Dodaj do ulubionych

Opowieści dziwnej treści;)

18.01.06, 15:19
Opowieść pierwsza, pt. "Przesłuchanie"
Z policyjnego protokołu przesłuchania, które odbyło się dn. 18 stycznia 2006
roku w Komisariacie Policji w Psiej Wólce, na okoliczność interwencji na
posesji ob. Piotra Pyziałka, lat 38, syna Jana i Weroniki, w której doszło do
uszkodzenia ciała wyżej wymienionego przez podejrzaną, ob. Katarzynę
Pyziałek, żonę, lat 35, córkę Pawła i Bożeny.
Przesłuchujący, aspirant Jerzy Wałek: - Proszę opisać, jak doszło do całego
zajścia.
Podejrzana, Katarzyna Pyziałek: - Nijak by nie doszło, gdyby poczekał, aż
skończę.
Asp. Wałek: Proszę po kolei i dokładnie. Co pani kończyła?
K.Pyziałek: Książkę. Czytać.
Asp. Wałek: Jaką książkę?
K.Pyziałek: Chmielewskiej.
Asp. Wałek: A mężowi się to nie podobało?
K.Pyziałek: Podobało.
Asp. Wałek: Proszę dokładniej! Podobało mu się, a mimo to uderzyła go pani
chochlą i rozbiła mu na głowie dwa talerze?
K.Pyziałek: A bo mnie zdenerwował! Nie mógł poczekać chwilę? To nie, tylko
dlaczego nie ma nic do żarcia i dlaczego nie ma nic do żarcia! A co? Nie mógł
sam sobie chleba ukroić? W najciekawszym miejscu byłam, jak zaczął mi książkę
wyszarpywać z ręki! Prosiłam po dobroci, żeby mnie nie denerwował? Prosiłam.
Skończyłabym, to bym spokojnie obiad zrobiła, nie? Z głodu nagle zaczął
umierać, myślałby kto!
Asp. Wałek: I dlatego uderzyła go pani w głowę, powodując krwotok z
rozciętego łuku brwiowego, zasinienie okolic oka lewego i guz na środku
czoła?
K.Pyziałek: Jakie uderzyła? Jakie uderzyła?! Popchłam go tylko lekko, żeby
się wreszcie odczepił, a ten, jak worek poleciał na szafkę z talerzami!
Asp. Wołek: A chochla? Poszkodowany zeznał, że uderzyła go pani chochlą.
K.Pyziałek: Może go i szturchłam, nie pamiętam. Akurat czytałam taki fajny
kawałek, jak kobita przegania tłuczkiem stado bandziorów, a ten mi coś
mamrotał za uszami i za książkę łapał...
Asp. Wołek: To miała pani chochlę w ręku w czasie tego czytania? W jakim celu?
K.Pyziałek: W celu oganiania się od much. Tną cholery tego roku, jak rzadko,
a ten mój, sirota jedna, nawet packi porządnej zrobić nie umie! Mówię panu
komendantowi, przyjdzie z pola, to tylko żreć woła i żadnego pożytku z
niego...
Asp. Wałek: A więc przyznaje się pani do winy?
K.Pyziałek: Do jakiej winy? Do nijakiej winy się nie przyznaję! Sam sobie to
zrobił! Widać taki cherlawy jest. Sąsiadka świadkiem, że tylko lekko go
popchłam!
Asp. Wołek: A co robiła sąsiadka u pani w domu?
K.Pyziałek: Jak to co? Czekała, aż skończę czytać, bo chciała pożyczyć tę
piękną książkę!

Świadek, ob. Marianna Kawałek, która wezwała pogotowie ratunkowe do
poszkodowanego, odmówiła zeznań słowami: Dobrze mu tak, draniowi jednemu.

--
Bez względu na to, gdzie człowiek patrzy, zawsze coś widzi.
Edytor zaawansowany
  • 18.01.06, 16:20
    "Przesłuchanie" -- cd.
    Z policyjnego protokołu przesłuchania ob. Piotra Pyziałka, które odbyło się dn.
    18 stycznia 2006 roku w Komisariacie Policji w Psiej Wólce, na okoliczność
    interwencji na posesji wyżej wymienionego ob. Piotra Pyziałka, lat 38, syna Jana
    i Weroniki, w której doszło do uszkodzenia ciała wyżej wymienionego przez
    podejrzaną, ob. Katarzynę Pyziałek, żonę, lat 35, córkę Pawła i Bożeny.
    Przesłuchujący, aspirant Jerzy Wałek: - Proszę opisać, jak doszło do całego
    zajścia.
    Poszkodowany, Piotr Pyziałek: No bo tak, wracam ci ja panie władzo do domu z
    pola, po robocie. Uchetany jak siedem nieszczęść. No bo sam pan władza wie
    najlepiej, że robota w polu lekka nie jest. I co widzę. Moja stara siedzi i
    książkę czyta, a gary z dwóch dni nie zmyte, obiadu nie ma, dzieciska
    nieoporządzone. W chałupie brudno. I dziwi się gangrena jedna, że much pełno. By
    posprzątała toby ich mniej było. Fleja jedna.
    Asp. Wołek: Do rzeczy proszę.
    P.Pyziałek: A to jest na rzeczy panie władzo, bardzo na rzeczy. Bo o to sie
    własnie rozchodzi. Żeby to tak pierwszy raz. Ale nie, odkąd dopadła tę cała
    Chmielewską i te jej kryminały zakichane, to nic innego ta moja durna baba nie
    robi tylko całymi dniami te książki czyta. Myślałem, przeczyta jedną i jej
    przejdzie. A gdzież tam, czyta i czyta. Dom odłogiem leży, wszystko się sypać
    zaczyna, ale ona czyta. Do księdza proboszcza nawet poszłem, ratunku szukać. A
    ten mówi mi "przeczekaj, może jak wszystkie przeczyta to się uspokoi i do życia
    wróci. No, a jeśli nie, to jakieś egzorcyzmy odprawimy. A ty na razie sam domem
    się zajmij, dzieciakow pilnuj i módl się." No to się modliłem. Nie pomogło,
    jedną skończyła to za drugą sie zabrała. Do nauczycielki najstarszego syna,
    Frania znaczy się, poszedłem, spytać ile ta cała Chmielewska tych książek
    wysmarowała, bym wiedział ile mam czekać. No i się okazało, że bardzo dużo. Nic
    to, uzbroiłem się w ciepliwość, sam wszystkiego doglądałem. I czekałem. No i sie
    doczekałem ....
    Asp. Wołek: Czego się pan doczekał?
    P.Pyziałek: Eghhh ... szkoda gadać. Jak skończyła wszystkie, włącznie z tymi
    najnowszymi, to zaczęła je jeszcze raz czytać, po kolei, od początku. A do tego,
    w internet wlazła, do jakiegoś towarzystwa takich samych jak ona maniaków się
    zapisała, na spotkania jeździ. O chałupę jak nie dbała tak nie dba. Ani o mnie,
    ani o dzieciaki. Kiedyś to chociaż w domu siedziała, a teraz to ciągle się
    gdzieś włóczy. A żeby to sama jedna tak, to nie, Maryśkę Kawałek też w to
    wciągnęła i inne baby ze wsi też. I ja tam nic nie chcę mówić, ale wasza stara
    to z moją coś ostatnio też mocno trzyma. Eghhhh .... Ja to chyba naprawdę
    księdza proboszcza o egzorcyzmy poproszę.
    Asp. Wołek: Czekajcie, czekajcie, to mówicie, że moja też tam z waszą te książki
    tak czyta?
    P.Pyziałek: A to co, to pan władza sam nie zauważył? W domu rzadko bywa to i nie
    widzi. Czyta, czyta i do tych maniaków razem z tą moja i Maryśką należy. Teraz
    to kulig jakiś planują, ale mówię panu, ja swojej nie puszczę.
    Asp. Wołek: Ja jej dam kulig .......!!!!!!!!!!!!!!!

    Tu niestety nastapiła przerwa w przesłuchaniu, gdyż Aspirant Wołek poleciał do
    domu przywoływać swoją małżonkę do porządku. W wyniku przeprowadzanych czynności
    w domu państwa Wołków niezbędna okazała się interwencja policji...wink


    PS. Groha, strasznie Cie przepraszam, ale nie mogłam sie oprzec.smile

  • 18.01.06, 20:29
    Na skraj Puszczy Swietokrzyskiej po jej polnocnej stronie wyszedl czlowiek.
    Trzeba przyznac, ze jak na te pore roku (niemal polowa lipca) i temperature
    (powyzej 30 stopni pod wieczor) byl ubrany troche dziwnie. Duze nogi tkwily w
    czyms w rodzaju botkow podbitych futrem. Na nogach widac bylo cos, co
    przypominalo spodnie skafandra narciarskiego. Co do tulowia, to trudno bylo cos
    powiedziec, spowity byl bowiem w cos, co najbardziej przypominalo kozuch furmana
    - dlugi, podbity futrem i szczelnie zapiety. Postawiony kolnierz zakrywal szyje
    i dotykal czapki-marusarzowki gleboko naciagnietej na glowe. Usta zakrywal
    szalik a oczy - ogromne okulary sloneczne, bardziej przypominajace gogle
    narcarskie niz cokolwiek innego. Rak nie bylo widac, tkwily bowiem w kieszeniach
    kozucha. Rozejrzal sie po okolicy i najwyrazniej przez chwile sie nad czyms
    zastanawial. Po chwili ruszyl przed siebie skrajem lasu. Szedl szybko, zwinnie
    omijajac wszelkie przeszkody terenowe. Zapadl zmierzch, potem noc, a czlowiek
    wciaz szedl tak samo szybko wzdluz puszczy. Jedynie jego okulary jakby zrobily
    sie mniej ciemne. Wielokrotnie w czasie tej wedrowki dochodzil do jakiejs drogi,
    ale najwyrazniej mu one nie odpowiadaly, bo za kazdym razem po krotkiej chwili
    zastanowienia przekraczal droge i szedl dalej wzdluz puszczy. Polnoc dawno juz
    minela i wstawal powoli swit nowego dnia, 14-go lipca 2006-go roku. Piatek.
    Najwyrazniej czlowiek pomyslal o tej dacie, bo mruknal na tyle glosno, ze
    slychac go bylo w promieniu co najmniej kilku metrow:
    - Szkoda, ze nie 13-ty.
    Zbladly juz wszystkie gwiazdy na niebie, kiedy doszedl do skraju duzej szosy.
    Przyjrzal sie jej dokladnie, z uwaga patrzyl na dosc duzy ruch. Najwidoczniej
    poczul sie usatysfakcjonowany, po porzucil puszcze i zaczal isc skrajem szosy,
    po jej lewym poboczu, kierujac sie na polnoc (mniej wiecej, droga bowiem miala
    troche zakretow). Szedl szybko, ale i tak zajelo mu ladnych kilka godzin zanim
    znaki na drodze oznajmily: "WARSZAWA". Bylo juz pozne popoludnie. Czlowiek
    zaczal kierowac sie w strone srodmiescia. Zabudowa stawala sie zoraz gestsza.
    Rozpalone muray zialy zarem. Najwyrazniej czlowiek zaczal odczuwac upal, bo
    odpial gorny guzik kozucha. Ale na tym skonczyly sie jego ustepstwa w stosunku
    do aury. Zwolna zapadal zmierzch, zaczynaly sie zapalac lampy uliczne. Czlowiek
    nieco zwolnil, rozgladajac sie po otoczeniu. W dalszym ciagu szedl szybko, ale
    juz nieco wolniej i uwazniej. Szczegolnie wiele uwagi poswiecal teraz murom,
    szczegolnie w okolicach skrzyzowan. W pewnym momencie chyba znalazl to, czego
    szukal. Dalo sie slyszec jego wyrazny pomruk:
    - Plac Trzech Krzyzy. Nareszcie.
    Teraz zwolnil wyraznie. Zaczal okrazac plac, dokladnie ogladajac kazdy budynek.
    Wreszcie zatrzymal sie. Stal przed lokalem, nad ktorym byl napis "Podobno
    Szpilka". Przyjrzal mu sie uwaznie i po chwili zrozumial. To byly dwa lokale, a
    nie, jak myslal, jeden. Najwyrazniej chial wejsc do srodka, ale nie byl pewny,
    do ktorego. Zanim podjal podjac decyzje, do wejscia do "Podobno" zblizyly sie
    dwie postacie. Jedna z nich byla poteznie zdenerwowana, bo glosnym szeptem
    indagowala swoja towarzyszke:
    - I jak ja ich poznam?
    - Nie martw sie. Wejdziesz, krzykniesz "Szkorbut, skorbut", poczekasz na odzew
    "Lumbago, lumbago" i tam pojdziesz, skad padl odzew.
    - Ale jestesmy takie spoznione!
    - Nie nasza wina, ze byl wypadek, szosa zablokowana, a ten caly objazd przez te,
    jak jej tam, Wieczfnie Koscielna, zajal prawie dwie godziny.
    - Ale...
    - Wchodzimy, przestan marudzic.
    Druga osoba otworzyla drzwi i niemal na sile wepchnela tam pierwsza. Zanim drzwi
    zdazyly sie zamknac, czlowiek byl juz przy nich i blyskawicznie sie przez nie
    przeslizgnal. Rozejrzal sie po lokalu. Osoby, ktore weszly przed nim kierowaly
    sie do srodka, a potem na prawo, skad dobiegal stlumiony gwar i co chwila
    wybuchy smiechu. Przybycie dwoch nowych osob do towarzystwa na chwile uciszylo
    harmider, ale tylko nachwile, zaraz bowiem wybuchl na nowo. Slychac bylo okrzyki:
    - Nareszcie!
    - A juz myslelismy...
    - Ktoredy?
    Po chwili gwar ucichl i dal sie slyszec wyrazny glos:
    - Pani Joanno, pozwoli pani sobie przedstawic...
    Czlowiek przestal dalej sluchac. Zdecydowanie skierowal sie za poprzedniczkami i
    po chwili znalazl sie na sali zapelnionej po brzegi. Rozejrzal sie uwaznie. Tak.
    To bylo to. Dwie osoby mialo na sobie koszulki, na ktorych widnialo skrzyzowanie
    Volvo i rumaka z szydelkiem w kopycie. Napis na koszulce rozwial wszelkie
    watpliwosci. Duma napelnila piers czlowieka. Juz za chwile wypelni swoje
    poslannictwo. Zaczal nabierac oddechu, aby cos powiedziec, gdy nagle jego wzrok
    spoczal na niewiesciej postaci siedzacej w srodku i bedacej (jak mu sie
    wydawalo) centrum uwagi zgromadzonych. Zamarl w pelnym podziwu oslupieniu. Jego
    szczescie wydawalo sie nie miec granic. Nie tylko wypelni swoja misje, ale
    uczyni to osobiscie, a nie przez posly! Wyciagnal z kieszeni zacisnieta w piesc
    reke. Reka miala dziwny, purpurowy kolor. Zdecydowanie ruszyl w kierunku Gurui i
    zatrzymal sie przed nia. Na sali nagle zapanowala cisza.
    - Jeszcze jedna niespodzianka? - zapytala z usmiechem Gurua.
    Odpowiedzialo jej milczenie. Gurua zauwazyla na wszystkich twarzach wyraz
    zdziwienia i zaskoczenia. Najwyrazniej nikt nic o tym czlowieku nie wiedzial.
    Wygladalo na to, ze niespodzianka byla niespodzianka dla wszystkich. Zanim
    ktokolwiek zdazyl cokolwiek powiedziec, czlowiek przemowil. Niski, metaliczny
    bas mowil czysta polszczyzna, aczkolwiek zdawac sie moglo, ze jest to dla
    przybysza jezyk obcy, a nie rodzimy. Slowa swoje, wypowiadane z pelnym szacunku
    zachwytem, skierowal do Gurui:
    - Wielce szanowna pani Joanno. Prosze wybaczyc mi to wtargniecie bez
    zaproszenia, ale nie bylismy w stanie go uzyskac, z przyczyn od nas niezupelnie
    zaleznych. Pozwoli Pani, ze od razu przejde do rzeczy. Otoz doszlo do naszej
    wiadomosci, ze od wielu lat poszukuje Pani pewnej rzeczy, niezbednej Pani jak
    powietrze, od ktorej zalezy napisanie Nowego Dziela.
    Dziwna rzecz, ale w mowie przybysza mozna bylo wyraznie slyszec duze litery.
    - Dowiedziawszy sie o tym, natychmiast przedsiewzielismy odpowiednie kroki, aby
    taki stan rzeczy naprawic.
    Wyciagnal przed siebie purpurowa reka (szesc palcow, dwa przeciwstawne kciuki),
    na ktorej lezalo cos, co przypominalo kostke do gry.
    - Pani Joanno, zdajemy sobie niestety sprawe, ze dostarczenie tego z takim
    opoznieniem jest karygodne, ale mamy nadzieje, ze w Swej Laskawosci raczy Pani
    wciac pod uwage dosc spora odleglosc, jaka musielismy pokonac i raczy nam to
    opoznienie przebaczyc.
    Gurua popatrzyla na oslupiale twarze obecnych. Przybysz z szacunkiem zblizyl sie
    i podal jej kostke. Z lekka wahajac sie Gurua wyciagnela reke, ale zanim
    dotknela kostki zapytala:
    - Dziekuje bardzo, ale moze mi pan przypomni, co to takiego, ze bez tego nie
    moge zyc?
    Przybysz odparl krotko:
    - Male z dnem.
  • 20.01.06, 06:16
    Wszelkie postacie jak i sytuacje zamieszczone w tym opowiadaniu sa wymyslem
    autora i z osobami i sytuacjami realnymi nie maja nic wspolnego

    Wicepremier

    Dzisiejsze obrady Nizszej Izby Parlamentu zostaly przelozone na pozny wieczor.
    Wyniklo to z potrzeby zapewnienia panom i paniom reprezentatntom odrobiny
    spokoju potrzebnego do prowadzenia obrad. Spokoj ten byl bowiem brutalnie
    zaklocany przez spoleczenstow masowo i glosno pikietujace obie izby Parlamentu i
    zadajacego pozbawienia immunitetow dla sporej czesci reprezentantow - a to w
    celu odsiedzenia prawomocnego wyroku, a to w celu pozwolenia zatrzymania (w celu
    zapobiezenia matactwom) i tak dalej i tak dalej. Trzeba powiedziec, ze
    manifestacje (spontaniczne, na ktore Wladze Stolicy nie wyrazaly zgody) nasilily
    sie po ostatnim weekendzie, w czasie ktorego pieciu poslow i senatorow
    spowodowalo wypadki samochodowe bedac (zdaniem policji) pod wplywem alkoholu, w
    tym trzy ze skutkiem smiertelnym. Ponadto 28 poslow i senatorow zostalo
    zatrzymanych "w stanie wskazujacym..." i zabrano im kluczyki, ale na tym
    skonczyly sie mozliwosci policji. 48 awantur (w kilku wypadkach polaczonych z
    rekoczynami) w knajpach i innych lokalach publicznych z udzialem reprezentantow
    narodu zakonczylo sie interwencja policji. Oliwy do ognia dolala poniedzialkowa
    nowelizacja ustawy o zawodzie posla, w ktorej przyznano podwyzki uposazen o 300%
    a diet o 200%. Wszystkie gazety bezczelnie pisaly o "Republice kolesi" i zadaly
    pozbawienia immunitetow i nowych wyborow. Jednym slowem - anarchia i kompletny
    brak szacunku dla wybranych Przedstawicieli Narodu. Jedna z gazet posunela sie
    tak daleko, ze ponad pol numeru poswiecila szczegolowemu omowieniu wszystkich
    poslow i senatorow i ich konfliktach z prawem. Okazalo sie, za na 559
    urzedujacych obecnie reprezentantow (jedno miejsce bylo wolne, albowiem pan
    posel, ktory je uprzednio zajmowal, rozsmarowal sie wraz z samochodem na niemal
    100 metrach drzew, zas postmortem wykazal 2,18 promila) czysta kartoteke ma
    jedynie pieciu reprezentantow, a to tylko dlatego, ze sprawy ulegly
    przedawnieniu. Lista obejmowala zarowno prawomocnie (i jeszcze niepawomocnie)
    skazanych jak i tych, wobec ktorych trwalo postepowanie lub akt oskarzenia lezal
    w sadach. Z tej listy na odsiadke oczekiwalo 218 reprezentantow, zas wobec 423
    trwalo postepowanie. 113 czekala rozprawa. Wsrod przestepstw i wykroczen
    najczestsza byla jazda po pijanemu i wywolywanie awantur. Ponadto w zasadzie
    niemal zabraklo paragrafow KK ktore bylyby niewykorzystane przez wladze sledcze.
    Oszustwa, wymuszenia, platna protekcja, kradzieze, paserstwo, znalazl sie nawet
    gwalt! No owszem, nikt nie zostal oskarzony o morderstwo z premedytacja (ale o
    podzeganie - tak) i o zdrade glowna. No i wreszcie dzisiaj wplynela do Trybunalu
    Konstytucyjnego skarga na ustawe o immunitetcie poselskim za jej niezgodnosc z
    konstytucja. Wnioskodawcy twierdzili, ze immunitet pozwala na ochrone tylko w
    sprawach politycznych, a nie kryminalnych. Krotko mowiac - Sodomia i Gomoria. W
    kazdym razie dzisiaj Parlament mial obradowac nad uchyleniem immunitetu
    wicepremiera Cap-Usty. Trzeba przyznac, ze pan wicepremier Cap-Usta byl
    absolutnym rekordzista. 37 prawomocnych wyrokow na laczna sume 125 lat i poltora
    miliona grzywny. 23 wyroki jeszcze nieprawomocne opiewaly na 87 lat i 3 miliony.
    64 sprawy w toku. Fama glosila (nie wiadomo czy ktos powiedzial Famie, zeby sie
    nie wyglupial), ze pan wicepremier mial sie jakoby wyrazic ze zamierza
    przescignac pana Laszcza i podbic sobie plaszcz (dlugi, czarny, jak w
    "Matrixie") wyrokami. Dlaczego plaszcz? To proste. Delie, kontusze, zupany i
    kiereje dosc dawno temu wyszly z mody a pan wicepremier Cap-Usta zywil wielki
    sentyment do Rzeczypospolitej szlacheckiej, np. bardzo czesto lubil krzyczec
    "veto!", zas warcholstwo i opilstwo bliskie byly jego sercu. Dzis Prokuratura
    Generalna zadala uchylenia immunitetu za pobicie i skopanie dziennikarza (m. in.
    peknieta podstawa czaszki, 3 miesiace w szpitalu, w tym dwa tygodnie w stanie
    krytycznym), zniewazenie funkcjonariusza (prokurator) i urzedu (wymiar
    sprawiedliwosci, a konkretnie sad) slowami ogolnie uznanymi za obelzywe i nie
    drukowane w zadnych slownikach oraz za korupcje i platna protekcje. Wysoka Izba
    byla gleboko rozgoryczona zarowno postawa mediow jak i spoleczenstwa, nic wiec
    dziwnego, ze po krotkiej debacie odrzucila wniosek stosunkiem glosow 28 za, 313
    przeciw przy 26 wstrzymujacych sie. Pan wicepremier Cap-Usta podniosl w gore
    reke w slynnym gescie Kozakiewicza i skierowal sie do drzwi wyjsciowych, za
    ktorymi od pewnego czasu panowal coraz wiekszy halas. Otworzyl je z rozmachem i
    zamarl. Po mniej wiecej trzech sekundach zaczal je rozpaczliwie zamykac, ale nie
    zdazyl. Olbrzymia lapa, ktora pchnela drzwi z drugiej strony byla pokryta
    pomaranczowym futrem w gustowne czarne pasy i nalezala do tygrysa. Chyba
    ussuryjskiego. W kazdym razie najwiekszego, jaki Wysoka Izba widziala z tak
    bliska. Tygrys druga lapa pacnal pana wicepremiera Cap-Uste, jednym ruchem
    rozszaroujac mu marynarke, kamizelke, koszule, podkoszulek i brzuch, po czym
    zabral sie za przekaske. Wrzask przerazenia rozlegl sie zarowno z law rzadowych,
    jak i z law opozycji. Po chwili przybral na sile, bowiem przez otwarte drzwi na
    sale zaczely wkraczac nastepne tygrysy.

