje się coś mętnego i dziwnego, jakiegoś takiego… nowe czasy, czy co…? Przecież ta akcja z zabraniem nam Kowalika nie była pierwsza…



    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek od
  • balamuk 23.06.17, 18:22
    Ranyści, jak ty obrazowo opowiadasz! Już się Asia zachwycała, ale ja bardziej. wink)) Normalnie czytam każdy odcinek dwa razy, dzisiaj przeczytałam trzy i jeszcze mam ochotę. No.
    A jedno zdanie - ...zostało wystarczająco dużo pełnoletnich kretynów, którzy wzięli udział w dalszej akcji trochę z bezmyślności, trochę z ciekawości, a trochę dla jaj… - znowu wyzwoliło falę wspomnień, niektóre wolałbym sobie darować. wink
  • berrin 24.06.17, 09:59
    We mnie też. Wiesz, ja pamiętam kilka takich wodowan na granicy trzeźwości, sensu i samobójstwa...
    Cieszę się że smaczne było 😀. W poniedziałek postaram się o dalszy ciąg, ale potem znowu może być tygodniowy zastój.

    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • se_nka0 24.06.17, 10:06
    Cudo !
    Jakbym film oglądała.

    Iii tam, Balamuku - szanujmy wspomnienia wink

    --
    ,,Kaczkę należy piec w niskiej temperaturze tyle czasu, ile trwa popołudniowa drzemka.,, - by Yoma
  • balamuk 24.06.17, 11:13
    big_grin
  • berrin 26.06.17, 10:20
    Uubiony (miejmy nadzieję) Ciąg Dalszy.

    Patrzyłam tępo przed siebie, a skomplikowane wspomnienia z ostatnich kilku lat nieoczekiwanie wylazły z chaszczy mojej pamięci i pchały się nachalnie jedno przed drugie.
    Najpierw… najpierw to chyba była walka o hangar, zaraz po zmianie ustroju. Ktoś przyszedł, machając papierami i zaprezentował się jako nowy właściciel terenu pomiędzy wałami. Kazał nam się wynosić, co zostało zignorowane, więc zaraz potem przybył w dwa wozy policyjne i opieczętował hangary i łodzie „na poczet zaległych opłat za użytkowanie jego terenu”. Jego bezczelność nieco nas oszołomiła, i kto wie, czy – jeszcze dziecięco nieświadomi, na czym także będą polegać zmiany otaczającej nas rzeczywistości – nie uleglibyśmy magii papierków z pieczęciami, gdyby nie reakcja dwojga prawników – mojej mamusi i jej znajomego ze studiów, który jeszcze wtedy pełnił dość wysoką funkcję w warszawskiej prokuraturze. Ojciec pożalił się matce, matka poszczuła Jerry’ego, Jerry przyjechał, obejrzał pieczęcie na licznych dokumentach, zlecił przeprowadzenie jakichś czynności a następnie rzekomy właściciel ewakuował się – jak nas powiadomiono – za granicę, ewidentnie w dużym pospiechu, bo nie zdążył nawet pospłacać wszystkich swoich licznych długów. Jerry jeszcze tylko z rozpędu potwierdził, że grunt, na którym stoją nasze hangary, jest własnością miasta, przekazaną w użytkowanie wieczyste Chorągwi i że nikt do niego nie ma żadnych roszczeń sprzed wojny, bo przed wojną tego gruntu w tym miejscu w znacznej części nie było, w każdym razie nie suchego, a nikt się wtedy nie rwał do posiadania kawałka starego koryta rzeki. Następnie polecił swe usługi na przyszłość – a potem przeszedł na rentę, bo trzeci zawał okazał się okolicznością nie do zignorowania.
    Woziłam mu wtedy do szpitala szynkę w galarecie, a on tłumaczył mi, dlaczego powinnam zostać prawnikiem dowolnej specjalności poza prokuratorską…
    Potem pojawił się jeszcze raz jakiś jeden inny spadkobierca, ale został spacyfikowany bardzo szybko i sprawnie, bo byliśmy już doświadczeni i pewni siebie. Trochę się, pamiętam, nawet dziwiliśmy jego zajadłości, bo teren, do którego rościł sobie prawa tak gwałtownie i zachłannie, nie nadawał się ani pod zabudowę, mając nośność gruntu na poziomie blaszanych baraków albo jednopiętrowych pawiloników na bazie drewna i sklejki, ani nie miał wielkich walorów turystyczno-krajobrazowych, a kawałek nad samą rzeką, być może kiedyś atrakcyjny dla spacerowiczów, został dokumentnie spieprzony podczas podwyższania wału przeciwpowodziowego i od lat straszył pokruszonym, surowym betonem. Spadkobierca nie wiadomo kogo szybko zresztą poszedł precz i kolejnych tego rodzaju prób już nie było.
    Potem aresztowano Rysia. Jeszcze wtedy miał żonę i fakcie dowiedzieliśmy się właśnie od niej, przybiegła na HOW i zrobiła awanturę Zbyszkowi, ze pozwala tak traktować swoich pracowników. Padło na Zbyszka, bo był akurat wizualnie najstarszy a do tego jeszcze nie zdążył się przebrać w robocze łachy, więc wyglądał dość nobliwie. Zbyszek się przejął, choć potem opowiadał, że kobiecie chodziło chyba głównie o to, że to nie ona dała mężowi szlaban. Pojechał dowiedzieć się, co się właściwie stało, okazało się, ze Rysio jest na razie zatrzymany, oczywiście nikt Zbyszkowi jako osobie trzeciej nie chciał powiedzieć, o co chodzi, a kiedy zaczął się domagać bardziej gromko, zasugerowano mu, ze jego tez mogą zatrzymać, jak będzie zakłócał, a „jego człowieka” aresztują najdalej jutro, jak tylko będzie sankcja. Zbyszek zirytował się wtedy niepomiernie, długo potem jeszcze pluł tym nieoczekiwanym dla niego chamstwem policji, ale jego irytacja miała ten efekt, ze do Rysia jeszcze tego samego dnia późnym wieczorem przyjechał bardzo dobry adwokat (a prywatnie kapitan żeglugi wielkiej i okazjonalny shantyman), nie dał się spławić, wystraszył wszystkich swą bogata osobowością i po dwugodzinnym pobycie w komisariacie na Grenadierów opuścił go w towarzystwie do szaleństwa zdenerwowanego Rysia, którego, jak się rychło okazało, nikt w żadnym razie nie planował aresztować, zatrzymać, skrzywdzić choćby spojrzeniem i w ogóle bardzo przepraszamy, ale to było nieporozumienie.
    Nigdy nie było nam dane dowiedzieć się, co leżało o podstaw tego nieporozumienia, odnośnie władze bowiem - zgodnie z tym, co opowiadał pan mecenas – kompletnie nie chciały się przyznać, ze zaistniało. Incydent uznano za niebyły, wyparował z akt. Rysio zresztą nie napisał skargi na czynności policji i w ogóle nie chciał wracać do sprawy. Nie chciał też opowiadać, co mu powiedziała policja, zabierając go z HOWu. Do tego swój rozwód, który nastąpił z hukiem rok później, uważał za jej odległy rykoszet, przyznając przy piwie (ale dopiero tak od trzeciego wzwyż), że nawet z posiadówki na dołku człowiek może w dalszej konsekwencji odnieść pewne korzyści.
    Otóż jego małżonka, kobieta imponująca, przytłaczająca go chyba od dnia ślubu i coraz bardziej niezadowolona, że spokojny i cichy małżonek nie chce skorzystać z szans, jakie daje mu nowa rzeczywistość (zwłaszcza tych dotyczących zbicia majątku na handlu działkami nad Zegrzem), i w ramach wcześniejszej emerytury zamierza hobbystycznie zarządzać jakąś tam harcerską stolarnią za bardzo tanie pieniądze, potraktowała jego policyjny epizod jako impuls do całkowitej utraty zaufania i szacunku do męża. Rysio, jak pamiętałam, nieszczególnie się bronił, zgodził się na nieorzekanie winy i jedyne, czego się domagał, to pozostawienia go w spokoju w jego mieszkaniu na Powiślu, w którym zamieszkał zaraz po wojnie, jeszcze z rodzicami. Mieszkanie było zresztą komunalne, nie do zbycia, a nie mogło zostać zamienione na dwa mniejsze, bo i tak ono samo miało raptem 24 metry i ubikację na korytarzu. Poza tym to pani Barbara wprowadziła się swego czasu pod dach męża, więc teraz to także ona powinna odejść z lokalu do nowych wyzwań i większych metraży. Kiedy to wreszcie, po pół roku od uprawomocnienia się wyroku rozwodowego uczyniła, Rysio odkrył uroki spokojnej samotności, zaadoptował Marlenę i dwa koty i podzielił swoje życie pomiędzy zwierzęta i stolarnię.



    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • berrin 26.06.17, 10:22
    Oraz ciąg dalszy Ciagu Dalszego, bo wchodzi na raz tylko 8000 znaków.
    Jestem zatem grafomanem Coraz Bardziej Zaawansowanym. smile


    Potem, o ile kompletnie nie plączę chronologii, nastąpiła ta niesmaczna afera o Horyzonty. Sama nie wiedziałam, czy ją dołączać do tej serii rzeczy mętnych i nieprzyjemnych, owszem, była i mętna i nieprzyjemna, ale nic w niej nie było tajemniczego i niezrozumiałego, a adwersarze po obu stronach świetnie się znali i wszystko o sobie wiedzieli. I nie zmyli się tajemniczo ani w trakcie, ani po, mieliśmy się nawzajem na karku i za płotem i odczuwaliśmy wszelkie zalety i wady tej sytuacji. Owszem, policja, wzywana niekiedy do zbyt głośnych i entuzjastycznych imprez, organizowanych przez kolegów Prawdziwych Żeglarzy (głównie wtedy, kiedy próbowali szkodować ze względu na poziom uchlania), interweniowała nadzwyczaj niechętnie, ale w zasadzie nie było to szczególnie tajemnicze - w końcu lokali mieszkalnych tu nie było, a eleganccy panowie i panie, głośno balujący nad rzeką w klimacie wiejskiego wesela nie mieli komu przeszkadzać, a panowie w radiowozach mieli dużo pracy i bez pacyfikowania nadwiślańskich biznesmenów w eleganckich mokasynach.
    Z drugiej strony, kiedy pan w sweterku Henry’ego Loyda ujrzał się atakowanym przez wiedźmę z diaksą, przyjechali natychmiast i przeprowadzili nawet pewne czynności… Poza tym wszystko, co później działo się dokoła przekształceń prawnych tego tworu zza naszego płota z pewnością było mętne, na tyle mętne, że nie miałam ochoty w to brnąć.
    Potem…
    Potem przez rok mnie tu nie było, bo nauka elitarnym liceum, od początku rokująca nie najlepiej, w trzeciej klasie zapełniła mi nie tylko cały dostępny i niedostępny czas (na przykład ten na sen), ale w końcu także zafundowała konieczność odbycia cyklu sesji terapeutycznych, żebym w ogóle odważyła się wyjść z własnego pokoju. Żagle wystąpiły jako element mający mnie przywrócić światu i nieźle zadziałały, to wtedy razem z Anką wzięłyśmy Nadzieję od Bogdana („nie ma nikt takiej nadziei jak ja…”), który właśnie zorientował się, ze albo studia na MEiLu, albo tygodnie przy konserwacji drewnianego pokładu. Pamiętam, ze nic nie robiło mi wtedy tak znakomicie jak długie, spokojne godziny sam na sam z ręczną cykliną, którą w ciszy, metodycznie, raz koło razu, zeskrobywałam z dębowych klepek dziesięcioletnie (co najmniej) warstwy lakierów i pokostów. Niemniej wszystkie dziwa, wydarzające się być może w czasie mojej nieobecności, z konieczności mi umknęły, może zapytam Ankę, chociaż Anka miała niezwykła zdolność ignorowania tych części rzeczywistości, które zapewniłyby jej jedynie irytacje, więc mogła zwyczajnie nie zauważyć. No, to Bogdana, zawsze był śmiertelnie serio i na pewno pamiętał kłody pod nogi, rzucane wtedy HOWwowi przez los.
    Potem byli saperzy i bomba lotnicza. Nie, zaraz, jeszcze nie wtedy, najpierw objawili się archeolodzy. No, to z pewnością było dziwaczne, przywykałam wprawdzie właśnie, jako – już wtedy - świeży pracownik Uniwersytetu, do pewnej ekscentryczności kadry naukowej jako takiej, ale oni z pewnością wykraczali poza średnią uniwersytecką…
    - Janka?
    Aż podskoczyłam. Całkowicie umknęło mi, ze od długiej chwili nie słychać już protestu męczonej stali.
    - Czemu się skradasz? - zapytałam z urazą. Jacek lekko się zakłopotał.
    - Nie skradam się, tylko się zmierzcha i powoli nic nie widać. Mówiłem do ciebie, ale kompletnie nie reagowałaś.
    - Myślałam o archeologach.
    Przez chwile milczał, próbując chyba jakoś dopasować moją wypowiedź do czegokolwiek bądź, ale nie dał rady.
    - Podparliśmy tę konstrukcję w hangarze. Stoi na sześciu filarach i wygląda dziwnie, ale stabilnie. – uśmiechnął się, jakby dziwność i stabilność podpartej kratownicy sama w sobie czyniła jego świat lepszym. – Strasznie cię zaabsorbowali ci archeolodzy. Ten Bogdan chce, żebyś tam przyszła.
    Wzruszyłam ramionami. Bogdan zapewne miał plan, żeby jeszcze dziś ułożyć porządnie wszystko, co spadło z kratownicy, był pracoholikiem zajętym porządkowaniem świata we wszelkich dostępnych aspektach. Bardzo stanowczo czułam, ze dziś nie pomogę mu w jego misji.



    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • balamuk 26.06.17, 11:39
    No i dobrze, że tylko 8000 znaków łyka, mamy dwa nowiutkie odcinki, a nie jeden. wink
  • eulalija 26.06.17, 12:03
    Ja tylko w kwestii formalnej.
    To był i chyba nadal jest MiEL.
    A prezent przecudny.

    --
    Szajka bez końca
  • berrin 26.06.17, 12:15
    Czy aby o tym samym wydziale myslimy?
    MEiL - Wydział Mechaniczny Energetyki i Lotnictwa. Zwany też Mechanika i Energetyka imienia Lenina. Więc MEiL. A roboczo zwykle w ogole MEL (absolwenci - PoMELeńcy, studenci - MELomani)
    www.meil.pw.edu.pl/

    Swoją drogą moim absolutnym faworytem politechnicznym jesli chodzi o nazwę jest INSTYTUT WIELKICH MOCY I WYSOKICH NAPIĘĆ.
    www.facebook.com/pages/Instytut-Wielkich-Mocy-I-Wysokich-Napi%C4%99%C4%87/713688278663941

    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • eulalija 26.06.17, 12:45
    Miałam kolegów na PW.
    Dwóch na Mechanice i Energetyce Lotnictwa.
    Ale to było ponad trzydzieści lat temu.
    Pewnie coś mi szkop ukradł.
    Wycofuję się raczkiem (tyłem i na gębie) z tematu.
    Pisz!

    --
    Szajka bez końca
  • berrin 26.06.17, 13:01
    O! Czyli może nazwę zmieniono w trakcie? Kto to wie... To, co piszę, siedzi w drugiej połowie lat 90-tych. Wtedy to juz na pewno był MEiL.
    (Może MiEL nie brzmiał dostatecznie powaznie, bo to miód w obcej mowie? I zmienili?)

    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • gat45 26.06.17, 13:20
    Ja tam nie chcę krakać, ale ani chybi zostaniesz wezwana przez tę wszechpotężną komisję do spraw prywatyzacji w Warszawie, bo se nagle uświadomią, że kamienice kamienicami, ale te wały i na nich przewały, to może być smaczny kąsek!
    Czego Ci z całego serca nie życzę.
    Piiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiisz - zapiszczał Gat.
  • balamuk 26.06.17, 13:53
    Niech nie kracze, przez lewe ramię!
    A miel w moim języku miejscowym znaczy jagnię. wink
  • berrin 26.06.17, 14:50
    Uwaga. Ciąg dalszy. Nie umiem przewidzieć dalszej częśtotliwości wrzucania.

    Poszłam jednak do hangaru, żeby nie skazywać naszego naczelnego poganiacza niewolników na poszukiwanie mnie po okolicy. Popatrzył na mnie i – zgodnie z moimi przewidywaniami wskazał ręka na pobojowisko pod kratownicą.
    - Bierzemy się za układanie. – polecił. – Wszystko to trzeba poprzenosić do zielonego hangaru, żeby zrobić miejsce…
    - Spadaj, ja wracam do domu.
    - To jest nieodpowiedzialne, trzeba od razu pozdejmować rzeczy z góry, nie można tak tego zostawić…
    - Zaczęłam się zachowywać nieodpowiedzialnie wczoraj wieczorem, mogę jeszcze trochę. Znajdź sobie innego jelenia.
    - Wszyscy sobie poszli.
    - Świetnie. Ja też sobie idę. Człowieku, opanuj się. Jutro przyjdą ludzie, to powynoszą.
    - Sama świetnie wiesz, ze każdy będzie się migał.
    Patrzyłam na Bogdana, coraz bardziej wściekłego, bo faktycznie, większość ludzi, świetnie go znając, uciekła przed nim, kiedy tylko skończył prace przy podpieraniu kratownicy i myślałam sobie, że wcale nie chcę ani palnąć go w kędzierzawy łeb, ani na niego nawrzeszczeć, ze ogóle nic nie chcę i że to, co robi, nie jest wycelowane we mnie, on tak ma, zerowe pojęcie o ludziach i nadmiar obowiązkowości we wszystkim, ale przychodziło mi to z trudem, ponieważ nie znosiłam być traktowana w taki sposób. Odwołanie się do mojego poczucia odpowiedzialności - a Bogdan w tym celował – już kilka razy wepchnęło mnie w najgorszą robotę, którą – skoro już zaczęłam – musiałam dokończyć. Jedynie uwerturą było zrobienie ze mnie kwatermistrza na pełnowymiarowym obozie żeglarskim, na który wpadłam na kilka dni kiedy akurat umówiony kwatermistrz zawiadomił, ze miał wypadek samochodowy i na razie nie jest w stanie się ruszyć. Niestety, zaliczkowo zapłacono mu niemal całe wynagrodzenie z góry, więc dla zastępstwa chwilowo nie ma nic. Boguś, wówczas kierownik obozu, mówił wstępnie o kilku dniach, idiotycznie się zgodziłam, bo przecież dzieciaki już przyjechały i jeść muszą, a potem okazało się, ze nie kilka dni tylko miesiąc i nie, jak to sobie naiwnie wyobraziłam, ciężkie obrażenia w wypadku, tylko za dużo promili we krwi i ciężko ranni pasażerowie – i owszem, w związku z tym kwatermistrz niewątpliwie nie mógł się ruszyć, bo najpierw siedział w areszcie, a potem miał zakaz opuszczania miejsca zamieszkania. Kiedy pozwoliłam sobie wyrazić niezadowolenie ze zrobienia za mnie darmowego zastępstwa bo jakiś pijak spowodował wypadek, Bogdan z niezmąconym spokojem odpowiedział mi, że przecież nie ma chyba znaczenia przyczyna nieobecności kwatermistrza, a ja chyba sama jestem wystarczająco odpowiedzialna, żeby nie porzucić obowiązków, których się dobrowolnie podjęłam. To było moje pierwsze poważne zderzenie z Bogdanem w akcji i jeszcze nie umiałam być asertywna, uczyłam się tego powoli, kiedy kilka razy wrobił mnie w realizację cudzych rejsów, bo mu się ekipa wykrzaczyła, a zupełnie ostatnio w naprawę żagli Konsensusa i Białego Słonia – bo umiem. Po Białym Słoniu postanowiłam, że się w tej asertywności podszkolę – i właśnie nadeszła okazja.
    Bogdan wzruszył ramionami i poszedł przekładać worki z żaglami. Znałam siebie i wiedziałam, ze jeśli postoję tu jeszcze choć kilkanaście sekund, to zacznę mu pomagać i że z pewnością na to liczył - więc zrobiłam w tył zwrot i wyszłam w zimny i już kompletnie ciemny wieczór.
    Jacek czekał. Przyjrzał mi się z troską.
    - Odwiozę cię, co?
    - A masz czym?
    Wyszczerzył się i machnął ręką gdzieś w stronę mostka nad kanałkiem. No to poszliśmy.
    Do domu wróciłam garbusem.

