• drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego

Opowieści dziwnej treści;) Dodaj do ulubionych

  • 18.01.06, 15:19
    Opowieść pierwsza, pt. "Przesłuchanie"
    Z policyjnego protokołu przesłuchania, które odbyło się dn. 18 stycznia 2006
    roku w Komisariacie Policji w Psiej Wólce, na okoliczność interwencji na
    posesji ob. Piotra Pyziałka, lat 38, syna Jana i Weroniki, w której doszło do
    uszkodzenia ciała wyżej wymienionego przez podejrzaną, ob. Katarzynę
    Pyziałek, żonę, lat 35, córkę Pawła i Bożeny.
    Przesłuchujący, aspirant Jerzy Wałek: - Proszę opisać, jak doszło do całego
    zajścia.
    Podejrzana, Katarzyna Pyziałek: - Nijak by nie doszło, gdyby poczekał, aż
    skończę.
    Asp. Wałek: Proszę po kolei i dokładnie. Co pani kończyła?
    K.Pyziałek: Książkę. Czytać.
    Asp. Wałek: Jaką książkę?
    K.Pyziałek: Chmielewskiej.
    Asp. Wałek: A mężowi się to nie podobało?
    K.Pyziałek: Podobało.
    Asp. Wałek: Proszę dokładniej! Podobało mu się, a mimo to uderzyła go pani
    chochlą i rozbiła mu na głowie dwa talerze?
    K.Pyziałek: A bo mnie zdenerwował! Nie mógł poczekać chwilę? To nie, tylko
    dlaczego nie ma nic do żarcia i dlaczego nie ma nic do żarcia! A co? Nie mógł
    sam sobie chleba ukroić? W najciekawszym miejscu byłam, jak zaczął mi książkę
    wyszarpywać z ręki! Prosiłam po dobroci, żeby mnie nie denerwował? Prosiłam.
    Skończyłabym, to bym spokojnie obiad zrobiła, nie? Z głodu nagle zaczął
    umierać, myślałby kto!
    Asp. Wałek: I dlatego uderzyła go pani w głowę, powodując krwotok z
    rozciętego łuku brwiowego, zasinienie okolic oka lewego i guz na środku
    czoła?
    K.Pyziałek: Jakie uderzyła? Jakie uderzyła?! Popchłam go tylko lekko, żeby
    się wreszcie odczepił, a ten, jak worek poleciał na szafkę z talerzami!
    Asp. Wołek: A chochla? Poszkodowany zeznał, że uderzyła go pani chochlą.
    K.Pyziałek: Może go i szturchłam, nie pamiętam. Akurat czytałam taki fajny
    kawałek, jak kobita przegania tłuczkiem stado bandziorów, a ten mi coś
    mamrotał za uszami i za książkę łapał...
    Asp. Wołek: To miała pani chochlę w ręku w czasie tego czytania? W jakim celu?
    K.Pyziałek: W celu oganiania się od much. Tną cholery tego roku, jak rzadko,
    a ten mój, sirota jedna, nawet packi porządnej zrobić nie umie! Mówię panu
    komendantowi, przyjdzie z pola, to tylko żreć woła i żadnego pożytku z
    niego...
    Asp. Wałek: A więc przyznaje się pani do winy?
    K.Pyziałek: Do jakiej winy? Do nijakiej winy się nie przyznaję! Sam sobie to
    zrobił! Widać taki cherlawy jest. Sąsiadka świadkiem, że tylko lekko go
    popchłam!
    Asp. Wołek: A co robiła sąsiadka u pani w domu?
    K.Pyziałek: Jak to co? Czekała, aż skończę czytać, bo chciała pożyczyć tę
    piękną książkę!

    Świadek, ob. Marianna Kawałek, która wezwała pogotowie ratunkowe do
    poszkodowanego, odmówiła zeznań słowami: Dobrze mu tak, draniowi jednemu.

    --
    Bez względu na to, gdzie człowiek patrzy, zawsze coś widzi.
    Edytor zaawansowany
    • 18.01.06, 16:20
      "Przesłuchanie" -- cd.
      Z policyjnego protokołu przesłuchania ob. Piotra Pyziałka, które odbyło się dn.
      18 stycznia 2006 roku w Komisariacie Policji w Psiej Wólce, na okoliczność
      interwencji na posesji wyżej wymienionego ob. Piotra Pyziałka, lat 38, syna Jana
      i Weroniki, w której doszło do uszkodzenia ciała wyżej wymienionego przez
      podejrzaną, ob. Katarzynę Pyziałek, żonę, lat 35, córkę Pawła i Bożeny.
      Przesłuchujący, aspirant Jerzy Wałek: - Proszę opisać, jak doszło do całego
      zajścia.
      Poszkodowany, Piotr Pyziałek: No bo tak, wracam ci ja panie władzo do domu z
      pola, po robocie. Uchetany jak siedem nieszczęść. No bo sam pan władza wie
      najlepiej, że robota w polu lekka nie jest. I co widzę. Moja stara siedzi i
      książkę czyta, a gary z dwóch dni nie zmyte, obiadu nie ma, dzieciska
      nieoporządzone. W chałupie brudno. I dziwi się gangrena jedna, że much pełno. By
      posprzątała toby ich mniej było. Fleja jedna.
      Asp. Wołek: Do rzeczy proszę.
      P.Pyziałek: A to jest na rzeczy panie władzo, bardzo na rzeczy. Bo o to sie
      własnie rozchodzi. Żeby to tak pierwszy raz. Ale nie, odkąd dopadła tę cała
      Chmielewską i te jej kryminały zakichane, to nic innego ta moja durna baba nie
      robi tylko całymi dniami te książki czyta. Myślałem, przeczyta jedną i jej
      przejdzie. A gdzież tam, czyta i czyta. Dom odłogiem leży, wszystko się sypać
      zaczyna, ale ona czyta. Do księdza proboszcza nawet poszłem, ratunku szukać. A
      ten mówi mi "przeczekaj, może jak wszystkie przeczyta to się uspokoi i do życia
      wróci. No, a jeśli nie, to jakieś egzorcyzmy odprawimy. A ty na razie sam domem
      się zajmij, dzieciakow pilnuj i módl się." No to się modliłem. Nie pomogło,
      jedną skończyła to za drugą sie zabrała. Do nauczycielki najstarszego syna,
      Frania znaczy się, poszedłem, spytać ile ta cała Chmielewska tych książek
      wysmarowała, bym wiedział ile mam czekać. No i się okazało, że bardzo dużo. Nic
      to, uzbroiłem się w ciepliwość, sam wszystkiego doglądałem. I czekałem. No i sie
      doczekałem ....
      Asp. Wołek: Czego się pan doczekał?
      P.Pyziałek: Eghhh ... szkoda gadać. Jak skończyła wszystkie, włącznie z tymi
      najnowszymi, to zaczęła je jeszcze raz czytać, po kolei, od początku. A do tego,
      w internet wlazła, do jakiegoś towarzystwa takich samych jak ona maniaków się
      zapisała, na spotkania jeździ. O chałupę jak nie dbała tak nie dba. Ani o mnie,
      ani o dzieciaki. Kiedyś to chociaż w domu siedziała, a teraz to ciągle się
      gdzieś włóczy. A żeby to sama jedna tak, to nie, Maryśkę Kawałek też w to
      wciągnęła i inne baby ze wsi też. I ja tam nic nie chcę mówić, ale wasza stara
      to z moją coś ostatnio też mocno trzyma. Eghhhh .... Ja to chyba naprawdę
      księdza proboszcza o egzorcyzmy poproszę.
      Asp. Wołek: Czekajcie, czekajcie, to mówicie, że moja też tam z waszą te książki
      tak czyta?
      P.Pyziałek: A to co, to pan władza sam nie zauważył? W domu rzadko bywa to i nie
      widzi. Czyta, czyta i do tych maniaków razem z tą moja i Maryśką należy. Teraz
      to kulig jakiś planują, ale mówię panu, ja swojej nie puszczę.
      Asp. Wołek: Ja jej dam kulig .......!!!!!!!!!!!!!!!

      Tu niestety nastapiła przerwa w przesłuchaniu, gdyż Aspirant Wołek poleciał do
      domu przywoływać swoją małżonkę do porządku. W wyniku przeprowadzanych czynności
      w domu państwa Wołków niezbędna okazała się interwencja policji...wink


      PS. Groha, strasznie Cie przepraszam, ale nie mogłam sie oprzec.smile

    • 18.01.06, 20:29
      Na skraj Puszczy Swietokrzyskiej po jej polnocnej stronie wyszedl czlowiek.
      Trzeba przyznac, ze jak na te pore roku (niemal polowa lipca) i temperature
      (powyzej 30 stopni pod wieczor) byl ubrany troche dziwnie. Duze nogi tkwily w
      czyms w rodzaju botkow podbitych futrem. Na nogach widac bylo cos, co
      przypominalo spodnie skafandra narciarskiego. Co do tulowia, to trudno bylo cos
      powiedziec, spowity byl bowiem w cos, co najbardziej przypominalo kozuch furmana
      - dlugi, podbity futrem i szczelnie zapiety. Postawiony kolnierz zakrywal szyje
      i dotykal czapki-marusarzowki gleboko naciagnietej na glowe. Usta zakrywal
      szalik a oczy - ogromne okulary sloneczne, bardziej przypominajace gogle
      narcarskie niz cokolwiek innego. Rak nie bylo widac, tkwily bowiem w kieszeniach
      kozucha. Rozejrzal sie po okolicy i najwyrazniej przez chwile sie nad czyms
      zastanawial. Po chwili ruszyl przed siebie skrajem lasu. Szedl szybko, zwinnie
      omijajac wszelkie przeszkody terenowe. Zapadl zmierzch, potem noc, a czlowiek
      wciaz szedl tak samo szybko wzdluz puszczy. Jedynie jego okulary jakby zrobily
      sie mniej ciemne. Wielokrotnie w czasie tej wedrowki dochodzil do jakiejs drogi,
      ale najwyrazniej mu one nie odpowiadaly, bo za kazdym razem po krotkiej chwili
      zastanowienia przekraczal droge i szedl dalej wzdluz puszczy. Polnoc dawno juz
      minela i wstawal powoli swit nowego dnia, 14-go lipca 2006-go roku. Piatek.
      Najwyrazniej czlowiek pomyslal o tej dacie, bo mruknal na tyle glosno, ze
      slychac go bylo w promieniu co najmniej kilku metrow:
      - Szkoda, ze nie 13-ty.
      Zbladly juz wszystkie gwiazdy na niebie, kiedy doszedl do skraju duzej szosy.
      Przyjrzal sie jej dokladnie, z uwaga patrzyl na dosc duzy ruch. Najwidoczniej
      poczul sie usatysfakcjonowany, po porzucil puszcze i zaczal isc skrajem szosy,
      po jej lewym poboczu, kierujac sie na polnoc (mniej wiecej, droga bowiem miala
      troche zakretow). Szedl szybko, ale i tak zajelo mu ladnych kilka godzin zanim
      znaki na drodze oznajmily: "WARSZAWA". Bylo juz pozne popoludnie. Czlowiek
      zaczal kierowac sie w strone srodmiescia. Zabudowa stawala sie zoraz gestsza.
      Rozpalone muray zialy zarem. Najwyrazniej czlowiek zaczal odczuwac upal, bo
      odpial gorny guzik kozucha. Ale na tym skonczyly sie jego ustepstwa w stosunku
      do aury. Zwolna zapadal zmierzch, zaczynaly sie zapalac lampy uliczne. Czlowiek
      nieco zwolnil, rozgladajac sie po otoczeniu. W dalszym ciagu szedl szybko, ale
      juz nieco wolniej i uwazniej. Szczegolnie wiele uwagi poswiecal teraz murom,
      szczegolnie w okolicach skrzyzowan. W pewnym momencie chyba znalazl to, czego
      szukal. Dalo sie slyszec jego wyrazny pomruk:
      - Plac Trzech Krzyzy. Nareszcie.
      Teraz zwolnil wyraznie. Zaczal okrazac plac, dokladnie ogladajac kazdy budynek.
      Wreszcie zatrzymal sie. Stal przed lokalem, nad ktorym byl napis "Podobno
      Szpilka". Przyjrzal mu sie uwaznie i po chwili zrozumial. To byly dwa lokale, a
      nie, jak myslal, jeden. Najwyrazniej chial wejsc do srodka, ale nie byl pewny,
      do ktorego. Zanim podjal podjac decyzje, do wejscia do "Podobno" zblizyly sie
      dwie postacie. Jedna z nich byla poteznie zdenerwowana, bo glosnym szeptem
      indagowala swoja towarzyszke:
      - I jak ja ich poznam?
      - Nie martw sie. Wejdziesz, krzykniesz "Szkorbut, skorbut", poczekasz na odzew
      "Lumbago, lumbago" i tam pojdziesz, skad padl odzew.
      - Ale jestesmy takie spoznione!
      - Nie nasza wina, ze byl wypadek, szosa zablokowana, a ten caly objazd przez te,
      jak jej tam, Wieczfnie Koscielna, zajal prawie dwie godziny.
      - Ale...
      - Wchodzimy, przestan marudzic.
      Druga osoba otworzyla drzwi i niemal na sile wepchnela tam pierwsza. Zanim drzwi
      zdazyly sie zamknac, czlowiek byl juz przy nich i blyskawicznie sie przez nie
      przeslizgnal. Rozejrzal sie po lokalu. Osoby, ktore weszly przed nim kierowaly
      sie do srodka, a potem na prawo, skad dobiegal stlumiony gwar i co chwila
      wybuchy smiechu. Przybycie dwoch nowych osob do towarzystwa na chwile uciszylo
      harmider, ale tylko nachwile, zaraz bowiem wybuchl na nowo. Slychac bylo okrzyki:
      - Nareszcie!
      - A juz myslelismy...
      - Ktoredy?
      Po chwili gwar ucichl i dal sie slyszec wyrazny glos:
      - Pani Joanno, pozwoli pani sobie przedstawic...
      Czlowiek przestal dalej sluchac. Zdecydowanie skierowal sie za poprzedniczkami i
      po chwili znalazl sie na sali zapelnionej po brzegi. Rozejrzal sie uwaznie. Tak.
      To bylo to. Dwie osoby mialo na sobie koszulki, na ktorych widnialo skrzyzowanie
      Volvo i rumaka z szydelkiem w kopycie. Napis na koszulce rozwial wszelkie
      watpliwosci. Duma napelnila piers czlowieka. Juz za chwile wypelni swoje
      poslannictwo. Zaczal nabierac oddechu, aby cos powiedziec, gdy nagle jego wzrok
      spoczal na niewiesciej postaci siedzacej w srodku i bedacej (jak mu sie
      wydawalo) centrum uwagi zgromadzonych. Zamarl w pelnym podziwu oslupieniu. Jego
      szczescie wydawalo sie nie miec granic. Nie tylko wypelni swoja misje, ale
      uczyni to osobiscie, a nie przez posly! Wyciagnal z kieszeni zacisnieta w piesc
      reke. Reka miala dziwny, purpurowy kolor. Zdecydowanie ruszyl w kierunku Gurui i
      zatrzymal sie przed nia. Na sali nagle zapanowala cisza.
      - Jeszcze jedna niespodzianka? - zapytala z usmiechem Gurua.
      Odpowiedzialo jej milczenie. Gurua zauwazyla na wszystkich twarzach wyraz
      zdziwienia i zaskoczenia. Najwyrazniej nikt nic o tym czlowieku nie wiedzial.
      Wygladalo na to, ze niespodzianka byla niespodzianka dla wszystkich. Zanim
      ktokolwiek zdazyl cokolwiek powiedziec, czlowiek przemowil. Niski, metaliczny
      bas mowil czysta polszczyzna, aczkolwiek zdawac sie moglo, ze jest to dla
      przybysza jezyk obcy, a nie rodzimy. Slowa swoje, wypowiadane z pelnym szacunku
      zachwytem, skierowal do Gurui:
      - Wielce szanowna pani Joanno. Prosze wybaczyc mi to wtargniecie bez
      zaproszenia, ale nie bylismy w stanie go uzyskac, z przyczyn od nas niezupelnie
      zaleznych. Pozwoli Pani, ze od razu przejde do rzeczy. Otoz doszlo do naszej
      wiadomosci, ze od wielu lat poszukuje Pani pewnej rzeczy, niezbednej Pani jak
      powietrze, od ktorej zalezy napisanie Nowego Dziela.
      Dziwna rzecz, ale w mowie przybysza mozna bylo wyraznie slyszec duze litery.
      - Dowiedziawszy sie o tym, natychmiast przedsiewzielismy odpowiednie kroki, aby
      taki stan rzeczy naprawic.
      Wyciagnal przed siebie purpurowa reka (szesc palcow, dwa przeciwstawne kciuki),
      na ktorej lezalo cos, co przypominalo kostke do gry.
      - Pani Joanno, zdajemy sobie niestety sprawe, ze dostarczenie tego z takim
      opoznieniem jest karygodne, ale mamy nadzieje, ze w Swej Laskawosci raczy Pani
      wciac pod uwage dosc spora odleglosc, jaka musielismy pokonac i raczy nam to
      opoznienie przebaczyc.
      Gurua popatrzyla na oslupiale twarze obecnych. Przybysz z szacunkiem zblizyl sie
      i podal jej kostke. Z lekka wahajac sie Gurua wyciagnela reke, ale zanim
      dotknela kostki zapytala:
      - Dziekuje bardzo, ale moze mi pan przypomni, co to takiego, ze bez tego nie
      moge zyc?
      Przybysz odparl krotko:
      - Male z dnem.
    • 20.01.06, 06:16
      Wszelkie postacie jak i sytuacje zamieszczone w tym opowiadaniu sa wymyslem
      autora i z osobami i sytuacjami realnymi nie maja nic wspolnego

      Wicepremier

      Dzisiejsze obrady Nizszej Izby Parlamentu zostaly przelozone na pozny wieczor.
      Wyniklo to z potrzeby zapewnienia panom i paniom reprezentatntom odrobiny
      spokoju potrzebnego do prowadzenia obrad. Spokoj ten byl bowiem brutalnie
      zaklocany przez spoleczenstow masowo i glosno pikietujace obie izby Parlamentu i
      zadajacego pozbawienia immunitetow dla sporej czesci reprezentantow - a to w
      celu odsiedzenia prawomocnego wyroku, a to w celu pozwolenia zatrzymania (w celu
      zapobiezenia matactwom) i tak dalej i tak dalej. Trzeba powiedziec, ze
      manifestacje (spontaniczne, na ktore Wladze Stolicy nie wyrazaly zgody) nasilily
      sie po ostatnim weekendzie, w czasie ktorego pieciu poslow i senatorow
      spowodowalo wypadki samochodowe bedac (zdaniem policji) pod wplywem alkoholu, w
      tym trzy ze skutkiem smiertelnym. Ponadto 28 poslow i senatorow zostalo
      zatrzymanych "w stanie wskazujacym..." i zabrano im kluczyki, ale na tym
      skonczyly sie mozliwosci policji. 48 awantur (w kilku wypadkach polaczonych z
      rekoczynami) w knajpach i innych lokalach publicznych z udzialem reprezentantow
      narodu zakonczylo sie interwencja policji. Oliwy do ognia dolala poniedzialkowa
      nowelizacja ustawy o zawodzie posla, w ktorej przyznano podwyzki uposazen o 300%
      a diet o 200%. Wszystkie gazety bezczelnie pisaly o "Republice kolesi" i zadaly
      pozbawienia immunitetow i nowych wyborow. Jednym slowem - anarchia i kompletny
      brak szacunku dla wybranych Przedstawicieli Narodu. Jedna z gazet posunela sie
      tak daleko, ze ponad pol numeru poswiecila szczegolowemu omowieniu wszystkich
      poslow i senatorow i ich konfliktach z prawem. Okazalo sie, za na 559
      urzedujacych obecnie reprezentantow (jedno miejsce bylo wolne, albowiem pan
      posel, ktory je uprzednio zajmowal, rozsmarowal sie wraz z samochodem na niemal
      100 metrach drzew, zas postmortem wykazal 2,18 promila) czysta kartoteke ma
      jedynie pieciu reprezentantow, a to tylko dlatego, ze sprawy ulegly
      przedawnieniu. Lista obejmowala zarowno prawomocnie (i jeszcze niepawomocnie)
      skazanych jak i tych, wobec ktorych trwalo postepowanie lub akt oskarzenia lezal
      w sadach. Z tej listy na odsiadke oczekiwalo 218 reprezentantow, zas wobec 423
      trwalo postepowanie. 113 czekala rozprawa. Wsrod przestepstw i wykroczen
      najczestsza byla jazda po pijanemu i wywolywanie awantur. Ponadto w zasadzie
      niemal zabraklo paragrafow KK ktore bylyby niewykorzystane przez wladze sledcze.
      Oszustwa, wymuszenia, platna protekcja, kradzieze, paserstwo, znalazl sie nawet
      gwalt! No owszem, nikt nie zostal oskarzony o morderstwo z premedytacja (ale o
      podzeganie - tak) i o zdrade glowna. No i wreszcie dzisiaj wplynela do Trybunalu
      Konstytucyjnego skarga na ustawe o immunitetcie poselskim za jej niezgodnosc z
      konstytucja. Wnioskodawcy twierdzili, ze immunitet pozwala na ochrone tylko w
      sprawach politycznych, a nie kryminalnych. Krotko mowiac - Sodomia i Gomoria. W
      kazdym razie dzisiaj Parlament mial obradowac nad uchyleniem immunitetu
      wicepremiera Cap-Usty. Trzeba przyznac, ze pan wicepremier Cap-Usta byl
      absolutnym rekordzista. 37 prawomocnych wyrokow na laczna sume 125 lat i poltora
      miliona grzywny. 23 wyroki jeszcze nieprawomocne opiewaly na 87 lat i 3 miliony.
      64 sprawy w toku. Fama glosila (nie wiadomo czy ktos powiedzial Famie, zeby sie
      nie wyglupial), ze pan wicepremier mial sie jakoby wyrazic ze zamierza
      przescignac pana Laszcza i podbic sobie plaszcz (dlugi, czarny, jak w
      "Matrixie") wyrokami. Dlaczego plaszcz? To proste. Delie, kontusze, zupany i
      kiereje dosc dawno temu wyszly z mody a pan wicepremier Cap-Usta zywil wielki
      sentyment do Rzeczypospolitej szlacheckiej, np. bardzo czesto lubil krzyczec
      "veto!", zas warcholstwo i opilstwo bliskie byly jego sercu. Dzis Prokuratura
      Generalna zadala uchylenia immunitetu za pobicie i skopanie dziennikarza (m. in.
      peknieta podstawa czaszki, 3 miesiace w szpitalu, w tym dwa tygodnie w stanie
      krytycznym), zniewazenie funkcjonariusza (prokurator) i urzedu (wymiar
      sprawiedliwosci, a konkretnie sad) slowami ogolnie uznanymi za obelzywe i nie
      drukowane w zadnych slownikach oraz za korupcje i platna protekcje. Wysoka Izba
      byla gleboko rozgoryczona zarowno postawa mediow jak i spoleczenstwa, nic wiec
      dziwnego, ze po krotkiej debacie odrzucila wniosek stosunkiem glosow 28 za, 313
      przeciw przy 26 wstrzymujacych sie. Pan wicepremier Cap-Usta podniosl w gore
      reke w slynnym gescie Kozakiewicza i skierowal sie do drzwi wyjsciowych, za
      ktorymi od pewnego czasu panowal coraz wiekszy halas. Otworzyl je z rozmachem i
      zamarl. Po mniej wiecej trzech sekundach zaczal je rozpaczliwie zamykac, ale nie
      zdazyl. Olbrzymia lapa, ktora pchnela drzwi z drugiej strony byla pokryta
      pomaranczowym futrem w gustowne czarne pasy i nalezala do tygrysa. Chyba
      ussuryjskiego. W kazdym razie najwiekszego, jaki Wysoka Izba widziala z tak
      bliska. Tygrys druga lapa pacnal pana wicepremiera Cap-Uste, jednym ruchem
      rozszaroujac mu marynarke, kamizelke, koszule, podkoszulek i brzuch, po czym
      zabral sie za przekaske. Wrzask przerazenia rozlegl sie zarowno z law rzadowych,
      jak i z law opozycji. Po chwili przybral na sile, bowiem przez otwarte drzwi na
      sale zaczely wkraczac nastepne tygrysy.

      Co gorsza, wyraznie bylo widac, ze zwierzatka byly wyglodniale...
    • 20.01.06, 14:37
      Późny wieczór. Światła w uczelnianych gmachach pogasły. Tylko w jednym oknie,
      na parterze, nadal się świeci. To doktor Aramis przeprowadza swoje syntezy
      białek. Lubi te późne godziny w laboratorium. Jest cicho, spokojnie. Nie plączą
      się hałaśliwi studenci. Pracownicy już dawno powychodzili do domów. Drzwi
      zamknięte. Osobiście tego dopilnował. Został tylko on, jego ukochany sprzęt
      laboratoryjny i przygotowany do dalszych badań PREPARAT. Wyjątkowy PREPARAT.
      Doktor Aramis zaciera z zadowoleniem ręce. Uwielbia to. Czekające go długie
      godziny badań, są dla niego jak smaczne ciasteczko. Zwłaszcza, że na dzisiejszy
      wieczór zaplanował coś zupełnie wyjątkowego, coś, czego jeszcze nikt nie
      dokonał. On, skromny doktor Aramis, będzie pierwszy. Dokona przełomu. Zdobędzie
      sławę i uznanie. Będą go publikować wszędzie, a ,,Nature” i Science” będą się o
      niego wręcz biły. Już widzi jak odbiera Nagrodę Nobla, widzi jak mu wszyscy
      zazdroszczą. Rozmarzył się doktor Aramis.
      Nagle, z sąsiedniego pomieszczenia dobiegł go jakiś rumor. Jakby ktoś zrzucił
      na ziemię szklane naczynia. ,,Ki diabeł? Przecież nikogo już nie ma.” pomyślał
      Aramis i ostrożnie wyjrzał na korytarz. Nic. Pusto. Ostrożnie podszedł do drzwi
      drugiego laboratorium. Uchylił je. W pomieszczeniu było ciemno i cicho. Zapalił
      światło. ,,Kto tu jest?” zapytał i ostrożnie zajrzał przez uchylone drzwi. Nikt
      mu nie odpowiedział. W laboratorium nikogo nie było. Wszedł do środka i
      spojrzał na lodówkę, w której przechowywał PREPARAT przeznaczony do
      dzisiejszych badań. Była otwarta. Na zewnątrz leżało mnóstwo potłuczonych
      probówek, zlewek i szkiełek laboratoryjnych. Przechowywane w nich roztwory
      wylały się i utworzyły na podłodze malowniczą plamę. ,,Co jest?” zapytał sam
      siebie po cichu i czym prędzej podszedł do lodówki. Zajrzał do środka, zbladł,
      przetarł oczy i zajrzał ponownie. ,,O Matko Guruo!!” zakrzyknął ,,Gdzie jest
      mój PREPARAT!!!!!!!!”. Rozejrzał się dookoła. Oprócz plam na podłodze przy
      lodówce nie zauważył niczego szczególnego. Doktor Aramis podrapał się
      zafrasowany w głowę. ,,Ale jak to możliwe?? Kto?? Jak??? Kto się dowiedział???
      To niemożliwe.” tysiące pytań lęgło się w głowie doktora. Próbował zebrać
      myśli, opanować ten wewnętrzny chaos. Jego analityczny umysł szybko zaczął
      szukać rozwiązania tej zagadki. O tym, że zdobył PREPARAT i zamierza nad nim
      popracować nikt nie wiedział. Nawet jego ukochana kobieta o tym nie wiedziała,
      chociaż przeważnie nie miał przed nią tajemnic. W lodówce schował go tak, by
      się nie rzucał w oczy i nikt się nim nie zainteresował. Osobiście sprawdził czy
      wszyscy wyszli, pozamykał wszystkie drzwi i okna, włączył zewnętrzny
      alarm. ,,No to co się stało!!!!???!” krzyknął ,,Jak!!!???!”. Nagle, przyszedł
      mu do głowy pewien pomysł. Pobiegł do swojego laboratorium, zabrał niezbędne
      narzędzia i wrócił pod lodówkę. Klękną i skrupulatnie zaczął badać podłogę.
      Znalazł ślad, cieniutki, prawie niewyraźny, nieprawdopodobny ślad. Poszedł za
      nim. Ślad prowadził na korytarz, a potem prosto pod zewnętrzne drzwi. ,,A więc
      to tak … to w ten sposób, … to cholerne ,,dzikie białko” po prostu mi
      uciekło.” powiedział ze smutkiem. Wiedział, że wraz z ,,dzikim białkiem”
      oddaliła się od niego i sława i zaszczyty.

      A ,,dzikie białko” powędrowało przed siebie. No przecież nie mogło się dać
      oswoić wink.
    • 20.01.06, 22:30
      Boy hotelowy, zgięty w pół, otworzył przed nimi drzwi i wyszli wprost na zalany
      słońcem bulwar, pełen kolorowych, nieznanych krzewów i całkiem swojskich,
      równie kolorowych parasoli. Powietrze pachniało świeżo mieloną kawą, słodkimi
      bułeczkami z wanilią, drogimi perfumami, kwiatami i morzem. Leciutka bryza
      niosła ze sobą przyjemną rzeźwość i obiecywała piękny dzień. Jak zwykle.
      - Przed rejsem na tę wyspę musimy wstąpić do banku – przypomniał on.
      - Och, ale pamiętasz, co mi obiecałeś? – zapytała ona – Pamiętasz?
      - Jasne. Właśnie dlatego musimy wstąpić do banku.
      Wizyta w dużym budynku na rogu bulwaru nie trwała długo i już po chwili oboje
      znaleźli się w porcie, gdzie przy kei czekał na nich duży jacht motorowy, na
      którego dziobie widniała wdzięczna nazwa: „Stella di Mare”. Jacht, oprócz
      autopilota, posiadał pełną ludzką obsługę, w tej chwili, jak jeden mąż, stającą
      przy trapie. Kapitan, podobnie jak cała reszta, prosty, jak struna,
      nienagannie elegancki i wysoce estetyczny w nieskazitelnej bieli munduru, na
      widok zbliżającej się pary wyprężył się jeszcze bardziej i służbiście
      zameldował gotowość jednostki do rejsu.
      - Jak to dobrze, że oni wszyscy mówią po polsku – westchnęła ona, moszcząc się
      wygodnie na leżaku i wystawiając twarz na przyjemny, ciepły wiatr.
      - Nie mieli wyjścia, musieli się w końcu nauczyć. Pieniądz robi swoje – mruknął
      on ze swojego leżaka, odrywając wzrok od oszronionej szklaneczki.
      Przez chwilę oboje wsłuchiwali się w niebiański szum rozcinanej dziobem
      szmaragdowej wody i patrzyli na lazurowe niebo, gęsto upstrzone ptakami.
      - Cudownie – szepnęła ona i przeciągnęła się, jak leniwa kotka.
      - Teraz będziesz miała tak zawsze – cicho powiedział on - Kupię ci tę wyspę,
      przecież obiecałem. Już prawie dobiłem targu.
      - Kochany jesteś, wiesz? A ile udało ci się utargować?
      - Niewiele. Ale wystarczy na bungalow ze służbą, spokojna głowa. A za resztę
      mam dla ciebie drobiażdżek, zamknij oczy.
      - Boże, jaka piękna! – krzyknęła ona na widok delikatnej bransoletki z białego
      złota, misternie nadziewanej brylancikami, która oplotła jej nadgarstek, jak
      chłodna, oswojona dżdżownica, po czym obie rzuciły mu się na szyję.
      - Zapraszam do salonu, obiad podany – czystą polszczyzną zaanonsował skośnooki
      steward, patrząc dyskretnie ponad ich głowami w niebieską dal, gdzie hen, na
      horyzoncie pojawiła się malutka, zielonkawa kropeczka.
      - Wyspa! – krzyknęła ona, wyrywając się z jego ramion – Nasza wyspa!
      On przez chwilę patrzył na ten wyłaniający się z błękitu skrawek lądu,
      szczelnie opatulony w bujną zieleń, jak w puszysty kożuszek z kołnierzem
      białych plaż, który od dziś miał być ich prywatnym rajem na ziemi. A potem
      przeniósł wzrok na jej szczęśliwą twarz i powiedział czułym głosem, w którym
      nutki dumy zagrały, jak świerszczyki:
      - Widzisz? A nie wierzyłaś, kiedy mówiłem, że jesteśmy bogaci! Banknoty 100
      joanien są prawnym środkiem płatniczym wszędzie tam, gdzie chcemy...
      --
      Bez względu na to, gdzie człowiek patrzy, zawsze coś widzi.
    • 21.01.06, 17:54
      - Przesuń trochę tę nogę, do jasnej kur...tki z podpinką, bo zaraz zlecę na
      pysk!
      - Gdzie? Do kieszeni se schowam? Było tu za mną nie włazić! Jedna gałąź na
      drzewie? O żesz no...!
      Potężny konar starego kasztanowca, na którym w małpich pozycjach tkwiło dwóch
      młodzieńców w wieku gimnazjalnym, wydał z siebie ostrzegawcze skrzypienie, co
      natychmiast unieruchomiło ich na amen. Do ziemi mieli dobre 3 metry z
      kawałkiem. Za to przed sobą, niemal na wysokości oczu - rzęsiście oświetlone
      okno, dla którego zdecydowali się na chwilowe przebywanie w tak niewygodnej i
      niebezpiecznej dla życia pozycji.
      - Widzisz coś? – szepnął ten z niższej pozycji, któremu noga kolegi ograniczała
      nieco pole widzenia – Wciąż gadają?
      - Gadają – wymamrotał niewyraźnie drugi, usiłując zębami odsunąć liść, który
      uparcie właził mu do ust.
      - Cholera, czyli nie jest dobrze – zaniepokoił się pierwszy i postanowił
      sprawdzić to naocznie. Nie zważając na protesty i jęki kolegi, przewalił się
      przez niego jednym rzutem ciała, dzięki czemu udało mu się dostać do pnia i
      objąć go w serdecznym uścisku. Od razu poczuł się pewniej.
      - Ty, a twoja stara wie o tej pale z polskiego?
      - Martw się o swoją, dobra? Moja staruszka jest świetnie przygotowana na różne
      niespodzianki. Chwilowe niepowodzenie z paru przedmiotów na pewno jej nie
      zdziwi. Czego one tam tyle siedzą? Tyłek mnie już boli!
      Próby poprawy położenia obolałej części ciała, wywołały kolejną falę protestów
      ze strony kolegi, któremu pień zaczął wymykać się z rąk, a także okolicznych,
      rozchybotanych gałęzi oraz skrzypiącego ponuro konara. Sytuację uratował syk
      pierwszego:
      - Uwaga, wychodzą!
      Faktycznie, światło w oknie zgasło. Po krótkiej chwili, która pozwoliła
      młodzieńcom wtopić się w listowie, tuż pod nimi ukazały się sylwetki trzech
      kobiet. Roześmianych i tak żywo zajętych dyskusją, że jej fragmenty swobodnie
      docierały nie tylko do najwyższych gałęzi kasztanowca, ale także na szczyt
      sąsiedniej wieży kościelnej, budząc śpiące w jej zaciszu gołębie.
      - Nader nieordynarny jad tam było!... No! A zewłoka poniewierana do komnata?...
      Żadna z mnoga osób nie znalaznęła...! Ale ty, jako mać powinnaś obzierać wielce
      z uwagami... Phi, wielka mi dramata te parę dwójek... A pamiętacie, że Zosia
      też na Pawełka ciągle narzekała?... Daj im ten tekst na dyktando!...
      Wariatka!... Azali dla jakiego powoda... Umówimy się na kawę?... Nie objaśniaj
      własna osoba...
      Słaniając się ze śmiechu i przekrzykując dziwnymi zdaniami, kobiety znikły za
      zakrętem ulicy, a na drzewie nadal panowała cisza. W końcu spośród gałęzi
      wyłoniły się dwie pary nóg i reszta wyrośniętych ciał wylądowała dość ciężko na
      ziemi. Rozcierając ścierpnięte kończyny, obaj młodzieńcy w zadumie patrzyli w
      kierunku, skąd dobiegał cichnący stukot obcasów i pojedyncze wybuchy śmiechu.
      - Co jest grane? Kapujesz coś z tego, bo ja za nic – szepnął pierwszy.
      - Rany kota, matce coś się w głowę zrobiło... Twojej też, widziałeś?
      - No. Zaraziły się od wychowawczyni, mówię ci. Ona zawsze mówiła, że wcześniej,
      czy później z nami zwariuje. Ale czemu na wywiadówce ją dopadło?
      - Ty, a co one mówiły o jakichś zewłokach i jadach? Mają kogoś obdzierać i
      poniewierać, słyszałeś?
      - To chyba z Biblii było. Na drugi raz wyślę ojca do szkoły. Potem potruje za
      uszami, ale przynajmniej da się z tego coś zrozumieć. A w takie starożytne
      gadki, to ja się nie bawię..
      - Czekaj! Właśnie! Ojca! Trzeba uprzedzić! Mój ma chorą pompkę, jeszcze zawału
      dostanie, jak matkę zobaczy w takim stanie! A babcia?! Umrze! Stara już jest.
      - No, mój też coś ostatnio narzeka, że źle się czuje. Ale się biedny staruszek
      zdziwi! Przecież to ja podobno miałem go wykończyć swoimi pomysłami, nie matka.
      Lecimy do domu!
      Polecieli.
      --
      Bez względu na to, gdzie człowiek patrzy, zawsze coś widzi.
    • 23.01.06, 07:15
      Liceum Ogolnoksztalcace w Roztoczu - spotkanie Komitetu Rodzicielskiego z Rada
      Pedagogiczna. Styczen 2006.

      Grono profesorskie wysluchiwalo wymowek Komitetu Rodzicielskiego. Po normalnych
      utyskiwaniach na stolowke i dziesiatek innych drobiazgow przyszla kolej na
      ciezka artylerie. Komitet ostro protestowal przeciwko eksperymentowi ogloszonemu
      tuz przed Bozym Narodzeniem przez polonistke, pania profesor Mariurzke.
      - Przeciez to do niczegom niepodobne! - sierdzil sie przewodniczacy Komitetu,
      pan Pawlakowski - przeczytac ponad 50 ksiazek w CZTERY miesiace?
      - Cztery miesiace to 120 dni - niewinnie powiedzial matematyk - na jedna ksiazke
      wypada wiec ponad dwa dni.
      - Ale dzieci maja biezaca nauke!
      - Lepsza ksiazka niz oglupiajaca telewizja - karcaco stwierdzila geografka -
      Wybrana lektura ma wybitne cechy poznawcze, a w dodatku nie jest tak "nudna" jak
      obecnie obowiazujace lektury.
      - Eksperymenty musza byc zatwierdzone przez cialo nadrzedne - jadowicie
      stwierdzila wiceprzewodniczaca Komitetu, pani Wegrecka, skladajac buzie w ciup -
      tak wiec rozumiem, ze Kuratorium wyrazilo na to zgode?
      - O zgode poprosilismy Ministerstwo - odrzekl dyrektor.
      - I Ministerstwo wyrazilo zgode? - z niedowierzaniem w glosie spytala pani Wegrecka.
      - Ministerstwo nie odpowiedzialo w czasie ustawowym - odpowiedzial dyrektor.
      - A zatem, zgodnie z precedensem ustalonym przez Cesarza Napoleona, kto milczy,
      ten sie zgadza - triumfalnie obwiescil historyk - i dlatego eksperyment zostanie
      doprowadzony do konca!
      Komitet Rodzicielski rozejrzal sie po sobie bezradnie.


      Liceum Ogolnoksztalcace w Roztoczu - spotkanie Komitetu Rodzicielskiego z Rada
      Pedagogiczna. Maj 2006.

      - To szalenstwo musi sie skonczyc! - grzmial pan Pawlakowski - Juz nie tylko
      jezyk polski, ale i biologia, historia, geografia, ba nawet fizyka jest bazowana
      na tym upiornym eksperymencie!
      - Matematyka tez. Zuzycie paliwa w wannach! Predkosc w furlongach na fortnight!
      - syczala pani Wegrecka.
      - W tym tygodniu dojda do tej listy zajecia praktyczne i przysposobienie obronne
      - usluznie podpowiedzial historyk. - A w przyszlym roku szkolnym jeszcze inne
      przedmioty.
      - Rece opadaja! - jeknal pan Pawlakowski.


      Liceum Ogolnoksztalcace w Roztoczu - sala gimastyczna. Kwiecien 2007.

      Publicznosc, zlozona z uczniow, rodzicow i grona pedagogicznego stala i bila
      brawa juz przez blisko pol godziny. Zmeczona, ale rozradowana trupa mlodych
      aktorow uklonila sie po raz kolejny i definitywnie opuscila scene. Pomalu brawa
      zaczely wreszcie milknac. Widzowie zaczeli powoli opuszczac sale.
      - Wie pan co? - powiedzial do sasiada pan Pawlakowski - moze ten eksperyment
      jednak sie powiodl?
      - Mam wrazenie, ze tak - odparl sasiad. Jakby na to nie patrzec, mlodziez
      zaczela wiecej czytac, a ciekawe tematy zadan i wypracowan najwyrazniej ja
      zdopingowaly do nauki.
      Pan Pawlakowski pokiwal glowa.
      - A ja tak przeciw temu walczylem...
      - Nie ma ludzi nieomylnych - sentencjonalnie westchnal sasiad i chcial sie
      podrapac po glowie, ale przeszkodzil mu w tym rulonik paieru, ktory trzymal w
      reku. Rozwinal go i popatrzyl nan jeszcze raz.
      Tekst glosil:

      Kolko Teatralne Liceum w Roztoczu
      ma zaszczyt przedstawic
      sztuke oparta na podstawie powiesci Joanny Chmielewskiej

      "Wszystko czerwone"

      Scenariusz i rezyseria - Ida Czternasta

      - Schowam to sobie na pamiatke - zdecydowal. - Moze cos z tej dziewczyny wyrosnie?


      Dwadziescia lat pozniej...

      Mimo poznej godziny nocnej niemal cala Polska siedziala przed telewizorami
      ogladajac bezposrednia transmisje z Los Angeles z ceremonii wreczania Oscarow.
      Ceremonia zblizala sie ku koncowi. Az do tej pory nie bylo zadnych
      niespodzianek. "Everything Red" - hollywoodzki remake kultowego filnu "Wszystko
      czerwone" Idy Czternastej sprzed 15 lat zgarnal najwazniejsze kategorie: dla
      najlepszego aktora, dla najlepszej aktorki, dla najlepszej drugoplanowej
      aktorki, dla najlepszego drugoplanowego aktora, dla najlepszej muzyki, za
      najlepszy scenariusz, dla najlepszego rezysera (Ida Czternasta) i za najlepszy
      film roku. Tylko efekty specjalne poszly do "Gwiezdnych Wojen 9". Wreszcie
      nadszedl moment na ktory czekala cala Polska. Prowadzaca ceremonie Loretta Swit
      (amerykanska aktorka pochodzenia polskiego) przedstawila nominacje:
      - I wreszcie w kategorii najlepszego filmu zagranicznego mamy nastepujacych
      konkurentow:
      - "Wielki Diament" produkcji francuskiej
      - "Florencja, corka Diabla" produkcji rosyjskiej
      - "Przekleta bariera" produkcji brytyjskiej
      - "Studnie przodkow" produkcji wegierskiej
      - I "Cale zdanie nieboszczyka" produkcji polskiej.
      Na ekranie ukazaly sie fragmenty filmow. Chwile pozniej Loretta Swit podniosla
      do gory koperte. Nie spieszac sie zaczela ja otwierac.
      - A zwyciezca jest... z otworzonej koperty wyjela kartonik i odczytala glosno -
      "Cale zdanie nieboszczyka" w rezyserii Idy Czternastej!
      Przez Polske przetoczyl sie ryk radosci porownywalny chyba tylko z tym rykiem,
      jaki przetoczyl sie nad Polska ponad 50 lat temu, gdy na Mistrzostwach swiata w
      pilke nozna w 1974 roku, w szostej minucie minucie meczu Polska strzelila
      Argentynie pierwsza bramke. Transmisja trwala jeszcze chwile, ale na ekranie
      pokazali sie teraz polscy komentatorzy. Jeden z nich stwierdzil:
      - Wielki dzien dla polskiej kultury.
      - I dla pani Idy.
      - Ale przede wszystkim dla naszej noblistki, ktora podobno oglada ten program...