    Co gorsza, wyraznie bylo widac, ze zwierzatka byly wyglodniale...
  • 20.01.06, 14:37
    Późny wieczór. Światła w uczelnianych gmachach pogasły. Tylko w jednym oknie,
    na parterze, nadal się świeci. To doktor Aramis przeprowadza swoje syntezy
    białek. Lubi te późne godziny w laboratorium. Jest cicho, spokojnie. Nie plączą
    się hałaśliwi studenci. Pracownicy już dawno powychodzili do domów. Drzwi
    zamknięte. Osobiście tego dopilnował. Został tylko on, jego ukochany sprzęt
    laboratoryjny i przygotowany do dalszych badań PREPARAT. Wyjątkowy PREPARAT.
    Doktor Aramis zaciera z zadowoleniem ręce. Uwielbia to. Czekające go długie
    godziny badań, są dla niego jak smaczne ciasteczko. Zwłaszcza, że na dzisiejszy
    wieczór zaplanował coś zupełnie wyjątkowego, coś, czego jeszcze nikt nie
    dokonał. On, skromny doktor Aramis, będzie pierwszy. Dokona przełomu. Zdobędzie
    sławę i uznanie. Będą go publikować wszędzie, a ,,Nature” i Science” będą się o
    niego wręcz biły. Już widzi jak odbiera Nagrodę Nobla, widzi jak mu wszyscy
    zazdroszczą. Rozmarzył się doktor Aramis.
    Nagle, z sąsiedniego pomieszczenia dobiegł go jakiś rumor. Jakby ktoś zrzucił
    na ziemię szklane naczynia. ,,Ki diabeł? Przecież nikogo już nie ma.” pomyślał
    Aramis i ostrożnie wyjrzał na korytarz. Nic. Pusto. Ostrożnie podszedł do drzwi
    drugiego laboratorium. Uchylił je. W pomieszczeniu było ciemno i cicho. Zapalił
    światło. ,,Kto tu jest?” zapytał i ostrożnie zajrzał przez uchylone drzwi. Nikt
    mu nie odpowiedział. W laboratorium nikogo nie było. Wszedł do środka i
    spojrzał na lodówkę, w której przechowywał PREPARAT przeznaczony do
    dzisiejszych badań. Była otwarta. Na zewnątrz leżało mnóstwo potłuczonych
    probówek, zlewek i szkiełek laboratoryjnych. Przechowywane w nich roztwory
    wylały się i utworzyły na podłodze malowniczą plamę. ,,Co jest?” zapytał sam
    siebie po cichu i czym prędzej podszedł do lodówki. Zajrzał do środka, zbladł,
    przetarł oczy i zajrzał ponownie. ,,O Matko Guruo!!” zakrzyknął ,,Gdzie jest
    mój PREPARAT!!!!!!!!”. Rozejrzał się dookoła. Oprócz plam na podłodze przy
    lodówce nie zauważył niczego szczególnego. Doktor Aramis podrapał się
    zafrasowany w głowę. ,,Ale jak to możliwe?? Kto?? Jak??? Kto się dowiedział???
    To niemożliwe.” tysiące pytań lęgło się w głowie doktora. Próbował zebrać
    myśli, opanować ten wewnętrzny chaos. Jego analityczny umysł szybko zaczął
    szukać rozwiązania tej zagadki. O tym, że zdobył PREPARAT i zamierza nad nim
    popracować nikt nie wiedział. Nawet jego ukochana kobieta o tym nie wiedziała,
    chociaż przeważnie nie miał przed nią tajemnic. W lodówce schował go tak, by
    się nie rzucał w oczy i nikt się nim nie zainteresował. Osobiście sprawdził czy
    wszyscy wyszli, pozamykał wszystkie drzwi i okna, włączył zewnętrzny
    alarm. ,,No to co się stało!!!!???!” krzyknął ,,Jak!!!???!”. Nagle, przyszedł
    mu do głowy pewien pomysł. Pobiegł do swojego laboratorium, zabrał niezbędne
    narzędzia i wrócił pod lodówkę. Klękną i skrupulatnie zaczął badać podłogę.
    Znalazł ślad, cieniutki, prawie niewyraźny, nieprawdopodobny ślad. Poszedł za
    nim. Ślad prowadził na korytarz, a potem prosto pod zewnętrzne drzwi. ,,A więc
    to tak … to w ten sposób, … to cholerne ,,dzikie białko” po prostu mi
    uciekło.” powiedział ze smutkiem. Wiedział, że wraz z ,,dzikim białkiem”
    oddaliła się od niego i sława i zaszczyty.

    A ,,dzikie białko” powędrowało przed siebie. No przecież nie mogło się dać
    oswoić wink.
  • 20.01.06, 22:30
    Boy hotelowy, zgięty w pół, otworzył przed nimi drzwi i wyszli wprost na zalany
    słońcem bulwar, pełen kolorowych, nieznanych krzewów i całkiem swojskich,
    równie kolorowych parasoli. Powietrze pachniało świeżo mieloną kawą, słodkimi
    bułeczkami z wanilią, drogimi perfumami, kwiatami i morzem. Leciutka bryza
    niosła ze sobą przyjemną rzeźwość i obiecywała piękny dzień. Jak zwykle.
    - Przed rejsem na tę wyspę musimy wstąpić do banku – przypomniał on.
    - Och, ale pamiętasz, co mi obiecałeś? – zapytała ona – Pamiętasz?
    - Jasne. Właśnie dlatego musimy wstąpić do banku.
    Wizyta w dużym budynku na rogu bulwaru nie trwała długo i już po chwili oboje
    znaleźli się w porcie, gdzie przy kei czekał na nich duży jacht motorowy, na
    którego dziobie widniała wdzięczna nazwa: „Stella di Mare”. Jacht, oprócz
    autopilota, posiadał pełną ludzką obsługę, w tej chwili, jak jeden mąż, stającą
    przy trapie. Kapitan, podobnie jak cała reszta, prosty, jak struna,
    nienagannie elegancki i wysoce estetyczny w nieskazitelnej bieli munduru, na
    widok zbliżającej się pary wyprężył się jeszcze bardziej i służbiście
    zameldował gotowość jednostki do rejsu.
    - Jak to dobrze, że oni wszyscy mówią po polsku – westchnęła ona, moszcząc się
    wygodnie na leżaku i wystawiając twarz na przyjemny, ciepły wiatr.
    - Nie mieli wyjścia, musieli się w końcu nauczyć. Pieniądz robi swoje – mruknął
    on ze swojego leżaka, odrywając wzrok od oszronionej szklaneczki.
    Przez chwilę oboje wsłuchiwali się w niebiański szum rozcinanej dziobem
    szmaragdowej wody i patrzyli na lazurowe niebo, gęsto upstrzone ptakami.
    - Cudownie – szepnęła ona i przeciągnęła się, jak leniwa kotka.
    - Teraz będziesz miała tak zawsze – cicho powiedział on - Kupię ci tę wyspę,
    przecież obiecałem. Już prawie dobiłem targu.
    - Kochany jesteś, wiesz? A ile udało ci się utargować?
    - Niewiele. Ale wystarczy na bungalow ze służbą, spokojna głowa. A za resztę
    mam dla ciebie drobiażdżek, zamknij oczy.
    - Boże, jaka piękna! – krzyknęła ona na widok delikatnej bransoletki z białego
    złota, misternie nadziewanej brylancikami, która oplotła jej nadgarstek, jak
    chłodna, oswojona dżdżownica, po czym obie rzuciły mu się na szyję.
    - Zapraszam do salonu, obiad podany – czystą polszczyzną zaanonsował skośnooki
    steward, patrząc dyskretnie ponad ich głowami w niebieską dal, gdzie hen, na
    horyzoncie pojawiła się malutka, zielonkawa kropeczka.
    - Wyspa! – krzyknęła ona, wyrywając się z jego ramion – Nasza wyspa!
    On przez chwilę patrzył na ten wyłaniający się z błękitu skrawek lądu,
    szczelnie opatulony w bujną zieleń, jak w puszysty kożuszek z kołnierzem
    białych plaż, który od dziś miał być ich prywatnym rajem na ziemi. A potem
    przeniósł wzrok na jej szczęśliwą twarz i powiedział czułym głosem, w którym
    nutki dumy zagrały, jak świerszczyki:
    - Widzisz? A nie wierzyłaś, kiedy mówiłem, że jesteśmy bogaci! Banknoty 100
    joanien są prawnym środkiem płatniczym wszędzie tam, gdzie chcemy...
    --
    Bez względu na to, gdzie człowiek patrzy, zawsze coś widzi.
  • 21.01.06, 17:54
    - Przesuń trochę tę nogę, do jasnej kur...tki z podpinką, bo zaraz zlecę na
    pysk!
    - Gdzie? Do kieszeni se schowam? Było tu za mną nie włazić! Jedna gałąź na
    drzewie? O żesz no...!
    Potężny konar starego kasztanowca, na którym w małpich pozycjach tkwiło dwóch
    młodzieńców w wieku gimnazjalnym, wydał z siebie ostrzegawcze skrzypienie, co
    natychmiast unieruchomiło ich na amen. Do ziemi mieli dobre 3 metry z
    kawałkiem. Za to przed sobą, niemal na wysokości oczu - rzęsiście oświetlone
    okno, dla którego zdecydowali się na chwilowe przebywanie w tak niewygodnej i
    niebezpiecznej dla życia pozycji.
    - Widzisz coś? – szepnął ten z niższej pozycji, któremu noga kolegi ograniczała
    nieco pole widzenia – Wciąż gadają?
    - Gadają – wymamrotał niewyraźnie drugi, usiłując zębami odsunąć liść, który
    uparcie właził mu do ust.
    - Cholera, czyli nie jest dobrze – zaniepokoił się pierwszy i postanowił
    sprawdzić to naocznie. Nie zważając na protesty i jęki kolegi, przewalił się
    przez niego jednym rzutem ciała, dzięki czemu udało mu się dostać do pnia i
    objąć go w serdecznym uścisku. Od razu poczuł się pewniej.
    - Ty, a twoja stara wie o tej pale z polskiego?
    - Martw się o swoją, dobra? Moja staruszka jest świetnie przygotowana na różne
    niespodzianki. Chwilowe niepowodzenie z paru przedmiotów na pewno jej nie
    zdziwi. Czego one tam tyle siedzą? Tyłek mnie już boli!
    Próby poprawy położenia obolałej części ciała, wywołały kolejną falę protestów
    ze strony kolegi, któremu pień zaczął wymykać się z rąk, a także okolicznych,
    rozchybotanych gałęzi oraz skrzypiącego ponuro konara. Sytuację uratował syk
    pierwszego:
    - Uwaga, wychodzą!
    Faktycznie, światło w oknie zgasło. Po krótkiej chwili, która pozwoliła
    młodzieńcom wtopić się w listowie, tuż pod nimi ukazały się sylwetki trzech
    kobiet. Roześmianych i tak żywo zajętych dyskusją, że jej fragmenty swobodnie
    docierały nie tylko do najwyższych gałęzi kasztanowca, ale także na szczyt
    sąsiedniej wieży kościelnej, budząc śpiące w jej zaciszu gołębie.
    - Nader nieordynarny jad tam było!... No! A zewłoka poniewierana do komnata?...
    Żadna z mnoga osób nie znalaznęła...! Ale ty, jako mać powinnaś obzierać wielce
    z uwagami... Phi, wielka mi dramata te parę dwójek... A pamiętacie, że Zosia
    też na Pawełka ciągle narzekała?... Daj im ten tekst na dyktando!...
    Wariatka!... Azali dla jakiego powoda... Umówimy się na kawę?... Nie objaśniaj
    własna osoba...
    Słaniając się ze śmiechu i przekrzykując dziwnymi zdaniami, kobiety znikły za
    zakrętem ulicy, a na drzewie nadal panowała cisza. W końcu spośród gałęzi
    wyłoniły się dwie pary nóg i reszta wyrośniętych ciał wylądowała dość ciężko na
    ziemi. Rozcierając ścierpnięte kończyny, obaj młodzieńcy w zadumie patrzyli w
    kierunku, skąd dobiegał cichnący stukot obcasów i pojedyncze wybuchy śmiechu.
    - Co jest grane? Kapujesz coś z tego, bo ja za nic – szepnął pierwszy.
    - Rany kota, matce coś się w głowę zrobiło... Twojej też, widziałeś?
    - No. Zaraziły się od wychowawczyni, mówię ci. Ona zawsze mówiła, że wcześniej,
    czy później z nami zwariuje. Ale czemu na wywiadówce ją dopadło?
    - Ty, a co one mówiły o jakichś zewłokach i jadach? Mają kogoś obdzierać i
    poniewierać, słyszałeś?
    - To chyba z Biblii było. Na drugi raz wyślę ojca do szkoły. Potem potruje za
    uszami, ale przynajmniej da się z tego coś zrozumieć. A w takie starożytne
    gadki, to ja się nie bawię..
    - Czekaj! Właśnie! Ojca! Trzeba uprzedzić! Mój ma chorą pompkę, jeszcze zawału
    dostanie, jak matkę zobaczy w takim stanie! A babcia?! Umrze! Stara już jest.
    - No, mój też coś ostatnio narzeka, że źle się czuje. Ale się biedny staruszek
    zdziwi! Przecież to ja podobno miałem go wykończyć swoimi pomysłami, nie matka.
    Lecimy do domu!
    Polecieli.
    --
    Bez względu na to, gdzie człowiek patrzy, zawsze coś widzi.
  • 23.01.06, 07:15
    Liceum Ogolnoksztalcace w Roztoczu - spotkanie Komitetu Rodzicielskiego z Rada
    Pedagogiczna. Styczen 2006.

    Grono profesorskie wysluchiwalo wymowek Komitetu Rodzicielskiego. Po normalnych
    utyskiwaniach na stolowke i dziesiatek innych drobiazgow przyszla kolej na
    ciezka artylerie. Komitet ostro protestowal przeciwko eksperymentowi ogloszonemu
    tuz przed Bozym Narodzeniem przez polonistke, pania profesor Mariurzke.
    - Przeciez to do niczegom niepodobne! - sierdzil sie przewodniczacy Komitetu,
    pan Pawlakowski - przeczytac ponad 50 ksiazek w CZTERY miesiace?
    - Cztery miesiace to 120 dni - niewinnie powiedzial matematyk - na jedna ksiazke
    wypada wiec ponad dwa dni.
    - Ale dzieci maja biezaca nauke!
    - Lepsza ksiazka niz oglupiajaca telewizja - karcaco stwierdzila geografka -
    Wybrana lektura ma wybitne cechy poznawcze, a w dodatku nie jest tak "nudna" jak
    obecnie obowiazujace lektury.
    - Eksperymenty musza byc zatwierdzone przez cialo nadrzedne - jadowicie
    stwierdzila wiceprzewodniczaca Komitetu, pani Wegrecka, skladajac buzie w ciup -
    tak wiec rozumiem, ze Kuratorium wyrazilo na to zgode?
    - O zgode poprosilismy Ministerstwo - odrzekl dyrektor.
    - I Ministerstwo wyrazilo zgode? - z niedowierzaniem w glosie spytala pani Wegrecka.
    - Ministerstwo nie odpowiedzialo w czasie ustawowym - odpowiedzial dyrektor.
    - A zatem, zgodnie z precedensem ustalonym przez Cesarza Napoleona, kto milczy,
    ten sie zgadza - triumfalnie obwiescil historyk - i dlatego eksperyment zostanie
    doprowadzony do konca!
    Komitet Rodzicielski rozejrzal sie po sobie bezradnie.


    Liceum Ogolnoksztalcace w Roztoczu - spotkanie Komitetu Rodzicielskiego z Rada
    Pedagogiczna. Maj 2006.

    - To szalenstwo musi sie skonczyc! - grzmial pan Pawlakowski - Juz nie tylko
    jezyk polski, ale i biologia, historia, geografia, ba nawet fizyka jest bazowana
    na tym upiornym eksperymencie!
    - Matematyka tez. Zuzycie paliwa w wannach! Predkosc w furlongach na fortnight!
    - syczala pani Wegrecka.
    - W tym tygodniu dojda do tej listy zajecia praktyczne i przysposobienie obronne
    - usluznie podpowiedzial historyk. - A w przyszlym roku szkolnym jeszcze inne
    przedmioty.
    - Rece opadaja! - jeknal pan Pawlakowski.


    Liceum Ogolnoksztalcace w Roztoczu - sala gimastyczna. Kwiecien 2007.

    Publicznosc, zlozona z uczniow, rodzicow i grona pedagogicznego stala i bila
    brawa juz przez blisko pol godziny. Zmeczona, ale rozradowana trupa mlodych
    aktorow uklonila sie po raz kolejny i definitywnie opuscila scene. Pomalu brawa
    zaczely wreszcie milknac. Widzowie zaczeli powoli opuszczac sale.
    - Wie pan co? - powiedzial do sasiada pan Pawlakowski - moze ten eksperyment
    jednak sie powiodl?
    - Mam wrazenie, ze tak - odparl sasiad. Jakby na to nie patrzec, mlodziez
    zaczela wiecej czytac, a ciekawe tematy zadan i wypracowan najwyrazniej ja
    zdopingowaly do nauki.
    Pan Pawlakowski pokiwal glowa.
    - A ja tak przeciw temu walczylem...
    - Nie ma ludzi nieomylnych - sentencjonalnie westchnal sasiad i chcial sie
    podrapac po glowie, ale przeszkodzil mu w tym rulonik paieru, ktory trzymal w
    reku. Rozwinal go i popatrzyl nan jeszcze raz.
    Tekst glosil:

    Kolko Teatralne Liceum w Roztoczu
    ma zaszczyt przedstawic
    sztuke oparta na podstawie powiesci Joanny Chmielewskiej

    "Wszystko czerwone"

    Scenariusz i rezyseria - Ida Czternasta

    - Schowam to sobie na pamiatke - zdecydowal. - Moze cos z tej dziewczyny wyrosnie?


    Dwadziescia lat pozniej...

    Mimo poznej godziny nocnej niemal cala Polska siedziala przed telewizorami
    ogladajac bezposrednia transmisje z Los Angeles z ceremonii wreczania Oscarow.
    Ceremonia zblizala sie ku koncowi. Az do tej pory nie bylo zadnych
    niespodzianek. "Everything Red" - hollywoodzki remake kultowego filnu "Wszystko
    czerwone" Idy Czternastej sprzed 15 lat zgarnal najwazniejsze kategorie: dla
    najlepszego aktora, dla najlepszej aktorki, dla najlepszej drugoplanowej
    aktorki, dla najlepszego drugoplanowego aktora, dla najlepszej muzyki, za
    najlepszy scenariusz, dla najlepszego rezysera (Ida Czternasta) i za najlepszy
    film roku. Tylko efekty specjalne poszly do "Gwiezdnych Wojen 9". Wreszcie
    nadszedl moment na ktory czekala cala Polska. Prowadzaca ceremonie Loretta Swit
    (amerykanska aktorka pochodzenia polskiego) przedstawila nominacje:
    - I wreszcie w kategorii najlepszego filmu zagranicznego mamy nastepujacych
    konkurentow:
    - "Wielki Diament" produkcji francuskiej
    - "Florencja, corka Diabla" produkcji rosyjskiej
    - "Przekleta bariera" produkcji brytyjskiej
    - "Studnie przodkow" produkcji wegierskiej
    - I "Cale zdanie nieboszczyka" produkcji polskiej.
    Na ekranie ukazaly sie fragmenty filmow. Chwile pozniej Loretta Swit podniosla
    do gory koperte. Nie spieszac sie zaczela ja otwierac.
    - A zwyciezca jest... z otworzonej koperty wyjela kartonik i odczytala glosno -
    "Cale zdanie nieboszczyka" w rezyserii Idy Czternastej!
    Przez Polske przetoczyl sie ryk radosci porownywalny chyba tylko z tym rykiem,
    jaki przetoczyl sie nad Polska ponad 50 lat temu, gdy na Mistrzostwach swiata w
    pilke nozna w 1974 roku, w szostej minucie minucie meczu Polska strzelila
    Argentynie pierwsza bramke. Transmisja trwala jeszcze chwile, ale na ekranie
    pokazali sie teraz polscy komentatorzy. Jeden z nich stwierdzil:
    - Wielki dzien dla polskiej kultury.
    - I dla pani Idy.
    - Ale przede wszystkim dla naszej noblistki, ktora podobno oglada ten program...

    Starszy pan siedzacy przed telewizorem spojrzal na pozolkla kartke papieru i
    powiedzial sam do siebie:
    - Zdecydowanie tak, to byl udany eksperyment...
  • 23.01.06, 20:05
    Na miejscu zbiórki stały już sanie zaprzężone w dziarskie, parskające obłokami
    pary i niecierpliwie grzebiące kopytami, konie. Sądząc po budowie – rasy
    śląskiej, co jednak dla zebranej grupki osób nie miało żadnego znaczenia.
    Konie, to konie. Jakie są, każdy widzi. Te były przykryte ciepłymi derkami
    przez swoich właścicieli, którzy oczekując na pozostałych uczestników kuligu,
    pogadywali leniwie i rozgrzewali się przytupując, zacierając ręce i ćmiąc
    papierosy. Ich niczym niezmącony spokój i pogoda ducha, miały niewątpliwy
    związek z wysoką kwotą, jaką udało im się utargować od mieszczuchów za
    przegonienie ich po śniegu. W większości czasu - za saniami, co w niczym nie
    zmniejszało kosztów, choć wydatnie oszczędzało końskie siły, a spragnionym
    zabawy wydawało się pyszną przygodą. Czyli zanosiło się na ogólnie miłą
    imprezę, przynoszącą korzyści wszystkim stronom. Nawet koniom, które od czasu,
    do czasu, wolą się zmęczyć na świeżym powietrzu, niż tkwić w nudnej stajni.
    W końcu wszyscy się zebrali i usadowili w saniach. W powietrzu strzeliły
    pokazowo baty, zadźwięczały janczary, zagrał śnieg pod płozami i kulig wesoło
    ruszył przez piękny, zimowy, mazowiecki krajobraz. Oczarowane towarzystwo
    najpierw w ciszy kontemplowało niecodzienną, uroczą muzykę, złożoną z triangli
    i dzwonków, świstu mroźnego wiatru i werbli kopyt na twardym śniegu. Potem
    zapalono pochodnie i przyłączono do tej muzyki swój radosny śpiew, usiłując go
    nawet jakoś zsynchronizować, ale okazało się to zbyt trudne, więc pędzono
    naprzód z różnoraką pieśnią na ustach. Do pierwszego zakrętu, na którym sanie,
    zgodnie z tajemniczą umową powożących, wygruziły swoją zawartość w najgłębsze
    zaspy. Śmiechom i zabawom nie było końca.
    W pewnym momencie, rozpędzony z górki orszak przemknął obok tkwiącego w
    głębokiej zaspie na poboczu dziwnego pojazdu, przypominającego kanciasto-owalny
    stół, na którym siedziały dwie istoty płci żeńskiej, o czym mogła świadczyć
    wielka szopa włosów na jednej i byle jak zawiązana chustka na głowie drugiej.
    Za ich plecami mignęło coś w rodzaju wygiętego kabłąka, po czym całe to
    dziwowisko znikło w głębokich ciemnościach.
    Na saniach zapanował nieopisany harmider.
    - Jezu, widzieliście, widzieliście?
    - Stać, panie woźnica, stać!
    - Jak babcię kocham! Tereska z Okrętką! Jadą po drzewka!
    - Puknij się w głowę, tutaj?
    - A co, nie mogą? Może gdzie indziej już zabrakło?
    - Czy wam już całkiem rozum odebrało? Przecież one nie istnieją!
    - Tak? A tam, to kto stał? Duchy na saniach z dębowego stołu?
    W atmosferze pewnej niesamowitości, niedowierzania, sporów, wzajemnego
    szczypania się po rękach i nerwowego rozglądania się wokół, uczestnicy kuligu
    dotarli do miejsca, gdzie już czekało rozpalone, strzelające iskrami, wesoło
    buzujące ognisko. Jego swojski widok przywrócił wszystkim nadszarpnięte
    poczucie realności. Nawet koniom, które lubią ciepło derek na parujących
    grzbietach i zapach obroku w chrapach . A kiedy w rękach znalazły się kubki z
    gorącą herbatą, pierwsze kiełbaski zaczęły apetycznie skwierczeć na ogniu i
    prawie zapomniano o niezrozumiałym zjawisku na drodze, nagle, gdzieś spośród
    drzew, rozległ się wyraźny, stanowczy szept:
    - Cicho, Chaber, dobry piesek. Nie chodź tam. Wracamy.
    Wszyscy, jak rażeni gromem, zamarli z wrażenia. I tylko ci, którzy stali bliżej
    lasu, mieli niesamowite szczęście, dzięki któremu, po powrocie do domu, stali
    się prawdziwymi bohaterami kuligu. Bowiem tylko oni, na własne oczy, zobaczyli
    znikające wśród drzew sylwetki dwojga grzecznie wyglądających dzieci,
    dziewczynki i chłopca, którym towarzyszył duży, brązowy pies i na własne uszy
    usłyszeli dalszy ciąg tego szeptu:
    - ... Chaber powiedział, że to przyjaciele, żadnego bandziora...
    --
    Bez względu na to, gdzie człowiek patrzy, zawsze coś widzi.
  • 24.01.06, 09:18
    W stolicy Wielkopolski budzil się wlaśnie kolejny, znienawidzony przez cały lud
    pracujący, poniedzialkowy poranek. W biurze X firmy Y opieszale i z wyraźną
    niechęcią zaczęli pojawiać się pierwsi pracownicy.
    -A ten co? – warknął Krzysztof na widok przełożonego – i z czego się tak
    cieszy?
    -Zestaw motywacyjny jeszcze działa… - filozoficznie stwierdziła Ilona.
    W progu biura stał bowiem ich szef z radosnym powitaniem na ustach.
    -Czy on nigdy nie sypia? – jęknęła Anka po czym przeraźliwie ziewnęła.
    -Nigdy – odpowiedział jej sam zainteresowany, pojawiając się jak duch w
    miejscu, w którym nikt się go nie spodziewał – no, kochani. Piękny mamy dziś
    dzionek, do roboty, do roboty… - zanucił na melodię „Krakowiaczek jeden” i
    potruchtał do pokoju elektryków.
    -Brrr… Sam chyba zacznę brać to, co on, bo inaczej go zamorduję – Jacek
    zabrał resztkę kawy z ekspresu i poczłapał za przełożonym.
    Nie licząc wybuchów szalonej aktywności, jakie przejawiał mniej więcej co pół
    godziny szef dzień mijał spokojnie i zbliżał się do nieuchronnego końca.
    Niestety o trzynastej trzynaście względny spokój został zakłócony.
    -Gdzie to jest? – krzyk szefa poderwał wszystkich na równe nogi.
    Przerażeni wyrobnicy stłoczyli się w niewielkim korytarzyku przed gabinetem.
    Popatrzyli na siebie pytająco, ale żadne z nich nie odważyło się odezwać. W
    chwili, kiedy najodważniejsza ze wszystkich Ilona naciskała delikatnie klamkę,
    drzwi otworzyły się z hukiem i wybiegł on sam – ich szef.
    -Gdzie jest mój zestaw motywacyjny? – zagrzmiał – czy ktoś wie?
    Wszyscy, jak jeden mąż, przecząco pokręcili głowami.
    -Ktoś go musiał zabrać – szef patrzył na nich podejrzliwie.
    -Nareszcie – Krzysztof mruknął na stronie.
    -Myślę, że to ktoś z zewnątrz – wyraził nadzieję wszystkich Jacek.
    -Wykluczone – Matylda jak zwykle była stanowcza i nieugięta – nikt obcy
    tu nie wchodził.
    -Może Stolarek przeniósł go do konferencyjnej? – szepnęła Anka po chwili.
    Szef spojrzał na nią z zainteresowaniem i poszedł do „pokoju rozmów”. Niestety,
    na dużym owalnym stole leżał jedynie dziurkacz , niebieski pasek od damskiego
    fartucha i chustka w kratę.
    -Nie ma – jęknął szef.
    -No to moi drodzy, wszyscy jesteśmy podejrzani – stwierdziła głośno
    Ilona – chyba, że to Diabeł ukradł.
    W spokojnym dotąd biurze zapanowała Sodoma i Gomora. Wszyscy szukali wszędzie a
    szef niknął w oczach. Po kilku dniach apatia opanowała go bezpowrotnie. Nie
    jadł, nie pił a co gorsze NIE PRACOWAŁ! Duży Franek, szef szefów posunął się
    nawet do, wydawałoby się niemożliwego. Zaproponował podwyżkę! Niestety, nic to
    nie dało. Mały Franek chciał tylko swojego zestawu i to jak najszybciej.
    -Nie bądźcie świnie, oddajcie mu to – Anka zapalała kolejnego papierosa –
    albo mu odkupmy i już.
    -Zwariowałaś? – Jacek popukał się w czoło – a gdzie znajdziesz pierwsze
    wydanie „Wszystkiego Czerwonego”, cztery pinezki osobiście odpięte przez Guruę
    i zdjęcie z pasowania z JEJ autografem.
    -Że o przykładnicy z czerwoną kokardką, a jakże zawiązaną osobiście –
    Krzysztof wykrzywił się straszliwie – przez Starą Gropę, nie wspomnę.
    -No to leżymy – Ilona westchnęła jak lokomotywa – martwym bykiem.