    Następnego dnia udało mi się dotrzeć na zajęcia i owocnie w nich uczestniczyć, potem odsiedziałam godziny w pracy, tworząc na podstawie czterozdaniowej, nieczytelnej notatki dwa protokoły posiedzenia Zarządu Spółki a następnie, po obiedzie w Karaluchu i odpuszczając sobie chwilowo dom, ruszyłam na HOW. Kwiecień oznaczał właśnie to - cała ta reszta życia, która nie była związana z HOWem i remontami przestawała się liczyć, bo na majówkę łodzie miały zejść na wodę i już.
    Zgodnie z moimi przewidywaniami Bogdan wczoraj samodzielnie odwalił wielką robotę – wory z żaglami i osprzęt były już przeniesione, od ściany do ściany, zaczepiona na improwizorce filarów, wiła się lina z zaczepioną kartką „Nie wchodzić! TY też nie!”, a na naszej największej kanapie leżała sterta mienia porzuconego, czyli wszystko to, co nie przynależało do takielunku i ogólnie stanowiło głownie czyjąś prywatną własność, zostawioną na łodziach i nieodebraną po holu, o której zwykle właściciele przypominali sobie, kiedy startował nowy sezon. Na i dokoła kanapy słały się zatem grubą warstwą sztormiaki, buty gumowe, worki z nieznaną zawartością, torby i plecaczki turystyczne różnych rozmiarów, zawiązane sznurkiem torby foliowe, obklejone taśmą pudełka po narzędziach oraz wielki kocioł z pokrywą przyklejoną w kilku miejscach powertejpem, którego w ogóle nie pamiętałam z jesiennego pakowania. W rzeczach tych właśnie grzebał Zbyszek, który rozsądnie zignorował napisy rozwieszone wzdłuż liny.
    Też je zignorowałam, przelazłam nad nimi górą i podeszłam do sterty.
    - Część.
    - Część, dobrze, ze jesteś, pomóż mi znaleźć moje gaśnice. – zirytowany Zbyszek musiał już walczyć z tym żywiołem od dłuższej chwili, bo ewidentnie trochę tracił racjonalność. Trudno sobie wyobrazić, żeby gaśnice, których poszukiwał, zmieściły się w torbie foliowej pełnej, jak się okazało, kłębów firanki o znaczeniu antykomarowym, a właśnie tę torbę poddawał teraz szczegółowym oględzinom.
    Dwanaście lat wcześniej Zbyszek, odcięty wewnątrz kabiny piętnastometrowego jachciku zarówno od gaśnic, jak i od wyjścia, przeżył pożar na morzu. Zatruł się dymem z płonącej izolacji termicznej, a wyrywając się na powietrze przedarł przez płonącą ropę i stracił wszystkie włosy i część skóry na nogach. Na dodatek pierwsze, co powiedziała mu jego żona, kiedy wreszcie doleciała do niego do szpitala w Nynashamm, to, że ma już kupca na ich łódkę i żeby sobie wybił z głowy jakiekolwiek dalsze rejsy, bo, do cholery, można się oczywiście bawić, ale on ma nieletnie dzieci. W efekcie Zbyszek zamiast zajmować się sobą, skupił się na przeżyciach Bożenki. Inna sprawa, ze obejrzawszy jego zdjęcia, zrobione mu dla krotochwili przez mojego ojca w tymże szpitalu, kiedy tam po niego pojechał, nie dziwiłam się Bożence ani trochę… Ale od czasu tego pożaru Zbyszek popadł w pewne natręctwo, z którego nikt nie ośmielił się zadrwić, bo wszyscy mieliśmy wyobrażenie, czym jest ogień na morzu, a które objawiało się tym, ze na każdą jednostkę pływającą, na której miał odbić od brzegu, targał ze sobą dwie wielkie, dziesięciokilowe gaśnice uniwersalne ABC. Na jego Jajecznicy miały swoje stałe miejsca, jedna przy zejściówce, druga w forpiku – żeby już nigdy ogień nie odciął go od wyjścia.
    - To ich szukałeś?
    - Ich, ich, a czego, jakiś idiota zgarnął je jesienią razem z reszta osprzętu i tak upchał, ze nie miałem do nich dojścia, pomyślałem, ze spadły…
    Trudno sobie wyobrazić, by w masie przedziwnych rzeczy zlatujących wczoraj z kratownicy, udało się przeoczyć dwie wielkie, czerwone banie rozmiarów zbliżonych do butli płetwonurka. Jakby tam były, Bogdan by je grzecznie i rozsądnie odłożył na bok, w końcu wszyscy wiedzieli, do kogo należą.



    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • koszmarna.baba 26.06.17, 19:23
    Berrin - kocham Cię! kiss
    Ale jak tego nie wydasz drukiem to zacznę straszyć i to niekoniecznie tylko po nocach! tongue_out To jest po prostu cudne!

    --
    Nigdy nie zalewaj smutków, cholery umieją pływać!!!
  • gat45 26.06.17, 20:02
    Jakaś tępa okrutnie jestem. Czytam już trzeci raz od "- To ich szukałeś?" - i nie widzę sceny. Czy te gaśnice Berrin znalazła, a jeżeli tak, to gdzie? Czy też pytanie wciąż aktualne i mogłoby brzmieć "- To ich szukasz?" Chociaż nie, tak sformułowane wciąż nam nie mówi, czy one gdzieś stoją na widoku i tylko trauma nie pozwala właścicielowi ich zobaczyć, czy ich nie ma ?
    Coś mi się wydaje, że one są ważne, więc drążę.
    Przepraszam.
  • berrin 27.06.17, 07:38
    Już. Przepraszam. To sa skutki pisania bezredakcyjnego.
    Zbyszek, jak pamiętamy (no, powiedzmy), właził na tę kratownice wczesniej i czegos poszukiwał (w poprzednich odcinkach). Kuba po akcji ze szpadą mówił Jance, ze przeciez jakby Zbyszek powiedział, że potrzebuje czegoś z antresoli, to by mu każdy wlazł i poszukał. W użyciu czasu przeszłego chodziło o wcześniejsze poszukiwanie, nie o znalezienie przedmiotu i wskazanie na niego.
    Ech, to jednak jest kiks, jak aŁtorka musi wyjasniac, co przez co chciała powiedzieć. Dzięki, Gatto, w razie czego zaklepuję u Ciebie sporządzenie "listy błędów i wypaczeń" do poprawki tekstów.

    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • se_nka0 26.06.17, 20:13
    ,, Nie umiem przewidzieć dalszej częśtotliwości wrzucania. ,, - nic nie szkodzi. Poczekamy. Ile będzie trzeba. Byle krótko !!

    Prawda Babo?
    Po takim wyznaniu miłości nie wątpię, że Berrin wyda drukiem smile
    Już czekamy.

    --
    ,,Kaczkę należy piec w niskiej temperaturze tyle czasu, ile trwa popołudniowa drzemka.,, - by Yoma
  • berrin 27.06.17, 07:39
    Czuje sie bardzo ukochana smile smile smile

    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • balamuk 27.06.17, 15:23
    I słusznie. smile
    Na odmianę dla mnie to "To ich szukałeś?" było całkiem jasne.
  • berrin 28.06.17, 11:23
    Uwaga, c.d. Cholera, grzęznę w dygresjach... smile

    Żeby dostać się do dwu wielkich worów z żaglowego płótna, odtoczyłam na bok aluminiowy kocioł, który w bezpośrednim kontakcie okazał się podejrzanie ciężki. Poruszyłam nim na boki, nie grzechotał, choć zawartość w środku robiła wrażenie chybotliwej. Pomyślałam, ze nawet, gdyby w środku od jesieni tkwiły upchane kolejne zwłoki, to by chyba bardziej chlupało, a potem zdarłam taśmę z pokrywy.
    - Zbyszek.
    Zbyszek rozgrzebywał właśnie kolejny ciężki wór żaglowy, pełen brudnych garnków i pomyślałam sobie, że to niezwykłe, kląć bez chwili przerwy, od kiedy tu weszłam i nie powtórzyć się ani razu. Spojrzał na mnie nieprzytomnie.
    - Widzisz? Cholera, nawet im się nie chciało pozmywać, wepchnęli wszystko jak było…
    - Zbyszek. – powtórzyłam łagodnie. - Mam twoje gaśnice.
    Porzucił worek i szarpnął ku sobie kocioł. Wewnątrz, upchane i uszczelnione dokoła starym kraciastym kocem, faktycznie tkwiły jego dwie ukochane gaśnice, jedna główka do góry, druga odwrotnie. Zbyszek rzucił się na nie nieomal jak wilczyca na swoje młode, delikatnie wydobył z kotła i piastując po jednej pod każda pachą, wyszedł z nimi przed hangar sprawdzić, czy aby nie ucierpiały. W drzwiach ustąpili mi pierwszeństwa Przemas i Anka, a Marlena, oceniwszy, ze zasoby z kratownicy nie zawierają przedmiotów jadalnych, ostentacyjnie straciła dla nas zainteresowanie i wylazła za Zbyszkiem.
    Ankę ominęły ostatnie wydarzenia, bo wzięła sobie trzy dni urlopu od remontu w związku z przyjazdem z Sopotu klienta, którego miała uwiecznić na portrecie. Obiecał jej przywieźć swoje zdjęcia, ewentualnie pozwolić zrobić jeszcze inne oraz posiedzieć nieruchomo, żeby mogła wykonać szkice. Nie, żeby ich potrzebowała, ale już jakiś czas temu odkryła, ze klient chce być traktowany osobiście i jak mecenas sztuki wszelkich, a zatem, skoro zamawia portret olejny, a nie ślubne monidło, to płaci także za doznanie osobistego pozowania artyście.
    Od całkiem niedawna jej amatorskie malarstwo portretowe zupełnie nieoczekiwanie zaczęło przynosić spore dochody. Bardzo pożądany finansowo przełom nastąpił, kiedy jakiś bardzo (ale od niedawna) bogaty reflektant na obrabiarki sterowane numerycznie, którymi handlował starszy brat Anki, zobaczył w gabinecie swego kontrahenta dwa wspaniałe, olejne obrazy i gwałtownie zapragnął dla siebie takich samych. Skonfundowany, ale i rzetelnie rozbawiony Blower skontaktował go z twórczynią a potem już poszło. Anka wiele razy przysięgała, ze gdyby choć przez chwile przyszły jej do głowy konsekwencje dowcipu, jaki zrobiła bratu w ramach ślubnego prezentu, to zanim by siadła do malowania, złamałaby sobie rękę, ale biorąc pod uwagę dochody, jakie ten dowcip wygenerował, nie brzmiało to szczerze.
    Rzecz polegała na tym, że w chwili otrzymania informacji, ze Blower jednak się żeni, ponieważ jego matka zawiadomiła go, ze wesele w pałacu w Radziejowicach jest już zapłacone, więc nawet jak się zaraz potem ma rozwieść, to teraz jazda ślubować, Anka nie miała pieniędzy na nic i nie planowała mieć ich w najbliższym (a nawet trochę dalszym) czasie. Jednak w końcu ślub brał jej jedyny brat, jego wybrankę bardzo lubiła, chciała jakoś uczcić ich oboje, nie dając im jednocześnie kolejnej taniej i niepotrzebnej rzeczy. Jedyne, co miała, to trzy miesiące czasu i sporo farb olejnych. W efekcie, podpuszczona przeze mnie, wykonała dla brata i szwagierki dwa portrety olejne rozmiarów naturalnych, stanowiące w założeniu jedną całość, a przedstawiające Blowera i Strzygę w strojach z epoki – jego a la admirał Nelson (acz z okiem i ręką) i ją na podobieństwo lady Hamilton. On w kapeluszu tricornie i z obowiązkowo zamyślonym wyrazem twarzy stał wsparty o nakrytą kilimem obrabiarkę sterowaną numerycznie na tle wielkiej mapy polskich portów otwartego morza, odrobinę postarzonej przez artystkę (na przykład w miejscu od Dziwnowa do Wolina biegł napis „hic sunt drakones”) i dzierżył lunetę, zaś jego wybranka, uwieczniona na tle dwu skrzyżowanych muszkietów i Jolly Rogera, przyodziana w wydekoltowaną suknię i olbrzymi kapelusz z szalem przeciwiatrowym, w kolii z pereł, patrzyła w stronę portretu małżonka z lekko uniesionymi brwiami, a w fałdach sukni kryła piękny, zdobiony pistolet. Wszystko to w uczciwym oleju i zawerniksowane na ciemno. Anka miała masę radości z komponowania i wykonania dzieła, a obdarowani zachwycili się nieprzytomnie. Blower oznajmił, ze będzie dążył do uzyskania w realu takiego imidżu, jaki jego siostra uchwyciła na portrecie, a Strzyga twierdziła stanowczo, ze jej mąż tylko po to postanowił jednak mieć gabinet, żeby móc godnie wyeksponować oba dzieła.
    A ten kontrahent, który przyjechał w sprawie obrabiarek, zdaje się, ze zapomniał po co przyjechał, bo przez całą rozmowę z panem domu gapił się tylko na zmianę na oba portrety i odpowiadał od rzeczy. Jeszcze tego samego dnia wieczorem zadzwonił do Anki do Warszawy, domagając się czegoś w podobnym stylu. Anka zgłupiała trochę, zaprosiła go do siebie, i chyba na początku planowała mu wyjaśnić, ze to był żart – ale facet zaczął, niemal od progu, od wręczenia jej zaliczki.
    - Rozumiesz – tłumaczyła mi potem. – Ja go zapraszam do pokoju, a on wyciąga portfel i pcha mi w ręce półroczną pensję mojej matki. Żebym była artystką, to bym się pewnie poczuła urażona, ale że nie jestem, to co mi tam, mogę go namalować jako Piotra Wielkiego…
    Matka Anki akurat wtedy ostatecznie przeszła na emeryturę i wyprowadziła się do syna, zostawiając córce mieszkanie na Ostrobramskiej, a Anka zamieniła je w pracownię, gdzie pomiędzy obrazami, blejtramami, słoikami z pędzlami i w oparach rozpuszczalników żyła sobie z psychotycznym kotem i czterema złotymi rybkami. Piotr Wielki spod Wrocławia na tle skrzyżowanych pałaszy wyszedł znakomicie, następny był Napoleon z Józefiną (Sochaczew), a największe profity przyniósł Ludwik XIV z Bytomia, przy czym tutaj zleceniodawca sam zażądał najbardziej absurdalnego upozowania i przechichotał dobrych kilka godzin, najpierw pozując, a potem oglądając swoje szkice z dorysowaną bogatą peruką. Najnudniejsi – ale i najczęstsi - byli ci, którzy pragnęli przeszłości sarmackiej - Anka nauczyła się trzaskać kontusze i karabele niemal w jedno popołudnie, ale nie sprawiało jej to radości.
    Na początku tego tygodnia zawiadomiła nas, ze robi sobie przerwę, bo musi zarobić na dalszy ciąg remontu, a właśnie z Sopotu przyjeżdża amator jej sztuki z zamówieniem, co do którego sam nie jest pewny. Bardzo wszyscy byliśmy ciekawi, czy Ance uda się nakłonić go do tematyki marynistycznej, która sprawiała jej zdecydowanie najwięcej przyjemności podczas tworzenia. Miejsce, z którego przyjeżdżał, dawało takie szanse.
    - No i kogo malujesz tym razem? – zapytałam bez wstępów, bo bardzo chciałam to wiedzieć, a inne sprawy mogły poczekać.
    - Admirała Rodneya. Jak podsufitki?
    - W porządku. Dziś możemy pokostować pokład. Chyba, że przyjdą władze śledcze i będą przeszkadzać.



    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • balamuk 28.06.17, 15:54
    Hiii, lubię dygresje. Wszystko lubię. wink
    Przy okazji sprawdziłam sobie admirała Rodneya, bo mi się kołatał, ale nieprecyzyjnie. Same zalety.
  • berrin 28.06.17, 16:11
    W przeciwieństwie do Nelsona, który owszem, był bardzo utalentowany, ale równie bardzo pracował na swój piar, i nawet zginął w najlepszym dla,swej sławy momencie. Bo kto mu kazał w najbogatszym mundurze admiralskim ganiac w czasie ostrzału po pokładzie rufowym, żeby go czasami snajperzy przeciwnika nie przeoczyli...

    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • berrin 05.07.17, 14:35

    C.d. aby sie ucieszyć zwierzem.

