Święta sie zbiliżają, a wraz z nimi powraca rodzinna anegdota o karpiu, który
ukradł mi... portmonetkę. A było to trzy lata temu, kiedy dzień przed Wigilią
wróciłam do domu, obładowana licznymi siatami, w tym - osobną z nieboszczykiem
karpiem, którego od razu wystawiłam na balkon, żeby zszedł mi z oczu (widok
martwego karpia działa na mnie fatalnie, ale cóż, presja tradycyjnych
rybożerców) i tam przeczekał noc. Po wyładowaniu reszty zakupów okazało się, że
mam wszystko, co potrzebne do świąt. Oprócz portmonetki. Z kwotą może nie
szaloną, ale przydatną, szczególnie w tym okresie wydatków i rozrzutności. Poza
tym sama portmonetka była pamiątkowa, praktyczna i śliczna. Liczne poszukiwania
nie przyniosły rezultatu, więc kręciłam mak, zraszając go łzami żalu i
ubliżając sobie od niedojd i ślepych komend, na przemian z lżeniem złodzieja.
Portmonetka znalazła się nazajutrz. Karp mi ją oddał. Oczywiście była z nim
torbie. Przeleżała sobie spokojnie noc na balkonie, w temperaturze poniżej
zera, a jej zawartość okazała się jedynym w moim życiu, dobrze zamrożonym
kapitałem
--
Bez względu na to, gdzie człowiek patrzy, zawsze coś widzi.