  • 26.01.06, 16:44
    Na placu budowy zaległ powoli mrok. Skryły się w nim fundamenty, fragmenty
    zbrojenia wystające tu i owdzie, pochowały się również rozwłóczone po całym
    placu sprzęty. Tylko betoniarka była dobrze widoczna bo stała na betonowym
    postumencie w przyszłości przeznaczonym na fontannę. Słychać było odległe kroki
    i cichą rozmowę.
    -Jak to, nie rozpoznałeś nawet czy człowiek czy zwierzę?
    -No mówię ci, jakieś dziwne było. Mruczało coś pod nosem.
    -Ale co mruczało, zrozumiałeś coś?
    -Nie wiem, brzmiało tak jakoś „upafuga, upafuga”
    -A co to miałoby być?
    -Nie wiem, cofało się jak to mruczało i chwiało tak jakoś.
    -A widziało cię?
    -Chyba tak, bo zaczęło się tak zachowywać dopiero jak podszedłem bliżej. Mógł
    być dzik, tu las jest niedaleko i chrząkał coś.
    Dwaj ochroniarze przeszli na drugą stronę budynku, a w krzakach coś się
    poruszyło niespokojnie.
    -No mówiłem wam, że nas widzieli.
    -Głupi jesteś, i tak nie skojarzyli co widzieli.
    -Ale już wiedzą, że coś się dzieje i będą się kręcić całą noc.
    -A bo jakbyś nie żarł tej kiełbasy to byśmy się wcześniej wycofali i nic by nikt
    nie widział.
    -No głodny byłem, jeden kęs wziąłem. Przecież wyraźnie mówiłem „wycofujemy się”.
    -Akurat, ja też słyszałem „upafuga” i zastanawiałem się, o co ci może chodzić.
    -Sam jesteś upafuga. „Wycofujemy się” miało być. Chodź, spróbujemy jeszcze raz.
    Betoniarka była przymocowana do postumentu czterema potężnymi śrubami, więc
    odkręcenie ich musiało chwilkę trwać. Genialny plan polegał na tym, aby przebrać
    się w nieforemne kostiumy uszyte z kombinezonów roboczych wypchanych pianką
    poliuretanową, pomalowanych na szaro i udawania w razie nadejścia ochroniarzy
    elementów konstrukcyjnych. Stojący dodatkowo na czatach jeden z członków
    nieszczęsnej ekspedycji zgłodniał i zamiast w krytycznym momencie wydać z siebie
    ostrzegawczy gwizd zaczął pospiesznie z pełnymi ustami namawiać kolegów do
    odwrotu. Mieli teraz jakieś 10 minut w czasie, gdy ochroniarze przechadzali się
    nieśpiesznie w oddali. Tym razem musiało się udać.

    --
    Ciri i Fabryka Kolczyków
  • 28.01.06, 16:45
    Nad Warszawą wolno wstawał nowy dzień. Słońce nie spieszyło się specjalnie, bo
    też i nie miało ochoty oświetlać ponurego, szarego i zimnego kraju na północy.
    Żeby nie wiem jak się starało, ludzie wciąż byli smutni, zieleń jakaś taka
    przygaszona, nawet wróblom się nie chciało za bardzo ćwierkać. Wszystko przez
    to, że krajem od kilkudziesięciu lat rządził zły dyktator Kaczarion Pierwszy,
    który uparcie tropił wszelkie przejawy dobrego humoru. Za opowiadanie dowcipów
    można było wylądować na ciężkich robotach, uśmiech karany był chłostą, a
    kilkanaście lat wcześniej publicznie spalono książki, w których pojawiało się
    jakiekolwiek słowo mogące poprawić komukolwiek nastrój.
    Nie wszyscy jednak poddali się temu dyktatowi. Istniała mała, ale bardzo prężna
    grupa oporu, która spotykała się potajemnie w pewnym lokalu w centrum Warszawy,
    którego nazwa została sprytnie zakamuflowana. Tego ranka, Wiesio Pędziwiatr,
    przywódca ruchu obudził się wcześnie. Na dzisiaj zaplanowana była akcja
    dywersyjna, dzięki której ruch miał szansę zamanifestować swoje poglądy. Wiesio
    miał zamiar dokończyć malowanie transparentu. Głównym hasłem było „Uwolnimy
    się!”, obok widniały dwa skrzyżowane szydełka. Wiesio nie wiedział, czemu
    szydełko kojarzy mu się z wolnością. Prawdopodobnie był to wpływ jakiejś
    lektury, jaką czytała mu w dzieciństwie matka, ale nie pamiętał, o co w niej
    chodziło. Szydełka jednak wyglądały dobrze, groźnie i zaczepnie, ale
    jednocześnie wystarczająco niewinnie, aby można było twierdzić, że są po prostu
    symbolem rewolucji dziewiarskiej, w której nie było nic śmiesznego, więc była
    jak najbardziej dozwolona. Wiesio westchnął i pochylił się z pędzlem nad
    transparentem. Pracy było huk, a godzina rozpoczęcia imprezy zbliżała się
    nieubłaganie.
    Kaczarion miał zwyczaj codziennie rano uprawiać jogging w Łazienkach w
    towarzystwie swojego psa i gromadki ochroniarzy. Tego poranka punkt o 9 rano
    przed bramą Łazienek zatrzymało się granatowe Volvo i wysiadł z niego sam jaśnie
    Pan. Ruszył swoją stałą trasą, błogo nieświadom faktu, że na jednym z drzew
    została przygotowana na niego pułapka. Biegł sobie spokojnie, kiedy nagle
    zaczepił nogą o cienki sznureczek rozciągnięty między drzewami i na głowę
    zleciał mu garnek wypełniony smołą. Nabił mu lekkiego guza, a smoła oblepiła
    dokładnie błękitny dres. Wściekły dyktator zatrzymał się ciężko dysząc, kiedy
    nastąpił drugi akt zemsty. Do gałęzi przymocowana była torba pełna pierza, która
    otworzyła się majestatycznie i obsypała kochanego przywódcę swoją zawartością.
    Jednocześnie rozwinął się przygotowany wcześniej przez Wiesia transparent.
    Dyktator plując pierzem zarządził natychmiastowe zamknięcie parku i schwytanie
    sprawców odrażającego czynu. Wiesio, który oficjalnie był jednym z ochroniarzy,
    usiłując skryć uśmiech, wydał odpowiednie rozkazy, choć oczywiście wiedział, że
    nikt nic nie znajdzie. Dyktator oddalił się kurcgalopkiem ku swojemu
    samochodowi, nie zwracając uwagi na pękających ze śmiechu ludzi i poprzysięgając
    w duszy srogi odwet. Nie wiedział jednak, że w społeczeństwo wstąpiła otucha,
    która miała wkrótce doprowadzić do końca jego srogie rządy terroru.

    --
    Ciri i Fabryka Kolczyków
  • 28.01.06, 22:46
    - Czy nie wydaje ci się, że nasze dziecko ostatnio dziwnie się zachowuje?
    - Dlaczego dziwnie? – mąż oderwał wzrok od gazety – Nigdzie nie lata, uczy się
    w swoim pokoju, maluje te swoje bohomazy, co ci się znowu nie podoba?
    Żona popsikała lakierem ostatni niesforny kosmyk za uchem, przejrzała się w
    dwóch lusterkach jednocześnie i zadowolona z efektu westchnęła:
    - No, może być. Teraz jeszcze tylko sukienka i jestem gotowa.
    Mąż z wyraźną ulgą zaczął składać gazetę.
    - Też tak uważam. Już jesteśmy skandalicznie spóźnieni. Wyglądasz olśniewająco –
    dodał jak zwykle. Wiedział, że przed wyjściem na bal, kobietom jest to
    potrzebne nie mniej, niż nowa toaleta.
    Nagle zelektryzował go krzyk, który rozległ się z sypialni:
    - Gdzie?! Moja?! Sukienka?!!
    Zdenerwowanie, jakie w nim zabrzmiało, udzieliło mu się natychmiast.
    - Zapomniałaś zabrać ze sklepu?! No, pięknie! Sukienka za ponad tysiąc złotych!!
    - Na głowę upadłeś, czy co? – żona miotała się po mieszkaniu, zaglądając do
    wszystkich szuflad, łącznie z kuchennymi, z bezrozumną nadzieją, że jakimś
    cudem znajdzie w nich prześliczną kreację w kolorze czerwonego wina, która
    miała z niej uczynić królową balu. Przynajmniej w oczach własnego męża. Oraz w
    jej własnym odczuciu. Szczególnie, iż nie co dzień zdarzało jej się bywać na
    tak eleganckich balach, jak ten dzisiejszy. Na którym wprost nie wypadło
    wyglądać tak sobie.
    - Przecież przymierzałam ją przy tobie! W domu! Stara skleroza. Gdzie, do
    jasnej...
    - Co tak śmierdzi? – gwałtownie przerwał jej mąż – Od wczoraj coś okropnie
    zalatuje w tym domu, czy ty tego nie czujesz?
    - Może lakier do paznokci? Ale czekaj... Faktycznie, coś dziwnie...
    W tym momencie otworzyły się drzwi dziecinnego pokoju i z obłoku ostrej,
    chemicznej woni, wyłoniła się piegowata, patykowata panienka, niosąca przed
    sobą jakąś pstrokatą szmatę, którą podała matce z ciepłym uśmiechem.
    - Mamusiu, zrobiłam ci niespodziankę.
    - Co to... Co to jest? O, Jezu kochany....
    Trzymała w rękach coś, co przypominało stare giezło ubogiej krewnej, połatane
    wyleniałymi resztkami futra, posklejane dziwnymi kłakami, spośród których,
    gdzieniegdzie, przebłyskiwał kolor czerwonego wina. Coś, co niewątpliwie,
    jeszcze dwa dni temu było jej piękną, balową kreacją. Za grubo ponad tysiąc
    złotych...
    - Dziecko, coś ty zrobiła? – zapytała bezradnie, czując, że za chwilę trafi ją
    potężny szlag. Mąż i ojciec, patrząc w niewinne, błękitne, jak niezapominajki,
    oczy swego jedynego, szalenie uzdolnionego plastycznie dziecka, postanowił
    milczeć, jak grób.
    - To się nazywa flotacja – powiedziało spokojnie dziecko.
    - Co się nazywa flo...
    - No, ta technika. Czyli nanoszenie strzyży tekstylnej na materiały. Według
    wzoru. Tak piszą fachowcy. Niestety, nie umiałam tego natrysnąć ele...
    elektro..., no tego, elektrostatycznie, bo się boję prądu, więc przykleiłam.
    Kropelką. Powinno się trzymać.
    - Ale skąd te... te takie...?
    - Z twojego starego futra. I z kapelusza taty. Przecież i tak go nie nosi –
    cierpliwie wytłumaczyło dziecko, widząc, że blada matka, jak zwykle nic nie
    rozumie. Z ojcem, który właśnie pilnie oglądał swoje paznokcie, nigdy nie było
    takiego problemu. Mimo ścisłego umysłu, miał zdecydowanie więcej zrozumienia
    dla eksperymentów artystycznych. I mniej czasu na ich omawianie. A na sztuce
    użytkowej nie znał się wcale.
    - Zaraz! Ale dlaczego moja sukienka? – krzyknęła nieco histerycznie matka –
    Spytaj taty, ile ona kosztowała!
    - Ile? – zapytało zwięźle dziecko.
    - Dużo! – krzyknęła matka, a ojciec dodał pod nosem coś w rodzaju: „bardzo”.
    - Taka skromna kiecka? – zdziwiło się dziecko – Przecież sama mówiłaś, że jest
    trochę za skromna, prawda? No to ci ją ozdobiłam. Ty wiesz, jakie pracochłonne
    jest to flokowanie? Samo rysowanie wzorów zajęło mi cały wczorajszy wieczór, a
    dzisiaj cały dzień strzygłam i kleiłam. Ale za to popatrz, jaka jest teraz
    piękna!
    Pandemonium, jakie niewątpliwie rozpętałoby się w domu, zapobiegła babcia,
    która niezawodnie zjawiła się o wyznaczonej godzinie, aby jak zwykle dotrzymać
    towarzystwa swojej ukochanej wnusi, gdy jej rodzice mieli wychodne. Popatrzyła
    na kolorową szmatę w rękach córki i zawołała ze szczerym zachwytem:
    - Cudowne! Dlaczego mi nie powiedziałaś, że to bal przebierańców? Mam takie
    flokowane rękawiczki, które sama sobie zrobiłam w czasach kryzysu, pasowałyby,
    jak ulał do tego kostiumu żebraczki z okresu sanacji!
    Po godzinie, kiedy za matką, ubraną w zeszłoroczną suknię i wciąż milczącym
    ojcem, zamknęły się wreszcie drzwi, babcia zrobiła wnuczce kakao z pianką, a
    sama usiadła wygodnie z kubkiem mocnej herbatki i zapytała niewinnie:
    - Przyznaj się, gdzie to wyczytałaś? A na czym polega flotacja miedzi też wiesz?
    --
    Bez względu na to, gdzie człowiek patrzy, zawsze coś widzi.
  • 29.01.06, 08:31
    Sledztwo w sprawie tragicznego wydarzenia w Parlamencie ruszylo pelna para.
    Policja i Prokuratura stawala na glowie, aby sprawe jak najszybciej wyjasnic,
    zas sprawcow wsadzic za kratki. I to natychmiast. Co prawda nastapily spory
    kompetencyjne - jaki paragraf (terroryzm? morderstwo? zamach stanu? cos
    innego?), kto ma prowadzic sledztwo (policja? kontrwywiad? Agencja Ochrony
    Rzadu?), ale sprawy te zepchnieto na dalszy plan. Blyskawicznie ustalono pewne
    fakty, ale... im dalej w las, tym wiecej drzew. Na jaw zaczely wychodzic dziwne
    rzeczy. Dziennikarze, zadni sensacji prowadzili swoje wlasne sledztwa i, co
    gorsza, publikowali ich wyniki na biezaco. Nie przysporzylo to wladzom
    bezpieczenstwa chwaly. Pierwszy fakt, skad sie wziely tygrysy, nie byl zadna
    tajemnica. Byl to transport 30 sztuk tygrysow ussuryjskich dla ogrodow
    zoologicznych Zachodniej Europy. I w tym miejscu zaczely sie schody. Nie wiadomo
    w jaki sposob tygrysy dostaly sie do Parlamentu. Kiedy policja dotarla na
    dworzec, na ktorym stal pociag z tygrysami, caly personel transportu byl schlany
    do nieprzytomnosci i dopiero pod wieczor nastepnego dnia niektorzy z konwojentow
    wytrzezwieli na tyle, ze zaczeli rozumiec, co sie do nich mowi. Dopiero w
    nastepnym dniu zaczeli odpowiadac na pytania. Nie, nikogo tutaj nie bylo,
    tygrysy byly zamkniete w klatkach i nakarmione. Nie, nikt tygrysow nie zabieral,
    zreszta w jaki sposob? Taz to dzikie bestie!
    Rownoczesnie prasa opublikowala rzecz kompletnie niewiarygodna. Otoz po
    wtargnieciu na sale tygrysow kilku parlamentarzystow zdolalo zadzwonic z komorek
    albo do policji albo do Agencji z informacja, co sie dzieje i z histerycznym
    wrecz zadaniem pomocy. Jednakze za kazdym razem, kiedy sie przedstawiali i
    mowili, co sie dzieje, slyszeli odpowiedzi, ktore mozna strescic krotko:
    "Sluchaj, opoju. Idz grzecznie do domciu i lulu, a rano, jak sie wyspisz, to nie
    bedziesz widzial ani tygrysow, ani rozowych sloni, ani bialych myszek. A teraz
    przestan zawracac mi glowe." No i tak opinia, jaka parlamentarzysci mieli nie
    tylko w spoleczenstwie, ale i we wladzach porzadkowych zadzialala przeciw nim.
    Dopiero po godzinie ktos sie tym zainteresowal, ale dopiero po czterech do akcji
    wkroczyla specjalna brygada antyterrorystyczna. Dwojgu parlamentarzystom udalo
    sie przezyc. Zyc, zyli, ale co to za zycie! Doznali takich urazow psychicznych,
    ze wyladowali w Tworkach z nikla nadzieja na wyleczenie.
    No, ale wrocmy do tygrysow. Poniewaz od pijanych konwojentow nie mozna bylo
    wydusic slowa, policja wszczela poszukiwania swiadkow. No i trafili na mur. Nikt
    nic nie widzial, nikt nic nie slyszal. Spoleczenstwo ogluchlo i zaniewidzialo.
    Nikt nie widzial nikogo z tygrysem na smyczy, nikt nie widzial ani jednego
    tygrysa w klatce wiezionego samochodem, (zreszta zadnego samochodu, ktorego stan
    wskazywalby na przewoz tygrysa, nie znaleziono). Przeszukano cala stolice i
    wojewodztwo. Rozszerzono poszukiwania na caly kraj. Bez skutku. Na dobra sprawe,
    przesluchano cala ludnosc stolicy - i nic. Zadnych sladow, poszlak, podejrzen.
    Zero, zilch, nada. Kompletnie nic!
    Natychmiast powstala teoria spisku. No dobrze, ale spisek obejmujacy prawie dwa
    miliony ludzi, z ktorych kilku, czy kilkudziesieciu bralo czynny udzial, a
    reszta trzymala gebe na klodke? Z czyms podobnym policja sie do tej pory nie
    zetknela.
    Po kilku tygodniach policja wreszcie wpadla na pierwszy slad tropu. Wyplynela
    dwa nazwiska: Michala Olszewskiego i niejakiego Bolka. Informator twierdzil, ze
    obaj widzieli, jak tygryz zjadl Cap-Uste. No to znaczy, ze lobuzy braly w tym
    udzial! Policja dostala szwungu i w tydzien potem dotarli do obu. Michal
    Olszewski okazal sie byc historykiem sztuki i wicedyrektorem w Ministerstwie
    kultury odpowiedzialnym za odkupywanie polskich pamiatek z zagranicy (jesli
    akurat byly na to pieniadze) i rewindykacji zbiorow zagrabionych przez
    hitlerowcow i bolszewikow. W dniu tragedii przebywal w Paryzu, gdzie spotkal sie
    z Bolkiem, ktorego znal juz blisko 30 lat. Wieczorem tego dnia byli wieczorem w
    polskiej ambasadzie, gdzie Bolek zostal uhonorowany za wklad. Chodzilo zas o to,
    ze wspolnie z Michalem Olszewskim odzyskal sporo polskich pamiatek i przekazal
    je do polskich muzeow. Jakis wklad mialy tu (podobno) klusaki z lasku Vincennes.
    Indagowany o tygrysy i Cap-Uste wicedyrektor Olszewski popadl w zadume i
    stwierdzil, ze owszem, tak, ale nie w Moskwie, a w Leningradzie, nie samochod, a
    rower i nie wygral, tylko mu ukradli. Policja wywalila galy, zas pan Olszewski
    wyjasnil, iz blisko 30 lat temu byl swiadkiem tragicznej smierci niejakiego
    Johna Capusty w Paryzu z reki (a raczej z lapy) tygrysa. Drugim swiadkiem byl
    Bolek. Nieboszczyk John Capusta byl przestepca, ktory ukradl olbrzymi skarb
    pamiatek narodowych, gdzies go w Polsce schowal, uciekl do Paryza i tam wyzional
    ducha. Poszukiwania skarbu trwaja do tej pory. Wowczas ktos z policji
    przypomnial sobie, ze niezyjacy juz, tragicznie zmarly nadkomisarz Stanislaw
    Bielski kiedys cos wspominal o jakims skradzionym skarbie i jakiejs okropnej
    Hani, ktorej powinien byl leb ukrecic. Okazalo sie wiec, ze i ten trop nie byl
    tropem, lecz slepym zaulkiem.
    Policja latala za jakimkolwiek sladem jak kot z pecherzem i kazde kolejne "Nie
    wiem", "Nie widzialem" powodowal zgrzyt zebow, od ktorego szlo echo w gorach.
    Zupelnie czeski film: "Nikt nic nie wie".

    Wreszcie, po dwoch latach, nie znalazwszy kompletnie nic, prokuratura umorzyla
    sledztwo.

    Z powodu znikomej szkodliwosci spolecznej czynu.


    A gdzies, w glebi Puszczy Swietokrzyskiej, okutany w kozuch jegomosc zatarl
    purpurowe lapy i mruknal:
    - No, kolejne zyczenie Guruy spelnione...
  • 02.02.06, 08:14
    Drewniane schody secesyjnej kamienicy były niezwykle piękne. Miały jednak tę
    wadę, że nie towarzyszyła im do kompletu winda, a na trzecie piętro tak czy
    inaczej trzeba było się dostać. Miały również jedną zaletę, być może
    niedostrzegalną dla innych lokatorów, ale za to w pełni wykorzystywaną przez
    uroczą blondynkę z niezłymi nogami zamieszkującą lokal (tfu, tfu) trzynaście.
    Teraz też, wspomniana blondynka, usłyszała charakterystyczne skrzypienie
    czwartego stopnia od góry i jak zwykle zadziałała instynktownie. Szybko
    wsunęła „Książkę poniekąd (swoją drogą nigdy nie doszła, dlaczego poniekąd?)
    kucharską” do szuflady, wygładziła fartuszek i przyoblekła twarz w uśmiech
    numer trzy – mający mówić: „Witaj kochanie, jak miło, że już jesteś”.
    Dwadzieścia sekund później zachrobotał klucz i w drzwiach pojawił się ON.
    -Witaj kochanie! – blondynka usilnie starała się nie szczebiotać – jak minął
    dzień?
    -Wspaniale – uśmiechnął się – a tobie?
    -Zaraz ci opo… Och, nie robiłam nic ważnego – machnęła ręką – siadaj do stołu,
    za chwilę będzie obiad.
    Po chwili na nakryty stół wjechały talerze z apetycznie pachnącą potrawą – dla
    niego. Ona z lekkim westchnieniem nałożyła sobie sałatkę, ale nie przestała go
    obserwować.
    -Smakuje ci? – uśmiechnęła się pytająco.
    -Znakomite – odpowiedział natychmiast – zmieniłaś fryzurę – raczej stwierdził
    niż zapytał – świetnie wyglądasz.
    „Punkt 7a zaliczony” – zanotowała sobie w myślach ona. Po obiedzie podała kawę
    i ciasto. Nareszcie udało jej się zrobić zakalca, starała się od kilku tygodni
    i nic. Dopiero dzisiaj… Popołudnie minęło im niezwykle przyjemnie. Zwłaszcza
    kiedy ON stwierdził;
    -Wiesz skarbie, tak sobie myślę, że w weekend trochę poleniuchujemy – pogładził
    ją po nagich plecach – w sobotę pójdziemy na obiad do jakiejś knajpy a w
    niedzielę zabieram cię na wycieczkę za miasto. Co ty na to?
    -Super – przeciągnęła się jak kotka.
    Kiedy po chwili ON zapadł w drzemkę, ona delikatnie wysunęła się z jego ramion
    i sięgnęła do nocnej szafki. Z samego dna szuflady wyciągnęła małą sfatygowaną
    książeczkę i otworzyła ją na stronie 139. Książka zapełniona już była
    różnorodnymi notatkami, ale było jeszcze kilka wolnych miejsc. Blondynka w
    zamyśleniu postukała ołówkiem w okładkę i zaczęła notować:
    „Nowe uczesanie – zal. P. 7a, restauracja – zal. P.6, zakalec – zal. P. 4, wróg
    wątroby (cóż to za przydatne danie) – zal. P. 4, wyjazd – zal. P. 10 (uwaga!
    Dać mu do wypełnienia PIT)” Przy punkcie 17 uśmiechnęła się błogo i
    dopisała „kolejny raz potwierdzony”. Potem mrucząc do siebie przejrzała
    pozostałe z 21 punktów, składających się na „Rzetelną podporę życiową”,
    wykonała kilka skomplikowanych obliczeń na marginesie a na końcu stwierdziła
    szeptem:
    -No dobrze, to mamy 2/3 sukcesu – schowała książkę i przytuliła się do pleców
    swojego mężczyzny, po czym spokojnie zasnęła.
    Nie mogła wiedzieć, że w bliźniaczej szafce, po drugiej stronie łóżka,
    starannie zamaskowana „Przeglądami Sportowymi” leżała identyczna książeczka.
    Różniła się jedynie notatkami na margiesach, które w wolnych chwilach robił ON.
    Ale to już inna opowieść...