    Władze śledcze przyszły, ale nie przeszkadzały – skupiły się na jakichś czynnościach po drugiej stronie płota. Ostatecznie jedyne, co mieliśmy wspólnego z całym tym zdarzeniem kryminalnym, to to, że to ja znalazłam zwłoki – a może raczej – ja zdecydowałam się o tym zawiadomić policję. Wypytali mnie o wszystko i na razie chyba HOW i jego użytkownicy przestali być dla nich interesujący.
    Streściłam Ance przebieg wydarzeń, niezbyt dokładnie, bo wcześniej uczynił to już Przemas, więc ode mnie chciała głównie potwierdzenia, że to nie był jego ekstraordynaryjny atak poczucia humoru – co mu się wcześniej kilka razy zdarzało. Wprawdzie teraz nieco się oburzył, słysząc, ze kwestionuje się jego wersję zdarzeń, ale nie polemizował z moją, zajęty wycieraniem acetonem kosza rufowego. Anka po wysłuchaniu całości wzruszyła ramionami, jednocześnie starannie oglądając stan podklejenia podsufitek.
    - W sumie nie nasz cyrk, gdybyś nie poszła nad Wisłę oglądać wschód słońca…
    - Chyba tylko przez ten wschód w ogóle wydaję im się podejrzana – mruknęłam, odkorkowując butelkę z benzyną lakową. – Ludzie nie robią takich rzeczy. Wyciągniesz mi jakąś szmatę ze środka…?
    Anka rozejrzała się po okolicy i przestawiła bliżej mnie swój plecak.
    - Przyniosłam trochę ręczników, weź sobie.
    - Jeszcze zostały? - zdziwiłam się. Brat Anki oprócz obrabiarek sterowanych numerycznie, na których się znał, swego czasu rozprowadzał także produkty bawełniane (na których się nie znał) i kiedy zrezygnował z tej części biznesu, zwalił w domu siostry na wieczne przechowanie dwa wielkie pudła najtańszych, najcieńszych ręczników made in China o rozmiarach w okolicy A0 (bo każdy trzymał wymiar na swój sposób, podobnie jak kąty proste). Po wielokrotnych naleganiach, żeby zabrał z niewielkiego lokalu gabaryt rozmiaru średniej lodówki, Anka wreszcie zagroziła bratu, że pozostawione przedmioty zużytkuje na potrzeby własne. Ponieważ Blower zignorował wezwanie, pudła komisyjnie otworzyłyśmy – i do dziś pamiętam aromat, jaki na nas wionął z ich wnętrza. Rychło okazało się, że nie sposób ich pozbawić tego zapachu apretury, czy może odkażacza – i mimo kilkukrotnego prania nadal śmierdziały straszliwie i nie było mowy, by używać ich do celów cielesnych. Za to znakomicie przydawały się we wszelkich czynnościach okołoartystycznych i okołoszkutniczych, zwłaszcza tych, w których zapach stosowanych przez nas płynów skutecznie wygrywał z chińskim środkiem na karaluchy.
    Jedynym zadowolonym użytkownikiem ręczników w ich wersji naturalniej była kocica Anki, która uwielbiała się na nich wylegiwać, najlepiej wślizgując się do pudła i pozostając tam długie godziny w spokoju, ciszy i samotności. Traktowała zawartość kartonu jak swoja osobistą własność i nienawidziła wszystkich, którzy ją naruszali. W zasadzie zresztą nikt nie czynił jej wstrętów, a jedyne, co niepokoiło Ankę, to to, czy substancja, którą przesypano ręczniki, nie zaszkodzi kotu. Osobiście byłam zdania, ze Puśce nic nie zaszkodzi, a nawet jeśli, to trzeba kogoś odważniejszego niż ja, żeby ją wywlekać z pudła.
    - Już ich niewiele, jeszcze ten remont oblecimy.
    Odsunęłam suwak plecaka Anki, oberwałam po dłoni pazurem szarej, grubej, behemociej łapy, która wystrzeliła na zewnątrz jak na sprężynie i w ostatniej chwili zdołałam zasunąć zamek ponownie, zanim doszło do dalszych raz dartych i szarpanych. Cofnęłam się, porzucając plecak, który, pozostawiony sam sobie, statecznie przewrócił się na bok.
    - Eee… Anka… w środku jest twój kot.
    Anka zamarła z puszką pokostu w rękach.
    - Że co?
    - W twoim plecaku jest Puśka. – obejrzałam rękę, na szczęście rasowy pazurek ledwo mnie zahaczył, widać ostatnio kot przeszedł manikiur. Może dlatego była taka wściekła. Anka bezradnie rozejrzała się dokoła, wręczyła Przemasowi pokost i stanęła nad spokojnie i nieruchomo leżącym plecakiem, który nie zdradzał żadnych morderczych chęci.
    - Wyjmowałam ją dwa razy!
    - Ale nieskutecznie. – pokazałam jej zadrapanie.
    - Kurde… czekaj… gdzieś ją trzeba zamknąć…
    - To ja zamykaj, ja się boję. Zresztą jest zamknięta. Jak dla mnie, może tam zostać.
    - Ale ja pod ręcznikami mam żarcie i pędzle!
    Staliśmy we troje z Przemkiem, patrząc na plecak. Żadne z nas nie było zainteresowane nagłą śmiercią, która – jak doskonale wiedzieliśmy - groziła każdemu, kto zakłóci spokój jego zawartości.
    Pusieńka, śliczny, rasowy, perski koteczek w kolorze dymnego błękitu, miała swoje bardzo stanowcze pojęcie o tym, co to jest jej terytorium. Mieszkanie Anki, jasne, w nim pudła z ręcznikami, oczywiście, ale poza tym także wszelkiej maści torby, plecaki i pojemniki, najlepiej zamykane. Kiedy jeszcze była maleńka, kilka razy niechcący wyniosłam ją Ance z domu, bo nie przyszło mi do głowy sprawdzić zawartości plecaka przed wyjściem. Kotu wystarczył maleńki kawałek niedosuniętego suwaka, wpełzała do wnętrza jak ośmiornica do słoika, a w chwilach wymagających szybkości stosowała teleportację. Przemek, który pomagał kiedyś w rehabilitacji złamanej nogi mamie Anki, i z tego powodu trzy razy w tygodniu odwiedzał jej mieszkanie, opowiadał, jak to przyszedł, otworzył plecak, wyjął kota, wyjął ciężarki, wyjął kota, zapiął plecak, pomyślał, otworzył go i wyjął kota – i to nie była licentia przematica tylko bardzo konkretny opis walki o terytorium. I rzecz miała miejsce cztery lata temu, kiedy charakter i przekonania Puśki nie osiągnęły jeszcze dzisiejszej stanowczości. Dziś by jej z plecaka nie wyjął nie mając na sobie zbroi.
    A dodatkowo, gdyby nawet udało się ją wyrzucić z okupowanego przez nią lokalu, groziło nam, ze wlezie w jakieś inne ciekawe miejsce, którego nie będzie chciała opuścić i skąd nie zdołamy jej wydobyć bez uszkodzenia siebie bądź jej – HOW obfitował w schowanka tego rodzaju i już kiedyś płoszyłam Pusię przemysłowym odkurzaczem z jednej strony sterty rur wodociągowych, które wybrała dla siebie jako miłe schronienie na najbliższy tydzień, kiedy Anka i Bogdan czatowali po drugiej stronie stosu. Albo, co gorsza, wlezie, ale nie będzie umiała wyjść – na przykład kot utknięty w studzience to nie jest żadna radość ani dla kota, ani dla ratowników…
    - Przyniosę ten kocioł. – zaproponował Przemek. – Wysypiemy ją do kotła razem z ręcznikami, to znaczy ty wysypiesz, a my przykryjemy pokrywkę. I niech sobie tam leży.
    - Dawaj ten kocioł.
    Osobiście byłam zdania, ze lepiej pożyczyć pędzle i zostawić kota w jego naturalnym środowisku, ale oni oboje odczuwali mniejszą bojaźń Puśki niż ja.


    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • balamuk 05.07.17, 15:37
    She loves us, yeah, yeah, yeah
    She loves us, yeah, yeah, yeah
    With a love like that
    We know we should be glad
    YEAH! smile))
  • berrin 05.07.17, 15:48
    Och.
    To nie ja, cała chwała w łapy Puśki 😉

    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • balamuk 05.07.17, 16:00
    I po trzech sekundach cała chwała w strzępach. wink
  • gat45 05.07.17, 16:28
    Berrin, opis kociego charakteru cudny ! La Bruyère może Ci buty czyścić !

    A propos strzępów : moja kocica Krewetka nienawidziła podatków, a szczególnie dorocznego wymiaru podatku lokalowego. W moim urzędzie byliby bardzo rozczarowani, gdybym w odpowiednim czasie nie stawiła się u nich z nieśmiałą prośbą o duplikat. Jako uzasadnienie pokazywałam mocno wystrzępiony papier - głównie po brzegach, ale widniejąca w środku rubryka z kwotą do zapłaty była wściekle rozdarta wielokrotnym szarpaniem. Pozostałe dokumenty Krewetka darzyła iście kocią obojętnością, tylko te z US tępiła zaciekle.
  • balamuk 05.07.17, 17:34
    Niezwykle Mądry Kot.
    A propos podatków: cuś mnie napadło i zaczęłąm szukać patrona. No i znalazłam patrona od unikania płacenia podatków (Św. Mamas) i patrona urzędników podatkowych (apostoł Mateusz). Nie znalazłam za to patrona normalnych obywateli, obowiązkowo (i ze zgrzytem zębów) płacących te podatki. Ktoś go wie?
  • berrin 05.07.17, 17:54
    Św Antoni od spraw beznadziejnych?

    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • gat45 05.07.17, 18:19
    Nie było chętnego na taką ciężką fuchę ?
  • minerwamcg 05.07.17, 18:47
    Tym się ostatnio zajmował Pan Jezus osobiście... Ale może scedował fuchę na kogoś niższego rangą. Albo właśnie nie scedował, zostawił sobie, żeby dowartościować uczciwych podatników.
    Niezależnie - kocia dygresja cudowna. Puśka rządzi i biada każdemu, kto by myślał, że nie.

    --
    Nawet na północy Grenlandii słońce kiedyś wschodzi. I należy to koniecznie wziąć pod uwagę.
  • berrin 05.07.17, 20:49
    Od dawna się szykowałam, żeby o Puśce napisać. szkoda, ze juz jej na ziemi nie ma, ale zyła długo i nie zmieniła poglądów do konca swoich dni.
    To był kot, do którego podchodziło się a) z szacunkiem i b) w rekawicach spawacza.

    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • franula 05.07.17, 19:11
    od spraw beznadziejnych to jest Juda Tadeusz i ew św Rita
    św Antoni od osób i rzeczy zaginionych
  • berrin 06.07.17, 14:35
    Moje drogie, ponieważ wczoraj zaczęłam temat Pusi, dzis nie było wyjscia i musiałam go dokończyć. Obiecuję, ze częśc kryminalna ruszy już zaraz (...to taka wielka bakteria jest).

    c.d.

    Kocioł nadciągnął sprawnie, niesiony za oba ucha –zgodnie przez Przemasa i nieprzyzwoicie pogodnego Jacka. Władze śledcze nie dawały za wygrana, od czego nie wiadomo czemu zrobiło mi się jakoś tak sympatycznie.
    - Cześć, Janka, cześć wszystkim. – przywitał się grzecznie, a potem z nienaganną elegancją ukłonił się Ance. – Jacek.
    - Anka. Policjant?
    - Tak, ale proszę zauważyć, że bez oporu noszę garnki. Po co wam to, czy to ma jakieś zastosowanie żeglarskie albo remontowe?
    - Schowamy tam kota. – odrzekła Anka z roztargnieniem, sięgając po plecak. Jacek grzecznie jej go podał i zamarł, gdy bagaż, wprawdzie ciągle przyjemnie nieruchomy, poczuł chyba, ze sytuacja zmierza ku katastrofie i wydał z siebie złowrogie buczenie.
    - Że co proszę?
    - Że schowamy tam kota. Janka, bierz pokrywkę. Przemek, weź te stare… a, poszedł po nie.
    Przemas, czując, ze tak czy owak nie uniknie bezpośredniego kontaktu z szarym bóstwem chińskich ręczników, właśnie wracał, machając parą rękawic dla spawaczy, używanych przez nas do prac przy szybkowiążących laminatach. Otóż spoiwa te miały to do siebie, że świetnie i szybko wiązały – oraz to, ze w czasie mieszania żywicy z utwardzaczem i przyspieszaczem reakcja egzotermiczna wypalała słoik. Nie można było jednakowoż odstawić gotującej się mieszaniny i przeczekać, bo właśnie w chwili największego bulgotu wymagała najbardziej energicznego mieszania. Mieszanie implikowało konieczność mocnego uchwycenia słoika, a niestety trzymać go gołą ręką nijak się nie dawało, a przez ściereczkę chwyt był co najmniej niepewny. Rękawiczki ogrodnicze typu bawełna oblana rzadką gumą nie nadawały się głównie dlatego, ze guma nie była odporna na taką temperaturę i zwykle topiła się na słoiku. Za to grube, skórzane, wzmacniane i z mankietami niemal do łokci rękawice spawacza, po dodaniu im dodatkowej wyściółki w postaci starych rękawiczek bawełnianych, pełniły swa role świetnie – a teraz miały być zastosowane do pracy co najmniej równie niebezpiecznej.
    Przystąpiliśmy do akcji. Przemas z namaszczeniem naciągnął rękawice, Anka ustawiła plecak dnem do góry na krawędzi kotła, ja na wszelki wypadek cofnęłam się z pokrywką a Jacek, coraz mocniej zaintrygowany nieznanymi mu metodami szkutniczymi, podszedł bliżej.
    W garze nadal znajdował się wojłokowy, stary, kraciasty koc, wcześniej służący jako zabezpieczenie Zbyszkowych gaśnic, teraz tworząc na dnie malowniczy kłąb i mocno woniejąc benzyną ekstrakcyjną. Nie wydobyłyśmy go stamtąd, ponieważ Puśka, kot malarza, żeglarza i szkutnika, stosownie uwielbiała wszelkie tego rodzaju zapachy. Zdarzało się wszak, że wlokła wymazane farbą pędzle Anki do pudeł z ręcznikami, żeby na nich leżeć, wsadzała łapę do słojów z rozcieńczalnikami, próbowała pić werniks, a na jednym z obrazów swej pani, po przewróceniu sztalug, kiedyś się nawet miłośnie ułożyła (a potem trzeba ją było delikatnie odcinać od jego powierzchni, co - jako że przylepiła się bokiem, a nie łapami - nie było to ani łatwe, ani bezpieczne, a najbardziej przeszkadzał perski ogon, walący dokoła jak śmigło i pchający się pod ostrze ratunkowe). Anka bardzo ostrożnie uklepała kocyk, po czym równie delikatnie położyła rękę na suwaku, żeby jednym gestem odebrać Puśce grunt pod łapami i nie dać jej czasu do namysłu.
    Może faktycznie stałam trochę za daleko – Anka popatrzyła na mnie krytycznie, a nadal niewiele rozumiejący z całej sceny, ale bardzo życzliwy Jacek odebrał mi pokrywkę.
    - Co mam robić?
    - No przykryć garnek, jak kot wpadnie. Na trzy. – po czym oczywiście powiedziała „trzy”, otworzyła plecak, a Marlena, czająca się za nami diabli wiedzą od kiedy, bo przecież podkradanie się ludziom pod nogi wyćwiczyła znakomicie przez ostatnie dwa lata, z bulgotem nienawiści do całego kociego gatunku, a do tego jego przedstawiciela w szczególności, skoczyła na kocioł w tej samej chwili, w której niebotycznie wściekła Pusia, machająca łapami w powietrzu jak puchaty helikopter i czepiająca się wylatujących razem z nią ręczników, chwyciła pazurami brzeg garnka, i zawisła na krawędzi jak uosobienie klęski żywiołowej, jednocześnie starając się złapać jakąkolwiek przyczepność tylnymi łapami, żeby móc się wybić komuś na twarz. Anka wrzasnęła, odrzucając plecak, Przemas, nastawiony na wpychanie kota w głąb naczynia, nachylił się za mocno a Jacek, chcąc zamknąć piekielną furię, zdzielił go pokrywką w potylicę. Przez chwile wydawało mi się, ze nie dość, ze zaraz wszyscy zginiemy, to jeszcze Marlena zje Puśkę, a potem udało mi się złapać Marlenę za ogon i odwlec jazgoczącą wiedźmę o kluczowe pół metra, Przemas z determinacją złapał Pusię za futro, oderwał od krawędzi kotła i pchnął w dół, a Jacek tym razem trafił pokrywką we właściwe miejsce, aż zadźwięczało.
    Marlena natychmiast przestała jazgotać, a zaczęła skomleć, aby dokładnie zobrazować krzywdę, jaką jej czynię, trzymając ją za ogonek. Pośpiesznie ją puściłam – ale Rysio zdążył nadbiec z odsieczą.
    - Chciała zjeść Pusię. – ubiegła jego pretensje Anka. Rysio padł na kolana przy swoim skarbie i sprawdzał, jak straszne rany odniosła – skoro wspomniano Pusię, mogło być różnie. Na szczęście obie damy nie zdołały, mimo starań, wejść w bezpośredni kontakt, więc rany Marleny były raczej duchowe. Pusia także zapewne ucierpiała najbardziej na swej dumie i godności – ale ona nie domagała się pocieszania, kocioł stał teraz spokojny i nieruchomy, lśniąc srebrzystym aluminium w blasku popołudniowego słońca.
    - Po cos przyniosła tego mordercę!? – zezłościł się Rysio, kiedy już był pewien, ze Marlena nie wymaga szycia. – To nie jest miejsce dla kota, woź ją sobie na łódce, jak się zwodujecie!
    Rzecz polegała na tym, że kiedy w zeszłym roku Pusia wybrała się na HOW w torbie z narzędziami stolarskimi Anki, prawie od razu weszła, i to na własne, gwałtownie wyrażone życzenie, w bliski kontakt z Marleną i obie wyszły z zajścia nieco kontuzjowane, nie mówiąc już o słownictwie, jakie zostało wówczas użyte. Wprawdzie w zasadzie żadnej z nich nie stało się nic poważnego, ale jednak jednej damie opatrywaliśmy nos i ucho, a druga spędziła dwie nieprzyjemne godziny siedząc na topoli – najpierw celowo, bo uciekała przed rozżartą bestią, potem też celowo, bo fochała się na cały świat, a na nas w szczególności i nie zamierzała nas zaszczycać swoim towarzystwem – a potem, co łatwo było przewidzieć, bo nie umiała zejść. Marlena nie ułatwiała, od czasu do czasu wymykając się ze swego kojca, gdzie rzekomo za karę (za to z puszką pasztetu) zamknął ją był Rysio i niby mimochodem podchodząc pod drzewko i na przykład pod nim węsząc, albo, w ramach okazania najgłębszej psiej pogardy, załatwiając tuż obok pnia niektóre swe potrzeby. To musiało być osobiste, bo przecież Rysio dzielił swoje mieszkanie i serce nie tylko z nią, ale i z dwoma kotami i cały zwierzostan egzystował bezkonfliktowo na naprawdę małej powierzchni - a tutaj wyraźnie było widać, ze jeśli chodzi o te dwie harpie, to Galaktyka jest za mała dla nich obu. Nienawiść wsiąkła w serca i zatruła krew obu ssaków… choć musiałam przyznać, ze gdybym koniecznie miała opowiadać się po którejś ze stron konfliktu, wybrałabym sunię. To nie ona wtedy zaczęła.
    Za to teraz tak…
    Wyjęłam z torby precla z serem i podałam Marlenie. Powęszyła podejrzliwie a potem nader delikatnie i nienachalnie wzięła go w zęby, odeszła na metr w bok, ułożyła się na kurtce Przemka, która w zamieszaniu spadła z dziobowego kosza i zajęła się kojeniem nerwów.


