A to już zdarzenie z jesieni ubiegłego roku. Zabrałam z pracy do domu parę
dokumentów do opracowania (nie żadne tam tajne, tylko normalne) i włożyłam je
do teczuszki papierowej. Teczke niosłam w ręku, torebkę na ramieniu, a po
drodze wstąpiłam do sklepu, by zrobic zakupy. Zrobiłam zakupy, zapakowałam do
reklamówki i sobie poszłam. W domu - ogarnęłam się, coś tam zjadłam,
uruchomiłam komputer, by "odwalić" robotę, rozglądam się i włosy dęba mi
stanęły. Nie ma teczki! Pierwsza myśl: "Co ja powiem Naczelnikowi, że zgubiłam
dokumenty?" Dobrze, że skojarzyłam, że byłam w sklepie. Patrzę na zegar - pięć
minut do jego zamknięcia. No to lecę w kapciach. Dobiegłam zdyszana, a
ekspedientka dostała ataku śmiechu. Ona tą teczkę zauważyła, bo zostawiłam ją,
niemota jedna, przy kasie i pięć minut temu dała swojej koleżance, by mi
zaniosła (sklep jest mały i Panie znają mój adres, bo im tłumaczę co jakiś czas
teksty na opakowaniach kosmetyków, ale to inna historia). Minęłyśmy się po
drodze poprostu. Nie byłam głupia, postanowiłam poczekać. A tamta postanowiła
pod drzwiami poczekać na mnie! W końcu ekspedientka na komórke zadzwoniła do
dziewczyny i oddała mi teczkę w sklepie. Najadłam się strachu. Fajnie mi
wyszło, co?
--
"Jest czas mijania i czas pobytu. I czas pojawiania się raptem znikąd..."