  • 04.02.06, 02:35
    Szanowny panie doktorze!
    Proszę wybaczyć, że zwracam się do Pana drogą listowną, lecz czuję się
    zobowiązana do odpowiedzi na kilka zadanych pytań, na które, z wiadomych
    przyczyn, nie mogłam odpowiedzieć w Pańskim gabinecie. Ten przedmiot, którym
    mnie Pan zakneblował, okazał się tak skuteczny, że do pełnej formy udało mi się
    dojść dopiero po paru godzinach. W związku z tym, pozwoli Pan, że dopiero
    teraz ustosunkuję się do kilku poruszonych przez Pana zagadnień? Po Pańskim
    zaangażowaniu sądzę, że mają one jakieś wyjątkowe znaczenie dla rozwoju
    medycyny, więc nie mogę pozostać obojętna.
    Odpowiadam więc w kolejności przypadkowej:
    - Nie, nigdy wcześniej nie połykałam żadnych przedmiotów typu: drewniany klocek
    z przedszkolnego kompletu „Mały budowniczy”, widelec czy pałąk od wiadra. Raz
    w życiu udławiłam się kawałkiem parówki i od tamtej chwili ich nie jadam.
    - Tak, urodziłam dziecko. Jedno. Choć efekt okazał się wspaniały, samo
    przeżycie zaliczam do lekko traumatycznych i nie uważam, by w tej sytuacji był
    to dobry argument pocieszający.
    - Naprawdę dwunastnica potrafi być tak fascynująca? Osobiście nie przepadam za
    tym odcieniem różu. Wydaje mi się zbyt trywialny.
    - Nie, ten dźwięk nie był oznaką radości na Pańskie słowa o ślicznym wnętrzu.
    Był to raczej przejaw buntu przeciw smutnemu faktowi wywleczenia go na widok
    zewnętrzny. Widać tego nie lubi.
    - Tak, też uważam, że wszystkich polityków należałoby gruntownie przebadać za
    pomocą endoskopu. Z jednej i drugiej strony. Bez znieczulenia. A czy jest coś
    takiego, jak endoskopia mózgu?
    - Być może ma Pan rację, że wbrew popularnemu powiedzeniu, przez żołądek można
    dotrzeć również do serca kobiety. Jednak, biorąc pod uwagę dosłowność
    zastosowanej metody, uważam, że tradycyjna droga do serca mężczyzny jest, jak
    zwykle, dla niego przyjemniejsza. Chyba, ze mówimy o przypadkach zadławienia
    potrawą, wtedy można znaleźć jakieś podobieństwo.
    - Myli się Pan, nie jestem wyjątkiem. Uwielbiam mówić, gdy mogę.
    - Wbrew pozorom, ja również nie znoszę sytuacji zniewolenia. Pod żadnym
    względem. Mój uśmiech i żarty, jak np. ten o flaczkach na gorąco, to jedynie
    wpływ złotej myśli pewnej bardzo mądrej pisarki, która twierdzi, że jeżeli coś
    kompletnie przekracza ludzką wytrzymałość, należy to uznać za śmieszne. Innego
    wyjścia nie ma. Stąd ten brak agresywnych zachowań z mojej strony, który nie
    uszedł Pana uwadze i został uznany za pozytywną cechę mego charakteru. Śpieszę
    więc sprostować, iż całość swego autorytetu zawdzięcza Pan wyłącznie autorce
    tej życiowej mądrości.

    Z poważaniem
    młoda, piękna i na szczęście zdrowa
    pacjentka

    P.S. Gdyby mój mąż zgłosił się do pana z pytaniem o skuteczny sposób
    kneblowania, to proszę wyrzucić go za drzwi!
    P.S. drugie. Czyli mówi Pan, że odrobina alkoholu zdrowemu nie zaszkodzi?
    Przyjmuję, że z innymi używkami jest podobnie? Widzi Pan, gdyby nie te Pańskie
    narzędzia pracy, może nawet byłabym w stanie Pana polubić...
    --
    Bez względu na to, gdzie człowiek patrzy, zawsze coś widzi.
  • 04.02.06, 08:14
    Roman odebral mnie wieczorem z lotniska. Dzieci i Gaston zostaly we Francji, bom
    tylko na dwa dni do Polski przyleciala zalatwic pilne interesa w wydawnictwie,
    bo oczywiscie beze mnie nikt decyzji podjac nie potrafil. Gdy dojezdzalismy do
    domu strach jakowys chwycil mnie za gardlo gdym owa laczke, na ktorej ta
    przekleta bariera kiedys stala, zanim ja zniszczyc nie kazala, zobaczyla. Piec
    lat juz minelo od owych pamietnych chwil gdym wte i nazad z jednego czasu do
    drugiego podrozowala i chociaz Roman tlumaczyl byl mi po wielekroc, iz owa
    bariera z przenosinami nic wspolnego nie miala, ja w to ciagle nie wierzylam. No
    ale, chwalic Boga, przejechalismy obok bez zadnego wypadku. W domu zjadlam
    szybko kolacje i poszlam spac, jeszcze przed snem poczytawszy kilka minut
    Trylogie pana Sienkiewicza, ktora to ksiazke czytac moglam codziennie. Ach, coz
    to za autor! I pomyslec, ze dawno temu moglam go byla poznac! Szkoda, ze nie
    poznalam...
    Rano, zjadlszy sniadanie, czasu jeszcze do wyjazdu troche mialam, wiec wyszlam
    na droge zobaczyc czy da sie dzisiaj (jesli czas pozwoli) pojezdzic na
    Gwiazdeczce. Ubrana juz bylam do wyjazdu, na nogach mialam kozaczki, suknie
    dluga, kozuszek i futrzana czapke. Kiedym sie obejrzala w lustrze, pomyslalam,
    iz strojem przypominam owe szlachcianki, ktore pan Sienkiewicz opisywal. Nie
    moglam sie jeno zdecydowac, do ktorej sie upodobnilam. Smiejac sie z siebie w
    duchu wyszlam na dwor i poszlam droga w strone laczki. Sniegu duzo nie bylo, na
    pewno kopny nie byl, ale tez i odwilza nie tkniety, tak ze pomyslalam sobie, ze
    po powrocie przejade sie troche na Gwiazdeczce, powoli i ostroznie, bo jednak
    szarzowac nie nalezy. Doszlam do skraju laczki i przystanelam. Dzien byl piekny,
    snieg otulajacy pola i las tlumil halas idacy od warszawskiej szosy. Postawszy
    chwile na skraju laczki zasluchalam sie w owa cisze, bo, dziwna rzecz, tak do
    tego halasu samochodow przywyklam, ze go teraz nie slyszalam i cisza owa byla
    niemal doskonala. Zawrocilam do domu i szlam wsluchana w chrzest sniegu pod
    stopami, gdy wtem dolecial mnie tetent galopujacego gdzies blisko konia.
    Zdziwilam sie, ze go przedtem nie slyszalam i spojrzalam za siebie. Na pieknym
    karym koniu, arabie, podjezdzal do mnie mlody mezczyzna. Znac bylo, ze jezdziec
    wytrawny, bo gracko osadzil konia w miejscu i uchylil czapki. Zdziwilam sie
    nieco, bo owego mezczyzny nie znalam, nie byl to nikt z okolicy. Zdziwienie moje
    wzroslo, gdym zobaczyla, ze do czapki mial doczepione czaple pioro, u boku mial
    szable, a u siodla - olstra, z ktorych wygladaly kolby pistoletow. W ogole
    wygladal jak szlachcic polskiz XVII wieku. Pod uchylona czapka ujrzalam
    podgolona glowe i czub. Ze tez Roman nic mi nie powiedzial, ze w okolicy film
    jakowys historyczny kreca! Mezczyzna mial twarz przystojna, lubo twarz szpecily
    nieco dwie blizny, zas siwe oczy bystro spogladaly na mnie. Mezczyzna zas rzekl:
    - Wybacz wacpanna tak ocesowe pytanie, alem chyba zasnal w siodle i sie odbilem
    od moich choragwi, a trza mi szybko do jegomosci pana Czarnieckiego dolaczyc, bo
    planuje ci on jakowas wielka nieprzyjemnosc Szwedom uczynic i sily zbiera. Tedy
    rzeknij mi waszmosc panna, gdziem jest i jak stad daleko do Warszawy?
    Slyszac owe slowa zdumialam sie bardzo, ale wychowanie wzielo gore i odrzeklam
    krotko:
    - Do Warszawy bedzie jakies dziesiec mil ta szosa, co za drzewami biegnie. A
    panska godnosc?
    Mezczyzna wpatrywal sie we mnie jak zauroczony i mruknal pod nosem:
    - Istna Olenka... - po czym sie opamietal i dodal glosno - Wybacz wacpanna, ale
    w wojennej potrzebie czlek grzecznosci zapomina. Jestem urodzony Babinicz, z
    Litwy...
    Nogi ugiely sie pode mna. Znowu ktos zaczal owe przeklete eksperymenta. Bariera
    wrocila...
  • 06.02.06, 02:05
    Duch unosil sie nad wodami...
    Scislej mowiac, unosil sie nad Wisla. Chwile przedtem byl jeszcze w domu, ale do
    Wisly nie mial daleko. Teraz przez chwile sie zastanowil, po czym sie podzielil
    na dwa. Czesc skierowala sie z pradem rzeki, a czesc poszybowala pod prad. Ta
    czesc, ktora poszybowala pod prad zaczela sie dzielic na coraz mniejsze czesci,
    ktore zaczely wnikac nad lad i kierowac sie teraz drogami. Ta czesc, ktora
    poszybowala w dol rzeki rowniez zaczela sie dzielic, ale wieksza czesc dotarla
    do Baltyku. Tu skierowala sie na zachod, ale zanim przekroczyla ciesniny
    Skagerrat i Kattegat, zostawila znow za soba czesc szybujaca do Szczecina.
    Teraz, po przekroczeniu ciesnin ruszyla w strone Kanalu La Manche, gdzie mala
    czastka odbila na polnoc, do Wysp Angielskich, zas reszta poszybowala dalej na
    zachod. Minawszy Biskaje rozdzielila sie ponownie. Nie bylo juz jej duzo, ale
    czesc ruszyla na poludnie, ominela wybrzeza Hiszpanii, Portugalii, ominela
    bokiem Slupy Hareklesa i ciagle prujac na poludnie dotarla do Przyladka Dobrej
    Nadziei. Tam skrecila na wschod i dotarla do Nowej Zelandii. Reszta przekroczyla
    Altlantyk, odnalazla Zatoke Swietego Wawrzynca i rzeka dotarla do najnizszego z
    Wielkich Jezior, Ontario. Trzymajac sie polnocnego brzegu odnalazla Toronto i tu
    dokonala ostatecznego podzialu na dwa duszki. Tutaj musimy jednak otwarcie
    powiedziec, ze czas potrzebny na te wszystkie podroze i podzialy byl duzo
    krotszy niz czas potrzebny na przeczytanie tego opisu. Duch byl co prawda
    ograniczony czasem i przestrzenia, ale poruszal sie z szybkoscia duzo wieksza
    niz predkosc swiatla - poruszal sie z szybkoscia mysli. Ponadto caly czas byl
    jednym, mimo ze podzielil sie na wiele. Wreszcie byl tam, gdzie chcial - w
    wielu, bardzo wielu miejscach. Widzial juz wszystkie osoby do ktorych chcial
    dotrzec. Nie, nie chcial ich, bron Boze, przestraszyc! Chcial ich tylko dotknac.
    I dotknal, zimnym paluszkiem. Dotyk byl tak delikatny, ze nikt z dotknietych go
    nie poczul - wiekszosc dotknietych spala - ci tylko cos mrukneli i poprawili sie
    w miekkiej posciel, ci zas ktorzy nie spali, zamyslili sie na chwile, po czym
    ruszyli w kierunku najblizszego komputera. Usiedli przed ekranem i po chwili ich
    palce zaczely fruwac nad klawiatura. Duch przez chwile im sie przygladal i
    pokiwalby glowa z zadowoleniem - gdyby ja mial. Teraz rozpoczal droge powrotna i
    w mgnieniu oka wrocil do domu.
    Rano, po przebudzeniu, dotknieci palcem ducha byli troche zamysleni i
    roztargnieni. Powiedzmy sobie szczerze, ze byl ktos, kto posmarowal maslem reke
    zamiast grzanki, zas ktos inny nalozyl na szczoteczke krem do golenia zamiast
    pasty do zebow, jeszcze ktos inny usilowal ubrac dwa lewe buty, zas ktos inny
    (kto sprzedawal krawaty) ubral golf. Niezaleznie od wszystkiego, kazdy zasiadl
    do komputera tak szybko, jak tylko mogl, cos tam napisal i wsisnal przycisk
    "Wyslij".
    Po poludniu, jak zawsze, na pol godziny przed zakonczeniem pracy, pan Tadeusz
    wszedl w Internet. Otworzyl strone Gazety, przeszedl na Fora prywatne, otworzyl
    Kulture i wreszcie Ksiazki. Tu odszukal swoje ulubione forum (poswiecone bardzo
    mu bliskiej osobie - a co ciekawsze znal osobiscie sporo jego uczestnikow),
    otworzyl je i oniemial. Jeden z dwoch przyszpilonych watkow, ktory wczoraj
    jeszcze z trudem osiagnal niemal astronomiczna liczbe siedemnascie postow, mial
    ich teraz ponad dwiescie. Inne watki tez wykazywaly wzrost, aczkolwiek watek
    poswiecony przyszpilonemu rozrosl sie na watek-2, watek-3, watek-4 i watek-5.
    Czym predzej zaczal czytac. Kiedy skonczyl po dwoch godzinach, liczba opowiesci
    dziwnej tresci przekroczyla trzysta i ciagle rosla. Zdumiony i uradowany pan
    Tadeusz glosno powiedzial:
    - Chyba duch Guruy ich natchnal!

    I nigdy sie nie dowiedzial, ze mial racje...
  • 12.02.06, 01:26
    Z agrotechnicznego punktu widzenia, ta sucha łąka nie przedstawiała wielkiej
    wartości. Być może była w stanie dać jeden pokos lichego siana, nadającego się
    wyłącznie na podściółkę. Gdyby się nią w ogóle ktoś interesował. Najwidoczniej
    jednak właściciel machnął na nią ręką, bo stała żywym ugorem. I pewnie z tego
    powodu, że nie koszona, była taka piękna. W pełni czerwcowego rozkwitu,
    pyszniła się całym przekrojem tych różnych tymotek, kostrzew, wyczyńców,
    wiechlin i innych traw, których pierzaste, ościste lub koronkowe kłosy
    ocieniały byliny dwulistne, zioła i masę innej, karłowatej zieleniny. Te
    wszystkie rumianki, dziurawce, firletki, margerytki, przywrotniki, bodziszki,
    kozibrody, goździki kartuzki, szałwie, babki, przytulie i drakwie gołębie,
    wyrastały tuż nad płożącymi się kępkami wilżyn, dzwoneczków rozpierzchłych i
    bujnej macierzanki. Oraz upojnie pachniały. Intensywny, gorzko-miodowy aromat,
    przy którym najlepsze perfumy świata wysiadały w przedbiegach, połączony z
    sennym buczeniem trzmieli, objedzonych słodkim nektarem, aż do wypęku i
    cykaniem niestrudzonych koników polnych, działał cudnie. Jak najlepsza
    aromaterapia i błyskawiczna kuracja odmładzająca. Na skołatane nerwy, niedobory
    witamin oraz pierwsze siwe włosy na skroniach. Tym bardziej, że popołudniowe
    słońce, wyzłacało nie tylko koszyczki i kielichy kwiatów, nasycało barwami
    skrzydła motyli i mieniło się tęczowo na chitynowych pancerzykach chrząszczy,
    ale rozjaśniało również kobiece włosy, dodawało cerze rumieńców i ogólnie
    dobrze robiło na wszystko. A także zapalało błyski w męskich oczach. Nawiasem
    mówiąc, bardzo zmęczonych codziennym wpatrywaniem się w miliony liter i cyfr,
    mrugających z komputerowego monitora.
    - O, popatrz! Pawik! Jaki piękny! I czerwończyk żarek, o, tam!
    Kobieta, siedząca wśród bujnego kwiecia, z pewnością nie była już podlotkiem,
    ale cały ten sielski entourage wyraźnie jej służył. W powiewnej sukience w
    groszki, z wiankiem na lekko potarganych włosach, roziskrzonym wzrokiem
    śledziła motyle i wyglądała wdzięcznie, jak rusałka. No, może po małych
    przejściach... Ale wciąż powabnie i świeżo, co nie uszło uwadze jej towarzysza,
    który patrzył na nią z wyraźną przyjemnością, mając w nosie wszystkie pawiki i
    czerwończyki żarki.
    - Biedroneczka – szepnął z czułością.
    - Gdzie? – zapytała, rozglądając się dookoła.
    - Tutaj. Z kwiatkami we włosach.
    - Od kiedy biedroneczki mają włosy? – roześmiała się radośnie – I musisz
    uściślić, jaka biedroneczka. Dwukropkowa, czy siedmio?
    - Poczekaj, policzę: jeden, dwa, trzy, cztery...
    Przez długą chwilę łąka znów rozbrzmiewała tylko brzęczeniem owadów i czystym
    głosem skowronka polnego, który wysoko, pod bezchmurnym niebem, wydzwaniał
    swoje piosenki. Pracowite mrówki nadal podążały w sobie tylko znanych
    kierunkach, pająki tkały sieci, a jaszczurki wygrzewały się na kamieniach.
    Nagle jedna z nich czmychnęła zwinnie w najbliższy gąszcz, bowiem mężczyzna,
    choć już nie młokos, zerwał się dziarsko z pozycji horyzontalnej i jak młody
    źrebak - pogalopował na drugi koniec łąki. Po chwili wrócił z wielkim bukietem
    żółtych kwiatków, którymi obficie obsypał kobietę i nucąc pod nosem skoczną
    melodię, poleciał z powrotem. Najwyraźniej po następną porcję.
    Kobieta spojrzała na lekko przekwitłe, złotożółte, delikatne płatki, które
    upstrzyły ją od stóp do głowy, potem przeniosła wzrok dalej, na wesoło
    pląsającego mężczyznę, który schylając się po kolejne badylki, pojawiał się i
    znikał wśród traw i nagle wybuchła głośnym chichotem.
    Mężczyzna, powracający z kolejnym, monstrualnej wielkości wiechciem, ze
    zdziwieniem ujrzał tarzającą się i zapłakaną ze śmiechu bogdankę, która na
    widok jego pytającej miny, wydała z siebie dźwięk podobny do krzyku ranionego
    pawia i padła bez sił. Nota bene - na kępę bajecznie pachnącej macierzanki.
    - Co ci się stało? – zapytał z lekkim przestrachem.
    - Jaskier... Mokry jaskier... – zawyła, ocierając łzy, które kapały wprost na
    kwiecie.
    - Dlaczego mokry...? Aha, to są jaskry? – niepewnie popatrzył na zieleninę,
    którą ją obsypał.
    - Yhyyy – zapiała, zanosząc się ze śmiechu. Najwyraźniej do swoich myśli, za
    którymi on zupełnie przestał nadążać.
    - Och! – nagle go poderwało, jakby w przebłysku mglistego zrozumienia -
    Podobno one są trujące!
    Nerwowo zaczął zbierać z niej zielsko i ze wstrętem odrzucać, jak najdalej, za
    siebie.
    - Przepraszam cię, kochanie. Takie ładne były... Trudno, na tym się nie znam,
    przepadło...
    - Jak błędny ognik przepada – wychrypiała ona i poczuła, że nie ma już sił –
    Zaraz... zaraz mi przejdzie. I wszystko ci wytłumaczę, tylko poczekaj jeszcze
    chwilę... O matko kochana... Uspokój się już, to nie przez ciebie! To przez
    takiego jednego mokrego jaskra... Hihihi... Z książki...
    --
    Bez względu na to, gdzie człowiek patrzy, zawsze coś widzi.
  • 14.02.06, 06:12
    Pracuje w srodmiesciu, a mieszkam w starej czesci Toronto, wiec do pracy jezdze
    komunikacja miejska. Teraz wracalem do domu. Po wyjsciu z metra przesiadlem sie
    na tramwaj. Mialem tylko kilka przystankow do domu, wiec nie chcialo mi sie
    siadac. Stalem za motorniczym i patrzylem wzdluz ulicy. Z przecznicy wyjechal
    samochod strazy parkingowej. Zawsze mi to przypomina Beatlesow, wiec zanucilem
    sobie w duchu "Lovely Rita, meter maid..." i pomyslalem, ze dzis Rita ma pewnie
    zniwo - 16-ty miesiaca, dzien zmiany stron ulic dla zaparkowanych samochodow.
    Toronto ma rozne ciekawe pomysly na zarabianie pieniedzy...
    Wysiadlem na swoim przystanku i skrecilem w boczna uliczke, na ktorej mieszkam.
    Oczywiscie, po (dzis) prawidlowej stronie parkowalo sporo samochodow, ale po
    niewlasciwej stalo jeszcze kilka. Przechodzac obok pierwszego rzucilem nan okiem
    - oczywiscie, za wycieraczka tkwil mandat - Rita tu juz byla. Mnie to nie
    grozilo, bo moj samochod stal na podjezdzie pod domem. Kilkanascie metrow przede
    mna szedl facet niosacy jakies zakupy. Minal moj dom i nagle zatrzymal sie przed
    samochodem stojacym przed domem sasiada. Siegnal do przedniej szyby i szybko
    wyciagnal stamtad zolto-pomaranczowy kawalek papieru. Mandat. Teraz faceta
    rozpoznalem. To byl sasiad. Nowy - wprowadzil sie jakies trzy dni temu.
    Przyjechal chyba z B.C. - Brytyjskiej Kolumbii, w kazdym razie samochod mial
    tamtejsza rejestracje. Zaczal czytac mandat i nagle wydal z siebie glos. Bylem
    juz blisko, wiec moglem zrozumiec kazde slowo. A warto bylo posluchac! Sasiad
    klal jak szewc, piekna, dluga litania bez powtarzania sie, z wielkim bogactwem
    wyszukanych inwektyw. To bylo po prostu piekne, a wierzcie mi, ja sie na tym
    znam! W pewnym momencie sasiad przeszedl na niemiecki. Pomyslalem sobie, ze
    moze to wojskowy - bo przecietny Kanadyjczyk raczej jezykami obcymi nie wlada,
    no, chyba ze francuskim. A moze Niemiec z pochodzenia. Dzwieczny baryton
    wyglaszal plynnie niemieckie przeklenstwa i glos niosl sie wzdluz ulicy. Kiedy
    doszedl do "Kreuzhimmeldonnerwettenocheinmal", znow zmienil jezyk. Tym razem na
    polski. Dobor slow zachwycilby kazdego zlewa w jednostce, jak rowniez
    budowlanca, bylem tego pewny, odsluzylem przeciez swoje dwa lata w sluzbie
    Ojczyzny (wtedy jeszcze Ludowej), a pozniej dlugi czas spedzilem na budowach.
    Nagle cos BARDZO znajomego wpadlo mi w ucho. Facet wyrzekl bowiem nastepujace
    slowa: "Kurrrrrtyzana twoja matuchna, w decybele kopana, jolka spróchniała
    twojej babci, żeby ją parchy pokryły, kij ci na monogram złotem haftowany! Ty
    gumo do żucia, ja ci pokażę, krowo niebiańska!". Wrecz mnie zamurowalo. Sasiad
    nie tylko byl Polakiem, ale rowniez MUSIAL uwielbiac moja ukochana autorke -
    taki cytat nie padnie z ust przygodnego czytacza. Jedno mnie tylko zastanowilo.
    Czyzby czytal nieuwaznie?