    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • szkorbut-lumbago 06.07.17, 20:48
    Popełniłam błąd! Budowlaną sagę przeczytałam w całości, ze względu na swoją nieobecność, ale tym razem już nadrobiłam i teraz będę cierpieć w oczekiwaniu i gryźć pazury.
    Berrin, umówmy się, że ja załatwię kwestię sądu (a po kilku latach w NSA dam radę, mam nadziejęwink), a Ty w tym czasie będziesz pisała. Da radę tak?

    --
    Żeby postawić wieżowiec, trzeba najpierw wykopać dół pod fundamenty. Mąż.
  • berrin 06.07.17, 21:17
    NSA!!! Mój ULUBIONY sąd!!!
    Wysoki sądzie! Ja i tak dzisiejszy kawałek stworzyłam kosztem przynajmniej dwu odpowiedzi na skargi.
    Zastanawialam sie zresztą dzisiaj, czy nie popełniam błędu. Czy nie lepiej byłoby najpierw wykonac całość pisania a dopiero mając gotowca, wrzucac go w odcinkach np. co drugi dzień. Z pewnoscią wtedy nie miałabym takiego problemu z utrzymaniem sie w stylu i z pamiętaniem, co napisałam miesiac wczesniej. Ale obawiam sie, że skonczyłoby się jak juz kilka moich prób nazwijmy to literackich - piszemy pierwsze dziesięć stron, dlaej już i tak wiem, co sie stało, to po co mam pisać.

    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • zaisa 06.07.17, 22:29
    Piękne! I kawałek o Puśce i Marlenie i ludziach smile I podsumowanie Twoich usiłowań literackich. Na szczęście komentarze tutaj nie muszą być konstruktywne, więc mogę się zwyczajnie zachwycić.
  • berrin 06.07.17, 22:35
    zwierzak zawsze ukradnie show smile

    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • berrin 11.07.17, 12:08
    Co ja narobiłam, ludzie łódki i koty malują... smile
    Ja maluje koty, jak siedzę na nudnym szkoleniu.



    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • berrin 11.07.17, 12:10
    Co ja narobiłam... czy rysowanie łódek i kotów to zabiegi magiczne?
    Czy mam się spodziewac jakichś skutków?
    Mleko mi skwasnieje?
    Lubię zsiadłe.

    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • berrin 11.07.17, 12:21
    Więc miniporcyjka.
    U.C.D.

    Jacek próbował obejrzeć potylicę Przemasa, w końcu mocno zaprawioną pokrywką, ale młody medyk nie zamierzał na to pozwolić.
    - Sam się uleczę. – oświadczył. – Zresztą nic mi nie jest.
    - Nie przewidziałem…
    - Nikt się nie spodziewa hiszpańskiej inkwizycji, nie? – wspaniałomyślnie przyznał Przemas - Nie znałeś Puśki osobiście, w porządku, teraz już wiesz, że to potwór…
    Obaj przed chwilą zgodnie i bardzo ostrożnie przestawili koci kocioł pod drzewka, umieszczając go na podstawce z płyty pilśniowej – a Przemas dla pewności położył na pokrywce spory otoczak.
    - Ona się tam nie udusi? – niepokoił się jeszcze Jacek.
    - Rant nie jest równy, spokojnie. To jest zresztą kot pancerny i przeciwpancerny…
    - No właśnie widziałem…
    Zostawiłam obu pogromców, kiedy się tak zaprzyjaźniali nad garnkiem i poszłam do hangaru po kanisterek z rozcieńczalnikiem do pokostu i bańkę acetonu. Skoro znienacka władze śledcze z jakichś sobie znanych powodów uznały, ze pomogą nam w remoncie, to z mojego punktu widzenia należało fakt ten wykorzystać. Uważałam nas wszystkich za niewinnych do obrzydliwości i nie wydawało mi się, żeby obustronna współpraca remontowo-śledcza czymkolwiek nam groziła.
    W hangarze trafiłam na kolejne bardzo zirytowane zgromadzenie – Bogdan, Rysio i Zbyszek stali pod kratownicą, wykazując wielka ufność dla słupków zabezpieczających i pokazywali sobie coś palcem. Podeszłam bliżej i zorientowałam się, ze chodzi o stłuczoną szybę w jednym z wąskich, poziomych okien pod samym dachem hangaru. Musiała być stłuczona już wcześniej, bo mętnie pamiętałam, ze wczoraj znad kratownicy, spomiędzy leżących na niej szpejów, było widać dzienne światło, teraz widoczne wyraźnie, skoro Bogdan w ataku pracowitości z wczoraj na dzisiaj pozdejmował z góry znaczną część osprzętu.
    Sam fakt potłuczenia jakiejś szyby na HOWie nie był niczym dziwnym, już rodzaj wykonywanych tu przez nas robót i kompletny brak kwalifikacji powiązany z nadmiarem entuzjazmu u przynajmniej połowy pracujących generował nieustanne straty. Przynajmniej trzy razy w sezonie remontowym ktoś bawił się w czeski film, nosząc za długą drabinę albo starając się opanować pięciometrowe deski, targane do stolarni. Raz widziałam, jak Jędruś testuje pistolet tapicerski metodą przestrzeliwania go – a że był to niezmiernie solidy i wielkokalibrowy ruski pistolet ze stadionu 10-lecia, masywna zszywka, wystrzeliwszy z urządzenia wybiła dziurę w drzwiach jednej z szafek i stłukła stojącą wewnątrz butelkę po piwie, zawierająca rozcieńczony kwas solny (zaraz potem pistolet został zakwestionowany jako broń zaczepna i schowany w warsztacie Jurka, a potem wydawany wyłącznie osobom pełnoletnim z wyłączeniem Przemasa). Masowa nieumiejętność mocowania tarcz tnących diaksy także powodowała straty, tym większe, im bardziej mimośrodowo taką tarczę umieszczano – zwłaszcza, ze jeszcze nie przywykliśmy do luksusu diaksy z tarczami na rzep. Zerwana siłą odśrodkową tarcza tnąca potrafiła lotem koszącym przelecieć przez pół hangaru i wbić się w ścianę – a kiedyś, w jednym, bardzo pamiętnym wypadku, w burtę Jajecznicy. To, ze nikt nikogo nie zabił żadnym z tych narzędzi, zawdzięczaliśmy chyba jedynie opaczności świata, tej samej, która nie pozwoliła nam się pozabijać podczas wodowania Kowalika, zapewne uznawszy, że za bardzo byśmy chcieli, a to, ze Zbyszek nie zabił nikogo po uszkodzeniu burty kobiety jego życia – wyłącznie temu, że Kuba zaczął uciekać, jak tylko usłyszał narastający ryk gniewu, nie dociekając jego przyczyn.
    Ale wybicie szyby w okienku pod dachem było o tyle zaskakujące, że nie bardzo mogło przytrafić się przypadkiem, wymagało bowiem starań. Szyby w okienkach tylnej ściany hangaru były solidnie zbrojone metalową siatką i nawet pęknięte pozostawały na swoich miejscach. Uderzenie kamieniem czy gałęzią nisko przelatującej topoli nie miało prawa spowodować żadnych większych zniszczeń. Jasne, podczas jesiennego ładowania rzeczy na kratownicę, zwłaszcza zaś w trakcie wsuwania tam masztów i bomów metodą „kiedy użyjesz odpowiedniej siły, przestrzeń magazynowa znacząco się poszerza” spokojnie któryś top albo pięta mogły wjechać w szybę i skutecznie załatwić ją w drobne okruchy, ale wtedy podczas obchodzenia hangaru ktoś na pewno zauważyłby że kawałek takielunku wystaje poza hangar. A nie wystawał.
    A szyba była stłuczona od zewnątrz. Drobne druciki zbrojenia, spomiędzy których wysypywały się okruchy hartowanego szkła, były wgięte do wewnątrz pomieszczenia a cała szczelina w stłuczonym oknie miała niemal 30 cm długości .
    - Jak łaziłem i szukałem gaśnic, to szyba musiała być na miejscu, bo na górze było kompletnie ciemno – mówił Zbyszek.
    - Kuba… - zaczął Rysio, który od dawna miał bardzo konkretne poglądy odnośnie identyfikacji największego howowskiego niszczyciela i szkodnika, ale Zbyszek ich nie podzielał.
    - Panie Rysiu, pan się uspokoi z Kubą, nie całe zło świata przez Kubę. Włazili na górę, jak szukali tej szpady, ale od środka przecież tego nie potłukli. – przerwał mu dość obcesowo. – To musiał ktoś z zewnątrz.
    - Może jakaś gałąź…? – niepewnie zaproponował Bogdan. – Nie, bzdura…
    Zostawiłam ich z zagadką szklarsko-dendrologiczną, wyciągnęłam z szafki cała niezbędna mi chemię i wróciłam ciężko pracować.
    Jacek i Przemas zmyli już pokład benzyną i właśnie energicznie potrząsali każdy swoją puszką pokostu. Anka obskubywała z luźnego włosia pędzle, ocalone spod Puśki. Sporządziliśmy mieszankę, Anka rozlała ja do wiaderek i sobie na buty. Jacek wysłuchał uwag o technologii pracy przy dębowych klepkach, przyodział się w wydane mu ogrodnicze rękawiczki, skinął głowa i spokojnie i metodycznie zaczął malować. Anka popatrywała na niego podejrzliwie przez kilka pierwszych minut, ale szybko dała spokój, i wybrawszy sobie do malowania pokład na rufie, zajęła się własną robotą.
    Zresztą sprawnie mu szło. Wyglądał przy tym doskonale niewinnie i całkowicie na swoim miejscu – i dopiero po dobrym kwadransie malowania ramię w ramię z nim razem doszłam do wniosku, ze w tym sielskim obrazku wikinga z pędzlem, skupionego na pracach szkutniczych, cos mi nie gra.
    Czterdzieści metrów od kanistra z pokostem nie tak dawno znalazłam o poranku trupa. Jacek jest policjantem. Policjant maluje nasz pokład w godzinach swojej pracy. Ja rozumiem pomoc społeczeństwu, służby mundurowe bywają bezcenne, choćby nie dalej jak jesienią ściągali nas policyjną motorówką z filara Mostu Gdańskiego, na który cofnął nas wijący się tam jak znerwicowany padalec prąd wody, ale nie słyszałam do tej pory, żeby do obowiązków organów ścigania należało malowanie pokostem.
    Albo zakochał się we mnie na śmierć i życie i ryzykuje dyscyplinarne konsekwencje opieprzania się podczas dochodzenia, albo…
    Albo zrobiliśmy wszyscy tak znakomite wrażenie na jego sztywnym i służbowym przełożonym, że uznał, ze bez środków specjalnych niczego sensownego się od nas nie dowie. Ciekawe, czy naprawdę tak mocno wiązał osobę zabitego z HOWem, czy jednak po drugiej stronie płotu jakiś sympatyczny funkcjonariusz pomagał teraz dla odmiany malować linie na korcie…
    - Podobno mieliście tu jakiś czas temu archeologów? – zagadnął mnie obiekt moich obserwacji, dolewając sobie pokostu do wiaderka. Nadal wyglądał niewinnie i sympatycznie i nadal było mi przyjemnie, ze jest w bliskiej okolicy – ale jeszcze nie doszłam do wiążących wniosków, do jakiego stopnia zamierzam być mu nieświadomą pomocą w śledztwie. Niech będzie, na razie mogę mu poopowiadać, mają rację, prywatnie dowiedzą się masy niepotrzebnych rzeczy ale może będzie wśród nich jakąś potrzebna, a na przesłuchaniu nikt im nie będzie snuł opowieści z życia harcerza – bo zresztą niby o czym…?
    - Byli. Zaraz przed bomba lotniczą. – przyznałam zatem bez oporu.



    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • zaisa 11.07.17, 14:51
    Wadą tych kawałków jest to, że jak się człowiek wciągnie, to zaraz mu się kończą. Zaletą, że może wtedy wrócić do życia i prac innych.
    Pisz, Berrin. Ponieważ mamy zagniecione ciasto na ciasteczka, to może z niego powycinamy łódki i koty?
  • minerwamcg 11.07.17, 15:11
    To się nazywa klifhanger! Zostawiłaś nas z bombą lotniczą.

    --
    Nawet na północy Grenlandii słońce kiedyś wschodzi. I należy to koniecznie wziąć pod uwagę.
  • balamuk 11.07.17, 15:30
    U.C.D., U.C.D. big_grin
  • eulalija 11.07.17, 16:49
    A co to jest U.C.D?


    --
    Szajka bez końca
  • berrin 11.07.17, 17:03
    Ulubiony Ciąg Dalszy 😀

    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • gat45 11.07.17, 17:07
    Wytarzałam się z lubością w tym odcinku, jak i w poprzednich.
    Kcem jeszcze. No, proszę ! Tak bardzo proszę....
  • berrin 11.07.17, 17:12
    Co w mojej mocy czynię... ale praca zawodowa ma swoje prawa...

    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • szkorbut-lumbago 11.07.17, 19:23
    Moja propozycja wciąż aktualna smile

    --
    Żeby postawić wieżowiec, trzeba najpierw wykopać dół pod fundamenty. Mąż.
  • eulalija 12.07.17, 08:55
    Dziękuję uprzejmie za informację.
    Czekam bardzo cierpliwie.
    Nienażarta czytelniczka.

    --
    Szajka bez końca
  • berrin 12.07.17, 09:45
    Szkorbucie, kiedy mi akt rentowych nie wolno wynieśc poza instytucję smile Wprowadzisz się pod dach nasz cieknący?

    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • bluzeczka.zamszowa 12.07.17, 10:41
    Cześć, w którymś z wcześniejszych tomów Autobiografii Gurua pisała, że kiedy trzaskala na maszynie kolejna powieść, obaj synowie stali za nią i czytając śmiali się głośno, wołając: szybciej matka, szybciej pisz!
    Mam ochotę ich naśladować, w miejsce <matka> wstawiając <Berrin>!


    --
    - Kapitalizm z przodu się do nas uśmiecha, a z tyłu zęby szczerzy- wyrwało mi się filozoficzne wspomnienie.
    - Co?
    - Nic, przypomniało mi się przemówienie partyjne z dawnych czasów. Joanna Chmielewska: Trudny trup
  • berrin 12.07.17, 14:49
    UCD, UCD smile

