Parę dobrych lat temu - o kurcze, juz ponad 20 lat temu, gdy jeszcze
mieszkałysmy wraz z Mamą w małym pokoiku, bo teraz obydwie już mamy normalne
mieszkania, ginęły nam łyżeczki do herbaty. Były, a potem nie ma i nic nie
pomogło wzajemne wyjaśnianie, że jedna albo druga je zapodziała. W koszu na
śmieci ich nie było, no nigdzie, a znikały. Musiałyśmy przez miesiąc kupować
coraz to nowe. Nie były srebrne, czy złote, normalne błyszczące tanie łyżeczki.
Były i nie ma. Wróciłam wieczorem do domu, Mama drzemała. Ja zerknęłam na
stojaczek, zauważyłam tradycyjny brak łyżeczek i lekko przebudziłam Mamę
tekstem: "Łyżeczek znów nie ma." A Mama w półśnie mi
odpowiedziała: "Kaziubernisznik je zabrał." Po obudzeniu Mama wyrzekła się
jakichkolwiek Kaziuberniszników, nie miała pojęcia, kto to zacz. Doszłyśmy do
wniosku, że przypadkiem odkryła imię skrzata domowego. Teraz, gdy coś u mnie w
domu zapodziewa się, wiem, ze to młodszy brat Kaziubernisznika rozrabia. No bo
sam Kaziubernisznik został zapewne w mieszkaniu Mamy.
A wiecie, gdzie były łyżeczki? W tapczanie pomiędzy jesiennymi paltami. Żadna z
nas ich tam nie wkładała, ale gdy je znalazłyśmy tam, to były tam jeszcze inne
drobiazgi, w tym sporo wacików kosmetycznych. Prawdopodobnie gościłysmy Panią
Kaziubernisznikową, której dzieci się urodziły i musiały przecież czymś się
bawić. Że też żadna z nas nie dostrzegła, że w tym małym zagraconym pokoju
mieszkańców przez jakiś czas było więcej.
--
"Jest czas mijania i czas pobytu. I czas pojawiania się raptem znikąd..."