    Przeciez Autorka w swojej autobiografii wyraznie stwierdzila, ze Kanada, a
    szczegolnie Ontario, jedzie na zakazach.
  • 21.02.06, 00:14
    Skała jest ciepła i pachnie, jak rozgrzany piec chlebowy. Chciałoby się do niej
    przytulić, zamknąć oczy i odpocząć. Wsłuchać się w ciszę kamienia, uspokoić
    rozszalały puls, zapomnieć o uprzęży, która wbija się w tyłek, o tym całym
    brzęczącym żelastwie, piekących palcach, otartych do krwi w poszukiwaniu
    kolejnego chwytu i o bolących, lekko drżących z napięcia łydkach. Oraz o tych
    na dole, którzy śledzą każdy milimetr twojego ruchu i czujesz, że trzymają nie
    tylko linę asekuracyjną, ale także - twoje nerwy. Grając na nich, jak na
    harfie. Trzech wspinaczy skałkowych, czyli w ich gwarze: łojantów i jeden
    adept, zwany Młodym. Ten przynajmniej się nie odzywa. Jak każdy nowicjusz
    dopuszczony przez starszyznę do misterium, zna swoje miejsce w szeregu i wie,
    że wolno mu tylko patrzeć. A jest na co. Oto bowiem, w dość trudnej ścianie
    wisi ktoś, kto w tym gronie dotąd w ogóle się nie liczył i kogo na nią
    wpuszczono w maliny, czyli dla żartu. Tymczasem ten ktoś, zamiast od razu
    spaść, jak kamień, usiłuje się wspinać! W dodatku jest to baba. Czyli ja.
    Oczywiście, komentarze z dołu działają na mnie, jak płachta na byka, wiec
    zacinam się nie tylko we wszystkich możliwych szczelinach, ale również w sobie.
    O nie, kotki, prędzej porostami i mchem porosnę, niż dam się zrzucić w ten
    cholerny luft pod nogami. Teraz, to ja już nie mam wyjścia, muszę w górę,
    choćbym miała zębami sobie pomagać. Co chyba nie byłoby takie głupie...
    - Jak ci tam na tej wędce? – zapytał troskliwie koleś od liny – Odpadasz?
    - Sam spadaj – stękam głucho, bo akurat wiszę niemal na jednym małym palcu i
    nie w głowie mi dyskusje.
    Jemu jednemu jestem skłonna wybaczyć. W końcu to od jego refleksu zależy, czy
    spadając, nie rozplaskam się u ich stóp, jak kisielek. A ściana, nie ukrywajmy,
    za wszelką cenę chce się mnie pozbyć. Widać nie lubi być drapana, gdzie nie
    swędzi. O nie, nie pozbędziesz się mnie tak łatwo kochaniutka, nie ma mowy.
    Celnym rzutem lewej nogi i prawej ręki trafiam w dwa wystające stopieńki, takie
    mniej więcej na jeden paznokieć, wczepiam się w nie całą siłą woli i z jękiem
    dźwigam ciało do góry o parę metrów. No dobra, może o parę centymetrów.
    Takie są moje odczucia na górze, jakże różne od tych na dole.
    - Minęłaś się o milimetr – krzyknął jeden z usłużnych obserwatorów.
    - Bardziej w prawo masz dobry chwyt – podpowiedział drugi.
    - Odpadasz? – zapytał ten od liny.
    - Popuść trochę idioto – ryknęłam w przestrzeń, czując, że zbyt naprężona przez
    niego lina zaczyna mi przeszkadzać.
    Bo właśnie nad sobą, jednym rzutem oka dostrzegłam piękną płasienkę i
    stwierdziłam, że wracają mi siły. Nie będę ich tracić na tych głupków, dotrę
    sobie tam, odpocznę i wtedy pogadamy. Po przełożeniu prawej nogi za lewe ucho,
    wykręceniu ciała w śrubę, oderwaniu obu rąk i wykonaniu sprężystego skoku,
    udało mi się dosięgnąć klamy, czyli wygodnego chwytu. Stałam na jednej nodze, z
    drugą w powietrzu, ale czułam się bardzo pewnie.
    - Jeszcze tylko ta przewieszka i jesteś moja – oznajmiłam skale.
    Odpowiedziała ostrzegawczym zgrzytem poluzowanego kamienia, co zmusiło mnie do
    zrezygnowania z przystanku i natychmiastowego zaatakowania wyrastającej nad
    głową kamiennej buły. Za nią już była wygodna półka pod szczytem i koniec mojej
    mordęgi. W docierających przez narastający szum w uszach złośliwościach z
    dołu, pojawił się jakby inny ton.
    - Ma do tego dryg – zaszemrał ten od liny.
    - E, tamta rysa jej nie puści, za krótka do niej jest – zwątpił drugi brzęcząc
    karabinkami.
    - Te baby... – dodał trzeci i chyba splunął z obrzydzeniem.
    A może tylko tak mi się wydawało, nie wsłuchiwałam się zbytnio, bo właśnie
    osiągnęłam upragnioną półkę i byłam na samej górze. Usiadłam wygodnie i
    złapałam oddech. Oparta o cieplutki, wybielony słońcem i wiatrem kamsztorek,
    wreszcie mogłam zrobić to, przed czym broniłam się przez tę całą drogę przez
    mękę – popatrzeć w dół. Popatrzyłam więc i o dziwo! Poczułam, że świat leżący
    pod moimi stopami jest przecudny! I należy do mnie.
    - Hej, hej, panowie! Któryś ma jakieś pretensje do bab? – zawołałam wesolutko
    do małych facecików stojących u podnóża ściany i gapiących się na mnie z
    wyraźnym zawodem na twarzy. Jasne, byliby radośni, jak świnki w deszcz, gdybym
    odpadła od niej już na starcie. Zepsułam im zabawę, przepadło.
    - Uwaga, zjeżdżam – krzyknęłam do tego od liny i frunęłam w dół, jak ptaszek na
    uwięzi z gatunku nielotów, z konieczności ubezpieczany przez tego na drugim
    końcu liny.
    Odpinając uprząż, oczywiście musiałam wysłuchać tysiąca kąśliwych uwag
    dotyczących prawidłowego pokonania drogi, którą udało mi się przejść według
    nich ślepym fartem i w fatalnym stylu, przypominającym konwulsje rannego
    leniwca na gałęzi targanej wiatrem. Lub skakanie ropuchy po rozżarzonych
    węglach. Oraz krowi trucht po stromych schodach. I wiele innych porównań do
    milutkich, choć niezbyt zgrabnych zwierzątek, które w końcu rozbawiły mnie do
    łez.
    Tylko Młody milczał, cały pochłonięty porządkowaniem lin, które natychmiast po
    akcji zostały mu wręczone, bez słowa protestu. Zanim wszystkie udało mu się
    pięknie zwinąć i zapakować różne żelazne szpeje, pozostałe towarzystwo,
    rozwalone na trawce brzuchami do góry, zdążyło opalić się na mahoń. Po
    starannym wykonaniu obowiązków, Młody usiadł i wreszcie odważył się przemówić.
    Do małego karabinka, czyli metalowego wihajstra, który trzymał w ręku.
    - Ja mam pretensje do bab. Z książek wiem, że lepiej z nimi nie zaczynać. Taka
    jedna pisała, że po schodach boi się chodzić, pływać nie umie i takie tam, a
    jak przyszło co do czego, to przez Atlantyk sama przepłynęła...
    - Wpław? – zapytał leniwie jeden ze starszyzny, nie otwierając nawet oczu.
    - E, nie. Żaglówką. Dużą, taką na całą załogę. Sama. A wcześniej wody się bała,
    jak ognia. One wszystkie takie – dodał gorzkim głosem doświadczonego starca.
    Zaintrygowana jego oczytaniem, poczułam, że jednak muszę sprostować pewne
    nieścisłości, jakie zakodowały się w młodym umyśle.
    - Ależ ta autorka naprawdę nie przepłynęła Atlantyku. To była taka fikcja
    literacka, wiesz? A pływać naprawdę nie umie i schodów nie lubi. Normalnie,
    każda kobieta czegoś tam się boi.
    - Tak? – zdziwił się grzecznie – Ty też? Mówiłaś, że masz lęk przestrzeni, nie?
    To jak złoiłaś tę ścianę? Na niby, czy naprawdę?
    Po czym zerwał się, zarzucił brzęczący plecak na plecy, mruknął „cześć” i
    poszedł.
    Wtedy jeden z kolegów popatrzył na mnie z wyrzutem i powiedział:
    - Zołza. Uszczypnęłaś go w ambicję. On tej ściany nie dał rady przejść.
    Zrobiło mi się głupio i już chciałam lecieć za Młodym i tłumaczyć, że to nie
    tak z tymi kobietami, że owszem, mają czasem więcej szczęścia, niż rozumu,
    że... Ale drugi od liny, natychmiast mnie usadził.
    - Dobrze, dobrze, niech się uczy, jakie kobiety są naprawdę. Niech wie, że ich
    umysł jest niezbadany i posiada właściwości przedziwne. – zacytował znaną mi
    skądinąd myśl.
    - No, co się tak na mnie gapisz? – dorzucił w moją stronę – Też się wychowałem
    na tej lekturze, co to ją Młody dopiero zaczyna i zobacz, jaki duży i silny
    urosłem. Żadna baba mi nie straszna! Inaczej w życiu bym cię w tę ścianę nie
    puścił, nie?
    I tym mnie uspokoił. Faktycznie, puścił, choć przecież wiedział o tym moim
    cholernym lęku przestrzeni! I czuwał. A skąd wiedziałby, że moja babska furia,
    popędzana batem ambicji natychmiast zapomni o wszystkich istniejących fobiach i
    będzie w stanie polecieć bez asekuracji nawet na Mont Everest, gdyby nie
    właściwy dobór lektur?
    --
    Bez względu na to, gdzie człowiek patrzy, zawsze coś widzi.
  • 22.02.06, 13:00
    -Czy mogłabyś do mnie podejść? – mój szef miał irytujący sposób wzywania
    pracowników do siebie. Pewnie, że mogłabym, ale czy zechcę? Oto jest pytanie!
    Tym razem jeszcze zechciałam.
    -Chciałbym, żebyś napisała protokół z ostatniego spotkania z klientem.
    -Ale… - zaoponowałam natychmiast.
    -Opowiadania piszesz – szef wpadł mi w słowo z wyraźną złośliwością – to nie
    mów, że nie dasz rady napisać zwykłego sprawozdania.
    -Na kiedy? – prawie warknęłam.
    -Na wczoraj….
    Wracałam do biura wkurzona jak nie wiem co. Protokół, też mu się zachciało! Tak
    naprawdę to było jego zadanie a nie moje. Ja swojej roboty miałam po dziurki w
    nosie i nie zamierzałam jeszcze odwalać dodatkowej za niego. On oczywiście w
    tym czasie będzie grzebał w Internecie i siedział na forach. Niedoczekanie!
    Dwie godziny później miałam już gotowego maila. Z załącznikiem następującej
    treści:
    „Jak przystało na połowę lutego poranek był mroźny i wietrzny. Niebo zasnute
    ciemnymi chmurami nie dawało większej nadziei na pojawienie się słońca w ciągu
    dnia. W biurze firmy X jednak już od siódmej rano panował przyjemny i
    ekscytujący rozgardiasz. Cały trzynastoosobowy zespół w składzie: szef, Ania,
    Asia, Kasia, Zosia, Marysia, Krzyś, Jędrek, Maciuś, Piotrek, Michał, Jacuś i
    Wiesio wybierał się na wizytę u klienta.
    -Samochody są! – zaraportował Krzysztof.
    -Rzutnik też, musimy tylko zabrać laptopa – dodał Jędrek.
    O ósmej dwadzieścia siedem trzynaście osób, wraz ze sprzętem, zapakowało się do
    trzech samochodów marki Skoda i wyjechało z zakładu. W dwóch samochodach
    zapisywano zakłady na temat domniemanych atrakcji planowanej części
    nieoficjalnej. W trzecim szef w skupieniu powtarzał treść wystąpienia. Na
    miejsce wszyscy dotarli cali, zdrowi i wyraźnie zaaferowani. Spotkanie
    rozpoczęło się punktualnie o dziewiątej trzy i przebiegało zgodnie z planem. Ze
    strony klienta było pięciu przedstawicieli: pan Józio - kierownik, pani Krysia,
    pani Justyna (niezwykłej urody) oraz panowie Zenon i Egon (co do których od
    razu zalęgło się podejrzenie, że są dla siebie czymś więcej niż tylko kolegami
    z pracy). Pierwszą prezentację przedstawiał wspaniały, jedyny na świecie i
    najcudowniejszy szef. Jego elokwencja, łatwość wypowiedzi, bogate słownictwo
    oczarowały słuchaczy, zarówno jego własnych podwładnych jak i przedstawicieli
    klienta. Niektórzy mieli nawet łzy w oczach… Niestety obecnym nie dane było
    długo cieszyć się szczęściem obcowania z tak wyśmienitym mówcą. O dziewiątej
    dwadzieścia sześć prelegenta zastąpił przedstawiciel klienta - pan Józio. Jego
    prezentacja aczkolwiek również ciekawa nie porwała już tak serc i umysłów
    słuchaczy, stała się natomiast zaczątkiem burzliwej wymiany zdań. Dyskusja
    rozpoczęła się o dziesiątej siedem i trwała dokładnie dwadzieścia cztery
    minuty. Przedstawiciele klienta generalnie chwalili zakupione i używane
    produkty firmy X. Wady, jakie w nich znaleźli są tak niewielkie i niegodne
    wzmianki, że nie powinny spędzać snu z oczu zespołu. Po części oficjalnej
    odbyła się część nieoficjalna, na którą spuśćmy zasłonę milczenia. Można tylko
    dodać, że zakłady zawierane w pośpiechu w drodze do klienta nie oddawały w
    pełni wszystkich zapewnionych atrakcji. Zespół wrócił do pracy taksówkami w
    wybornych nastrojach, niektórzy nawet lekko frywolnych. Skody odebrano
    nazajutrz. Spotkanie było niewątpliwie potrzebne i przyniosło obu firmom wiele
    różnorodnych korzyści. Przed wyjazdem szef zaproponował rewizytę, która to
    propozycja została entuzjastycznie przyjęta przez wszystkich.”
    „Chciałeś mieć opowiadanie, to masz” – pomyślałam i ze złośliwym uśmiechem
    kliknęłam ikonę „Wyślij”. W duchu podziękowałam Gurui za pomysł. No, to chyba
    będzie ostatni protokół, jaki szef mi podrzucił do napisania…
  • 25.02.06, 01:58
    - Halo, halo, to mikrofony sprawozdawcze Polskiego Radia zainstalowane na trasie
    Wyscigu (nie)Pokoju Opowiesci Dziwnej Tresci. Juz od dawna bylo wiadomo, ze cos
    sie szykuje, cos wieloetapowego, ale nowa powiesc okazala sie falstartem. I tak
    czekalismy, az wspanialy zawodnik Groha dal znak! Wystartowala. Wydawalo sie, ze
    nie trzeba bedzie dlugo czekac na odpowiedz odpoczywajacego na starcie peletonu
    i rzeczywiscie! Do boju ruszyla Noteczka i wspanialym zrywem dogonila Grohe
    tworzac w ten sposob pierwsza czolowke Wyscigu! Ale oto z linii startu rusza
    Woloduch i po krotkim, ostrym poscigu dogania czolowke!
    - Pozwolisz, ze Ci przerwe. Otoz mozna by sie zastanawiac, czy to jest
    czolowka, czy peleton...
    - Czolowka, oczywiscie czolowka. Na pewno wkrotce dojda nastepni zawodnicy.
    Zapowiada sie ostra walka.
    - Masz racje. W tej bowiem wlasnie chwili probe ucieczki podejmuje Woloduch.
    Jest przez kilka godzin samodzielnym liderem, ale Noteczka wszczyna poscig i go
    dogania. Tak wiec po pieciu opowiadaniach mamy nastepujacy wynik: w czolowce ex
    equo Woloduch z Noteczka, za nimi, ze strata jednego opowiadania Groha, ktora
    tak wspaniale rozpoczela wyscig. A teraz na chwile oddamy glos do studia i
    wkrotce polaczymy sie z Panstwem znowu

    Muzyka

    - Halo, halo, to mikrofony sprawozdawcze Polskiego Radia zainstalowane na
    trasie Wyscigu (nie)Pokoju Opowiesci Dziwnej Tresci. Witamy Panstwa na 10-tym
    opowiadaniu. Juz mamy dziewiec, ale zanim sie dowiemy dziesiatego, przekazemy
    Panstwu historie ostatnich czterech. Tak jak nalezalo przypuszczac, Groha nie
    pozwolila sobie na dlugi odpoczynak i szybko dolaczyla do czolowki. Tutaj tez
    nie pozwolila sobie na dlugi odpoczynek i zaatakowala wychodzac na samodzielne
    prowadzenie! Jednakze w Woloduchu zagrala ambicja i doszedl ja po dlugim
    poscigu. Jednakze takie numery to nie z Groha, gdyz blyskawicznie ruszyla do
    przodu i powrocila na samotne prowadzenie.
    - Chwileczke, co mowisz? Powtorz! Dziekuje. Prosze Panstwa, mamy wiadomosc ze
    startu. Do wyscigu wlaczyla sie April i w ten sposob po dziesieciu opowiadaniach
    samodzielnie prowadzi Groha, za nia, ze strata jednego opowiadania Woloduch, za
    nim, ze strata dwoch opowiadan do Grohy Noteczka, a na nastepnym miejscu, ze
    strata trzech opowiadan do lidera April. I teraz czas na polaczenie sie ze
    studiem, a my spotkamy sie z Panstwem na 15-tym opowiadaniu.

    Muzyka

    - Halo, halo, to mikrofony sprawozdawcze Polskiego Radia zainstalowane na trasie
    Wyscigu (nie)Pokoju Opowiesci Dziwnej Tresci. Na przestrzeni ostatnich pieciu
    opowiadan nastapilo troche zmian. Ale moze po kolei. Wystartowala Smitte,
    doganiajac April, ale szybko pociagnela do przodu i dogonila Noteczke. Tutaj
    wyraznie zabraklo jej sil do dalszego poscigu, tym bardziej, ze Groha mocniej
    nacisnela na klawiature i umocnila sie na prowadzeniu. Ale nie na dlugo, bo
    Woloduch podjal walke i odzyskal stracony dystans. Po dluzszej chwili do walki
    poderwala sie April i po dlugim poscigu dogonila peleton.
    - Tak wiec, na lotnej premii 15-go opowiadania nadal samotnym liderem jest
    Groha, za nie, ze strata jednego opwiadania Woloduch, natomiast peleton sie
    skonsolidowal i ze strata trzech opowiadan sa Noteczka, Smitte i April.
    - A teraz polaczymy sie ze studiem i spotkamy sie z Panstwem na goskiej premii
    20-go opowiadania.

    Muzyka

    - Halo, halo, to mikrofony sprawozdawcze Polskiego Radia zainstalowane na trasie
    Wyscigu (nie)Pokoju Opowiesci Dziwnej Tresci. Jestesmy na linii gorskiej premii
    20-go opowiadania. Trzeba przyznac, ze ostatnie 5 opowiadan bylo bardzo
    emocjonujace. Prosze sobie bowiem wyobrazic, ze Groha chyba uznala przewage za
    niewystarczajaca i napisala kolejne opowiadanie. Woluch odpowiedzial swoim i
    wkrotce nastepnym! zrownujac sie w ten sposob z Groha. Oboje odpoczywali przez
    jakis czas, po czym Groha zaatakowala obejmujac prowadzenie. Nie na dlugo
    jednak, bo Woloduch odpowiedzial na wyzwanie.
    - Sytuacja wyglada wiec w sposob nastepujacy: W czolowce znajduja sie Groha i
    Woloduch z siedmioma powiadaniami kazde, natomiast peleton, skladajacy sie z
    Noteczki, Smitte i April coraz bradziej zostaje w tyle majac juz piec! opowiadan
    straty do liderow.
    - Prosze Panstwa, na chwile oddamy glos do studia, by wrocic do Panstwa na
    ciagla juz transmisje z ostatnich pieciu opowiesci pierwszego etapu.

    Muzyka

    -Halo, halo, to mikrofony sprawozdawcze Polskiego Radia zainstalowane na trasie
    Wyscigu (nie)Pokoju Opowiesci Dziwnej Tresci. Prosze Panstwa, na razie w
    rozciagbnietym wachlarzyku jest spokoj. Wykorzystajmy to na troche ciekawostek.
    Nasi liderzy, Groha i Woloduch najwyrazniej lubia mocna konkurencje. Oboje, nie
    szczedzac sil dopinguja zawodnikow pozostajacych w tyle, wyraznie zwalniaja.
    Woloduch nawet posuwa sie do prowokacji, oglaszajac apel poleglych i publikujac
    "Ducha". Nawet ta muzyka, ktora Panstwo przed chwila slyszeli, to Marsz
    Pogrzebowy Chopina ze slowami Macieja Zembatego. Ale, zaraz, co to sie dzieje?
    Groha atakuje ponownie i wysuwa sie na prowadzenie, natomiast z peletonu
    wyskakuje April podejmujac probe samotnego poscigu! Groha odwraca sie do
    Woloducha najwyrazniej go dopingujac, ten zas zwleka. Czyzby liczyl na jej
    zmeczenie i chcial narzucic ostry finisz? Chyba tak, bo wlasnie widzimy, ze
    pojawia sie nowa publikacja!
    - Szszszsszsszszszszhrrrrrrrrwrrrrrrrrszzzzszszszszszs

    -Tu Studio Warszawa. Przepraszamy Panstwa za chwilowa przerwe w transmisji
    spowodowana usterkami technicznymi. Gdy tylko zostana one usuniete, polaczymy
    sie na nowo z wozem transmisyjnym. A na razie chwila muzyki.

    "Jak dobrze mi w pozycji tej,
    Pozycji horyzon-tal-nej..."

    --
    Oto dramat czlowieka Widziany w wlasciwej skali:
    Coraz dalej od mleka, Coraz blizej kanalii.
  • 25.02.06, 20:55
    Stałam przed bibliotecznym regałem z literaturą polską zastanawiając się jaką
    książkę wziąć sobie na 4 godzinną podróż pociągiem, która czekała mnie
    następnego dnia. Nie wiem, dlaczego sięgnęłam właśnie tam, być może akurat ta
    książka stała trochę bardziej wysunięta niż inne, być może miała bardziej
    kolorową okładkę. A może moją ręką sterowało przeznaczenie?
    Spojrzałam na tytuł i stwierdziłam, że kiedyś to czytałam i bardzo mi się
    spodobało, ale było to na tyle dawno, że wyleciała mi z pamięci większość
    szczegółów. Mogła być, na wszelki wypadek wzięłam coś jeszcze, bo podróż z Gdyni
    do Warszawy jest naprawdę długa.

    Intercity Kaszub odjechał z Gdyni Głównej zgodnie z rozkładem jazdy a ja
    rozsiadłam się wygodnie w przedziale i sięgnęłam do plecaka po lekturę.
    Popijając soczek otworzyłam książkę i zaczęłam czytać. Początkowo nie zwróciłam
    uwagi na jakieś dziwne znaki na marginesach, podkreślone litery i całe słowa,
    nie takie rzeczy się widuje w książkach z biblioteki. Ale po pewnym czasie
    zaintrygowało mnie to, bo raczej spotyka się podkreślone całe fragmenty, czasem
    pojedyncze zdania, ale nie przypadkowe litery. Wyjęłam Gazetę Wyborczą i na
    marginesie zaczęłam wypisywać poszczególne litery. Nie ułożyły się w żadną
    sensowną całość, ale przy okazji zauważyłam pewną prawidłowość. Podkreślenia
    tworzyły powtarzający się wzór, jeśli na jednej stronie podkreślony był trzeci
    wyraz od prawej w drugiej linijce od góry to na następnej podkreślony był trzeci
    wyraz od lewej w drugiej linijce od dołu, podobnie było z pojedynczymi literami.
    Odwróciłam Wyborczą do góry nogami i zaczęłam wypisywać litery w dwóch
    kolumnach. Wyszło mi. Aż zdrętwiałam jak zobaczyłam co. Obok wywiadu z Justyną
    Kowalczyk stało na marginesie. „Łysy chce cię zabić. Uciekaj do Konopki. On ci
    pomoże.” Strach ścisnął mi gardło. To była informacja dla mnie. Wyjrzałam przez
    okno, pociąg dojeżdżał powolutku do stacji Warszawa Zachodnia, pomyślałam
    szybko, że może się uda. Ten, kto napisał mi tę informację wiedział, że sięgnę
    po tę właśnie książkę. Skąd wiedział? Palnęłam się w głowę. Przecież
    rozmawialiśmy o niej w księgarni tuż przed wyjazdem, wspominałam, że bardzo
    lubię tę autorkę, potem podświadomie sięgnęłam po nią w bibliotece, wiedział, że
    tam pójdę. Nie mógł mi tego powiedzieć wprost, pilnowali go.

    Nie było więcej czasu do stracenia, z daleka widziałam peron, na którym nie było
    zbyt wielu ludzi. Między nimi dość wyraźnie było widać wysoką sylwetkę w
    skórzanej kurtce, słońce odbijało się od gładkiej powierzchni głowy. Chwyciłam
    torbę i wyskoczyłam na korytarz. Drzwi pociągu nie chciały się otworzyć,
    szamotałam się z nimi dość długo, wreszcie wyskoczyłam na tory i pobiegłam, jak
    mogłam najszybciej przed siebie.