    - Właśnie, bomba lotnicza… tam za hangarem, wpadłem w pułapkę… - w skupieniu przejechał pędzlem po falszburcie.
    - To chcesz słuchać o archeologach czy o bombie? – zapytałam rzeczowo.
    Przez chwile patrzyliśmy sobie w oczy – Jacek miał zielone oczy – i on pierwszy uciekł spojrzeniem.
    - W porządku. – pocieszyłam go. – Takie metody śledcze są spoko, zwłaszcza, że pomagasz w robocie. Ja go nie zabiłam i w ogóle nie zrobiłam nic złego, wiec nie czuje się podpuszczana. Opowiem ci co będziesz chciał, nie musisz być zakłopotany. Taka praca, chociaż ja cię chyba za dobrze znam, żebyś się w tej sprawie pisał na tajniaka...
    Skrzywił się lekko.
    - Kapitan uznał, ze skoro ja też cię znam…
    - No, jemu z cała pewnością nic bym nie opowiadała.
    - Widzisz – ciągle trochę speszony, ale już spokojniej, wrócił do skrupulatnego malowania pokładu wokół kluzy. – Tu się coś dzieje… a cholernie trudno sprawdzić, co.
    - Archeolodzy byli dziwniejsi niż bomba – zapewniłam go.
    - Świetnie, pewnie tak, tylko o tym, jak saperzy wydobywali niewypał, to dowiedzieliśmy się wszystkiego w jednostce na Szwoleżerów, a o tym, co to byli za archeolodzy, to nawet nie wiemy, kogo pytać. Uniwerek twierdzi, ze żadnych archeologów to nie było. W ogóle byli zdziwieni, czego mieliby tu szukać.
    - To nie jest jedyna uczelnia w kraju.
    - No nie, ale zanim zaczniemy wysyłać pisma do wszystkich wydziałów archeologii w Polsce, może powiesz mi coś, co nam ułatwi… Czego oni tu szukali?
    Zastanowiłam się głęboko. Z archeologami nie miałam za wiele do czynienia, w październiku zaczynaliśmy na budowie etap wylewania białej wanny i wszyscy byli bardzo zajęci, ja także, na HOWie bywałam dość rzadko, całą robotę konserwacyjną przy Nadziei zostawiając Ance, która do swoich studiów na architekturze podchodziła z dużo większym luzem. Ale jednak bywałam, omawialiśmy wspólnie fakt pętania nam się po HOWie i przeszkadzania nam w pracy całkiem sporej ekipy kopiącej bardzo duże dołki bardzo małymi łopatkami. Było mnóstwo gadania, ale tak jakby niespecjalnie cokolwiek z niego wynikało…
    - Nie wiem. – powiedziałam wreszcie ze zdziwieniem.
    - Nie powiedzieli?
    - No nie, chyba mówili. Bardzo dużo mówili, ale jakoś tak, to znaczy teraz tak mi się wydaje, jakby bardzo chcieli, żeby nikt ich nie zrozumiał. Nie wiem, niektórzy naukowcy tak mają, że jak są zrozumiali to się nie czują wystarczająco naukowo… Coś tam coś tam w czasie drugiej wojny, jak berlingowcy forsowali Wisłę, to tutaj coś tam. Ale nie wiem… Przemas?
    - Co? - Przemas wychylił się zza burty. – Mało będzie tego pokostu!
    - Mam jeszcze dwie puszki w szafce – uspokoiła go Anka. Pomachałam ręka, żeby zwrócił uwagę na mnie, a nie na pokost.
    - Na razie mamy jeszcze połowę dużej puszki i póki co ci wystarczy. Przemas, skup się. Siedziałeś tu cały październik, jak ta ekipa szukających w gruncie rzeczy kopała dziury pod stelażami.
    Przemas spojrzał na mnie tak, że na moment zwątpiłam we wszelką jego zdolność do skupiania się, poprawił okulary ręką, w której trzymał pędzel, ubrudził je sobie pokostem, zdjął je, wytarł koszulą, rozmazała po nich pokost jeszcze bardziej, sięgnął po rozcieńczalnik i Jacek w ostatniej chwili złapał go za rękę, zapobiegając chlupnięciu acetonem na plastikowe szkła z powłoką antyrefleksyjną i uczynienia nowych okularów łagodnie i przyjemnie nieprzejrzystymi. Byłyby to zresztą już trzecie, które Przemas sobie tak załatwił.
    Po krótkiej walce pozwolił mi odebrać sobie szkła i wyczyścić je moimi własnymi chusteczkami do okularów, założył je na nos i zamyślił się głęboko.
    - No siedziałem. - przyznał. – Jakoś tak wyszło, ze miałem czas wtedy, robiłem nowe gretingi do Polimala.
    - No właśnie wiem. Pamiętasz ekipę archeo z jesieni?
    - Pamiętam, strasznie przeszkadzali w robocie.
    - Skąd byli?
    - No z UWu.
    - Tak mówili?
    - No tak, pytałem się ich, pamiętam, i powiedzieli, ze są z UW, byłem ciekaw, bo tam była jedna fajna dziewczyna, co mi się z nią nie udało ani razu dłużej pogadać i myślałem sobie, ze potem pojadę na wydział i ją sobie znajdę już bez tego ich szefa. Powiedziała, ze jest z UW.
    - Pojechałeś?
    Przemas niechętnie wzruszył ramionami.
    - Ta… Pojechałem. Miała na imię Kaśka, ale dopiero jak tam byłem, zorientowałem się, ze nie pamiętam nazwiska, a na dodatek od razu mi powiedzieli, że trzy ekipy i tak właśnie pojechały na wykopki gdzieś pod Szczecin. Jej nie zobaczyłem, uznałem, ze pewnie tez pojechała, a potem mi się już nie chciało szukać. Ona mnie nie szukała.
    - Czego oni tu chcieli?
    - Nie wiem. Prowadzili badania jakeś tam. Że niby rozkopią i dopiero będą wiedzieli, czy czegoś szukają. Może w czasie wojny zapadł się tu w bagno liberator i chcieli go odkopać. Jakoś tak pamiętam, ze chodziło o jakieś tam potwierdzenie czegoś z II wojny.
    - Tutaj? Bez sensu. Tu było starorzecze.
    - Nie wiem, trochę nas przeganiali. Że niby im przeszkadzamy, kto tu komu przeszkadzał... Więcej gadali z Rysiem, ale też raczej tylko o tym, żeby zamykał Marlenę, bo im włazi do dziur. I chyba z Bogdanem, znaczy nie wiem, czy gadali, czy tylko sam się interesował, nie miałem do tego głowy tak naprawdę…
    - Bogdan?
    - No, nawet właził im pod te zabezpieczenia i sobie oglądał. Chyba go polubili, taki kurde poważny, no, przynajmniej go nie przepędzali jak innych. Nawet się dziwiłem, że zawsze taki zdystansowany, a tam się pcha, ale może tez mu się jakaś panna spodobała, przecież to było akurat wtedy, jak się rozstawał z Agnieszką.
    Jacek słuchał i zapewne wyciągał jakieś wnioski, a przynajmniej służbowo powinien – ale jeśli tak, to powinnam odczuć podziw, bo mnie żadne wnioski z mętnych wspomnień Przemasa nie wynikały.
    - Coś wykopali? – zapytał.
    - No żadnego czołgu ani liberatora nie znaleźli. Pogadaj z tym pracoholikiem, będzie lepiej wiedział. No i Rysio albo Jurek, ktoś z obsługi, albo Zbyszek, ktoś w końcu dał im zgodę na te wykopki na samym środku placu roboczego. Cholera, wózkiem z łodziami trzeba ich było omijać, kopali z dwu stron, tutaj przy wale i tam, z drugiej strony, Jędrek się śmiał, że metro robią, bo to wyglądało jak tunel kopany z dwu stron. Anka, trzeba dorobić pokostu.
    Jacek z miną wyrażającą zupełnie nic sięgnął po swoje wiaderko i odlał część zawartości do zasobnika Przemasa. Przysięgłabym, ze cała moc jego procesora idzie w tej chwili w porządkowanie danych. Potem wrócił do malowania, przesuwając się bardziej w stronę rufy.
    Praca postępowała solidnie i szybko.
    - A ta bomba? – zapytał mnie cicho, kiedy Przemas z Anka powędrowali jednak po ostatnią puszkę pokostu.
    - Zieloni harcerze robili tu jakieś gry terenowe... – zaczęłam.
    - Zieloni?
    - No… Nie wodni. Wodni są granatowi, znaczy my jesteśmy, a oni zieloni.
    - Jesteś harcerzem? – ucieszył się nie wiadomo czemu. Zastanowiłam się.
    - Chyba formalnie tak, chociaż nie wstępowałam. Żeglowanie tutaj wiąże się technicznie z przynależnością do drużyny, jednej z dwu, 165 albo 166 WŻDH. Przypisują cię losowo.
    - A mundurki? Nosicie mundurki?
    - Nie masz innych zmartwień?
    - Mam, ale próbuję sobie ciebie wyobrazić w harcerskim wdzianku… Jak one wyglądają?
    - Są granatowe z kołnierzem marynarskim. Mam gdzieś w domu taką bluzę, ale męska jest i biust mi się nie mieści. Chcesz o bombie?
  • berrin 12.07.17, 14:51
    I sama końcówka, co mi się nie zmieściła w ramach 8000 znaków.


    Naprawdę wyglądał jak psotny chłopaczek. Wzrostu 190 cm.
    - Chcę.
    - No więc była jakaś gra terenowa, i chłopcy od organizacji coś ukrywali w różnych miejscach nad Wisłą, tutaj, przy Horyzontach, w Nowym Ośrodku, żeby kto inny znalazł. W tym celu tez kopali dołki i podkopy, ale płycej. Jurek ich nawet pogonił, bo nam podkopywali hangar. No i wykopali statecznik, tam, gdzie wpadłeś nogą pod deski.
    - To im gra nie wyszła…
    - No trochę chyba nie, bo na dwa dni ewakuowali stąd wszystkich, przyjechali chłopcy najpierw ze Szwoleżerów a potem z Wesołej, wykopali bombę lotniczą, ganiali z wykrywaczami metalu, żeby sprawdzić, czy to była jedna bomba, ale niczego więcej chyba nie znaleźli. Sprawdzili cały tamten wał za hangarem. I wywozili ją z szykanami, Most Łazienkowski zamknęli dla ruchu, jak kolumna jechała…
    - Skąd byli ci harcerze? Ci zieloni?
    - Nie wiem, ale łatwo mogę ci sprawdzić, Zbyszek wie na 100 procent, bo musieli to wcześniej uzgodnić z nim. Chcesz?
    - Chcę. To znaczy poproszę…


    BTW. To pismo procesowe,co je tworzyłam na zmianę z UCD, to sobie zachowam i będe je odczytywac, kiedy zrobi mi się smutno...
    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • zaisa 13.07.17, 16:42
    Dwa razy przeczytałam UCD, teraz mogę czekać na JBUCD. smile
    Dzięki.
    Pism procesowych to pewnie nie możesz zamieszczać, ale tak ciekawi mnie, czy dla postronnych laików też byłoby rozweselające...
  • gat45 13.07.17, 19:00
    Miauuuuuuu !
    Gat wygina grzbiet w łuk doskonały, ogon stawia na sztorc i ociera się o nogi Autorki. Zaraz zacznie mruczeć.
  • balamuk 13.07.17, 19:14
    Pogłaskać? wink
  • gat45 13.07.17, 19:31
    Mmmmrrrrrr.........
  • berrin 14.07.17, 06:49
    Po takim komplimencie to ja też będę mruczeć. Mrrrrrrrr, mrrrrrrr, mrrrrrrr...

    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • berrin 14.07.17, 12:09
    mini U.C.D.

    Rozejrzałam się za Zbyszkiem –nigdzie nie było go widać, ale spod hangaru dobiegały nas odgłosy ciężko pracującego diesla – co oznaczało, ze gdzieś tam jest, ale rychło pojedzie, skoro wołga grzała już silnik.
    - To maluj dalej i zaczekaj na mnie, sprawdzę, może będzie pamiętał. – powiedziałam, odłożyłam pędzel do słoika, wytarłam ręce w woniejący chińską trutką na karaluchy ręcznik i ruszyłam szukać Zbyszka.
    Po drodze kontrolnie obejrzałam kocioł, tkwiący pod drzewami i ogrzewany zachodzącym słońcem. Milczał, ale kiedy delikatnie dotknęłam pokrywki, z jego głębin dobiegło mnie groźne buczenie roju – Puśka ewidentnie nie życzyła sobie żadnych kontaktów za światem zewnętrznym.
    Mętnie zastanawiając się, jak Anka zdoła zabrać się z kotłem do autobusu, obeszłam podwórze przed hangarami, zaglądając w każde drzwi, stwierdziłam, że Zbyszek siedzi w toalecie i ustabilizowałam się przy wołdze, uznawszy, ze skoro chce odjeżdżać, to sam tu zaraz przylezie. Nigdy nie grzał silnika dłużej niż 10 minut przed startem.
    Marlena, rozwalona na stercie lin, leniwie wygrzewała się w resztkach kwietniowego słońca. Pod brodą ukrywała tymczasem jakieś dobro spożywcze, które chwilowo nie zmieściło się jej wewnątrz psa, wyglądało trochę na banana, ale nie chciało mi się sprawdzać. Dokoła nas czarowne wonie wiosennego wieczoru nad rzeką walczyły o lepsze z równie czarownymi woniami rozcieńczalnika, spalin diesla i nadpalonego laminatu. Szukając towarzystwa, z hangaru wyszedł Jędruś, mieszając w słoiku żywicę z talkiem.
    - Ominął cię wykład porządkowo-dyscyplinujący – oznajmił konwersacyjnym tonem, patrząc w głąb słoika i nader starannie roztarł jakąś niewielką grudkę materii. – Żałuj, wszystko było, ekspresja, dynamika, kompozycja…
    - Zbyszek?
    - Nie, Boguś. Już mu chyba zupełnie padło na umysł…
    - A o co…?
    - O torby luzem. Te, co spadły z kratownicy. Bogdan poukładał zdaje się wszystko na eleganckiej stercie, Zbyszek zrobił bałagan, jak szukał swoich świętych gaśnic, a w ogóle to nie są rzeczy howowskie tylko prywatne, ludzie nie zabrali jesienią, teraz tez jeszcze nie zabrali, bo łodzie nie gotowe, przecież nikt tego nie będzie teraz specjalnie woził do domu żeby za dwa tygodnie przywozić znowu. A ten dawaj, że to nieodpowiedzialne, że brak szacunku, że robienie śmietnika z naszego, rozumiesz, wspólnego warsztatu pracy… - ciągle mówił tonem łagodnie konwersacyjnym, ale szpachlówkę mieszał coraz energiczniej. – Jakby to Komando Jacuś wyjechał z takim tekstem, ale po paru głębszych, to bym się nie dziwił, ale ten tak na trzeźwo…
    - A konkluzje były?
    - Były. Że jak ludzie nie pozabierają, to on wyniesie do kontenera na śmieci. Czy ta Agnieszka to by do niego jednak nie mogła wrócić? Taki był normalny, jak go pilnowała…
    Pomyślałam o Agnieszce, która od rozstania z Bogdanem, co nastąpiło ubiegłej jesieni, w ogóle przestała pojawiać się na HOWie, w prywatnej rozmowie przy piwie zwierzywszy się mnie i Ance, że nie zdoła dłużej mieszkać z facetem, który skarpetki w szufladzie układa w kant i prasuje dresy. Bogdan za to do tej pory reagował alergicznie nawet na użycie jej imienia w towarzyskiej rozmowie, ale zwierzeń nie czynił.
    - Masz tam coś swojego?
    - Firanki na moskitierę, po cholerę mam to zabierać do domu?
    - Wrzuć do którejś swojej bakisty, pomalowane masz już przecież.
    - No pewnie wrzucę. A ty cos masz?
    - Nie, myśmy wszystko co nasze jeszcze jesienią upchnęły w szafkach a kuwetę Puśki trzeba było w ogóle wyrzucić bo ktoś w nią wlazł i się połamała. Na kracie miałyśmy tylko rzeczy nadziejowe, legalnie. A żagle w ogóle zabrałam już w zeszłym tygodniu do szycia. Możemy ostatecznie w czynie społecznym przejrzeć tę stertę i jak tam będzie coś, co nie powinno być wyrzucone, to zawlec gdzieś i schować. O! – ucieszyłam się, bo sekretarz PZŻ pojawił się w drzwiach hangaru przyodziany w monstrualny zwój liny jak w chomąto - Zbyszek, pamiętasz zeszłoroczne podchody?
    Zbyszek popatrzył na mnie nieco zaskoczony.
    - Podchody?
    - Grę terenową z bombą w roli uświetniacza.
    - A. Pamiętam. – wrzucił na tylną kanapę wozu swoje brzemię, wyprostował się, przeciągnął i poklepał po kieszeniach w poszukiwaniu papierosów. Bożenka nie pozwalała mu palić w domu, on sam sobie nie pozwalał palić w wołdze. – A o co chodzi?
    - Która drużyna to robiła?
    - Maćka i Małego. Ależ to było głupie. – zapalił, rozejrzawszy się kontrolnie, czy Rysio nie patrzy. – W październiku rajd powstańczy, zgłupieli, nie wiem, co ich wtedy naszło, rzucili się, zamieszanie zrobili, a wyszło im z tego zdobywanie sprawności sapera.
    - Tu nie było powstania. Ani nawet desantu. – zauważył Jędruś, jednocześnie oceniając fachowym okiem stopień żelowania szpachlówki.
    - Może się zasugerowali tą ekipą archeo, ona też tu była ni przypiął, ni wypiął. Albo któryś idiota z hufca za długo myślał, tak jak teraz z ta paradą. Jasia, ja nie rządzę harcerzami…
    - Maciek i Mały?
    - Tak. Muszę już jechać, jutro mnie nie ma. Jak masz jakieś rzeczy w tej stercie to je zabierz, bo wasz kompulsywny sprzątacz powyrzuca.
    Pomyślałam, ze Bogdan budzi urozmaicone uczucia u coraz większej liczby osób, a Zbyszek wsiadł do dyplomatycznego wozu w kolorze głębokiej czerni i zaczął nieśpieszenie zawracać. Wołga miała promień skrętu wymagający Placu Defilad, a podwórko przed hangarami było niewielkie, więc zajęło mu to dłuższą chwilę. Jędruś wrócił pod dach zużytkować szpachlówkę, Marlena chwyciwszy w zęby banana, podążyła za nim, a obok mnie zmaterializował się Jacek.
    - Już nie malujesz? – zadziwiłam się.
    - Wrócili z pokostem i kazali mi znaleźć w narzędziowej gumowy młotek. – wyjaśnił. – I co? Co to za harcerze byli?
    - Klepka odstała?
    - Dwie. Co to za harcerze?
    Z wysiłkiem przełożyłam podane mi przez Zbyszka imiona na numery drużyn. Jacek starannie je sobie zanotował.
    - Nie wiem, czy cos ci z tego wszystkiego przyjdzie – powiedziałam z niepokojem. – Na razie widzi mi się, ze tylko zwiększamy bałagan.
    - Na razie zbieramy dane. Tu się cos dzieje, nie wiemy, czy ma coś wspólnego z zabójstwem, czy nie, ale ilość dziwnych rzeczy, jakie dotyczą tego kawałka gruntu, jest zupełnie zaskakująca…
    Przypomniały mi się moje wcześniejsze przemyślenia i pokiwałam głową. Swoją droga ciekawe, czy myśleliśmy o tych samych dziwnych wydarzeniach, czy oni mieli swoja własną pulę dziwaczności.
    - Chodź po ten młotek. Ja o tym ostatnio sporo myślałam, niedługo okaże się, ze nie mamy gdzie robić remontów, bo wszyscy albo chcą to kupić, albo przynajmniej podkopać… - usłyszałam, co mówię, zatrzymałam się w drzwiach i spojrzałam na Jacka. Stał nieruchomo przed wejściem i się na mnie gapił.
    - Wiesz, że prawdopodobnie jesteś genialna?



    A co będzie, jak wyjadę na urlop na kompletne beznecie?

    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • zaisa 14.07.17, 17:12
    Będziemy cierpieć.
    A na razie dzięki za każdy, każdziusieńki udostępniony kawałek.
  • koszmarna.baba 14.07.17, 17:55
    Oooo.....Aż tak dobrze to nie ma!!! Było nie robić smaku głodnym piraniom bo znajdą nawet na bezneciu! A tak w ogóle to telefony mają nie tylko zasięg ale i neta już praktycznie wszędzie więc Szanowna Pani nie ma wymówki. Ale, ale my Panią kochamy, Jej twórczość też kochamy i mocno wierzymy, że kochana Autorka nie zrobi nam świństwa i nie pozbawi nas ulubionej lektury!
    kiss

    --
    Nigdy nie zalewaj smutków, cholery umieją pływać!!!
  • berrin 14.07.17, 18:39
    To i tak dopiero za trzy tygodnie wyjeżdżam w sam środek niczego. Ale naprawdę z kontaktem ze swiatem bywa tam klopot, i zasięg i net raczej bywają niż są, i czeczęsto zeby je złapać, trzeba stanąć w najwyższym punkcie działki i wyciągnąć się jak statuja wolności...

    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • balamuk 14.07.17, 19:20
    Stoit statuja, ruka padniata... A nie, to nie to. Wróć.
    Otóż będziem cierpieć, cierpieć i jeszcze raz cierpieć. Stworzym wątek cierpiętniczy albo odgrzejem wyjny wątek Gata, żeby sobie powyć. A w cichości ducha będziem mieć nadzieję, że na bezneciu napiszesz więcej i po powrocie zapodasz nam od razu parę odcinków. wink))
  • berrin 14.07.17, 20:51
    Mogę dzierżyt' granata 😀. Może złapie zasięg.
    Idę na ten urlop od soboty 5 sierpnia, jeszcze masa czasa.