      Starszy pan siedzacy przed telewizorem spojrzal na pozolkla kartke papieru i
      powiedzial sam do siebie:
      - Zdecydowanie tak, to byl udany eksperyment...
    • 23.01.06, 20:05
      Na miejscu zbiórki stały już sanie zaprzężone w dziarskie, parskające obłokami
      pary i niecierpliwie grzebiące kopytami, konie. Sądząc po budowie – rasy
      śląskiej, co jednak dla zebranej grupki osób nie miało żadnego znaczenia.
      Konie, to konie. Jakie są, każdy widzi. Te były przykryte ciepłymi derkami
      przez swoich właścicieli, którzy oczekując na pozostałych uczestników kuligu,
      pogadywali leniwie i rozgrzewali się przytupując, zacierając ręce i ćmiąc
      papierosy. Ich niczym niezmącony spokój i pogoda ducha, miały niewątpliwy
      związek z wysoką kwotą, jaką udało im się utargować od mieszczuchów za
      przegonienie ich po śniegu. W większości czasu - za saniami, co w niczym nie
      zmniejszało kosztów, choć wydatnie oszczędzało końskie siły, a spragnionym
      zabawy wydawało się pyszną przygodą. Czyli zanosiło się na ogólnie miłą
      imprezę, przynoszącą korzyści wszystkim stronom. Nawet koniom, które od czasu,
      do czasu, wolą się zmęczyć na świeżym powietrzu, niż tkwić w nudnej stajni.
      W końcu wszyscy się zebrali i usadowili w saniach. W powietrzu strzeliły
      pokazowo baty, zadźwięczały janczary, zagrał śnieg pod płozami i kulig wesoło
      ruszył przez piękny, zimowy, mazowiecki krajobraz. Oczarowane towarzystwo
      najpierw w ciszy kontemplowało niecodzienną, uroczą muzykę, złożoną z triangli
      i dzwonków, świstu mroźnego wiatru i werbli kopyt na twardym śniegu. Potem
      zapalono pochodnie i przyłączono do tej muzyki swój radosny śpiew, usiłując go
      nawet jakoś zsynchronizować, ale okazało się to zbyt trudne, więc pędzono
      naprzód z różnoraką pieśnią na ustach. Do pierwszego zakrętu, na którym sanie,
      zgodnie z tajemniczą umową powożących, wygruziły swoją zawartość w najgłębsze
      zaspy. Śmiechom i zabawom nie było końca.
      W pewnym momencie, rozpędzony z górki orszak przemknął obok tkwiącego w
      głębokiej zaspie na poboczu dziwnego pojazdu, przypominającego kanciasto-owalny
      stół, na którym siedziały dwie istoty płci żeńskiej, o czym mogła świadczyć
      wielka szopa włosów na jednej i byle jak zawiązana chustka na głowie drugiej.
      Za ich plecami mignęło coś w rodzaju wygiętego kabłąka, po czym całe to
      dziwowisko znikło w głębokich ciemnościach.
      Na saniach zapanował nieopisany harmider.
      - Jezu, widzieliście, widzieliście?
      - Stać, panie woźnica, stać!
      - Jak babcię kocham! Tereska z Okrętką! Jadą po drzewka!
      - Puknij się w głowę, tutaj?
      - A co, nie mogą? Może gdzie indziej już zabrakło?
      - Czy wam już całkiem rozum odebrało? Przecież one nie istnieją!
      - Tak? A tam, to kto stał? Duchy na saniach z dębowego stołu?
      W atmosferze pewnej niesamowitości, niedowierzania, sporów, wzajemnego
      szczypania się po rękach i nerwowego rozglądania się wokół, uczestnicy kuligu
      dotarli do miejsca, gdzie już czekało rozpalone, strzelające iskrami, wesoło
      buzujące ognisko. Jego swojski widok przywrócił wszystkim nadszarpnięte
      poczucie realności. Nawet koniom, które lubią ciepło derek na parujących
      grzbietach i zapach obroku w chrapach . A kiedy w rękach znalazły się kubki z
      gorącą herbatą, pierwsze kiełbaski zaczęły apetycznie skwierczeć na ogniu i
      prawie zapomniano o niezrozumiałym zjawisku na drodze, nagle, gdzieś spośród
      drzew, rozległ się wyraźny, stanowczy szept:
      - Cicho, Chaber, dobry piesek. Nie chodź tam. Wracamy.
      Wszyscy, jak rażeni gromem, zamarli z wrażenia. I tylko ci, którzy stali bliżej
      lasu, mieli niesamowite szczęście, dzięki któremu, po powrocie do domu, stali
      się prawdziwymi bohaterami kuligu. Bowiem tylko oni, na własne oczy, zobaczyli
      znikające wśród drzew sylwetki dwojga grzecznie wyglądających dzieci,
      dziewczynki i chłopca, którym towarzyszył duży, brązowy pies i na własne uszy
      usłyszeli dalszy ciąg tego szeptu:
      - ... Chaber powiedział, że to przyjaciele, żadnego bandziora...
      --
      Bez względu na to, gdzie człowiek patrzy, zawsze coś widzi.
    • 24.01.06, 09:18
      W stolicy Wielkopolski budzil się wlaśnie kolejny, znienawidzony przez cały lud
      pracujący, poniedzialkowy poranek. W biurze X firmy Y opieszale i z wyraźną
      niechęcią zaczęli pojawiać się pierwsi pracownicy.
      -A ten co? – warknął Krzysztof na widok przełożonego – i z czego się tak
      cieszy?
      -Zestaw motywacyjny jeszcze działa… - filozoficznie stwierdziła Ilona.
      W progu biura stał bowiem ich szef z radosnym powitaniem na ustach.
      -Czy on nigdy nie sypia? – jęknęła Anka po czym przeraźliwie ziewnęła.
      -Nigdy – odpowiedział jej sam zainteresowany, pojawiając się jak duch w
      miejscu, w którym nikt się go nie spodziewał – no, kochani. Piękny mamy dziś
      dzionek, do roboty, do roboty… - zanucił na melodię „Krakowiaczek jeden” i
      potruchtał do pokoju elektryków.
      -Brrr… Sam chyba zacznę brać to, co on, bo inaczej go zamorduję – Jacek
      zabrał resztkę kawy z ekspresu i poczłapał za przełożonym.
      Nie licząc wybuchów szalonej aktywności, jakie przejawiał mniej więcej co pół
      godziny szef dzień mijał spokojnie i zbliżał się do nieuchronnego końca.
      Niestety o trzynastej trzynaście względny spokój został zakłócony.
      -Gdzie to jest? – krzyk szefa poderwał wszystkich na równe nogi.
      Przerażeni wyrobnicy stłoczyli się w niewielkim korytarzyku przed gabinetem.
      Popatrzyli na siebie pytająco, ale żadne z nich nie odważyło się odezwać. W
      chwili, kiedy najodważniejsza ze wszystkich Ilona naciskała delikatnie klamkę,
      drzwi otworzyły się z hukiem i wybiegł on sam – ich szef.
      -Gdzie jest mój zestaw motywacyjny? – zagrzmiał – czy ktoś wie?
      Wszyscy, jak jeden mąż, przecząco pokręcili głowami.
      -Ktoś go musiał zabrać – szef patrzył na nich podejrzliwie.
      -Nareszcie – Krzysztof mruknął na stronie.
      -Myślę, że to ktoś z zewnątrz – wyraził nadzieję wszystkich Jacek.
      -Wykluczone – Matylda jak zwykle była stanowcza i nieugięta – nikt obcy
      tu nie wchodził.
      -Może Stolarek przeniósł go do konferencyjnej? – szepnęła Anka po chwili.
      Szef spojrzał na nią z zainteresowaniem i poszedł do „pokoju rozmów”. Niestety,
      na dużym owalnym stole leżał jedynie dziurkacz , niebieski pasek od damskiego
      fartucha i chustka w kratę.
      -Nie ma – jęknął szef.
      -No to moi drodzy, wszyscy jesteśmy podejrzani – stwierdziła głośno
      Ilona – chyba, że to Diabeł ukradł.
      W spokojnym dotąd biurze zapanowała Sodoma i Gomora. Wszyscy szukali wszędzie a
      szef niknął w oczach. Po kilku dniach apatia opanowała go bezpowrotnie. Nie
      jadł, nie pił a co gorsze NIE PRACOWAŁ! Duży Franek, szef szefów posunął się
      nawet do, wydawałoby się niemożliwego. Zaproponował podwyżkę! Niestety, nic to
      nie dało. Mały Franek chciał tylko swojego zestawu i to jak najszybciej.
      -Nie bądźcie świnie, oddajcie mu to – Anka zapalała kolejnego papierosa –
      albo mu odkupmy i już.
      -Zwariowałaś? – Jacek popukał się w czoło – a gdzie znajdziesz pierwsze
      wydanie „Wszystkiego Czerwonego”, cztery pinezki osobiście odpięte przez Guruę
      i zdjęcie z pasowania z JEJ autografem.
      -Że o przykładnicy z czerwoną kokardką, a jakże zawiązaną osobiście –
      Krzysztof wykrzywił się straszliwie – przez Starą Gropę, nie wspomnę.
      -No to leżymy – Ilona westchnęła jak lokomotywa – martwym bykiem.


      • 26.01.06, 16:44
        Na placu budowy zaległ powoli mrok. Skryły się w nim fundamenty, fragmenty
        zbrojenia wystające tu i owdzie, pochowały się również rozwłóczone po całym
        placu sprzęty. Tylko betoniarka była dobrze widoczna bo stała na betonowym
        postumencie w przyszłości przeznaczonym na fontannę. Słychać było odległe kroki
        i cichą rozmowę.
        -Jak to, nie rozpoznałeś nawet czy człowiek czy zwierzę?
        -No mówię ci, jakieś dziwne było. Mruczało coś pod nosem.
        -Ale co mruczało, zrozumiałeś coś?
        -Nie wiem, brzmiało tak jakoś „upafuga, upafuga”
        -A co to miałoby być?
        -Nie wiem, cofało się jak to mruczało i chwiało tak jakoś.
        -A widziało cię?
        -Chyba tak, bo zaczęło się tak zachowywać dopiero jak podszedłem bliżej. Mógł
        być dzik, tu las jest niedaleko i chrząkał coś.
        Dwaj ochroniarze przeszli na drugą stronę budynku, a w krzakach coś się
        poruszyło niespokojnie.
        -No mówiłem wam, że nas widzieli.
        -Głupi jesteś, i tak nie skojarzyli co widzieli.
        -Ale już wiedzą, że coś się dzieje i będą się kręcić całą noc.
        -A bo jakbyś nie żarł tej kiełbasy to byśmy się wcześniej wycofali i nic by nikt
        nie widział.
        -No głodny byłem, jeden kęs wziąłem. Przecież wyraźnie mówiłem „wycofujemy się”.
        -Akurat, ja też słyszałem „upafuga” i zastanawiałem się, o co ci może chodzić.
        -Sam jesteś upafuga. „Wycofujemy się” miało być. Chodź, spróbujemy jeszcze raz.
        Betoniarka była przymocowana do postumentu czterema potężnymi śrubami, więc
        odkręcenie ich musiało chwilkę trwać. Genialny plan polegał na tym, aby przebrać
        się w nieforemne kostiumy uszyte z kombinezonów roboczych wypchanych pianką
        poliuretanową, pomalowanych na szaro i udawania w razie nadejścia ochroniarzy
        elementów konstrukcyjnych. Stojący dodatkowo na czatach jeden z członków
        nieszczęsnej ekspedycji zgłodniał i zamiast w krytycznym momencie wydać z siebie
        ostrzegawczy gwizd zaczął pospiesznie z pełnymi ustami namawiać kolegów do
        odwrotu. Mieli teraz jakieś 10 minut w czasie, gdy ochroniarze przechadzali się
        nieśpiesznie w oddali. Tym razem musiało się udać.

        --
        Ciri i Fabryka Kolczyków
        • 28.01.06, 16:45
          Nad Warszawą wolno wstawał nowy dzień. Słońce nie spieszyło się specjalnie, bo
          też i nie miało ochoty oświetlać ponurego, szarego i zimnego kraju na północy.
          Żeby nie wiem jak się starało, ludzie wciąż byli smutni, zieleń jakaś taka
          przygaszona, nawet wróblom się nie chciało za bardzo ćwierkać. Wszystko przez
          to, że krajem od kilkudziesięciu lat rządził zły dyktator Kaczarion Pierwszy,
          który uparcie tropił wszelkie przejawy dobrego humoru. Za opowiadanie dowcipów
          można było wylądować na ciężkich robotach, uśmiech karany był chłostą, a
          kilkanaście lat wcześniej publicznie spalono książki, w których pojawiało się
          jakiekolwiek słowo mogące poprawić komukolwiek nastrój.
          Nie wszyscy jednak poddali się temu dyktatowi. Istniała mała, ale bardzo prężna
          grupa oporu, która spotykała się potajemnie w pewnym lokalu w centrum Warszawy,
          którego nazwa została sprytnie zakamuflowana. Tego ranka, Wiesio Pędziwiatr,
          przywódca ruchu obudził się wcześnie. Na dzisiaj zaplanowana była akcja
          dywersyjna, dzięki której ruch miał szansę zamanifestować swoje poglądy. Wiesio
          miał zamiar dokończyć malowanie transparentu. Głównym hasłem było „Uwolnimy
          się!”, obok widniały dwa skrzyżowane szydełka. Wiesio nie wiedział, czemu
          szydełko kojarzy mu się z wolnością. Prawdopodobnie był to wpływ jakiejś
          lektury, jaką czytała mu w dzieciństwie matka, ale nie pamiętał, o co w niej
          chodziło. Szydełka jednak wyglądały dobrze, groźnie i zaczepnie, ale
          jednocześnie wystarczająco niewinnie, aby można było twierdzić, że są po prostu
          symbolem rewolucji dziewiarskiej, w której nie było nic śmiesznego, więc była
          jak najbardziej dozwolona. Wiesio westchnął i pochylił się z pędzlem nad
          transparentem. Pracy było huk, a godzina rozpoczęcia imprezy zbliżała się
          nieubłaganie.
          Kaczarion miał zwyczaj codziennie rano uprawiać jogging w Łazienkach w
          towarzystwie swojego psa i gromadki ochroniarzy. Tego poranka punkt o 9 rano
          przed bramą Łazienek zatrzymało się granatowe Volvo i wysiadł z niego sam jaśnie
          Pan. Ruszył swoją stałą trasą, błogo nieświadom faktu, że na jednym z drzew
          została przygotowana na niego pułapka. Biegł sobie spokojnie, kiedy nagle
          zaczepił nogą o cienki sznureczek rozciągnięty między drzewami i na głowę
          zleciał mu garnek wypełniony smołą. Nabił mu lekkiego guza, a smoła oblepiła
          dokładnie błękitny dres. Wściekły dyktator zatrzymał się ciężko dysząc, kiedy
          nastąpił drugi akt zemsty. Do gałęzi przymocowana była torba pełna pierza, która
          otworzyła się majestatycznie i obsypała kochanego przywódcę swoją zawartością.
          Jednocześnie rozwinął się przygotowany wcześniej przez Wiesia transparent.
          Dyktator plując pierzem zarządził natychmiastowe zamknięcie parku i schwytanie
          sprawców odrażającego czynu. Wiesio, który oficjalnie był jednym z ochroniarzy,
          usiłując skryć uśmiech, wydał odpowiednie rozkazy, choć oczywiście wiedział, że
          nikt nic nie znajdzie. Dyktator oddalił się kurcgalopkiem ku swojemu
          samochodowi, nie zwracając uwagi na pękających ze śmiechu ludzi i poprzysięgając
          w duszy srogi odwet. Nie wiedział jednak, że w społeczeństwo wstąpiła otucha,
          która miała wkrótce doprowadzić do końca jego srogie rządy terroru.

          --
          Ciri i Fabryka Kolczyków
    • 28.01.06, 22:46
      - Czy nie wydaje ci się, że nasze dziecko ostatnio dziwnie się zachowuje?
      - Dlaczego dziwnie? – mąż oderwał wzrok od gazety – Nigdzie nie lata, uczy się
      w swoim pokoju, maluje te swoje bohomazy, co ci się znowu nie podoba?
      Żona popsikała lakierem ostatni niesforny kosmyk za uchem, przejrzała się w
      dwóch lusterkach jednocześnie i zadowolona z efektu westchnęła:
      - No, może być. Teraz jeszcze tylko sukienka i jestem gotowa.
      Mąż z wyraźną ulgą zaczął składać gazetę.
      - Też tak uważam. Już jesteśmy skandalicznie spóźnieni. Wyglądasz olśniewająco –
      dodał jak zwykle. Wiedział, że przed wyjściem na bal, kobietom jest to
      potrzebne nie mniej, niż nowa toaleta.
      Nagle zelektryzował go krzyk, który rozległ się z sypialni:
      - Gdzie?! Moja?! Sukienka?!!
      Zdenerwowanie, jakie w nim zabrzmiało, udzieliło mu się natychmiast.
      - Zapomniałaś zabrać ze sklepu?! No, pięknie! Sukienka za ponad tysiąc złotych!!
      - Na głowę upadłeś, czy co? – żona miotała się po mieszkaniu, zaglądając do
      wszystkich szuflad, łącznie z kuchennymi, z bezrozumną nadzieją, że jakimś
      cudem znajdzie w nich prześliczną kreację w kolorze czerwonego wina, która
      miała z niej uczynić królową balu. Przynajmniej w oczach własnego męża. Oraz w
      jej własnym odczuciu. Szczególnie, iż nie co dzień zdarzało jej się bywać na
      tak eleganckich balach, jak ten dzisiejszy. Na którym wprost nie wypadło
      wyglądać tak sobie.
      - Przecież przymierzałam ją przy tobie! W domu! Stara skleroza. Gdzie, do
      jasnej...
      - Co tak śmierdzi? – gwałtownie przerwał jej mąż – Od wczoraj coś okropnie
      zalatuje w tym domu, czy ty tego nie czujesz?
      - Może lakier do paznokci? Ale czekaj... Faktycznie, coś dziwnie...
      W tym momencie otworzyły się drzwi dziecinnego pokoju i z obłoku ostrej,
      chemicznej woni, wyłoniła się piegowata, patykowata panienka, niosąca przed
      sobą jakąś pstrokatą szmatę, którą podała matce z ciepłym uśmiechem.
      - Mamusiu, zrobiłam ci niespodziankę.
      - Co to... Co to jest? O, Jezu kochany....
      Trzymała w rękach coś, co przypominało stare giezło ubogiej krewnej, połatane
      wyleniałymi resztkami futra, posklejane dziwnymi kłakami, spośród których,
      gdzieniegdzie, przebłyskiwał kolor czerwonego wina. Coś, co niewątpliwie,
      jeszcze dwa dni temu było jej piękną, balową kreacją. Za grubo ponad tysiąc
      złotych...
      - Dziecko, coś ty zrobiła? – zapytała bezradnie, czując, że za chwilę trafi ją
      potężny szlag. Mąż i ojciec, patrząc w niewinne, błękitne, jak niezapominajki,
      oczy swego jedynego, szalenie uzdolnionego plastycznie dziecka, postanowił
      milczeć, jak grób.
      - To się nazywa flotacja – powiedziało spokojnie dziecko.
      - Co się nazywa flo...
      - No, ta technika. Czyli nanoszenie strzyży tekstylnej na materiały. Według
      wzoru. Tak piszą fachowcy. Niestety, nie umiałam tego natrysnąć ele...
      elektro..., no tego, elektrostatycznie, bo się boję prądu, więc przykleiłam.
      Kropelką. Powinno się trzymać.
      - Ale skąd te... te takie...?
      - Z twojego starego futra. I z kapelusza taty. Przecież i tak go nie nosi –
      cierpliwie wytłumaczyło dziecko, widząc, że blada matka, jak zwykle nic nie
      rozumie. Z ojcem, który właśnie pilnie oglądał swoje paznokcie, nigdy nie było
      takiego problemu. Mimo ścisłego umysłu, miał zdecydowanie więcej zrozumienia
      dla eksperymentów artystycznych. I mniej czasu na ich omawianie. A na sztuce
      użytkowej nie znał się wcale.
      - Zaraz! Ale dlaczego moja sukienka? – krzyknęła nieco histerycznie matka –
      Spytaj taty, ile ona kosztowała!
      - Ile? – zapytało zwięźle dziecko.
      - Dużo! – krzyknęła matka, a ojciec dodał pod nosem coś w rodzaju: „bardzo”.
      - Taka skromna kiecka? – zdziwiło się dziecko – Przecież sama mówiłaś, że jest
      trochę za skromna, prawda? No to ci ją ozdobiłam. Ty wiesz, jakie pracochłonne
      jest to flokowanie? Samo rysowanie wzorów zajęło mi cały wczorajszy wieczór, a
      dzisiaj cały dzień strzygłam i kleiłam. Ale za to popatrz, jaka jest teraz
      piękna!
      Pandemonium, jakie niewątpliwie rozpętałoby się w domu, zapobiegła babcia,
      która niezawodnie zjawiła się o wyznaczonej godzinie, aby jak zwykle dotrzymać
      towarzystwa swojej ukochanej wnusi, gdy jej rodzice mieli wychodne. Popatrzyła
      na kolorową szmatę w rękach córki i zawołała ze szczerym zachwytem:
      - Cudowne! Dlaczego mi nie powiedziałaś, że to bal przebierańców? Mam takie
      flokowane rękawiczki, które sama sobie zrobiłam w czasach kryzysu, pasowałyby,
      jak ulał do tego kostiumu żebraczki z okresu sanacji!
      Po godzinie, kiedy za matką, ubraną w zeszłoroczną suknię i wciąż milczącym
      ojcem, zamknęły się wreszcie drzwi, babcia zrobiła wnuczce kakao z pianką, a
      sama usiadła wygodnie z kubkiem mocnej herbatki i zapytała niewinnie:
      - Przyznaj się, gdzie to wyczytałaś? A na czym polega flotacja miedzi też wiesz?
      --
      Bez względu na to, gdzie człowiek patrzy, zawsze coś widzi.
    • 29.01.06, 08:31
      Sledztwo w sprawie tragicznego wydarzenia w Parlamencie ruszylo pelna para.
      Policja i Prokuratura stawala na glowie, aby sprawe jak najszybciej wyjasnic,
      zas sprawcow wsadzic za kratki. I to natychmiast. Co prawda nastapily spory
      kompetencyjne - jaki paragraf (terroryzm? morderstwo? zamach stanu? cos
      innego?), kto ma prowadzic sledztwo (policja? kontrwywiad? Agencja Ochrony
      Rzadu?), ale sprawy te zepchnieto na dalszy plan. Blyskawicznie ustalono pewne
      fakty, ale... im dalej w las, tym wiecej drzew. Na jaw zaczely wychodzic dziwne
      rzeczy. Dziennikarze, zadni sensacji prowadzili swoje wlasne sledztwa i, co
      gorsza, publikowali ich wyniki na biezaco. Nie przysporzylo to wladzom
      bezpieczenstwa chwaly. Pierwszy fakt, skad sie wziely tygrysy, nie byl zadna
      tajemnica. Byl to transport 30 sztuk tygrysow ussuryjskich dla ogrodow
      zoologicznych Zachodniej Europy. I w tym miejscu zaczely sie schody. Nie wiadomo
      w jaki sposob tygrysy dostaly sie do Parlamentu. Kiedy policja dotarla na
      dworzec, na ktorym stal pociag z tygrysami, caly personel transportu byl schlany
      do nieprzytomnosci i dopiero pod wieczor nastepnego dnia niektorzy z konwojentow
      wytrzezwieli na tyle, ze zaczeli rozumiec, co sie do nich mowi. Dopiero w
      nastepnym dniu zaczeli odpowiadac na pytania. Nie, nikogo tutaj nie bylo,
      tygrysy byly zamkniete w klatkach i nakarmione. Nie, nikt tygrysow nie zabieral,
      zreszta w jaki sposob? Taz to dzikie bestie!
      Rownoczesnie prasa opublikowala rzecz kompletnie niewiarygodna. Otoz po
      wtargnieciu na sale tygrysow kilku parlamentarzystow zdolalo zadzwonic z komorek
      albo do policji albo do Agencji z informacja, co sie dzieje i z histerycznym
      wrecz zadaniem pomocy. Jednakze za kazdym razem, kiedy sie przedstawiali i
      mowili, co sie dzieje, slyszeli odpowiedzi, ktore mozna strescic krotko:
      "Sluchaj, opoju. Idz grzecznie do domciu i lulu, a rano, jak sie wyspisz, to nie
      bedziesz widzial ani tygrysow, ani rozowych sloni, ani bialych myszek. A teraz
      przestan zawracac mi glowe." No i tak opinia, jaka parlamentarzysci mieli nie
      tylko w spoleczenstwie, ale i we wladzach porzadkowych zadzialala przeciw nim.
      Dopiero po godzinie ktos sie tym zainteresowal, ale dopiero po czterech do akcji
      wkroczyla specjalna brygada antyterrorystyczna. Dwojgu parlamentarzystom udalo
      sie przezyc. Zyc, zyli, ale co to za zycie! Doznali takich urazow psychicznych,
      ze wyladowali w Tworkach z nikla nadzieja na wyleczenie.
      No, ale wrocmy do tygrysow. Poniewaz od pijanych konwojentow nie mozna bylo
      wydusic slowa, policja wszczela poszukiwania swiadkow. No i trafili na mur. Nikt
      nic nie widzial, nikt nic nie slyszal. Spoleczenstwo ogluchlo i zaniewidzialo.
      Nikt nie widzial nikogo z tygrysem na smyczy, nikt nie widzial ani jednego
      tygrysa w klatce wiezionego samochodem, (zreszta zadnego samochodu, ktorego stan
      wskazywalby na przewoz tygrysa, nie znaleziono). Przeszukano cala stolice i
      wojewodztwo. Rozszerzono poszukiwania na caly kraj. Bez skutku. Na dobra sprawe,
      przesluchano cala ludnosc stolicy - i nic. Zadnych sladow, poszlak, podejrzen.
      Zero, zilch, nada. Kompletnie nic!
      Natychmiast powstala teoria spisku. No dobrze, ale spisek obejmujacy prawie dwa
      miliony ludzi, z ktorych kilku, czy kilkudziesieciu bralo czynny udzial, a
      reszta trzymala gebe na klodke? Z czyms podobnym policja sie do tej pory nie
      zetknela.
      Po kilku tygodniach policja wreszcie wpadla na pierwszy slad tropu. Wyplynela
      dwa nazwiska: Michala Olszewskiego i niejakiego Bolka. Informator twierdzil, ze
      obaj widzieli, jak tygryz zjadl Cap-Uste. No to znaczy, ze lobuzy braly w tym
      udzial! Policja dostala szwungu i w tydzien potem dotarli do obu. Michal
      Olszewski okazal sie byc historykiem sztuki i wicedyrektorem w Ministerstwie
      kultury odpowiedzialnym za odkupywanie polskich pamiatek z zagranicy (jesli
      akurat byly na to pieniadze) i rewindykacji zbiorow zagrabionych przez
      hitlerowcow i bolszewikow. W dniu tragedii przebywal w Paryzu, gdzie spotkal sie
      z Bolkiem, ktorego znal juz blisko 30 lat. Wieczorem tego dnia byli wieczorem w
      polskiej ambasadzie, gdzie Bolek zostal uhonorowany za wklad. Chodzilo zas o to,
      ze wspolnie z Michalem Olszewskim odzyskal sporo polskich pamiatek i przekazal
      je do polskich muzeow. Jakis wklad mialy tu (podobno) klusaki z lasku Vincennes.
      Indagowany o tygrysy i Cap-Uste wicedyrektor Olszewski popadl w zadume i
      stwierdzil, ze owszem, tak, ale nie w Moskwie, a w Leningradzie, nie samochod, a
      rower i nie wygral, tylko mu ukradli. Policja wywalila galy, zas pan Olszewski
      wyjasnil, iz blisko 30 lat temu byl swiadkiem tragicznej smierci niejakiego
      Johna Capusty w Paryzu z reki (a raczej z lapy) tygrysa. Drugim swiadkiem byl
      Bolek. Nieboszczyk John Capusta byl przestepca, ktory ukradl olbrzymi skarb
      pamiatek narodowych, gdzies go w Polsce schowal, uciekl do Paryza i tam wyzional
      ducha. Poszukiwania skarbu trwaja do tej pory. Wowczas ktos z policji
      przypomnial sobie, ze niezyjacy juz, tragicznie zmarly nadkomisarz Stanislaw
      Bielski kiedys cos wspominal o jakims skradzionym skarbie i jakiejs okropnej
      Hani, ktorej powinien byl leb ukrecic. Okazalo sie wiec, ze i ten trop nie byl
      tropem, lecz slepym zaulkiem.
      Policja latala za jakimkolwiek sladem jak kot z pecherzem i kazde kolejne "Nie
      wiem", "Nie widzialem" powodowal zgrzyt zebow, od ktorego szlo echo w gorach.
      Zupelnie czeski film: "Nikt nic nie wie".

      Wreszcie, po dwoch latach, nie znalazwszy kompletnie nic, prokuratura umorzyla
      sledztwo.

      Z powodu znikomej szkodliwosci spolecznej czynu.


      A gdzies, w glebi Puszczy Swietokrzyskiej, okutany w kozuch jegomosc zatarl
      purpurowe lapy i mruknal:
      - No, kolejne zyczenie Guruy spelnione...
    • 02.02.06, 08:14
      Drewniane schody secesyjnej kamienicy były niezwykle piękne. Miały jednak tę
      wadę, że nie towarzyszyła im do kompletu winda, a na trzecie piętro tak czy
      inaczej trzeba było się dostać. Miały również jedną zaletę, być może
      niedostrzegalną dla innych lokatorów, ale za to w pełni wykorzystywaną przez
      uroczą blondynkę z niezłymi nogami zamieszkującą lokal (tfu, tfu) trzynaście.
      Teraz też, wspomniana blondynka, usłyszała charakterystyczne skrzypienie
      czwartego stopnia od góry i jak zwykle zadziałała instynktownie. Szybko
      wsunęła „Książkę poniekąd (swoją drogą nigdy nie doszła, dlaczego poniekąd?)
      kucharską” do szuflady, wygładziła fartuszek i przyoblekła twarz w uśmiech
      numer trzy – mający mówić: „Witaj kochanie, jak miło, że już jesteś”.
      Dwadzieścia sekund później zachrobotał klucz i w drzwiach pojawił się ON.
      -Witaj kochanie! – blondynka usilnie starała się nie szczebiotać – jak minął
      dzień?
      -Wspaniale – uśmiechnął się – a tobie?
      -Zaraz ci opo… Och, nie robiłam nic ważnego – machnęła ręką – siadaj do stołu,
      za chwilę będzie obiad.
      Po chwili na nakryty stół wjechały talerze z apetycznie pachnącą potrawą – dla
      niego. Ona z lekkim westchnieniem nałożyła sobie sałatkę, ale nie przestała go
      obserwować.
      -Smakuje ci? – uśmiechnęła się pytająco.
      -Znakomite – odpowiedział natychmiast – zmieniłaś fryzurę – raczej stwierdził
      niż zapytał – świetnie wyglądasz.
      „Punkt 7a zaliczony” – zanotowała sobie w myślach ona. Po obiedzie podała kawę
      i ciasto. Nareszcie udało jej się zrobić zakalca, starała się od kilku tygodni
      i nic. Dopiero dzisiaj… Popołudnie minęło im niezwykle przyjemnie. Zwłaszcza
      kiedy ON stwierdził;
      -Wiesz skarbie, tak sobie myślę, że w weekend trochę poleniuchujemy – pogładził
      ją po nagich plecach – w sobotę pójdziemy na obiad do jakiejś knajpy a w
      niedzielę zabieram cię na wycieczkę za miasto. Co ty na to?
      -Super – przeciągnęła się jak kotka.
      Kiedy po chwili ON zapadł w drzemkę, ona delikatnie wysunęła się z jego ramion
      i sięgnęła do nocnej szafki. Z samego dna szuflady wyciągnęła małą sfatygowaną
      książeczkę i otworzyła ją na stronie 139. Książka zapełniona już była
      różnorodnymi notatkami, ale było jeszcze kilka wolnych miejsc. Blondynka w
      zamyśleniu postukała ołówkiem w okładkę i zaczęła notować:
      „Nowe uczesanie – zal. P. 7a, restauracja – zal. P.6, zakalec – zal. P. 4, wróg
      wątroby (cóż to za przydatne danie) – zal. P. 4, wyjazd – zal. P. 10 (uwaga!
      Dać mu do wypełnienia PIT)” Przy punkcie 17 uśmiechnęła się błogo i
      dopisała „kolejny raz potwierdzony”. Potem mrucząc do siebie przejrzała
      pozostałe z 21 punktów, składających się na „Rzetelną podporę życiową”,
      wykonała kilka skomplikowanych obliczeń na marginesie a na końcu stwierdziła
      szeptem:
      -No dobrze, to mamy 2/3 sukcesu – schowała książkę i przytuliła się do pleców
      swojego mężczyzny, po czym spokojnie zasnęła.
      Nie mogła wiedzieć, że w bliźniaczej szafce, po drugiej stronie łóżka,
      starannie zamaskowana „Przeglądami Sportowymi” leżała identyczna książeczka.
      Różniła się jedynie notatkami na margiesach, które w wolnych chwilach robił ON.
      Ale to już inna opowieść...

    • 04.02.06, 02:35
      Szanowny panie doktorze!
      Proszę wybaczyć, że zwracam się do Pana drogą listowną, lecz czuję się
      zobowiązana do odpowiedzi na kilka zadanych pytań, na które, z wiadomych
      przyczyn, nie mogłam odpowiedzieć w Pańskim gabinecie. Ten przedmiot, którym
      mnie Pan zakneblował, okazał się tak skuteczny, że do pełnej formy udało mi się
      dojść dopiero po paru godzinach. W związku z tym, pozwoli Pan, że dopiero
      teraz ustosunkuję się do kilku poruszonych przez Pana zagadnień? Po Pańskim
      zaangażowaniu sądzę, że mają one jakieś wyjątkowe znaczenie dla rozwoju
      medycyny, więc nie mogę pozostać obojętna.
      Odpowiadam więc w kolejności przypadkowej:
      - Nie, nigdy wcześniej nie połykałam żadnych przedmiotów typu: drewniany klocek
      z przedszkolnego kompletu „Mały budowniczy”, widelec czy pałąk od wiadra. Raz
      w życiu udławiłam się kawałkiem parówki i od tamtej chwili ich nie jadam.
      - Tak, urodziłam dziecko. Jedno. Choć efekt okazał się wspaniały, samo
      przeżycie zaliczam do lekko traumatycznych i nie uważam, by w tej sytuacji był
      to dobry argument pocieszający.
      - Naprawdę dwunastnica potrafi być tak fascynująca? Osobiście nie przepadam za
      tym odcieniem różu. Wydaje mi się zbyt trywialny.
      - Nie, ten dźwięk nie był oznaką radości na Pańskie słowa o ślicznym wnętrzu.
      Był to raczej przejaw buntu przeciw smutnemu faktowi wywleczenia go na widok
      zewnętrzny. Widać tego nie lubi.
      - Tak, też uważam, że wszystkich polityków należałoby gruntownie przebadać za
      pomocą endoskopu. Z jednej i drugiej strony. Bez znieczulenia. A czy jest coś
      takiego, jak endoskopia mózgu?
      - Być może ma Pan rację, że wbrew popularnemu powiedzeniu, przez żołądek można
      dotrzeć również do serca kobiety. Jednak, biorąc pod uwagę dosłowność
      zastosowanej metody, uważam, że tradycyjna droga do serca mężczyzny jest, jak
      zwykle, dla niego przyjemniejsza. Chyba, ze mówimy o przypadkach zadławienia
      potrawą, wtedy można znaleźć jakieś podobieństwo.
      - Myli się Pan, nie jestem wyjątkiem. Uwielbiam mówić, gdy mogę.
      - Wbrew pozorom, ja również nie znoszę sytuacji zniewolenia. Pod żadnym
      względem. Mój uśmiech i żarty, jak np. ten o flaczkach na gorąco, to jedynie
      wpływ złotej myśli pewnej bardzo mądrej pisarki, która twierdzi, że jeżeli coś
      kompletnie przekracza ludzką wytrzymałość, należy to uznać za śmieszne. Innego
      wyjścia nie ma. Stąd ten brak agresywnych zachowań z mojej strony, który nie
      uszedł Pana uwadze i został uznany za pozytywną cechę mego charakteru. Śpieszę
      więc sprostować, iż całość swego autorytetu zawdzięcza Pan wyłącznie autorce
      tej życiowej mądrości.

      Z poważaniem
      młoda, piękna i na szczęście zdrowa
      pacjentka

      P.S. Gdyby mój mąż zgłosił się do pana z pytaniem o skuteczny sposób
      kneblowania, to proszę wyrzucić go za drzwi!
      P.S. drugie. Czyli mówi Pan, że odrobina alkoholu zdrowemu nie zaszkodzi?
      Przyjmuję, że z innymi używkami jest podobnie? Widzi Pan, gdyby nie te Pańskie
      narzędzia pracy, może nawet byłabym w stanie Pana polubić...
      --
      Bez względu na to, gdzie człowiek patrzy, zawsze coś widzi.
    • 04.02.06, 08:14
      Roman odebral mnie wieczorem z lotniska. Dzieci i Gaston zostaly we Francji, bom
      tylko na dwa dni do Polski przyleciala zalatwic pilne interesa w wydawnictwie,
      bo oczywiscie beze mnie nikt decyzji podjac nie potrafil. Gdy dojezdzalismy do
      domu strach jakowys chwycil mnie za gardlo gdym owa laczke, na ktorej ta
      przekleta bariera kiedys stala, zanim ja zniszczyc nie kazala, zobaczyla. Piec
      lat juz minelo od owych pamietnych chwil gdym wte i nazad z jednego czasu do
      drugiego podrozowala i chociaz Roman tlumaczyl byl mi po wielekroc, iz owa
      bariera z przenosinami nic wspolnego nie miala, ja w to ciagle nie wierzylam. No
      ale, chwalic Boga, przejechalismy obok bez zadnego wypadku. W domu zjadlam
      szybko kolacje i poszlam spac, jeszcze przed snem poczytawszy kilka minut
      Trylogie pana Sienkiewicza, ktora to ksiazke czytac moglam codziennie. Ach, coz
      to za autor! I pomyslec, ze dawno temu moglam go byla poznac! Szkoda, ze nie
      poznalam...
      Rano, zjadlszy sniadanie, czasu jeszcze do wyjazdu troche mialam, wiec wyszlam
      na droge zobaczyc czy da sie dzisiaj (jesli czas pozwoli) pojezdzic na
      Gwiazdeczce. Ubrana juz bylam do wyjazdu, na nogach mialam kozaczki, suknie
      dluga, kozuszek i futrzana czapke. Kiedym sie obejrzala w lustrze, pomyslalam,
      iz strojem przypominam owe szlachcianki, ktore pan Sienkiewicz opisywal. Nie
      moglam sie jeno zdecydowac, do ktorej sie upodobnilam. Smiejac sie z siebie w
      duchu wyszlam na dwor i poszlam droga w strone laczki. Sniegu duzo nie bylo, na
      pewno kopny nie byl, ale tez i odwilza nie tkniety, tak ze pomyslalam sobie, ze
      po powrocie przejade sie troche na Gwiazdeczce, powoli i ostroznie, bo jednak
      szarzowac nie nalezy. Doszlam do skraju laczki i przystanelam. Dzien byl piekny,
      snieg otulajacy pola i las tlumil halas idacy od warszawskiej szosy. Postawszy
      chwile na skraju laczki zasluchalam sie w owa cisze, bo, dziwna rzecz, tak do
      tego halasu samochodow przywyklam, ze go teraz nie slyszalam i cisza owa byla
      niemal doskonala. Zawrocilam do domu i szlam wsluchana w chrzest sniegu pod
      stopami, gdy wtem dolecial mnie tetent galopujacego gdzies blisko konia.
      Zdziwilam sie, ze go przedtem nie slyszalam i spojrzalam za siebie. Na pieknym
      karym koniu, arabie, podjezdzal do mnie mlody mezczyzna. Znac bylo, ze jezdziec
      wytrawny, bo gracko osadzil konia w miejscu i uchylil czapki. Zdziwilam sie
      nieco, bo owego mezczyzny nie znalam, nie byl to nikt z okolicy. Zdziwienie moje
      wzroslo, gdym zobaczyla, ze do czapki mial doczepione czaple pioro, u boku mial
      szable, a u siodla - olstra, z ktorych wygladaly kolby pistoletow. W ogole
      wygladal jak szlachcic polskiz XVII wieku. Pod uchylona czapka ujrzalam
      podgolona glowe i czub. Ze tez Roman nic mi nie powiedzial, ze w okolicy film
      jakowys historyczny kreca! Mezczyzna mial twarz przystojna, lubo twarz szpecily
      nieco dwie blizny, zas siwe oczy bystro spogladaly na mnie. Mezczyzna zas rzekl:
      - Wybacz wacpanna tak ocesowe pytanie, alem chyba zasnal w siodle i sie odbilem
      od moich choragwi, a trza mi szybko do jegomosci pana Czarnieckiego dolaczyc, bo
      planuje ci on jakowas wielka nieprzyjemnosc Szwedom uczynic i sily zbiera. Tedy
      rzeknij mi waszmosc panna, gdziem jest i jak stad daleko do Warszawy?
      Slyszac owe slowa zdumialam sie bardzo, ale wychowanie wzielo gore i odrzeklam
      krotko:
      - Do Warszawy bedzie jakies dziesiec mil ta szosa, co za drzewami biegnie. A
      panska godnosc?
      Mezczyzna wpatrywal sie we mnie jak zauroczony i mruknal pod nosem:
      - Istna Olenka... - po czym sie opamietal i dodal glosno - Wybacz wacpanna, ale
      w wojennej potrzebie czlek grzecznosci zapomina. Jestem urodzony Babinicz, z
      Litwy...
      Nogi ugiely sie pode mna. Znowu ktos zaczal owe przeklete eksperymenta. Bariera
      wrocila...
    • 06.02.06, 02:05
      Duch unosil sie nad wodami...
      Scislej mowiac, unosil sie nad Wisla. Chwile przedtem byl jeszcze w domu, ale do
      Wisly nie mial daleko. Teraz przez chwile sie zastanowil, po czym sie podzielil
      na dwa. Czesc skierowala sie z pradem rzeki, a czesc poszybowala pod prad. Ta
      czesc, ktora poszybowala pod prad zaczela sie dzielic na coraz mniejsze czesci,
      ktore zaczely wnikac nad lad i kierowac sie teraz drogami. Ta czesc, ktora
      poszybowala w dol rzeki rowniez zaczela sie dzielic, ale wieksza czesc dotarla
      do Baltyku. Tu skierowala sie na zachod, ale zanim przekroczyla ciesniny
      Skagerrat i Kattegat, zostawila znow za soba czesc szybujaca do Szczecina.
      Teraz, po przekroczeniu ciesnin ruszyla w strone Kanalu La Manche, gdzie mala
      czastka odbila na polnoc, do Wysp Angielskich, zas reszta poszybowala dalej na
      zachod. Minawszy Biskaje rozdzielila sie ponownie. Nie bylo juz jej duzo, ale
      czesc ruszyla na poludnie, ominela wybrzeza Hiszpanii, Portugalii, ominela
      bokiem Slupy Hareklesa i ciagle prujac na poludnie dotarla do Przyladka Dobrej
      Nadziei. Tam skrecila na wschod i dotarla do Nowej Zelandii. Reszta przekroczyla
      Altlantyk, odnalazla Zatoke Swietego Wawrzynca i rzeka dotarla do najnizszego z
      Wielkich Jezior, Ontario. Trzymajac sie polnocnego brzegu odnalazla Toronto i tu
      dokonala ostatecznego podzialu na dwa duszki. Tutaj musimy jednak otwarcie
      powiedziec, ze czas potrzebny na te wszystkie podroze i podzialy byl duzo
      krotszy niz czas potrzebny na przeczytanie tego opisu. Duch byl co prawda
      ograniczony czasem i przestrzenia, ale poruszal sie z szybkoscia duzo wieksza
      niz predkosc swiatla - poruszal sie z szybkoscia mysli. Ponadto caly czas byl
      jednym, mimo ze podzielil sie na wiele. Wreszcie byl tam, gdzie chcial - w
      wielu, bardzo wielu miejscach. Widzial juz wszystkie osoby do ktorych chcial
      dotrzec. Nie, nie chcial ich, bron Boze, przestraszyc! Chcial ich tylko dotknac.
      I dotknal, zimnym paluszkiem. Dotyk byl tak delikatny, ze nikt z dotknietych go
      nie poczul - wiekszosc dotknietych spala - ci tylko cos mrukneli i poprawili sie
      w miekkiej posciel, ci zas ktorzy nie spali, zamyslili sie na chwile, po czym
      ruszyli w kierunku najblizszego komputera. Usiedli przed ekranem i po chwili ich
      palce zaczely fruwac nad klawiatura. Duch przez chwile im sie przygladal i
      pokiwalby glowa z zadowoleniem - gdyby ja mial. Teraz rozpoczal droge powrotna i
      w mgnieniu oka wrocil do domu.
      Rano, po przebudzeniu, dotknieci palcem ducha byli troche zamysleni i
      roztargnieni. Powiedzmy sobie szczerze, ze byl ktos, kto posmarowal maslem reke
      zamiast grzanki, zas ktos inny nalozyl na szczoteczke krem do golenia zamiast
      pasty do zebow, jeszcze ktos inny usilowal ubrac dwa lewe buty, zas ktos inny
      (kto sprzedawal krawaty) ubral golf. Niezaleznie od wszystkiego, kazdy zasiadl
      do komputera tak szybko, jak tylko mogl, cos tam napisal i wsisnal przycisk
      "Wyslij".
      Po poludniu, jak zawsze, na pol godziny przed zakonczeniem pracy, pan Tadeusz
      wszedl w Internet. Otworzyl strone Gazety, przeszedl na Fora prywatne, otworzyl
      Kulture i wreszcie Ksiazki. Tu odszukal swoje ulubione forum (poswiecone bardzo
      mu bliskiej osobie - a co ciekawsze znal osobiscie sporo jego uczestnikow),
      otworzyl je i oniemial. Jeden z dwoch przyszpilonych watkow, ktory wczoraj
      jeszcze z trudem osiagnal niemal astronomiczna liczbe siedemnascie postow, mial
      ich teraz ponad dwiescie. Inne watki tez wykazywaly wzrost, aczkolwiek watek
      poswiecony przyszpilonemu rozrosl sie na watek-2, watek-3, watek-4 i watek-5.
      Czym predzej zaczal czytac. Kiedy skonczyl po dwoch godzinach, liczba opowiesci
      dziwnej tresci przekroczyla trzysta i ciagle rosla. Zdumiony i uradowany pan
      Tadeusz glosno powiedzial:
      - Chyba duch Guruy ich natchnal!

      I nigdy sie nie dowiedzial, ze mial racje...
    • 12.02.06, 01:26
      Z agrotechnicznego punktu widzenia, ta sucha łąka nie przedstawiała wielkiej
      wartości. Być może była w stanie dać jeden pokos lichego siana, nadającego się
      wyłącznie na podściółkę. Gdyby się nią w ogóle ktoś interesował. Najwidoczniej
      jednak właściciel machnął na nią ręką, bo stała żywym ugorem. I pewnie z tego
      powodu, że nie koszona, była taka piękna. W pełni czerwcowego rozkwitu,
      pyszniła się całym przekrojem tych różnych tymotek, kostrzew, wyczyńców,
      wiechlin i innych traw, których pierzaste, ościste lub koronkowe kłosy
      ocieniały byliny dwulistne, zioła i masę innej, karłowatej zieleniny. Te
      wszystkie rumianki, dziurawce, firletki, margerytki, przywrotniki, bodziszki,
      kozibrody, goździki kartuzki, szałwie, babki, przytulie i drakwie gołębie,
      wyrastały tuż nad płożącymi się kępkami wilżyn, dzwoneczków rozpierzchłych i
      bujnej macierzanki. Oraz upojnie pachniały. Intensywny, gorzko-miodowy aromat,
      przy którym najlepsze perfumy świata wysiadały w przedbiegach, połączony z
      sennym buczeniem trzmieli, objedzonych słodkim nektarem, aż do wypęku i
      cykaniem niestrudzonych koników polnych, działał cudnie. Jak najlepsza
      aromaterapia i błyskawiczna kuracja odmładzająca. Na skołatane nerwy, niedobory
      witamin oraz pierwsze siwe włosy na skroniach. Tym bardziej, że popołudniowe
      słońce, wyzłacało nie tylko koszyczki i kielichy kwiatów, nasycało barwami
      skrzydła motyli i mieniło się tęczowo na chitynowych pancerzykach chrząszczy,
      ale rozjaśniało również kobiece włosy, dodawało cerze rumieńców i ogólnie
      dobrze robiło na wszystko. A także zapalało błyski w męskich oczach. Nawiasem
      mówiąc, bardzo zmęczonych codziennym wpatrywaniem się w miliony liter i cyfr,
      mrugających z komputerowego monitora.
      - O, popatrz! Pawik! Jaki piękny! I czerwończyk żarek, o, tam!
      Kobieta, siedząca wśród bujnego kwiecia, z pewnością nie była już podlotkiem,
      ale cały ten sielski entourage wyraźnie jej służył. W powiewnej sukience w
      groszki, z wiankiem na lekko potarganych włosach, roziskrzonym wzrokiem
      śledziła motyle i wyglądała wdzięcznie, jak rusałka. No, może po małych
      przejściach... Ale wciąż powabnie i świeżo, co nie uszło uwadze jej towarzysza,
      który patrzył na nią z wyraźną przyjemnością, mając w nosie wszystkie pawiki i
      czerwończyki żarki.
      - Biedroneczka – szepnął z czułością.
      - Gdzie? – zapytała, rozglądając się dookoła.
      - Tutaj. Z kwiatkami we włosach.
      - Od kiedy biedroneczki mają włosy? – roześmiała się radośnie – I musisz
      uściślić, jaka biedroneczka. Dwukropkowa, czy siedmio?
      - Poczekaj, policzę: jeden, dwa, trzy, cztery...
      Przez długą chwilę łąka znów rozbrzmiewała tylko brzęczeniem owadów i czystym
      głosem skowronka polnego, który wysoko, pod bezchmurnym niebem, wydzwaniał
      swoje piosenki. Pracowite mrówki nadal podążały w sobie tylko znanych
      kierunkach, pająki tkały sieci, a jaszczurki wygrzewały się na kamieniach.
      Nagle jedna z nich czmychnęła zwinnie w najbliższy gąszcz, bowiem mężczyzna,
      choć już nie młokos, zerwał się dziarsko z pozycji horyzontalnej i jak młody
      źrebak - pogalopował na drugi koniec łąki. Po chwili wrócił z wielkim bukietem
      żółtych kwiatków, którymi obficie obsypał kobietę i nucąc pod nosem skoczną
      melodię, poleciał z powrotem. Najwyraźniej po następną porcję.
      Kobieta spojrzała na lekko przekwitłe, złotożółte, delikatne płatki, które
      upstrzyły ją od stóp do głowy, potem przeniosła wzrok dalej, na wesoło
      pląsającego mężczyznę, który schylając się po kolejne badylki, pojawiał się i
      znikał wśród traw i nagle wybuchła głośnym chichotem.
      Mężczyzna, powracający z kolejnym, monstrualnej wielkości wiechciem, ze
      zdziwieniem ujrzał tarzającą się i zapłakaną ze śmiechu bogdankę, która na
      widok jego pytającej miny, wydała z siebie dźwięk podobny do krzyku ranionego
      pawia i padła bez sił. Nota bene - na kępę bajecznie pachnącej macierzanki.
      - Co ci się stało? – zapytał z lekkim przestrachem.
      - Jaskier... Mokry jaskier... – zawyła, ocierając łzy, które kapały wprost na
      kwiecie.
      - Dlaczego mokry...? Aha, to są jaskry? – niepewnie popatrzył na zieleninę,
      którą ją obsypał.
      - Yhyyy – zapiała, zanosząc się ze śmiechu. Najwyraźniej do swoich myśli, za
      którymi on zupełnie przestał nadążać.
      - Och! – nagle go poderwało, jakby w przebłysku mglistego zrozumienia -
      Podobno one są trujące!
      Nerwowo zaczął zbierać z niej zielsko i ze wstrętem odrzucać, jak najdalej, za
      siebie.
      - Przepraszam cię, kochanie. Takie ładne były... Trudno, na tym się nie znam,
      przepadło...
      - Jak błędny ognik przepada – wychrypiała ona i poczuła, że nie ma już sił –
      Zaraz... zaraz mi przejdzie. I wszystko ci wytłumaczę, tylko poczekaj jeszcze
      chwilę... O matko kochana... Uspokój się już, to nie przez ciebie! To przez
      takiego jednego mokrego jaskra... Hihihi... Z książki...
      --
      Bez względu na to, gdzie człowiek patrzy, zawsze coś widzi.
    • 14.02.06, 06:12
      Pracuje w srodmiesciu, a mieszkam w starej czesci Toronto, wiec do pracy jezdze
      komunikacja miejska. Teraz wracalem do domu. Po wyjsciu z metra przesiadlem sie
      na tramwaj. Mialem tylko kilka przystankow do domu, wiec nie chcialo mi sie
      siadac. Stalem za motorniczym i patrzylem wzdluz ulicy. Z przecznicy wyjechal
      samochod strazy parkingowej. Zawsze mi to przypomina Beatlesow, wiec zanucilem
      sobie w duchu "Lovely Rita, meter maid..." i pomyslalem, ze dzis Rita ma pewnie
      zniwo - 16-ty miesiaca, dzien zmiany stron ulic dla zaparkowanych samochodow.
      Toronto ma rozne ciekawe pomysly na zarabianie pieniedzy...
      Wysiadlem na swoim przystanku i skrecilem w boczna uliczke, na ktorej mieszkam.
      Oczywiscie, po (dzis) prawidlowej stronie parkowalo sporo samochodow, ale po
      niewlasciwej stalo jeszcze kilka. Przechodzac obok pierwszego rzucilem nan okiem
      - oczywiscie, za wycieraczka tkwil mandat - Rita tu juz byla. Mnie to nie
      grozilo, bo moj samochod stal na podjezdzie pod domem. Kilkanascie metrow przede
      mna szedl facet niosacy jakies zakupy. Minal moj dom i nagle zatrzymal sie przed
      samochodem stojacym przed domem sasiada. Siegnal do przedniej szyby i szybko
      wyciagnal stamtad zolto-pomaranczowy kawalek papieru. Mandat. Teraz faceta
      rozpoznalem. To byl sasiad. Nowy - wprowadzil sie jakies trzy dni temu.
      Przyjechal chyba z B.C. - Brytyjskiej Kolumbii, w kazdym razie samochod mial
      tamtejsza rejestracje. Zaczal czytac mandat i nagle wydal z siebie glos. Bylem
      juz blisko, wiec moglem zrozumiec kazde slowo. A warto bylo posluchac! Sasiad
      klal jak szewc, piekna, dluga litania bez powtarzania sie, z wielkim bogactwem
      wyszukanych inwektyw. To bylo po prostu piekne, a wierzcie mi, ja sie na tym
      znam! W pewnym momencie sasiad przeszedl na niemiecki. Pomyslalem sobie, ze
      moze to wojskowy - bo przecietny Kanadyjczyk raczej jezykami obcymi nie wlada,
      no, chyba ze francuskim. A moze Niemiec z pochodzenia. Dzwieczny baryton
      wyglaszal plynnie niemieckie przeklenstwa i glos niosl sie wzdluz ulicy. Kiedy
      doszedl do "Kreuzhimmeldonnerwettenocheinmal", znow zmienil jezyk. Tym razem na
      polski. Dobor slow zachwycilby kazdego zlewa w jednostce, jak rowniez
      budowlanca, bylem tego pewny, odsluzylem przeciez swoje dwa lata w sluzbie
      Ojczyzny (wtedy jeszcze Ludowej), a pozniej dlugi czas spedzilem na budowach.
      Nagle cos BARDZO znajomego wpadlo mi w ucho. Facet wyrzekl bowiem nastepujace
      slowa: "Kurrrrrtyzana twoja matuchna, w decybele kopana, jolka spróchniała
      twojej babci, żeby ją parchy pokryły, kij ci na monogram złotem haftowany! Ty
      gumo do żucia, ja ci pokażę, krowo niebiańska!". Wrecz mnie zamurowalo. Sasiad
      nie tylko byl Polakiem, ale rowniez MUSIAL uwielbiac moja ukochana autorke -
      taki cytat nie padnie z ust przygodnego czytacza. Jedno mnie tylko zastanowilo.
      Czyzby czytal nieuwaznie?

