Wiecie, znając siebie, nie robię głupich postanowień. Nauczyłam się. Wiem, że
za nic w świecie z rana nie zabiorę tego, co mam np. zabrać do pracy, jeśli
tego nie zbiorę wieczorem "na kupkę", więc zmuszam siebie, by tę czynność
odwalić wieczorem. Gdy studiowałam - dowiedziałam się sama o sobie, że nigdy
nie zmuszę się do porannej nauki, więc wolałam to wszystko zrobić też
wieczorem. Dzięki temu przestałam niepotrzebnie stresować się i żyję w zgodzie
ze sobą.
Trochę siebie przymuszam, bo wieczorem też parę rzeczy może wpaść do zrobienia,
ale mam na siebie "bacik" w postaci wspomnienia, gdy leciałam z rozwianym
włosem przez pół miasta na egzamin - pieszo, próbując czytać ostatni wykład i
coś z niego zapamietać. Dobrze, że nie pytano mnie z niego, bo zdenerwowana
nawet nie wiedziałam, co czytam, a o zapamiętaniu treści już mowy nie było.
Nigdy więcej. A tak obiecałam sobie, że wstanę półtorej godziny wcześniej i
spokojnie poczytam sobie.
--
"Jest czas mijania i czas pobytu. I czas pojawiania się raptem znikąd..."