    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • balamuk 14.07.17, 21:10
    Czyli przed wyjazdem mamy ci przypomnieć o granacie. wink
  • eulalija 15.07.17, 09:35
    1999 rok, koło Serocka na wsi głuchej działka była.
    I z komórki można było jak się na drabinę wlazło w określonym miejscu ustawioną.
    Ech czasy ...
    Berrin po prostu napisz do końca i wtedy sobie wyjeżdżaj gdzie chcesz.
    smile

    --
    Szajka bez końca
  • gat45 15.07.17, 10:02
    Rada Eulaliji jest zdecydowanie najlepsza, nikt nie przebije.
    Ja zaś wczoraj zastanawiałam się, co zrobię w takim tragicznym przypadku. Pierwszą myślą było "nie będę czytać tego, co napisze teraz - zostawię sobie na jej urlop". Głupota tego rozwiązania bije wprawdzie po oczach, ale to cała ja. Gospodarowanie przyjemnościami szwankuje mi zdecydowanie. W czasach, kiedy jeszcze nie zerwałam ze zgubnym nałogiem jedzenia, od kiedy pamiętam miałam tendencję do zostawiania sobie "na koniec" najlepszych kąsków. Męczyłam ci ja to mniej lubiane, a kiedy przychodził czas na pyszność, to mnie się już nie chciało jeść sad Jeżeli była to pyszność zostawialna na jakiś czas, to w większości przypadków ktoś mi ją wyżerał (jak to ? przecież zostawiłaś!). I niczego mnie to nie nauczyło, nadal moja gospodarka przyjemnościami jest kulawa i bez głowy (obowiązkowi tak mająsad). Z jedzeniem mam spokój, bo jem już tylko to, co bardzo ale to bardzo lubię, tylko że już tego nie lubię - rozumiecie? Jem i w głowie odtwarzam sobie wspomnienie niegdysiejszej przyjemności. Akrobatyka psychiczna. Nikomu nie życzę konieczności stosowania takich sztuczek sad Z drugiej strony jem tyle, że mogłabym odżywiać się wyłącznie kawiorem astrachańskim (z bieługi, oczywiście, ggg = gros grains gris), wciąż pozostając niskobudżetowa. Troszeczkę - troszeczkę! - lepiej jada mi się przy fajnej lekturze. Dlatego jak się pojawia TWO (Tak Wyczekiwany Odcinek), to lecę do kuchni zrobić sobie kanapkę albo i dwie. Wysokokaloryczne. I wchłaniam.
    Nie, Berrin, to nie jest szantaż zdrowiem. No, może taki malutki szantażyczek... Ale przede wszystkim komplement czystej wody i podziękowanie !
  • berrin 15.07.17, 12:02
    O bogini... tworzę dzieło wspomnieniowo-rozrywkowo-uzalezniajaco-terapeutyczne...!
    Ogrom odpowiedzialności mnie przytłoczyl troszkę.
    Coś sie wymysli.



    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • gat45 15.07.17, 13:07
    Już-już-już Cię odtłaczam !!!! Wszystko, tylko nie przytłaczanie Berrin Gatem !!!
    No, już....{Gat ociera pot z czoła, rzeczywiście ciężkie było}
    Pisz po swojemu. Oczekiwanie na przyjemność to też przyjemność wszakże.
    A z tymi kanapkami to prawda jest smile
  • eulalija 15.07.17, 13:28
    Nie przejmuj się Berrin.
    To jest takie cudniaste, że i twój urlop przetrzymam.
    Zaciskając zęby.

    --
    Szajka bez końca
  • minerwamcg 15.07.17, 17:17
    Hm... To jest myśl! Gat, słoneczko Ty nasze, za całą familię możesz nie jeść, ale gryza za narratorkę, gryza za Jacka, gryza za Przemasa, i co, za Marlenę nie zjesz? A za Pusię? I tak Ci waga w pożądanym kierunku podjedzie.

    --
    Nawet na północy Grenlandii słońce kiedyś wschodzi. I należy to koniecznie wziąć pod uwagę.
  • berrin 15.07.17, 20:50
    Gat mnie nie przytłoczył! Gat lekki jest, zwiewny, delikatny, subtelny, nieprzytłaczający całkiem!
    To odpowiedzialność mnie z lekka tylko przygnietła, nie Gat! Gdzieżby Gat?
    Na urlaup zabieram laptopa. Na laptopie się pisze. Potem sie wrzuca w telefon. Potem się chodzi po dzialce i robi statuję i liczy się, ze cos się jednak złapie za zasięg.
    Jak sie nie wyśle, to będzie i tak napisane i wtedy albo zaczeka, albo się następnego dnia znów będzie chodzić po dzialce i szukac netu.
    I tak dookoła Wojtek i w kółko Macieju 😉


    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • balamuk 15.07.17, 21:22
    berrin napisała:
    > Jak sie nie wyśle, to będzie i tak napisane

    I tego będziemy się trzymać! big_grin
  • zaisa 15.07.17, 23:02
    A jakby nas przycisnęło, UCD nie było, to sobie spokojnie, bez pośpiechu, wszak nic nowego się nie zdarzy, przeczytamy od początku. smile
  • gat45 16.07.17, 12:20
    minerwamcg napisała:

    > Hm... To jest myśl! Gat, słoneczko Ty nasze, za całą familię możesz nie jeść, a
    > le gryza za narratorkę, gryza za Jacka, gryza za Przemasa, i co, za Marlenę nie
    > zjesz? A za Pusię? I tak Ci waga w pożądanym kierunku podjedzie.
    >

    Pomysł przedni, ale widzę pewne kłopociki... Zjem ci ja, a potem się okaże, żem jadła za zdrowie zbrodzienia i mordercy???? To się umówmy, będę jadła za zwierzaki i za historyczne postaci, sportretowane przez Ankę. Oraz - nieustająco - za Janeczkę ! Za Janeczkę!!!!!
  • berrin 16.07.17, 12:43
    Ona jest Janka na część mojej babci.
    Babci co kurze (i kogutoju) wycierała.
    Smacznego. ☺☺

    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • gat45 16.07.17, 14:19
    Za Babcię już nie wcisnę... Ale będę nieustająco pić za szanowną Babcię. Zobowiązuję się do dwóch litrów dziennie. Ostatnio przerzuciłam się z Badoit na Perriera - ma wyższy stopień nabąbelkowania. Właśnie otwieram kolejną puszkę. No to lu !!!
  • balamuk 16.07.17, 14:33
    Wodoholiczka?
  • gat45 16.07.17, 15:07
    Jak najbardziej. Stopień uzależnienia maksymalny. Ale wodoholiczka na receptę, bo picie napojów gazowanych zaleca mi fakultet medyczny. Mam nawet taki piękny certyfikat na blankiecie Instytutu Marie Curie, że bezpiece na bramce do samolotu won od mojej flaszki z bąbelkami. Honorują.
  • balamuk 16.07.17, 15:52
    Wow, jesteś pierwszą znaną mi wodooliczką z atestem!
  • gat45 16.07.17, 16:11
    A Ty wiesz, jaka to rzadkość, że dochtory nakazują Ci właśnie to, co lubisz najbardziej? To jest dopiero wyjątko (Gat siada na najniższej gałęzi magnolii i wyje z ukontentowaniem)
  • balamuk 16.07.17, 16:48
    Uhm. To musi być porównywalne ze stanowczym zaleceniem lekarza, żeby czegoś NIE jeść, w moim przypadku słodyczy. Których nie jem w ogóle, bo organizm nie pożąda. I mogę szczerze obiecać, z równym ukontentowaniem. wink
  • minerwamcg 19.07.17, 13:46
    Hm, żeby mi tak jakiś lekarz kategorycznie zakazał papierosów smile Nie palę, nigdy nie lubiłam, i mogłabym wypełniać zalecenie ze szczęściem w oczach i od razu czuć się zdrowsza...

    --
    Nawet na północy Grenlandii słońce kiedyś wschodzi. I należy to koniecznie wziąć pod uwagę.
  • berrin 16.07.17, 17:40
    No to lu!

    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • gat45 16.07.17, 17:58
    ... i za kurze, i za kogutoja ! A co !
  • szkorbut-lumbago 17.07.17, 17:52
    A tenurlop to za długo i na długo? Moze uda Ci sie coś jakośna przyszłość apisać i upublicznić z opóźnieniem, żeby napchać nas na jakś czas smile

    --
    Żeby postawić wieżowiec, trzeba najpierw wykopać dół pod fundamenty. Mąż.
  • berrin 17.07.17, 21:19
    Ten urlop to od 5 sierpnia do 27 sierpnia. Na podszczytnieńskim bezneciu. i nie chodzi o niemoznośc pisania, tylko własnie o przewidywany problem z udostepnianiem.
    MZT czyli najlepsza moja przyjaciólka w roku ubiegłem musiała w samym srodku naszego urlopowania wysłac swemu szefowi naukowemu jakiś artykuł czy inne cóś. Na maila. Obeszłysmy z jej laptopem cała działkę i wreszcie udało mi się namówić net do zaistnienia wewnątrz drewutni. Wysłał jednego maila i odmówił dalszych usług. Mam obawy, że skoro jest tam tak stale od lat siedmiu, od kiedy tam jeżdżę, to teraz się raczej nie poprawiło...

    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • szkorbut-lumbago 17.07.17, 23:02
    To może umów kogoś na publikację tak w połowie twojego urlopu, bo faktycznie po powrocie możesz zastać tutaj gęsto ścielący się trup wink

    --
    Żeby postawić wieżowiec, trzeba najpierw wykopać dół pod fundamenty. Mąż.
  • szkorbut-lumbago 17.07.17, 23:03
    Albo wiem, wiem ... my też musimy grupowo zaplanować urlopy w tym samym okresie na bezneciowych obszarach.

    --
    Żeby postawić wieżowiec, trzeba najpierw wykopać dół pod fundamenty. Mąż.
  • berrin 18.07.17, 11:18
    No to U.C.D.

    Zakończyliśmy dzień roboczy, kiedy na placu remontowym przestało być cokolwiek widać. Chmurki zakryły całe niebo, co rokowało nieco cieplejszą noc, ale nie bardzo miałam ochotę zostawać na nocnej zmianie. Anka poddała się, przestała mnie namawiać i oświadczyła, że w takim razie wraca do domu, bo musi jeszcze skończyć szykowanie płótna pod Rodneya. Ponieważ nigdy nie należała do osób operujących aluzjami, wprost zażądała od Jacka, żeby podwiózł ją i jej garnek, w końcu daleko nie miał. Jacek posłusznie zapakował kocioł z Pusią na tylne siedzenie garbusa i pojechali. Roztrząsanie dziwowisk z ostatnich pięciu lat historii HOWu odłożyliśmy na jutro.
    Z hangaru dobiegały odgłosy zorganizowanej destrukcji; zajrzałam tam i w ostatniej chwili uchyliłam się przed nokiem gafla z Konsensusa. Długi i Paweł przepchnęli mnie spod drzwi i wynieśli ciężki profil na zewnątrz, kłócąc się jednocześnie o lokalizację worka z wantami. Zasugerowałam im, ze powinni go poszukać w zielonym hangarze, dokąd Bogdan poprzenosił część takielunku z kratownicy, co niezmiernie ich wkurzyło.
    Na środku hangaru pod kratownicą nadal trwała malownicza sterta wszystkiego, w ciągu dnia bowiem zniweczono większość starań Bogdana o jakieś jej uporządkowanie. Przez cały dzień masa luda grzebała tutaj, wywlekając spod spodu swoją własność i wlokąc ją do remontowanych łodzi – większość z jednostek miała schowki i bakisty, pozwalające upchnąć całkiem sporą kubaturę śmiecia. W końcu i tak planowali zabrać to na jachty, nawet jeśli niekoniecznie wierzyli, że Bogdan spełni groźbę i wyrzuci wszystko, czego stąd nie zabiorą, zwłaszcza że w stosie tkwiły także na pewno rzeczy należące do teoretycznego komendanta naszej teoretycznej drużyny. Wywalenie najdrobniejszego przedmiotu do niego należącego mogło spowodować jakiś rodzaj końca świata, a na pewno karczemną awanturę – Jacek wprawdzie rozrzucał swoje rzeczy wszędzie, ale nawet gdy czynił to w stanie absolutnego upojenia alkoholowego, zawsze potem wiedział, do kogo się przyczepić, kiedy cokolwiek zginęło, a potrafił okazywać przywiązanie nawet do pustych butelek po rozpuszczalnikach. Jego dewiza „Każda regeneracja jest możliwa i wszystko nadaje się do odzysku”, zapewne chlubna i praktyczna w trudnych latach formowania się warszawskich harcerzy wodnych, już dawno przeszła w ciężką, podsycaną alkoholem obsesję, na dodatek z biegiem lat przyplątało się do niej jeszcze patologiczne skąpstwo, nie pozwalające wydawać pieniędzy na nic nowego, bo to rozrzutność, za to bez problemu inwestujące w rzeczy stare i zużyte – bo są tanie a zatem to oszczędność, a przecież te rzeczy zawsze można naprawić i uzdatnić. Stąd na HOWie i zegrzyńskiej szalandzie gromadziły się od lat sterty śmieci, złomu, deseczek, strzępów materiału i starych puszek z resztkami farb, w całości niezbędnych Jackowi do egzystencji. W nas także starał się wzbudzać szacunek dla tego swoiście pojmowanego recyklingu i pieklił się, szarpiąc brodę, kiedy nie okazywaliśmy stosownego skupienia i entuzjazmu. Kazał nam przerabiać stare wory na żagle na odbijacze i wypychać je pianką wydobytą z rozłażących się w rękach, poduchowych kapoków, prostować zardzewiałe gwoździe wyciągane z naprawianych gretingów, przeszywać w nieskończoność żagle, bo zamówienie nowego kompletu było dla niego czymś w rodzaju szaleństwa w kasynach Monte Carlo i osobiście zrobił mi karczemną awanturę, kiedy odmówiłam użycia mojej maszyny do szycia do przerobienia starych, bawełnianych i w związku z tym mocno spleśniałych żagli jakiegoś Opala na sztormowy zestaw dla Białego Słonia. Zbierał wszelkie kawałki blachy i sklejki, ponieważ kiedyś planował do czegoś ich użyć, a wszak wodoodporna sklejka nie rośnie na drzewach, i nie pamiętałam już, na co planował przerobić całą skrzynkę starych, szklanych syfonów, znalezionych na śmietniku pod jego domem, ale syfony nadal stały w kącie pomieszczenia socjalnego, przykryte stertą starych map, akurat sensownie używanych przez nas na obrusy podczas zuchowych zbiórek. Nasze ponure żarty, że należy zbierać pył ze szlifowanego żelkotu łodzi i z podziałem na kolory gromadzić w słoiczkach, bo wszak można by go użyć do barwienia tańszych, bezbarwnych żywic i przestać wydawać pieniądze na te droższe, kolorowe, bawiły w zasadzie tylko dzieciaki, które dopiero doszlusowywały do drużyny – a i to tylko do momentu ich pierwszego bliższego kontaktu z komendantem. Paweł, opisując go kiedyś jakiemuś młodzieńcowi, który efemerycznie pojawił się u nas na miesiąc i miał do komendanta interes, z naciskiem podkreślił, ze wbrew pozorom komandor Kolański nie jest kloszardem, tylko informatykiem i opis ten, jakkolwiek przez negację, pozwalał rozpoznać Jacka wśród najgęstszego tłumu.
    Własny rekord in minus w kosztownym oszczędzaniu Jacek pobił chyba wtedy, gdy przyholował na HOW starego, wyrejestrowanego Lublina, ponieważ miał plan wydobycia z niego silnika i „zmarynizowania” go na potrzeby jednego z morskich jachtów HOMu w Pucku. Rysio dostał wtedy szału a Jurek i Zbyszek zmusili Jacka do zabrania śmierdzącej smarami stery złomu z najlepszego pomieszczenia remontowego w hangarze i wywiezienia jej na szrot. Na miejscu na szrocie okazało się zresztą, że jego właściciel, który rozpoznał wóz jako swą niedawną własność, odsprzedaną temu panu z brodą, za nic nie chce wycofać się teraz z korzystnej dla siebie transakcji, na co Jacek, mając za plecami wściekłego Jurka, bardzo nalegał, zwłaszcza, od kiedy wydało się, że wydał na Lublina pieniądze HOWu. W efekcie złomiarz zwrócił Jackowi tylko połowę tego, co sam dzień wcześniej wziął od niego za tę ruinę, Jacek oddał pieniądze do kasy HOWu z własnego konta a Zbyszek cofnął mu upoważnienie do dysponowania kontem organizacyjnym. Pozostawało tajemnicą, dlaczego Jacek zakupił cały samochód zamiast samego silnika, choć przeważała opinia, że kiedy kupował wóz, uważał, że dzięki temu jednocześnie rozwiązuje problem transportu ciężkiego diesla, względnie, że po prostu w czasie ubijania tego ekstraordynaryjnego interesu właściciel szrotu wykazał się mocniejszą głową.
    Teraz tez przynajmniej połowa stery różności spod kratownicy zapewne należała w ten czy inny sposób do pana komendanta. Pomyślałam, że wywalenie na śmietnik większości jego skarbów byłoby kuszące – a potem zainteresował mnie jeden, właśnie dostrzeżony przedmiot, jakoś mi nie pasujący do reszty.
    Na samym froncie, przykryta częściowo czyimś sztormiakiem niestarannie zapakowanym w foliowy worek na śmieci, leżała dość elegancka i przede wszystkim prawie całkiem czysta, skórzana męska torba typu płaskiej konduktorki. Wyglądała porządnie i nawet się zdziwiłam, ze Jacek trzyma ją tutaj, zamiast wymienić na nią swój odwieczny chlebak. Ładna, czarna skóra ozdobiona była tłoczonym wzorem kratki, motyw kratki powtarzał się też na podszewce. Zaciekawiona urodą przedmiotu sięgnęłam po niego i z zaskoczeniem stwierdziłam, ze cała torba jest mocno wilgotna, wręcz mokra – na betonowej podłodze w miejscu gdzie leżała, widniała całkiem spora, ciemniejsza plama.
    Podejrzliwie obejrzałam dach – ale nigdzie nie zobaczyłam niczego, co pozwalałoby podejrzewać, że cieknie. Zresztą, gdyby ciekło, nie tylko torba byłaby mokra – ona sprawiała raczej wrażenie, jakby nie tyle polało się na nią trochę opadu, ile wpadła komuś do wody a potem chwilę w niej poleżała – wewnątrz okazała się bowiem ubrudzona szlamem, piachem i przemielonymi przez nurt kawałkami gałązek i innej biomasy. Miała także elegancką, skórzaną zawieszkę-adresówkę, równie mokrą, ale rozmyte wodą literki nadal pozwalały mieć nadzieję, że dadzą się odczytać.
    Wyszłam z torbą przed hangar, stanęłam w najjaśniejszym punkcie podwórza, to jest pod naszą wywalczoną na urzędzie miasta i miejskiej elektrowni latarnią i podniosłam adresówkę do oczu. Zapisano ją zwykłym długopisem, więc woda nie dała mu rady, za to papier zdążył lekko podpleśnieć. Środek personaliów niestety zniknął już pod warstwą penicyliny, ale zostały brzegi.
    Stanisł… …roński…
  • berrin 18.07.17, 11:19
    BTW. Wiem, ze nadałam to samo imię dwum postaciom i po HOWie szaleje dwóch Jacków. W redakcji by wypadło, ale w zaistniałych warunkach... zatem przepraszam za nieuwagę i postaram się tak pisać, co by się panowie nie mylili.

    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • berrin 18.07.17, 12:13
    I Gat - zjedz coś może...? wink

    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • gat45 18.07.17, 15:21
    A żebyś wiedziała ! Jak tylko zobaczyłam, że JEST, to powędrowałam do kuchni, zrobiłam sobie dwie porządne kanapki z pastą jajeczną (zwaną w moim rodzinnym domu "jaja podróżne"), wzięłam dwa duże pomidory, puszkę 0,33 perriera z lodówki, tackę zaniosłam na rekamierę, gdzie bytuje laptop...
    Jak skończyłam czytać, to na tacce już nic nie było oprócz pustej szklanki i równie pustej puszki. Dziękuję !
  • minerwamcg 19.07.17, 14:41
    Czyli pomysł był dobry?. I tak, popieram jedzenie za zwierzaki i narratorkę - możliwość, żeby Marlena zabiła jest nikła, ona jakby już zabiła, toby przede wszystkim zjadła, a trup nie był napoczęty. Za Puśkę nie dałabym dwóch groszy, ta by zamordowała okiem nie mrugnąwszy, ale zdaje się Puśka ma alibi.