      Przeciez Autorka w swojej autobiografii wyraznie stwierdzila, ze Kanada, a
      szczegolnie Ontario, jedzie na zakazach.
    • 21.02.06, 00:14
      Skała jest ciepła i pachnie, jak rozgrzany piec chlebowy. Chciałoby się do niej
      przytulić, zamknąć oczy i odpocząć. Wsłuchać się w ciszę kamienia, uspokoić
      rozszalały puls, zapomnieć o uprzęży, która wbija się w tyłek, o tym całym
      brzęczącym żelastwie, piekących palcach, otartych do krwi w poszukiwaniu
      kolejnego chwytu i o bolących, lekko drżących z napięcia łydkach. Oraz o tych
      na dole, którzy śledzą każdy milimetr twojego ruchu i czujesz, że trzymają nie
      tylko linę asekuracyjną, ale także - twoje nerwy. Grając na nich, jak na
      harfie. Trzech wspinaczy skałkowych, czyli w ich gwarze: łojantów i jeden
      adept, zwany Młodym. Ten przynajmniej się nie odzywa. Jak każdy nowicjusz
      dopuszczony przez starszyznę do misterium, zna swoje miejsce w szeregu i wie,
      że wolno mu tylko patrzeć. A jest na co. Oto bowiem, w dość trudnej ścianie
      wisi ktoś, kto w tym gronie dotąd w ogóle się nie liczył i kogo na nią
      wpuszczono w maliny, czyli dla żartu. Tymczasem ten ktoś, zamiast od razu
      spaść, jak kamień, usiłuje się wspinać! W dodatku jest to baba. Czyli ja.
      Oczywiście, komentarze z dołu działają na mnie, jak płachta na byka, wiec
      zacinam się nie tylko we wszystkich możliwych szczelinach, ale również w sobie.
      O nie, kotki, prędzej porostami i mchem porosnę, niż dam się zrzucić w ten
      cholerny luft pod nogami. Teraz, to ja już nie mam wyjścia, muszę w górę,
      choćbym miała zębami sobie pomagać. Co chyba nie byłoby takie głupie...
      - Jak ci tam na tej wędce? – zapytał troskliwie koleś od liny – Odpadasz?
      - Sam spadaj – stękam głucho, bo akurat wiszę niemal na jednym małym palcu i
      nie w głowie mi dyskusje.
      Jemu jednemu jestem skłonna wybaczyć. W końcu to od jego refleksu zależy, czy
      spadając, nie rozplaskam się u ich stóp, jak kisielek. A ściana, nie ukrywajmy,
      za wszelką cenę chce się mnie pozbyć. Widać nie lubi być drapana, gdzie nie
      swędzi. O nie, nie pozbędziesz się mnie tak łatwo kochaniutka, nie ma mowy.
      Celnym rzutem lewej nogi i prawej ręki trafiam w dwa wystające stopieńki, takie
      mniej więcej na jeden paznokieć, wczepiam się w nie całą siłą woli i z jękiem
      dźwigam ciało do góry o parę metrów. No dobra, może o parę centymetrów.
      Takie są moje odczucia na górze, jakże różne od tych na dole.
      - Minęłaś się o milimetr – krzyknął jeden z usłużnych obserwatorów.
      - Bardziej w prawo masz dobry chwyt – podpowiedział drugi.
      - Odpadasz? – zapytał ten od liny.
      - Popuść trochę idioto – ryknęłam w przestrzeń, czując, że zbyt naprężona przez
      niego lina zaczyna mi przeszkadzać.
      Bo właśnie nad sobą, jednym rzutem oka dostrzegłam piękną płasienkę i
      stwierdziłam, że wracają mi siły. Nie będę ich tracić na tych głupków, dotrę
      sobie tam, odpocznę i wtedy pogadamy. Po przełożeniu prawej nogi za lewe ucho,
      wykręceniu ciała w śrubę, oderwaniu obu rąk i wykonaniu sprężystego skoku,
      udało mi się dosięgnąć klamy, czyli wygodnego chwytu. Stałam na jednej nodze, z
      drugą w powietrzu, ale czułam się bardzo pewnie.
      - Jeszcze tylko ta przewieszka i jesteś moja – oznajmiłam skale.
      Odpowiedziała ostrzegawczym zgrzytem poluzowanego kamienia, co zmusiło mnie do
      zrezygnowania z przystanku i natychmiastowego zaatakowania wyrastającej nad
      głową kamiennej buły. Za nią już była wygodna półka pod szczytem i koniec mojej
      mordęgi. W docierających przez narastający szum w uszach złośliwościach z
      dołu, pojawił się jakby inny ton.
      - Ma do tego dryg – zaszemrał ten od liny.
      - E, tamta rysa jej nie puści, za krótka do niej jest – zwątpił drugi brzęcząc
      karabinkami.
      - Te baby... – dodał trzeci i chyba splunął z obrzydzeniem.
      A może tylko tak mi się wydawało, nie wsłuchiwałam się zbytnio, bo właśnie
      osiągnęłam upragnioną półkę i byłam na samej górze. Usiadłam wygodnie i
      złapałam oddech. Oparta o cieplutki, wybielony słońcem i wiatrem kamsztorek,
      wreszcie mogłam zrobić to, przed czym broniłam się przez tę całą drogę przez
      mękę – popatrzeć w dół. Popatrzyłam więc i o dziwo! Poczułam, że świat leżący
      pod moimi stopami jest przecudny! I należy do mnie.
      - Hej, hej, panowie! Któryś ma jakieś pretensje do bab? – zawołałam wesolutko
      do małych facecików stojących u podnóża ściany i gapiących się na mnie z
      wyraźnym zawodem na twarzy. Jasne, byliby radośni, jak świnki w deszcz, gdybym
      odpadła od niej już na starcie. Zepsułam im zabawę, przepadło.
      - Uwaga, zjeżdżam – krzyknęłam do tego od liny i frunęłam w dół, jak ptaszek na
      uwięzi z gatunku nielotów, z konieczności ubezpieczany przez tego na drugim
      końcu liny.
      Odpinając uprząż, oczywiście musiałam wysłuchać tysiąca kąśliwych uwag
      dotyczących prawidłowego pokonania drogi, którą udało mi się przejść według
      nich ślepym fartem i w fatalnym stylu, przypominającym konwulsje rannego
      leniwca na gałęzi targanej wiatrem. Lub skakanie ropuchy po rozżarzonych
      węglach. Oraz krowi trucht po stromych schodach. I wiele innych porównań do
      milutkich, choć niezbyt zgrabnych zwierzątek, które w końcu rozbawiły mnie do
      łez.
      Tylko Młody milczał, cały pochłonięty porządkowaniem lin, które natychmiast po
      akcji zostały mu wręczone, bez słowa protestu. Zanim wszystkie udało mu się
      pięknie zwinąć i zapakować różne żelazne szpeje, pozostałe towarzystwo,
      rozwalone na trawce brzuchami do góry, zdążyło opalić się na mahoń. Po
      starannym wykonaniu obowiązków, Młody usiadł i wreszcie odważył się przemówić.
      Do małego karabinka, czyli metalowego wihajstra, który trzymał w ręku.
      - Ja mam pretensje do bab. Z książek wiem, że lepiej z nimi nie zaczynać. Taka
      jedna pisała, że po schodach boi się chodzić, pływać nie umie i takie tam, a
      jak przyszło co do czego, to przez Atlantyk sama przepłynęła...
      - Wpław? – zapytał leniwie jeden ze starszyzny, nie otwierając nawet oczu.
      - E, nie. Żaglówką. Dużą, taką na całą załogę. Sama. A wcześniej wody się bała,
      jak ognia. One wszystkie takie – dodał gorzkim głosem doświadczonego starca.
      Zaintrygowana jego oczytaniem, poczułam, że jednak muszę sprostować pewne
      nieścisłości, jakie zakodowały się w młodym umyśle.
      - Ależ ta autorka naprawdę nie przepłynęła Atlantyku. To była taka fikcja
      literacka, wiesz? A pływać naprawdę nie umie i schodów nie lubi. Normalnie,
      każda kobieta czegoś tam się boi.
      - Tak? – zdziwił się grzecznie – Ty też? Mówiłaś, że masz lęk przestrzeni, nie?
      To jak złoiłaś tę ścianę? Na niby, czy naprawdę?
      Po czym zerwał się, zarzucił brzęczący plecak na plecy, mruknął „cześć” i
      poszedł.
      Wtedy jeden z kolegów popatrzył na mnie z wyrzutem i powiedział:
      - Zołza. Uszczypnęłaś go w ambicję. On tej ściany nie dał rady przejść.
      Zrobiło mi się głupio i już chciałam lecieć za Młodym i tłumaczyć, że to nie
      tak z tymi kobietami, że owszem, mają czasem więcej szczęścia, niż rozumu,
      że... Ale drugi od liny, natychmiast mnie usadził.
      - Dobrze, dobrze, niech się uczy, jakie kobiety są naprawdę. Niech wie, że ich
      umysł jest niezbadany i posiada właściwości przedziwne. – zacytował znaną mi
      skądinąd myśl.
      - No, co się tak na mnie gapisz? – dorzucił w moją stronę – Też się wychowałem
      na tej lekturze, co to ją Młody dopiero zaczyna i zobacz, jaki duży i silny
      urosłem. Żadna baba mi nie straszna! Inaczej w życiu bym cię w tę ścianę nie
      puścił, nie?
      I tym mnie uspokoił. Faktycznie, puścił, choć przecież wiedział o tym moim
      cholernym lęku przestrzeni! I czuwał. A skąd wiedziałby, że moja babska furia,
      popędzana batem ambicji natychmiast zapomni o wszystkich istniejących fobiach i
      będzie w stanie polecieć bez asekuracji nawet na Mont Everest, gdyby nie
      właściwy dobór lektur?
      --
      Bez względu na to, gdzie człowiek patrzy, zawsze coś widzi.
    • 22.02.06, 13:00
      -Czy mogłabyś do mnie podejść? – mój szef miał irytujący sposób wzywania
      pracowników do siebie. Pewnie, że mogłabym, ale czy zechcę? Oto jest pytanie!
      Tym razem jeszcze zechciałam.
      -Chciałbym, żebyś napisała protokół z ostatniego spotkania z klientem.
      -Ale… - zaoponowałam natychmiast.
      -Opowiadania piszesz – szef wpadł mi w słowo z wyraźną złośliwością – to nie
      mów, że nie dasz rady napisać zwykłego sprawozdania.
      -Na kiedy? – prawie warknęłam.
      -Na wczoraj….
      Wracałam do biura wkurzona jak nie wiem co. Protokół, też mu się zachciało! Tak
      naprawdę to było jego zadanie a nie moje. Ja swojej roboty miałam po dziurki w
      nosie i nie zamierzałam jeszcze odwalać dodatkowej za niego. On oczywiście w
      tym czasie będzie grzebał w Internecie i siedział na forach. Niedoczekanie!
      Dwie godziny później miałam już gotowego maila. Z załącznikiem następującej
      treści:
      „Jak przystało na połowę lutego poranek był mroźny i wietrzny. Niebo zasnute
      ciemnymi chmurami nie dawało większej nadziei na pojawienie się słońca w ciągu
      dnia. W biurze firmy X jednak już od siódmej rano panował przyjemny i
      ekscytujący rozgardiasz. Cały trzynastoosobowy zespół w składzie: szef, Ania,
      Asia, Kasia, Zosia, Marysia, Krzyś, Jędrek, Maciuś, Piotrek, Michał, Jacuś i
      Wiesio wybierał się na wizytę u klienta.
      -Samochody są! – zaraportował Krzysztof.
      -Rzutnik też, musimy tylko zabrać laptopa – dodał Jędrek.
      O ósmej dwadzieścia siedem trzynaście osób, wraz ze sprzętem, zapakowało się do
      trzech samochodów marki Skoda i wyjechało z zakładu. W dwóch samochodach
      zapisywano zakłady na temat domniemanych atrakcji planowanej części
      nieoficjalnej. W trzecim szef w skupieniu powtarzał treść wystąpienia. Na
      miejsce wszyscy dotarli cali, zdrowi i wyraźnie zaaferowani. Spotkanie
      rozpoczęło się punktualnie o dziewiątej trzy i przebiegało zgodnie z planem. Ze
      strony klienta było pięciu przedstawicieli: pan Józio - kierownik, pani Krysia,
      pani Justyna (niezwykłej urody) oraz panowie Zenon i Egon (co do których od
      razu zalęgło się podejrzenie, że są dla siebie czymś więcej niż tylko kolegami
      z pracy). Pierwszą prezentację przedstawiał wspaniały, jedyny na świecie i
      najcudowniejszy szef. Jego elokwencja, łatwość wypowiedzi, bogate słownictwo
      oczarowały słuchaczy, zarówno jego własnych podwładnych jak i przedstawicieli
      klienta. Niektórzy mieli nawet łzy w oczach… Niestety obecnym nie dane było
      długo cieszyć się szczęściem obcowania z tak wyśmienitym mówcą. O dziewiątej
      dwadzieścia sześć prelegenta zastąpił przedstawiciel klienta - pan Józio. Jego
      prezentacja aczkolwiek również ciekawa nie porwała już tak serc i umysłów
      słuchaczy, stała się natomiast zaczątkiem burzliwej wymiany zdań. Dyskusja
      rozpoczęła się o dziesiątej siedem i trwała dokładnie dwadzieścia cztery
      minuty. Przedstawiciele klienta generalnie chwalili zakupione i używane
      produkty firmy X. Wady, jakie w nich znaleźli są tak niewielkie i niegodne
      wzmianki, że nie powinny spędzać snu z oczu zespołu. Po części oficjalnej
      odbyła się część nieoficjalna, na którą spuśćmy zasłonę milczenia. Można tylko
      dodać, że zakłady zawierane w pośpiechu w drodze do klienta nie oddawały w
      pełni wszystkich zapewnionych atrakcji. Zespół wrócił do pracy taksówkami w
      wybornych nastrojach, niektórzy nawet lekko frywolnych. Skody odebrano
      nazajutrz. Spotkanie było niewątpliwie potrzebne i przyniosło obu firmom wiele
      różnorodnych korzyści. Przed wyjazdem szef zaproponował rewizytę, która to
      propozycja została entuzjastycznie przyjęta przez wszystkich.”
      „Chciałeś mieć opowiadanie, to masz” – pomyślałam i ze złośliwym uśmiechem
      kliknęłam ikonę „Wyślij”. W duchu podziękowałam Gurui za pomysł. No, to chyba
      będzie ostatni protokół, jaki szef mi podrzucił do napisania…
    • 25.02.06, 01:58
      - Halo, halo, to mikrofony sprawozdawcze Polskiego Radia zainstalowane na trasie
      Wyscigu (nie)Pokoju Opowiesci Dziwnej Tresci. Juz od dawna bylo wiadomo, ze cos
      sie szykuje, cos wieloetapowego, ale nowa powiesc okazala sie falstartem. I tak
      czekalismy, az wspanialy zawodnik Groha dal znak! Wystartowala. Wydawalo sie, ze
      nie trzeba bedzie dlugo czekac na odpowiedz odpoczywajacego na starcie peletonu
      i rzeczywiscie! Do boju ruszyla Noteczka i wspanialym zrywem dogonila Grohe
      tworzac w ten sposob pierwsza czolowke Wyscigu! Ale oto z linii startu rusza
      Woloduch i po krotkim, ostrym poscigu dogania czolowke!
      - Pozwolisz, ze Ci przerwe. Otoz mozna by sie zastanawiac, czy to jest
      czolowka, czy peleton...
      - Czolowka, oczywiscie czolowka. Na pewno wkrotce dojda nastepni zawodnicy.
      Zapowiada sie ostra walka.
      - Masz racje. W tej bowiem wlasnie chwili probe ucieczki podejmuje Woloduch.
      Jest przez kilka godzin samodzielnym liderem, ale Noteczka wszczyna poscig i go
      dogania. Tak wiec po pieciu opowiadaniach mamy nastepujacy wynik: w czolowce ex
      equo Woloduch z Noteczka, za nimi, ze strata jednego opowiadania Groha, ktora
      tak wspaniale rozpoczela wyscig. A teraz na chwile oddamy glos do studia i
      wkrotce polaczymy sie z Panstwem znowu

      Muzyka

      - Halo, halo, to mikrofony sprawozdawcze Polskiego Radia zainstalowane na
      trasie Wyscigu (nie)Pokoju Opowiesci Dziwnej Tresci. Witamy Panstwa na 10-tym
      opowiadaniu. Juz mamy dziewiec, ale zanim sie dowiemy dziesiatego, przekazemy
      Panstwu historie ostatnich czterech. Tak jak nalezalo przypuszczac, Groha nie
      pozwolila sobie na dlugi odpoczynak i szybko dolaczyla do czolowki. Tutaj tez
      nie pozwolila sobie na dlugi odpoczynek i zaatakowala wychodzac na samodzielne
      prowadzenie! Jednakze w Woloduchu zagrala ambicja i doszedl ja po dlugim
      poscigu. Jednakze takie numery to nie z Groha, gdyz blyskawicznie ruszyla do
      przodu i powrocila na samotne prowadzenie.
      - Chwileczke, co mowisz? Powtorz! Dziekuje. Prosze Panstwa, mamy wiadomosc ze
      startu. Do wyscigu wlaczyla sie April i w ten sposob po dziesieciu opowiadaniach
      samodzielnie prowadzi Groha, za nia, ze strata jednego opowiadania Woloduch, za
      nim, ze strata dwoch opowiadan do Grohy Noteczka, a na nastepnym miejscu, ze
      strata trzech opowiadan do lidera April. I teraz czas na polaczenie sie ze
      studiem, a my spotkamy sie z Panstwem na 15-tym opowiadaniu.

      Muzyka

      - Halo, halo, to mikrofony sprawozdawcze Polskiego Radia zainstalowane na trasie
      Wyscigu (nie)Pokoju Opowiesci Dziwnej Tresci. Na przestrzeni ostatnich pieciu
      opowiadan nastapilo troche zmian. Ale moze po kolei. Wystartowala Smitte,
      doganiajac April, ale szybko pociagnela do przodu i dogonila Noteczke. Tutaj
      wyraznie zabraklo jej sil do dalszego poscigu, tym bardziej, ze Groha mocniej
      nacisnela na klawiature i umocnila sie na prowadzeniu. Ale nie na dlugo, bo
      Woloduch podjal walke i odzyskal stracony dystans. Po dluzszej chwili do walki
      poderwala sie April i po dlugim poscigu dogonila peleton.
      - Tak wiec, na lotnej premii 15-go opowiadania nadal samotnym liderem jest
      Groha, za nie, ze strata jednego opwiadania Woloduch, natomiast peleton sie
      skonsolidowal i ze strata trzech opowiadan sa Noteczka, Smitte i April.
      - A teraz polaczymy sie ze studiem i spotkamy sie z Panstwem na goskiej premii
      20-go opowiadania.

      Muzyka

      - Halo, halo, to mikrofony sprawozdawcze Polskiego Radia zainstalowane na trasie
      Wyscigu (nie)Pokoju Opowiesci Dziwnej Tresci. Jestesmy na linii gorskiej premii
      20-go opowiadania. Trzeba przyznac, ze ostatnie 5 opowiadan bylo bardzo
      emocjonujace. Prosze sobie bowiem wyobrazic, ze Groha chyba uznala przewage za
      niewystarczajaca i napisala kolejne opowiadanie. Woluch odpowiedzial swoim i
      wkrotce nastepnym! zrownujac sie w ten sposob z Groha. Oboje odpoczywali przez
      jakis czas, po czym Groha zaatakowala obejmujac prowadzenie. Nie na dlugo
      jednak, bo Woloduch odpowiedzial na wyzwanie.
      - Sytuacja wyglada wiec w sposob nastepujacy: W czolowce znajduja sie Groha i
      Woloduch z siedmioma powiadaniami kazde, natomiast peleton, skladajacy sie z
      Noteczki, Smitte i April coraz bradziej zostaje w tyle majac juz piec! opowiadan
      straty do liderow.
      - Prosze Panstwa, na chwile oddamy glos do studia, by wrocic do Panstwa na
      ciagla juz transmisje z ostatnich pieciu opowiesci pierwszego etapu.

      Muzyka

      -Halo, halo, to mikrofony sprawozdawcze Polskiego Radia zainstalowane na trasie
      Wyscigu (nie)Pokoju Opowiesci Dziwnej Tresci. Prosze Panstwa, na razie w
      rozciagbnietym wachlarzyku jest spokoj. Wykorzystajmy to na troche ciekawostek.
      Nasi liderzy, Groha i Woloduch najwyrazniej lubia mocna konkurencje. Oboje, nie
      szczedzac sil dopinguja zawodnikow pozostajacych w tyle, wyraznie zwalniaja.
      Woloduch nawet posuwa sie do prowokacji, oglaszajac apel poleglych i publikujac
      "Ducha". Nawet ta muzyka, ktora Panstwo przed chwila slyszeli, to Marsz
      Pogrzebowy Chopina ze slowami Macieja Zembatego. Ale, zaraz, co to sie dzieje?
      Groha atakuje ponownie i wysuwa sie na prowadzenie, natomiast z peletonu
      wyskakuje April podejmujac probe samotnego poscigu! Groha odwraca sie do
      Woloducha najwyrazniej go dopingujac, ten zas zwleka. Czyzby liczyl na jej
      zmeczenie i chcial narzucic ostry finisz? Chyba tak, bo wlasnie widzimy, ze
      pojawia sie nowa publikacja!
      - Szszszsszsszszszszhrrrrrrrrwrrrrrrrrszzzzszszszszszs

      -Tu Studio Warszawa. Przepraszamy Panstwa za chwilowa przerwe w transmisji
      spowodowana usterkami technicznymi. Gdy tylko zostana one usuniete, polaczymy
      sie na nowo z wozem transmisyjnym. A na razie chwila muzyki.

      "Jak dobrze mi w pozycji tej,
      Pozycji horyzon-tal-nej..."

      --
      Oto dramat czlowieka Widziany w wlasciwej skali:
      Coraz dalej od mleka, Coraz blizej kanalii.
      • 25.02.06, 20:55
        Stałam przed bibliotecznym regałem z literaturą polską zastanawiając się jaką
        książkę wziąć sobie na 4 godzinną podróż pociągiem, która czekała mnie
        następnego dnia. Nie wiem, dlaczego sięgnęłam właśnie tam, być może akurat ta
        książka stała trochę bardziej wysunięta niż inne, być może miała bardziej
        kolorową okładkę. A może moją ręką sterowało przeznaczenie?
        Spojrzałam na tytuł i stwierdziłam, że kiedyś to czytałam i bardzo mi się
        spodobało, ale było to na tyle dawno, że wyleciała mi z pamięci większość
        szczegółów. Mogła być, na wszelki wypadek wzięłam coś jeszcze, bo podróż z Gdyni
        do Warszawy jest naprawdę długa.

        Intercity Kaszub odjechał z Gdyni Głównej zgodnie z rozkładem jazdy a ja
        rozsiadłam się wygodnie w przedziale i sięgnęłam do plecaka po lekturę.
        Popijając soczek otworzyłam książkę i zaczęłam czytać. Początkowo nie zwróciłam
        uwagi na jakieś dziwne znaki na marginesach, podkreślone litery i całe słowa,
        nie takie rzeczy się widuje w książkach z biblioteki. Ale po pewnym czasie
        zaintrygowało mnie to, bo raczej spotyka się podkreślone całe fragmenty, czasem
        pojedyncze zdania, ale nie przypadkowe litery. Wyjęłam Gazetę Wyborczą i na
        marginesie zaczęłam wypisywać poszczególne litery. Nie ułożyły się w żadną
        sensowną całość, ale przy okazji zauważyłam pewną prawidłowość. Podkreślenia
        tworzyły powtarzający się wzór, jeśli na jednej stronie podkreślony był trzeci
        wyraz od prawej w drugiej linijce od góry to na następnej podkreślony był trzeci
        wyraz od lewej w drugiej linijce od dołu, podobnie było z pojedynczymi literami.
        Odwróciłam Wyborczą do góry nogami i zaczęłam wypisywać litery w dwóch
        kolumnach. Wyszło mi. Aż zdrętwiałam jak zobaczyłam co. Obok wywiadu z Justyną
        Kowalczyk stało na marginesie. „Łysy chce cię zabić. Uciekaj do Konopki. On ci
        pomoże.” Strach ścisnął mi gardło. To była informacja dla mnie. Wyjrzałam przez
        okno, pociąg dojeżdżał powolutku do stacji Warszawa Zachodnia, pomyślałam
        szybko, że może się uda. Ten, kto napisał mi tę informację wiedział, że sięgnę
        po tę właśnie książkę. Skąd wiedział? Palnęłam się w głowę. Przecież
        rozmawialiśmy o niej w księgarni tuż przed wyjazdem, wspominałam, że bardzo
        lubię tę autorkę, potem podświadomie sięgnęłam po nią w bibliotece, wiedział, że
        tam pójdę. Nie mógł mi tego powiedzieć wprost, pilnowali go.

        Nie było więcej czasu do stracenia, z daleka widziałam peron, na którym nie było
        zbyt wielu ludzi. Między nimi dość wyraźnie było widać wysoką sylwetkę w
        skórzanej kurtce, słońce odbijało się od gładkiej powierzchni głowy. Chwyciłam
        torbę i wyskoczyłam na korytarz. Drzwi pociągu nie chciały się otworzyć,
        szamotałam się z nimi dość długo, wreszcie wyskoczyłam na tory i pobiegłam, jak
        mogłam najszybciej przed siebie.

        --
        Ciri i Fabryka Kolczyków
    • 26.02.06, 02:09
      Pisemny poszedl mi jako tako, dostat byl pewny, a na ustny nie mialem ochoty.
      Ale ochote moglem miec albo nie miec, nie mialo to najmniejszego znaczenia co ja
      chcialem. Wazne bylo to, czego chcial profesor. A on lubil dozynki. To znaczy,
      lubil dorzynac delikwentow na ustnym. Prawda jest to, ze mial niesamowity wrecz
      zestaw pytan i z tego, co wiedzielismy, nie powtorzyl sie ani raz w przeciagu
      pieciu lat. Nie znaczylo to, niestety, ze mozna bylo zebrac pytania z tych
      pieciu lat i sie tego po prostu nie uczyc. Wrecz przeciwnie. Znaczylo to, ze z
      kazdego z tych tematow mogl zapytac w taki sposob, ze pytanie stawalo sie
      zupelnie nowym problemem z ktorym delikwent zmagal sie w strumieniach
      splywajacego zen potu. Zas pan profesor albo odpowiedz uznawal, albo nie. Trzeba
      jednak przyznac, ze byl przy tym sprawiedliwy. No i teraz czekalem na
      dorzniecie. Bylem na siebie wsciekly, bo zdawalem sobie sprawe, ze w moim
      wypadku "dozynki" beda oznaczaly dorzniecie i poprawke za dwa miesiace - cale
      wakacje zmarnowane. A wszystko przez to, ze przez dwa ostatnie dni, zamiast sie
      uczyc, czytalem (znowu) moja ukochana autorke - tym razem jej autobiografie. Co
      gorsza, jak czytalem o jej perypetiach na budowie Domu Chlopa, to przypomnialem
      sobie ze przeciez dziadek kiedys wspominal, ze pracowal na tej budowie. Jednak
      to bylo dawno temu i nie pamietalem tej opowiesci. Pomyslalem sobie, ze w koncu
      budowa nie byla taka wielka i moze ja znal (autorke, znaczy). Nagle zapragnalem
      o tym od niego uslyszec. Wzialem przygotowana dla niego paczke (nawet nie wiem
      co w niej bylo, wiem, ze nie bylo nic pilnego, ale ze tam szedlem, to co mi
      szkodzilo ja zabrac) i poszedlem. Dziadek mieszkal w tym samym mieszkaniu, co mu
      przydzielili ponad 50 lat temu, duzy pokoj z kuchnia, w ktorym wychowal sie moj
      ojciec i moich dziesieciorgo stryjow i stryjen. Dziadek przekroczyl juz
      osiemdziesiatke, ale trzymal sie swietnie zarowno fizycznie jak i psychicznie.
      Pamiec mial taka, ze ho, ho! Liczylem na te jego pamiec i zaraz po przyjsciu
      nacisnalem go na ten Dom Chlopa. Dziadek ozywil sie znacznie i zaczal wspominac.
      Troche pokierowalem rozmowa i wprowadzilem temat bezetow i obmiarow, ale dziadek
      mowiac o ludziach tam pracujacych ani razu nie powiedzial nic o pani
      inzynierowej Joannie (zawsze mowil "inzynier Iksinski" albo "pani inzynierowa
      Ygrekowska" lub "pani inzynierowa Bozenka" - nigdy zas nie powiedzial "pani
      inzynier Bozenka"). Sprobowalem mu podrzucic opis - blondynka z brazowymi
      oczami, ale zaparl sie, ze takiej nie bylo - to znaczy byla taka pani
      inzynierowa Irena, ale pani inzynierowej Joanny nie bylo i koniec. Potem zesmy
      jeszcze dlugo gadali o tym, co robil na tej budowie a potem na innych (dziadek
      szczegolnie duzo mowil o stropach, lubil te robote) i tak nam zeszlo do
      wieczora. I tak sie nie pouczylem do egzaminu. No a teraz czekaly mnie dozynki.
      Ponuro o tym rozmyslalem, gdy ktos mnie tracil w ramie.
      - Co ty, spisz? Juz drugi raz wolaja "Skwarek". Idz szybko.
      Wszedlem do profesora jak na sciecie i usiadlem przed biurkiem. Profesor
      przegladal moj pisemny i widac bylo ze nie byl nim zbytnio zachwycony. Nie byl
      jednak rowniez zbyt mocno rozczarowany. Zaczal mi zadawac pytania. I tu zaczelay
      sie schody. Moje wiadomosci "po lebkach" najwyrazniej nie zadowalaly profesora,
      bo po kazdej mojej odpowiedzi pochmurnial coraz bardziej. Wreszcie spojrzal na
      mnie, westchnal i powiedzial.
      - No, panie Skwarek, orlem to pan nie jest. Sam kiedys bylem studentem i wiem,
      ze ustny egzamin jest loteria, bo nikt nie umie wszystkiego. Najwyrazniej pana
      numery nie wyszly. Nie lubie oblewac ludzi, ale na "trzy" pan nie zasluguje. Dam
      panu ostatnia szanse - jesli pan odpowie, to pan zdal, jesli nie - zobaczymy sie
      we wrzesniu. Prosze mi teraz opowiedziec wszystko o stropie Ackermanna.
      Juz otwieralem usta, zeby powiedziec, ze niz nie wiem, kiedy mnie olsnilo. O
      matko Guruo! Przeciez pani Joanna tez kiedys zdala egzamin dzieki tym stropom, a
      dziadek wczoraj pol wieczoru o nich przegadal. Zaczalem wiec mowic. Po
      dziesieciu minutach profesor mi przerwal i poprosil o indeks. Po czym wpisal
      trzy i pol. Musialem miec glupia mine, bo sie usmiechnal i powiedzial, ze dawno
      temu egzaminowal jakas studentke, sliczna dziewczyne i tez o stropie Ackermanna
      wiedziala wszystko. Przez to wspomnienie dodal mi te pol do trojczyny. Wyszedlem
      caly w skowronkach, myslac, ze nie ma co, pani Joanna jest dobra na wszystko - w
      koncu to tylko dzieki niej zdalem egzamin. A potem nagle zatrzymalem sie w
      miejscu jak zamurowany (moze nawet w tym stropie Ackermanna) i ponuro
      pomyslalem, ze skleroza, po pierwsze, nie boli, ale czlowiek sie strasznie
      nalata, a po drugie, to glupio miec taka skleroze w wieku dwudziestu lat. Bede
      musial kiedys wrocic to profesora i wyciagnac z niego wszystko o tej studentce
      od Ackermanna - przeciez to byla pani Joanna - sama o tym pisala w
      autobiografii. A poza tym, musze natychmiast isc do dziadka i wyciagnac wiecej
      szczegolow o "pani inzynierowej Irenie" - przeciez "Joanna" jest jej pseudonimem
      literackim. Bede mial o czym napisac na forum! A potem przyszla mysl - owszem,
      zwlaszcza w watku : "Jak pokonalam Alicje"...
      --
      Oto dramat czlowieka Widziany w wlasciwej skali:
      Coraz dalej od mleka, Coraz blizej kanalii.
      • 27.02.06, 13:46
        Przyjechałam do Warszawy pogadać z Łysym o M., który został w Gdyni, zamknięty w
        swoim mieszkaniu i pilnowany przez dwóch szerokokarkich zbirów, żołnierzy
        Łysego. Siedział tak już od 3 miesięcy, zbiry robiły mu zakupy i opłacały
        rachunki, mógł od czasu do czasu wyjść w ich towarzystwie na spacer, mógł
        zamienić dwa słowa ze mną, ale również w ich towarzystwie, wreszcie mógł od
        czasu do czasu pójść do biblioteki, którą uważali, za stosunkowo bezpieczną.
        Oczywiście odcięli mu Internet, telefon, wszelkie możliwości kontaktu ze
        światem. Nie zabili go tylko dlatego, że był ciotecznym bratem Łysego, który
        miał wielkie poważanie dla swojej mamusi i nigdy by jej czegoś takiego nie
        zrobił. M wyjechał do Singapuru, to było oficjalne tłumaczenie jego zniknięcia.

        Ja nie należałam do rodziny, więc może po trosze naiwnością z mojej strony było
        sądzić, że Łysy zostawi mnie przy życiu. Musiałam się z nim jednak rozmówić,
        musiałam mu wyjaśnić, że M wbrew pozorom nie wie tego, czego Łysy się
        najbardziej obawiał. Musiałam go przekonać, że tego lipcowego wieczoru
        piętnaście lat temu M. wcale nie było tam, gdzie Łysy sądził, ze był. Że nic nie
        wiedział i nic nie widział. Musiałam go o tym przekonać jednocześnie starając
        się nie wyjawić faktu, że to ja jestem dla Łysego prawdziwym zagrożeniem. Nie
        wziął pod uwagę, że była tam wtedy mała dziewczynka schowana w krzakach. Nawet
        gdyby ją wtedy zauważył to pewnie by zlekceważył, bo cóż takie dziecko może
        pamiętać i zrozumieć z tego, co widzi. Dziecko jednak nie było głupie i naiwne,
        a wychowane w blokowisku zdążyło już w swoim krótkim życiu zobaczyć niejedno. A
        także zrozumieć, że jeśli dorośli robią coś dziwnego, to lepiej głośno o to nie
        pytać, bo można nieźle oberwać.
        Jeśli Łysy miał takie zamiary wobec mnie, o jakich ostrzegł mnie M, to znaczy,
        że ktoś musiał mu coś o mnie powiedzieć. Było to co najmniej dziwne, gdyż w
        ciągu tych wszystkich lat nie rozmawiałam o tym z nikim oprócz M, a było to
        bardzo dawno temu. Czyżby M. zdradził? „Niemożliwe, niemożliwe” huczało mi w
        głowie i aż mnie wszystko zabolało na myśl o tym, że to mógłby być on. Nigdy,
        każdy, ale nie on!
        Więc kto?