    --
    Ciri i Fabryka Kolczyków
  • 26.02.06, 02:09
    Pisemny poszedl mi jako tako, dostat byl pewny, a na ustny nie mialem ochoty.
    Ale ochote moglem miec albo nie miec, nie mialo to najmniejszego znaczenia co ja
    chcialem. Wazne bylo to, czego chcial profesor. A on lubil dozynki. To znaczy,
    lubil dorzynac delikwentow na ustnym. Prawda jest to, ze mial niesamowity wrecz
    zestaw pytan i z tego, co wiedzielismy, nie powtorzyl sie ani raz w przeciagu
    pieciu lat. Nie znaczylo to, niestety, ze mozna bylo zebrac pytania z tych
    pieciu lat i sie tego po prostu nie uczyc. Wrecz przeciwnie. Znaczylo to, ze z
    kazdego z tych tematow mogl zapytac w taki sposob, ze pytanie stawalo sie
    zupelnie nowym problemem z ktorym delikwent zmagal sie w strumieniach
    splywajacego zen potu. Zas pan profesor albo odpowiedz uznawal, albo nie. Trzeba
    jednak przyznac, ze byl przy tym sprawiedliwy. No i teraz czekalem na
    dorzniecie. Bylem na siebie wsciekly, bo zdawalem sobie sprawe, ze w moim
    wypadku "dozynki" beda oznaczaly dorzniecie i poprawke za dwa miesiace - cale
    wakacje zmarnowane. A wszystko przez to, ze przez dwa ostatnie dni, zamiast sie
    uczyc, czytalem (znowu) moja ukochana autorke - tym razem jej autobiografie. Co
    gorsza, jak czytalem o jej perypetiach na budowie Domu Chlopa, to przypomnialem
    sobie ze przeciez dziadek kiedys wspominal, ze pracowal na tej budowie. Jednak
    to bylo dawno temu i nie pamietalem tej opowiesci. Pomyslalem sobie, ze w koncu
    budowa nie byla taka wielka i moze ja znal (autorke, znaczy). Nagle zapragnalem
    o tym od niego uslyszec. Wzialem przygotowana dla niego paczke (nawet nie wiem
    co w niej bylo, wiem, ze nie bylo nic pilnego, ale ze tam szedlem, to co mi
    szkodzilo ja zabrac) i poszedlem. Dziadek mieszkal w tym samym mieszkaniu, co mu
    przydzielili ponad 50 lat temu, duzy pokoj z kuchnia, w ktorym wychowal sie moj
    ojciec i moich dziesieciorgo stryjow i stryjen. Dziadek przekroczyl juz
    osiemdziesiatke, ale trzymal sie swietnie zarowno fizycznie jak i psychicznie.
    Pamiec mial taka, ze ho, ho! Liczylem na te jego pamiec i zaraz po przyjsciu
    nacisnalem go na ten Dom Chlopa. Dziadek ozywil sie znacznie i zaczal wspominac.
    Troche pokierowalem rozmowa i wprowadzilem temat bezetow i obmiarow, ale dziadek
    mowiac o ludziach tam pracujacych ani razu nie powiedzial nic o pani
    inzynierowej Joannie (zawsze mowil "inzynier Iksinski" albo "pani inzynierowa
    Ygrekowska" lub "pani inzynierowa Bozenka" - nigdy zas nie powiedzial "pani
    inzynier Bozenka"). Sprobowalem mu podrzucic opis - blondynka z brazowymi
    oczami, ale zaparl sie, ze takiej nie bylo - to znaczy byla taka pani
    inzynierowa Irena, ale pani inzynierowej Joanny nie bylo i koniec. Potem zesmy
    jeszcze dlugo gadali o tym, co robil na tej budowie a potem na innych (dziadek
    szczegolnie duzo mowil o stropach, lubil te robote) i tak nam zeszlo do
    wieczora. I tak sie nie pouczylem do egzaminu. No a teraz czekaly mnie dozynki.
    Ponuro o tym rozmyslalem, gdy ktos mnie tracil w ramie.
    - Co ty, spisz? Juz drugi raz wolaja "Skwarek". Idz szybko.
    Wszedlem do profesora jak na sciecie i usiadlem przed biurkiem. Profesor
    przegladal moj pisemny i widac bylo ze nie byl nim zbytnio zachwycony. Nie byl
    jednak rowniez zbyt mocno rozczarowany. Zaczal mi zadawac pytania. I tu zaczelay
    sie schody. Moje wiadomosci "po lebkach" najwyrazniej nie zadowalaly profesora,
    bo po kazdej mojej odpowiedzi pochmurnial coraz bardziej. Wreszcie spojrzal na
    mnie, westchnal i powiedzial.
    - No, panie Skwarek, orlem to pan nie jest. Sam kiedys bylem studentem i wiem,
    ze ustny egzamin jest loteria, bo nikt nie umie wszystkiego. Najwyrazniej pana
    numery nie wyszly. Nie lubie oblewac ludzi, ale na "trzy" pan nie zasluguje. Dam
    panu ostatnia szanse - jesli pan odpowie, to pan zdal, jesli nie - zobaczymy sie
    we wrzesniu. Prosze mi teraz opowiedziec wszystko o stropie Ackermanna.
    Juz otwieralem usta, zeby powiedziec, ze niz nie wiem, kiedy mnie olsnilo. O
    matko Guruo! Przeciez pani Joanna tez kiedys zdala egzamin dzieki tym stropom, a
    dziadek wczoraj pol wieczoru o nich przegadal. Zaczalem wiec mowic. Po
    dziesieciu minutach profesor mi przerwal i poprosil o indeks. Po czym wpisal
    trzy i pol. Musialem miec glupia mine, bo sie usmiechnal i powiedzial, ze dawno
    temu egzaminowal jakas studentke, sliczna dziewczyne i tez o stropie Ackermanna
    wiedziala wszystko. Przez to wspomnienie dodal mi te pol do trojczyny. Wyszedlem
    caly w skowronkach, myslac, ze nie ma co, pani Joanna jest dobra na wszystko - w
    koncu to tylko dzieki niej zdalem egzamin. A potem nagle zatrzymalem sie w
    miejscu jak zamurowany (moze nawet w tym stropie Ackermanna) i ponuro
    pomyslalem, ze skleroza, po pierwsze, nie boli, ale czlowiek sie strasznie
    nalata, a po drugie, to glupio miec taka skleroze w wieku dwudziestu lat. Bede
    musial kiedys wrocic to profesora i wyciagnac z niego wszystko o tej studentce
    od Ackermanna - przeciez to byla pani Joanna - sama o tym pisala w
    autobiografii. A poza tym, musze natychmiast isc do dziadka i wyciagnac wiecej
    szczegolow o "pani inzynierowej Irenie" - przeciez "Joanna" jest jej pseudonimem
    literackim. Bede mial o czym napisac na forum! A potem przyszla mysl - owszem,
    zwlaszcza w watku : "Jak pokonalam Alicje"...
    --
    Oto dramat czlowieka Widziany w wlasciwej skali:
    Coraz dalej od mleka, Coraz blizej kanalii.
  • 27.02.06, 13:46
    Przyjechałam do Warszawy pogadać z Łysym o M., który został w Gdyni, zamknięty w
    swoim mieszkaniu i pilnowany przez dwóch szerokokarkich zbirów, żołnierzy
    Łysego. Siedział tak już od 3 miesięcy, zbiry robiły mu zakupy i opłacały
    rachunki, mógł od czasu do czasu wyjść w ich towarzystwie na spacer, mógł
    zamienić dwa słowa ze mną, ale również w ich towarzystwie, wreszcie mógł od
    czasu do czasu pójść do biblioteki, którą uważali, za stosunkowo bezpieczną.
    Oczywiście odcięli mu Internet, telefon, wszelkie możliwości kontaktu ze
    światem. Nie zabili go tylko dlatego, że był ciotecznym bratem Łysego, który
    miał wielkie poważanie dla swojej mamusi i nigdy by jej czegoś takiego nie
    zrobił. M wyjechał do Singapuru, to było oficjalne tłumaczenie jego zniknięcia.

    Ja nie należałam do rodziny, więc może po trosze naiwnością z mojej strony było
    sądzić, że Łysy zostawi mnie przy życiu. Musiałam się z nim jednak rozmówić,
    musiałam mu wyjaśnić, że M wbrew pozorom nie wie tego, czego Łysy się
    najbardziej obawiał. Musiałam go przekonać, że tego lipcowego wieczoru
    piętnaście lat temu M. wcale nie było tam, gdzie Łysy sądził, ze był. Że nic nie
    wiedział i nic nie widział. Musiałam go o tym przekonać jednocześnie starając
    się nie wyjawić faktu, że to ja jestem dla Łysego prawdziwym zagrożeniem. Nie
    wziął pod uwagę, że była tam wtedy mała dziewczynka schowana w krzakach. Nawet
    gdyby ją wtedy zauważył to pewnie by zlekceważył, bo cóż takie dziecko może
    pamiętać i zrozumieć z tego, co widzi. Dziecko jednak nie było głupie i naiwne,
    a wychowane w blokowisku zdążyło już w swoim krótkim życiu zobaczyć niejedno. A
    także zrozumieć, że jeśli dorośli robią coś dziwnego, to lepiej głośno o to nie
    pytać, bo można nieźle oberwać.
    Jeśli Łysy miał takie zamiary wobec mnie, o jakich ostrzegł mnie M, to znaczy,
    że ktoś musiał mu coś o mnie powiedzieć. Było to co najmniej dziwne, gdyż w
    ciągu tych wszystkich lat nie rozmawiałam o tym z nikim oprócz M, a było to
    bardzo dawno temu. Czyżby M. zdradził? „Niemożliwe, niemożliwe” huczało mi w
    głowie i aż mnie wszystko zabolało na myśl o tym, że to mógłby być on. Nigdy,
    każdy, ale nie on!
    Więc kto?