    --
    Nawet na północy Grenlandii słońce kiedyś wschodzi. I należy to koniecznie wziąć pod uwagę.
  • berrin 19.07.17, 17:52
    Ale wtedy zwłoki inaczej by wyglądały.

    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • minerwamcg 20.07.17, 10:09
    Czyli Puśka ma alibi razy dwa.

    --
    Nawet na północy Grenlandii słońce kiedyś wschodzi. I należy to koniecznie wziąć pod uwagę.
  • minerwamcg 20.07.17, 10:07
    Wydrukowałam. Dorwał się Arthur. Chichocze i czyta na głos co zabawniejsze kawałki smile Twierdzi, że miejsce i jednostki pływające zna.

    --
    Nawet na północy Grenlandii słońce kiedyś wschodzi. I należy to koniecznie wziąć pod uwagę.
  • berrin 20.07.17, 10:58
    och, co za kompliment! Zwłaszcza ten z chichotaniem!

    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • minerwamcg 20.07.17, 11:50
    Arthur przez wieki był harcerzem, i to całkiem niedaleko opisywanych wydarzeń smile a jego brat to w ogóle "hydraulikiem", muszę mu podsunąć lekturę.

    --
    Nawet na północy Grenlandii słońce kiedyś wschodzi. I należy to koniecznie wziąć pod uwagę.
  • berrin 20.07.17, 12:06
    Ciekawe, czy znam Arthura, nie mając pojecia, że to on...?

    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • minerwamcg 20.07.17, 13:15
    Jeżeli tata Janki jest pisany na żywo z Twojego, to mogą się znać smile A z drugiej strony przez opowieść przewijają się faceci w wieku hm... pobalzakowskim, więc czemu nie?

    --
    Nawet na północy Grenlandii słońce kiedyś wschodzi. I należy to koniecznie wziąć pod uwagę.
  • berrin 20.07.17, 13:52
    Jest na żywo z mojego.
    Może mu w końcu pokażę moje pisanie...? Ucieszyłby się, że go uwieczniam...?

    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • eulalija 21.07.17, 09:11
    Im bardziej zaglądam, tym bardziej nie ma.
    Trzeba Gat nakarmić.

    --
    Szajka bez końca
  • szkorbut-lumbago 20.07.17, 14:43
    Niezmiernie podoba mi sie określenie "pisany na żywo" big_grin

    --
    Żeby postawić wieżowiec, trzeba najpierw wykopać dół pod fundamenty. Mąż.
  • minerwamcg 21.07.17, 09:30
    Arthur mówi, że na pewno zna Zbyszka, ale to powszechnie znana postać była smile

    --
    Nawet na północy Grenlandii słońce kiedyś wschodzi. I należy to koniecznie wziąć pod uwagę.
  • berrin 21.07.17, 10:14
    Ostatnio czcił 70-tą rocznice urodzin (oraz 45 rocznice slubu i 18 urodziny swej żony), podobno raut był olsniewajacy, Korycki uświetniał go szantowo i ogólnomuzycznie. Starsze pokolenie wzięło udział smile


    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • berrin 21.07.17, 13:11
    U.C.D. Gat, smacznego?

    No i świetnie, ja mam dowód rzeczowy w sprawie, a policjant zamiast prowadzić dochodzenie pojechał na Pragę odwieźć deliryczno-neurotycznego kota…
    Przez chwilę w ataku obowiązkowości i odpowiedzialności rozważałam dowiezienie torby służbom do komendy, ale stany te szybko mnie odbiegły. Nie bawię się w Bogdana. Nigdzie nie jadę. Mogą mieć pretensje że na przykład wyjęłam dowód z jego naturalnego środowiska, czy co… Choć co do tego, że władze śledcze mogłyby jeszcze znaleźć na torbie jakieś interesujące ślady, nie miałam złudzeń. Macało ją już dzisiaj tyle rąk i przysypywało tyle szpejów, że bez żadnych wyrzutów sumienia można ją było po prostu zostawić do wyschnięcia zawieszona na haku kratownicy. Z drugiej strony nie mogę zostawić tej torby luzem tam, gdzie ją znalazłam, bo jest wielce prawdopodobne, że kolejni grzebiący w różnościach ją znajdą i się do niej przyznają. Mokra bo mokra, ale ładna była. Ciekawe swoja droga, ile czasu…
    Wzruszyłam ramionami, nagle pełna dla samej siebie najgłębszego politowania. Stłuczona szybka w oknie pod dachem. Tajemniczy poranny biegacz, który zapewne jednak obiegł hangar od tyłu, tak jak to sugerował Jędruś. Świetne miejsce na przejrzenie zawartości konduktorki, prawda, i następnie upchnięcie jej od zewnątrz na kratownicy. Nie chciał być oglądany z torbą nieboszczyka pod pachą, nawet o tak bladym świcie i nie zamierzał raczej po nią wracać, skoro była już pusta, a ewentualna rewizja na HOWie…
    Wyobraziłam sobie rewizję na HOWie i stwierdziłam, że bardzo bym chciała to zobaczyć. Zwłaszcza teraz, w pełni remontów, w malowniczym krajobrazie na zewnątrz i wewnątrz hangarów. Może z pomocą jakiegoś miłego rocznika szkoły policyjnej dałoby się jej dokonać w czasie krótszym niż tydzień… chociaż nie, bo gdyby było ich za dużo, właziliby sobie pod nogi zamiast przeszukiwać…
    Po dojrzałym namyśle zapakowałam torbę w spory kawał prześcieradła z naszej szafki i wyniosłam na Nadzieję. Ulokowana w achterpiku kotwicznym tak, ze było widać jedynie kawał białej szmaty, nie powinna zwrócić niczyjej uwagi. Rozejrzałam się kontrolnie po okolicy, czy jeszcze coś należałoby schować, pozbierałam resztki szablonów, unoszonych przez wiatr i przylepiających się do świeżo malowanych powierzchni jachtów, upchałam je w kontenerze na śmieci tak, by natychmiast nie odfrunęły i wlazłam na Nadzieje ostatni raz, żeby zabrać kurtkę. Wieczór wcale nie był taki ciepły, jak zapowiadały to różowe chmurki o zachodzie słońca, a w Nadziei trwał aromat pokostu i butaprenu, tworząc mieszankę, od której płuca łzawiły. Kurtka złośliwie zsunęła się na sam dół szafki nawigacyjnej, w której jeszcze nie ułożyliśmy sklejki na podłogę i żeby ją wyciągnąć, musiałam ustawić się prawie głową do dołu – co mimo wygimnastykowania zajęło mi dobrą chwilę. Potem potrzebowałam kolejnej chwili, żeby jakoś opanować mdłości i zawrót głowy, bo stawanie na niej w oparach trującej chemii nie zrobiło mi dobrze. Mętnie pomyślałam najpierw, ze gdyby to była moja praca zawodowa, to musiałabym dostawać dodatek za warunki szkodliwe a potem, że nie ma takich pieniędzy, za które zgodziłabym się wykonywać tę robotę.
    Zamknęłam łódź, rzuciłam zwięzłe cześć myjącemu się acetonem Bogdanowi i pobiegłam do autobusu, po raz kolejny obiecując sobie, że uruchomię rower.
    Jadąc do domu rozważałam, co będzie na obiad, który, jak mi wychodziło z obliczeń, dzisiaj powinna gotować Milka, i miłe te myśli snuły mi się po głowie aż do chwili, kiedy stanęłam pod zamkniętymi drzwiami mieszkania i odkryłam, że a) – w domu nikogo nie ma i b) – co gorsza, w kieszeni mojej kurtki nie ma kluczy. Ukochana rodzina dokądś się udała, nie miałam pojęcia dokąd, gdyż od wielu już dni tkwiłam jedynie na marginesie rodzinnego życia i w konsekwencji miałam teraz do wyboru usiąść na schodach i czekać nie wiadomo jak długo, pójść poszukać azylu u kogoś ze znajomych albo zastanowić się, co zrobiłam z kluczami. To znaczy, to ostatnie powinnam zrobić niezależnie od innych decyzji, ponieważ strasznie nie chciało mi się ani wymieniać zamków, ani dorabiać nowego kompletu kluczy.
    Byłam prawie pewna, że podzwaniały w kieszeni kurtki, kiedy wrzucałam ją do nadziejowej kabiny zaraz po przyjściu na HOW. Potem ktoś z nas, chyba Anka, zgarnęła całość do zamykanej szafki nawigacyjnej, żeby po niej nie deptać. Wychodziłam ostatnia, inni już swoje kurtki wywlekli, a moja zjechała niemal do zęzy, w końcu właśnie żeby ja wydobyć, wykonywałam wszytskie te trudne ćwiczenia gimnastyczne. Zatem wedle wszelkiego prawdopodobieństwa moje klucze spoczywały teraz, jakże romantycznie i stosownie, na dnie nadziejowej zęzy. Pewnie, mogłabym jechać to sprawdzić dopiero jutro, ale nie podobała mi się myśl o siedzeniu tu na schodach być może do północy, a wszyscy znajomi, którzy byliby gotowi udzielić mi azylu, mieszkali dalej, niż miałam na HOW.
    Westchnęłam ciężko i wyruszyłam w podróż powrotną.




    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • berrin 21.07.17, 13:19
    Dziś ogólnie niedużo, ale tutaj jeszcze trochę U.C.D:


    Kiedy docierałam na HOW, było ciemno, zimno i nieprzyjemnie, naprawdę, tylko zahermetyzować się w kabinie i odpalić farelkę. Latarnia na zakręcie, która po licznych bojach postawiono, by jednak choć trochę oświetlała stromą zawrotkę i zjazd, dawała tego światła tyle co nic, akurat w sam raz, żeby było widać, ze tam stoi. HOW tonął w mroku, zza płota, w zabudowaniach Horyzontów, błyskało jedno skąpe światełko z dozorcówki. Nie było jeszcze jakoś strasznie późno, dochodziła dziesiąta, ale dzisiaj chyba wszyscy zgodnie odpuścili sobie nocną pracę. Może zresztą wiedza, co można znaleźć o świcie nad Wisłą tez miała swój udział w tym pewnym ograniczeniu zapału ekipy remontowej.
    Im dalej w plac remontowy, tym było ciemniej, tej nocy nie pomagały ani gwiazdy, ani księżyc, zachmurzone niebo było kompletnie czarne. Po omacku wspięłam się na rufę, otworzyłam zejściówkę Nadziei i ostrożnie zlazłam do jej wnętrza, w ciemność i ciężki, syntetyczny smród chemikaliów.
    Przy bladym światełku kieszonkowej latarenki wyciągnęłam gretingi, uderzyłam się w piszczel, zajrzałam pod skrzynkę mieczową, podesperowałam, że kluczy nie ma, prawie wykłułam sobie oko bolcem śruby miecza, upuściłam latarkę do zęzy i – kiedy szczęśliwie oświetliła właściwy jej kawałek, dostrzegłam nagle moje klucze pod samą grodzią i próbując po nie sięgnąć, niemal zaklinowałam się pod stołem. No nie, tak się nie dało, na powierzchni tak niewielkiej jak wnętrze nadziejowej mesy nie można było improwizować z pozycjami, swego czasu Anka w akcie głupawki sporządziła nawet rysunkowy podręcznik, obrazujący ułożenie ciała harcerza podczas kolejnych faz remontu.
    Kamasutra mogła się schować.
    Oczywiście klucze zsunęły się w najniższy punkt zęzy, cholerna grawitacja, i przykleiły do niewielkiej kałuży jeszcze półpłynnej farby, która, posłuszna temu samemu prawu powszechnego ciążenia, także spłynęła tutaj i nie spieszyła się z doschnięciem. Przy każdym kolejnym malowaniu zbierała się w tym miejscu mniejsza lub większa kałuża, mokra niekiedy jeszcze wówczas, kiedy łodzie szły na wodę.
    To było to okropne miejsce, którego nigdy nie dało się ani porządnie osuszyć, ani pomalować, ponieważ konstrukcja jachtu została zaplanowana w taki sposób, ze najniższy punkt zęzy stawał się dostępny bez konieczniosci wykonywania tańca świętego Wita tylko po zdemontowaniu skrzynki mieczowej – a w czasie tegorocznego remontu nie miałyśmy tego w planach. Teraz też nie zamierzałam tego robić, już choćby z tego względu, że sama czynność wymagała doskonałej współpracy przynajmniej trzech osób oraz użycia największego klucza nasadowego, jaki można było znaleźć na całym HOWie. Mogłam się tam - chociaż z trudem - dostać bez demolowania połowy Nadziei, ale jako posiadaczka ludzkiej anatomii nie miałam szans przyjąć pozycji, w której mogłabym coś robić i jednocześnie widzieć, co robię.
    Zgasiłam latarkę, bo wcale nie pomagała, świecąc mi po oczach, a nie oświetlając niczego sensownego i zaczekałam chwilę, starając się przyzwyczaić oczy do ciemności. Położyłam się w zęzie, starając się nie trafić na denniki kością biodrową ani żebrami. Nie udało się, odległość pomiędzy nimi zmusiła mnie do kompromisu. Zdecydowałam się na siniaka na biodrze, przytuliłam do skrzynki mieczowej, uniosłam lekko osłonę grodzi i ryzykując złamanie ręki sięgnęłam do zęzy. Natychmiast poczułam, ze się przylepiam do kałuży białej farby, ale zdołałam zahaczyć palce o kółko przy kluczach. Nie bardzo chciały się odlepić, ale w końcu uległy. Jeszcze tylko trafiłam łokciem o dennik i już mogłam usiąść, złapać oddech i zauważyć, ze jeśli nie umyję czymś kluczy, to z pewnością zakleję zamek w drzwiach do domu.

    Ilość piętrzących się problemów do szybkiego rozwiązania bardzo mnie zirytowała.

    >
    >
    >


    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • minerwamcg 21.07.17, 14:02
    Jakpechtopech...

    --
    Nawet na północy Grenlandii słońce kiedyś wschodzi. I należy to koniecznie wziąć pod uwagę.
  • minerwamcg 25.07.17, 22:19
    Arthur puścił farbę! Powiedział, że pamięta jakieś przemieszczanie Nadziei, na cypelku, nie pamięta, czy ją całą bandą nieśli, czy pchali - pamięta tylko, że klęli na Zbyszka na czym świat stoi "co ten piiiip [nazwisko ] tam ma, trzy metry kartofli na zimę?"

    --
    Nawet na północy Grenlandii słońce kiedyś wschodzi. I należy to koniecznie wziąć pod uwagę.
  • minerwamcg 25.07.17, 22:21
    P. S. Ktoś inny sugerował wiadro tzw. "świnek", biorąc pod uwagę wartość, świetna inspiracja do kryminału.

    --
    Nawet na północy Grenlandii słońce kiedyś wschodzi. I należy to koniecznie wziąć pod uwagę.
  • berrin 25.07.17, 22:32
    W dziobie Nadziei jest 300 kg betonu. Żeby zrównoważyć zawietrznosc, którą akurat ten typ był dotknięty. Zatem nie wiadro świnek, niestety ☺

    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • minerwamcg 26.07.17, 00:18
    Ale trzy metry się zgadzają!

    --
    Nawet na północy Grenlandii słońce kiedyś wschodzi. I należy to koniecznie wziąć pod uwagę.
  • dorka_31 28.07.17, 15:27
    berrin napisała:

    > Ostatnio czcił 70-tą rocznice urodzin (oraz 45 rocznice slubu i 18 urodziny swe
    > j żony), podobno raut był olsniewajacy, Korycki uświetniał go szantowo i ogólno
    > muzycznie. Starsze pokolenie wzięło udział smile
    >
    >


    Andrzej Korycki? Z Żyrardowa?
  • berrin 28.07.17, 17:16
    Korycki Andrzej z Żyrardowa, ze Starych Dzwonów. Onże ci był ☺

    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • minerwamcg 29.07.17, 00:49
    Bo świat jest mały.

    --
    Nawet na północy Grenlandii słońce kiedyś wschodzi. I należy to koniecznie wziąć pod uwagę.
  • berrin 01.08.17, 10:07
    Na dzis, na początek sierpnia.
    Na smacznego dla Gata.