        --
        Ciri i Fabryka Kolczyków
        • 27.02.06, 14:46
          W świetle księżyca, mury wieży rzucały długi cień na część mostu prowadzącego
          do zamkniętej bramy, której lśniące, żelazne lico nie pozostawiało cienia
          wątpliwości, że strzeże wejścia, jak należy i nocni goście nie są tu mile
          widziani. Czyli ja chyba też. Stałam na bitej, wiejskiej drodze, a przede mną
          otwierał się niesamowity widok: na niewysokim, otoczonym głęboką fosą
          wzniesieniu, skąpany w srebrnej poświacie, wznosił się monument – coś, jakby
          warownia, lub dziwny pałac. Duży. Noc, wyjątkowo pogodna i jasna, dodatkowo
          odrealniała całą scenerię, zacierając kontury i pogłębiając cienie, za to
          wyraźnie akcentowała pierwszy plan, wyłaniający się z lekkiego półmroku. Widok,
          jak na starym landszafcie: wieża bramna z łukowatym oknem i wielkim zegarem u
          szczytu, otoczona murami, za nią jeszcze dwie, niższe i jakby bardziej
          przysadziste. Para imponujących płaskorzeźb po obu stronach arkady bramy, do
          której prowadził przedziwny most, jakby złożony z dwóch połówek, z których
          jedna leżała, jak należy, nad fosą, a drugiej – nie było. Przetarłam oczy ze
          zdumienia. Zaraz, jaki most? Jaki zegar? Skąd taka brama? Przecież tu była
          ruina... Kurczę, co to jest?!
          - Chrzistopor.
          Głos, który udzielił mi odpowiedzi, był cichy, jak szmer, więc nawet mnie nie
          przestraszył. Obok mnie stał, sądząc po sylwetce, mężczyzna w sile wieku,
          elegancko odziany w jakieś strojne łaszki i ręką, ozdobioną liczną biżuterią,
          wskazywał na płaskorzeźby przy bramie.
          - Krzyż jest nasza obrona, krzyż nasza podpora, w nim nadzieja naszego Topora –
          zaszemrał w przestrzeń.
          - Przepraszam, pan tutejszy? – zapytałam z głupia frant, bo choć nie
          rozumiałam, o czym mówi, to odniosłam wrażenie, że jest zaznajomiony z tym
          miejscem.
          Facet, z bródką w szpic i z podkręconym wąsem, nawet na mnie nie popatrzył. Bez
          słowa skinął ręką i ruszył w kierunku bramy. Na ten dziwny połowiczny most,
          który urywał się grubo przed nią, a pod nim był niezły lufcik i woda. Dreptałam
          za nim, wgapiając się w krzyż, który tkwił po lewej strony niedostępnej bramy i
          topór, pilnujący jej prawego skrzydła. Zwrócony ostrzem na zewnątrz, jakby
          groził nieproszonym przybyszom z południa i wschodu... Tymczasem elegancik
          stanął na końcu mostu i oto moim oczom ukazała się rzecz przedziwna: brama
          zaczęła się podnosić, a wraz z nią uchylała się druga połowa mostu, która po
          chwili zetknęła się z pierwszą i przejście było gotowe. Ponaglana kiwaniem
          władczej ręki weszłam za nim na brukowany dziedziniec i oniemiałam. Przede mną
          stał pałac tak przedziwny, jakiego moje oko jeszcze nie widziało. Jego dwa
          trzypiętrowe skrzydła, pełne okien, łuków, wnęk z portretami, nisz z
          alegorycznymi rzeźbami i marmurowych tablic z inskrypcjami, przypominały coś w
          rodzaju galerii na świeżym powietrzu. Wąskie przejście między tymi skrzydłami
          otwierało się na przepiękny, kolisty dziedzińczyk, otoczony arkadami tonącymi w
          gęstych cieniach, a z tyłu, z mroku, wyłaniała się kolejna wieża.
          - Oto i dzieło moje – doleciał do mnie szmerek, w którym przebijały nutki dumy
          i jakby czegoś w rodzaju nostalgii.
          Oszołomiona przepychem, ze zdumieniem stwierdziłam, że to wszystko żyje! Z
          prawej strony, pewnie ze stajni, dolatywało rżenie koni, za plecami słyszałam
          kroki straży na murach, gdzieś z lewej, co jakiś czas, dochodził tupot nóg.
          Pewnie służby. Przecież w takim pałacu musi być jej mnóstwo! Ci wszyscy
          dworzanie, lokaje, furmani, dziewki kuchenne i pokojowe oraz cała reszta, o
          której nie mam pojęcia. Aha, jeszcze kamerdynerzy. No i muszą mieć komu
          posługiwać. Ciekawe, gdzie śpi jaśniepaństwo...
          - Jam Ossoliński herbu Topór, wojewoda Krzysztof na Tęczynie, któren pobudował
          ten zamek w honor Ojczyźnie i pamięci bratniej, z pomocą krzyża świętego i na
          wieczną chwałą Bożą – zaszeptał wzniośle mój towarzysz i potoczył wokół oczami.
          - Pan tu mieszka? – zapytałam niepewnie, bo coś mi się przestało zgadzać.
          Przecież czytałam, że podobno pan wojewoda nie zdążył nacieszyć się tym
          mieszkankiem, bo zmarło mu się, nieszczęśnikowi, nagle i niespodziewanie na
          febrę, co niektórym wydało się karą za grzech wypędzenia arian z Rakowa, a inni
          uznali to za osobistą zemstę jego dziadka Hieronima, który onegdaj był kalwinem
          i takiej zniewagi, nawet zza grobu wnukowi wybaczyć nie mógł. A ten, zamiast
          spokojnie leżeć w krypcie u Karmelitów w Krakowie, stoi tu i gada, jak żywy...
          Ale waszmość wojewoda nie raczył zwrócić na mnie uwagi, bo nagle rzucił się w
          ramiona jakiemuś zakutemu z zbroję husarską rycerzowi, który ukazał się przed
          nami.
          - Synu mój! – zaszemrał wojewoda.
          - Ojcze! – odszemrał rycerz.
          Nie chcąc przeszkadzać w czułych powitaniach, usunęłam się nieco w cień i wtedy
          zobaczyłam, że rycerz jest cały czarny, a w okolicach szyi posiada rzadko
          spotykaną ozdobę – sterczącą na wylot strzałę. Krzysztof Baldwin, jak pragnę
          zdrowia! Jedynak wojewody, który odziedziczył po tatusiu ten cud
          architektoniczny, ale też długo się nim nie nacieszył, bo pojechał wojować z
          Chmielnickim i jakiś Tatar go ustrzelił. Czyli jestem świadkiem miłego,
          pośmiertnego spotkania w familijnych pieleszach. W dodatku - w pełni ich
          rozkwitu, czyli przed potopem szwedzkim, po którym przecież już tak kwitnąco
          nie wyglądały. No, pięknie po prostu. Nie dość, że obcuję z duchami, to jeszcze
          coś się z czasem porobiło... Dlaczego więc w ogóle się nie boję? Nie zdążyłam
          odpowiedzieć sobie na to pytanie, bo oto synek wyciągnął przed siebie żelazną
          dłoń i wskazał tatusiowi jedno z okien na trzecim piętrze.
          - Ta białogłowa, to umiłowana Teresa moja.
          Faktycznie, była tam. Wychylała się wdzięcznie z okna i machała rączką w naszym
          kierunku. Teresa Tarłówna, czyli prawdziwa Biała Dama, niech mnie drzwi ścisną!
          Musiała się bardzo stęsknić za swoim mężem, bo choć była jego drugą żoną, to
          ponoć kochali się okrutnie, ale niestety krótko, bo obumarła go młodo i
          bezpotomnie. Coś ten pałac przecudnej urody, choć tonął w zbytku i oferował
          wszelkie wygody nawet koniom, jedzącym z marmurowych żłobów i przeglądającym
          się w kryształowych zwierciadłach, dla swoich właścicieli nie był chyba
          najszczęśliwszym miejscem... Ciekawe, czy to prawda, że podziemnymi lochami
          udawali się z wizytą do Ossolina za pomocą sań, mknących po torze zrobionym z
          cukru, jak po lodzie? I czy naprawdę mieli to akwarium w suficie? Muszę
          zapytać. Raz kozie śmierć, druga taka okazja może mi się nie trafić.
          - Przepraszam, że przeszkadzam. Czy państwo zechcieliby mi odpowiedzieć na parę
          pytań?
          Upiorne towarzystwo porzuciło kontemplację swych pozagrobowych postaci i
          zwróciło na mnie swoje twarze. W tym jedną zakutą w hełm. Nad tym, czy pod nim
          w ogóle jest jakaś twarz, wolałam się nie zastanawiać. W końcu spotkanie trzech
          zjaw w jedną księżycową noc, to nie w kij dmuchał, nawet dla bardziej
          oswojonych z nierealnymi bytami. Ja z pewnością nie byłam.
          - Jak Wy się tu zwołujecie? – wyrwało mi się ze zwykłej, ludzkiej ciekawości.
          I wtedy z trzech zjawiskowych postaci jednocześnie, wydobył się dźwięk, który w
          ich wykonaniu przypominał powiew wiatru, ale w moich uszach zabrzmiał bardzo
          znajomo:
          - Szkorbut! Szkorbut!
          --
          Bez względu na to, gdzie człowiek patrzy, zawsze coś widzi.
    • 28.02.06, 10:41
      Pałac, a właściwie pałacyk stał spokojnie skąpany srebrnym światłem księżyca.
      Dokoła nie było żywej duszy. Ludzkiej, znaczy się, bo innych istot było w bród.
      W pobliskim stawie trwał właśnie w najlepsze koncert na rechot i skrzek. Żabkom
      i tylko odrobinę od nich brzydszym ropuchom dzielnie wtórowały świerszcze. O
      oświetlenie i efekty specjalne widowisko- słuchowiska zadbały natomiast
      świetliki. Tak spokojnie i leniwie mijała ciepła czerwcowa noc. W oficynie
      niedaleko pałacu również panowała cisza, przerywana niekiedy nosowym
      pochrapywaniem. Dochodziło ono z wielkiego łoża, pamiętającego jeszcze czasy
      rozbiorów. Łoże było wielkie, bo i niewiasta na nim śpiąca była słusznych
      rozmiarów. Obok niej, jakby przyklejony zupełnym przypadkiem, jak próbka
      odżywki do szamponu w opakowaniach promocyjnych, leżał mężczyzna. Chudy i
      niezbyt wysoki, nawet we śnie wyglądał na zdominowanego przez małżonkę. I
      spaliby tak zapewne do rana gdyby kobieta nie odwróciła się gwałtownie i nie
      przycisnęła ramieniem klatki piersiowej i szyi męża. Natychmiast wybudzony ze
      snu zdążył wycharczeć:
      -Zabierz…chychy… łapę.
      -Mmm… - usłyszał w odpowiedzi.
      -Luśka… - krzyknął ostatkiem sił – zab….ieraj…
      -No już, już… - w ostatniej chwili kobieta obudziła się – i po co się tak
      awanturować? – dodała z wyrzutem, a potem wstała i majestatycznie udała się do
      toalety. Wracając spojrzała jak zwykle w stronę pałacu. Budynek ten był oddany
      jej pieczy, a Luśka wszystkie swoje obowiązki traktowała ze śmiertelną powagą.
      Spojrzała i zamarła… W opustoszałym pałacu, którego nowy właściciel miał
      pojawić się dopiero za dwa tygodnie, ktoś był!
      -Wstawaj – szarpnięcie, bynajmniej nie delikatne, ponownie przerwało sen
      mężczyzny – idziemy.
      -Zwariowałaś? – próbował zaprotestować, ale próba to była niemrawa i bez
      najmniejszych szans powodzenia – kobieto, gdzie ty mnie ciągniesz?
      -Ktoś jest w pałacu – usłyszał w odpowiedzi – widziałam światło w bibliotece.
      Szybko!
      -Zadzwońmy przynajmniej do Antka – Antek, pieszczotliwie zwany przez mamusię
      Policmajstrem, pracował na posterunku policji w pobliskiej wsi. Luśka pomyślała
      chwilę a potem kiwnęła głową:
      -Dzwoń a ja znajdę jakąś broń.
      Broń znalazła się nadspodziewanie szybko. Tuż za drzwiami stała używana podczas
      dnia przez Luśkę spora motyka, jako broń zaczepna idealna. Chwilę później dwie
      postacie przemknęły przez podjazd, obeszły pałac i cichutko stanęły przy
      drzwiach kuchennych. Delikatne kliknięcie i drzwi stały otworem. Stąpając na
      paluszkach, co w przypadku Luśki stanowiło niejaką trudność, postacie podążyły
      przez kuchnię i korytarz do reprezentacyjnej części pałacu. Gdzieś w oddali
      słychać było szuranie i stukanie. Ten, kto włamał się do pałacu wcale nie krył
      swojej obecności. Luśka udała się w kierunku dźwięków a jej mąż delikatnie
      stąpał za nią mrucząc:
      - Nic się nie bój kochanie, jestem tuż za tobą.
      Intruz był w bawialni i czegoś intensywnie szukał. Bez chwili zastanowienia
      Luśka zapaliła górne światło i z bojowym okrzykiem „AAAAA” rzuciła się na
      niego. Mężczyzna w ciemnym ubraniu, z latarką w ręku znieruchomiał całkowicie i
      wydawałoby się nieodwracalnie. Sekundę później leżał już na podłodze
      przyciśnięty ciężarem miękkiego i ciepłego kobiecego ciała.
      -Hyhy.. Hilfe… Heeeeelp - dobiegło po chwili spod Luśki.
      -Coś ty za jeden? – Luśka ostrożnie podniosła się z podłogi, nie spuszczając
      oka z włamywacza – gadaj ale już!
      -Ja… nie mówić… gut polnisch – wyjąkał mężczyzna i spróbował wstać.
      -Leż tam – Luśka pogroziła mu motyką – złodziej jeden. Czekaj ty zaraz
      przyjedzie policja i zobaczysz – pogroziła mu pięścią.
      -Polizei… - faceta wyraźnie ucieszyła ta wiadomość – ja, ja… Polizei. Ja
      chcieć… tam.
      -Pewnie, że chcieć…
      Kilka minut później pojawił się Antek.
      -Co tu się dzieje? – zapytał w progu.
      -Polizei? – zapytał z nadzieją włamywacz - Sprechen Sie Deutsch?
      Antek miał przez kilka lat niemiecki w szkole, więc rzucił pierwsze, co mu
      przyszło do głowy:
      -Wie heißt du?
      -Na, ja… - ożywił się mężczyzna i ostrożnie wstał z podłogi nie spuszczając
      oczu z Luśki – ich bin Baron von Dupersztangiel.
      -Baron? – Luśka krzyknęła z niedowierzaniem a potem powiedziała nieufnie – to
      czego się włamywał?
      -Ja nie włamać… Ja być Einwohner. Ja habe ten palac gekauft, kupić… - dodał
      wyjaśniająco.
      -To czego pan tu szukał? – Antek włączył się do przesłuchania.
      -Szukać jeść… Ja być głodny… Es gibt hier …nic.
      -No to mamo w końcu się doigrałaś – Antek zwrócił się do Luśki z lekką
      złośliwością w głosie.
      -Iiii tam… - prychnęła i wzięła motykę pod ramię – idziemy – zwróciła się do
      barona – dam panu coś do jedzenia i niech mnie pan już więcej nie straszy.
      -Danke aber ja już nie mieć głód – baron był wyraźnie przestraszony perspektywą
      bliższych kontaktów z tą przerażającą kobietą.
      -Bzdura! – pociągnęła go za rękę i poprowadziła w kierunku oficyny.
      Tak… Baron von Dupersztangiel musiał się jeszcze wiele nauczyć. A najważniejsze
      było to, że Luśce nie przeciwstawia się absolutnie nikt.
      • 01.03.06, 15:11
        Nikt, a już najmniej sama Luśka, nie spodziewał się, że o drugiej w nocy trzeba
        będzie urządzić powitanie nowego właściciela pałacu chociaż siłą rzeczy
        uroczystości powitalne musiały zostać mocno ograniczone.
        -Proszę – gospodyni postawiła przed gościem talerz pachnących podsmażonych
        pierogów ruskich – smacznego.
        -Danke… Ja nie chcieć Problem machen.
        -Żaden problem – Luśka machnęła ręką – niech pan je.
        Chyba rzeczywiście baron był bardzo głodny, bo siedemnaście pierogów zniknęło z
        talerza w mgnieniu oka.
        -Super… - westchnął na koniec, przy czym zabrzmiało to trochę jak „zupah”
        -Jaka zupa? – Luśka zdziwiła się niemożebnie – to nie zupa. To pierogi, PIE-RO-
        GI – powiedziała dużymi literami a potem dodała – RUS-KIE.
        -Aaa… Super.
        Godzinę później baron rozgościł się już u siebie a Luśka z mężem w poczuciu
        dobrze spełnionego obowiązku położyli się spać.
        Następnego dnia, przepełniona poczuciem troski zbliżonej do macierzyńskiej, już
        z samego rana Luśka podążyła do pałacu. Zrobiła porządek w kuchni, przy okazji
        robiąc listę rzeczy, które trzeba kupić, przejechała odkurzaczem po dywanach i
        starła kurze.
        -A to co? – mruknęła do siebie. W bawialni, wsunięty pod kotarę leżał pistolet.
        Luśka podniosła go z zaciekawieniem. Był niewielki, czarny, lśniący i
        prawdopodobnie śmiertelnie niebezpieczny – ciekawe…
        Odłożyła go na miejsce i rozejrzała się za kurtką gospodarza. Wczoraj miał na
        sobie lekką wiatrówkę. Jeżeli nie zabrał jej ze sobą do sypialni to powinna tu
        gdzieś być, a w niej być może jest portfel, a w portfelu dokumenty… Luśka
        zawsze szybko myślała i równie szybko działała. Niestety tuż po rozpoczęciu
        poszukiwań usłyszała barona. Schodził właśnie po schodach i rozmawiał z kimś
        przez komórkę.
        -O – powiedział na jej widok – Was machen Sie hier?
        -Dzień Dobry. Trochę panu posprzątałam. Nie spodziewaliśmy się pana tak szybko,
        więc…
        -Ja verstehe nic – baron popatrzył na nią bezradnie i powiedział – aber ja nie
        potrz..ebować – zaciął się lekko – gospodyni – pokręcił energicznie głową na
        podkreślenie swoich słów – ja tu przyjechać für ein paar dni. A potem weg –
        machnął ręką w bliżej nieokreślonym kierunku.
        -Na zawsze? – Luśka patrzyła na niego zdumiona.
        -Ja przyjechać teraz, by prüfen co potrzebować a potem przyjechać züruck.
        „Züruck” było już dla Luśki całkowicie zrozumiałe. Westchnęła i stwierdziła:
        -No dobrze, ale jak pan wróci to będzie pan potrzebował kogoś do pomocy –
        wyłączyła odkurzacz z kontaktu i odniosła go do schowka – to już panu nie
        przeszkadzam – wycofała się lekko urażona.
        Następne dni baron spędził w pałacu. Jeden raz pojechał do sklepu w miasteczku,
        zrobił zakupy spożywcze i nie wychylał nosa z domu. Wieczorami chadzał na
        spacer nad pobliskie jezioro. Luśka obserwowała go ukradkiem, bo nie dawał jej
        spokoju znaleziony pistolet.
        -Mamo, nudzi ci się i wymyślasz jakieś niestworzone historie – Antek zbył jej
        prośby o sprawdzenie nowego właściciela zamku – jak ty to sobie wyobrażasz? Mam
        zadzwonić do niemieckiej policji i zapytać czy baron von Dupersztangiel to
        przestępca? Bo tobie się tak wydaje?
        -A pistolet? – Luśka nie była przekonana.
        -O rany… - syn wywrócił oczami – pewnie to był gazowy. Przyjechał z cywilizacji
        do dzikiego kraju, więc się zabezpieczył. I tyle.
        -On nawet wcale nie jest podobny do swojego dziadka – stwierdziła Luśka z urazą
        a po chwili dodała – już ja się dowiem, o co chodzi.
        Nie było to jednak takie proste. Już następnego dnia po przybyciu baron zabrał
        Luśce wszystkie klucze, tłumacząc mętnie, bo po niemiecku, że ich potrzebuje. A
        potem zniknął w środku. Któregoś wieczoru Luśka próbowała go śledzić, ale z jej
        rozmiarami trwało to zaledwie pięć minut. Baron nie zdążył jeszcze dojść do
        ścieżki prowadzącej nad jezioro a już ją zauważył. Spojrzał znacząco i zniknął
        w lesie.
        Po raz pierwszy w życiu Luśka musiała pogodzić się z porażką. Przez ponad
        tydzień nie dowiedziała się niczego na temat nowego właściciela pałacu.
        Skrupulatnie unikał wszelkich kontaktów nie tylko z nią, ale i z resztą wsi.
        Minęły prawie tydzień i… nic. Luśka nie wiedziała o baronie więcej niż na samym
        początku.
        Kilka dni później, kiedy po raz kolejny lubością, w otoczeniu wdzięcznych
        słuchaczek, omawiała całą sprawę, pod sklep, będący nieformalnym klubem
        gospodyń wiejskich podjechał duży lśniący samochód. Mody, szalenie elegancki
        mężczyzna, niczego nie podejrzewając wszedł prosto w to zgromadzenie.
        Przywitało go milczenie przerwane jedynie głębokim westchnięciem najmłodszej z
        zebranych kobiet.
        -Dzień Dobry – powiedział nienaganną polszczyzną z lekkim jedynie śladem obcego
        akcentu – czy wiedzą może panie jak dojechać do pałacu?
        -A po co to panu? – wyrwało się Luśce.
        -Jestem nowym właścicielem, panie pozwolą: baron von Dupersztangiel.
        -To niemożliwe – pobłażliwie zaprotestowała sklepowa Stanisława – musiało się
        panu coś pomylić. Właściciel już…
        -Czekaj, czekaj – przerwała jej energicznie Luśka – niech pan pokaże dokumenty.
        -Ależ proszę pani – mężczyzna wyraźnie się oburzył – pani nie ma prawa…
        -Niech mi pan tu nie opowiada… Jestem rodzoną matką władzy czy nie? Otóż
        jestem. A pan – dźgnęła go palcem wskazującym w klatkę piersiową – niech mi
        pokaże dokumenty.
        Rzuciwszy tęskne spojrzenie w stronę, chwilowo mu niedostępnych, drzwi przybysz
        niechętnie wyciągnął portfel a niego paszport. Luśka rzuciła się na dokument z
        prędkością pantery. Spojrzała na zdjęcie, potem na nazwisko i stwierdziła
        ponuro.
        -Chyba rzeczywiście pan to pan.
        -Wiem o tym od urodzenia – baron odebrał jej zdecydowanie paszport i dodał
        złośliwie – mam jeszcze akt notarialny, no i klucze…
        Zebrane kobiety patrzyły się na widowisko z rozdziawionymi ustami. W końcu
        jedna nie wytrzymała i powiedziała:
        -To kim jest ten drugi?
        -Jaki drugi? – zainteresował się natychmiast baron.
        -A to skubaniec jeden – w oczach Luśki zapaliły się złe błyski, widząc to baron
        ponownie przytulił się do ściany – próbował MNIE oszukać. Nie ujdzie mu to na
        sucho! – krzyknęła i prawie jak strzała wybiegła na zewnątrz.
        Nagle zgromadzenie odzyskało głos, kobiety jedna przez drugą opowiedziały
        prawdziwemu baronowi o nieznanym przybyszu. Kiedy usłyszał całą historię
        wyskoczył ze sklepu jeszcze szybciej niż Luśka.
        -Słuchajcie, a może ten drugi szukał skarbu? – sklepowa Stacha popatrzyła
        znacząco na towarzyszki – kto wie…
        • 02.03.06, 12:57
          Luśka pędziła na swojej damce jak wiatr. Ze wsi do pałacu były jakieś dwa
          kilometry. Aż nadto czasu, żeby poczucie niesprawiedliwości i chęć zemsty
          ugruntowały się w niej na mur i żelazobeton. Nie wiedziała jeszcze co zrobi
          temu podłemu oszustowi, ale miała niezbitą pewność, że tylko coś naprawdę
          potężnego, w jakiejś części bo przecież nie całkowicie, ukoi jej zranione
          uczucia. Po kilku minutach była już na podjeździe, pirzgnęła rower byle gdzie i
          bez zastanowienia udała się w kierunku drzwi kuchennych. Tak jak przypuszczała
          były zamknięte jedynie na klamkę. Możliwie najciszej, co w obliczu kłębiących
          się w niej uczuć, wcale nie było takie łatwe wsunęła się przez drzwi i podążyła
          przez kuchnię i korytarz do części reprezentacyjnej. Fałszywy baron siedział w
          bawialni, tyłem do drzwi i oglądał na kablówce jakiś idiotyczny niemiecki
          teleturniej. Luśka patrzyła na niego dobrą chwilę, a potem…
          -Tyyyy ….. – wyrwało jej się z głębi piersi – oszuście jeden.
          Baron podskoczył do góry jak rażony piorunem, następnie próbował się szybko
          odwrócić, co niechybnie skończyłoby się zwichnięciem karku, gdyby właśnie za
          ten kark, a raczej za otulający go kołnierzyk koszulki polo, nie został
          gwałtownie poderwany do góry. Luśka nigdy nie należała do ułomków a dzieciństwo
          i młodość spędzone na wsi znacznie rozwinęły jej naturalne umiejętności.
          Podniesienie dwukółki ze sporym świniakiem nie sprawiało jej większych
          trudności, tak więc nic dziwnego, że sekundę po wydanym okrzyku trzymała
          oszusta za kark jakieś trzydzieści centymetrów nad ziemią.
          -Mnie chciałeś oszukać? MNIE – potrząsnęła nim energicznie – chamie niemiecki
          niemyty…
          -Donnerwetter! – zaklął baron i próbował się oswobodzić. Niestety, zafikał
          tylko nogami w powietrzu, co uznałby nawet za zabawne, gdyby dotyczyło kogoś
          innego.
          -Ja ci zaraz zrobię taki Donner i jeszcze lepszy wetter, że bitwa pod
          Grunwaldem to będzie mały pikuś.
          -Ja nic…falsch nicht machen – baron spróbował popatrzeć błagalnie na swoją
          prześladowczynię – ja … ci dam viel Geld, Money, no… pi…nią…dze
          -Pieniądze? – ryknęła – widzisz to? – podsunęła mu, kobiecą, lecz wcale nie
          małą pięść pod oko – to ja ci to dam – zamierzyła się na niego i już już byłby
          oszust dostał za swoje, gdyby nie nastąpiła niespodziewana interwencja.
          Prawdziwy baron von Dupersztangiel pojawił się w pałacu dosłownie minutę po
          Luśce, ale nie znając tak dobrze jak ona rozkładu domu, trafił do bawialni w
          najciekawszym momencie.
          -Jörn? – krzyknął w progu z niedowierzaniem – was machst du hier?
          -Hilf mir – wrzasnął w odpowiedzi oszust – sie wird mich ermorden!
          -Niech go pani puści! To mój przyjaciel…
          W tym samym momencie do pokoju wkroczył Antek z ojcem i zapanowało małe
          pandemonium. Każdy coś mówił, nikt nikogo nie słuchał a fałszywy baron ciągle
          fikał nogami kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią. Ostatecznie nad wszystkim
          zapanował Antek. Widząc, że nie ma szans na spokojne załatwienie sprawy, huknął:
          -CISZA! – głos miał po mamusi, więc skutek osiągnął natychmiast – niech pani
          puści tego człowieka – z emocji zapomniał, że mówi do własnej matki.
          -Ja ci dam panią – mruknęła Luśka pod nosem, ale posłusznie opuściła fałszywego
          barona na podłogę. Kiedy tylko poczuł twardy grunt pod stopami, otrząsnął się
          jak pies i natychmiast odsunął się na bezpieczną odległość.
          -A teraz proszę mi to wszystko wyjaśnić – zaproponował zimno Antek i popatrzył
          na fałszywego i prawdziwego barona wymieniających gorączkowo jakieś uwagi po
          niemiecku.
          -Państwo pozwolą – baron przeszedł płynnie na polski – to jest mój przyjaciel,
          Jörn. Postanowił mnie odwiedzić, ale nie wiedział, że jeszcze się tu nie
          wprowadziłem, wiec…
          -Co pan za bzdury opowiada? – Luśka przerwała mu w połowie zdania – nawet
          dziecko nie dałoby się na to nabrać – prychnęła z niesmakiem.
          -Nie wniesiemy oskarżenia o napaść – zaproponował sucho baron – jeżeli państwo
          opuścicie w tej chwili mój dom. A z panią – popatrzył na Luśkę – porozmawiam
          sobie później.
          Chcąc nie chcąc rodzina zgodnie opuściła pałac i poszła w kierunku oficyny, aby
          ukoić nerwy odrobiną czegoś mocniejszego. Taki sam sposób, jak widać
          praktykowany w różnych nacjach, zastosowali dwaj panowie. Przy drugim piwie
          sytuacja zaczęła się powoli wyjaśniać.
          -Co cię podkusiło, żeby przyjeżdżać właśnie tutaj?
          -Lisa mnie prześladuje – Jörn westchnął głęboko – koniecznie chce wyjść za mnie
          za maż, a wiesz, że ja nie umiem się sprzeciwiać kobietom. Gdybym został w
          domu, to pewnie już bylibyśmy zaręczeni…
          -A ty nie chcesz? – baron raczej stwierdził niż zapytał.
          -Uchowaj Boże, ona jest podobna do tego monstrum, które masz tu w oficynie –
          pokręcił delikatnie szyją – tylko młodsza, ale boję się, jaka będzie na starość.
          -Ale dlaczego właśnie tutaj?
          -Mówiłeś, że dom jest w pełni wyposażony, stoi na uboczu i nikogo tu nie ma…
          Idealne miejsce do ukrycia. No i traf chciał, że zaskoczyli mnie pierwszej
          nocy, to co miałem powiedzieć, zwłaszcza, że niezbyt dobrze mówię po polsku?
          W tym momencie zabrzęczała komórka barona. Spojrzał na wyświetlony numer i
          skrzywił się lekko, ale odebrał.
          -Cześć dziedzicu! – usłyszał w słuchawce głos swojej byłej dziewczyny, która
          mimo wysiłków czynionych z jego strony ciągle miała nadzieję na zostanie
          baronową von Dupersztangiel – jak dojechać do tej twojej nowej posiadłości?
          -Dlaczego chcesz wiedzieć? – zapytał ostrożnie.
          -Niespodzianka – perlisty śmiech już dawno zaczął mu działać na nerwy – no
          dobra, przyjeżdżamy jutro całą paczką na poszukiwanie skarbu. A propos Lisa
          pyta, czy nie widziałeś przypadkiem Jörna. Od kilku dni nie może się z nim
          skontaktować… - zawiesiła pytająco głos, ale baron zignorował ten problem.
          -Jakiego skarbu?
          -Przecież wiesz – Rita udała zdumienie – tego, o którym opowiadał twój dziadek.
          Poza tym pomogę ci się urządzić. Zobaczysz będzie fajnie…
          Tego właśnie zarówno baron jak i jego przyjaciel obawiali się najbardziej.
          • 03.03.06, 12:30
            Czerwcowe poranki na wsi to sam cud, miód i poezja. Luśka uwielbiała wstawać
            wcześnie i ze spokojem w pierwszych promieniach słońca zajmować się całym
            inwentarzem. Nie było tego dużo, bo to już i czasy nie te, co kiedyś, ale kilka
            kurek i kaczek wędrowało po bliższej i dalszej okolicy. „Kupne” mięso Luśka
            miała w głębokiej pogardzie. Dwa razy do roku jeździła na świniobicie do swojej
            siostry a na codzienne obiady miała hodowane przez siebie dzikie białko. Tego
            dnia jednak nie przystąpiła do obrządku ze zwykłą sobie energią i zapałem.
            Gryzło ją wspomnienie wczorajszego dnia. „Gdyby tylko baron pojawił się minutę
            później…” – wzdychała, wyobrażając sobie, jaka piękna krwawa miazga pozostałaby
            z nosa oszusta po spotkaniu z jej pięścią. Drugim, nie mniejszym zmartwieniem
            było dla niej to, że właściwie nie wiedziała, co naprawdę się dzieje w pałacu.
            Jeszcze nigdy nie została tak bezceremonialnie skądkolwiek wyproszona i to w
            najbardziej pasjonującym momencie. Groźbami barona natomiast nie przejmowała
            się wcale.
            Pół dnia zastanawiała się jak subtelnie i niepostrzeżenie dowiedzieć się
            wszystkiego, co możliwe i niemożliwe o baronie i jego przyjacielu. Rozwiązanie
            problemu przyszło samo i to z najmniej spodziewanej strony. Około południa do
            drzwi oficyny zapukał, nie kto inny, tylko sam baron. Zarówno on jak i
            towarzyszący mu Jörn wyglądali dokładnie tak jak się czuli. Na ich widok
            wyrwało się Luśce:
            -O, widzę, że tutejsze powietrze panom nie służy – nawet nie starała się ukryć
            złośliwości w głosie.
            -Niespecjalnie – przyznał markotnie baron i popatrzył na nią z niemą prośbą w
            oczach.
            -Dobrze – złamała się Luśka, która zaledwie dzień wcześniej przysięgła sobie,
            że nie będzie się troszczyć o tych dwóch niemieckich darmozjadów – kefir czy
            kawa z cytryną?
            Zgodnie wybrali kefir. Po pierwszych łykach ich twarze zaczęły nabierać
            normalnych kolorów.
            -Właściwie to przyszliśmy panią przerosić – baron stuknął lekko swojego
            przyjaciela w ramie.
            -A, ja… - zreflektował się ten drugi – ja chcieć… psiepraszam – wybąkał, nie
            patrząc Luśce w oczy – ja nie chcieć oszukiwać. To był… Zufall.
            -Taak? – niedowierzanie w głosie Luśki było prawie namacalne.
            -Naprawdę bardzo nam przykro za tę wczorajszą sytuację – baron wyręczył Jörna z
            konieczności odpowiadania – słyszałem – zaczął po chwili tonem towarzyskiej
            rozmowy – że jest pani znakomitą kucharką.
            -Owszem – skromność nie należała do mocnych stron Luśki.
            -Bo widzi pani… - baron urwał, jakby się zastanawiając – niespodziewanie
            przyjeżdżają do mnie goście i… - spojrzał na nią znacząco, ale Luśka nie
            zamierzała mu niczego ułatwiać – no i będę potrzebował kucharki.
            W pierwszym odruchu chciała odmówić, uraza ciągle piekła ją żywym ogniem, po
            chwili jednakże dostrzegła w propozycji niebywałą wręcz możliwość przebywania w
            samym środku wydarzeń.
            -No, nie wiem – udała, że się waha – a dużo będzie tych gości?
            -Eee… nie – baron skwapliwie zaprzeczył – zaledwie kilka osób.
            -No dobrze – stwierdziła w końcu łaskawie – ale…
            Tu nastąpiła długa lista życzeń, które baron zaakceptował bez mrugnięcia okiem
            i umowa została zawarta. Dowiedziawszy się, że goście przyjeżdżają za kilka
            godzin, Luśka od razu zabrała się do działania.
            -Jedziemy na zakupy – stwierdziła autorytatywnie – pan też – zwróciła się do
            Jörna, który chyłkiem próbował wymknąć się do pałacu – każda pomoc się przyda.
            Kiedy kilka godzin później na podjazd zajechały dwa niemieckie cuda
            motoryzacji, Luśka panowała już niepodzielnie w kuchni pałacu, a baron i jego
            przyjaciel dochodzili do siebie w salonie. Nie wiadomo, dokąd by doszli, gdyby
            ich uszu nie dobiegły radosne nawoływania: „Manfred, hallo”. Minutę później
            przyjaciele znaleźli się na podjeździe. Przybyło ich pięcioro, trzy kobiety i
            dwóch mężczyzn. Najgłośniejsza była Rita, wysoka i szczupła blondynka. Na widok
            barona rzuciła mu się radośnie na szyję i zaszczebiotała:
            -Trafiliśmy jak widzisz. Cieszysz się?
            -O tak! – odpowiedział baron z gryzącą ironią, której Rita zdawała się nie
            zauważać.
            Zaraz za nią z samochodu wysunęła się Lisa, której jeden rzut oka na Jörna
            wystarczył, żeby stwierdzić oskarżycielsko.
            -Znowu piłeś całą noc! Manfred ma na ciebie zdecydowanie zły wpływ. Poza tym
            gdzieś ty się podziewał przez ostatnie tygodnie?
            -Ja też się cieszę, że cię widzę – udało się Jörnowi wtrącić, a potem już
            potulnie podreptał do bagażnika po walizki.
            Ostatnia dziewczyna, Greta przypatrywała się z zainteresowaniem obu
            rozgrywającym się przed nią scenom. W końcu odezwała się do barona:
            -Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu, że przywiozłyśmy tutaj Hansa i
            Franka?
            Ostatnią, powszechnie znaną i podobną do tych dwóch parę stanowili Flip i Flap.
            Hans był wysoki, szupły i bardzo ale to bardzo aryjski, natomiast Frank mały,
            okrągły jak piłeczka z gębą wesołego amorka i blond loczkami nad niebieskimi
            oczętami. Jednak z tych dwóch to właśnie Frank był bardziej niebezpieczny.
            Zauważał wszystko i komentował też wszystko.
            -Widzę, że służbę już masz – stwierdził na widok Luśki, która w milczeniu
            przyglądała się powitaniom. Nie musiała znać niemieckiego, żeby dokładnie
            wiedzieć, co się dzieje.
            -To nie służba – baron z trudem oderwał się od oplatającej go Rity – to pani
            Luśka – powiedział jakby to miało wszystko wyjaśnić. Wszyscy jak jeden mąż
            spojrzeli na imponującą postać w śnieżnobiałym fartuchu.
            -Dzień Dobry – Luśka nigdy nie czuła potrzeby nauki języków obcych, i teraz też
            stwierdziła, że to ona jest im bardziej potrzebna niż oni jej. Jakież było jej
            zaskoczenie, kiedy nagle usłyszała:
            -Ciocia?! – Lisa wysunęła się zza samochodu i szybkim krokiem podeszła do
            Luśki – mama mi dużo opowiadała o psze… przeszłoś…, ja widziałam też dużo
            twoich foto.
            -Lisa? – Luśka uśmiechnęła się radośnie i wyciągnęła ręce – jaka niespodzianka.
            Co u mamy? – uściskały się serdecznie.
            Godzinę później przy kolacji Jörn z niepokojem zapytał Lisę:
            -Jesteś spokrewniona z tą kobietą?
            -To cioteczna siostra mojej mamy. Wychowywały się razem – Lisa uśmiechnęła się,
            na wspomnienie historii, które opowiadała jej matka – a co?
            -Nic – odpowiedział ponuro Jörn a wizja rychłego ślubu z Lisą zaczęła się
            zbliżać już nie wielkimi krokami, ale wręcz galopem. O dalszej przyszłości
            wolał nie myśleć.
            Przy deserze Rita rzuciła w przestrzeń:
            -To kiedy zaczynamy szukać skarbu?
            -Ty chyba już znalazłaś, hi hi – Frank nie opuścił okazji do wbicia szpileczki.
            -Tu nie ma żadnego skarbu. Pani Lusiu – baron zwrócił się po polsku do Luśki –
            prawda, że tu nie ma żadnego skarbu?
            -Ja tam nie wierzę w żadne skarby – wzruszyła ramionami – ale słyszałam to i
            owo.
            -Ale co? – baron zmarszczył brwi.
            -To nie jest przyjemna historia… - zaznaczyła Luśka i zaczęła opowiadać.
            • 06.03.06, 09:35
              „Baron to był bardzo porządny człowiek, pana… zaraz, zaraz – Luśka zastanowiła
              się przez chwilę – chyba pradziadek. Uczciwy do bólu i bardzo inteligentny.
              Moja babka była kucharką, najpierw we dworze, a potem w nowym pałacu.
              -Czyli tu? – upewnił się baron.
              -Tu, tu… - Luśka pokiwała głową – stary pałac był dużo większy i stał w
              zupełnie innym miejscu. W osiemnastym roku spłonął doszczętnie i wtedy baron
              zdecydował się zbudować nowy, mniejszy i nowocześniejszy, ten właśnie.
              Rok po przeprowadzce zmarła mu żona, przyplątało się jakieś choróbsko i nie
              dało się jej uratować. Baron został sam z dwójką dzieci. Krótko przed drugą
              wojną syn skończył studia inżynierskie, poznał pannę Tosię, zaręczył się z nią
              a w sierpniu 39 roku wzięli ślub. Potem go powołali do wojska i musiał wyjechać
              a Tosia została tutaj. Synowa się baronowi udała, bez dwóch zdań – sympatyczna,
              wykształcona i niezwykle piękna. Natomiast zięć – Luśka machnęła ręką – nie
              wiem, co pana cioteczna babka w nim widziała – zwróciła się do barona.
              Nazywał się Schmidt i to, że się wżenił w rodzinę „von” było dla niego z jednej
              strony awansem społecznym a z drugiej wieczną zgryzotą. Ubzdurał sobie, a może
              rzeczywiście miał rację, że teść nim pogardza. Jeszcze przed wojną wstąpił do
              SS, starając się zaimponować teściowi dochrapał się jakiegoś dosyć wysokiego
              stanowiska. Był jednak na tyle głupi, że kompletnie nie zauważał, co naprawdę
              myśli baron. Baronowi wcale nie podobało się to, co robi Hitler, wcale. Jednak
              po śmierci żony chciał już spokojnie dożyć starości, więc się ze swoimi
              poglądami nie afiszował.
              Podczas wojny baron mieszkał w pałacu z trzema kobietami: swoją córką, synową i
              towarzyszką synowej Esterą. Syn pracował na chwałę Rzeszy w Berlinie a zięć
              siedział w kwaterze głównej Gestapo w Warszawie. Raz po raz przyjeżdżał tutaj.
              Ludzie gadali, że zawsze zanim pojechał do pałacu to jeździł do leśniczego.
              Podejrzewali, że przywozi coś ze sobą i chowa to w lesie. Nikomu nie udało się
              go jednak podejrzeć, bo bali się go jak ognia. Jakoś w połowie wojny ktoś
              doniósł Schmidtowi, że Estera jest Żydówką. Rozpętało się piekło. Ją
              natychmiast wywieźli do obozu a na całą rodzinę padł strach. Za ukrywanie Żydów
              groziła wtedy kara śmierci. Teścia i szwagierki Schmidt nie żałowałby wcale,
              ale żonę chyba mimo wszystko kochał, więc jakoś ich z tego wyciągnął, z tym, że
              rozpanoszył się w majątku przeraźliwie. Opowiadał każdemu, kto chciał słuchać,
              co on tu pozmienia, jak już się skończy wojna i III Rzesza zapanuje nad
              światem. Latem 44 roku do pałacu przyjechał syn barona. Musiał ojcu powiedzieć
              coś ważnego, bo kilka dni po jego wyjeździe baron chodził jak struty. Pewnego
              dnia zniknął na cały dzień a wraz z nim najcenniejsze rzeczy z pałacu. Kiedy
              wieczorem się pojawił, moja babka podała mu kolację. Powiedział jej wtedy: „czy
              sprawiedliwie jest oddać śmierć za śmierć?”, babka wzruszyła ramionami, bo nie
              wiedziała do czego to przypiąć. Z urywanych słów dowiedziała się, że kiedy
              zabrali Esterę, ta była w ciąży. Niemcy zamordowali i dziecko i ją. Domyśliła
              się, że dziecko było barona, ale nic nie powiedziała. W końcu to nie była nasza
              sprawa. Następnego dnia, baron kazał spakować się wszystkim i wyjechali. Przed
              wyjazdem powiedział jeszcze mojej babce, żeby dbała o pałac i tyle go widzieli.
              Kilka dni później w pałacu pojawił się Schmidt a kiedy dowiedział się o
              wyjeździe teścia poleciał od razu do lasu. Nawet się specjalnie nie krył. Kiedy
              wrócił był blady jak kreda, w leśniczówce znalazł powieszonego gajowego. Moja
              babka do śmierci twierdziła, że to on wydał Esterę i za to baron go zabił.
              Schmidt wyjechał i od tamtego czasu nikt go już nie widział. Po wojnie ludzie
              ubzdurali sobie, że baron przeniósł gdzieś rzeczy, które zwoził Schmidt i że to
              jest właśnie ten „skarb”. Może tak było, może nie… Jak dotąd nikomu nie udało
              się nic znaleźć, ani w pałacu ani w lesie. I to wszystko". – Luśka westchnęła
              głęboko – a co się z baronem stało po wojnie?
              -Po wojnie? A… tak – obecny baron otrząsnął się lekko – udało mu się uciec aż
              pod francuską granicę. Stwierdził, że tylko tam będą bezpieczni, podobno bał
              się sowieckiej hołoty. Umarł zresztą niedługo po urodzeniu mojego ojca.
              -A Schmidt? – zapytała Lisa
              -Przeżył i znalazł ich po wojnie. Z opowieści rodzinnych wiem, że zanim
              przywitał się z żoną poszedł prosto do mojego pradziadka i zrobił mu awanturę.
              Pradziadek był już wtedy schorowany, ale wyciągnął broń i zapowiedział mu, że
              jeżeli go jeszcze kiedykolwiek zobaczy w pobliżu to zastrzeli jak psa. Schmidt
              zabrał moją cioteczną babkę i wyjechali. Od tamtego czasu nie mamy z nimi
              kontaktu, jeżeli jeszcze żyją. Jak to się stało, że nie rozkradli tego
              wszystkiego po wojnie? – zwrócił się do Luśki.
              -Jak to jak? – Luśka wzruszyła ramionami – najpierw pilnowała tego moja babka,
              później matka a teraz ja… Ruskom do szczęścia potrzebny był tylko pełny brzuch,
              jakie takie ciepło i żeby wszy po nich za bardzo nie skakały – powiedziała
              pogardliwie – opału mieliśmy aż nadto, spiżarnia też była nieźle zaopatrzona, a
              z wszami to już musieli sobie sami poradzić… Dwa tygodnie moja babka musiała
              cały pałac dezynfekować.
              -Pani babka dała radę Armi Czerwonej? – baron popatrzył na nią ze zgrozą.
              -Phi – prychnęła Luśka – a co to Armia Czerwona?
              -No, a potem? – Lisa domagała się dalszych informacji.
              -Potem pałacem zainteresowała się jakaś wysoko postawiona swołocz partyjna.
              Zrobił tu sobie daczę, ale nieszkodliwy był. Zszedł na zawał, kiedy dowiedział
              się, że jego ukochany Związek i Partia się sypią. Od jego żony kupił to
              biznesmen z Koziej Wólki. Cham i prostak, ale przynajmniej miał pieniądze.
              Ostatnio wpadł w jakieś tarapaty i musiał się pozbyć pałacu, wtedy napatoczył
              się pan…
              -To ja nie wiem – Rita wydęła usta – jest tutaj ten skarb czy go nie ma? Twój
              dziadek mówił, że jego ojciec coś tu schował przed wyjazdem...
              -Ja myślę, że jest – Frankowi oczy zalśniły jak żaróweczki – pytanie tylko:
              gdzie?
              -A ja sądzę, że nic tu nie ma – dotąd milcząca Greta włączyła się do rozmowy –
              baron sprzedał przed wyjazdem wszystkie kosztowne rzeczy i tyle. A Schmidt był
              za głupi żeby kraść „na później”.
              -Ja tam nie wiem – Luśka ciężko podniosła się z krzesła – nawet jeżeli coś tu
              jest, to jest skrwawione… Estera nie była jedyną osobą, którą Schmidt
              zaprowadził do komory gazowej.
              -Ja bym poszukała – rozmarzyła się Lisa a do niej przyłączyła się reszta
              towarzystwa z wyjątkiem Grety i Hansa.
              -Tak czy owak, zostajemy – stwierdziła Rita, po krótkiej acz burzliwej
              dyskusji – jest skarb to go znajdziemy. Nie ma, to sobie przynajmniej
              odpoczniemy na łonie natury.
              • 07.03.06, 10:30
                Dzień nie zaczął się tak jak zwykle. Niby wszystko było w porządku, ale gdzieś
                pod powierzchnią, leciutkie i prawie nieuchwytne czaiło się napięcie. O choćby
                pogoda, mimo, że pierwszy lipcowy poranek wstał słoneczny i piękny, to w
                powietrzu czuć było nadchodzącą burzę. Podobnie było w pałacu. Około dziewiątej
                całe towarzystwo zebrało się w jadalni na śniadaniu. Wszyscy byli dla siebie
                uprzedzająco grzeczni, zbyt grzeczni, żeby można to było uznać za naturalne.
                Milczenie przerywały jedynie banalne uwagi o pogodzie i prośby o sól, dżem,
                kawę.
                -Historia nas w końcu dopadła – Frank powiedział głośno to, o czym myśleli
                wszyscy – nie spodobało nam się to, co usłyszeliśmy, nieprawdaż? – dodał
                uśmiechając się złośliwie.
                -Nie wiem, o co ci chodzi – Rita wzruszyła ramionami – było, minęło…
                -Wiesz kochanie – Frank nachylił się do niej - ale to byli nasi dziadkowie,
                pradziadkowie. Krew z krwi i kość z kości…
                -I co z tego? – Hans wzruszył ramionami – Rita ma rację, nie ma co wracać do
                przeszłości.
                -Zwłaszcza, że i tak nie mieliśmy na nią wpływu – dodał gwałtownie Jörn.
                -Nie… - Frank odchylił się na oparcie i popatrzył na resztę spod zmrużonych
                powiek – ale istnieje coś takiego jak genetyka. Przyznajcie się, nie
                zastanawialiście się przypadkiem przez całą noc, czy w określonej sytuacji nie
                stalibyście się kimś takim jak Schmidt?
                -Przestań – krzyknęła Greta i wybiegła z pokoju.
                -No to się doigrałeś – mruknął baron – jej pradziadek był w SS. Po wojnie
                został skazany i rozstrzelany za zbrodnie wojenne.
                -Ups, przepraszam – ton Franka bynajmniej nie wyrażał skruchy, wręcz przeciwnie
                odnosiło się wrażenie, że doskonale wiedział, co mówi.
                Greta biegła na oślep, byle dalej od nich wszystkich a zwłaszcza od
                świdrujących oczu Franka. Zatrzymał ją dopiero niewielki drewniany płotek.
                Oparła się o niego i zaczęła zanosić się płaczem. Po chwili ktoś delikatnie
                dotknął jej ramienia.
                -Co się pani stało? – Antek właśnie wychodził do pracy, ale tak rozpaczliwie
                łkająca dziewczyna, oparta o ogrodzenie warzywniaka jego matki nie mogła nie
                wzbudzić w nim tkliwego odruchu – no, niech pani nie płacze, to na pewno nic
                strasznego – gładził ją uspokajająco po ramieniu.
                Greta nie rozumiała ani słowa z tego, co do niej mówił, szóstym zmysłem wyczuła
                jednak przyjazną duszę, odwróciła się a Antek odruchowo przytulił ją do siebie.
                Chwilę później w tej samej pozycji zastała ich Luśka.
                -Co tu się dzieje? Coś ty jej zrobił? – Luśka wiedziała doskonale, chociaż nie
                z autopsji, że jak kobieta płacze to winny zawsze jest mężczyzna.
                -Nic… - Antek spróbował odsunąć od siebie łkającą Gretę, ale ta tylko jeszcze
                bardziej przytuliła się do marynarki jego munduru – wyszedłem z domu, a ona
                stała tu i płakała.
                Kolejna próba dowiedzenia się powodu takiego potoku łez również zakończyła się
                fiaskiem. Luśka w końcu zadziałała po swojemu. Oderwała Gretę od syna, wręczyła
                jej paczkę chusteczek higienicznych i ostrym głosem kazała doprowadzić się do
                porządku. Antek został oddelegowany do pracy a obie panie ruszyły do pałacu,
                jedna energicznie i z własnej woli a druga niezupełnie. Po kilku minutach
                sytuacja została wyjaśniona.
                -Czy wyście zupełnie powariowali? – Luśka siłą rzeczy zwracała się do barona –
                co wam strzeliło do głowy, żeby wyciągać takie stare sprawy? Mało macie innych
                problemów?
                -Niech pani na mnie nie krzyczy – baron spojrzał żałośnie na Luśkę – tak jakoś
                wyszło…
                -Przecież nie chcieliśmy – Lisa włączyła się do dyskusji – nie wiedzieliśmy, że
                jej pradziadek…
                -Nie można obwiniać dzieci za grzechy ojców – kategorycznie stwierdziła Luśka i
                tym samym ucięła dyskusję.
                Nie mogła wiedzieć, że już niedługo okaże się, że stwierdzenie to jakkolwiek
                szlachetne, nie zawsze jest prawdziwe. Czasem zła krew pozostaje złą poprzez
                pokolenia.
                ***
                Awantura przy śniadaniu odbijała się czkawką przez cały dzień. Na nic zdały się
                starania Luśki, żeby załagodzić sytuację. Towarzystwo siedziało nabzdyczone w
                salonie i w bawialni, prawie się do siebie nie odzywając. W końcu Luśka też
                machnęła na nich ręką i zabrała się za przygotowanie obiadu. Właśnie obierała
                ziemniaki, kiedy do kuchni weszła Lisa. Pokręciła się trochę tam i tu, skubnęła
                listek sałaty, zajrzała do lodówki…
                -Ciociu – usiadła w końcu po drugiej stronie stołu – czy ty byś mogła mi coś
                doradzić?
                -Pewnie bym mogła – Luśka spojrzała na nią uważnie – chodzi o tego fałsz... no,
                Jörna?
                Lisa w milczeniu pokiwała głową a potem wyrzuciła z prędkością pepeszy:
                -Bo widzisz, ja go tak strasznie kocham i chcę go mieć dla siebie. Chcę wyjść
                za niego za mąż i urodzić mu dzieci… Na początku wydawało mi się, że on… no
                wiesz ciociu, mówił, że mnie kocha – powiedziała szeptem – a potem wszystko się
                jakoś zepsuło – dokończyła ponuro.
                -Pewnie jak zaczęłaś mówić o ślubie? – Luśka stwierdziła domyślnie.
                -Yhm… - Lisa pokiwała smętnie głową – zastanawiam się czy nie zajść w ciążę.
                -Boże Broń – ciotka miała jednak więcej życiowego doświadczenia niż
                siostrzenica.
                -To co ja mam zrobić?
                -Metody są dwie – Luśka zamyśliła się przez chwilę – siłowa i podstęp. Siłowa
                jest oczywiście skuteczniejsza – powiedziała filozoficznie i spojrzała na Lisę –
                ale potem trzeba ją już stosować przez całe życie.
                -A podstęp?
                -Podstęp też jest niezły, pod warunkiem, że się nie wyda. Z tym – zastrzegła
                się – że nie zawsze się udaje. Lisa, ale ty go naprawdę chcesz? Ja tam nie mam
                do niego zaufania – Luśkę gryzło jeszcze upokorzenie pierwszych kontaktów z
                fałszywym baronem.
                -Chcę – odpowiedziała jej siostrzenica nieuważnie – to, co z tym podstępem.
                Powiesz mi?
                -Powiem – Luśka wzruszyła ramionami, odstawiła obrane kartofle i przedstawiła
                Lisie plan zdobycia upragnionego męża.
                Kiedy zadowolona Lisa wybiegła z kuchni Luśka westchnęła, przypomniała sobie
                ile wysiłku kosztowało ją zdobycie Jacusia. Te trzydzieści kilka lat temu nie
                miała jeszcze takiego silnego usposobienia jak teraz, aczkolwiek przejawiała
                naturalne zdolności w tym kierunku. Jacuś, mimo całej swej łagodności i
                potulności, a może właśnie dlatego, był trudnym orzechem do zgryzienia. Wywijał
                się jak piskorz i już prawie udało mu się uciec od zakochanej w nim kobiety,
                kiedy do akcji wkroczyła mamusia Luśki. Z nimi dwiema biedak nie miał szans,
                złożył broń, wywiesił białą chusteczkę i trzy miesiące później został
                szczęśliwym mężem. „I jest nim do dzisiaj” – Luśka stwierdziła z satysfakcją
                niezmąconą żadnym złym przeczuciem.
                • 08.03.06, 13:31
                  Burza zbliżająca się przez cały dzień, nadciągnęła w te malownicze okolice tuż
                  przed północą. Na chwilę ucichło wszystko, parnego powietrza nie mącił
                  najdrobniejszy powiew. Nawet komarzyce, te najbardziej krwi żądne osobniki
                  przyczaiły się w ukryciu. Dokładnie o północy uderzył pierwszy piorun, sekundę
                  później ciszę rozdarł grzmot i rozpadało się na dobre. Przedstawienie było
                  doprawdy wspaniałe – klasyczne „światło i dźwięk”. Niestety nikt, poza
                  zwierzętami leśnymi i błąkającymi się po okolicy kundlami, nie mógł go
                  podziwiać. Zarówno w pałacu jak i w oficynie prawie wszyscy spali snem
                  sprawiedliwego.
                  Gretę obudził błysk pioruna. Właściwie to nie bała się burzy, ale wolała jednak
                  zostać w łóżku, szczelniej otulając się kocem. Już prawie zasypiała ponownie,
                  kiedy poczuła, że absolutnie natychmiast musi zrobić dwie rzeczy: pić i udać
                  się do toalety – kolejność obojętna. O ile z piciem nie byłoby problemu, bo
                  butelkę z wodą trzymała zawsze przy łóżku, to z toaletą było gorzej. Nie
                  wszystkie sypialnie w pałacu posiadały własne toalety. Niektóre, w tym właśnie
                  pokój Grety, były przypisane do wspólnej łazienki dla gości, która znajdowała
                  się za zakrętem korytarza. Natura jest nieubłagana i tak czy inaczej Greta
                  musiała wstać. Wsunęła nogi w kapcie, narzuciła na siebie praktyczny frotowy
                  szlafrok i ruszyła do łazienki. Już miała otworzyć drzwi pokoju, kiedy
                  usłyszała dobiegający z korytarza dziwny dźwięk. Coś jakby grzechotanie metalu
                  o metal, szczęk łańcuchów i następujące po tym przeciągłe wycie. Przez chwilę
                  dźwięki te narastały a potem nagle ucichły. Greta mrucząc do siebie „jestem
                  racjonalistką, nie wierzę w duchy” uchyliła delikatnie drzwi i spojrzała w głąb
                  korytarza. Panującą ciemność rozpraszało jedynie światło księżyca wpadające
                  przez duże okno wieńczące klatkę schodową. Poza tym wszystko wyglądało
                  dokładnie tak jak zwykle. Nasza bohaterka wzruszyła ramionami, otuliła się
                  szlafrokiem i szybkimi krokami podążyła w stronę łazienki. Po kilku minutach
                  mogła już z ulgą wrócić do swojego pokoju. Wyszła z zakrętu korytarza i
                  zamarła. Kilka metrów przed nią, dokładnie w blasku padającej księżycowej
                  poświaty stała zjawa. Wysoka, spowita w biel, świeciła własnym światłem. Nagle
                  do wizji dołączyła fonia. Zjawa zaczęła wydawać z siebie dźwięki podobne do
                  tych, które Greta słyszała przed wyjściem z pokoju. W tym momencie Greta
                  poczuła, że się dusi od wstrzymywanego oddechu. Odetchnęła głęboko a wraz z
                  świeżym, rześkim po burzy powietrzem, nabrała straceńczej odwagi.
                  -Duchów nie ma! – wrzasnęła przeraźliwie i rzuciła się na zjawę. W tym momencie
                  usłyszała huk, poczuła uderzenie i coś jakby oparzenie na swoim prawym
                  ramieniu. Chwilę później biały szlafrok zaczął nasiąkać krwią. Na jej widok
                  Greta osunęła się słabo na ziemię i zemdlała.
                  Kiedy się ocknęła, zobaczyła nad sobą zaniepokojone twarze przyjaciół.
                  -Co się stało? – chciał dowiedzieć się baron a jednocześnie Lisa zapytała:
                  -Jak się czujesz?
                  -Widziałam ducha, a potem coś mi się stało w ramię – odpowiedziała słabo.
                  -Ducha?! – Rita w odróżnieniu od Grety wierzyła w duchy i bała się ich
                  panicznie – jak to ducha? – szarpnęła barona za ramię – nie powiedziałeś mi, że
                  tu straszy!
                  -Zostawmy to na później – wpadł jej w słowo Jörn – ważniejsze jest to, że ktoś
                  strzelał do Grety.
                  -Oszalałeś? – Lisa spojrzała na niego niepewnie.
                  -Popatrz tutaj – delikatnie dotknął ramienia Grety – musimy natychmiast wezwać
                  pomoc.
                  Jedyną osobą, którą można było wezwać na pomoc, jaka przyszła baronowi na myśl
                  była Luśka. Kilka minut później sytuacja była już opanowana. Greta z
                  prowizorycznym opatrunkiem na ramieniu została przez Antka odwieziona do
                  pobliskiego szpitala. Lisa i baron pojechali z nimi. Na placu boju pozostali
                  tylko sami Niemcy i Luśka, która musiała się wszystkiego dowiedzieć.
                  -Co tu się stało? – zapytała Jörna, który stał najbliżej – i dlaczego ona tak
                  krzyczy? – wskazała na Ritę, która od momentu usłyszenia o duchu zaczęła
                  zachowywać się co najmniej dziwnie.
                  -Ona mieć strach vor Geist.
                  -Jaki Geist? – Luśka zmarszczyła brwi.
                  -No, taka…. osoba, co nie żyć….
                  -Trup?
                  -Was? Nein… dłuuuuugo nie żyć.
                  -Stary trup? – Luśka traciła powoli cierpliwość.
                  -Nein…. Taki osoba – Jörn zaczął w jego mniemaniu pokazywać ducha. Zachwiał się
                  i płynnym ruchem przebiegł po pokoju, żeby po chwili wyszczerzyć zęby i wydać z
                  siebie przeciągłe wycie. Dla Luśki i reszty zgromadzonych wyglądało to trochę
                  jak konający łabędź połączony z Drakulą.
                  -Uuuu… - zawtórowała mu Rita – das was Estera!
                  -Jaka znowu Estera? – Luśka zdenerwowała się na dobre. Rzuciła spojrzenie na
                  Ritę, która ciągle nie mogła się uspokoić i po chwili zaserwowała jej jedyny
                  środek jaki miała pod ręką.
                  -Pij – podała Ricie szklankę wypełnioną do połowy czystą wódką wyborową. Rita
                  sądząc, że jest to woda wypiła zawartość szklanki duszkiem a potem zaczęła się
                  krztusić.
                  -Wódka świetnie pomaga na duchy – stwierdziła Luśka pouczająco, poklepała Ritę
                  po plecach i odwróciła się do Jörna.
                  -Ona widziała ducha?
                  -Nein. Greta widzieć ducha, krzyczeć a potem jemand… - zawahał się.
                  -Co? – Luśka nie popuszczała.
                  -Jemand hat Feuer auf ihr gegeben – Jörn spojrzał przepraszająco a potem
                  wyciągnął prawą rękę, złożył palce w kształt rewolweru i skierował w stronę
                  Luśki – pif paf.
                  -Duch pif paf?! – Luśce udzielił się sposób komunikacji Niemca, ale ten tylko
                  wzruszył ramionami – no to kto i gdzie jest ten duch? zainteresowała się od
                  razu Luśka ale na te dwa ostatnie pytania dostała równie wyczerpującą
                  odpowiedź.
                  -Zwariować można z tymi Niemcami – mruknęła pod nosem i przykryła Ritę, która
                  tymczasem osunęła się na kanapę i zapadła w sen – duchy sobie wymyślają.
                  Rozejrzała się jeszcze po pokoju ale nie licząc Rity była sama. Jörn wymknął
                  się przed chwilą a Hans i Frank zniknęli na samym początku rozmowy. W pałacu
                  nie było już nic do roboty, więc Luśka podążyła do domu, przysięgając sobie
                  wydobyć wszystkie szczegóły dotyczące tego dziwnego zajścia od Antka, albo od
                  barona. A najlepiej od obydwu.
                  • 10.03.06, 14:06
                    Nazajutrz ale nie całkiem tak z samego rana, pałacowe towarzystwo zebrało się w
                    jadalni na posiłku, który przy odrobinie dobrej woli i oślego uporu można by
                    nazwać śniadaniem. Zdrowy, długi sen i jasno świecące słońce wdzierające się
                    przez muślinowe, kunsztownie upięte firanki spowodowały, że groza nocnych
                    wydarzeń zbladła. Gdyby nie opatrunek na ramieniu Grety, nocną wizytę ducha,
                    zaliczono by do kategorii majaków sennych i potraktowano lekceważąco. Biały
                    bandaż kłuł jednak w oczy.
                    -Jak to się właściwie stało? – zapytał troskliwie baron, ściągając na siebie
                    gniewne spojrzenie Rity.
                    -Opowiadałam wam już mnóstwo razy – Greta sięgnęła po dzbanek z kawą –
                    zobaczyłam ducha, chciałam go pogonić, ktoś mnie postrzelił i zemdlałam.
                    -Ale kto cię postrzelił? Duch czy ktoś inny? – Jörn drążył temat.
                    -Duch nie – odpowiedziała zdecydowanie poszkodowana.
                    -Nie możesz być tego pewna, było ciemno – wytknęła jej Rita zbolałym głosem.
                    Delikatna niemiecka głowa nie była chyba przyzwyczajona do wysokogatunkowych
                    wódek z rodziny wyborowych.
                    -Świecił księżyc – mruknęła Lisa.
                    -Nie widziałam broni, a poza tym wydaje mi się, że strzał padł z tyłu –
                    stwierdziła jednocześnie Greta.
                    -Czyli ktoś musiał stać za tobą na szczycie klatki schodowej – Frank popatrzył
                    na nią zamyślony – zatem kula…
                    -Powinna być w boazerii – dokończył baron.
                    Sekundę później na klatce schodowej słychać było tupot pięciu par nóg. Dwie
                    pary i przynależące do nich kobiety zostały przy stole. Rita raz zszedłszy ze
                    schodów nie zamierzała już ich dzisiaj bez potrzeby pokonywać ponownie a Gretę
                    bolała ręka. Fakt, że do chodzenia służą raczej nogi nie miał dla niej chwilowo
                    większego znaczenia. Nie życzyła sobie oglądać żadnej kuli i już.
                    -Nie ma, szlag by to trafił – baron był wyraźnie wściekły – a dziura po kuli
                    jest tak rozbabrana, że nie można będzie ustalić, co to była za broń.
                    -Tak w ogóle to nie wydaje się wam to dziwne? – do dyskusji włączyła się Lisa. –
                    Duchy, strzelanina…
                    -Dziwne jak cholera – przytaknął Jörn – jakoś nie potrafię sobie wyobrazić
                    powodu, dla którego ktoś strzelał do Grety.
                    -To akurat jest proste – nonszalancko stwierdził Frank – ktoś chciał
                    powstrzymać Gretę przed sprawdzeniem, kto kryje się pod fikuśnym
                    prześcieradłem, dlatego ją postrzelił. Gdyby chciał ją zabić trafiłby bez
                    pudła. Stąd wniosek, że raczej nie chodziło o zabójstwo.
                    -No to o co? – zdenerwowała się Rita – i z tego co mówisz wynika, że duch miał
                    uzbrojonego wspólnika.
                    -Albo wspólniczkę – mruknął Frank i po kolei spojrzał uważnie na trzy siedzące
                    przy stole kobiety. Odpowiedziało mu urażone spojrzenie Rity, zdumione Lisy i
                    pełne politowania Grety.
                    -Uważasz, że sama się postrzeliłam? – zapytała po chwili ta ostatnia.
                    -To nie jest wykluczone – Frank uśmiechnął się złośliwie – literatura
                    kryminalna zna takie przypadki.
                    -Mieszasz fikcję z rzeczywistością, skarbie.
                    -To co teraz robimy? – umysł Hansa zmierzał do celu zawsze najprostszą drogą bo
                    i sam Hans odznaczał się niezbyt skomplikowaną osobowością – zostajemy czy
                    wyjeżdżamy?
                    -Zwariowałeś? – Frank aż sapnął z oburzenia – Wyjechać? Nie ma mowy, teraz
                    właśnie zrobiło się tu najbardziej interesująco.
                    Dyskusja rozgorzała na nowo. Pojawienie się ducha wraz z osobą towarzyszącą
                    wprowadziło wśród przyjaciół niejaki zamęt. Wszyscy zgodnie uznając zjawisko za
                    niesłychanie dziwne i tajemnicze prezentowali wszakże wobec niego dwie postawy.
                    Pierwsza frakcja optowała za tym, żeby zostać, znaleźć skarb, złapać ducha,
                    złoić mu skórę i ewentualnie potem sprawdzić, kto się pod niego podszywał.
                    Drugi odłam, złożony z Rity, Grety i Hansa, twierdził, że najlepiej będzie
                    uciekać gdzie pieprz rośnie, w tym przypadku na bezpieczne łono ojczyzny
                    zaczynającej się tuż za Odrą. Nie wiadomo jak zakończyłaby się ta dyskusja, bo
                    siły były wyrównane, przy czym baron, zauważający własny interes w
                    natychmiastowym wyjeździe Rity, zaczął przechylać szalę na rzecz drugiej opcji,
                    gdyby nie ręka Opatrzności objawiająca się w tym przypadku telefonem. Baron był
                    już dużym chłopcem, niemniej jako jedynak cieszył się nieustającymi oznakami
                    ogromu miłości macierzyńskiej przepełniającego jego matkę. Baronowa von
                    Dupersztangiel była rodowitą Niemką i nie rozumiała do końca fascynacji swojego
                    syna Polską. Fakt, że przynajmniej w jednej czwartej był Polakiem jakoś nie
                    miał do niej dostępu. Jako dopust boży przyjęła to, że babka Tosia nauczyła go
                    mówić po polsku, ale już kupno pałacu Manfred musiał trzymać przed nią w
                    głębokiej tajemnicy. Poinformował ją o swoim nowym zakupie dopiero przed
                    wyjazdem, wybuchła kłótnia w wyniku której baronowa stwierdziła, że już nigdy w
                    życiu nie odezwie się do syna. Nigdy! Nie zadzwoni nawet na łożu śmierci.
                    Wytrzymała niecały tydzień.
                    -Witaj kochanie! Co u ciebie?
                    -Mama? A, nic ciekawego… Wczoraj w nocy pokazał się nam duch i ktoś postrzelił
                    Gretę, a poza tym spokój.
                    Nie wiadomo, czego spodziewał się baron, ale na pewno nie tego, że jego matka
                    straci głos. Przez dłuższą chwilę w słuchawce panowała niczym niezmącona cisza.
                    -Nic ci się nie stało? – zapytała w końcu słabym głosem.
                    -Nie, ale wiadomo czy dzisiaj w nocy znowu ktoś się nie włamie – baron
                    stwierdził beztrosko.
                    -To było włamanie?
                    -Raczej tak. Chyba, że podejrzewasz o takie głupie żarty kogoś z moich
                    znajomych – opowiedział jej w krótkich słowach, co dokładnie się stało.
                    -A może to była ta sama osoba, która przed kilkoma laty włamała się do nas? –
                    baronowa do tej pory nie mogła otrząsnąć się na widok rozbebeszonego gabinetu,
                    jaki ukazał jej się pewnego pięknego ranka. – Nigdy go nie złapali i do dzisiaj
                    nie wiadomo, czego wtedy szukał. Przecież wszystkie papiery rodzinne twój
                    ojciec od zawsze trzyma w swoim banku…
                    -Jakie papiery? – baron przerwał jej bezceremonialnie.
                    -Nie wiesz? Wszystkie najważniejsze rzeczy: akty notarialne, jakieś notatki
                    twojego pradziadka, pamiętniki twojej babci i takie tam różności.
                    -Dużo tego jest? – matka miała rzadki talent do zaskakiwania go najmniej
                    oczekiwanymi informacjami w najmniej stosownych momentach.
                    -Nie wiem dokładnie, bo co?
                    -Mamo – baron walczył chwilę sam ze sobą – nie mogłabyś mi tego przywieźć?
                    -Jak mi ojciec pozwoli to pewnie bym mogła, ale po co ci to?
                    -Potrzebne – uciął krótko jej syn i zapytał – kiedy możesz tu być?
                    -Choćby jutro – baron mógłby przysiąc, że wzruszyła ramionami – to co, jesteśmy
                    umówieni?
                    Chcąc nie chcąc baron musiał potwierdzić. Myśl, że będzie musiał znosić naraz
                    dwie kobiety, z których przynajmniej jedna kochała go nad życie a druga niezbyt
                    umiejętnie miłość symulowała, była z lekka wstrząsająca. Oznaki obu tych uczuć
                    były niesłychanie męczące. Przez chwilę zamajaczyła mu się myśl napuszczenia
                    ich obu na siebie, ale po chwili z westchnieniem przypomniał sobie, że niezbyt
                    za sobą przepadają. W każdym razie sprawa została przesądzona. Towarzystwo
                    musiało zostać w pałacu przynajmniej do czasu przybycia baronowej i przejrzenia
                    dokumentów. „A potem się zdecyduje” – zgodzono się prawie jednogłośnie.
                    ***
                    W tym czasie w oficynie wściekła Luśka skończyła lepić pierwszą setkę pierogów.
                    Od Antka się niczego nie dowiedziała, bo zaraz z samego rana pojechał na
                    komisariat. W pałacu z kolei rano nie było żywego ducha. Wszyscy jak jeden mąż
                    spali w swoich pokojach. Przygotowała im śniadanie i pojechała na plotki do
                    sklepu. Na jej widok sklepowa Stacha zapytała:
                    -Przyjechałaś po mąkę?
                    -Nie, bo co? – Luśka wzruszyła ramionami.
                    -Bo słyszałam, że ci się goście na pierogi szykują – Stacha szepnęła
                    konfidencjonalnie i przekazała przyjaciółce najnowsze wiadomości, jakie
                    wyczytała na forum.
                    -Muszę
                    • 13.03.06, 12:01
                      Wiadomość o nowych dokumentach zelektryzowała całe towarzystwo. Męcząca noc
                      odeszła w zapomnienie i nagle wszyscy zapragnęli udać się na rekonesans.
                      Ostatecznie, jeżeli coś było schowane na terenie majątku to na pewno nie w
                      pałacu. Piękny słoneczny poranek i rześkie po burzy powietrze zachęcały do
                      spacerów.
                      -Może się podzielimy? – zapytała niewinnie Rita i spojrzała spod rzęs na barona.
                      -Świetny pomysł – nieoczekiwanie poparł ja Frank.
                      -To my z Gretą pokrążymy tutaj blisko pałacu. Co ty na to? – Lisa zwróciła się
                      do Grety ale ukradkiem zerknęła na Jörna. Wyglądał jakby nie wierzył własnym
                      uszom.
                      -No to ustalone – Rita pociągnęła barona za ramię – Manfred i ja pójdziemy… -
                      zawahała się przez chwilę – pójdziemy nad jezioro.
                      -Hans, Frank a wy?
                      -Ja zostanę w pałacu – Frank skrzywił się lekko – chyba śniadanie mi
                      zaszkodziło.
                      -To trzeba było tyle nie jeść. Zresztą ty w ogóle powinieneś przejść na dietę –
                      z fałszywą troską zauważyła Greta, która nie mogła mu darować posądzenia o
                      oszustwo.
                      W końcu towarzystwo ruszyło w plener. Rita z baronem w lewo drogą nad jezioro,
                      Lisa z Gretą podjazdem w kierunku drogi do wsi a Hans i Jörn podążyli do lasu
                      rozciągającego się za nieco obecnie zaniedbanym ogrodem i bardzo zaniedbanym
                      parkiem. Prawie każde z nich miało nieco inne plany niż szukanie skarbu.
                      Frank na przykład, kiedy tylko przyjaciele znikli mu z oczu, stracił
                      natychmiast zbolałą minę i energicznym kurcgalopkiem ruszył do pałacu. Cel
                      przyświecający Ricie był znany absolutnie wszystkim nie wyłączając barona. Lisa
                      również nie poświęcała się specjalnie poszukiwaniami, właśnie rozpoczęła
                      realizację planu, który miał ja doprowadzić do upragnionego ołtarza i nie
                      zwracała uwagi na głupoty. Gretę bolała ręka a jeszcze bardziej zraniona duma.
                      Wczorajszej nocy Antek się nią zajął tak troskliwie a dzisiaj co? „Nawet nie
                      przyszedł zapytać jak się czuję” – myślała ponuro. Co planował Hans, tego nie
                      wiedział nikt, prawdopodobnie nawet on sam. Tak więc jedynymi osobami, które w
                      miarę poważnie podeszły do poszukiwań byli baron i Jörn. Ale to nie im trafiło
                      się najważniejsze odkrycie.
                      Lisa z Gretą przeszły przez podjazd, doszły do głównej drogi prowadzącej na
                      prawo do wsi a na lewo do niewielkiego miasteczka i zawahały się. Jak dotąd nie
                      natrafiły na nic ciekawego, ale były tak zatopione we własnych myślach, że nie
                      zauważyłyby skrzyni ze skarbami, nawet gdyby się o nie potknęły. Rozejrzały się
                      i stwierdziły, że lewa strona wygląda bardziej zachęcająco. Ruszyły poboczem
                      wzdłuż ogrodzenia okalającego park. Po kilkunastu minutach marszu doszły do
                      rozwidlenia dróg. Główna odchylała się nieco na prawo, na lewo prowadziła droga
                      wprawdzie asfaltowa ale o szerokości pozwalającej na wyminięcie się zaledwie
                      dwóch, niezbyt tłustych koni. O innych pojazdach nie było mowy. Lewa strona
                      tego, prawie że leśnego duktu, była ograniczona parkanem a po prawej zaczynał
                      się las. Obie kobiety odruchowo ruszyły na lewo. Droga była całkiem przyjemna.
                      Rozłożyste korony drzew chroniły przed słońcem, śpiewały ptaszki a w powietrzu
                      czuć było lekki sosnowy zapach. Idealne miejsce na przedobiedni spacer. Jakiś
                      kilometr od rozwidlenia na poboczu od strony lasu zauważyły niewielką polankę.
                      Służyła chyba za miejsca parkingowe dla grzybiarzy i chcących zażyć świeżego
                      powietrza, bo nie rosło na niej nawet źdźbło. Były natomiast świeże ślady opon.
                      Poprzedniej nocy ktoś zaparkował się na polance tuż przed burzą, wyjeżdżał
                      jednak już po ulewie. Do rana błoto nieco zaschło, ale ślady manewrów były
                      doskonale widoczne.
                      -Zobacz – Lisa przykucnęła i z nosem przy ziemi próbowała odtworzyć ruchy
                      samochodu – wjechał tu, a potem próbował zawrócić, ale się nie zmieścił i
                      musiał się trochę cofnąć.
                      -Wjechała i musiała – uściśliła Greta.
                      -Co?
                      -To była kobieta – Greta wskazała Lisie prawie rozdyźdane ale jednak
                      wyróżniające się ślady butów.
                      -Może facet z małymi stopami –niepewnie zaoponowała Lisa.
                      -Jasne – zgryźliwie odrzekła jej przyjaciółka i podniosła leżący w trawie
                      niedopałek – facet ze stopami numer 35, palący cienkie damskie Vogue i
                      używający szminki. Swoją drogą to fajny kolor, zobacz.
                      -No fajny, ale mnie by raczej nie pasował – Lisa stwierdziła po chwili z
                      niejakim żalem.
                      -Ciekawe co to za firma. Chętnie bym sobie taką kupiła – Greta westchnęła z
                      lekką zazdrością.
                      -Jak już dorwiemy naszą tajemniczą zjawę to ją zapytasz o szczegóły – Lisa
                      porzuciła temat szminki – a teraz rozejrzyjmy się może jeszcze coś tu zostawiła.
                      Niestety kimkolwiek była osoba z samochodu nie była tak uprzejma, żeby
                      rozrzucać ślady swojej bytności na prawo i lewo. Jedyne, co udało się jeszcze
                      znaleźć to dziura w siatce, pozwalająca na przeciśniecie się na teren parku w
                      miarę szczupłej osobie.
                      -No i super – mruknęła Lisa – nie będziemy musiały drałować dookoła.
                      Do pałacu dotarły jako pierwsze, pół godziny po nich wrócili Hans i Jörn a
                      jeszcze po chwili Rita i baron. Z góry zszedł Frank, w dalszym ciągu udawał, że
                      boli go żołądek, ale błysk w oku pozwalał się domyślać, że również jego
                      poszukiwania odniosły pozytywny skutek. Nie miał jednak zamiaru dzielić się
                      swoją wiedzą z innymi a przynajmniej nie tak od razu.
                      -Nie powiem, co znaleźliśmy, bo się nie chcę wyrażać – Jörn machnął ręką –
                      trafiliśmy tylko na ruiny jakiegoś niewielkiego domu na skraju lasu nieopodal
                      jeziora i to wszystko.
                      -My mniej więcej to samo – baron był równie zniechęcony, po czym dodał z
                      ożywieniem – ale dowiedziałem się, że prawdopodobnie jestem właścicielem wyspy.
                      -Jakiej wyspy? – zainteresował się Frank.
                      -Na jeziorze, niedaleko od brzegu są dwie wyspy. Większa należy podobno do
                      majątku a mniejsza jest państwowa.
                      -Coś na nich jest? – Greta była nastawiona sceptycznie.
                      -Nie wiem – baron wzruszył ramionami – trzeba by tam popłynąć. A wam jak poszło?
                      -A my znalazłyśmy dziurę w płocie i parę innych rzeczy – Lisa opowiedziała
                      wszystkim o odkryciu. Niedopałek powędrował wokół pokoju wzbudzając
                      najróżniejsze komentarze.
                      -Hi, hi… a nie mówiłem, że strzelała kobieta – Frank cieszył się jak dziecko –
                      nie wiem tylko, czy nie ma tu wspólnika – dodał po chwili z naciskiem.
                      -Fajny kolor – Ricie, podobnie jak wcześniej Grecie i Lisie, od razu rzucił się
                      w oczy amarantowy błysk na filtrze, przy czym zauważyła coś, na co obie
                      kobiety nie zwróciły wcześniej uwagi – zobaczcie jaka trwała. Przecież ten
                      niedopałek przeleżał całą noc i pół dnia na mokrej ziemi. Cholera, kupiłabym
                      sobie taką.
                      -Nie ty jedna – Greta mruknęła pod nosem i zdrową ręką poprawiła fryzurę bo
                      zauważyła przez okno błysk niebieskiego munduru na podjeździe. Poderwała się i
                      rzuciła w przestrzeń – zaraz wracam.
                      Kilka minut później niebieski mundur Antka wraz z towarzyszącą mu błękitną
                      sukienką Grety oddaliły się w stronę jeziora. Tylko Frank, któremu rzadko co
                      umykało, powiedział złośliwie
                      -Jestem ciekawy, w jakim języku będą rozmawiać. Z drugiej strony – zastanowił
                      się przez chwilę – ostatecznie wcale nie muszą nic mówić.
                      W tym momencie Luśka zapowiedziała obiad. Na elegancki stół w jadalni wjechały
                      na równie eleganckich miśnieńskich półmiskach rodzime pierogi. Część ugotowana,
                      polana oliwą z uprażoną cebulą, część podsmażona na złoto. Na ich widok z Jörna
                      trysnął dziki entuzjazm.
                      -Ooo… Pierony rus… kie – dokończył z wysiłkiem.
                      -Ruskie to może i są pierony, ale to akurat są pierogi – sprostowała Luśka – i
                      nie wszystkie ruskie. Te są z kapustą i grzybami – wskazała na prawą stronę
                      stołu – smacznego.