    --
    Ciri i Fabryka Kolczyków
  • 27.02.06, 14:46
    W świetle księżyca, mury wieży rzucały długi cień na część mostu prowadzącego
    do zamkniętej bramy, której lśniące, żelazne lico nie pozostawiało cienia
    wątpliwości, że strzeże wejścia, jak należy i nocni goście nie są tu mile
    widziani. Czyli ja chyba też. Stałam na bitej, wiejskiej drodze, a przede mną
    otwierał się niesamowity widok: na niewysokim, otoczonym głęboką fosą
    wzniesieniu, skąpany w srebrnej poświacie, wznosił się monument – coś, jakby
    warownia, lub dziwny pałac. Duży. Noc, wyjątkowo pogodna i jasna, dodatkowo
    odrealniała całą scenerię, zacierając kontury i pogłębiając cienie, za to
    wyraźnie akcentowała pierwszy plan, wyłaniający się z lekkiego półmroku. Widok,
    jak na starym landszafcie: wieża bramna z łukowatym oknem i wielkim zegarem u
    szczytu, otoczona murami, za nią jeszcze dwie, niższe i jakby bardziej
    przysadziste. Para imponujących płaskorzeźb po obu stronach arkady bramy, do
    której prowadził przedziwny most, jakby złożony z dwóch połówek, z których
    jedna leżała, jak należy, nad fosą, a drugiej – nie było. Przetarłam oczy ze
    zdumienia. Zaraz, jaki most? Jaki zegar? Skąd taka brama? Przecież tu była
    ruina... Kurczę, co to jest?!
    - Chrzistopor.
    Głos, który udzielił mi odpowiedzi, był cichy, jak szmer, więc nawet mnie nie
    przestraszył. Obok mnie stał, sądząc po sylwetce, mężczyzna w sile wieku,
    elegancko odziany w jakieś strojne łaszki i ręką, ozdobioną liczną biżuterią,
    wskazywał na płaskorzeźby przy bramie.
    - Krzyż jest nasza obrona, krzyż nasza podpora, w nim nadzieja naszego Topora –
    zaszemrał w przestrzeń.
    - Przepraszam, pan tutejszy? – zapytałam z głupia frant, bo choć nie
    rozumiałam, o czym mówi, to odniosłam wrażenie, że jest zaznajomiony z tym
    miejscem.
    Facet, z bródką w szpic i z podkręconym wąsem, nawet na mnie nie popatrzył. Bez
    słowa skinął ręką i ruszył w kierunku bramy. Na ten dziwny połowiczny most,
    który urywał się grubo przed nią, a pod nim był niezły lufcik i woda. Dreptałam
    za nim, wgapiając się w krzyż, który tkwił po lewej strony niedostępnej bramy i
    topór, pilnujący jej prawego skrzydła. Zwrócony ostrzem na zewnątrz, jakby
    groził nieproszonym przybyszom z południa i wschodu... Tymczasem elegancik
    stanął na końcu mostu i oto moim oczom ukazała się rzecz przedziwna: brama
    zaczęła się podnosić, a wraz z nią uchylała się druga połowa mostu, która po
    chwili zetknęła się z pierwszą i przejście było gotowe. Ponaglana kiwaniem
    władczej ręki weszłam za nim na brukowany dziedziniec i oniemiałam. Przede mną
    stał pałac tak przedziwny, jakiego moje oko jeszcze nie widziało. Jego dwa
    trzypiętrowe skrzydła, pełne okien, łuków, wnęk z portretami, nisz z
    alegorycznymi rzeźbami i marmurowych tablic z inskrypcjami, przypominały coś w
    rodzaju galerii na świeżym powietrzu. Wąskie przejście między tymi skrzydłami
    otwierało się na przepiękny, kolisty dziedzińczyk, otoczony arkadami tonącymi w
    gęstych cieniach, a z tyłu, z mroku, wyłaniała się kolejna wieża.
    - Oto i dzieło moje – doleciał do mnie szmerek, w którym przebijały nutki dumy
    i jakby czegoś w rodzaju nostalgii.
    Oszołomiona przepychem, ze zdumieniem stwierdziłam, że to wszystko żyje! Z
    prawej strony, pewnie ze stajni, dolatywało rżenie koni, za plecami słyszałam
    kroki straży na murach, gdzieś z lewej, co jakiś czas, dochodził tupot nóg.
    Pewnie służby. Przecież w takim pałacu musi być jej mnóstwo! Ci wszyscy
    dworzanie, lokaje, furmani, dziewki kuchenne i pokojowe oraz cała reszta, o
    której nie mam pojęcia. Aha, jeszcze kamerdynerzy. No i muszą mieć komu
    posługiwać. Ciekawe, gdzie śpi jaśniepaństwo...
    - Jam Ossoliński herbu Topór, wojewoda Krzysztof na Tęczynie, któren pobudował
    ten zamek w honor Ojczyźnie i pamięci bratniej, z pomocą krzyża świętego i na
    wieczną chwałą Bożą – zaszeptał wzniośle mój towarzysz i potoczył wokół oczami.
    - Pan tu mieszka? – zapytałam niepewnie, bo coś mi się przestało zgadzać.
    Przecież czytałam, że podobno pan wojewoda nie zdążył nacieszyć się tym
    mieszkankiem, bo zmarło mu się, nieszczęśnikowi, nagle i niespodziewanie na
    febrę, co niektórym wydało się karą za grzech wypędzenia arian z Rakowa, a inni
    uznali to za osobistą zemstę jego dziadka Hieronima, który onegdaj był kalwinem
    i takiej zniewagi, nawet zza grobu wnukowi wybaczyć nie mógł. A ten, zamiast
    spokojnie leżeć w krypcie u Karmelitów w Krakowie, stoi tu i gada, jak żywy...
    Ale waszmość wojewoda nie raczył zwrócić na mnie uwagi, bo nagle rzucił się w
    ramiona jakiemuś zakutemu z zbroję husarską rycerzowi, który ukazał się przed
    nami.
    - Synu mój! – zaszemrał wojewoda.
    - Ojcze! – odszemrał rycerz.
    Nie chcąc przeszkadzać w czułych powitaniach, usunęłam się nieco w cień i wtedy
    zobaczyłam, że rycerz jest cały czarny, a w okolicach szyi posiada rzadko
    spotykaną ozdobę – sterczącą na wylot strzałę. Krzysztof Baldwin, jak pragnę
    zdrowia! Jedynak wojewody, który odziedziczył po tatusiu ten cud
    architektoniczny, ale też długo się nim nie nacieszył, bo pojechał wojować z
    Chmielnickim i jakiś Tatar go ustrzelił. Czyli jestem świadkiem miłego,
    pośmiertnego spotkania w familijnych pieleszach. W dodatku - w pełni ich
    rozkwitu, czyli przed potopem szwedzkim, po którym przecież już tak kwitnąco
    nie wyglądały. No, pięknie po prostu. Nie dość, że obcuję z duchami, to jeszcze
    coś się z czasem porobiło... Dlaczego więc w ogóle się nie boję? Nie zdążyłam
    odpowiedzieć sobie na to pytanie, bo oto synek wyciągnął przed siebie żelazną
    dłoń i wskazał tatusiowi jedno z okien na trzecim piętrze.
    - Ta białogłowa, to umiłowana Teresa moja.
    Faktycznie, była tam. Wychylała się wdzięcznie z okna i machała rączką w naszym
    kierunku. Teresa Tarłówna, czyli prawdziwa Biała Dama, niech mnie drzwi ścisną!
    Musiała się bardzo stęsknić za swoim mężem, bo choć była jego drugą żoną, to
    ponoć kochali się okrutnie, ale niestety krótko, bo obumarła go młodo i
    bezpotomnie. Coś ten pałac przecudnej urody, choć tonął w zbytku i oferował
    wszelkie wygody nawet koniom, jedzącym z marmurowych żłobów i przeglądającym
    się w kryształowych zwierciadłach, dla swoich właścicieli nie był chyba
    najszczęśliwszym miejscem... Ciekawe, czy to prawda, że podziemnymi lochami
    udawali się z wizytą do Ossolina za pomocą sań, mknących po torze zrobionym z
    cukru, jak po lodzie? I czy naprawdę mieli to akwarium w suficie? Muszę
    zapytać. Raz kozie śmierć, druga taka okazja może mi się nie trafić.
    - Przepraszam, że przeszkadzam. Czy państwo zechcieliby mi odpowiedzieć na parę
    pytań?
    Upiorne towarzystwo porzuciło kontemplację swych pozagrobowych postaci i
    zwróciło na mnie swoje twarze. W tym jedną zakutą w hełm. Nad tym, czy pod nim
    w ogóle jest jakaś twarz, wolałam się nie zastanawiać. W końcu spotkanie trzech
    zjaw w jedną księżycową noc, to nie w kij dmuchał, nawet dla bardziej
    oswojonych z nierealnymi bytami. Ja z pewnością nie byłam.
    - Jak Wy się tu zwołujecie? – wyrwało mi się ze zwykłej, ludzkiej ciekawości.
    I wtedy z trzech zjawiskowych postaci jednocześnie, wydobył się dźwięk, który w
    ich wykonaniu przypominał powiew wiatru, ale w moich uszach zabrzmiał bardzo
    znajomo:
    - Szkorbut! Szkorbut!
    --
    Bez względu na to, gdzie człowiek patrzy, zawsze coś widzi.
  • 28.02.06, 10:41
    Pałac, a właściwie pałacyk stał spokojnie skąpany srebrnym światłem księżyca.
    Dokoła nie było żywej duszy. Ludzkiej, znaczy się, bo innych istot było w bród.
    W pobliskim stawie trwał właśnie w najlepsze koncert na rechot i skrzek. Żabkom
    i tylko odrobinę od nich brzydszym ropuchom dzielnie wtórowały świerszcze. O
    oświetlenie i efekty specjalne widowisko- słuchowiska zadbały natomiast
    świetliki. Tak spokojnie i leniwie mijała ciepła czerwcowa noc. W oficynie
    niedaleko pałacu również panowała cisza, przerywana niekiedy nosowym
    pochrapywaniem. Dochodziło ono z wielkiego łoża, pamiętającego jeszcze czasy
    rozbiorów. Łoże było wielkie, bo i niewiasta na nim śpiąca była słusznych
    rozmiarów. Obok niej, jakby przyklejony zupełnym przypadkiem, jak próbka
    odżywki do szamponu w opakowaniach promocyjnych, leżał mężczyzna. Chudy i
    niezbyt wysoki, nawet we śnie wyglądał na zdominowanego przez małżonkę. I
    spaliby tak zapewne do rana gdyby kobieta nie odwróciła się gwałtownie i nie
    przycisnęła ramieniem klatki piersiowej i szyi męża. Natychmiast wybudzony ze
    snu zdążył wycharczeć:
    -Zabierz…chychy… łapę.
    -Mmm… - usłyszał w odpowiedzi.
    -Luśka… - krzyknął ostatkiem sił – zab….ieraj…
    -No już, już… - w ostatniej chwili kobieta obudziła się – i po co się tak
    awanturować? – dodała z wyrzutem, a potem wstała i majestatycznie udała się do
    toalety. Wracając spojrzała jak zwykle w stronę pałacu. Budynek ten był oddany
    jej pieczy, a Luśka wszystkie swoje obowiązki traktowała ze śmiertelną powagą.
    Spojrzała i zamarła… W opustoszałym pałacu, którego nowy właściciel miał
    pojawić się dopiero za dwa tygodnie, ktoś był!
    -Wstawaj – szarpnięcie, bynajmniej nie delikatne, ponownie przerwało sen
    mężczyzny – idziemy.
    -Zwariowałaś? – próbował zaprotestować, ale próba to była niemrawa i bez
    najmniejszych szans powodzenia – kobieto, gdzie ty mnie ciągniesz?
    -Ktoś jest w pałacu – usłyszał w odpowiedzi – widziałam światło w bibliotece.
    Szybko!
    -Zadzwońmy przynajmniej do Antka – Antek, pieszczotliwie zwany przez mamusię
    Policmajstrem, pracował na posterunku policji w pobliskiej wsi. Luśka pomyślała
    chwilę a potem kiwnęła głową:
    -Dzwoń a ja znajdę jakąś broń.
    Broń znalazła się nadspodziewanie szybko. Tuż za drzwiami stała używana podczas
    dnia przez Luśkę spora motyka, jako broń zaczepna idealna. Chwilę później dwie
    postacie przemknęły przez podjazd, obeszły pałac i cichutko stanęły przy
    drzwiach kuchennych. Delikatne kliknięcie i drzwi stały otworem. Stąpając na
    paluszkach, co w przypadku Luśki stanowiło niejaką trudność, postacie podążyły
    przez kuchnię i korytarz do reprezentacyjnej części pałacu. Gdzieś w oddali
    słychać było szuranie i stukanie. Ten, kto włamał się do pałacu wcale nie krył
    swojej obecności. Luśka udała się w kierunku dźwięków a jej mąż delikatnie
    stąpał za nią mrucząc:
    - Nic się nie bój kochanie, jestem tuż za tobą.
    Intruz był w bawialni i czegoś intensywnie szukał. Bez chwili zastanowienia
    Luśka zapaliła górne światło i z bojowym okrzykiem „AAAAA” rzuciła się na
    niego. Mężczyzna w ciemnym ubraniu, z latarką w ręku znieruchomiał całkowicie i
    wydawałoby się nieodwracalnie. Sekundę później leżał już na podłodze
    przyciśnięty ciężarem miękkiego i ciepłego kobiecego ciała.
    -Hyhy.. Hilfe… Heeeeelp - dobiegło po chwili spod Luśki.
    -Coś ty za jeden? – Luśka ostrożnie podniosła się z podłogi, nie spuszczając
    oka z włamywacza – gadaj ale już!
    -Ja… nie mówić… gut polnisch – wyjąkał mężczyzna i spróbował wstać.
    -Leż tam – Luśka pogroziła mu motyką – złodziej jeden. Czekaj ty zaraz
    przyjedzie policja i zobaczysz – pogroziła mu pięścią.
    -Polizei… - faceta wyraźnie ucieszyła ta wiadomość – ja, ja… Polizei. Ja
    chcieć… tam.
    -Pewnie, że chcieć…
    Kilka minut później pojawił się Antek.
    -Co tu się dzieje? – zapytał w progu.
    -Polizei? – zapytał z nadzieją włamywacz - Sprechen Sie Deutsch?
    Antek miał przez kilka lat niemiecki w szkole, więc rzucił pierwsze, co mu
    przyszło do głowy:
    -Wie heißt du?
    -Na, ja… - ożywił się mężczyzna i ostrożnie wstał z podłogi nie spuszczając
    oczu z Luśki – ich bin Baron von Dupersztangiel.
    -Baron? – Luśka krzyknęła z niedowierzaniem a potem powiedziała nieufnie – to
    czego się włamywał?
    -Ja nie włamać… Ja być Einwohner. Ja habe ten palac gekauft, kupić… - dodał
    wyjaśniająco.
    -To czego pan tu szukał? – Antek włączył się do przesłuchania.
    -Szukać jeść… Ja być głodny… Es gibt hier …nic.
    -No to mamo w końcu się doigrałaś – Antek zwrócił się do Luśki z lekką
    złośliwością w głosie.
    -Iiii tam… - prychnęła i wzięła motykę pod ramię – idziemy – zwróciła się do
    barona – dam panu coś do jedzenia i niech mnie pan już więcej nie straszy.
    -Danke aber ja już nie mieć głód – baron był wyraźnie przestraszony perspektywą
    bliższych kontaktów z tą przerażającą kobietą.
    -Bzdura! – pociągnęła go za rękę i poprowadziła w kierunku oficyny.
    Tak… Baron von Dupersztangiel musiał się jeszcze wiele nauczyć. A najważniejsze
    było to, że Luśce nie przeciwstawia się absolutnie nikt.
  • 01.03.06, 15:11
    Nikt, a już najmniej sama Luśka, nie spodziewał się, że o drugiej w nocy trzeba
    będzie urządzić powitanie nowego właściciela pałacu chociaż siłą rzeczy
    uroczystości powitalne musiały zostać mocno ograniczone.
    -Proszę – gospodyni postawiła przed gościem talerz pachnących podsmażonych
    pierogów ruskich – smacznego.
    -Danke… Ja nie chcieć Problem machen.
    -Żaden problem – Luśka machnęła ręką – niech pan je.
    Chyba rzeczywiście baron był bardzo głodny, bo siedemnaście pierogów zniknęło z
    talerza w mgnieniu oka.
    -Super… - westchnął na koniec, przy czym zabrzmiało to trochę jak „zupah”
    -Jaka zupa? – Luśka zdziwiła się niemożebnie – to nie zupa. To pierogi, PIE-RO-
    GI – powiedziała dużymi literami a potem dodała – RUS-KIE.
    -Aaa… Super.
    Godzinę później baron rozgościł się już u siebie a Luśka z mężem w poczuciu
    dobrze spełnionego obowiązku położyli się spać.
    Następnego dnia, przepełniona poczuciem troski zbliżonej do macierzyńskiej, już
    z samego rana Luśka podążyła do pałacu. Zrobiła porządek w kuchni, przy okazji
    robiąc listę rzeczy, które trzeba kupić, przejechała odkurzaczem po dywanach i
    starła kurze.
    -A to co? – mruknęła do siebie. W bawialni, wsunięty pod kotarę leżał pistolet.
    Luśka podniosła go z zaciekawieniem. Był niewielki, czarny, lśniący i
    prawdopodobnie śmiertelnie niebezpieczny – ciekawe…
    Odłożyła go na miejsce i rozejrzała się za kurtką gospodarza. Wczoraj miał na
    sobie lekką wiatrówkę. Jeżeli nie zabrał jej ze sobą do sypialni to powinna tu
    gdzieś być, a w niej być może jest portfel, a w portfelu dokumenty… Luśka
    zawsze szybko myślała i równie szybko działała. Niestety tuż po rozpoczęciu
    poszukiwań usłyszała barona. Schodził właśnie po schodach i rozmawiał z kimś
    przez komórkę.
    -O – powiedział na jej widok – Was machen Sie hier?
    -Dzień Dobry. Trochę panu posprzątałam. Nie spodziewaliśmy się pana tak szybko,
    więc…
    -Ja verstehe nic – baron popatrzył na nią bezradnie i powiedział – aber ja nie
    potrz..ebować – zaciął się lekko – gospodyni – pokręcił energicznie głową na
    podkreślenie swoich słów – ja tu przyjechać für ein paar dni. A potem weg –
    machnął ręką w bliżej nieokreślonym kierunku.
    -Na zawsze? – Luśka patrzyła na niego zdumiona.
    -Ja przyjechać teraz, by prüfen co potrzebować a potem przyjechać züruck.
    „Züruck” było już dla Luśki całkowicie zrozumiałe. Westchnęła i stwierdziła:
    -No dobrze, ale jak pan wróci to będzie pan potrzebował kogoś do pomocy –
    wyłączyła odkurzacz z kontaktu i odniosła go do schowka – to już panu nie
    przeszkadzam – wycofała się lekko urażona.
    Następne dni baron spędził w pałacu. Jeden raz pojechał do sklepu w miasteczku,
    zrobił zakupy spożywcze i nie wychylał nosa z domu. Wieczorami chadzał na
    spacer nad pobliskie jezioro. Luśka obserwowała go ukradkiem, bo nie dawał jej
    spokoju znaleziony pistolet.
    -Mamo, nudzi ci się i wymyślasz jakieś niestworzone historie – Antek zbył jej
    prośby o sprawdzenie nowego właściciela zamku – jak ty to sobie wyobrażasz? Mam
    zadzwonić do niemieckiej policji i zapytać czy baron von Dupersztangiel to
    przestępca? Bo tobie się tak wydaje?
    -A pistolet? – Luśka nie była przekonana.
    -O rany… - syn wywrócił oczami – pewnie to był gazowy. Przyjechał z cywilizacji
    do dzikiego kraju, więc się zabezpieczył. I tyle.
    -On nawet wcale nie jest podobny do swojego dziadka – stwierdziła Luśka z urazą
    a po chwili dodała – już ja się dowiem, o co chodzi.
    Nie było to jednak takie proste. Już następnego dnia po przybyciu baron zabrał
    Luśce wszystkie klucze, tłumacząc mętnie, bo po niemiecku, że ich potrzebuje. A
    potem zniknął w środku. Któregoś wieczoru Luśka próbowała go śledzić, ale z jej
    rozmiarami trwało to zaledwie pięć minut. Baron nie zdążył jeszcze dojść do
    ścieżki prowadzącej nad jezioro a już ją zauważył. Spojrzał znacząco i zniknął
    w lesie.
    Po raz pierwszy w życiu Luśka musiała pogodzić się z porażką. Przez ponad
    tydzień nie dowiedziała się niczego na temat nowego właściciela pałacu.
    Skrupulatnie unikał wszelkich kontaktów nie tylko z nią, ale i z resztą wsi.
    Minęły prawie tydzień i… nic. Luśka nie wiedziała o baronie więcej niż na samym
    początku.
    Kilka dni później, kiedy po raz kolejny lubością, w otoczeniu wdzięcznych
    słuchaczek, omawiała całą sprawę, pod sklep, będący nieformalnym klubem
    gospodyń wiejskich podjechał duży lśniący samochód. Mody, szalenie elegancki
    mężczyzna, niczego nie podejrzewając wszedł prosto w to zgromadzenie.
    Przywitało go milczenie przerwane jedynie głębokim westchnięciem najmłodszej z
    zebranych kobiet.
    -Dzień Dobry – powiedział nienaganną polszczyzną z lekkim jedynie śladem obcego
    akcentu – czy wiedzą może panie jak dojechać do pałacu?
    -A po co to panu? – wyrwało się Luśce.
    -Jestem nowym właścicielem, panie pozwolą: baron von Dupersztangiel.
    -To niemożliwe – pobłażliwie zaprotestowała sklepowa Stanisława – musiało się
    panu coś pomylić. Właściciel już…
    -Czekaj, czekaj – przerwała jej energicznie Luśka – niech pan pokaże dokumenty.
    -Ależ proszę pani – mężczyzna wyraźnie się oburzył – pani nie ma prawa…
    -Niech mi pan tu nie opowiada… Jestem rodzoną matką władzy czy nie? Otóż
    jestem. A pan – dźgnęła go palcem wskazującym w klatkę piersiową – niech mi
    pokaże dokumenty.
    Rzuciwszy tęskne spojrzenie w stronę, chwilowo mu niedostępnych, drzwi przybysz
    niechętnie wyciągnął portfel a niego paszport. Luśka rzuciła się na dokument z
    prędkością pantery. Spojrzała na zdjęcie, potem na nazwisko i stwierdziła
    ponuro.
    -Chyba rzeczywiście pan to pan.
    -Wiem o tym od urodzenia – baron odebrał jej zdecydowanie paszport i dodał
    złośliwie – mam jeszcze akt notarialny, no i klucze…
    Zebrane kobiety patrzyły się na widowisko z rozdziawionymi ustami. W końcu
    jedna nie wytrzymała i powiedziała:
    -To kim jest ten drugi?
    -Jaki drugi? – zainteresował się natychmiast baron.
    -A to skubaniec jeden – w oczach Luśki zapaliły się złe błyski, widząc to baron
    ponownie przytulił się do ściany – próbował MNIE oszukać. Nie ujdzie mu to na
    sucho! – krzyknęła i prawie jak strzała wybiegła na zewnątrz.
    Nagle zgromadzenie odzyskało głos, kobiety jedna przez drugą opowiedziały
    prawdziwemu baronowi o nieznanym przybyszu. Kiedy usłyszał całą historię
    wyskoczył ze sklepu jeszcze szybciej niż Luśka.
    -Słuchajcie, a może ten drugi szukał skarbu? – sklepowa Stacha popatrzyła
    znacząco na towarzyszki – kto wie…
  • 02.03.06, 12:57
    Luśka pędziła na swojej damce jak wiatr. Ze wsi do pałacu były jakieś dwa
    kilometry. Aż nadto czasu, żeby poczucie niesprawiedliwości i chęć zemsty
    ugruntowały się w niej na mur i żelazobeton. Nie wiedziała jeszcze co zrobi
    temu podłemu oszustowi, ale miała niezbitą pewność, że tylko coś naprawdę
    potężnego, w jakiejś części bo przecież nie całkowicie, ukoi jej zranione
    uczucia. Po kilku minutach była już na podjeździe, pirzgnęła rower byle gdzie i
    bez zastanowienia udała się w kierunku drzwi kuchennych. Tak jak przypuszczała
    były zamknięte jedynie na klamkę. Możliwie najciszej, co w obliczu kłębiących
    się w niej uczuć, wcale nie było takie łatwe wsunęła się przez drzwi i podążyła
    przez kuchnię i korytarz do części reprezentacyjnej. Fałszywy baron siedział w
    bawialni, tyłem do drzwi i oglądał na kablówce jakiś idiotyczny niemiecki
    teleturniej. Luśka patrzyła na niego dobrą chwilę, a potem…
    -Tyyyy ….. – wyrwało jej się z głębi piersi – oszuście jeden.
    Baron podskoczył do góry jak rażony piorunem, następnie próbował się szybko
    odwrócić, co niechybnie skończyłoby się zwichnięciem karku, gdyby właśnie za
    ten kark, a raczej za otulający go kołnierzyk koszulki polo, nie został
    gwałtownie poderwany do góry. Luśka nigdy nie należała do ułomków a dzieciństwo
    i młodość spędzone na wsi znacznie rozwinęły jej naturalne umiejętności.
    Podniesienie dwukółki ze sporym świniakiem nie sprawiało jej większych
    trudności, tak więc nic dziwnego, że sekundę po wydanym okrzyku trzymała
    oszusta za kark jakieś trzydzieści centymetrów nad ziemią.
    -Mnie chciałeś oszukać? MNIE – potrząsnęła nim energicznie – chamie niemiecki
    niemyty…
    -Donnerwetter! – zaklął baron i próbował się oswobodzić. Niestety, zafikał
    tylko nogami w powietrzu, co uznałby nawet za zabawne, gdyby dotyczyło kogoś
    innego.
    -Ja ci zaraz zrobię taki Donner i jeszcze lepszy wetter, że bitwa pod
    Grunwaldem to będzie mały pikuś.
    -Ja nic…falsch nicht machen – baron spróbował popatrzeć błagalnie na swoją
    prześladowczynię – ja … ci dam viel Geld, Money, no… pi…nią…dze
    -Pieniądze? – ryknęła – widzisz to? – podsunęła mu, kobiecą, lecz wcale nie
    małą pięść pod oko – to ja ci to dam – zamierzyła się na niego i już już byłby
    oszust dostał za swoje, gdyby nie nastąpiła niespodziewana interwencja.
    Prawdziwy baron von Dupersztangiel pojawił się w pałacu dosłownie minutę po
    Luśce, ale nie znając tak dobrze jak ona rozkładu domu, trafił do bawialni w
    najciekawszym momencie.
    -Jörn? – krzyknął w progu z niedowierzaniem – was machst du hier?
    -Hilf mir – wrzasnął w odpowiedzi oszust – sie wird mich ermorden!
    -Niech go pani puści! To mój przyjaciel…
    W tym samym momencie do pokoju wkroczył Antek z ojcem i zapanowało małe
    pandemonium. Każdy coś mówił, nikt nikogo nie słuchał a fałszywy baron ciągle
    fikał nogami kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią. Ostatecznie nad wszystkim
    zapanował Antek. Widząc, że nie ma szans na spokojne załatwienie sprawy, huknął:
    -CISZA! – głos miał po mamusi, więc skutek osiągnął natychmiast – niech pani
    puści tego człowieka – z emocji zapomniał, że mówi do własnej matki.
    -Ja ci dam panią – mruknęła Luśka pod nosem, ale posłusznie opuściła fałszywego
    barona na podłogę. Kiedy tylko poczuł twardy grunt pod stopami, otrząsnął się
    jak pies i natychmiast odsunął się na bezpieczną odległość.
    -A teraz proszę mi to wszystko wyjaśnić – zaproponował zimno Antek i popatrzył
    na fałszywego i prawdziwego barona wymieniających gorączkowo jakieś uwagi po
    niemiecku.
    -Państwo pozwolą – baron przeszedł płynnie na polski – to jest mój przyjaciel,
    Jörn. Postanowił mnie odwiedzić, ale nie wiedział, że jeszcze się tu nie
    wprowadziłem, wiec…
    -Co pan za bzdury opowiada? – Luśka przerwała mu w połowie zdania – nawet
    dziecko nie dałoby się na to nabrać – prychnęła z niesmakiem.
    -Nie wniesiemy oskarżenia o napaść – zaproponował sucho baron – jeżeli państwo
    opuścicie w tej chwili mój dom. A z panią – popatrzył na Luśkę – porozmawiam
    sobie później.
    Chcąc nie chcąc rodzina zgodnie opuściła pałac i poszła w kierunku oficyny, aby
    ukoić nerwy odrobiną czegoś mocniejszego. Taki sam sposób, jak widać
    praktykowany w różnych nacjach, zastosowali dwaj panowie. Przy drugim piwie
    sytuacja zaczęła się powoli wyjaśniać.
    -Co cię podkusiło, żeby przyjeżdżać właśnie tutaj?
    -Lisa mnie prześladuje – Jörn westchnął głęboko – koniecznie chce wyjść za mnie
    za maż, a wiesz, że ja nie umiem się sprzeciwiać kobietom. Gdybym został w
    domu, to pewnie już bylibyśmy zaręczeni…
    -A ty nie chcesz? – baron raczej stwierdził niż zapytał.
    -Uchowaj Boże, ona jest podobna do tego monstrum, które masz tu w oficynie –
    pokręcił delikatnie szyją – tylko młodsza, ale boję się, jaka będzie na starość.
    -Ale dlaczego właśnie tutaj?
    -Mówiłeś, że dom jest w pełni wyposażony, stoi na uboczu i nikogo tu nie ma…
    Idealne miejsce do ukrycia. No i traf chciał, że zaskoczyli mnie pierwszej
    nocy, to co miałem powiedzieć, zwłaszcza, że niezbyt dobrze mówię po polsku?
    W tym momencie zabrzęczała komórka barona. Spojrzał na wyświetlony numer i
    skrzywił się lekko, ale odebrał.
    -Cześć dziedzicu! – usłyszał w słuchawce głos swojej byłej dziewczyny, która
    mimo wysiłków czynionych z jego strony ciągle miała nadzieję na zostanie
    baronową von Dupersztangiel – jak dojechać do tej twojej nowej posiadłości?
    -Dlaczego chcesz wiedzieć? – zapytał ostrożnie.
    -Niespodzianka – perlisty śmiech już dawno zaczął mu działać na nerwy – no
    dobra, przyjeżdżamy jutro całą paczką na poszukiwanie skarbu. A propos Lisa
    pyta, czy nie widziałeś przypadkiem Jörna. Od kilku dni nie może się z nim
    skontaktować… - zawiesiła pytająco głos, ale baron zignorował ten problem.
    -Jakiego skarbu?
    -Przecież wiesz – Rita udała zdumienie – tego, o którym opowiadał twój dziadek.
    Poza tym pomogę ci się urządzić. Zobaczysz będzie fajnie…
    Tego właśnie zarówno baron jak i jego przyjaciel obawiali się najbardziej.
  • 03.03.06, 12:30
    Czerwcowe poranki na wsi to sam cud, miód i poezja. Luśka uwielbiała wstawać
    wcześnie i ze spokojem w pierwszych promieniach słońca zajmować się całym
    inwentarzem. Nie było tego dużo, bo to już i czasy nie te, co kiedyś, ale kilka
    kurek i kaczek wędrowało po bliższej i dalszej okolicy. „Kupne” mięso Luśka
    miała w głębokiej pogardzie. Dwa razy do roku jeździła na świniobicie do swojej
    siostry a na codzienne obiady miała hodowane przez siebie dzikie białko. Tego
    dnia jednak nie przystąpiła do obrządku ze zwykłą sobie energią i zapałem.
    Gryzło ją wspomnienie wczorajszego dnia. „Gdyby tylko baron pojawił się minutę
    później…” – wzdychała, wyobrażając sobie, jaka piękna krwawa miazga pozostałaby
    z nosa oszusta po spotkaniu z jej pięścią. Drugim, nie mniejszym zmartwieniem
    było dla niej to, że właściwie nie wiedziała, co naprawdę się dzieje w pałacu.
    Jeszcze nigdy nie została tak bezceremonialnie skądkolwiek wyproszona i to w
    najbardziej pasjonującym momencie. Groźbami barona natomiast nie przejmowała
    się wcale.
    Pół dnia zastanawiała się jak subtelnie i niepostrzeżenie dowiedzieć się
    wszystkiego, co możliwe i niemożliwe o baronie i jego przyjacielu. Rozwiązanie
    problemu przyszło samo i to z najmniej spodziewanej strony. Około południa do
    drzwi oficyny zapukał, nie kto inny, tylko sam baron. Zarówno on jak i
    towarzyszący mu Jörn wyglądali dokładnie tak jak się czuli. Na ich widok
    wyrwało się Luśce:
    -O, widzę, że tutejsze powietrze panom nie służy – nawet nie starała się ukryć
    złośliwości w głosie.
    -Niespecjalnie – przyznał markotnie baron i popatrzył na nią z niemą prośbą w
    oczach.
    -Dobrze – złamała się Luśka, która zaledwie dzień wcześniej przysięgła sobie,
    że nie będzie się troszczyć o tych dwóch niemieckich darmozjadów – kefir czy
    kawa z cytryną?
    Zgodnie wybrali kefir. Po pierwszych łykach ich twarze zaczęły nabierać
    normalnych kolorów.
    -Właściwie to przyszliśmy panią przerosić – baron stuknął lekko swojego
    przyjaciela w ramie.