    Ilość piętrzących się problemów do szybkiego rozwiązania bardzo mnie zirytowała. Jednocześnie przyszło mi do głowy, że problemy z kluczami w takiej czy innej formie pojawiają mi się konsekwentnie, kiedy tylko w okolicy leżą jakieś zwłoki. Zastanowiłam się nawet przelotnie, wydobywając się z trudem spod szafki nawigacyjnej, czy nie jest to jakaś wskazówka wyższych mocy. Coś jak moja własna piosenka, tylko że inaczej…
    Latarki, która wturlała się do zęzy za kluczami, postanowiłam już nie ruszać. Z nią czy bez niej widziałam wszystko mniej więcej tak samo (nie)wyraźnie, mogłam ją wydobywać jutro w ciągu dnia. Należało teraz pójść po rozpuszczalnik do szafki, czułam jednak pewną niechęć do pętania się po nocy po hangarze, w którym, żeby włączyć światło, musiałabym najpierw otworzyć sobie szafkę z bezpiecznikami i powciskać te, co trzeba. Rysio i Jurek od czasu zatlenia instalacji jesienią zeszłego roku, choć skończyło się tylko na straszliwym smrodzie, okopceniu kawałka sufitu i braku prądu przez dwa dni, nie zamierzali ryzykować i – jeśli na HOWie nikt nie zostawał pracować na nocnej zmianie - wyłączali prąd na noc. Szafka inteligentnie i wygodnie wisiała nad samymi drzwiami wejściowymi – miejsce super, tylko wysokość, na jakiej ja umieszczono – 2,5 metra – trochę utrudniała obsługę wszystkim osobom normalnego wzrostu. Czyli żeby włączyć prąd, musiałabym najpierw wleźć na skrzynkę, albo lepiej na stalowe mobilne schodki teatralne, które mnie przerażały, bo nie miały żadnej blokady kółeczek, a same kółeczka były zbyt znakomitej jakości i toczyły się nadmiernie bezoporowo, samoczynnie przemieszczając schodki w dowolne niżej położone miejsce podłogi. No więc nie, obejdziemy się bez rozpuszczalnika. Z nawigacyjnej wyciągnęłam starą pieluchę i zajęłam się polerowaniem kluczy.
    Trzask zapalniczki, który znienacka zabrzmiał tuz przy moim uchu, aż mnie podrzucił, przez chwilę byłabym gotowa przysiąc, że trzasnęło wewnątrz kabiny. Nachyliłam się odruchowo nad stołem, chociaż przez zmatowiałe pleksi okienek nawet w najjaśniejszy dzień trudno byłoby zobaczyć cokolwiek w środku. Poczułam zapach dymu i pomyślałam, ze ktokolwiek to jest, nie mógł podejść zwyczajnie, od dziobu, od strony żwirowej alejki, bo w panującej nocnej ciszy usłyszałabym głos kroków na drobnych kamykach. Musiał zejść na plac remontowy od strony wału, porośniętego teraz miękka, tłumiąca kroki trawą…
    - Po prostu sobie idź. – powiedział stolarz Jurek.
    Naprawdę, naprawdę przez ułamek sekundy byłam pewna, że widzi mnie, wie, że tu siedzę i mówi do mnie, a potem usłyszałam ciche kroki od strony dziobu.
    - Bo co? – tego głosu nie znałam. Młody był dosyć i nieco napastliwy, choć dominowało zaskoczenie. No pewnie, mnie tez zaskoczyło…
    - Bo tak. Nic tu nie masz do szukania.
    - Bo ty pilnujesz?
    - Ja pilnuję HOWu. A ty jesteś głupi, że wierzysz w te legendy. Jeden, co wierzył, już nie żyje…
    - Ty go załatwiłeś?
    Zamiast odpowiedzi poczułam silniejszy zapach dymu okropnego jurkowego Wiarusa, widać zaciągnął się mocniej. Prawie się przytuliłam twarzą do stołu, wprawdzie Jurek jako krwawy morderca niezbyt mi pasował, ale uczciwie mówiąc nikt mi nie pasował, a on tu był teraz, w nocy, nie wiadomo po co, po ciemku… no dobra, ja tez byłam tutaj w nocy i po ciemku, ale akurat ja doskonale wiedziałam, czemu tu siedzę, a nie sądziłam, żeby nagle wszyscy masowo zaczęli wrzucać do zęz swoje klucze do mieszkania.
    - Siedzisz tu, pilnujesz, żeby nikt nie podszedł i czekasz, żeby samemu…
    - Ja pilnuje HOWu – powtórzył Jurek spokojnie. – A ty jesteś głupi dzieciak. I nie taki niewidoczny, jedna cię widziała.
    - Co? – powiedział tajemniczy rozmówca Jurka, a ja omal mu nie zawtórowałam. No ok., nie kryłam się szczególnie ze zwierzeniami, jakie uczyniłam Jackowi w kwestii moich przeżyć o butaprenowym poranku, ale nie sądziłam, ze Jurek to słyszał. – Jaka jedna?
    - Było się rozglądać. I nie okradać trupa…
    - Ja nie…
    - Po prostu sobie idź. – przerwał mu Jurek. W jego głosie pojawiło się zmęczenie i niechęć. – Dziś i tak niczego nie poszukasz, bo ja tu będę. Ani jutro.
    Syknęło, kiedy zgasił papierosa. Prawie nie oddychałam – z emocji i na wszelki wypadek, żeby czasami nikt nie zaczął podejrzewać, ze tu siedzę. Potem kroki Jurka – bardzo charakterystyczne, dopiero w ciszy i spokoju nadwiślanej nocy było słychać, ze lekko utyka - oddaliły się w stronę hangaru.
    Jego rozmówca stał dłuższą chwilę przy nadziejowym dziobie, wreszcie zamamrotał pod nosem coś, co zabrzmiało jak „pieprzony klawisz”, a potem tez sobie poszedł, gdzieś w kierunku wału i rzeki.
    Na HOW, Nadzieję i mnie w jej środku spłynęła całkowita cisza.



    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • gat45 01.08.17, 10:45
    Właśnie wróciłam z piekarni z bagietą prosto z pieca, ledwie ją mogłam utrzymać, tak grzała mi rączki...
    Lecę sobie zrobić jakąś kanapkę i oddam się lekturze !
  • berrin 01.08.17, 11:22
    Oraz UCD.

    Po jakichś dwóch latach tej ciszy ostrożnie podniosłam głowę. Zdążyłam przemyśleć kilka kwestii, w tym te, ze nie zamierzam przyznawać się Jurkowi, ze tu byłam i słyszałam. Zresztą, żebym ja jeszcze wiedziała, co właściwie słyszałam… Co to ma być ? Szukanie, pilnowanie, legendy… skarbu jakiegoś szukają?
    Bardzo ostrożnie, bardzo cicho wydobyłam się z kabiny. Z zamknięciem zejściówki zaczekałam na ryk zawracającej przy Horyzontach śmieciarki. Chciałam sobie pójść, wrócić do domu…
    Kiedy zeskakiwałam na miękką trawę za rufą, dokoła mnie było pusto i cicho. Miałam nadzieję, ze tak zostanie i wprawdzie nie skradając się, bo doświadczenie mówiło mi, że wtedy robi się najwięcej hałasu, ale bardzo ostrożnie i omijając żwir, wlazłam na wał w miejscu, gdzie ocieniały go drzewa, i gdzie nikt nie byłby w stanie mnie zobaczyć na tle nieba nad rzeką. Nadal było pusto. Spokojnie. Cicho.
    Wtedy, o poranku, gdy zeszłam popatrzeć na Wisłę, też było pusto, spokojnie i cicho…
    Więc wcale tą cisza nie uspokojona, podejrzliwie rozglądając się dokoła, pomaszerowałam w stronę przystanku nocnych autobusów… było mi coraz dziwniej i stanowczo powinnam pomyśleć – tylko że nie bardzo wiedziała, o czym…
    No bo o samym Jurku…
    O Jurku wiedziałam bardzo mało. Jak zresztą większość młodych harcerzyków, ale i ci starsi nie mogli powiedzieć, ze dopuścił ich do konfidencji. Najbliżej był z Jackiem – ale tylko dopóki Jacek nie zaczął przesadzać z alkoholem, i z Rysiem, równie jak on mało rozmownym na tematy osobiste.
    To Jurek był najstarszy z całego howowskiego składu. Nie miałam pojęcia, ile konkretnie miał lat, wyglądał wciąż tak samo, od kiedy jako trzylatka zobaczyłam go po raz pierwszy. Był jednym z ludzi zoptymalizowanych na zasuszającą się sześćdziesiątkę i podejrzewałam, że osiągnąwszy ten stan około czterdziestego roku życia, trwać w nim będzie aż do śmierci. Z moim dziadkiem, który zjawił się dawno temu na HOWie, żeby pomóc swemu zięciowi w wykończeniu nadziejowej stolarki, gawędził o przedwojennych terminach stolarskich – dziadek miał mistrza na Kolejowej, a z rozmowy wynikało, ze Jurek na Pańskiej. Dwaj przedwojenni stolarze-modelarze, tylko potem jeden poszedł w szkutnictwo, a drugi najpierw w rusznikarstwo, a potem w meble. Dogadali się od pierwszego słowa, obdarzyli szacunkiem, a Jurek zyskał kolejny powód, żeby lubić mojego ojca. Trochę tej sympatii, przynajmniej dopóki byłam dziecięciem, przelewało się i na mnie.
    Opowiadał kiedyś, zaraz po tym, jak pierwszy cwaniak rzucił się przejmować HOW, co tam było wcześniej, kwestionując możliwość istnienia spadkobierców właściciela gruntu, który nigdy wcześniej nie miał konkretnego właściciela. „Opowiadał” nie jest zresztą dobrym określeniem, bo Jurek nie opowiadał, tylko rzucał kilka zdań i miał dość. W zasadzie najbardziej rozmowny zrobił się tylko wtedy, wyjątkowo, przy moim dziadku, nawet sobie raz powspominali jakieś kombatanctwo, co było zupełnie niezwykłe, bo Jurek tego rodzaju wspomnień nie znosił, a nawiązywania do lat wojny, którą, jak pamiętałam mętnie właśnie z tych stolarskich wspominków, spędził w Warszawie, wręcz nienawidził. Na przykład te słynne podchody zielonych harcerzy, zakończone wykopaniem bomby lotniczej wprawiły go w stan już nie irytacji, ale wręcz furii, stanu dla niego szalenie nietypowego. Stanowczo wtedy odmówił udziału czy pomocy w czymkolwiek, dość niegrzecznie wypowiadając się na temat powstań jako takich w ogóle a tego konkretnego w szczególności oraz nie kryjąc niechęci do podkopywania hangaru czy dowolnych innych elementów nadwiślańskiej architektury.
    Czy wtedy po prostu dawał wyraz swoim poglądom na naszą tradycję niepodległościową i dbał o mienie hufca i miasta, czy może nie podobało mu się tych kilku saperów z wykrywaczami metalu, zasuwających po wale? A może to tylko ja zaczynam mieć paranoję?
    Nocny autobus uprzejmie mi uciekł. Mając do wyboru godzinę oczekiwania na następny albo godzinny spacer do domu, bez namysłu wybrałam spacer. Noc była lodowata, odczułam to bardzo wyraźnie, kiedy opadły emocje, co tym bardziej zachęcało raczej do aktywnego marszu niż do zamarzania na przystanku.
    Co on wtedy mówił? Jeden taki wierzył w legendy i nie żyje… jakie legendy?
    Zezłościłam się nagle. Bywałam w końcu na HOWie od niemal dwudziestu lat, znałam wszystkich innych, którzy tam bywali, bawiłam się tam, zasypiałam nakryta starym żaglem, uczyłam się laminować, malować i obsługiwać wiertarkę, jakim więc cudem, jeśli była jakaś legenda, jakakolwiek, ja o niej nie wiedziałam? Choćby przez osmozę, przez dorozumienie, że jest, niechby bez szczegółów, przecież to niemożliwe…?
    Ale podsłuchana rozmowa dobitnie wskazywała, ze się mylę. Że cos jest, że ktoś cos wie albo wydaje mu się, ze wie, i że ktoś czegoś szuka, i że to nie jest tylko jednak osoba… Ofiara z wału, Jurek i rozmówca Jurka, chyba ten sam, który o bladym świcie potykał się o kable… hipotetyczny złodziej skórzanej konduktorki. To przynajmniej trzech ludzi.
    Archeolodzy, którzy nie wiadomo czego szukali…?
    Gra terenowa, polegająca na kopaniu w różnych miejscach…?
    Dziwni ludzie, starający się przejąć kompletnie nieatrakcyjną działkę nad Wisłą…?
    Mam o tym opowiedzieć Jackowi? O Jurku też…?
    Dotarłam do domu zmarznięta, zirytowana i absolutnie pewna, że jedynie skupienie się na remoncie zamiast na śledztwie i poszukiwaniach skarbu nad Wisłą uratuje moje zdrowe zmysły



    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • gat45 01.08.17, 12:00
    Jezuuuuuuu, ja chyba niedługo będę zmuszona zacząć się odchudzać ! smile
    Ale z drugim odcinkiem poczekam już na obiad. Dziś mają być kabaczki nadziewane kabaczkami. Na życzenie mogę podać przepis(y) Tubylca, chtóren - jako Francuz - jest genetycznie zaprogramowany do wymyślania przemyślnych receptur i ich realizacji. Oraz do nadawania swoim dziełom odpowiednich nazw, co - wbrew pozorom - jest bardzo ważne i wcale nie takie łatwe.
  • berrin 01.08.17, 12:10
    Czytaj, Gacie, bo tworzy się trzeci.
    Jak mi źle, to nie moge nic napisać. Ale jak mi źle i jednak zacznę cos na siłę pisac, to mi się robi lepiej. I wtedy mogę coś napisać.
    To piszę.


    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • berrin 01.08.17, 13:26
    I jeszcze to:

    - Ty, słuchaj, wstawaj, bo po ciebie przyszli. – oświadczyła moja kochana mała siostrzyczka, wkraczając do mojego pokoju. – Czekają na klatce.
    - Kto przyszedł…? – nie byłam w stanie tak od razu wskoczyć w dzień, tym bardziej, ze stan oświetlenia za oknem wskazywał, że tenże dzień dopiero ledwo co się zaczął, a ja miałam za sobą bardzo intensywną poprzednia dobę.
    - Organa. Nie jestem pewna, chyba nie chcą cię aresztować, wyglądają bardzo zasadniczo, ale nie ma z nimi ani jednego mundurowego, więc chyba nie będziesz aresztowana, chociaż może by było ciekawie? Wylegitymował mi się ten starszy, chociaż ten młodszy bardziej mi się podoba.
    Usiadłam na łóżku, próbując zrozumieć, co właściwie Milka do mnie mówi. Wyglądała na rozbawioną i nieprzejętą.
    - Organa. – powtórzyłam.
    - Ścigania. – uprzejmie dodała Milka. – Dwu panów po cywilu, jeden ponury czterdziestolatek z miną obrazującą jego brak zaufania do załganego społeczeństwa i drugi wiking w glanach. Zachowują się, jakbyś już ich znała.
    Jęknęłam, powstrzymując chęć ponownego przewrócenia się na łózko i nakrycia poduszką głowy.
    - Która jest godzina???
    - Piąta siedemnaście. – odrzekła Milka, wskazując na mój budzik. – dlatego myślę, ze nie przyszli cię aresztować, bo do tego powinni w zasadzie zaczekać do szóstej, prawda? – moja kochana mała siostrzyczka celowała we własnych interpretacjach kodeksu postępowania karnego, ale jej logice trudno było coś zarzucić. – Wstawaj, wstawaj, bo jestem ciekawa. To przez te zwłoki na HOWie?
    - Nie na HOWie tylko nad Wisłą… - zaprotestowałam słabo.
    - Może po prostu znaleźli drugie. – zasugerowała moja siostrzyczka i wyszła.
    Myjąc się i ogarniając, myślałam sobie, ze jednak jaka to szkoda, ze to nie Milka odkryła to ciało, ona całe śledztwo załatwiłaby jeszcze przed śniadaniem. Jednak jej klasa maturalna i plany odnośnie dostawania się na różne studia miały swoje prawa, dlatego w tym roku zdecydowała, ze remonty musza sobie poradzić bez niej. Cierpieliśmy z tego powodu ogromnie, bo gdyby nie ta idiotyczna matura, to z pewnością właśnie Milka skutecznie wyjaśniłaby całej wierchuszce jak debilnym pomysłem jest spływ wszystkich naszych żaglówek w gali flagowej Wisłą do Żerania…
    Jak podejrzewałam z jej przemowy, w korytarzu, zachowując pełną nieufność wobec załganego społeczeństwa i nie wchodząc w głąb jego przestrzeni mieszkalnej, stali Jacek i jego szef. Jacek milczał, za to pan kapitan, nie zawracając sobie głowy żadnym dzień dobry, wyrzucił z siebie bardzo oficjalnym tonem:
    - Pani Strzelczyk. Pani pójdzie z nami.
    Spojrzałam na niego z niechęcią, a potem na Jacka – z niepokojem. Miał nieruchomą twarz, wyrażająca kompletnie nic i bardzo się starał nie patrzeć na mnie wprost. Nagle znowu bardzo się zezłościłam.
    - Jestem zatrzymana?
    Odrobine ich chyba zaskoczyłam. Kapitan nawet zmarszczył brwi.
    - Nie. – odrzekł niemal z żalem.
    Wzruszyłam ramionami.
    - To na jakiej podstawie uważa pan, że o piątej trzydzieści dwie gdziekolwiek z panami pojadę? Dokąd? Na komendę?
    - Nie, do Portu Czerniakowskiego.
    - Mówiłam ci, znaleźli drugiego trupa. – beztrosko rzuciła Milka z kuchni. W kapitana grom strzelił, a Jacek zapanował nad twarzą – tylko nie wiedziałam, czy starł z niej uśmiech, czy coś innego. Pozwoliłam sobie na lekkie uniesienie brwi.
    - No to dowiem się, do czego jestem panom potrzebna?
    Jacek powoli skinął głową.
    - Znaleźliśmy. Drugiego trupa. Pojedziesz z nami?

    Posadzili mnie na tylnej kanapie forda i powieźli nad Wisłę. Przestałam protestować w zasadzie wyłącznie dlatego, ze był to najszybszy sposób, żeby dowiedzieć się, czy to aby nie jest ktoś znajomy w sytuacji, kiedy obaj panowie nie chcieli mi powiedzieć nic więcej.
    Jadąc bardzo wygodnie w stronę HOWu myślałam sobie, że można było się obejść bez całej tej porannej żenady i nieuprzejmości – przecież równie dobrze mogliby wysłać po mnie Jacka w jego garbusie – no, chyba że Jacek wcale nie chciał ujawniać pryncypałowi, do jakiej zażyłości w kontaktach ze mną doszedł, względnie jego pryncypał wolał go teraz nie zostawiać ze mną sam na sam. Nie byłabym zresztą wymarzonym partnerem do rozmowy, bo kiedy opadła ze mnie złość, zaczęłam się bać, kogo mogę zobaczyć w charakterze zwłok. Od niepewności mdliło mnie nie gorzej niż wcześniej od butaprenu.
    Na miejscu były już radiowozy, masa chłopaków w mundurach i karetka medyków sądowych z doktorem Firlejem, który na mój widok cały się rozpromienił, nie wykazując cienia zaskoczenia, ze widzi mnie tutaj o poranku, towarzyszącą władzom śledczym.
    - Pani Janeczko, dlaczego pani nie było na ostatnich zajęciach? – zapytał z wyrzutem, próbując jednocześnie podskakiwać. W pierwszej chwili nie mogłam pojąc, czemu nagle doznał przypływu ADHD, owszem, był entuzjastą swego zawodu, ale nie objawiało mu się to raczej do tej pory udawaniem surykatki, a zaraz potem dotarło do mnie, że on nie tyle podskakuje, co próbuje obtupać z błocka buty. I spodnie…
    - Generalnie dlatego, że znalazłam zwłoki. – wyjaśniłam tępo, gapiąc się na jeszcze nie przykryte nosze, znad których doktorek przed momentem się podniósł.
    To nie był nikt, kogo obawiałam się tu ujrzeć. Dobra, bez niedopowiedzeń – to nie był Jurek.
    Na noszach, nieludzko utytłany żółtym błotem, z półprzymkniętymi oczami, z posklejaną broda kloszarda, licznymi szczegółami wskazując, ze do jego zgonu przyczyniła się Wisła, leżał Komandor Jacek Kolański.
    Osłupiałam.



    --
    Pan przecież wie, panie psychiatro, kobieta to człowiek odporny...
  • bluzeczka.zamszowa 01.08.17, 17:54
    Berrin, dzięki, to jest super!

    --
    - Czy ja im mogę czymś zagrozić?
    Niczym, niestety, słowo pisane nie robi na nich żadnego wrażenia, a broni palnej nie posiadam.
    Joanna Chmielewska: Trudny trup
  • zaisa 01.08.17, 23:08
    I jak ja mam teraz pójść spać? Jeszcze mi się co przyśni.
    Dziękuję.
  • berrin 02.08.17, 12:18