                      • 14.03.06, 11:25
                        Godzina siedemnasta była dla Luśki święta. O tej porze codziennie od
                        trzydziestu lat parzyła herbatę, według sobie tylko znanej receptury,
                        przygotowywała lekki podwieczorek i przez pół godziny, czasem dłużej
                        odpoczywała. Tego dnia jednak nie mogła się do końca zrelaksować. „Złota Małpa”
                        smakowała niby tak jak zwykle, delikatne gofry z bitą śmietaną, owocami i
                        syropem karmelowym udały się nad podziw, tak samo malutkie grzaneczki z
                        masełkiem czosnkowym i serem, a jednak coś było nie w porządku. Nie chodziło
                        nawet o nocną strzelaninę. Luśka od samego początku wiedziała, że Jörn musiał
                        maczać w tym palce. Nie ufała mu i koniec. Była właśnie przy trzecim gofrze i
                        drugiej filiżance herbaty, kiedy do drzwi oficyny ktoś zapukał. Na progu stał
                        baron.
                        -Mogę wejść? – zapytał z lekkim uśmiechem.
                        -Proszę – wpuściła go do pokoju, przyniosła drugą filiżankę i talerzyk –
                        właśnie jem podwieczorek. Przyłączy się pan?
                        -Herbaty chętnie się napiję, ale po tych wspaniałych pierogach już nic więcej
                        nie zmieszczę.
                        Z wersalską uprzejmością Luśka zaprosiła gościa do stołu, wytwornym ruchem
                        podała mu filiżankę i zapytała:
                        -Co pana do mnie sprowadza? – zapytała z rewerencją bo herbata zawsze działała
                        na Luśkę łagodząco.
                        -Hmm… Pani Lusiu, nie wiem jak to powiedzieć. To znaczy, widzi pani mam zamiar
                        zostać tu dłużej i będę potrzebował pomocy – baron za wszelką cenę chciał
                        uniknąć słowa służba. Miał gdzieś tam głęboko zakodowane, że w Polsce w tak
                        zwanym międzyczasie był przewrót, władza ludu i próba zatrudnienia służących
                        nie spotka się ze zrozumieniem.
                        -Odnoszę wrażenie, że panna Rita chętnie panu pomoże – Luśka była nadal
                        nieskalanie uprzejma.
                        -No tak, ale potrzebuję kogoś do sprzątania w pałacu i jakiegoś dobrego
                        ogrodnika.
                        -Ogrodnika? Do tej pory ogrodem zajmował się mój mąż – oczy Luśki niepokojąco
                        się zwęziły – chce pan powiedzieć, że nie wykonuje dobrze swoich obowiązków?
                        -Ależ skąd – baron zaprzeczył natychmiast – tylko, że ja bym chciał… O! –
                        przyszła mu do głowy genialna myśl – chciałbym przeprojektować cały ogród i
                        park na nowo. Zależy mi na czasie, bo takie rzeczy to powinno się raczej robić
                        na wiosnę – mówił szybko sondując wyraz twarzy Luśki. Ta ostatnia z
                        namaszczeniem skończyła jeść ostatniego gofra, otarła usta koronkową serwetką i
                        powiedziała.
                        -Jednym słowem, chce pan zatrudnić firmę projektującą zieleń? I dodatkowo
                        służbę do domu?
                        -Owszem – baron sklęsł.
                        -Ile osób? – Luśka nie owijała w bawełnę.
                        -A to już jak pani uważa, bo ja chciałbym jeszcze, żeby została pani moją
                        gospodynią – popatrzył na nią prosząco.
                        Luśce wybitnie pasował taki układ. Całe życie związana była z tym miejscem i
                        nie wyobrażała sobie konieczności przeprowadzki. Zaczynać wszystko od nowa w
                        wieku pięćdziesięciu lat? Dałaby sobie radę, bo generalnie zawsze daje sobie
                        radę ze wszystkim, ale z całą pewnością wygodniej będzie zostać na miejscu.
                        Pertraktacje przebiegły pomyślnie dla obu stron i baron zaczął się żegnać.
                        -Jeszcze jedno, pani Lusiu czy jest tu jakaś łódka? – zapytał baron już przy
                        wyjściu.
                        -Z pałacowych to nie ma żadnej, swołocz partyjna bała się wody a buc budował
                        sobie jacht, z tym, że nie zdążył. Ale mój mąż z synem pływają czasem na ryby
                        więc mogą panu pożyczyć. A co, odkrył pan już wyspę?
                        -Podobno należy do majątku – stwierdził niepewnie baron.
                        -Owszem, ale nie będzie miał pan z niej wielkiego pożytku. Przed wojną stała
                        tam altana, robiono pikniki… Potem już tylko wędkarze czasem palili tam
                        ogniska, kiedy płynęli na ryby.
                        -Ognisko? – baronowi zaświeciły się oczy – jak pani myśli, dałoby się zrobić
                        ognisko dzisiaj?
                        -Czemu nie – Luśka wzruszyła ramionami – trzeba tylko znaleźć suche drewno, bo
                        po wczorajszej ulewie może być problem.
                        ***
                        Wyspa była całkiem spora i na pierwszy rzut oka robiła wrażenie zdziczałej.
                        Bujna roślinność przywoływała na myśl puszczę amazońską, ale pod wszędobylskimi
                        trzcinami, bluszczem i kolczastymi jeżynami widać było, że rosnące na wyspie
                        rośliny zostały starannie dobrane i stanowiły komplet z pałacowym parkiem. Po
                        altanie, o której wspominała Luśka pozostało już tylko miejsce - piękna polana,
                        otoczona bukami, rozszerzająca się w niewielką plażę, z której wychodził w
                        jezioro niewielki pomościk. Wychodził przed laty, bo teraz pozostało już tylko
                        po nim kilka bali wystających z wody.
                        Propozycja ogniska na wyspie została przyjęta z entuzjazmem. I oto, osiem osób
                        siedziało właśnie wokół trzaskającego ognia, popijało piwo i piekło kiełbaski.
                        Ziemniaczki elegancko zawinięte w srebrną folię czekały na swoją kolejkę.
                        Toczące się rozmowy raz po raz przerywał wybuch śmiechu, tylko Jörn siedział
                        markotny z boku.
                        -Spalisz ją – baron podszedł do przyjaciela i podał mu kolejną puszkę.
                        -O cholera – Jörn pośpiesznie obrócił kij z nabitym na niego kawałkiem kiełbasy.
                        -Co jest? – zapytał baron.
                        -Nic – mruknął jego przyjaciel w odpowiedzi. Po chwili milczenia wybuchnął – ja
                        już nie rozumiem kobiet.
                        -Lisa?
                        -Lisa, Lisa, no sam popatrz – machnął ręką w bliżej nieokreślonym kierunku –
                        wcześniej bawiła się w tłumacza dla tego policjanta i Grety a teraz siedzi z
                        Hansem i Frankiem i gada nie wiadomo o czym.
                        -Wiadomo - baron uśmiechnął się złośliwie – o duchu. Frank chyba coś wie na ten
                        temat. Wypytuje wszystkich jak leci.
                        -Manfred, tu jest wspaniale – Lisa pojawiła się znienacka obok nich – wcale ci
                        się nie dziwię, że chcesz tu zamieszkać. Nie wiem tylko czy Rita będzie
                        zadowolona.
                        -Mam nadzieję, że nie – wyrwało się baronowi ze szczerego serca.
                        -Dobrze się bawisz? – Lisa zwróciła się do Jörna.
                        -Jasne. Chcesz kiełbasę? – zapytany podsunął jej pod nos rezultat swoich
                        działań z ostatnich minut. Lisa spojrzała ze zdumieniem na surowe z jednej
                        strony i spalone na węgiel z drugiej pętko i stwierdziła pośpiesznie;
                        -Dzięki, ale nie. Mam swoją po drugiej stronie, Hans mi pilnuje – uśmiechnęła
                        się przepraszająco i zniknęła.
                        -Sam widzisz – Jörn był wyraźnie zły – jak tak, to nie można się było od niej
                        opędzić. Planowała ślub, trójkę dzieci, nawet imiona miała dla nich wybrane –
                        nie wiadomo dlaczego to akurat napełniało go największym rozgoryczeniem – a
                        teraz mnie olewa. Dzisiaj rano powiedziała mi, że musi ode mnie odpocząć i
                        zastanowić się nad naszym związkiem.
                        -No ale przecież o to ci chodziło – baron ostrożnie obrócił swoją pieczeń –
                        masz święty spokój i jeszcze ci źle?
                        -W ogóle się nie znasz na kobietach – Jörn popatrzył na niego z politowaniem –
                        jak mówią, że chcą odpocząć, to znaczy że mają kogoś innego na oku. Lisa też
                        ma, tylko nie wiem o kogo jej chodzi: o Hansa czy o Franka. Ale się dowiem –
                        powiedział złowieszczo.

                        • 14.03.06, 11:28
                          Następnego dnia około południa na podjeździe pojawił się elegancki czarny
                          samochód, z którego wysiadła nobliwie wyglądająca kobieta. Z nienagannej
                          fryzury nie odstawał nawet jeden włos, a kostium mimo kilkugodzinnej jazdy
                          miała bez jednego zgniecenia. Z ciekawością spojrzała na fasadę pałacu a stan
                          ogrodu i parku skwitowała lekkim skrzywieniem ust. Podeszła do bagażnika,
                          wyjęła z niego małą elegancką torebkę oraz skrzynkę na narzędzia, która
                          pasowała do jej stroju mniej więcej jak wół do karety i podążyła do głównego
                          wejścia.
                          -Mama? Już jesteś? – baron podniósł się niemrawo z szezlonga, na którym
                          odreagowywał poprzedni wieczór.
                          -Witaj kochanie – uśmiech złagodził nieco twarde rysy kobiety – wyjechałam
                          wcześniej.
                          -Dlaczego przyniosłaś do domu narzędzia? – baron dopiero teraz zauważył
                          niezwykły bagaż swojej matki – potrzebne ci są do czegoś? - zapytał z
                          zaciekawieniem.
                          -No właśnie – baronowa wyraźnie się zdenerwowała – co się dzieje w tej Polsce?!
                          Okradli mnie po drodze! – odstawiła z hukiem skrzynkę na stół i przywitała się
                          z pozostałymi osobami.
                          -Ukradli pani samochód? – Frank spojrzał na nią z lekką zgrozą.
                          -Jaki tam samochód – mruknęła zniecierpliwiona – papiery mi ukradli.
                          -Te papiery? – Lisa i Jörn wykrzyknęli równocześnie.
                          -A właśnie nie – baronowa uśmiechnęła się z satysfakcją – inne…
                          -Opowiedz może po kolei – uprzejmie ale stanowczo zaproponował jej syn.
                          -Pokłóciłam się wczoraj z twoim ojcem, tak a propos. Przypomnij mi, że się do
                          niego nie odzywam – baronowa usiadła wygodniej, nie spuszczając jednak oka ze
                          skrzynki – wyobraź sobie, że nie chciał mi dać tych dokumentów. Bał się, że
                          mnie napadną – sapnęła oburzona – w końcu jakoś doszliśmy do porozumienia.
                          Zapakował je do skrzynki na narzędzia a obok do bagażnika wstawił karton z
                          jakimiś papierowymi śmieciami ze swojej kancelarii. Wyglądało to nawet
                          podobnie. Kazał jechać bez zatrzymania aż do ciebie.
                          -No i co dalej? – Frank zapytał z wypiekami na twarzy.
                          -No i oczywiście go nie posłuchałam, musiałam się po drodze napić kawy, trochę
                          odświeżyć – baronowa była wyraźnie urażona supozycją, że pokaże się synowi i
                          jego towarzystwu bezpośrednio po kilku godzinach jazdy samochodem. Żadna siła
                          na świecie by jej do tego nie zmusiła, a co dopiero mąż.
                          -I?
                          -Tutaj niedaleko zatrzymałam się na stacji, bardzo porządnej – zastrzegła od
                          razu – zatankowałam wóz, zjadłam trochę owoców i już miałam odjeżdżać, kiedy
                          podeszła do mnie dziewczyna.
                          -Hyyy… - wyrwało się z kilku piersi naraz.
                          -No co? – baronowa spojrzała pytająco ale nikt jej nie odpowiedział – miała
                          kłopot. Złapała gumę i potrzebowała lewarka a z tymi ludźmi na stacji nie mogła
                          się dogadać.
                          -Jak to? To była Niemka? – Jörn zapytał zachłannie.
                          -A nie powiedziałam tego? – baronowa wyraźnie się zdziwiła – Niemka. Zobaczyła
                          moją rejestrację i podeszła do mnie. Porozmawiałyśmy chwilę, pożyczyłam jej
                          swój lewarek, ona sobie zmieniła koło i odjechała. Kilka minut później chciałam
                          wyciągnąć z walizki mapę i otworzyłam bagażnik. Kartonu z papierami już nie
                          było.
                          -Jak wyglądała?
                          -Wiesz, wydaje mi się, że już ją gdzieś kiedyś widziałam… Blondynka, długie
                          piękne włosy, ciemne oczy, szczupła i ogólnie bardzo atrakcyjna.
                          -Zdejmie perukę, zmyje makijaż i okaże się niczym nie wyróżniającą szatynką –
                          mruknął baron pod nosem.
                          -Jaką miała szminkę? – Lisa zadała pierwsze pytanie, jakie przyszło jej do
                          głowy.
                          -Jaki miała samochód? – jednocześnie z Lisą zapytał Jörn.
                          -Zieloną – odpowiedziała odruchowo zapytana – nie, co ja mówię. Bordową szminkę
                          i ciemnozielony samochód – uściśliła bardzo z siebie zadowolona.
                          -Ale jakiej marki? - Jörn drążył temat.
                          -Bo ja wiem – zastanowiła się przez chwilę – mnie to wyglądało na Isa Dorę ale
                          numeru nie określę, trzeba będzie spojrzeć na wzornik.
                          -Samochód, jakiej marki? – jęknął jej syn.
                          -A to nie wiem – baronowa wzruszyła ramionami – na pewno inny niż mój. Acha,
                          numery rejestracyjne miała z Berlina.
                          -Dużo nam z tego przyjdzie – syn spojrzał na matkę z potępieniem –
                          ciemnozielony, NIE mercedes na berlińskich blachach. No, po prostu drobiazg.
                          Nie mogłaś się przyjrzeć lepiej?
                          -Nie wiedziałam, że muszę – zaprotestowała – najważniejsze, że prawdziwe
                          dokumenty nie ucierpiały.
                          -A co było w kartonie? – zainteresował się Frank.
                          -Śpiewnik, sprawy rozwodowe sprzed pięćdziesięciu lat, jakieś takie śmieci.
                          Stare zeszyty Manfreda, kilka pustych kopert.
                          -No to się ucieszyła – zachichotał. – Teraz już coś wiemy – dodał po chwili –
                          ta mała musi mieć tu wspólnika – popatrzył na wszystkich zmrużonymi oczami –
                          tylko my wiedzieliśmy, że przyjeżdża matka Manfreda z dokumentami. No, nie
                          wygląda to dobrze – uśmiechnął się złośliwie.
                          Wszyscy patrzyli na Franka w milczeniu. Spojrzenia wyrażały najróżniejsze
                          emocje: zaciekawienie, strach, niedowierzanie. Tylko jedna osoba z obecnych w
                          pokoju patrzyła na Franka z nieodgadnionym wyrazem twarzy, osoba, która mając
                          najwięcej powodów do lęku wiedziała równocześnie, że Frank nie zdąży się
                          podzielić swoimi przypuszczeniami z innymi. Będzie chciał się rozkoszować
                          władzą, tajemnicą i innymi bardziej materialnymi profitami, których, osoba nie
                          miała najmniejszych wątpliwości, zażąda wkrótce. I tym podpisze na siebie wyrok
                          śmierci. Okrutny uśmiech wykrzywił ładne, skądinąd, usta.
                          -E tam, każdy mógł nas podsłuchać – Jörn zbagatelizował całą sprawę, ale nie
                          wyglądał na przekonanego.
                          -Blefujesz – dodała Rita drżącym głosem – nikt z nas nie mógłby przecież…
                          -Nie chcecie to nie wierzcie – Frank wzruszył ramionami – ale ja mam dowody.
                          Lekkie westchnienie przerwało ciszę, która zapadła po tych słowach. Osoba
                          popatrzyła na Franka z zaciekawieniem a potem przypomniała sobie, że ktoś
                          myszkował w jej pokoju. To było podobne do Franka. Cóż, trzeba będzie zabrać
                          się do pracy wcześniej niż to było planowane. Drobna niedogodność, z którą
                          poradzi sobie bez trudu.

                          • 15.03.06, 11:14
                            Baron z lekkim drżeniem rąk otwierał skrzynkę na narzędzia. Dookoła stołu stała
                            reszta szaleńczo zainteresowanych osób.
                            -Nie pchaj się na mnie – Greta warknęła do Franka, który z racji niskiego
                            wzrostu nie widział dokładnie wszystkiego.
                            -No o co ci chodzi – zaprotestował natychmiast Hans – przecież się nie pcham.
                            -Nie mówiłam do ciebie, tylko do tego kurdupla. Frank – wkurzyła się w końcu –
                            odsuń się bo cię rąbnę.
                            -Oj, dobrze, dobrze… już się odsuwam.
                            Jörn westchnął w duchu i przesunął się kilka centymetrów w prawo. Frank
                            natychmiast przytulił się do niego wyciągając szyję, żeby nie stracić nic z
                            cennego widowiska. Wieko w końcu odskoczyło a z wszystkich piersi wyrwało się
                            zbiorowe westchnienie. Skrzynka była zapełniona najróżniejszymi papierami.
                            Baron wyciągał je po kolei, oglądał i od razu segregował na dwie kupki: ciekawe
                            i nieciekawe. Nieciekawych było zdecydowanie więcej, należały do nich metryki
                            chrztu, akty notarialne, jakieś decyzje sądowe, akty ślubu, spisy inwentarza i
                            tym podobne. Po wyciągnięciu ostatniej rzeczy ze skrzynki okazało się, że
                            ciekawych dokumentów jest zaledwie kilka: pamiętnik babci Tosi, niewielki album
                            ze zdjęciami, biblia, paczka listów przewiązana czerwoną wstążeczką oraz kilka
                            szkiców i map. Obecność map od razu wzbudziła wielkie emocje, które sklęsły
                            prawie natychmiast po spojrzeniu na nie. Były to zwykłe przedwojenne mapy
                            okolic majątku, owszem nawet dosyć dokładne, ale bez żadnych dodatkowych
                            elementów, tylko papier i farba drukarska. Żadnych tajemniczych krzyżyków,
                            żadnych notatek na marginesie. Na jednej z map zostały zaznaczone czarnym
                            atramentem granice posiadłości barona i dom, co zostało dość szybko
                            odszyfrowane. Szkice również nie wnosiły nic nowego do sprawy, przedstawiały
                            projekty pałacu, zabudowań gospodarczych i altany.
                            -No i co nam z tego przyjdzie? – zapytała Rita rozczarowanym głosem – nie ma
                            żadnej notatki, żadnej wskazówki czy w ogóle tu jest coś schowane. Do bani taka
                            zabawa…
                            -Trzeba to chyba dokładnie przejrzeć – westchnął baron – zajmie to najmarniej
                            tydzień.
                            -Urlop nam się skończy – mruknęła Lisa – a nie będziemy mądrzejsi niż przed
                            przyjazdem.
                            -Ciekawe ile wie ta tajemnicza zjawa – Frank przyglądał się bacznie mapom –
                            dziwne – mruknął po chwili, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi, bo zagłuszyła
                            go Greta.
                            -Dziewczyny – zawołała resztę – zobaczcie, jakie śmieszne sukienki. – W albumie
                            było zaledwie kilkanaście zdjęć. Kilka rodzinnych pozowanych, robionych u
                            fotografa, kilka zrobionych przed pałacem. Wszystkie przedstawiały jedną
                            rodzinę.
                            -To chyba twój pradziadek – Lisa wskazała na przystojnego mężczyznę w sile
                            wieku, stojącego obok pięknego konia – jesteś do niego bardzo podobny.
                            -Wiem, u nas podobieństwo przechodzi z ojca na syna. Ładny koń, ciekawe gdzie
                            było robione to zdjęcie?
                            -Chyba tutaj – Frank powiedział niepewnie – zobacz, ten kawałek wygląda jak bok
                            pałacu.
                            Baron był prawie na wszystkich zdjęciach. Na starszych towarzyszyła mu żona,
                            najpierw tylko z synem, potem z synem i córką. Na tych tuż przedwojennych widać
                            było barona z dorosłymi dziećmi. Na samym końcu zatknięte za okładkę były
                            jeszcze dwa zdjęcia: portret młodej, bardzo ładnej kobiety i zdjęcie ślubne
                            córki barona. Niestety to ostatnie było przecięte na pół. Ktoś bardzo dokładnie
                            odciął mężczyznę towarzyszącego baronównie.
                            -To chyba Estera – Lisa wskazała na portret – o jest jeszcze tutaj –
                            przewróciła kilka stron i pokazała zdjęcie, przedstawiającą niewątpliwie tę
                            samą kobietę w otoczeniu dwóch innych.
                            -Cholera, nie zobaczymy jak wyglądał Schmidt – baron z niechęcią wziął do ręki
                            zniszczone zdjęcie ślubne – ciekawe, kto to zrobił.
                            -Trzeba by poprosić twoją matkę - stwierdził jednocześnie Jörn – może ona
                            powiedziałaby nam więcej o tych osobach.
                            -Moja matka niespecjalnie interesuje się historią rodziny – melancholijnie
                            odpowiedział baron – ale jak odpocznie po podróży nie zaszkodzi spróbować.
                            Każda ze zgromadzonych osób obejrzała dokładnie zdjęcia, obadano album,
                            niestety podobnie jak w przypadku map i skiców, na zdjęciach nie było żadnej
                            dodatkowej informacji. Wizja przekopywania się przez pamiętnik babci, biblię i
                            listy stawała się coraz bliższa.
                            -Może się podzielimy pracą? – zaproponowała niepewnie Greta.
                            -Jasne – złośliwie podchwycił Frank – podzielimy papiery i dostarczymy je na
                            tacy naszemu tajemniczemu przeciwnikowi a raczej przeciwniczce.
                            -Ty ciągle o tym wspólniku – Lisa mruknęła z niechęcią – albo nam powiedz, kogo
                            podejrzewasz albo już więcej o tym nie mów.
                            -Proponuję kompromis – odezwał się Hans, co przyjęto ze zdumieniem, bo nikt nie
                            podejrzewał, że zna on takie trudne słowa – baron weźmie listy, Lisa z Gretą i
                            Ritą pamiętnik, a my zajmiemy się biblią.
                            Propozycję przyjęto prawie jednogłośnie. Kilka minut później towarzystwo
                            rozpierzchło się po pałacu i zabrało do pracy. Tuż przed kolacją wymienili
                            uwagi na temat tego, co znaleźli.
                            -W listach chyba nic nie ma – baron westchnął smętnie – najwięcej jest listów
                            samego pradziadka: do prababci, później do dzieci. Kilka jest też prababci i to
                            wszystko.
                            -Pamiętnik jest owszem bardzo ciekawy – Lisa uśmiechnęła się lekko – twoja
                            babcia musiała mieć niezły temperament, ale do sprawy raczej wnosi niewiele.
                            Znalazłyśmy tylko mapę, była wciśnięta pod okładkę.
                            -Pokaż – baron wyraźnie się ożywił.
                            -Ciekawa ale nie wiadomo, do czego ją przypiąć – Lisa podała mu złożoną kartkę.
                            Była to strona wydarta z przedwojennego atlasu. Przedstawiała Amerykę
                            Południową a raczej jej część – Wenezuelę. Stolica Wenezueli Caracas była
                            zaznaczona czarnym krzyżykiem.
                            -To wszystko? – baron z osłupiałą miną spojrzał na resztę – nie ma tam nic
                            więcej?
                            -Czyli co, skarb jest w Caracas? – Jörn patrzył na kartkę z mieszaniną odrazy i
                            zafascynowania
                            -Uważasz, że mój pradziadek zdążyłby jednego dnia pojechać do Wenezueli, ukryć
                            skarb i wrócić? – zapytał uprzejmie baron a potem dodał – I to wszystko,
                            przypominam, pod lecącymi bombami?
                            -To kiedy jedziemy do Wenezueli? – zapytał niewinnie Frank ze złośliwym
                            błyskiem w oku – a potem może w Himalaje albo na Antarktydę. Twój pradziadek
                            miał niezłe poczucie humoru.
                            -Jedno z dwojga – baron w końcu otrząsnął się z zaskoczenia – albo to ma
                            związek ze skarbem albo nie.
                            -Coś ty? – Jörn odwdzięczył mu się natychmiast – a jest jakaś trzecia
                            możliwość? Bo ja jakoś nie widzę…
                            -Nie kłóćcie się – Rita powiedziała prosząco i spojrzała na mapę – ale to
                            trochę bez sensu, nie. Mam na myśli zaznaczanie całego miasta na mapie, równie
                            dobrze można by to było gdzieś zapisać.
                            -Na przykład? – zainteresował się Hans.
                            -Oj nie wiem. W tym pamiętniku chociażby.
                            -A właśnie – Jörn zwrócił się bezpośrednio do Lisy – czy było tam coś o
                            Wenezueli albo w ogóle o Ameryce Południowej?
                            -Nic – Lisa pokręciła głową – ale kilku stron brakuje.
                            -Jak to brakuje? – baron zmarszczył brwi.
                            -Są wycięte. Pojedyncze kartki z niektórych miejsc. Ale to nie może mieć nic
                            wspólnego ze skarbem, bo dotyczą one okresu sprzed wojny. Cała wojna aż do
                            przybycia do Niemiec i powrotu twojego dziadka jest nietknięta.
                            -Dziwne.
                            -No właśnie – Lisa skrzywiła się lekko - to co teraz?
                            Pytanie zostało bez odpowiedzi, bo właśnie w tym samym momencie Luśka zaprosiła
                            towarzystwo do jadalni na kolację.
                            • 20.03.06, 12:46
                              Frank spojrzał w lustro i uśmiechnął się złośliwie. Za pół godziny okaże się,
                              czy jego podejrzenia były słuszne. Przynajmniej w jednej kwestii. Od kilku dni
                              domyślał się, kto podszywał się pod ducha, domyślał się również dlaczego. Nie
                              wiedział tylko, kim była jego wspólniczka. „Ale tego też się wkrótce dowiem”
                              mruknął przetrząsając szafę w poszukiwaniu polara. Ostatnio wieczory zrobiły
                              się dosyć chłodne, zwłaszcza nad wodą. Myśli Franka bezwiednie przeskoczyły na
                              te drugą sprawę – skarb. Tego wieczoru, kiedy przeglądał papiery znajdujące się
                              w skrzynce zauważył jedną dosyć interesującą rzecz. Gdyby jego hipoteza się
                              potwierdziła, wiedziałby gdzie szukać skarbu. Z politowaniem pomyślał o
                              pozostałych, głupcy mieli czarno na białym a żadne z nich tego nie spostrzegło.
                              Cóż, nie każdy jest tak mądry jak on. Żeby zdobyć pewność musiał się jeszcze
                              jednak sporo dowiedzieć. Niepokoiła go tylko sprawa Caracas, ale to pewnie też
                              da się jakoś wyjaśnić. W najgorszym przypadku mapa nie będzie miała
                              najmniejszego związku z miejscem ukrycia skarbu. Bo, że skarb istnieje, tego
                              był pewien. Wygładził rękawy kurtki, zapiął suwak i wyjrzał na korytarz. Było
                              pusto, cicho i ciemno. Od spotkania z tajemniczą zjawą wszyscy zamykali swoje
                              pokoje na klucz. Dla Franka był to kolejny dowód na głupotę jego przyjaciół, on
                              zdawał sobie sprawę z faktu, że zjawa już się nie pojawi. Nie musi – ponownie
                              złośliwy uśmiech wykrzywił jego twarz. Zszedł po cichu po schodach, wymknął się
                              bocznym przejściem i powędrował na miejsce spotkania, jakie przed kolacją
                              wyznaczył pewnej osobie.
                              ***
                              Luśka nie mogła spać. Takie noce jak ta zdarzały się jej nieczęsto. Zwykle
                              zasypiała jak kłoda w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Tym razem było
                              inaczej. Gryzł ją jakiś bliżej nieokreślony niepokój, jakby zapomniała o czymś
                              ważnym. Przebiegła w myślach cały dzień, ale nic nie przyszło jej do głowy. Ot,
                              dzień jak co dzień. W pałacu przybył jeden gość i jeden samochód w garażu.
                              Plotki ze Stachą również nie mogły być powodem bezsenności. Niczego ciekawego
                              się w końcu nie dowiedziała. Do Michalaków przyjechało wprawdzie jakieś nowe
                              towarzystwo, zajadali się jej pierogami aż im się uszy trzęsły i co z tego? Bo
                              to jakaś nowość – prychnęła – mało to letników przyjeżdża co roku. To nie to –
                              pokręciła głową i wstała z łóżka. Jacuś westchnął przez sen, potem przekręcił
                              się na bok i mruknął
                              -Jadziu, kochana… - Luśka zmarszczyła groźnie brwi – daj no jeszcze jedno piwo –
                              usłyszała po chwili i się rozpogodziła. Jadźka z pubu była niegroźna, zresztą
                              Luśka chciałaby zobaczyć taka kobietę, która wyciągnęłaby ręce po jej Jacusia.
                              Niedoczekanie!
                              Luśka poszła do kuchni, nalała sobie szklankę mleka prawie prosto od krowy i
                              dalej analizowała miniony dzień. Pod wieczór poszła do pałacu przygotowywać
                              kolację. Miały być wędzone, jeszcze ciepłe węgorze zamówione przed kilkoma
                              dniami u znajomego wędkarza. Znajomy się spóźniał, więc co chwila Luśka
                              wyglądała przez okno złorzecząc mu i ciskając na niego wszystkie plagi egipskie
                              i jeszcze trochę. Wtedy zobaczyła tego niskiego blondyna jak rozmawia z kimś,
                              ukrytym za drzwiami garażu. Nie byłoby w tym pewnie nic dziwnego, gdyby ten
                              kurdupel nie spojrzał podejrzliwie w stronę pałacu. W ogóle to wszystko było
                              jakieś tajemnicze. Kurdupel skończył rozmowę, kiwnął głową i wrócił do pałacu.
                              Luśka z zaciekawieniem patrzyła na garaż, ale zza drzwi nikt nie wyszedł.
                              Chwilę później pojawił się znajomy wędkarz i Luśka zajęła się kolacją,
                              całkowicie zapominając o tajemniczej postaci. Tak, to chyba było to. „Ciekawe,
                              co też ten mały knuje” – umyła starannie szklankę i odstawiła ją na suszarkę. W
                              tym momencie usłyszała ciche miauknięcie. Kocisko wróciło z nocnej eskapady i
                              życzyło sobie zostać wpuszczone do środka. Otwierając okno spojrzała w stronę
                              pałacu. Nie spodziewała się ujrzeć niczego interesującego, dlatego widok
                              ciemnej zwinnej sylwetki przemykającej się nad jezioro kompletnie ją zaskoczył.
                              Chwilę potrwało zanim zrozumiała, że nad jeziorem coś się będzie działo.
                              Zrzuciła kapcie, założyła miękkie tenisówki, na koszulę nocną zarzuciła
                              kamizelkę. Chwilę zastanawiała się czy nie obudzić męża, ale stwierdziła, że
                              tylko by jej przeszkadzał. Chwyciła w dłoń motykę, która z powodzeniem spełniła
                              przed kilkoma tygodniami rolę broni i ruszyła za tajemniczą postacią. Luśka
                              doskonale znała okolice, więc nad jeziorem w miejscu gdzie w wodę wchodził mały
                              pomościk, do którego przypięta była łódka Jacusia, znalazła się dosłownie kilka
                              sekund po tajemniczej postaci. Trafiła akurat na najciekawszy moment. Na brzegu
                              stały trzy osoby: dwie zwrócone do niej plecami, wysoki szczupły mężczyzna i
                              dużo niższa od niego kobieta oraz kurdupel. Ten ostatni zwrócony był do niej
                              twarzą, więc rozpoznała go od razu. Mówili coś, ale Luśka nic z tego nie
                              zrozumiała. W pewnym momencie usłyszała tylko słowo Schmidt ale nie wiedziała
                              kto je powiedział. Już miała się wycofywać, kiedy zauważyła, że z twarzy Franka
                              znika złośliwy uśmiech i pojawia się strach. Mężczyzna zrobił krok w jego
                              kierunku, Frank cofnął się… Po kilku krokach znalazł się na pomoście. Rozejrzał
                              się bezradnie, ale jedyną drogę ucieczki zasłaniali mu mężczyzna i podążająca
                              za nim w stronę jeziora kobieta. Mężczyzna podniósł rękę, w świetle księżyca
                              błysnął młotek, mężczyzna zrobił zamach… W tym momencie rozległo się
                              przeraźliwe wycie.
                              -Uuuuuu, Aaaaaaa, Iiiiiiiiiiiiiii – Luśka czuła, że musi jakoś zareagować a
                              wyskakiwanie w nocnej koszuli na widok publiczny, ostatecznie trzy osoby to już
                              tłum, nie wydawało jej się wskazane.
                              Mężczyzna drgnął, ale nie zdążył zahamować ruchu ręki, z tym że zmieniła ona
                              nieco kierunek i cios spadając na głowę Franka nie rozbił jej do końca.
                              Niemniej jednak Frank prawie natychmiast stracił przytomność i osunął się do
                              wody. Widząc to Luśka stwierdziwszy, że jedna osoba odpadła z ewentualnej
                              widowni, wyskoczyła z rumorem z zarośli, podniosła w górę motykę i z rozwianym
                              włosem niczym huzaria ruszyła do ataku. Mgliście zamajaczyło jej, że do efektów
                              wizualnych powinna dodać również fonię. Jej umysł dokonał szybkich skojarzeń i
                              sekundę później już krzyczała:
                              -Naaaaa wrogaaaaa! Ole! – skąd jej się wzięło to „Ole!” tego nie wiedział nikt,
                              ale dodatek ten spowodował, że znieruchomiałe na kamień postacie odzyskały
                              władzę w nogach i rozpierzchły się w dwóch przeciwnych kierunkach.
                              Luśka przez chwilę zastanawiała się za kim powinna pobiec, ale na szczęście w
                              porę przypomniało jej się, że w wodzie leży poszkodowany, którym należy zająć
                              się w pierwszej kolejności. Działanie Luśki oraz odruchowa reakcja Franka
                              spowodowały, że przeżył uderzenie, mógł jednak nie przeżyć dłuższego
                              przebywania pod wodą. Czym prędzej Luśka wyciągnęła go za kołnierz i spróbowała
                              docucić. Niestety, mimo iż oddychał, wyglądało na to, że niezbędna będzie pomoc
                              pogotowia.


                              • 21.03.06, 11:16
                                Luśka była w kropce. Zostawić mokrego, nieprzytomnego kurdupla na brzegu na
                                pastwę wroga przyczajonego zapewne gdzieś w krzakach, nie chciała. Z drugiej
                                jednak strony, jeżeli ma uszkodzony kręgosłup to przeniesienie go do pałacu
                                może być dla niego rozwiązaniem ostatecznym. Wahała się tak może z minutę. W
                                końcu stwierdziła, że jeżeli miała mu coś uszkodzić to uszkodziła już przy
                                wyciąganiu z wody, przeżegnała się i podniosła Franka do góry. Jego ciężar
                                zwiększony nasiąkniętą wodą odzieżą odrobinę ją zaskoczył, ale dzielnie
                                doniosła go do pałacu.
                                Godzinę później już było po wszystkim. Pogotowie przyjechało i zabrało Franka.
                                Odjeżdżając lekarz nie krył sceptycyzmu.
                                -Jest nieprzytomny. Uderzenie nie było bardzo mocne, ale ta kąpiel wcale mu nie
                                pomogła – powiedział bez ogródek – wydaje mi się, że z tego wyjdzie, ale
                                najpierw musi odzyskać przytomność. W każdym razie więcej dowiedzą się państwo
                                w szpitalu.
                                Po odjeździe karetki całe pałacowe towarzystwo, powiększone o Antka i Jacusia,
                                zebrało się w bawialni.
                                -Ja nie wiem, czy nie powinniście państwo zgłosić tego wszystkiego oficjalnie
                                na policję – zafrasował się Antek po wysłuchaniu opowieści mamuni – to znaczy
                                oczywiście jako policjant radzę zgłosić, ale ostatecznie nikt was do tego nie
                                zmusi.
                                -Wolałbym nie angażować w to policji – mruknął baron – ja wcale nie jestem
                                pewien czy ten napad ma coś wspólnego z pałacem. Frank lubi robić różne ciemne
                                interesy… o cholera – zreflektował się po chwili patrząc niepewnie na Antka.
                                -Nie słyszałem tego – uspokoił go Antek – jeżeli tylko nie robi ich w Polsce i
                                nie na moim obszarze to Bóg z nim. Mamo – zwrócił się do Luśki – nie wiesz, kim
                                były te tajemnicze postacie.
                                -Nie – Luśka pokręciła głową – stali tyłem, a potem jak wyskoczyłam odwrócili
                                się, ale to trwało moment i nie zdążyłam się przyjrzeć. Wysoki mężczyzna i
                                niska kobieta.
                                -Jak wysoki? – zainteresował się Jörn, któremu Lisa wszystko na bieżąco
                                tłumaczyła – jak ja, czy jak Manfred?
                                Luśka popatrzyła na nich z uwagą a potem kazała wszystkim czterem, łącznie z
                                jej własnym synem stanąć tyłem.
                                -To mógł być każdy z was – powiedziała po chwili – jesteście mniej więcej tego
                                samego wzrostu i podobnej budowy ciała.
                                -A kobieta? – Antek drążył temat.
                                Podobną operację powtórzono z zebranymi w pokoju kobietami. Niestety wynik był
                                taki sam. Luśka nie była w stanie żadnej z nich wyeliminować.
                                -No to moi drodzy, wszyscy jesteśmy podejrzani – skwitowała Lisa.
                                -Równie dobrze to mógł być ktoś z zewnątrz. Frank umówił się z nim wcześniej… -
                                powiedział Hans.
                                -Otóż nie – tryumfalnie wykrzyknęła Luśka, bo rozmowa toczyła się w dwóch
                                językach równocześnie – ja widziałam jak się z kimś dzisiaj umawiał.
                                Jedna z pięści zacisnęła się odruchowo a w oczach pojawił się błysk niepokoju.
                                Widziała czy nie widziała? Jeżeli tak, to dlaczego udaje, że nie poznała nad
                                jeziorem?
                                -Ale niestety nie widziałam tej osoby – dodała z żalem – stała za drzwiami
                                garażu.
                                Ustalono czas, kiedy rozmowa miała miejsce i Antek zaczął sprawdzać alibi. Po
                                kilku minutach okazało się, ze na ostatnie pół godziny przed kolacją alibi nie
                                ma nikt. Wszyscy odpoczywali w swoich pokojach zajmując się dokumentami ze
                                skrzynki. Nawet dziewczyny, które wcześniej spędziły razem całe popołudnie,
                                godzinę przed kolacją rozeszły się do swoich pokoi. Nikt nikogo nie widział.
                                Jedna osoba oczywiście kłamała, ale kto?
                                ***
                                -Dosyć mam tych dziwnych wydarzeń – baron ziewał przy śniadaniu, które podała
                                mu Luśka – wyspać się człowiek nie może pożądnie.
                                -E tam, ja jestem na nogach od szóstej i nie narzekam. Poza tym owsianka
                                stygnie.
                                -Brrr… Nie znoszę owsianki – baron marudził jak dziecko.
                                -Owsianka jest bardzo zdrowa – Luśka stwierdziła pouczająco i groźnie spojrzała
                                na barona. Ten, pamiętając czym się zwykle kończy, narażenie się Luśce,
                                posłusznie sięgnął po łyżkę.
                                -Ale jutro… - zaczął buntowniczo.
                                -Jutro będą płatki na mleku, sałatka owocowa i jajko na miękko – ucięła
                                dyskusję Luśka.
                                Baron przełknął ostatnią łyżkę owsianki, wypił kawę i wyszedł na podjazd. O
                                ósmej był umówiony z właścicielką firmy projektującej ogrody na wstępną
                                rozmowę. Dwie minuty przed wyznaczoną godziną pod wejście zajechał zielony pick-
                                up i wysiadła z niego najbardziej fascynująca kobieta, jaką baron widział w
                                życiu.
                                -Dzień Dobry – uśmiechnęła się do niego i wyciągnęła rękę – Zofia.
                                -Manfred – całe niedospanie wyparowało z barona w mgnieniu oka – miło mi panią
                                poznać.
                                -Obejrzymy ogród? – kobieta zaproponowała po przedłużającej się chwili
                                milczenia.
                                -Ogród? A… tak, oczywiście – baron uśmiechnął się i poprowadził swoją nową
                                znajomą w stronę parku.
                                Po godzinie wszystkie szczegóły były już ustalone. Właściwie to ustalała Zofia
                                a baron potulnie zgadzał się na wszystko, nie słysząc nawet większości z tego,
                                co mówiła. Zośka spotykała się z tym zjawiskiem nie po raz pierwszy, więc
                                spojrzawszy tylko pobłażliwie na towarzyszącego jej mężczyznę, zajęła się
                                sprawami zawodowymi. Wprawnym okiem oceniła ogród i park, stwierdziła sporo
                                zaniedbań, ale odkryła również kilkanaście bardzo rzadkich gatunków,
                                świadczących o tym, że w przeszłości zarówno pałac, jak i ogród oraz park
                                tworzyły jedną kompozycję.
                                -To kiedy mam zacząć? – zapytała patrząc baronowi głęboko w oczy.
                                -Najlepiej zaraz – usłyszała w odpowiedzi.
                                -Tak zaraz to nie mogę, ale od jutra jestem już wolna.
                                Umowa została przypieczętowana uściskiem dłoni i obydwoje ruszyli powoli z
                                powrotem w stronę pałacu. Na podjeździe pożegnali się, Zośka wsiadła do
                                samochodu i odjechała. Baron stał jeszcze dobrą chwilę i patrzył za
                                odjeżdżającą. W ułamku sekund przez myśl przebiegło mu mnóstwo rzeczy: Zosia,
                                jakież to piękne imię, od jutra będzie tu spędzać całe dnie, musi zainteresować
                                się ogrodem, musi ją poderwać, do diabła musi się z nią ożenić! Wszystkie te
                                myśli odmalowały się na jego twarzy w minie wyrażającej mieszankę głębokiej
                                determinacji i słodkiej błogości. Nie zdawał sobie sprawy z faktu, że jest
                                obserwowany przynajmniej z dwóch okien pałacu i obie kobiety, mimo iż dotąd nie
                                przepadały za sobą, mają teraz dokładnie takie same myśli: nie dopuszczę do
                                tego!
                                -Pani Lusiu – baron usiadł na kuchennym stole, ciągle z tym samym wyrazem
                                twarzy – czy pani zna tę Zosię?
                                -Oczywiście – Luśce wystarczyło jedno spojrzenie na barona, żeby wiedzieć, że
                                zapadł na nieuleczalną chorobę zwaną zauroczeniem – to córka mojej dalekiej
                                kuzynki. A dlaczego pan pyta?
                                -A, nie nie… - baron uśmiechnął się przepraszająco – tak tylko.
                                -Lepiej niech pan da sobie z nią spokój – Luśka poradziła baronowi ze szczerego
                                serca – ona nie jest dla pana.
                                -Ale przecież ja wcale… - baron wyraźnie się zmieszał – właściwie to ja
                                chciałbym zapytać o coś innego. Czy po moim pradziadku nic tu nie zostało?
                                -Co niby miało zostać? – zdziwiła się Luśka – ale, zaraz, zaraz… - przypomniała
                                sobie. – Kiedy pana pradziadek wyjechał moja babcia z dziadkiem przeszli się po
                                pałacu i schowali do skrzyni wszystkie drobiazgi jakie zostały. To nie było nic
                                cennego, jakieś pojedyncze filiżanki, miniatury, stare ubrania, trochę zdjęć…
                                -Gdzie to jest teraz? – baron zainteresował się zachłannie.
                                -U mnie na strychu – Luśka wzruszyła ramionami – a gdzie ma być.

                                • 27.03.06, 10:38
                                  Baron spojrzał na Luśkę z niejakim niesmakiem.
                                  -I do tej pory nie powiedziała mi pani o tym?
                                  -Zapomniałam – ponownie wzruszyła ramionami – kto by tam o wszystkim pamiętał,
                                  najpierw ten fałszywy baron, potem zamieszanie z duchem, jeszcze później ten
                                  cały napad… - stwierdziła z urazą i wróciła do obierania fasolki szparagowej –
                                  jak to skończę to możemy pójść po kufer – dodała po chwili łaskawie.
                                  Pół godziny później baron z Jörnem wdrapali się za Luśką po trzeszczącej
                                  drabinie na strych. W najdalszym kącie, zasłonięty zdezelowanym parawanem stał
                                  kufer. Miał rozmiary niewielkiej szafy i wydawał się być przyrośnięty do
                                  podłogi. Mężczyźni spojrzeli na siebie i jęknęli.
                                  -Jak on tu wszedł? – baron zapytał ze zdumieniem – przecież…
                                  -Przez okno – Luśka popatrzyła na niego z politowaniem i wskazała dosyć spory
                                  otwór będący połączeniem drzwi do stodoły i okna, zamknięty teraz na potężną
                                  sztabę.
                                  -Aha… No to bierzemy – zwrócił się do przyjaciela.
                                  Obaj mężczyźni podeszli do kufra i spróbowali go wyciągnąć na środek
                                  pomieszczenia. Zaparli się, napięli, pociągnęli i… kufer nawet nie drgnął.
                                  Luśka założyła ręce na piersi i obserwowała ich z zadumą. Ponowili próbę. Tym
                                  razem udało się osiągnąć sukces, kufer delikatnie drgnął i odsunął się jakieś
                                  dwa milimetry od ściany.
                                  -Dziesięć lat re..gular..nej… siłow…ni – wysapał Jörn ocierając pot z czoła –
                                  i… nic.
                                  -Yhy… - odpowiedział baron.
                                  Luśka w dalszym ciągu przyglądała im się z nieodgadnionym wyrazem twarzy. W
                                  końcu po czwartej próbie, kiedy odległość między ścianą a kufrem wynosiła już
                                  jeden centymetr zlitowała się nad nimi. Podeszła bliżej i zapytała zgryźliwie:
                                  -A to kowadło to jest panom niezbędne? – na wieku kufra leżało spore zakurzone
                                  żelastwo.
                                  -O cholera – ni to westchnienie ni to jęk wyrwało się z piersi barona.
                                  Luśka pokiwała głową, chwyciła kowadło, położyła je z lekkim sapnięciem na
                                  podłodze i bez większego trudu przesunęła kufer pod okno. Po chwili
                                  przyciągnęła skądś grubą, długą linę, obwiązała nią fachowo kufer, otworzyła
                                  okiennice i stwierdziła:
                                  -Któryś z was musi iść na dół, a najlepiej obydwaj.
                                  -A nie, nie – zaprotestował szarmancko baron – teraz damy już sobie radę.
                                  -Wątpię – mruknęła sceptycznie Luśka, ale odsunęła się od kufra.
                                  Dopingowani lekceważącym spojrzeniem Luśki mężczyźni zacięli się w sobie i
                                  kilka minut później kufer elegancko wylądował na ziemi.
                                  -Jeszcze tylko musimy to bydle zanieść do pałacu – jęknął Jörn – a potem to już
                                  z górki.
                                  Nowe znalezisko wzbudziło wśród zgromadzonego w salonie, na przedobiednim
                                  leniuchowaniu, towarzystwa sporo emocji. Wśród zapadłej nagle ciszy baron
                                  delikatnie odczepił ozdobne klamry i zaczął podnosić wieko.
                                  -No jak się teraz okaże, że tam są stare pończochy – mruknął złowieszczo Jörn –
                                  to nie chciałabym być w twojej skórze.
                                  Zawartości kufra było jednakże daleko do bielizny. Wypełniony był po brzegi
                                  najróżniejszymi rzeczami, dokładnie tak jak mówiła Luśka, która stała właśnie z
                                  boku rozdarta między koniecznością robienia obiadu i ciekawością. To drugie
                                  uczucie szybko jednak zdeptało poczucie obowiązku i Luśka z błyskiem w oku
                                  obserwowała opróżnianie kufra. Czego tam nie było! Filiżanki zawinięte w stare
                                  przedwojenne jeszcze gazety, kilka żurnali, klosz od lampy naftowej, malowany w
                                  kwiaty, haftowane poduszki, obraz zwinięty w rulon, kilka książek, stare
                                  papiery i mnóstwo innych drobiazgów.
                                  -Hej, tu są zdjęcia – Greta pierwsza natrafiła na podniszczony album – i chyba
                                  nawet jest Schmidt.
                                  -Pokaż – kilka głów jednocześnie nachyliło się nad zdjęciami w kolorze sepii.
                                  -Rzeczywiście – mruknął baron spoglądając na butną minę mężczyzny w czarnym
                                  mundurze SS – nie wygląda sympatycznie.
                                  -No bo chyba nie był za bardzo sympatyczny – wytknęła mu Greta i przewróciła
                                  kartkę – o a tu jest jego żona.
                                  -Daj mi to moje dziecko – do tej pory baronowa von Dupersztangiel z pobłażaniem
                                  przyglądała się emocjom wybuchającym nad kufrem, ale zdjęcia wyraźnie ją
                                  zainteresowały. Przerzuciła kilka stron i wykrzyknęła:
                                  -Ależ to ona!
                                  -Co za ona? – nieufnie zapytał baron.
                                  -To ta dziewczyna, którą spotkałam na stacji, to znaczy oczywiście nie ona, ale
                                  z całą pewnością ktoś bardzo do niej podobny – baronowa z zapamiętaniem stukała
                                  perłowym paznokciem w zdjęcie.
                                  -Ale przecież to jest twoja… - Lisa policzyła szybko na palcach – twoja
                                  cioteczna babka.
                                  -Czyli żona Schmidta – dodała znacząco Greta.
                                  -A więc… - baron spłoszony popatrzył na resztę.
                                  -Ona musi być jego córką – Jörn nie owijał w bawełnę.
                                  -Raczej wnuczką – mruknęła baronowa – dobrze mi się wydawało, że ją już
                                  widziałam.
                                  -Przecież jej nie znałaś – syn popatrzył na nią podejrzliwie.
                                  -Widziałam ją na zdjęciach. Ciekawe ile ona wie o skarbie?
                                  Ta kwestia, aczkolwiek nurtująca wszystkich zgromadzonych w salonie, chwilowo
                                  nie mogła zostać rozwiązana, więc po krótkiej i dosyć burzliwej dyskusji
                                  towarzystwo wróciło do kufra. Drugie odkrycie było równie wstrząsające jak
                                  pierwsze. Na samym dnie kufra leżała, owinięta w kawałek płótna tabliczka o
                                  rozmiarach ok. 30 na 10 cm. Baron, który pierwszy chwycił znalezisko delikatnie
                                  rozwinął materiał i głośno wciągnął powietrze. Tabliczka była złota, ale to nie
                                  to go uderzyło. Dużo bardziej zaskakujące były wygrawerowane na niej słowa.
                                  Duże litery na środku układały się w słowo: CARACAS, pod nimi była data: 1930 a
                                  nad nimi dwa kolejne napisane mniejszymi literami: CARMEN i CYRANO.
                                  -Co to jest? – Rita pierwsza przerwała milczenie – czy ta tabliczka jest złota?
                                  -Nie widzisz? – mruknął Hans – pewnie, że jest złota.
                                  -Ale złota złota? – drążyła Rita – czy tylko koloru złota?.
                                  -To nie ma znaczenia – Lisa wyjęła tabliczkę z rąk barona i przyjrzała się jej
                                  dokładniej – ale co ona oznacza?
                                  -Wiesz? – Jörn spojrzał na barona i uśmiechnął się porozumiewawczo.
                                  -Pewnie, że wiem – baron w odpowiedzi pokiwał głową – ale nie sądziłem, że to
                                  jest takie proste.
                                  • 04.04.06, 13:35
                                    Lisa popatrzyła na obu panów z niesmakiem i zagroziła:
                                    -Jeżeli mi natychmiast nie powiecie…
                                    -Przecież to proste – uśmiechnął się baron i odwrócił się do Luśki – pani wie,
                                    co to jest? – zapytał po polsku.
                                    -Oczywiście – Luśka wzruszyła ramionami – to tabliczka z imieniem ulubionego
                                    konia pana barona. Wisiała w stajni.
                                    -Ale złota? – Rita była zdumiona – czy ten twój dziadek upadł na głowę?
                                    Przecież to zachęta dla złodzieja.
                                    -Odczep się od mojego pradziadka – mruknął w odpowiedzi baron i dalej indagował
                                    Luśkę – a gdzie była stajnia.
                                    -Tam gdzie teraz są garaże…
                                    Niepojętym sposobem to akurat wszyscy doskonale zrozumieli. Jak jeden mąż
                                    towarzystwo porzuciło oglądane właśnie przedmioty i podążyło ku garażom.
                                    Budynki, jak na garaż, były rzeczywiście dosyć nietypowe. Jeden dłuższy służący
                                    wcześniej za stajnię i drugi nieco krótszy, ustawiony do tego pierwszego pod
                                    kątem prostym będący prawdopodobnie stodołą lub spichlerzem. Poprzedni
                                    właściciel przerobił nieco obydwa budynki, łącząc je w jeden i wybijając
                                    dodatkowe drzwi. W ten sposób w powstałym pomieszczeniu nie tylko mógł się
                                    zmieścić pułk wojska, ale również z powodzeniem odtańczyć krakowiaka z
                                    przytupem. W tej chwili wewnątrz stało pięć samochodów: volkswagen Jörna,
                                    jaguar barona, opel Franka, toyota Rity i mercedes baronowej. Każdy z nich
                                    został elegancko przyozdobiony, raczej niezupełnie zgodnie z gustami
                                    właścicieli. Motywem przewodnim była wielka czerwono czarna swastyka.
                                    -No i co? – Greta odezwała się pierwsza po dłuższej chwili milczenia, kiedy
                                    wszyscy doskonale baranim wzrokiem wpatrywali się w stojące auta.
                                    -Cholera jasna – zaklął po cichu Jörn – chyba nas ktoś tu nie lubi.
                                    -Też mi odkrycie – Rita wzruszyła ramionami – przecież od początku próbują nas
                                    stąd przepędzić. Mam tylko nadzieję, że to da się zmyć. Wolałabym nie wracać
                                    tak do Niemiec – mruknęła podważając lekko paznokciem odstający kawałek farby.
                                    -Ich jest tylko dwójka – powiedziała nagle zaciętym tonem Luśka, która
                                    obejrzała sobie dokładnie wszystkie pomalowane samochody i poczuła wstyd przed
                                    Niemcami. Co też oni sobie pomyślą! Patriotyzm kopnął ją w duszę niewąsko,
                                    zapomniawszy szepnąć, że malunki te były prawdopodobnie dziełem tajemniczej
                                    blondynki i jej równie tajemniczego wspólnika – nas jest więcej – dodała po
                                    chwili.
                                    -I co pani proponuje? – zapytał baron podejrzanie łagodnie – szukać ich po
                                    okolicy z widłami?
                                    -Z widłami? – Luśka potraktowała pytanie poważnie – a nie. Widły są passe.
                                    Teraz na topie są kije bejsbolowe.
                                    -Aaa… kije. Rozumiem, że sztachety z płotu są również passe – baron nadal był
                                    nieskalanie uprzejmy, niepokojąco szybko drgał mu jedynie muskuł na skroni.
                                    -Gdzie pan teraz widział porządny płot – prychnęła Luśka wzgardliwie – przed
                                    wojną, to i owszem…
                                    -Do jasnej chropowatej w ciemię kopanej Anielki! – baron nie wytrzymał i
                                    wrzasnął na całe gardło – i… jak… pani… zdaniem… mamy… ich… znaleźć?! –
                                    podkreślał każde słowo uderzając trzymaną w ręku tabliczką o dach samochodu.
                                    -Zwariowałeś!!! – Rita pierwsza zauważyła, w który samochód celuje baron – moja
                                    nowiuteńka Avensis. Czyś ty rozum postradał?!
                                    -Przepraszam – baron nagle sklęsł ale nadal wpatrywał się pytająco w Luśkę.
                                    -A po co mamy ich szukać? – Luśka była niewzruszona – musimy się tylko na nich
                                    zaczaić. Sami tu przyjdą, a wtedy my ich…
                                    -Widłami – szepnął cichutko Jörn, uchylając się przed lecącą tabliczką.
                                    -No tak – baron popatrzył na nich wszystkich nieżyczliwie – a można wiedzieć, w
                                    którym miejscu mamy się zaczaić? Majątek jest dosyć spory…
                                    -Coś się wymyśli – mruknęła Luśka z zainteresowaniem przyglądając się Ricie,
                                    która wyciągała wszystkie wentyle z jaguara barona – ja na pana miejscu
                                    przeprosiłabym ją trochę energiczniej – kiwnęła brodą w stronę samochodu.
                                    Baron uspokoił Ritę szybko i skutecznie, odbierając jej wentyle i odciągając
                                    siłą od samochodu. Wszyscy się odrobinę uspokoili, kiedy okazało się, że farba
                                    ładnie schodzi nie pozostawiając trwałych śladów na karoserii. Ponownie
                                    powrócił temat Caracas.
                                    -Ja nie rozumiem – westchnęła Lisa – co nam przyjdzie z tego, że wiemy, że
                                    Caracas to był koń.
                                    -Myślę, że to ma znaczenie – Greta zamyśliła się – baron uciekając stąd mógł
                                    zabrać tylko najpotrzebniejsze rzeczy, podobnie cała jego rodzina. Nie braliby
                                    mapy Ameryki Południowej, jeżeli zaznaczone na niej miejsce nie byłoby ważne. A
                                    teraz dowiadujemy się, że ulubiony koń barona właśnie tak ma na imię…
                                    -A może to jest schowane tutaj? – Rita uspokoiła się już trochę i mogła wziąć
                                    udział w dyskusji.
                                    -Tu? To znaczy gdzie? – Hans nie wydawał się przekonany – znaleźliby to. Czy tu
                                    są piwnice? – zwrócił się do Luśki. Lisa przetłumaczyła pytanie i Luśka
                                    pokręciła przecząco głową.
                                    -Nie ma. W tej drugiej części jest coś w rodzaju strychu, ale tam od dłuższego
                                    czasu nic nie ma. Kilka lat temu był wymieniany cały dach, środek był malowany
                                    a zewnętrzne ściany zostały otynkowane. Nic tu nie było.
                                    -A nie wie pani przypadkiem gdzie stał Caracas? – zapytał chciwie baron.
                                    -Wiem, co mam nie wiedzieć. O tu – podeszła do czegoś w rodzaju kojca
                                    stworzonego przez dwa murki wysokości ok. 1,5 metra – podobno straszny był z
                                    niego łajdak, dlatego baron kazał mu zagrodzić część stajni. Tutaj były
                                    wmurowane ozdobne kraty – wskazała na niewielkie otwory w murkach – a z przodu
                                    były drzwi. Podobno na tych murkach wisiały perskie dywany a żłób miał z
                                    prawdziwej porcelany – dodała z westchnieniem.
                                    -Czemu mnie to nie dziwi – mruknęła Lisa, próbując wyobrazić sobie, podobnie
                                    jak pozostali wygląd tego luksusowego boksu w czasach jego największej
                                    świetności.
                                    -Gdzie wisiała tabliczka? – Greta zmierzała prosto do sedna sprawy.
                                    -Nad oknem – Luśka machnęła ręką w górę – ale tam nic nie ma – od razu rozwiała
                                    nagle rozkwitłe nadzieje – goła cegła.
                                    Wszyscy z wyjątkiem baronowej zaczęli oglądać murki, podłogę i ścianę, bez mała
                                    je obwąchując. Niestety, nic nikomu nie rzuciło się w oczy. Wyglądało na to, że
                                    ten trop był fałszywy.
                                    • 06.04.06, 15:45
                                      Baron nie mógł zasnąć. Wrażenia z całego dnia nie pozwalały mu zapaść w objęcia
                                      Morfeusza. Piękna panna Zosia, kufer z tajemniczą zawartością, niespodziewane
                                      pojawienie się Caracas i wandalski atak na samochody mogłyby złamać
                                      najsilniejszą jednostkę. Oprócz tego było jednak jeszcze coś, co nie dawało
                                      baronowi spokoju. Przebiegł w myślach cały dzień próbując sprecyzować to
                                      niejasne poczucie przeoczenia czegoś istotnego. Niestety rozleniwiony umysł nie
                                      przyszedł mu z pomocą. Około pierwszej zirytowany baron wstał i poszedł do
                                      kuchni. Nalewał sobie właśnie szklankę zimnego i tłustego mleka prosto od
                                      krowy, które sobie tylko znanymi sposobami zdobywała Luśka, kiedy drzwi do
                                      kuchni uchyliły się z cichym skrzypnięciem.
                                      -A to ty! – westchnienie ulgi wyrwało się jednocześnie baronowi i Jörnowi.
                                      -Nie mogłem zasnąć – mruknął baron i potrząsnął butelką – chcesz trochę?
                                      -Szczerze mówiąc wolałbym piwo – odpowiedział jego przyjaciel – od zimnego
                                      mleka boli gardło – dodał po chwili pouczająco – swoją drogą, też nie mogłem
                                      zasnąć. Wydaje mi się, że gdzieś popełniliśmy błąd.
                                      -No właśnie – baron podał przyjacielowi puszkę Tyskiego – też mam takie
                                      wrażenie.
                                      -No bo zobacz… Czemu nie śpisz? – zwrócił się do Lisy, która ni stąd ni zowąd
                                      pojawiła się w drzwiach.
                                      -Nie mogłam zasnąć – odpowiedziała wzruszając ramionami – poza tym byłam
                                      głodna, chciałam zobaczyć czy nie zostały jeszcze te pyszne pierożki.
                                      -Nie jedz o tej porze, bo utyjesz – Jörn „dobra rada” tej nocy był w swojej
                                      najlepszej formie.
                                      -Daj spokój dziewczynie – baron nie pozwolił Lisie odpowiedzieć – chce niech
                                      je. Ale jak będziesz je podgrzewać – dodał przymilnie – to pomyśl też o mnie.
                                      Chętnie się załapię na kilka sztuk.
                                      -Nie ma sprawy. Też chcesz? – zapytała Jörna od niechcenia a kiedy kiwnął
                                      potakująco głową ruszyła w stronę lodówki.
                                      Każdego wieczora po przygotowaniu kolacji Luśka zostawiała kuchnię w
                                      nienagannym porządku. Talerze pozmywane i powycierane stały w szafce, kubki,
                                      szklanki i kieliszki ustawione na baczność w kredensie a wszystkie produkty
                                      schowane do lodówki lub spiżarni. Na koniec myła zawsze blaty, stół i podłogę i
                                      z czystym sumieniem ruszała do swojej oficyny przygotować kolację mężowi i
                                      synowi. Po kilku minutach rządów trójki arystokratycznych przyjaciół, jej
                                      królestwo nie przypominało już tego, co zostawiła kilka godzin wcześniej. Lisa
                                      przygotowała pierogi, zrobiła sobie herbatę, podała mężczyznom piwo i cała
                                      trójka zasiadła do nieco spóźnionej kolacji lub bardzo wczesnego śniadania.
                                      -No dobrze – ostatni pieróg zniknął w ustach Jörna – zastanówmy się nad
                                      skarbem. Doszliśmy do tego, że coś musieliśmy pominąć.
                                      -Ciekawe – zastanowiła się Lisa – pamiętacie, co mówiła ciocia – Jörn wzdrygnął
                                      się lekko na wspomnienie tej strasznej kobiety, która nie dość, że
                                      prześladowała go w dzień, to zdarzało się, że również mu się śniła – Schmidt
                                      był głupi a baron wręcz przeciwnie. Twój pradziadek potrafił przewidywać.
                                      -Owszem – baron z zainteresowaniem przyglądał się Lisie.
                                      -Musimy wczuć się w jego sytuację. Z Berlina przyjeżdża jego syn,
                                      prawdopodobnie mówi mu jaka jest prawdziwa sytuacja na froncie, dowiaduje się,
                                      że nadciąga Armia Czerwona i …
                                      -I co? – Jörn zapatrzył się w Lisę jak sroka w gnat.
                                      -No właśnie co dalej? Co wy byście zrobili w takiej sytuacji?
                                      -Zapominasz, że dowiedział się też, że leśniczy wydał Schmidtowi Esterę.
                                      Ciekawe od kogo? – zastanowił się baron.
                                      -Prawdopodobnie od syna. Estera była przyjaciółką jego żony, więc może starał
                                      się ją jakoś wyciągnąć z obozu. Nie wiesz czy twój dziadek kochał babcię?
                                      -Uwielbiał ziemię, po której stąpała – baron odpowiedział bez zastanowienia –
                                      masz rację, starałby się zrobić to dla niej. Wracajmy do pradziadka, dowiaduje
                                      się, że Estera nie żyje, że dziecko również umarło, obwinia za tę śmierć
                                      leśniczego i Schmidta. Wiemy, że powiesił leśniczego.
                                      -O nie – Lisa energicznie pokręciła głową – wcale tego nie wiemy. Możemy tylko
                                      przypuszczać, że tak było. A jeżeli to ktoś inny go zabił?
                                      -Ale kto? I co miałyby znaczyć słowa barona „śmierć za śmierć”? – Jörn
                                      popatrzył na nią sceptycznie.
                                      -Robi nam się bałagan – Lisa zmarszczyła z niezadowoleniem brwi – musimy
                                      postępować metodycznie. Po wyjeździe syna baron znika na cały dzień a wraz z
                                      nim najcenniejsze rzeczy z pałacu. To oznacza, że miał wcześniej przygotowaną
                                      kryjówkę.
                                      -Dlaczego? – baron nie wydawał się przekonany.
                                      -Bo gdyby chował to na łapu capu to już dawno ktoś by to wszystko znalazł, a
                                      gdyby musiał przygotowywać solidną kryjówkę to wraz ze znalezieniem rzeczy
                                      Schmidta, przeniesieniem ich i schowaniem własnych zajęłoby mu to więcej czasu
                                      niż jeden dzień.
                                      -Czyli to miejsce jest gdzieś tutaj.
                                      -No jasne. Tutaj szuka wnuczka Schmidta, o ile to jest jego wnuczka. Ciekawe
                                      czy wie, gdzie jej dziadek ukrył zrabowane rzeczy.
                                      -To na pewno nie było nic wyrafinowanego – Jörn odzyskał już władze umysłowe –
                                      pamiętajcie, że Schmidt był głupi. Pewnie zakopał to gdzieś razem z leśniczym.
                                      -To nieistotne – Lisa z uporem wracała do głównego wątku – co mógł myśleć twój
                                      pradziadek – wycelowała palec w pierś barona – zastanów się! Co tu się mogło
                                      dziać po jego wyjeździe, no!
                                      -Mógł przypuszczać, że pałac rozszabrują, tak że nie zostanie kamień na
                                      kamieniu. Park… - zastanowił się przez chwilę – opał był przygotowany, więc
                                      parku raczej mogli nie ruszać, stajnie też się przydadzą, no i wyspa…
                                      -Wynika z tego, że pałac odpada. Logiczne, też bym tu nic nie schowała.
                                      Stajnie… - Lisa z zamyśleniem popatrzyła w jakiś odległy punkt – tam musi coś
                                      być. Czegoś nie zauważyliśmy. Twój pradziadek bez powodu nie zwróciłby naszej
                                      uwagi na słowo Caracas. Jeżeli założymy, że Caracas to koń to pozostaje tylko
                                      stajnia.
                                      -Niekoniecznie – sprzeciwił się Jörn – może być jeszcze paddock, jakieś
                                      pastwisko…
                                      -Nie – baron pokręcił głową – łąkę można zaorać, obsadzić czymkolwiek, paddock
                                      też… Jeżeli jest jakaś wskazówka to musi być w stajni.
                                      -Pójdziemy tam jutro i dokładnie wszystko przeszukamy – Lisa ziewnęła
                                      przeciągle – teraz idę spać.
                                      Ciemna szczupła postać oderwała się od drzwi i skradając się na palcach uciekła
                                      do tylnego wyjścia z pałacu. Na twarzy miała złośliwy uśmiech, kilkugodzinna
                                      przewaga wystarczy, żeby znaleźć w stajni to, co przeoczyła ta banda
                                      niedołęgów. Banda tymczasem opuściła kuchnię nie zawracając sobie głowy choćby
                                      pobieżnym sprzątnięciem kuchni. Choć jeszcze o tym nie wiedziała, dobry humor
                                      Luśki był zagrożony.
                                      • 12.04.06, 12:26
                                        Następnego dnia trójka nocnych spiskowców zerwała się bladym rankiem, około
                                        dziewiątej i chyłkiem udała się do stajni. Otworzywszy wrota rzucili się do
                                        domniemanego boksu Caracas i tu zastopowało ich radykalnie. Po dobrych
                                        kilkunastu sekundach, pierwszy odezwał się baron:
                                        -Co do diabła?
                                        -Chyba nas ktoś uprzedził – melancholijnie stwierdził Jörn.
                                        To, co było kiedyś boksem przedstawiało sobą obecnie obraz nędzy i rozpaczy.
                                        Dwa murki rozwalone były całkowicie, dokoła walały się cegły i kawały tynku.
                                        Ściana, na której kiedyś prawdopodobnie znajdował się żłób została wręcz
                                        rozpruta, podobnie było z podłogą. Miejsce, to zwłaszcza w porównaniu z
                                        względnie czystą i porządną resztą stajni, budziło uczucie lekkiego niepokoju.
                                        -Na litość boską czy ta baba jest normalna? – Lisa podeszła do pobojowiska –
                                        przecież to wygląda tak, jakby tu przeszło małe tornado.
                                        -Normalna czy nie, nie zdążyłaby tego zrobić sama. Frank niestety miał rację,
                                        ma wspólnika. Pytanie, czy coś tu znaleźli – baron rozglądał się dookoła z
                                        zainteresowaniem pomieszanym ze zgrozą.
                                        -Raczej się tego nie dowiemy – zgryźliwie stwierdził Jörn – nie sądzę, żeby nam
                                        powiedzieli.
                                        -Będę dzisiaj u Franka w szpitalu – mruknęła Lisa przekładając z miejsca na
                                        miejsce kawałki murków – jeżeli odzyskał przytomność, to spróbuję się czegoś
                                        dowiedzieć.
                                        -Pojadę z tobą – Jörn zareagował błyskawicznie.
                                        -Ok. – Lisa zgodziła się pobłażliwie, po czym odwróciła się do barona i
                                        zapytała – zauważyłeś, że na podłodze była mozaika?
                                        -Nie – baron przyklęknął obok.
                                        -Zobacz – Lisa pokazała mu niewielkie kawałki białych i czarnych płytek, które
                                        rozprysły się w promieniu kilku metrów – ciekawe, co przedstawiała.
                                        -Nic – Jörn wzruszył ramionami – zwróciłem na nią uwagę już wczoraj. To była
                                        zwykła szachownica ułożona w karo a na górze z białych płytek ułożona była data.
                                        -Jaka data? – zachłannie zainteresował się baron.
                                        -MCMXXI, 1921. Taka sama wyryta jest nad wejściem. Nie mówcie, że nie
                                        zauważyliście.
                                        -No jakoś nie – Lisa popatrzyła na Jörna niezbyt życzliwie.
                                        -Racja – baron nagle uśmiechnął się – to było właśnie to. Wczoraj wieczorem –
                                        dodał wyjaśniająco – wydawało mi się, że coś przeoczyłem. Ale – zastanowił się –
                                        co nam to daje?
                                        -Chyba musimy zapytać cioci – Lisa z westchnieniem podniosła się z podłogi –
                                        nie sądzę, żebyśmy znaleźli tu coś więcej.
                                        W tym czasie Luśka piła drugą herbatę, dochodząc do siebie po szoku, jakiego
                                        doznała na widok kuchni. Na szczęście nie nawinęła jej się pod rękę żadna
                                        żywina i skutki złego humoru poznały tylko rondle i kubki, energicznie
                                        szorowane i odkładane z impetem na swoje miejsce. Kiedy kuchnia odzyskała już
                                        swój dawny wygląd Luśka odetchnęła z ulgą i zajęła się przygotowywaniem
                                        śniadania. Na ten moment trafili baron, Jörn i Lisa.
                                        -Ciociu, kiedy powstał ten pałac? – Lisa zapytała pierwsza.
                                        -Dzień Dobry – z godnością odpowiedziała Luśka.
                                        -Dzień Dobry – na widok niezbyt zadowolonej miny Luśki trzy głosy odpowiedziały
                                        jednocześnie a sześcioro nóg prawie się ustawiło do dygnięcia.
                                        -Pałac? Macie na myśli ten nowy? – Luśka spojrzała na towarzystwo łaskawszym
                                        okiem – w 1921, zaraz po wojnie z bolszewikami, a dlaczego pytacie?
                                        -Tak nam się właśnie wydawało – baron zasiadł do stołu i sięgnął po dzbanek z
                                        herbatą. Na ten widok Luśka prychnęła jak rozzłoszczona kocica.
                                        -Niech pan to odstawi! Zrobię panu świeżej – dodała po chwili spokojniej i
                                        zdecydowanym ruchem odebrała imbryk baronowi – a tak w ogóle to śniadanie już
                                        czeka.
                                        -Szniadanie? Może… Rührei – nieśmiało zaproponował Jörn.
                                        -Ruraj? Jak pan śmie! Co pan sobie wyobraża?! – Luśka zbliżyła się do Jörna
                                        wymachując tłuczkiem do mięsa, który akurat napatoczył się jej pod rękę. W
                                        ostatniej chwili Lisa zdążyła jej wytłumaczyć, że chodziło o jajecznicę – Nie
                                        ma jajecznicy – warknęła w odpowiedzi Luśka – owsianka jest – po czym na stole
                                        pojawiły się trzy miseczki z niezbyt apetycznie wyglądającą breją i kilka
                                        ciemnych bułek z ziarnami.
                                        Mając świeżo w pamięci nocne spożywanie podsmażonych pierogów, żadna z osób
                                        siedzących przy stole nie zapałała szczególnym uczuciem do kleistej paciai.
                                        Niemniej jednak mina Luśki nie zachęcała do jakichkolwiek protestów.
                                        Przełykając po odrobinie, smaczną nawet owsiankę, baron z Lisą kontynuowali
                                        śledztwo. Jörn na wszelki wypadek wolał się nie odzywać. Usiadł w miejscu
                                        najbardziej oddalonym od Luśki, zastanawiając się smętnie, czy Lisa upodobni
                                        się do swojej ciotki z biegiem lat i jeżeli tak to w jakim stopniu.
                                        -To znaczy, że stajnie również były zbudowane w tym samym czasie? - to pytanie
                                        nurtowało całą trójkę.
                                        -O nie – Luśka energicznie pokręciła głową – spłonął tylko stary dom a i to
                                        niecałkowicie. W każdym razie baron stwierdził, że nie opłaca się go odnawiać i
                                        postanowił zbudować nowy. Ale stajnie i inne budynki gospodarcze pozostały tam,
                                        gdzie wcześniej.
                                        -Jakie inne budynki? – zainteresowała się Lisa.
                                        -Teraz już ich nie ma. Część została zniszczona podczas wojny a resztę rozebrał
                                        poprzedni właściciel. Zostawił tylko stajnie, zamieniając je na garaże.
                                        -To co było robione w stajniach w 1921 roku? – baron odsunął od siebie talerz z
                                        resztką owsianki ale na widok groźnego spojrzenia Luśki przysunął ją z powrotem.
                                        -Nic – Luśka wzruszyła ramionami – odnowiono je dopiero tuż przed wojną, albo
                                        nawet w trakcie.
                                        -To dlaczego nad głównym wejściem jest wyryta data 1921?
                                        -A co wyście się tak uparli na ten rok? – zdenerwowała się Luśka – w 1921 roku
                                        zakończona została budowa nowego pałacu, rodzina przeprowadziła się a stary
                                        rozebrano do końca. I tyle. Stajni nikt nie ruszał aż do wojny.
                                        Zagadka pozostała nierozwiązana. Żadne z trojga przyjaciół nie odważyło się już
                                        zapytać Luśki o nic więcej. Wkurzanie kucharza przed przystąpieniem do
                                        przygotowywania obiadu nie jest zazwyczaj najmądrzejszą strategią. Wycofali się
                                        więc po cichu z kuchni zabierając kubki z herbatą i wyszli na taras.
                                        -No to moi drodzy leżymy martwym bykiem – baron wyraził opinię całej trójki.
                                        -Są dwie możliwości – Lisa w zamyśleniu pocierała pocierała brodę – albo ta
                                        zołza coś znalazła w tym rozwalonym murku albo nie.
                                        -Bardzo odkrywcze – mruknął ironicznie Jörn – masz więcej takich przemyśleń?
                                        -Czekaj – Lisa obrzuciła go urażonym spojrzeniem – daj mi dokończyć. Jeżeli coś
                                        znaleźli to rzeczywiście leżymy martwym bykiem a nawet krową, świnią i
                                        pozostałym inwentarzem. W takim wypadku nie pozostaje nam nic innego tylko
                                        zaczajenie się na nich i odebranie im tego czegoś siłą. Albo docucenie Franka… -
                                        Lisa urwała na chwilę – on wie, kto z nas współpracuje z wrogiem.
                                        -Bzdura – Jörn poruszył się nerwowo na krześle – nikt z nas przecież nie
                                        mógłby… Zresztą, kogo podejrzewasz? Manfreda? Mnie? Hansa?
                                        -Jeszcze zostają Greta, Rita i ja – Lisa popatrzyła na niego badawczo – nas nie
                                        bierzesz pod uwagę? A może to któraś z nas jest wnuczką Schmidta?
                                        -Daj spokój, moja matka ją widziała – baron machnął ręką, ale Lisa się nie
                                        poddawała.
                                        -Nie macie pojęcia, co potrafią zdziałać makijaż i peruka – pobłażliwie
                                        spojrzała na obu mężczyzn – ale wracając do tematu. Jeżeli nie znaleźli tu nic,
                                        to może znaczenie ma ta data 1921 albo litery MCMXXI? To może być coś takiego
                                        jak Caracas? Wskazówka, której nie możemy pominąć…
                                        -To by oznaczało, że musimy spojrzeć na ten zapis inaczej – baron patrzył na
                                        Lisę pojmując powoli, co ta ostatnia ma na myśli.
                                        -To znaczy? – zainteresował się Jörn.
                                        -Pierwsze skojarzenie Caracas to jest miasto. Tak czy nie?
                                        -No, owszem…
                                        -Ale okazało się – Lisa uśmiechnęła się do barona
                                        • 21.04.06, 12:10
                                          -Ale okazało się – Lisa uśmiechnęła się do barona – że Caracas to jest również
                                          imię konia, o czym żadne z nas wcześniej nie pomyślało. A zatem…
                                          -1921 może być czymś innym niż zapisem roku. Musimy się tylko dowiedzieć czym –
                                          dokończył Jörn – ale nie pomyśleliście o jednej rzeczy?
                                          -Mianowicie? – Lisa się tak łatwo nie poddawała.
                                          -Po pierwsze Caracas może nie mieć związku ze skarbem a po drugie może znaczyć
                                          jeszcze zupełnie coś innego – Jörn uśmiechnął się z satysfakcją na widok
                                          zaskoczonych min pozostałych.
                                          W tym momencie na tarasie pojawiła się Greta z Hansem i cała dyskusja musiała
                                          zostać zawieszona na czas nieokreślony.
                                          ***
                                          Z lekką ulgą Luśka dopiła swoją herbatę a następnie starannie umyła zarówno
                                          filiżankę jak i imbryk. Teraz się udało, ale na przyszłość będzie musiała
                                          bardziej uważać. Mało brakowało a baron spróbowałby jej naparu, którego smak z
                                          pewnością by go zaintrygował. Luśka zdecydowanie nie mogła do tego dopuścić.
                                          ***
                                          Kwestia rozbebeszonego boksu Caracas pojawiła się szybciej niż ktokolwiek
                                          mógłby się tego spodziewać.
                                          -Nie zostajemy tu ani minuty dłużej! – Rita energicznie pociągała barona za
                                          rękaw – nic mnie nie obchodzą żadne skarby. Najpierw duch, potem napad na
                                          Franka a teraz to… - machnęła ręką w stronę stajni, sprawiając wrażenie
                                          naprawdę roztrzęsionej. Gdyby ktoś jednak zechciał jej się przyjrzeć
                                          dokładniej, zauważyłby zimny błysk w błękitnych oczach, wskazujący raczej na
                                          działanie z premedytacją niż zdenerwowanie.
                                          -Spokojnie – baron delikatnie acz stanowczo zdjął dłoń Rity ze swojego
                                          nieskazitelnie białego pulowera – nie masz się czym denerwować.
                                          -Wyjedziemy prawda? – Rita zmieniła taktykę, posyłając baronowi proszący
                                          uśmiech.
                                          -W żadnym wypadku. Jeżeli się boisz, to oczywiście możesz sama wrócić do
                                          Niemiec – pogłaskał ją pocieszająco po ramieniu – oczywiście będzie nam ciebie
                                          brakowało, ale skoro musisz… - zawiesił głos z napięciem czekając na reakcję.
                                          -Chyba jednak zostanę – Rita może i nie była mistrzynią intelektu ale swój
                                          rozum miała.
                                          Spokojnie upływało nieco leniwe letnie przedpołudnie. Każdy z towarzystwa miał
                                          do załatwienia swoje sprawy: Luśka zajęła się przygotowywaniem obiadu, baronowa
                                          opalała się w ogrodzie, Lisa z Jörnem pojechali do Franka do szpitala, Greta
                                          zniknęła gdzieś z Antkiem, który akurat miał wolny dzień, Hans z Ritą wybrali
                                          się do miasta a baron wymknął się do parku. Piękna panna Zosia rozpoczęła
                                          właśnie wraz z całą ekipą pierwsze prace. Na widok właściciela wyraźnie się
                                          ucieszyła.
                                          -Dzień Dobry – uśmiechnęła się – dzisiaj rano dokładniej przyjrzałam się całej
                                          okolicy i mam dla pana kilka propozycji.
                                          -Witam – baron spojrzał na nią tak, że gdyby zaproponowała mu kubek cykuty
                                          przyjąłby go bez wahania.
                                          -Chodźmy, pokażę panu, co odkryłam – pociągnęła go za rękę w głąb parku.
                                          Dziwne, ale ręka Zosi na rękawie swetra nie wzbudziła w baronie nawet połowy
                                          takiej irytacji jak wcześniejsze nagabywania Rity. Ba! Nawet ciemne smugi
                                          pozostawione przez ogrodniczkę stanowiły widok raczej rozczulający niż
                                          denerwujący.
                                          -O tutaj – Zosia odgarnęła ręką niesforny kosmyk z czoła – niech pan zobaczy.
                                          Miedzy ogrodem i parkiem rozciągała się pusta przestrzeń. To znaczy ona zapewne
                                          była pusta kilkadziesiąt lat temu, teraz zarastały ją najróżniejsze samosiejki,
                                          splątana trawa, którą ktoś bez powodzenia starał się przycinać i najróżniejsze
                                          rośliny. Niewprawnemu oku ciężko było zauważyć, które z nich są zasadzone
                                          celowo, a które znalazły się tutaj zupełnym przypadkiem. Obszar ten nie był
                                          duży, nie był też idealnie płaski. Baron spojrzał w kierunku, który wskazywała
                                          mu Zosia, ale nie dostrzegł nic godnego uwagi.
                                          -Nie widzi pan? – dziewczyna wyglądała na rozczarowaną więc baron wysilił
                                          wszystkie zmysły aby dostrzec to, co ona najwyraźniej chciała mu pokazać.
                                          -To chyba wszystko jest dzikie – powiedział w końcu niepewnie – a na środku
                                          jest jakaś górka.
                                          -No właśnie. Kiedyś był tu prawdopodobnie trawnik – Zosia z entuzjazmem
                                          podążyła w stronę widocznego wybrzuszenia – a ta górka to nic innego tylko
                                          pozostałości po jakiejś budowli.
                                          -Stary pałac – baron rzucił pierwsze, co mu przyszło do głowy.
                                          -Ależ skąd – Zosia spojrzała na niego ze zdumieniem – raczej coś w rodzaju
                                          altany – małą łopatką rozkopała z jednej strony górkę – pod spodem są cegły.
                                          -Nie rozumiem – baron zmarszczył brwi – altana powinna być chyba drewniana.
                                          -No i pewnie była, ale fundamenty miała z cegły. Widać z tego, że była całkiem
                                          spora. Co by pan chciał z tym zrobić?
                                          -Co pani proponuje?
                                          -Można to zostawić tak jak jest, usunąć tylko chwasty, zostawić te rośliny,
                                          które będą pasowały do całości a tę górkę wkomponować w otoczenie. Może też
                                          jakieś oczko wodne, albo skalniak. Ewentualnie można to wszystko usunąć,
                                          uprzątnąć i postawić na tym miejscu coś nowego… To już jak pan chce.
                                          -Nie wiem – baron wzruszył ramionami – właściwie – szepnął konfidencjonalnie –
                                          nie za bardzo mam wizję dla tego miejsca.
                                          -Ja bym miała – westchnęła Zosia – ale to panu i pańskiej żonie ma tu być
                                          wygodnie.
                                          -Mojej żonie?! – zdziwienie w głosie barona było przeogromne.
                                          -Niezbyt precyzyjnie się wyraziłam, przepraszam – Zosia uśmiechnęła się blado –
                                          ale ta pani powiedziała, że jesteście państwo zaręczeni i wkrótce odbędzie się
                                          ślub. Pani baronowa zresztą stwierdziła to samo, więc pomyślałam sobie…
                                          -Nie jestem z nikim zaręczony – baron oświadczył z mocą, o którą sam siebie nie
                                          podejrzewał – ta pani trochę… minęła się z prawdą – dodał w ostatniej chwili
                                          zastępując wyrażenie „łgała jak bura suka”, które znacznie dokładniej
                                          odzwierciedlałoby uczucia, jakie żywił do Rity w tym momencie.
                                          -Ach, no tak… w końcu to nie moja sprawa – Zosia nie patrzyła na barona.
                                          Nie mogła ukryć nawet sama przed sobą, że spodobał jej się przystojny młody
                                          Niemiec, któremu najwyraźniej ona również nie była obojętna. Nie wiedziała
                                          tylko, czy bardziej podoba jej się baron czy to jak on na nią patrzy. Cóż,
                                          problem stary jak świat…
                                          ***
                                          Obiad minął w przyjemnej atmosferze nie licząc morderczych spojrzeń rzucanych
                                          przez barona w kierunku Rity, która zdawała się niczego nie zauważać. Wpływ na
                                          atmosferę przy stole miał niewątpliwie boski gulasz z kopytkami, podawany przez
                                          Luśkę z buraczkami i marynowanymi grzybkami oraz szarlotka dopiero co wyjęta z
                                          piekarnika, otoczona puszystą bitą śmietaną i lodami waniliowymi. Nie bez
                                          znaczenia były również informacje przywiezione przez Lisę i Jörna.
                                          -Frank odzyskał przytomność – prawie wszyscy ze zgromadzonych przy stole
                                          przyjęli tę wiadomość z ulgą – niestety nie pamięta niczego, co dotyczyłoby
                                          wypadku i okresu bezpośrednio przed nim. Jest jeszcze bardzo słaby, ale lekarze
                                          mówią, że wyjdzie z tego.
                                          -Ja bym im specjalnie nie wierzył. To konowały – mruknął Jörn, będący wyraźnie
                                          nie w humorze.
                                          -Co go ugryzło? – Greta szeptem zapytała Lisę.
                                          -Bo ja wiem – ta ostatnia wzruszyła ramionami – chyba się zdenerwował, bo
                                          trochę poflirtowałam z lekarzem.
                                          -Przystojny był? – Rita włączyła się do rozmowy.
                                          -Mniam, mniam… Lepszy niż Georgie w „Ostrym dyżurze” – ostatnie słowa dotarły
                                          do Jörna, który skrzywił się jakby przegryzł cytrynę.
                                          -Co zrobisz z tą altaną? A raczej jej pozostałościami – spróbował zmienić temat
                                          na przyjemniejszy.
                                          -Nie wiem – baron, do którego było skierowane to pytanie, wzruszył ramionami –
                                          chyba każę tam posprzątać. Głupie miejsce na altanę. Nie mam zielonego pojęcia,
                                          dlaczego ją tam w ogóle postawiono. Pokażę ci później…
                                          „To może być coś ciekawego, trzeba się będzie zainteresować bliżej tym tematem
                                          • 24.04.06, 14:02
                                            -Dlaczego sam pan zabrał się za rozkopywanie tej górki?! – panna Zosia
                                            wyglądała na zdenerwowaną.
                                            -Ale… - zaskoczonemu baronowi frankfurterki, które w przypływie łaskawości
                                            Luśka zaserwowała razem z jajecznicą na śniadanie, stanęły w gardle – o czym
                                            pani mówi?
                                            Reszta towarzystwa przyglądała się w milczeniu rozgrywającej się w jadalni
                                            scenie.
                                            -Jak to o czym? Ktoś rozkopał wczoraj sporą część pozostałości po altanie,
                                            niszcząc przy okazji sporo cennych roślin. Jak pan chciał to usunąć, to trzeba
                                            mi było powiedzieć...
                                            -Idziemy – Jörn pierwszy otrząsnął się z oszołomienia – ta cholera znowu nam
                                            weszła w paradę.
                                            Kilka minut później całe towarzystwo doskonale zrozumiało wzburzenie
                                            ogrodniczki. Jeszcze wczoraj zapomniany i nawet z lekka zapuszczony kawałek
                                            ogrodu, dzisiaj wyglądał tak, jakby przeszło przez niego niewielkie acz silne
                                            tornado. Górka sprawiała wrażenie nadgryzionej przez olbrzyma, któremu
                                            ewidentnie niezbyt smakowało to, co ugryzł. Kawałki cegieł walały się w
                                            promieniu kilku metrów. Ze zniszczeń wynikało, że były rzucane z dużą energią.
                                            -Rany boskie! – wyszeptała w końcu Lisa – ta dziewczyna jest gorsza niż
                                            wiertarka udarowa.
                                            -Ona jest gorsza od wszystkiego – Rita skrzywiła się przeraźliwie, myśląc
                                            jednakże o Zosi a nie o tajemniczej parze.
                                            -Dosyć tego! – baron powiedział te słowa cicho ale takim tonem, że nagle
                                            wszyscy popatrzyli na niego z szacunkiem.
                                            -Co masz na myśli? – niepewnie zapytał Jörn.
                                            -Zabawa się skończyła – zabrzmiało to złowieszczo – nie będzie mi tu jakieś
                                            babsko pojawiać się nocami i rządzić jak u siebie. Jörn, Hans – zwrócił się do
                                            kumpli – mieliście jakieś plany na dzisiaj?
                                            Obydwaj zapytani pokręcili przecząco głową, zresztą nawet gdyby mieli cokolwiek
                                            zaplanowane, to i tak by się do tego nie przyznali.
                                            -Pani Zosiu, czy mogłaby mi pani tu przysłać swoich ludzi?
                                            -Owszem, ale na dzisiaj…
                                            -To jest ważniejsze – baron uciął dyskusję w zarodku – bierzemy się do pracy.
                                            Rozwalamy to do końca, robimy porządek i zobaczymy co ona teraz zrobi.
                                            -A jeżeli już coś tu znalazła? – miauknęła cicho Greta, ale widząc spojrzenie
                                            barona szybko się wycofała z zadanego pytania zastępując je innym – co my mamy
                                            robić?
                                            -Możecie nam pomóc – baron wzruszył ramionami.
                                            -Wykluczone – Rita spojrzała z niepokojem na swoje wymanikiurowane paznokcie –
                                            ja się za kamienicznika nie zgadzałam.
                                            -Chciałaś znaleźć skarb? – wytknął jej Jörn – no to właśnie masz szansę…
                                            Kilka godzin później osiem osób zgodnie otarło pot z czoła i sięgnęło po puszki
                                            z chłodnym piwem, które przyniosła im Luśka. Po górce nie pozostał nawet ślad.
                                            Wszystkie cegły, kamienie i śmieci zostały dokładnie obejrzane i odniesione na
                                            specjalnie w tym celu przygotowane miejsce. Pod nimi znajdowała się coś w
                                            rodzaju platformy ze zbutwiałych i przegniłych desek. Ilość robactwa na
                                            resztkach zabytkowej kiedyś mozaiki zdecydowanie zniechęciła wszystkich do
                                            dalszej pracy. Gdzie niegdzie pod spodem widać było szarawe przebłyski betonu.
                                            -Co teraz? – Lisa sięgnęła po drugą puszkę.
                                            -Nie wiem – wcześniejsza energia wyraźnie wyparowała z barona,
                                            nieprzyzwyczajonego do fizycznej pracy – trzeba by to uprzątnąć do końca –
                                            dodał niepewnie.
                                            -Na mnie nie licz – Greta ze wstrętem odsunęła się od kłębowiska robali.
                                            -My to zrobimy – Zosia spojrzała na barona pobłażliwie – dla nas robaki to nie
                                            problem. Możemy się wziąć za to po obiedzie.
                                            ***
                                            Zmęczenie, upał i jak zwykle znakomity posiłek podany przez Luśkę spowodowały,
                                            że pannie Zosi nikt, poza jej dwoma pracownikami, nie towarzyszył przy
                                            uprzątaniu pozostałości po ruince. Dlatego też nikt nie zauważył drobiazgu,
                                            który znalazła wśród śmieci. Przez dobrą chwilę wpatrywała się w niewielki, ale
                                            kunsztownie wykonany złoty pierścionek z brylantowym oczkiem i kilkoma
                                            mniejszymi rubinami dokoła. Wyglądało na to, że przeleżał w rumowisku dobre
                                            kilkanaście lat. Był zabrudzony a obrączka w jednym miejscu została lekko
                                            zgnieciona. Zosia mniej więcej orientowała się w sytuacji panującej w pałacu.
                                            Zdawała sobie sprawę z tego, że na terenie posiadłości spotkały się dwie grupy
                                            reprezentujące przeciwne interesy. Jedną miała niejako pod nosem, ale druga
                                            mogła okazać się bardziej… skłonna do współpracy. Zosia nie była złym
                                            człowiekiem. Od dziecka jednakże musiała zmagać się z przeciwnościami losu.
                                            Tylko dzięki swojej determinacji i zaciętości zdołała skończyć szkołę i
                                            otworzyć własną firmę, nawiasem mówiąc mocno zadłużoną. Skarb rozpalał jej
                                            wyobraźnię, dawał szansę na spłacenie długów i spokojne życie. Z drugiej strony
                                            był jednak ten Niemiec. Manfred. Przypomniała sobie roześmiane usta i oczy
                                            wpatrujące się w nią z uwielbieniem. Wybór nie był prosty.
                                            ***
                                            Baron siedział przy łóżku Franka i zastanawiał się jak skłonić go do mówienia.
                                            -Oni mogą spróbować jeszcze raz – przekonywał go.
                                            -Ile razy mam ci mówić, że nic nie pamiętam – Frank odpowiedział ze znużeniem –
                                            przypominam sobie tylko przyjazd do ciebie a potem nic… czarna plama.
                                            -Mam nadzieję, że mówisz prawdę – baron westchnął ciężko – bo inaczej może być
                                            z tobą krucho.
                                            -Dlaczego tak sądzisz? – nagle spojrzenie Franka zrobiło się czujne.
                                            -Chcieli cię zabić i gdyby nie moja gospodyni…
                                            -Naprawdę nic nie wiem – po dłuższej chwili Frank zakończył rozmowę i zamknął
                                            oczy – jestem zmęczony.
                                            ***
                                            -Jasna cholera – młoda kobieta miotała się przy ciemnozielonym samochodzie
                                            stojącym nieopodal płotu otaczającego park – co ich podkusiło, żeby tam grzebać.
                                            -Myślisz, że mnie się to podoba? – mężczyzna spojrzał na nią z niechęcią – cała
                                            wczorajsza robota na nic.
                                            -Nic go stąd nie wykurzy, prawda? – popatrzyła na swojego towarzysza z
                                            wściekłością – dopóki nie znajdzie tego cholernego skarbu będzie tu siedział
                                            jak przymurowany. A my razem z nim.
                                            -Na mnie nie licz – szybko zastrzegł się mężczyzna – za kilka dni kończy mi się
                                            urlop. Nie każdy może sobie pozwolić na niepracowanie… - dodał po chwili
                                            patrząc na nią złośliwie.
                                            -To sobie przedłużysz – kobieta odpaliła następnego papierosa – musimy znaleźć
                                            to miejsce przed nim. Wiesz przecież, co możemy stracić.
                                            -Wiem – mężczyzna mruknął, wyjął jej z ręki papierosa i zaciągnął się – ale
                                            chyba jest jedna możliwość, żeby go przekonać do wyjazdu… - popatrzyli na
                                            siebie z porozumiewawczym okrutnym uśmiechem.
                                            ***
                                            Luśka ze spokojem przygotowywała kolację, kiedy do kuchni wparowała Lisa.
                                            -To chyba działa – oświadczyła od progu i usiadła za stołem. Luśka natychmiast
                                            wręczyła jej nóż, deskę i miskę z warzywami.
                                            -Pokrój je drobno. Będzie sałatka – powiedziała najpierw a dopiero po chwili
                                            zainteresowała się perypetiami sercowymi Lisy – to świetnie.
                                            -Chyba rzeczywiście jest trochę zazdrosny – Lisa z uśmiechem sięgnęła po imbryk
                                            z herbatą i nalała sobie pełny kubek ciemnobrązowego płynu – im bardziej go
                                            lekceważę tym bardziej jemu zależy. Tylko zastanawiam się… - urwała na chwilę.
                                            -Tak? – Luśka wróciła ze spiżarni – czy jeszcze tobie na nim zależy? – dodała
                                            domyślnie.
                                            -No właśnie. Ten lekarz ze szpitala Franka jest naprawdę bardzo przystojny –
                                            uśmiechnęła się i podniosła kubek do ust. Sekundę później prychnęła jak kotka
                                            krzywiąc się z odrazą – na litość boską co to jest?
                                            -Co? – Luśka odwróciła się z niepokojem. Jeden rzut oka na imbryk i Lisę
                                            powiedział jej wszystko – napiłaś się mojej herbaty! – stwierdziła oskarżająco.
                                            -No tak… Ale dlaczego to jest takie niedobre?
                                            -Powiem ci – Luśka z westchnieniem usiadła obok Lisy – to jest Pu-Erh. Niestety
                                            muszę się trochę odchudzić – kolejne głębokie westc
                                            • 24.04.06, 14:03
                                              -Powiem ci – Luśka z westchnieniem usiadła obok Lisy – to jest Pu-Erh. Niestety
                                              muszę się trochę odchudzić – kolejne głębokie westchnienie poruszyło firankami
                                              okna na przeciwległej ścianie – a to podobno pomaga.
                                              -A alkohol? – Lisa popatrzyła na ciotkę podejrzliwie.
                                              -Dodaję odrobinę rumu, żeby zabić ten ohydny smak – odpowiedziała Luśka z
                                              godnością i oddaliła się do swoich zajęć – wolałabym, żebyś nikomu o tym nie
                                              mówiła – dodała jeszcze na koniec zanim zniknęła za drzwiami prowadzącymi do
                                              jadalni.
                                              Lisa ze zdumieniem kiwnęła tylko głową zastanawiając się przelotnie ile to jest
                                              odrobina według Luśki, w końcu wzruszyła ramionami stwierdzając, że ostatecznie
                                              to nie jest jej sprawa i wróciła do krojenia warzyw.
                                              • 25.04.06, 09:27
                                                Plan był bardzo prosty, a co więcej doskonały. Uczucie, jakim baron darzył
                                                piękną pannę Zosię nie pozostało niezauważone. Wystarczyło tylko zatrzymać ją w
                                                jakimś miłym miejscu przez czas jakiś, wysłać odpowiednio sformułowaną
                                                wiadomość do barona i problem powinien się sam rozwiązać. Siła miłości jest
                                                niezmierzona. Przynajmniej na to liczyły dwie tajemnicze postacie szeptem
                                                planujące całą operację. Nie wydawała się być trudna. Postacie jednak nie
                                                wzięły pod uwagę jednego z praw Murphy’ego: „jeżeli coś może się nie udać, to z
                                                pewnością tak będzie”. Niestety już od początku pobytu w tej pięknej okolicy
                                                dwojgu spiskowcom nie dopisywało szczęście i nie zanosiło się na to, że coś się
                                                zmieni w tej materii w najbliższym czasie.
                                                ***
                                                -Nic z tego nie rozumiem – Luśka z namysłem obracała w palcach zabrudzoną
                                                kartkę przyniesioną przez jedno z dzieci sklepowej Stachy.
                                                -O co chodzi? – Lisa nie zainteresowała się przesadnie.
                                                -Nic – ucięła krótko jej ciotka, schowała kartkę do kieszeni fartucha i
                                                powiedziała – wyłącz piekarnik za dziesięć minut, dobrze? Ja zaraz wrócę –
                                                zanim Lisa zdołała cokolwiek odpowiedzieć już jej nie było.
                                                Nie było jej także godzinę później. Całe towarzystwo zebrało się jak zwykle w
                                                jadalni na kolację a Luśki ani śladu. Nie było jej ani u niej w domu, ani w
                                                parku ani w ogrodzie. O dziesiątej lekko już zaniepokojona i zdenerwowana Lisa
                                                zadzwoniła do Antka. Pojawił się piętnaście minut później.
                                                -To niepodobne do mamy – stwierdził witając się jednocześnie z obecnymi –
                                                opowiedz mi jak to się stało.
                                                Lisa już otwierała usta, żeby opowiedzieć o wizycie małego oberwańca, kiedy
                                                zadzwoniła komórka barona. Słuchał przez dłuższą chwilę z coraz bardziej
                                                zauważalnym napięciem.
                                                -Nie… - zaczął mówić, ale osoba, z którą rozmawiał rozłączyła się.
                                                -Co się stało? – Jörn popatrzył na przyjaciela z niepokojem.
                                                -Porwali Luśkę – powiedział baron z niebotycznym zdumieniem – właśnie
                                                zadzwoniła do mnie „kuzynka” i oświadczyła mi, że mają moją gospodynię. Jak
                                                chcę ją zobaczyć żywą to mam się wynieść najpóźniej w ciągu dwóch dni.
                                                -Nie rozumiem – zirytowała się Lisa – jak się wyniesiesz to jak ją zobaczysz?
                                                No i dlaczego masz się wynieść?
                                                -Tylko ty? Czy wszyscy obecni? – zainteresował się jednocześnie Hans.
                                                -O żesz ty… - Antek zaczął się śmiać.
                                                -Chyba chcą mieć wolną rękę do szukania skarbu – baron odpowiedział nieuważnie,
                                                po czym zwrócił się do Antka – słuchaj, ja cię strasznie przepraszam.
                                                Wyniesiemy się oczywiście, mam nadzieję, że twojej mamie…
                                                -Moja matka – Antek otarł łzy z oczu – tak ich urządzi, że własne rodziny ich
                                                nie rozpoznają. Podejrzewam, że musieli w jakiś sposób ją otumanić, ale jak
                                                odzyska przytomność, to wolałbym nie być w pobliżu.
                                                -Jak to – Greta patrzyła na Antka z niepokojem – więc nie martwisz się o matkę?
                                                -Martwię się, oczywiście – Antek zapewnił ją natychmiast – ale kompletnie nie
                                                rozumiem dlaczego porwali właśnie ją. Opowiedz mi wszystko – zwrócił się do
                                                Lisy.
                                                Lisa w końcu miała okazję opowiedzieć mu o wizycie dziecka, tajemniczej kartce
                                                i pośpiesznym wyjściu Luśki. Antek nie zwlekając długo zadzwonił do Stachy.
                                                Przeprowadził krótką rozmowę z jednym z jej dzieci i po kilku minutach wiedział
                                                już prawie wszystko.
                                                -Jakaś nieznajoma pani dała Jaśkowi kartkę dla tej pani, co pracuje w pałacu.
                                                Miał ją dostarczyć do rąk własnych, za co dostał jedno euro. Pani była dosyć
                                                ładna, miała długie ciemne włosy i okulary przeciwsłoneczne. W zagajniku stał
                                                schowany samochód. Jasiek twierdzi, że był ciemnozielony. Rejestracji nie
                                                widział. Przyniósł kartkę….
                                                -No i – Lisa zachrypiała lekko, bo przez całą opowieść Antka wstrzymywała
                                                oddech – co było dalej.
                                                -Oddając kartkę mojej matce Jasiek niechcący zajrzał do niej. Liścik był krótki
                                                i został podpisany „Manfred” – Antek popatrzył na poły pytająco na poły
                                                oskarżająco na barona. Ten ostatni wzruszył ramionami.
                                                -W życiu nie wysyłałem żadnego liściku do Luśki. Oszalałeś? Jak bym miał się z
                                                kimś spotykać pokątnie to już prędzej…
                                                -Z Zosią – dokończył Jörn i roześmiał się – porywacze rzeczywiście mają pecha.
                                                Początkowo chyba chodziło im o twoją ogrodniczkę a nie gospodynię. Ale mały się
                                                pomylił i dostarczył liścik nie tej kobiecie, co trzeba.
                                                -No ale co teraz zrobimy? – Rita weszła do jadalni przed kilkoma minutami.
                                                Greta pośpiesznie streściła jej całą historię.
                                                -Nie wiem – baron popatrzył pytająco na Antka, ale ten tylko z powątpiewaniem
                                                pokręcił głową i powiedział.
                                                -Na razie proponuję pójść spać. Jutro pomyślimy.
                                                Rada nie była może zbyt oryginalna ale jakby nie było padała z ust władzy. Z
                                                niejakim ociąganiem towarzystwo podążyło do sypialni. Panowało powszechne
                                                przekonanie, że w zaistniałej sytuacji o śnie nie ma mowy. Jednak zmęczenie z
                                                całego dnia zrobiło swoje. Już po pół godzinie w pałacu zapanowała niczym nie
                                                zmącona cisza.
                                                ***
                                                Kilka kilometrów dalej w jednej z sypialni wynajętego na czas wakacji domu,
                                                nieco oddalonym od wsi, Luśka dochodziła do siebie. Najpierw poczuła ból głowy
                                                a potem nadgarstków i kostek spętanych dosyć dokładnie sznurem do wieszania
                                                bielizny. Leżała na łóżku, które skrzypiało przy każdym energiczniejszym ruchu.
                                                W pokoju panowały egipskie ciemności nie mogła więc nawet zorientować się, co
                                                do jego wielkości i wyposażenia. Zaczęła przypominać sobie wydarzenia, które
                                                doprowadziły ją, do tej pożałowania godnej sytuacji. Jasiek, kartka z wezwaniem
                                                od barona, droga do bramy… a potem ciemność. Pamiętała tylko cichy szelest i
                                                jakiś szybki ruch za swoimi plecami. Biorąc pod uwagę pulsujący ból,
                                                promieniujący od tyłu czaszki na całą głowę, prawdopodobnie właśnie ta część
                                                ciała została uszkodzona. Osoby porywaczy, miejsce odosobnienia a przede
                                                wszystkim jego cel, pozostały dla Luśki niejasne. Po krótkim wysiłku umysłowym
                                                zdecydowała, że to nie jest czas na filozofowanie, spróbowała ułożyć się na
                                                tyle wygodnie na ile to było możliwe i zapadła w sen.
                                                • 25.04.06, 11:21
                                                  -Ja nie rozumiem – Lisa smarowała czerstwy chleb dżemem wygrzebanym z głębin
                                                  spiżarni. Następnego dnia po porwaniu Luśki śniadanie z wiadomych powodów było
                                                  więcej niż skromne.
                                                  -Czego nie rozumiesz? – zainteresował się błyskawicznie Jörn.
                                                  -Twoja mama – Lisa zwróciła się do barona – stwierdziła, że tajemnicza kobieta
                                                  była blondynką, a Jasiek powiedział, że miała długie ciemne włosy. Ciekawi mnie
                                                  czy to była ta sama osoba, czy pojawił się ktoś nowy.
                                                  -Raczej ta sama – baron odpowiedział po chwili namysłu – kolor włosów zawsze
                                                  można zmienić. Kolor samochodu trudniej.
                                                  -Przecież to jest kompletnie bez sensu – wtrąciła się Greta z niezadowoleniem –
                                                  wyjedziemy i co? Co im to da? – sprecyzowała.
                                                  -Będą mogli spokojnie szukać skarbu – Hans wzruszył ramionami – o ile on tu w
                                                  ogóle jest.
                                                  -A propos szukania, co do cholery może oznaczać to 1921?
                                                  -Jakie 1921? – zainteresowała się Rita spoglądając na Jörna z zaciekawieniem.
                                                  Chcąc nie chcąc baron, Lisa i Jörn musieli opowiedzieć o odkryciu dokonanym
                                                  przed kilkoma dniami w stajni. Reszta towarzystwa patrzyła na nich z mieszaniną
                                                  niechęci, urazy i zaciekawienia.
                                                  -Dlaczego nam nie powiedzieliście? – zapytała Greta.
                                                  -Bo podejrzewali, że współpracujemy z wrogiem, czyż nie? – Hans zapalił
                                                  papierosa uśmiechając się pobłażliwie.
                                                  -To nie tak – Lisa próbowała jakoś wytłumaczyć całą sprawę, ale Rita jej
                                                  przerwała.
                                                  -Naprawdę podejrzewasz mnie, że jestem wnuczką tego… tego zbrodniarza? –
                                                  naskoczyła na barona a w jej oczach zapłonęły złe błyski.
                                                  -Nie, no… Powiedz coś – baron odwrócił się do Jörna, ale było już za późno. W
                                                  tym samym momencie cała złość i frustracja Rity znalazła doskonałe ujście. Nie
                                                  przymierzając się wiele przyłożyła swojemu niedoszłemu mężowi pięścią w twarz i
                                                  wybiegła z pokoju.
                                                  -Oooo… - wyrwało się Hansowi.
                                                  -Ja nie wytrzymam z tymi babami! – baron chwycił się za policzek i poszedł do
                                                  kuchni po lód.
                                                  -No to mamy kłopoty w raju – Greta stwierdziła filozoficznie.
                                                  -To już od dawna nie jest raj – mruknął Jörn – a teraz jeszcze pojawiła się
                                                  panna Zosia i Manfred dostał małpiego rozumu. Rita chyba nie ma już szans na
                                                  zostanie baronową von Dupersztangiel.
                                                  -Nigdy nie miała – komentarze Hansa były dzisiaj zadziwiająco trafne.
                                                  ***
                                                  Wybuch Rity, niepokój o Luśkę a może marna jakość śniadania przygotowanego
                                                  wspólnym wysiłkiem i takiegoż obiadu wpłynęły negatywnie na humor całego
                                                  towarzystwa. Wszyscy rozpierzchli się po okolicy w sobie tylko znanych
                                                  sprawach. Baron spędził kilka godzin w ogrodzie obserwując postępy prac i
                                                  ustalając szczegóły z Zosią. Rita zamknęła się w pokoju, twierdząc, że ma
                                                  migrenę, baronowa po gwałtownej kłótni z synem na temat nieodpowiedniego wyboru
                                                  matki jej przyszłych wnuków z hukiem i trzaskaniem drzwiami wsiadła do
                                                  samochodu i ruszyła do Niemiec, Hans pojechał w odwiedziny do Franka, w
                                                  ostatniej chwili dołączyła do niego Greta, Jörn gdzieś zniknął a Lisa próbowała
                                                  bez zbytniego powodzenia zastąpić ciotkę w kuchni. Przy kolacji, która była
                                                  równie mało zjadliwa jak obiad i śniadanie do pałacu przyszedł Antek.
                                                  Towarzyszył mu ojciec.
                                                  -Nic nie wiadomo – westchnął ten pierwszy – próbowałem dyskretnie się czegoś
                                                  dowiedzieć, ale jak kamień w wodę…
                                                  -Był człowiek, nie ma człowieka – melancholijnie zawtórował mu ojciec.
                                                  -Chyba ktoś powinien widzieć obcy samochód? – zirytował się baron – ostatecznie
                                                  nie jest to znowu jakaś metropolia – dodał z przekąsem.
                                                  -Wiesz ile tu jeździ latem samochodów z niemiecką rejestracją? – Antek
                                                  popatrzył na niego z politowaniem – a większość z nich jest z Berlina lub
                                                  okolic. I co? Wszystkich mamy sprawdzać?
                                                  -No, może wszystkich nie, ale te ciemnozielone? W końcu traficie na Schmidta…
                                                  -Ona wcale może się już tak nie nazywać – Lisa wzruszyła ramionami – mogła
                                                  wyjść za mąż, może być córką córki Schmidta, która wyszła za mąż. Może w ogóle
                                                  nie pochodzi z tej rodziny a podobieństwo się tylko baronowej przywidziało…
                                                  Może…
                                                  -Bardzo ładnie ci wychodzi tworzenie hipotez, kim ona nie jest. Spróbuj w drugą
                                                  stronę – Jörn zaproponował zgryźliwie.
                                                  -Niepotrzebnie się czepiasz – Lisa odpowiedziała spokojnie.
                                                  -Nie idziesz na spotkanie? – Jörn podniósł lekko głos.
                                                  -W zaistniałej sytuacji nie – awantury wisiały dzisiaj w powietrzu i nawet Lisa
                                                  zaczęła tracić cierpliwość.
                                                  -Jakie spotkanie? – Greta zapytała ją na boku.
                                                  -Umówiłam się na dzisiaj z tym przystojnym chirurgiem ze szpitala Franka, ale…
                                                  sama rozumiesz – Lisa ponownie wzruszyła ramionami a głośno dodała – chyba
                                                  rzeczywiście nie pozostanie nam nic innego niż wyjazd.
                                                  To niewinne stwierdzenie rozpętało prawdziwą burzę i dyskusję pod
                                                  tytułem: „Wyjazd czyli ucieczka: tchórzostwo czy rozsądek”. Zdania jak zwykle
                                                  były podzielone. Spór rozstrzygnął Antek.
                                                  -Jeżeli do jutrzejszego popołudnia nic się nie wyjaśni to proponuję wyjechać.
                                                  -Ale… - od razu podniósł się protest.
                                                  -Nie wiadomo kim są porywacze i do czego są zdolni – Antek uciął dyskusję –
                                                  wolałbym nie oglądać mojej matki w częściach.
                                                  Argument zadziałał błyskawicznie. Obraz rozkawałkowanej Luśki, przesyłanej w
                                                  pojedynczych paczkach wpłynął na wyobraźnię. Nikt z obecnych nie wiedział, że
                                                  kilka godzin wcześniej Antek przeprowadził bardzo długą rozmowę z baronem,
                                                  której wynikiem była, wygłoszona właśnie, propozycja powrotu do Niemiec. Baron
                                                  miał dość pozostawania o krok w tyle za kimś, kto za życiowy cel przyjął sobie
                                                  uprzykrzanie mu życia. Postanowił przejść do ofensywy i zastawić w końcu
                                                  pułapkę zarówno na swoją prawdziwą czy też fałszywą kuzynkę jak i szpiega,
                                                  który bez wątpienia przebywał w pałacu. Gdyby tylko Frank zdecydował się mówić,
                                                  zadanie byłoby o niebo łatwiejsze. Niestety baron nie mógł liczyć ani na niego
                                                  ani na nikogo ze znajomych. Jedyną osobą, której postanowił zaufać był Antek.
                                                  Wychodził bowiem z założenia, że kogo jak kogo, ale własnego syna Luśka
                                                  rozpoznałaby zawsze. Przy jeziorze zatem był ktoś inny. Akcja została
                                                  zaplanowana na następną noc, ale jak to często z planami bywa odbyła się w
                                                  zupełnie innym terminie z zupełnie innymi uczestnikami.
                                                  • 27.04.06, 13:34
                                                    Sen był niezwykle sugestywny. Pałac wyglądał niby tak jak zwykle,
                                                    nieprzenikniona ciemność z niewielkim tylko strumieniem księżycowego światła
                                                    sprawiała, że okna wyglądały jak puste oczodoły wielookiego potwora. Dookoła
                                                    panowała złowieszcza cisza. Parne powietrze stało w miejscu. Żaden, nawet
                                                    najlżejszy podmuch wiatru, nie poruszał liśćmi. Umilkły ptaki, żaby i
                                                    świerszcze. Baron stał na podjeździe, skapany srebrnym światłem księżyca, nie
                                                    mogąc poruszyć się w żadną stronę. Nagle drzwi wejściowe do pałacu uchyliły się
                                                    wolno i bezgłośnie. Baron zaczął wpatrywać się w nie z natężeniem, przekonany,
                                                    że jeżeli tylko zobaczy osobę, która przez nie wyjdzie rozwiąże całą zagadkę.
                                                    Po kilku chwilach drzwi otworzyły się na całą szerokość, lecz nikogo nie było
                                                    widać. Z wielkim trudem baron zrobił krok w kierunku wejścia do pałacu i wtedy
                                                    go zobaczył. Kościotrup ubrany w czarny SS-manowski mundur z czerwoną swastyką
                                                    na rękawie posuwał się w jego stronę grzechocząc kośćmi. W otaczającej ciszy
                                                    dźwięk ten brzmiał jak wezwanie na Sąd Ostateczny. Kiedy postać była już jakieś
                                                    półtora metra od barona wyciągnęła coś, co było kiedyś dłonią, kiwnęła
                                                    pozostałościami palca, odwróciła się i ruszyła w stronę parku. Baron jak
                                                    urzeczony podążył za nią. Postać pojawiała się i niknęła na parkowych ścieżkach
                                                    wyraźnie klucząc bez celu. W pewnym momencie doprowadziła barona do olbrzymiego
                                                    drzewa. Wskazała na nie palcem i zniknęła. Na jednej z gałęzi wisiał gruby
                                                    sznur, zakończony pętlą podtrzymującą głowę wisielca. Dziwne, ale baron w ogóle
                                                    nie czuł strachu, kiedy nieruchome ciało poruszyło się i wężowym ruchem zaczęła
                                                    zsuwać się na dół. Spojrzawszy na barona szyderczo wykrzywiła opuchnięte wargi
                                                    i zaniosła się przeraźliwym śmiechem. Na ten widok baron zaczął uciekać. Nie
                                                    mógł znaleźć drogi do pałacu. W pewnym momencie wydawało mu się, że gdzieś
                                                    blisko błysnęło światełko. Zawrócił w tamtym kierunku czując ciągle zbliżającą
                                                    się pogoń. Światełko pochodziło z okna wielkiego domu. Baron przyśpieszył lecz
                                                    kiedy dobiegał do drzwi nagle cała budowla zniknęła a na jej miejscu pojawiły
                                                    się chwasty i wielkie czarne dziury. Baron nie będąc przygotowany na taki obrót
                                                    spraw zahaczył o coś nogą i wpadł do głębokiej jamy. Sturlawszy się na sam dół,
                                                    uderzył w coś twardego, poczuł, że to już koniec i się obudził.
                                                    Leżał na podłodze zlany potem. Bolało go stłuczone kolano i bar a przed oczami
                                                    ciągle miał wykrzywioną i opuchniętą twarz wisielca. Wzdrygnął się lekko, kiedy
                                                    przypomniał sobie jego śmiech i wstał. Do trzeciej, najbardziej przeklętej
                                                    godziny nocy, brakowało jeszcze kilku minut. Niedługo zacznie świtać, nadejdzie
                                                    nowy dzień, który powinien przynieść rozstrzygnięcie. Pułapka zastawiona na
                                                    złoczyńców powinna się udać. Baron przeciągnął się i sięgnął po butelkę z wodą
                                                    mineralną, która zawsze stała obok jego łóżka. Machinalnie odkręcił nakrętkę i
                                                    zaczął pić. W głowie kołatało mu się słowo „pułapka”… Kojarzyło mu się ze snem
                                                    i jeszcze z czymś, co z pewnością ostatnio widział. Nagle spłynęło na niego
                                                    olśnienie. Wiedział! Widział wyraźnie jak na dłoni drogę prowadzącą do skarbu.
                                                    Wyjrzał przez okno. Było jeszcze ciemno. Rozsądek podpowiadał mu, żeby poczekać
                                                    do rana i sprawdzić to miejsce, które mu właśnie przyszło do głowy w pełnym
                                                    blasku słońca z towarzystwem u boku, ale ciekawość była silniejsza. Zarzucił na
                                                    siebie spodnie i sweter, wsunął nogi w ciche sportowe buty i na palcach wyszedł
                                                    z pokoju. W pałacu poruszał się ostrożnie i cicho. Dopiero kiedy udało mu się
                                                    niepostrzeżenie wymknąć na dwór puścił się biegiem. Po kilku minutach był na
                                                    miejscu. Kieszonkową latarką, którą podwędził z kuchni, oświetlił teren, który
                                                    jeszcze przed dwoma było zapuszczoną polanką z górką pośrodku. Poświecił na
                                                    betonową posadzkę, z której Zosia wraz z pracownikami usunęła resztki podłogi.
                                                    Beton był pokruszony i popękany. Plątanina linii była całkowicie przypadkowa.
                                                    Po krótkim poszukiwaniu baron odnalazł jednak ledwie widoczny zarys prostokąta
                                                    o wymiarach mniej więcej metr na metr. Po pobieżnym oczyszczeniu upewnił się,
                                                    że nie jest to integralna część posadzki. Po podważeniu jednej strony płyta
                                                    lekko drgnęła. Po półgodzinie katorżniczych wysiłków udało mu się w końcu ją
                                                    odsunąć. Płyta okazała się sprytnie skonstruowana. Opierała się na legarach,
                                                    które stanowiły część piwnicznego sufitu i składała się z połączonych ze sobą
                                                    desek pokrytych cienką warstwą betonu. Po włożeniu na swoje miejsce prawie
                                                    idealnie wpasowywała się w posadzkę. Na dół prowadziła drewniana drabina.
                                                    Wyglądała całkiem przyzwoicie, więc po krótkim wahaniu baron powoli zaczął
                                                    schodzić. Po kilku chwilach stał w dobrze utrzymanej piwnicy. Przed latami
                                                    stanowiła ona zapewne piwniczkę na wino. Pod ścianami stały resztki regałów,
                                                    gdzie niegdzie w świetle latarki błyskały zakurzone butelki. W środku nie było
                                                    czuć zapachu stęchlizny, wręcz przeciwnie delikatny lekki powiew świeżego
                                                    powietrza. Wypływało ono z niewielkiego przejścia, prowadzącego, jak sprawdził
                                                    baron po chwili do następnego pomieszczenia. Było dosyć spore, suche i
                                                    przewiewne. I zapełnione prawie po brzegi. Porządnie ustawione jedna przy
                                                    drugiej stały duże drewniane skrzynie. Było ich około dziesięciu. Na stojącej
                                                    najbliżej wejścia została ustawiona mniejsza skrzynka. Baron odruchowo sięgnął
                                                    najpierw po nią. Nie miała żadnego zamknięcia. Otworzył wieko. W środku było
                                                    kilka porządnie ułożonych kopert z czarnymi pieczęciami z dwugłowym orłem,
                                                    kilkanaście zwykłych kopert i albumy ze zdjęciami. Baron otworzył pierwszy z
                                                    nich. Już zdjęcia na pierwszej kartce przeraziły go. Szybko przerzucił kilka
                                                    stron. Kolejne nie różniły się niczym od pierwszego: zbrodnie wojenne, plutony
                                                    egzekucyjne, zdjęcia z gestapowskich przesłuchań i uśmiechnięci oficerowie
                                                    gestapo i wojska niemieckiego pozujący do aparatu.
                                                    -Oddaj mi to – usłyszał nagle za sobą zimny głos. Baron odwrócił się powoli i
                                                    spojrzał swojemu przyjacielowi prosto w oczy.
                                                    -Proszę, nie zmuszaj mnie żebym ci to odebrał siłą – Jörn spokojnie podniósł
                                                    dłoń, w której zalśnił rewolwer. Jego zwykle sympatyczna i uśmiechnięta twarz
                                                    była teraz zupełnie obca. Z napięciem wpatrywał się w skrzynkę.
                                                    -Dlaczego? – baron zapytał po długiej chwili milczenia.
                                                  • 11.05.06, 10:09
                                                    -Dlaczego? – powtórzył Jörn – A dlaczego ty chcesz to wiedzieć? – zapytał. W
                                                    odpowiedzi baron wzruszył ramionami.
                                                    -Powiem ci, tylko najpierw oddaj mi proszę tę skrzynkę – poruszył sugestywnie
                                                    bronią.
                                                    -Po co ci to? – baron z wahaniem wręczył mu przerażające dokumenty.
                                                    -Widzisz Schmidt był nie tylko złodziejem – Jörn zerknął do środka po czym
                                                    zamknął wieko skrzynki, zabezpieczył je i zaczął opowiadać – Miał większe
                                                    ambicje niż tylko być bogatym. Chciał mieć władzę. Dosyć szybko zorientował
                                                    się, że władzę daje wiedza i informacja. W tej niewielkiej skrzynce znajduje
                                                    się takie mini archiwum wiadomości na temat ówczesnych bossów nazistowskich.
                                                    Dokumentacja przekrętów, zbrodni wojennych, kradzieży… Co tylko chcesz.
                                                    -Więc to nie chodziło o skarb?
                                                    -Ależ tak – Jörn roześmiał się dosyć nieprzyjemnie – to jest właśnie skarb dla
                                                    kogoś, kto wie jak tego użyć.
                                                    -A ty wiesz? – baron zapytał zimno.
                                                    -Owszem – równie zimno odparł jego przyjaciel – zawrzyjmy układ – zaproponował
                                                    po chwili – ja biorę skrzynkę ty resztę. Chyba to uczciwa propozycja zważywszy
                                                    na okoliczności? – spojrzał znacząco na trzymaną w ręku broń.
                                                    -Więc to ty współpracowałeś z wnuczką Schmidta?
                                                    -Nie – Jörn zmarszczył czoło – ale domyślam się kto to mógł być.
                                                    -Pewnie – baron stwierdził drwiąco – został tylko Hans, więc nie trzeba
                                                    błyskotliwej inteligencji…
                                                    -Dobra – Jörn skończył papierosa i wstał – zostaniesz tu na trochę a ja sobie
                                                    spokojnie wyjadę.
                                                    Z lekkim uśmiechem odstawił delikatnie drogocenną skrzynkę, położył latarkę na
                                                    jednej ze skrzyni i zbliżył się do barona.
                                                    -Przykro mi stary… – zaczął.
                                                    W tym samym momencie wystąpiło kilka wydarzeń naraz. Baron, zdawszy sobie
                                                    sprawę z tego, że Jörn zamierza go związać i zostawić w zimnej piwnicy,
                                                    postanowił działać. Cofnął się o krok a następnie z impetem rzucił się na
                                                    Jörna. Ten ostatni nie spodziewał się ataku, zachwiał się i próbując złapać
                                                    równowagę chwycił za kant najbliżej skrzyni potrącając latarkę, która zachwiała
                                                    się a potem spadła na podłogę oświetlając dolne partie pomieszczenia.
                                                    Jednocześnie gdzieś za ich plecami słychać było pośpieszne kroki. Odruchowo
                                                    obaj spojrzeli w kierunku wejścia ale zobaczyli tylko eleganckie szpilki,
                                                    usłyszeli strzał i zapadła ciemność, nieprzenikniona jak czarna zasłona. Baron
                                                    powoli zaczął przesuwać się w stronę wejścia, lecz tam gdzie miało ono być
                                                    natrafił na przeszkodę.
                                                    -Nie ruszaj się – przegroda syknęła głosem Hansa i wbiła baronowi w bok coś
                                                    twardego, zimnego i zapewne niebezpiecznego.
                                                    Nagle z miejsca gdzie prawdopodobnie znajdował się Jörn i nogi w szpilkach,
                                                    dobiegł hałas. Coś trzasnęło, upadło a damski głos zaprotestował energicznie.
                                                    -Złaź ze mnie i łapy przy sobie!
                                                    -Auć! – jęknął Jörn, ale z dźwięków wydawanych przez kobietę wynikało, że nie
                                                    zastosował się do polecenia.
                                                    -Złaź, bo jak ci przyłożę… - Hans poruszył się niespokojnie.
                                                    Baron wyczuł szansę dla siebie. Odsunął się a kiedy poczuł ruch powietrza,
                                                    świadczący o tym, że Hans pośpieszył wspólniczce na pomoc, ruszył do wyjścia.
                                                    Tym razem prawie mu się udało. W ostatniej chwili, kiedy już już był na
                                                    zewnątrz zahaczył o coś nogą, nie zdołał utrzymać się w pionie i poleciał w
                                                    dół. Próbując zebrać się z twardej kamiennej podłogi klął cicho pod nosem.
                                                    Ostatnia godzina była obfita w wydarzenia. Dwa razy grożono mu bronią,
                                                    prawdopodobnie złamał nogę a dwie zwalczające się frakcje, z których jedną
                                                    uważał kiedyś za przyjaciela, tarzała się właśnie w jego spadku walcząc o
                                                    niewielką skrzynkę wraz z jej ohydną zawartością. Nie mogło już być gorzej!
                                                    Noga bolała go coś bardziej, spróbował wdrapać się po drabinie i wydostać na
                                                    zewnątrz, ale szybko zdał sobie sprawę z tego, że bez pomocy ta sztuka mu się
                                                    nie uda. Usiadł więc pod ścianą zastanawiając się melancholijnie kto z tej
                                                    trójki walczących okaże się zwycięzcą i czy ewentualnie będzie mógł liczyć na
                                                    jego łaskę.
                                                    ***
                                                    Trochę wcześniej kilka kilometrów dalej Luśka nagle obudziła się. W pierwszej
                                                    chwili nie wiedziała gdzie jest ale pamięć podsycana furią wróciła jej dosyć
                                                    szybko. Była związana, leżała na łóżku w obcym domu i bez wątpienia była noc.
                                                    Pierwsza próba uwolnienia się z więzów nic nie dała. Luśka podciągnęła się do
                                                    góry i z niejakim trudem przyjęła pozycję siedzącą. Obok łóżka stał stolik a na
                                                    nim lampka. Lampka jak wiadomo powinna mieć włącznik. Po całej wieczności
                                                    macania stopą blatu stolika Luśka go w końcu znalazła i w pokoju rozlało się
                                                    ciepłe światło. „No, teraz lepiej” – mruknęła pod nosem, zastanawiając się
                                                    czego użyć do przecięcia sznura do bielizny, zastosowanego przez porywaczy. W
                                                    zasięgu wzroku nie było nic ostrego, żadnego noża, nożyczek, czy ostrych
                                                    szkieł, których to narzędzi używają zwykle uwięzieni w amerykańskich
                                                    filmach. „Bujda na resorach” – pomyślała z niechęcią i przyjrzała się
                                                    dokładniej otoczeniu. Dostrzegła, że podstawa lamy stojącej na stoliku jest
                                                    kuta. Prawie wszystkie krawędzie były łagodnie zaokrąglone, jednakże w jednym
                                                    miejscu… Luśka nachyliła się do lampy i przeciągnęła palcem po krawędzi liścia
                                                    klonu, który ozdabiał podstawę. Po chwili na palcu pojawiła się krew. Nie
                                                    zastanawiając się długo spróbowała przeciąć więzy na nadgarstkach. Po kilku
                                                    nieudanych próbach przyjęła w końcu właściwą pozycję i włókno po włóknie
                                                    zaczęło pękać. Pół godziny później było już po wszystkim. Luśka stanęła na
                                                    własnych nogach. Chwiejąc się lekko ruszyła do drzwi, chcąc natychmiast
                                                    policzyć się z porywaczami. Po kilku minutach odkryła jednak, że dom jest
                                                    pusty. Jej wściekłość, o ile to możliwe, jeszcze wzrosła. Wyszła na zewnątrz, w
                                                    szopie za domem znalazła rower, wsiadła na niego bez wahania i ruszyła w stronę
                                                    pałacu. Nigdy w życiu nikt jej tak jeszcze nie upokorzył. Z każdym naciśnięciem
                                                    pedałów jej uczucia do porywaczy nabierały nowych, coraz mocniejszych odcieni i
                                                    kamieniały w niej na granit, przy czym myśl, że zemsta jest daniem, które
                                                    najlepiej smakuje na zimno, nie miała do niej dostępu. Chciała ich dorwać
                                                    natychmiast albo jeszcze szybciej. Na podjeździe pałacu znalazła się dokładnie
                                                    w ostatniej chwili. Zdążyła zauważyć dwie znikające za pałacem postacie i bez
                                                    namysłu ruszyła za nimi. Kiedy rozpoznała w nich porywaczy przyśpieszyła kroku
                                                    ale zanim zdążyła ich dogonić zapadli się jakby pod ziemię. Chwilę później
                                                    usłyszała przytłumiony strzał. Teraz już nic nie mogło jej powstrzymać.
                                                  • 18.05.06, 11:47
                                                    Zatrzymała się w ostatniej chwili. Intuicja, szósty zmysł a może błysk księżyca
                                                    odbijającego się w starej butelce z winem, porzuconej wcześniej przez barona,
                                                    powstrzymały Luśkę przed wpadnięciem głową w dół do piwnicy. Biorąc pod uwagę
                                                    jej gabaryty, nawet po stosowanej od kilku dni kuracji odchudzającej, która
                                                    nawiasem mówiąc skutki przynosiła mierne, upadek taki skończyłby się zapewne
                                                    ciężkim uszkodzeniem ciała zarówno Luśki jak i barona, który usadowił się
                                                    dokładnie obok drabinki. Jej wahanie trwało zaledwie chwilę, po czym mężnie acz
                                                    z wysiłkiem ruszyła na dół.
                                                    -Dzięki Bogu! – głos barona zabrzmiał w uszach Luśki jak trąby Jerycha.
                                                    -Rany Boskie! – chwyciła się za gors odwracając się do swojego chlebodawcy –
                                                    ale mnie pan przestraszył! Co się tam dzieje? – zainteresowała się posłyszawszy
                                                    dźwięki dobiegające z sąsiedniego pomieszczenia.
                                                    -Moi, tak zwani, przyjaciele walczą właśnie o mój spadek – baron wyjaśnił
                                                    sprawę elegancko a następnie zapytał – więc jednak pani nie porwano?
                                                    -Właśnie, że porwano – myśl o złoczyńcach, którzy ośmielili się ją uwięzić
                                                    ponownie dodała Luśce sił – ale się uwolniłam. Czy ten cały Hans jest właśnie
                                                    tam? – wskazała ręką ciemność.
                                                    -Owszem i uważam, że powinniśmy zawiadomić policję. Ja niestety…
                                                    -To za chwilę – Luśka przerwała mu bezceremonialnie – najpierw muszę z nim
                                                    wyjaśnić kilka spraw – dodała złowieszczo i ruszyła w stronę odgłosów.
                                                    W normalnych warunkach Jörn prawdopodobnie nie miałby szans. Przeciwników była
                                                    dwójka, przy czym każde z nich miało broń. W ciemnościach jednak, jak wiadomo,
                                                    wszystkie koty są czarne. W tej nierównej walce tylko Jörn miał pewność, że
                                                    każdy cios zadany przeciwnikowi działa na jego korzyść. Hans i wnuczka Schmidta
                                                    Ilsa takiej pewności nie mieli. Dodatkowo każde z nich chciało zawładnąć
                                                    dokumentami ze skrzynki. Niestety jej lokalizacja była nieznana. Dlatego
                                                    właśnie, kiedy Luśka pojawiła się w wejściu oświetlając je zapalniczką, którą
                                                    zabrała baronowi, sytuacja zbliżała się do patowej. Niespodziewane światło
                                                    zaskoczyło wszystkich. Jörn, Hans i Ilsa spojrzeli w kierunku Luśki a na ich
                                                    twarzach malowała się najdoskonalsza bezmyślność.
                                                    -O żesz ty jeden z drugim! – pierwsza odzyskała panowanie nad sobą Luśka i
                                                    ruszyła jak rozwścieczony byk w kierunku Hansa – zachciało ci się pieronie
                                                    gwiaździsty mnie porywać! – ryknęła głośno i klasycznym, płynnym ruchem
                                                    przyłożyła mu z pięści w podbródek. Głowa Hansa odskoczyła jakby była
                                                    przymocowana na sprężynce. Nie przewrócił się tylko dlatego, że opierał się o
                                                    skrzynie. Ruch powietrza zgasił jednakże zapalniczkę. Znowu zapanowała
                                                    ciemność. Po chwili z prawej rozbłysło światło latarki i zimny damski głos
                                                    oznajmił po niemiecku.
                                                    -Hände hoch! – Ilsa Schmidt po mistrzowsku wykorzystała moment nieuwagi.
                                                    Odnalazła broń Jörna, latarkę i skrzynkę i właśnie zmierzała z nimi do wyjścia.
                                                    -Jeszcze z wami nie skończyłam – czerwona płachta przesłoniła oczy Luśki,
                                                    celnym kopniakiem uspokoiła Hansa, który dochodził do siebie po uderzeniu,
                                                    próbując zaatakować Luśkę od tyłu. Jednak po spotkaniu z jej nogą, zginając się
                                                    w pół zakwilił cichutko.
                                                    -Was?
                                                    -Kapusta i kwas – odpowiedziała odruchowo Luśka i ruszyła w stronę Ilsy. Mimo
                                                    swojej masy Luśka umiała poruszać się szybko i zwinnie. Ilsa cofała się w
                                                    stronę wyjścia trzymając Luśkę ciągle na muszce. Nagle zahaczyła obcasem o ten
                                                    sam występ, który wcześniej zaliczył baron i poleciała do tyłu. Luśka
                                                    pośpieszyła za nią, bynajmniej nie z pomocą. Nie zauważyła, że za jej plecami
                                                    Jörn zamierza zrobić dokładnie to samo. Dopadli Ilsę jednocześnie wyrywając jej
                                                    z rąk skrzynkę, to Jörn i latarkę oraz rewolwer, to Luśka. Ilsa nie stawiała
                                                    oporu, wyglądało na to, że jest nieprzytomna.
                                                    -Niech pani mu to zabierze! – nagle spod ściany dobiegł ponaglający głos
                                                    barona – nie może z tym wyjechać!
                                                    Luśka zareagowała odruchowo. Nie wyładowała jeszcze do końca przepełniających
                                                    ją uczuć a leżącej Ilsy i jęczącego w ciemnościach Hansa nie było sensu już
                                                    więcej uszkadzać, więc całą złość skierowała na Jörna, który chyłkiem miał
                                                    zamiar się ulotnić.
                                                    -A ty dokąd? – warknęła i ruszyła za nim wymachując bronią. Na ten widok Jörn
                                                    zbladł odrobinę i przyśpieszył kroku. Był już na czwartym szczeblu drabinki,
                                                    kiedy Luśka chwyciła go za nogę i bez zastanowienia ściągnęła w dół. Uścisk
                                                    mocny jak imadło i ręce zajęte drogocenną skrzynką nie pozostawiły
                                                    zaatakowanemu pola manewru. Zjechawszy elegancko w dół, zaliczając tyłkiem po
                                                    drodze wszystkie mijane szczebelki, osiągnął podłogę. Chwilę później został
                                                    jedną ręką podniesiony przez Luśkę do pionu, odebrano mu drogocenną skrzynkę i
                                                    zafundowano prawy sierpowy.
                                                    -To chyba wszyscy – Luśka otrzepała dłonie, wytarła je w spódnicę i zwróciła
                                                    się do barona – teraz możemy iść na policję.
                                                    -No, ja nie bardzo – baron poruszył się z trudem, bo noga zaczęła mu puchnąć.
                                                    -Eee.. to nie problem – Luśka wzruszyła ramionami – wyniosę pana na górę. Niech
                                                    pan weźmie skrzynkę.
                                                    Tak też zrobili. Kilkanaście minut później baron znalazł się w pałacu. Czekając
                                                    na wezwaną policję i lekarza zajął się zawartością skrzynki. Ku jego
                                                    olbrzymiemu zdumieniu w skrzynce zamiast dokumentów, które oglądał jeszcze pół
                                                    godziny temu znajdowały się najzupełniej niewinne kartki z pozdrowieniami,
                                                    puste koperty i puste albumy. Kompromitujące dokumenty zniknęły.
                                                  • 18.05.06, 11:49
                                                    Świtało już kiedy w pałacu pojawiła się karetka i siły policyjne w postaci
                                                    Antka i kilku jego kolegów z komisariatu. Wspólnymi siłami wydobyto całą trójkę
                                                    z piwnicy. Okazało się, że każde z nich jest uszkodzone. Hans miał wielki
                                                    siniak na brodzie, złamaną rękę i obolały brzuch, Ilsa wstrząs mózgu a Jörn
                                                    stłuczoną kość ogonową i mało eleganckiego acz ciekawego kolorystycznie siniaka
                                                    w miejscu gdzie jego twarz napotkała pięść Luśki. Po stwierdzeniu uszkodzeń
                                                    przez lekarza i zapakowaniu poszkodowanych do karetki zapanowała lekka
                                                    konsternacja. Na placu boju pozostała bowiem Luśka i policja.
                                                    -No to się matka doigrałaś! – Antek mruknął pod nosem.
                                                    -E tam… - Luśka wzruszyła ramionami – ty mi lepiej powiedz, co zrobimy z tym
                                                    tutaj.
                                                    -Zabezpieczymy, żeby nie zginęło a potem niech się martwi baron. Ja tylko nie
                                                    wiem co zrobić z tymi jego kolegami – zafrasował się – z jednej strony można
                                                    ich oskarżyć o porwanie i napad z bronią w ręku, z drugiej nie bardzo chciałbym
                                                    to robić bez uzgodnienia z baronem…
                                                    -Wojtek powiedział, że zadzwoni jak już będzie coś wiadomo – lekarz pogotowia
                                                    był dobrym znajomym Luśki, podobnie zresztą jak wszyscy inni dorośli i dzieci w
                                                    promieniu trzech powiatów – pojedziemy do szpitala i coś ustalimy.
                                                    ***
                                                    -Powinieneś podnieść pensję tej swojej gosposi – Jörn skrzywił się z bólu – to
                                                    nie jest kobieta, tylko jakieś monstrum.
                                                    -Bardzo dobrze – baron siedział razem z Jörnem w poczekalni – inaczej
                                                    siedziałbym tam do teraz. Nie mogę tego zrozumieć – mruknął – tyle lat byliśmy
                                                    przyjaciółmi, a ty mi wykręcasz taki numer.
                                                    -Nie miałem wyjścia – westchnął Jörn – właśnie dlatego, że jestem twoim
                                                    przyjacielem dostałem tę robotę.
                                                    -O czym ty mówisz? Jaką robotę? Przecież jesteś architektem…
                                                    -Owszem, ale dodatkowo jestem też czymś w rodzaju… no… prywatnego detektywa.
                                                    -Zwariowałeś? – baron popatrzył na niego z niedowierzaniem.
                                                    -Nie – Jörn pokręcił głową – polecono mi, żebym znalazł te dokumenty.
                                                    -Dlaczego? – baron wzruszył ramionami – przecież minęło sześćdziesiąt lat od
                                                    zakończenia wojny.
                                                    -Wiem – Jörn westchnął jak parowóz – pamiętaj jednak, że niektórzy z nich
                                                    jeszcze żyją to raz, a dwa niektórzy z woleliby nie ujawniać czym zajmowali się
                                                    ich rodzice podczas wojny, zwłaszcza jeżeli są teraz prominentnymi politykami… -
                                                    zawiesił głos.
                                                    -Rozumiem – baron popatrzył gdzieś w przestrzeń – a ty kogo reprezentujesz?
                                                    Tych polityków czy ich przeciwników?
                                                    -Sprawiedliwość…
                                                    Chwilę później lekarze zabrali ich do oddzielnych gabinetów i rozmowa siłą
                                                    rzeczy musiała zostać zakończona.
                                                    ***
                                                    Kilka dni później, kiedy upewniono się, że Ilsa i Hans przekroczyli polsko
                                                    niemiecką granicę i nie zamierzają wracać towarzystwo pałacowe w nieco
                                                    zmienionym składzie zabrało się do opróżniania piwnicy. Antek, Greta, Lisa,
                                                    Rita i Zosia wraz ze swoimi pracownikami dopingowane przez Franka, barona i
                                                    Jörna wyciągali w pocie czoła skarby umieszczone w skrzyniach. Czego tam nie
                                                    było! Sezam to przy nich mięta z bubrem. Zachwycone biżuterią kobiety i
                                                    dziełami sztuki mężczyźni dopiero po kilku godzinach zdali sobie sprawę z
                                                    faktu, że większość z tych skarbów jest skradziona a ich poprzedni właściciele
                                                    nie dożyli raczej spokojnej starości.
                                                    -Co z tym zrobisz? – pierwsza ochłonęła Greta.
                                                    -Nie wiem – baron popatrzył na wielką płachtę zakrytą wszelkimi dobrami – część
                                                    z tego jest z pewnością moja, ale nie wiem co.
                                                    -Zaraz, zaraz – Frank podrapał się po głowie – w tej skrzynce, którą przywiozła
                                                    twoja matka był jakiś spis. Może to właśnie to?
                                                    -A dokumentów jak nie było tak nie ma – westchnął Jörn – nie wiem kiedy ona
                                                    zdążyła je schować.
                                                    -Na pewno nie mieli ich przy sobie – Antek stwierdził stanowczo, ocierając pot
                                                    z czoła – obydwoje zostali dokładnie przeszukani łącznie z bagażami i
                                                    samochodem. Nota bene wasze samochody też zostały przeszukane, na wszelki
                                                    wypadek.
                                                    -I co? – zapytała zachłannie Lisa.
                                                    -Nic – Antek rozłożył ręce – nie ma.
                                                    -Na dole też już nic nie ma – Zosia wystawiła głowę nad otwór – przeszukaliśmy
                                                    wszystko centymetr po centymetrze.
                                                    -Nic? – baron spojrzał na nią zawiedziony, ale tylko pokręciła przecząco głową.
                                                    -Trudno – Jörn wzruszył ramionami – muszę się z tym pogodzić.
                                                    -Chyba nie masz wyjścia – Frank przyjacielsko poklepał go po ramieniu – swoją
                                                    drogą to długo wam zajęło znalezienie tej skrytki.
                                                    -Jak to? – Lisa spojrzała na niego pytająco – nie mów, że wiedziałeś przed nami.
                                                    -No pewnie – Frank uśmiechnął się pobłażliwie – była zaznaczona na jednej z
                                                    map. Tej z 1921 roku.
                                                    -1921! – wykrzyknął baron i uderzył się w czoło – no pewnie, przecież tu stał
                                                    stary dom. Piwnice były kamienne, więc ocalały przed pożarem. Idealne miejsce.
                                                    Że też nie wpadliśmy na to wcześniej…
                                                  • 18.05.06, 11:51
                                                    Rok później w niewielkim kościółku w pobliżu odbyły się dwa śluby jednocześnie.
                                                    Baron dopiął w końcu swego i prześliczna panna Zosia zgodziła się zostać
                                                    baronową von Dupersztangiel. Druga panna młoda, Greta również miała
                                                    wątpliwości. Mieszkanie pod jednym dachem z teściową to nic przyjemnego, a
                                                    kiedy tą teściową jest Luśka… Nic dziwnego, że długo modliła się przed figurą
                                                    Matki Boskiej.
                                                    -Jaką dostałeś odpowiedź? – świadek pana młodego znalazł w końcu spokojną
                                                    chwilę, żeby zamienić z nim słowo na osobności.
                                                    -Przyjęli na skarb państwa – baron westchnął w odpowiedzi – nie było to proste,
                                                    nie wiadomo, jaki jest status tych wszystkich rzeczy. Skradzione, odnalezione…
                                                    Nie wiadomo czy są jacyś właściciele albo spadkobiercy. Miliony urzędników i
                                                    nikt nic nie wie… Co za kraj!
                                                    -A ty chcesz tu zostać na stałe – Jörn roześmiał się.
                                                    -Zosia nie chce wyjeżdżać.
                                                    -No tak, żony trzeba się słuchać.
                                                    -Ty to pewnie wiesz najlepiej – baron odciął się szybko, spoglądając znacząco
                                                    na zaokrąglony brzuszek Lisy – zdaje się, że nie zamierzałeś się w ogóle żenić,
                                                    że o dzieciach nie wspomnę.
                                                    Przycinając sobie żartobliwie wyszli na taras. Tam Jörn, upewniwszy się, że
                                                    nikt ich nie podsłuchuje powiedział niepewnie:
                                                    -Jest jeszcze jedna sprawa…
                                                    -Tak?
                                                    -Słyszałeś, że X Y i Z zrezygnowali ze swoich stanowisk.
                                                    -Ostatnio nie miałem czasu, żeby interesować się niemiecką polityką a dlaczego
                                                    pytasz?
                                                    -Wiesz, od roku zastanawiam się jak to możliwe, że te dokumenty ze skrzynki
                                                    zniknęły…- zawiesił głos.
                                                    -To się nie zastanawiaj – baron spojrzał mu prosto w oczy – szkoda czasu. A
                                                    tych swołoczy chyba za bardzo nie żałujesz? – zapytał.
                                                    -Nie. I… dzięki.
                                                    -Na twoim miejscu przywitałbym się z ciotką – baron zręcznie zmienił temat,
                                                    wskazując podążającą ku nim Luśkę.
                                                    Jörn wzdrygnął się lekko, ale nie miał wyjścia. Ostatecznie teraz wszyscy
                                                    tworzyli jedną wielką, szczęśliwą rodzinę.

                                                    KONIEC
    • 04.03.06, 13:09
      Ta leśna polana przyciągała nas swym zielonym urokiem, jak magnes. Wakacje bez
      odwiedzenia tego uroczyska w ogóle nie zaliczały się do wypoczynku. Po
      wszystkich wojażach, wycieraniu kurzu z różnych górskich ścieżek lub
      przesypywaniu piasku na plażach, jechaliśmy w tę głuszę, jak do wymarzonej
      samotni, gdzie tylko las, ptaki, sarny, wiewiórki i my. Po minięciu ostatniej
      wsi, pokonaniu potwornie wyboistej drogi, pnącej się lekko w górę, rzuceniu
      okiem za siebie na piękny krajobraz, szeroki aż po horyzont i ukłonieniu się
      przycupniętej pod drzewem gajówce, wjeżdżaliśmy w las i zaczynaliśmy oddychać
      pełną piersią. Po obu stronach kamienistego duktu kłaniały nam się znajome,
      coraz wyższe sosny, a ciekawskie sójki witały nas krótkim skrzekiem i
      ulatywały, żeby podzielić się z kumoszkami wieścią, że oto już są! Przyjechali
      ci z miasta, będzie coś dobrego do jedzenia. Przy wjeździe na polanę, jak
      zwykle pomagała nam tabliczka z coraz bardziej wyblakłym napisem: „Polana
      Wykus. Pole namiotowe” i wreszcie byliśmy u celu. Rozbijaliśmy obóz i
      zaczynaliśmy sprawdzać, ile przybyło wyrytych napisów na drewnianych wiatach i
      stołach, jak urósł sosnowy młodniak, czy starodrzew nie ucierpiał zbytnio w
      czasie zimy i czy jak zwykle, poczekały na nas poziomki, maliny i jagody.
      Świadomość, że jesteśmy w samym środku ogromnego kompleksu leśnego, skąd do
      najbliższej ludzkiej osady mamy 3 kilometry w prawo i 9 w lewo, dawała nam
      swoiste poczucie wolności, a historyczna przeszłość tego miejsca pobudzała
      wyobraźnię. Tak było dotąd, dopóki nie zderzyła się ona z rzeczywistością.
      Dodajmy – dość ponurą.
      Dzień zbliżał się ku końcowi, więc oddawaliśmy się przedwieczornym obrządkom,
      czyli przyniesieniu pysznej wody ze źródełka i przygotowaniu kolacji. Po
      której, jak zwykle usiedliśmy wygodnie przy małym ognisku i nucąc sobie przy
      gitarze oraz pogadując leniwie, czekaliśmy na noc. I na pieczone w żarze
      ziemniaczki, które jakoś nie chciały nam się przejeść. Kiedy tak na nie
      czekaliśmy, wsłuchując się w gadanie lasu, patrząc w gwiazdy i myśląc o
      niebieskich migdałach, nagle na polanę wjechał samochód. Duży. Z wygaszonymi
      światłami. Zatrzymał się na uboczu polany, w cieniu potężnej brzozy i tyle.
      Stał, nikt z niego nie wysiadał, nic się nie działo. Oczywiście dreszcz
      przeleciał mi po plecach, bo nastrój zrobił się taki, jak na filmie, gdy niby
      nic się nie dzieje, ale wiadomo, że zaraz musi coś się zdarzyć. W dodatku - my,
      widoczni na tle tego ogniska, jak na panoramicznym ekranie, a ci tam, w
      kompletnej ciemności i tajemniczy, jak jeźdźcy z nikąd. Jakby tego było mało,
      gdzieś w ciemności ponuro rozdarł się puszczyk, potęgując grozę przeciągłym
      pohukiwaniem, aż do przesady. Wtedy poczułam, że dłużej tego nie wytrzymam.
      - Bierz siekierę, ja mam nóż, idziemy zapytać, czego chcą – szepnęłam do męża,
      szczękając zębami.
      - Spokojnie, przyjechali, to i pojadą – mężczyzna mego życia, jak zwykle
      usiłował spacyfikować mnie swoim opanowaniem i jak gdyby nigdy nic, zaczął
      wygrzebywać ziemniaki z ogniska.
      - A jak zostaną? Całą noc będziemy tak siedzieć? W życiu nie pójdę do namiotu,
      dopóki tu jacyś cichociemni się czają. Ja się boję!
      Jakby w odpowiedzi na moje histeryczne szepty, a może upojny zapach pieczonych
      ziemniaków, który rozszedł się dookoła, nagle drzwi samochodu się otworzyły i
      wysiadła z nich jakaś czarna zmaza, zarzuciła coś na ramię i zaczęła zbliżać
      się w naszym kierunku. Niech ja skonam, to zarzucone, to chyba karabin, albo
      jakaś inna broń palna! Poczułam, jak skóra cierpnie mi wszędzie, nawet na
      piętach.
      - Dobry wieczór państwu! – zmaza przemówiła całkiem przyjaźnie i podeszła w
      krąg światła – Leśniczy Kowalczyk, witam serdecznie.
      Leśniczy! Faktycznie, jakiś mundurek miał na sobie i ta giwera sterczała mu
      znad przepisowej czapeczki.
      - No wie pan co! Tak nas straszyć! W podchody się bawicie, czy co? – o mało go
      nie zabiłam swoim głosem, nie mogąc wybaczyć przeżytego stresu.
      - A nie, nie bawimy się. Musieliśmy się upewnić, że to państwo tu siedzicie.
      - A kogo innego się spodziewaliście? – zapytał z ciekawością mąż.
      - Kłusowników – odpowiedział krótko pan urzędowy i dodał szybko – Proszę się
      nigdzie stąd w nocy nie ruszać. Najlepiej w ogóle udawajcie, że was nie ma.
      - Zwykle nie latamy w nocy po lesie. Bo co? – wcale nie podobało mi się takie
      naruszenie wolności, więc nie siliłam się na uprzejmość.
      - Bo może być gorąco. Robimy obławę na kłusowników, a oni nie znają się na
      żartach. Powtarzam: zgasić ognisko i siedzieć cicho – powiedział sucho i nagle,
      jakby się zreflektował, że przecież, jakby nie było, jest tutaj naszym
      gospodarzem – Przepraszam, że psujemy państwu wypoczynek. Nie mamy wyjścia.
      Mimo wszystko życzę dobrej nocy. Aha, może być trochę strzelaniny, ale nie
      bójcie się, nie tu, raczej tam, daleko – machnął ręką w kierunku na Siekierno.
      Strzelanina była, jak się patrzy. Samochód zniknął cichutko, jak czarna zjawa,
      a koło północy, w lesie rozpętała się kanonada. Wcale nam się nie wydawało, że
      daleko, wprost przeciwnie. Nocne echa niosły jej odgłosy ze wszystkich stron, a
      my siedzieliśmy w samym jej środku i dziwiliśmy się, że nie słychać świstu kul.
      To znaczy – ja się dziwiłam, bo mój małżonek, pogrążony w słodkim śnie,
      bardziej reagował na moje ciche spazmy, niż na odgłosy wojny. Czyli odwracał
      się na drugi bok i spał dalej. A ja umierałam ze strachu. Przed oczami stawały
      mi obrazki, żywcem wzięte z podręczników historii. To przecież parę kroków
      stąd, partyzanci Ponurego zostali otoczeni przez Niemców, to tutaj trwała walka
      na śmierć i życie, po której zostały groby, rozsiane po całym lesie. A jeszcze
      wcześniej odziały Langiewicza... Ten partyzancki las przywykł do strzałów,
      jęków rannych i okrzyków zwycięstwa pewnie też, ale teraz należałby mu się
      wreszcie zasłużony spokój, do stu tysięcy zygzakowatych piorunów! Zanim ucichły
      odgłosy najnowszej wojny świętokrzyskiej, czyli po jakichś dwóch godzinach,
      które wydawały mi się wiekiem, moja nienawiść do kłusujących parszywców
      ugruntowała się na mur-beton i okrzepła w monolit. Co za gnidy! Morowe pomioty!
      Dzicz w móżdżek kopana! Mordercy!!
      Na drugi dzień odjechaliśmy do domu, dowiedziawszy się w gajówce, że obława,
      mimo tak wspaniałego efektu akustycznego, nie przyniosła zamierzonych
      rezultatów, czyli te podłe typy, żądne niewinnej krwi zwierzęcej, uszły cało i
      tylko patrzeć, jak znowu zaczną swój ohydny proceder. Na szczęście, po stronie
      strażników leśnych też obyło się bez ofiar. Jakim cudem, w tym ciemnym lesie
      wszyscy się nie pozabijali, do dziś pozostaje dla mnie tajemnicą. Po pewnym
      czasie dowiedzieliśmy się, że w odwecie, te zgniłki moralne spaliły gajowemu
      chałupę. A nam odebrali cudownie spokojną, leśną przystań. Bo jakoś
      przestaliśmy tam nocować, choć jeździmy nadal. Miejsce wciąż jest urokliwie
      przepiękne. Zresztą, może po prostu wyrośliśmy z namiotowego życia, jak z
      ulubionych, ale trochę już ciasnych butów? Nie wykluczone. Jednak pozostał mi
      bardzo emocjonalny i skrajnie negatywny stosunek do kłusowników. Nadal plenią
      się po lasach, jak trudna do opanowania zaraza. Tak sobie myślę, że skoro
      wszelkie odgórne metody walki z tym tałatajstwem nie skutkują, to może
      należałoby zacząć pracę u podstaw, czyli urabiania mieszkańców okolicznych wsi,
      by dojrzeli do wyplenienia chwastów ze swojego otoczenia? Ostatnia lektura mnie
      natchnęła: najlepiej za pomocą szeroko pojętego terroru indywidualnego...
      --
      Bez względu na to, gdzie człowiek patrzy, zawsze coś widzi.
    • 09.03.06, 04:43
      Po tragicznych wydarzeniach w Izbie Nizszej Parlamentu pan Prezydent
      Najjasniejszej mial do wyboru dwie mozliwosci, a mianowicie: uznac kadencje za
      wygasla i oglosic nowe wybory lub oglosic wybory uzupelniajace na 366 wakatow.
      Pan Prezydent dal czas wszystkim partiom na otrzasniecie sie z szoku (albowiem
      niemal cala starszyzna wszystkich partii ulegla tygrysiej przemocy) i wybranie
      nowych wladz, po czym skonsultowal sie z nimi i oglosil wybory uzupelniajace. W
      miedzyczasie jednak powolal interim pozaparlamentarny rzad "fachowcow", ktory
      mial pelnic swoje funkcje az do dnia, w ktorym nowa Nizsza Izba bedzie mogla
      tenze rzad albo zatwierdzic, albo wybrac wlasny. Nietrudno zgadnac, ze w sklad
      owego rzadu tymczasowego weszli roznej masci wiceministrowie, wojewodowie, i na
      okrase jeden czy dwoch ludzi spoza ukladu, cieszacy sie w spoleczenstwie
      rzeczywistym autorytetem. Jednakze, ku wielkiemu zaskoczeniu pana Prezydenta, ta
      wlasnie dwojka odmowila przyjecia nominacji. Rzad rzadzil z trudem, pan
      Prezydent czekal. Wreszcie powzial decyzje i ja oglosil w wieczornym oredziu do
      narodu.
      Na drugi dzien wszystkie pisma wyrazily ostrozny optymizm i zaczely snuc
      prognozy, kto tym razem wygra wybory - lewica, prawica, a moze centrum? I byc
      moze kampania wyborcza nie roznilaby sie od poprzednich, gdyby nie to, ze na
      trzeci dzien (a byl to piatek) we wszystkich gazetach na terenie kraju w
      dzialach "Praca oferowana" pojawilo sie identyczne ogloszenie nastepujacej
      tresci: "Zatrudnie 366 przedstawilcieli terenowych do oczyszczenia stajni
      Augiasza. Wymagania: zdrowy rozsadek, niekaralnosc za przestepstwa kryminalne.
      Fachowcy dowolnej specjalnosci mile widziani, politycy i politykierzy - nie.
      Zakres odpowiedzialnosci: ogromny. Wynagrodzenie: dwukrotna srednia krajowa plus
      dodatki (mieszkanie sluzbowe i parking w pracy i pod domem oraz ewentualny
      dodatek funkcyjny). Praca odpowiedzialna, na oczach spoleczenstwa i przez
      spoleczenstwo oraz historie oceniana. Wszyscy chetni prosze przeslac swoj
      zyciorys i referencje na adres: Lista kandydatow, PKW."
      Przez kraj przetoczyl sie huragan smiechu. Teraz prasa usilowala dociec, kto
      stal za tym ogloszeniem. Ktos rozpuscil plotke, ze znana autorka dowcipnych
      kryminalow napisala ten tekst. Jednakze autorki w kraju od jakiegos czasu nie
      bylo, a kiedy wrocila, odparla z oburzeniem, ze, co prawda, ogloszenie oddaje
      dosc scisle jej poglady, ale go nie napisala a ponadto musialaby na glowe upasc,
      zeby wyrzucac pieniadze w bloto na ogloszenie, ktore i tak nie spelni
      pokladanych w nim nadziei. Na szczescie reporter, ktoremu udalo sie ten wywiad
      (jedyny, na ktory autorka sie zgodzila) znal dosc dobrze jej tworczosc i
      (auto)biografie, tak, ze opublikowany wywiad (a moze reportaz) dosc scisle
      przedstawil problemy i sugerowane rozwiazania.
      Prawdopodobnie cala kampania przedwyborcza potoczylaby sie normalnie, gdyby nie
      nastapily dwa zwiazane ze soba wydarzenia. Otoz zdekapityzowane partie siegnely
      po politykow wypadlych juz z obiegu, czesto skompromitowanych, czym wzbudzily do
      siebie niechec spoleczenstwa, to zas (jak rowniez chwilowy brak ochronnego
      parasola) wykorzystaly organa sprawiedliwosci wmamrzajac dotychczasowe "swiete
      krowy", przyspieszajac procesy i otwierajac nowe dochodzenia, jak rowniez i
      niektore umorzone. Panika padla na polityczny establishment, tym bardziej, ze
      jak grzyby po deszczu na listy kandydatow zaczeli sie zglaszac kandydaci
      dotychczas nikomu nieznani, niezwiazani z jakakolwiek partia. Ich jedynymi
      atutami bylo poparcie spoleczne i fachowosc w jakiejs dziedzinie. Wszyscy
      deklarowali poparcie dla slynnego juz ogloszenia. W toku debat krystalizowaly
      sie postawy - partie chcialy podtrzymania status quo, natomiast nowicjusze
      twierdzili, ze reprezentant nie jest wladza, lecz pracownikiem wyborcow i
      pracodawca okresla ramy w jakich ma dzialac. Jak kraj krajem, nigdy jeszcze
      kampania nie byla tak zacieta. Komentatorzy polityczni nie byli w stanie
      zanalizowac sytuacji, okreslic przewidywanej frekwencji (optymisci mowili o 50%,
      pesymisci o 30%) coz dopiero przewidziec wyniki wyborow! Nadszedl wreszcie dlugo
      oczekiwany dzien wyborow. Wszystkie prognozy zaczely brac w leb juz w dwie
      godziny po otwarciu urn. Wtedy frekwencja przekroczyla 30%, dwie godziny pozniej
      50%, a po zamknieciu urn okazalo sie, ze osiagnela 83,21%. W tej sytuacji nikt
      nie wiedzial, co sie stanie. Po przeliczeniu glosow okazalo sie, ze tylko dwa
      mandaty dostaly sie istniejacym partiom, natomiast 364 mandaty uzyskali
      kandydaci niezalezni. To zmienialo calkowicie uklad sil w Nizszej Izbie
      Parlamentu. Nowi przedstawiciele zaczeli sciagac do stolicy. Starzy
      reprezentanci usilowali brac ich pod opieke, byli wysluchiwani, ale zadne
      obietnice nie padaly. Nowi spotykali sie rowniez ze soba i tu rozpoczynaly sie
      burzliwe dyskusje, ktore pomalu zaczely przynosic wyniki. W dniu, w ktorym nowi
      reprezentanci zlozyli przysiege, okazalo sie, ze zostal stworzony nowy klub
      parlamentarny - Klub Bezpartyjnych Reprezentantow (KBR) z bardzo prostym
      programem - calkowity przeglad prawa i jego kodyfikacja oraz oraz bezlitosna
      tegoz prawa egzekucja, uporzadkowanie spraw finansowych panstwa i wzrost
      gospodarczy. "Starzy" reprezentanci probowali stosowac stare sztuczki i kruczki,
      zostali jednak osadzeni na miejscu. KBR obsadzil funkcje Marszalka Izby i dal do
      zrozumienia Prezydentowi, ze jest najwiekszym klubem Izby, w zwiazku z tym
      zamierza stworzyc nowy rzad. Pan Prezydent skonultowal sie wiec z KBRem i
      zaproponowal misje utworzenia rzadu Andrzejowi Woydzie, adiunktowi Katedry Nauk
      Politycznych UJ. Ten misje przyjal i w dwa dni stworzyl rzad fachowcow - co
      dziwniejsze, parlamentarny. Nowi ministrowie urzadzili w podleglych im
      departamentach istna rzez, pozbywajac sie politycznegom balastu i
      niekompetencji. Rowniez wspolpracowali scisle z NIKiem i i innymi organami
      sprawiedliwosci. "Starzy" reprezentanci zaczeli krzyczec o niesprawiedliwosci i
      tu trafila kosa na kamien. Prokuratura Generalna wypuscila probny balon wnoszac
      o uchylenie immunitetu reprezentantowi J. N., zas Wysoka Izba immunitet ten
      uchylila i J.N. powedrowal za kratki odsiadywac wyrok. Prokuratura Generalna
      zweszyla swoja szanse i zasypala Wysoka Izbe kolejnymi wnioskami, zas Wysoka
      Izba sumiennie te immunitety uchylala. W przeciagu miesiaca Stan liczebny
      Wysokiej Izby zmniejszyl sie do 369 reprezentantow. Wysoka Izba zabrala sie
      teraz za prawo. Zaczela od nowelizacji ustawy o zawodzie reprezentanta - z
      ustawy zniknelo slowo "zawod", zastapione slowem "funkcja". Zarobki
      reprezentantow zostaly obnizone do dwukrotnej sredniej krajowej plus dodatki za
      pelnienie funkcji - ale tylko rzadowych. Funkcje Marszalka Izby, czlonkow
      wszelkich komisji zwyklych i specjalnych zostaly potraktowane za czynnosci
      wchodzace w zakres sprawowania funkcji i jako takie nie byly premiowane ekstra.
      Ponadto immunitet przestal obowiazywac w jakichkolwiek sprawach niezwiazanych z
      polityka. Senat i Prezydent probowali przeciwdzialac, KBR jednak (ku zdumieniu
      wszystkich obserwatorow), ktory dysponowal nie tylko bezwzgledna, ale i
      kwalifikowana wiekszoscia, dzialal wrecz jednomyslnie i odrzucal wszelkie
      poprawki i weta. Szybka reorganizacja sadownictwa, prokuratury, wieziennictwa i
      policji przyniosla oczekiwane efekty. Praworzadnosc zaczynala sie powoli stawac
      modna, co przynioslo wzrost gospodarczy, umocnienie waluty i drastyczne
      zmniejszenie bezrobocia. Co prawda roznego rodzaju organizacje typu Amnesty
      International podniosly dziki wrzask na temat "brutalizacji prawa", ale zostaly
      przez spoleczenstwo zignorowane. Wysoka Izba uchwalila zas nowelizacje
      Konstytucji - prawde mowiac byla to zupelnie nowa Konstytucje (jedna z
      najkrotszych i najprostszych na swiecie) i znowelizowala cale prawo karne,
      gospodarcze i administracyjne.
      Coz jeszcze mozna dodac? Po uplywie kadencji tylko czesc reprezentantow ubiegala
      sie o reelekcje. Reszta powrocila do przer
      • 09.03.06, 05:23
        Kurcze, ucielo mim koncowke... Oto ona:

        Coz jeszcze mozna dodac? Po uplywie kadencji tylko czesc reprezentantow ubiegala
        sie o reelekcje. Reszta powrocila do przerwanej pracy zaawodowej, udzielajac
        tylko ograniczonego poparcia niektorym niezaleznym kandydatom. Wiekszosc partii
        politycznych ulegla marginalizacji, spoleczenstwo zas uzyskalo silny wplyw na
        legislature. Historycy zas nazwali te kadencje "Wielka Konstytuanta" lub
        "Kadencja tygrysow".

        I tylko w spoleczenstwie gwaltownie wzrosla milosc do kotow. Szczegolnie tych
        duzych.
        --
        Mleko sprzedaje, mleko, Kupujcie, bo sie oplaca,
        Mleko sie pije lekko, Mleko dobre na kaca!
  • Powiadamiaj o nowych wpisach

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.