    -A, ja… - zreflektował się ten drugi – ja chcieć… psiepraszam – wybąkał, nie
    patrząc Luśce w oczy – ja nie chcieć oszukiwać. To był… Zufall.
    -Taak? – niedowierzanie w głosie Luśki było prawie namacalne.
    -Naprawdę bardzo nam przykro za tę wczorajszą sytuację – baron wyręczył Jörna z
    konieczności odpowiadania – słyszałem – zaczął po chwili tonem towarzyskiej
    rozmowy – że jest pani znakomitą kucharką.
    -Owszem – skromność nie należała do mocnych stron Luśki.
    -Bo widzi pani… - baron urwał, jakby się zastanawiając – niespodziewanie
    przyjeżdżają do mnie goście i… - spojrzał na nią znacząco, ale Luśka nie
    zamierzała mu niczego ułatwiać – no i będę potrzebował kucharki.
    W pierwszym odruchu chciała odmówić, uraza ciągle piekła ją żywym ogniem, po
    chwili jednakże dostrzegła w propozycji niebywałą wręcz możliwość przebywania w
    samym środku wydarzeń.
    -No, nie wiem – udała, że się waha – a dużo będzie tych gości?
    -Eee… nie – baron skwapliwie zaprzeczył – zaledwie kilka osób.
    -No dobrze – stwierdziła w końcu łaskawie – ale…
    Tu nastąpiła długa lista życzeń, które baron zaakceptował bez mrugnięcia okiem
    i umowa została zawarta. Dowiedziawszy się, że goście przyjeżdżają za kilka
    godzin, Luśka od razu zabrała się do działania.
    -Jedziemy na zakupy – stwierdziła autorytatywnie – pan też – zwróciła się do
    Jörna, który chyłkiem próbował wymknąć się do pałacu – każda pomoc się przyda.
    Kiedy kilka godzin później na podjazd zajechały dwa niemieckie cuda
    motoryzacji, Luśka panowała już niepodzielnie w kuchni pałacu, a baron i jego
    przyjaciel dochodzili do siebie w salonie. Nie wiadomo, dokąd by doszli, gdyby
    ich uszu nie dobiegły radosne nawoływania: „Manfred, hallo”. Minutę później
    przyjaciele znaleźli się na podjeździe. Przybyło ich pięcioro, trzy kobiety i
    dwóch mężczyzn. Najgłośniejsza była Rita, wysoka i szczupła blondynka. Na widok
    barona rzuciła mu się radośnie na szyję i zaszczebiotała:
    -Trafiliśmy jak widzisz. Cieszysz się?
    -O tak! – odpowiedział baron z gryzącą ironią, której Rita zdawała się nie
    zauważać.
    Zaraz za nią z samochodu wysunęła się Lisa, której jeden rzut oka na Jörna
    wystarczył, żeby stwierdzić oskarżycielsko.
    -Znowu piłeś całą noc! Manfred ma na ciebie zdecydowanie zły wpływ. Poza tym
    gdzieś ty się podziewał przez ostatnie tygodnie?
    -Ja też się cieszę, że cię widzę – udało się Jörnowi wtrącić, a potem już
    potulnie podreptał do bagażnika po walizki.
    Ostatnia dziewczyna, Greta przypatrywała się z zainteresowaniem obu
    rozgrywającym się przed nią scenom. W końcu odezwała się do barona:
    -Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu, że przywiozłyśmy tutaj Hansa i
    Franka?
    Ostatnią, powszechnie znaną i podobną do tych dwóch parę stanowili Flip i Flap.
    Hans był wysoki, szupły i bardzo ale to bardzo aryjski, natomiast Frank mały,
    okrągły jak piłeczka z gębą wesołego amorka i blond loczkami nad niebieskimi
    oczętami. Jednak z tych dwóch to właśnie Frank był bardziej niebezpieczny.
    Zauważał wszystko i komentował też wszystko.
    -Widzę, że służbę już masz – stwierdził na widok Luśki, która w milczeniu
    przyglądała się powitaniom. Nie musiała znać niemieckiego, żeby dokładnie
    wiedzieć, co się dzieje.
    -To nie służba – baron z trudem oderwał się od oplatającej go Rity – to pani
    Luśka – powiedział jakby to miało wszystko wyjaśnić. Wszyscy jak jeden mąż
    spojrzeli na imponującą postać w śnieżnobiałym fartuchu.
    -Dzień Dobry – Luśka nigdy nie czuła potrzeby nauki języków obcych, i teraz też
    stwierdziła, że to ona jest im bardziej potrzebna niż oni jej. Jakież było jej
    zaskoczenie, kiedy nagle usłyszała:
    -Ciocia?! – Lisa wysunęła się zza samochodu i szybkim krokiem podeszła do
    Luśki – mama mi dużo opowiadała o psze… przeszłoś…, ja widziałam też dużo
    twoich foto.
    -Lisa? – Luśka uśmiechnęła się radośnie i wyciągnęła ręce – jaka niespodzianka.
    Co u mamy? – uściskały się serdecznie.
    Godzinę później przy kolacji Jörn z niepokojem zapytał Lisę:
    -Jesteś spokrewniona z tą kobietą?
    -To cioteczna siostra mojej mamy. Wychowywały się razem – Lisa uśmiechnęła się,
    na wspomnienie historii, które opowiadała jej matka – a co?
    -Nic – odpowiedział ponuro Jörn a wizja rychłego ślubu z Lisą zaczęła się
    zbliżać już nie wielkimi krokami, ale wręcz galopem. O dalszej przyszłości
    wolał nie myśleć.
    Przy deserze Rita rzuciła w przestrzeń:
    -To kiedy zaczynamy szukać skarbu?
    -Ty chyba już znalazłaś, hi hi – Frank nie opuścił okazji do wbicia szpileczki.
    -Tu nie ma żadnego skarbu. Pani Lusiu – baron zwrócił się po polsku do Luśki –
    prawda, że tu nie ma żadnego skarbu?
    -Ja tam nie wierzę w żadne skarby – wzruszyła ramionami – ale słyszałam to i
    owo.
    -Ale co? – baron zmarszczył brwi.
    -To nie jest przyjemna historia… - zaznaczyła Luśka i zaczęła opowiadać.
  • 06.03.06, 09:35
    „Baron to był bardzo porządny człowiek, pana… zaraz, zaraz – Luśka zastanowiła
    się przez chwilę – chyba pradziadek. Uczciwy do bólu i bardzo inteligentny.
    Moja babka była kucharką, najpierw we dworze, a potem w nowym pałacu.
    -Czyli tu? – upewnił się baron.
    -Tu, tu… - Luśka pokiwała głową – stary pałac był dużo większy i stał w
    zupełnie innym miejscu. W osiemnastym roku spłonął doszczętnie i wtedy baron
    zdecydował się zbudować nowy, mniejszy i nowocześniejszy, ten właśnie.
    Rok po przeprowadzce zmarła mu żona, przyplątało się jakieś choróbsko i nie
    dało się jej uratować. Baron został sam z dwójką dzieci. Krótko przed drugą
    wojną syn skończył studia inżynierskie, poznał pannę Tosię, zaręczył się z nią
    a w sierpniu 39 roku wzięli ślub. Potem go powołali do wojska i musiał wyjechać
    a Tosia została tutaj. Synowa się baronowi udała, bez dwóch zdań – sympatyczna,
    wykształcona i niezwykle piękna. Natomiast zięć – Luśka machnęła ręką – nie
    wiem, co pana cioteczna babka w nim widziała – zwróciła się do barona.
    Nazywał się Schmidt i to, że się wżenił w rodzinę „von” było dla niego z jednej
    strony awansem społecznym a z drugiej wieczną zgryzotą. Ubzdurał sobie, a może
    rzeczywiście miał rację, że teść nim pogardza. Jeszcze przed wojną wstąpił do
    SS, starając się zaimponować teściowi dochrapał się jakiegoś dosyć wysokiego
    stanowiska. Był jednak na tyle głupi, że kompletnie nie zauważał, co naprawdę
    myśli baron. Baronowi wcale nie podobało się to, co robi Hitler, wcale. Jednak
    po śmierci żony chciał już spokojnie dożyć starości, więc się ze swoimi
    poglądami nie afiszował.
    Podczas wojny baron mieszkał w pałacu z trzema kobietami: swoją córką, synową i
    towarzyszką synowej Esterą. Syn pracował na chwałę Rzeszy w Berlinie a zięć
    siedział w kwaterze głównej Gestapo w Warszawie. Raz po raz przyjeżdżał tutaj.
    Ludzie gadali, że zawsze zanim pojechał do pałacu to jeździł do leśniczego.
    Podejrzewali, że przywozi coś ze sobą i chowa to w lesie. Nikomu nie udało się
    go jednak podejrzeć, bo bali się go jak ognia. Jakoś w połowie wojny ktoś
    doniósł Schmidtowi, że Estera jest Żydówką. Rozpętało się piekło. Ją
    natychmiast wywieźli do obozu a na całą rodzinę padł strach. Za ukrywanie Żydów
    groziła wtedy kara śmierci. Teścia i szwagierki Schmidt nie żałowałby wcale,
    ale żonę chyba mimo wszystko kochał, więc jakoś ich z tego wyciągnął, z tym, że
    rozpanoszył się w majątku przeraźliwie. Opowiadał każdemu, kto chciał słuchać,
    co on tu pozmienia, jak już się skończy wojna i III Rzesza zapanuje nad
    światem. Latem 44 roku do pałacu przyjechał syn barona. Musiał ojcu powiedzieć
    coś ważnego, bo kilka dni po jego wyjeździe baron chodził jak struty. Pewnego
    dnia zniknął na cały dzień a wraz z nim najcenniejsze rzeczy z pałacu. Kiedy
    wieczorem się pojawił, moja babka podała mu kolację. Powiedział jej wtedy: „czy
    sprawiedliwie jest oddać śmierć za śmierć?”, babka wzruszyła ramionami, bo nie
    wiedziała do czego to przypiąć. Z urywanych słów dowiedziała się, że kiedy
    zabrali Esterę, ta była w ciąży. Niemcy zamordowali i dziecko i ją. Domyśliła
    się, że dziecko było barona, ale nic nie powiedziała. W końcu to nie była nasza
    sprawa. Następnego dnia, baron kazał spakować się wszystkim i wyjechali. Przed
    wyjazdem powiedział jeszcze mojej babce, żeby dbała o pałac i tyle go widzieli.
    Kilka dni później w pałacu pojawił się Schmidt a kiedy dowiedział się o
    wyjeździe teścia poleciał od razu do lasu. Nawet się specjalnie nie krył. Kiedy
    wrócił był blady jak kreda, w leśniczówce znalazł powieszonego gajowego. Moja
    babka do śmierci twierdziła, że to on wydał Esterę i za to baron go zabił.
    Schmidt wyjechał i od tamtego czasu nikt go już nie widział. Po wojnie ludzie
    ubzdurali sobie, że baron przeniósł gdzieś rzeczy, które zwoził Schmidt i że to
    jest właśnie ten „skarb”. Może tak było, może nie… Jak dotąd nikomu nie udało
    się nic znaleźć, ani w pałacu ani w lesie. I to wszystko". – Luśka westchnęła
    głęboko – a co się z baronem stało po wojnie?
    -Po wojnie? A… tak – obecny baron otrząsnął się lekko – udało mu się uciec aż
    pod francuską granicę. Stwierdził, że tylko tam będą bezpieczni, podobno bał
    się sowieckiej hołoty. Umarł zresztą niedługo po urodzeniu mojego ojca.
    -A Schmidt? – zapytała Lisa
    -Przeżył i znalazł ich po wojnie. Z opowieści rodzinnych wiem, że zanim
    przywitał się z żoną poszedł prosto do mojego pradziadka i zrobił mu awanturę.
    Pradziadek był już wtedy schorowany, ale wyciągnął broń i zapowiedział mu, że
    jeżeli go jeszcze kiedykolwiek zobaczy w pobliżu to zastrzeli jak psa. Schmidt
    zabrał moją cioteczną babkę i wyjechali. Od tamtego czasu nie mamy z nimi
    kontaktu, jeżeli jeszcze żyją. Jak to się stało, że nie rozkradli tego
    wszystkiego po wojnie? – zwrócił się do Luśki.
    -Jak to jak? – Luśka wzruszyła ramionami – najpierw pilnowała tego moja babka,
    później matka a teraz ja… Ruskom do szczęścia potrzebny był tylko pełny brzuch,
    jakie takie ciepło i żeby wszy po nich za bardzo nie skakały – powiedziała
    pogardliwie – opału mieliśmy aż nadto, spiżarnia też była nieźle zaopatrzona, a
    z wszami to już musieli sobie sami poradzić… Dwa tygodnie moja babka musiała
    cały pałac dezynfekować.
    -Pani babka dała radę Armi Czerwonej? – baron popatrzył na nią ze zgrozą.
    -Phi – prychnęła Luśka – a co to Armia Czerwona?
    -No, a potem? – Lisa domagała się dalszych informacji.
    -Potem pałacem zainteresowała się jakaś wysoko postawiona swołocz partyjna.
    Zrobił tu sobie daczę, ale nieszkodliwy był. Zszedł na zawał, kiedy dowiedział
    się, że jego ukochany Związek i Partia się sypią. Od jego żony kupił to
    biznesmen z Koziej Wólki. Cham i prostak, ale przynajmniej miał pieniądze.
    Ostatnio wpadł w jakieś tarapaty i musiał się pozbyć pałacu, wtedy napatoczył
    się pan…
    -To ja nie wiem – Rita wydęła usta – jest tutaj ten skarb czy go nie ma? Twój
    dziadek mówił, że jego ojciec coś tu schował przed wyjazdem...
    -Ja myślę, że jest – Frankowi oczy zalśniły jak żaróweczki – pytanie tylko:
    gdzie?
    -A ja sądzę, że nic tu nie ma – dotąd milcząca Greta włączyła się do rozmowy –
    baron sprzedał przed wyjazdem wszystkie kosztowne rzeczy i tyle. A Schmidt był
    za głupi żeby kraść „na później”.
    -Ja tam nie wiem – Luśka ciężko podniosła się z krzesła – nawet jeżeli coś tu
    jest, to jest skrwawione… Estera nie była jedyną osobą, którą Schmidt
    zaprowadził do komory gazowej.
    -Ja bym poszukała – rozmarzyła się Lisa a do niej przyłączyła się reszta
    towarzystwa z wyjątkiem Grety i Hansa.
    -Tak czy owak, zostajemy – stwierdziła Rita, po krótkiej acz burzliwej
    dyskusji – jest skarb to go znajdziemy. Nie ma, to sobie przynajmniej
    odpoczniemy na łonie natury.
  • 07.03.06, 10:30
    Dzień nie zaczął się tak jak zwykle. Niby wszystko było w porządku, ale gdzieś
    pod powierzchnią, leciutkie i prawie nieuchwytne czaiło się napięcie. O choćby
    pogoda, mimo, że pierwszy lipcowy poranek wstał słoneczny i piękny, to w
    powietrzu czuć było nadchodzącą burzę. Podobnie było w pałacu. Około dziewiątej
    całe towarzystwo zebrało się w jadalni na śniadaniu. Wszyscy byli dla siebie
    uprzedzająco grzeczni, zbyt grzeczni, żeby można to było uznać za naturalne.
    Milczenie przerywały jedynie banalne uwagi o pogodzie i prośby o sól, dżem,
    kawę.
    -Historia nas w końcu dopadła – Frank powiedział głośno to, o czym myśleli
    wszyscy – nie spodobało nam się to, co usłyszeliśmy, nieprawdaż? – dodał
    uśmiechając się złośliwie.
    -Nie wiem, o co ci chodzi – Rita wzruszyła ramionami – było, minęło…
    -Wiesz kochanie – Frank nachylił się do niej - ale to byli nasi dziadkowie,
    pradziadkowie. Krew z krwi i kość z kości…
    -I co z tego? – Hans wzruszył ramionami – Rita ma rację, nie ma co wracać do
    przeszłości.
    -Zwłaszcza, że i tak nie mieliśmy na nią wpływu – dodał gwałtownie Jörn.
    -Nie… - Frank odchylił się na oparcie i popatrzył na resztę spod zmrużonych
    powiek – ale istnieje coś takiego jak genetyka. Przyznajcie się, nie
    zastanawialiście się przypadkiem przez całą noc, czy w określonej sytuacji nie
    stalibyście się kimś takim jak Schmidt?
    -Przestań – krzyknęła Greta i wybiegła z pokoju.
    -No to się doigrałeś – mruknął baron – jej pradziadek był w SS. Po wojnie
    został skazany i rozstrzelany za zbrodnie wojenne.
    -Ups, przepraszam – ton Franka bynajmniej nie wyrażał skruchy, wręcz przeciwnie
    odnosiło się wrażenie, że doskonale wiedział, co mówi.
    Greta biegła na oślep, byle dalej od nich wszystkich a zwłaszcza od
    świdrujących oczu Franka. Zatrzymał ją dopiero niewielki drewniany płotek.
    Oparła się o niego i zaczęła zanosić się płaczem. Po chwili ktoś delikatnie
    dotknął jej ramienia.
    -Co się pani stało? – Antek właśnie wychodził do pracy, ale tak rozpaczliwie
    łkająca dziewczyna, oparta o ogrodzenie warzywniaka jego matki nie mogła nie
    wzbudzić w nim tkliwego odruchu – no, niech pani nie płacze, to na pewno nic
    strasznego – gładził ją uspokajająco po ramieniu.
    Greta nie rozumiała ani słowa z tego, co do niej mówił, szóstym zmysłem wyczuła
    jednak przyjazną duszę, odwróciła się a Antek odruchowo przytulił ją do siebie.
    Chwilę później w tej samej pozycji zastała ich Luśka.
    -Co tu się dzieje? Coś ty jej zrobił? – Luśka wiedziała doskonale, chociaż nie
    z autopsji, że jak kobieta płacze to winny zawsze jest mężczyzna.
    -Nic… - Antek spróbował odsunąć od siebie łkającą Gretę, ale ta tylko jeszcze
    bardziej przytuliła się do marynarki jego munduru – wyszedłem z domu, a ona
    stała tu i płakała.
    Kolejna próba dowiedzenia się powodu takiego potoku łez również zakończyła się
    fiaskiem. Luśka w końcu zadziałała po swojemu. Oderwała Gretę od syna, wręczyła
    jej paczkę chusteczek higienicznych i ostrym głosem kazała doprowadzić się do
    porządku. Antek został oddelegowany do pracy a obie panie ruszyły do pałacu,
    jedna energicznie i z własnej woli a druga niezupełnie. Po kilku minutach
    sytuacja została wyjaśniona.
    -Czy wyście zupełnie powariowali? – Luśka siłą rzeczy zwracała się do barona –
    co wam strzeliło do głowy, żeby wyciągać takie stare sprawy? Mało macie innych
    problemów?
    -Niech pani na mnie nie krzyczy – baron spojrzał żałośnie na Luśkę – tak jakoś
    wyszło…
    -Przecież nie chcieliśmy – Lisa włączyła się do dyskusji – nie wiedzieliśmy, że
    jej pradziadek…
    -Nie można obwiniać dzieci za grzechy ojców – kategorycznie stwierdziła Luśka i
    tym samym ucięła dyskusję.
    Nie mogła wiedzieć, że już niedługo okaże się, że stwierdzenie to jakkolwiek
    szlachetne, nie zawsze jest prawdziwe. Czasem zła krew pozostaje złą poprzez
    pokolenia.
    ***
    Awantura przy śniadaniu odbijała się czkawką przez cały dzień. Na nic zdały się
    starania Luśki, żeby załagodzić sytuację. Towarzystwo siedziało nabzdyczone w
    salonie i w bawialni, prawie się do siebie nie odzywając. W końcu Luśka też
    machnęła na nich ręką i zabrała się za przygotowanie obiadu. Właśnie obierała
    ziemniaki, kiedy do kuchni weszła Lisa. Pokręciła się trochę tam i tu, skubnęła
    listek sałaty, zajrzała do lodówki…
    -Ciociu – usiadła w końcu po drugiej stronie stołu – czy ty byś mogła mi coś
    doradzić?
    -Pewnie bym mogła – Luśka spojrzała na nią uważnie – chodzi o tego fałsz... no,
    Jörna?
    Lisa w milczeniu pokiwała głową a potem wyrzuciła z prędkością pepeszy:
    -Bo widzisz, ja go tak strasznie kocham i chcę go mieć dla siebie. Chcę wyjść
    za niego za mąż i urodzić mu dzieci… Na początku wydawało mi się, że on… no
    wiesz ciociu, mówił, że mnie kocha – powiedziała szeptem – a potem wszystko się
    jakoś zepsuło – dokończyła ponuro.
    -Pewnie jak zaczęłaś mówić o ślubie? – Luśka stwierdziła domyślnie.
    -Yhm… - Lisa pokiwała smętnie głową – zastanawiam się czy nie zajść w ciążę.
    -Boże Broń – ciotka miała jednak więcej życiowego doświadczenia niż
    siostrzenica.
    -To co ja mam zrobić?
    -Metody są dwie – Luśka zamyśliła się przez chwilę – siłowa i podstęp. Siłowa
    jest oczywiście skuteczniejsza – powiedziała filozoficznie i spojrzała na Lisę –
    ale potem trzeba ją już stosować przez całe życie.
    -A podstęp?
    -Podstęp też jest niezły, pod warunkiem, że się nie wyda. Z tym – zastrzegła
    się – że nie zawsze się udaje. Lisa, ale ty go naprawdę chcesz? Ja tam nie mam
    do niego zaufania – Luśkę gryzło jeszcze upokorzenie pierwszych kontaktów z
    fałszywym baronem.
    -Chcę – odpowiedziała jej siostrzenica nieuważnie – to, co z tym podstępem.
    Powiesz mi?
    -Powiem – Luśka wzruszyła ramionami, odstawiła obrane kartofle i przedstawiła
    Lisie plan zdobycia upragnionego męża.
    Kiedy zadowolona Lisa wybiegła z kuchni Luśka westchnęła, przypomniała sobie
    ile wysiłku kosztowało ją zdobycie Jacusia. Te trzydzieści kilka lat temu nie
    miała jeszcze takiego silnego usposobienia jak teraz, aczkolwiek przejawiała
    naturalne zdolności w tym kierunku. Jacuś, mimo całej swej łagodności i
    potulności, a może właśnie dlatego, był trudnym orzechem do zgryzienia. Wywijał
    się jak piskorz i już prawie udało mu się uciec od zakochanej w nim kobiety,
    kiedy do akcji wkroczyła mamusia Luśki. Z nimi dwiema biedak nie miał szans,
    złożył broń, wywiesił białą chusteczkę i trzy miesiące później został
    szczęśliwym mężem. „I jest nim do dzisiaj” – Luśka stwierdziła z satysfakcją
    niezmąconą żadnym złym przeczuciem.
  • 08.03.06, 13:31
    Burza zbliżająca się przez cały dzień, nadciągnęła w te malownicze okolice tuż
    przed północą. Na chwilę ucichło wszystko, parnego powietrza nie mącił
    najdrobniejszy powiew. Nawet komarzyce, te najbardziej krwi żądne osobniki
    przyczaiły się w ukryciu. Dokładnie o północy uderzył pierwszy piorun, sekundę
    później ciszę rozdarł grzmot i rozpadało się na dobre. Przedstawienie było
    doprawdy wspaniałe – klasyczne „światło i dźwięk”. Niestety nikt, poza
    zwierzętami leśnymi i błąkającymi się po okolicy kundlami, nie mógł go
    podziwiać. Zarówno w pałacu jak i w oficynie prawie wszyscy spali snem
    sprawiedliwego.
    Gretę obudził błysk pioruna. Właściwie to nie bała się burzy, ale wolała jednak
    zostać w łóżku, szczelniej otulając się kocem. Już prawie zasypiała ponownie,
    kiedy poczuła, że absolutnie natychmiast musi zrobić dwie rzeczy: pić i udać
    się do toalety – kolejność obojętna. O ile z piciem nie byłoby problemu, bo
    butelkę z wodą trzymała zawsze przy łóżku, to z toaletą było gorzej. Nie
    wszystkie sypialnie w pałacu posiadały własne toalety. Niektóre, w tym właśnie
    pokój Grety, były przypisane do wspólnej łazienki dla gości, która znajdowała
    się za zakrętem korytarza. Natura jest nieubłagana i tak czy inaczej Greta
    musiała wstać. Wsunęła nogi w kapcie, narzuciła na siebie praktyczny frotowy
    szlafrok i ruszyła do łazienki. Już miała otworzyć drzwi pokoju, kiedy
    usłyszała dobiegający z korytarza dziwny dźwięk. Coś jakby grzechotanie metalu
    o metal, szczęk łańcuchów i następujące po tym przeciągłe wycie. Przez chwilę
    dźwięki te narastały a potem nagle ucichły. Greta mrucząc do siebie „jestem
    racjonalistką, nie wierzę w duchy” uchyliła delikatnie drzwi i spojrzała w głąb
    korytarza. Panującą ciemność rozpraszało jedynie światło księżyca wpadające
    przez duże okno wieńczące klatkę schodową. Poza tym wszystko wyglądało
    dokładnie tak jak zwykle. Nasza bohaterka wzruszyła ramionami, otuliła się
    szlafrokiem i szybkimi krokami podążyła w stronę łazienki. Po kilku minutach
    mogła już z ulgą wrócić do swojego pokoju. Wyszła z zakrętu korytarza i
    zamarła. Kilka metrów przed nią, dokładnie w blasku padającej księżycowej
    poświaty stała zjawa. Wysoka, spowita w biel, świeciła własnym światłem. Nagle
    do wizji dołączyła fonia. Zjawa zaczęła wydawać z siebie dźwięki podobne do
    tych, które Greta słyszała przed wyjściem z pokoju. W tym momencie Greta
    poczuła, że się dusi od wstrzymywanego oddechu. Odetchnęła głęboko a wraz z
    świeżym, rześkim po burzy powietrzem, nabrała straceńczej odwagi.
    -Duchów nie ma! – wrzasnęła przeraźliwie i rzuciła się na zjawę. W tym momencie
    usłyszała huk, poczuła uderzenie i coś jakby oparzenie na swoim prawym
    ramieniu. Chwilę później biały szlafrok zaczął nasiąkać krwią. Na jej widok
    Greta osunęła się słabo na ziemię i zemdlała.
    Kiedy się ocknęła, zobaczyła nad sobą zaniepokojone twarze przyjaciół.
    -Co się stało? – chciał dowiedzieć się baron a jednocześnie Lisa zapytała:
    -Jak się czujesz?
    -Widziałam ducha, a potem coś mi się stało w ramię – odpowiedziała słabo.
    -Ducha?! – Rita w odróżnieniu od Grety wierzyła w duchy i bała się ich
    panicznie – jak to ducha? – szarpnęła barona za ramię – nie powiedziałeś mi, że
    tu straszy!
    -Zostawmy to na później – wpadł jej w słowo Jörn – ważniejsze jest to, że ktoś
    strzelał do Grety.
    -Oszalałeś? – Lisa spojrzała na niego niepewnie.
    -Popatrz tutaj – delikatnie dotknął ramienia Grety – musimy natychmiast wezwać
    pomoc.
    Jedyną osobą, którą można było wezwać na pomoc, jaka przyszła baronowi na myśl
    była Luśka. Kilka minut później sytuacja była już opanowana. Greta z
    prowizorycznym opatrunkiem na ramieniu została przez Antka odwieziona do
    pobliskiego szpitala. Lisa i baron pojechali z nimi. Na placu boju pozostali
    tylko sami Niemcy i Luśka, która musiała się wszystkiego dowiedzieć.
    -Co tu się stało? – zapytała Jörna, który stał najbliżej – i dlaczego ona tak
    krzyczy? – wskazała na Ritę, która od momentu usłyszenia o duchu zaczęła
    zachowywać się co najmniej dziwnie.
    -Ona mieć strach vor Geist.
    -Jaki Geist? – Luśka zmarszczyła brwi.
    -No, taka…. osoba, co nie żyć….
    -Trup?
    -Was? Nein… dłuuuuugo nie żyć.
    -Stary trup? – Luśka traciła powoli cierpliwość.
    -Nein…. Taki osoba – Jörn zaczął w jego mniemaniu pokazywać ducha. Zachwiał się
    i płynnym ruchem przebiegł po pokoju, żeby po chwili wyszczerzyć zęby i wydać z
    siebie przeciągłe wycie. Dla Luśki i reszty zgromadzonych wyglądało to trochę
    jak konający łabędź połączony z Drakulą.
    -Uuuu… - zawtórowała mu Rita – das was Estera!
    -Jaka znowu Estera? – Luśka zdenerwowała się na dobre. Rzuciła spojrzenie na
    Ritę, która ciągle nie mogła się uspokoić i po chwili zaserwowała jej jedyny
    środek jaki miała pod ręką.
    -Pij – podała Ricie szklankę wypełnioną do połowy czystą wódką wyborową. Rita
    sądząc, że jest to woda wypiła zawartość szklanki duszkiem a potem zaczęła się
    krztusić.
    -Wódka świetnie pomaga na duchy – stwierdziła Luśka pouczająco, poklepała Ritę
    po plecach i odwróciła się do Jörna.
    -Ona widziała ducha?
    -Nein. Greta widzieć ducha, krzyczeć a potem jemand… - zawahał się.
    -Co? – Luśka nie popuszczała.
    -Jemand hat Feuer auf ihr gegeben – Jörn spojrzał przepraszająco a potem
    wyciągnął prawą rękę, złożył palce w kształt rewolweru i skierował w stronę
    Luśki – pif paf.
    -Duch pif paf?! – Luśce udzielił się sposób komunikacji Niemca, ale ten tylko
    wzruszył ramionami – no to kto i gdzie jest ten duch? zainteresowała się od
    razu Luśka ale na te dwa ostatnie pytania dostała równie wyczerpującą
    odpowiedź.
    -Zwariować można z tymi Niemcami – mruknęła pod nosem i przykryła Ritę, która
    tymczasem osunęła się na kanapę i zapadła w sen – duchy sobie wymyślają.
    Rozejrzała się jeszcze po pokoju ale nie licząc Rity była sama. Jörn wymknął
    się przed chwilą a Hans i Frank zniknęli na samym początku rozmowy. W pałacu
    nie było już nic do roboty, więc Luśka podążyła do domu, przysięgając sobie
    wydobyć wszystkie szczegóły dotyczące tego dziwnego zajścia od Antka, albo od
    barona. A najlepiej od obydwu.
  • 10.03.06, 14:06
    Nazajutrz ale nie całkiem tak z samego rana, pałacowe towarzystwo zebrało się w
    jadalni na posiłku, który przy odrobinie dobrej woli i oślego uporu można by
    nazwać śniadaniem. Zdrowy, długi sen i jasno świecące słońce wdzierające się
    przez muślinowe, kunsztownie upięte firanki spowodowały, że groza nocnych
    wydarzeń zbladła. Gdyby nie opatrunek na ramieniu Grety, nocną wizytę ducha,
    zaliczono by do kategorii majaków sennych i potraktowano lekceważąco. Biały
    bandaż kłuł jednak w oczy.
    -Jak to się właściwie stało? – zapytał troskliwie baron, ściągając na siebie
    gniewne spojrzenie Rity.
    -Opowiadałam wam już mnóstwo razy – Greta sięgnęła po dzbanek z kawą –
    zobaczyłam ducha, chciałam go pogonić, ktoś mnie postrzelił i zemdlałam.
    -Ale kto cię postrzelił? Duch czy ktoś inny? – Jörn drążył temat.
    -Duch nie – odpowiedziała zdecydowanie poszkodowana.
    -Nie możesz być tego pewna, było ciemno – wytknęła jej Rita zbolałym głosem.
    Delikatna niemiecka głowa nie była chyba przyzwyczajona do wysokogatunkowych
    wódek z rodziny wyborowych.
    -Świecił księżyc – mruknęła Lisa.
    -Nie widziałam broni, a poza tym wydaje mi się, że strzał padł z tyłu –
    stwierdziła jednocześnie Greta.
    -Czyli ktoś musiał stać za tobą na szczycie klatki schodowej – Frank popatrzył
    na nią zamyślony – zatem kula…
    -Powinna być w boazerii – dokończył baron.
    Sekundę później na klatce schodowej słychać było tupot pięciu par nóg. Dwie
    pary i przynależące do nich kobiety zostały przy stole. Rita raz zszedłszy ze
    schodów nie zamierzała już ich dzisiaj bez potrzeby pokonywać ponownie a Gretę
    bolała ręka. Fakt, że do chodzenia służą raczej nogi nie miał dla niej chwilowo
    większego znaczenia. Nie życzyła sobie oglądać żadnej kuli i już.
    -Nie ma, szlag by to trafił – baron był wyraźnie wściekły – a dziura po kuli
    jest tak rozbabrana, że nie można będzie ustalić, co to była za broń.
    -Tak w ogóle to nie wydaje się wam to dziwne? – do dyskusji włączyła się Lisa. –
    Duchy, strzelanina…
    -Dziwne jak cholera – przytaknął Jörn – jakoś nie potrafię sobie wyobrazić
    powodu, dla którego ktoś strzelał do Grety.
    -To akurat jest proste – nonszalancko stwierdził Frank – ktoś chciał
    powstrzymać Gretę przed sprawdzeniem, kto kryje się pod fikuśnym
    prześcieradłem, dlatego ją postrzelił. Gdyby chciał ją zabić trafiłby bez
    pudła. Stąd wniosek, że raczej nie chodziło o zabójstwo.
    -No to o co? – zdenerwowała się Rita – i z tego co mówisz wynika, że duch miał
    uzbrojonego wspólnika.
    -Albo wspólniczkę – mruknął Frank i po kolei spojrzał uważnie na trzy siedzące
    przy stole kobiety. Odpowiedziało mu urażone spojrzenie Rity, zdumione Lisy i
    pełne politowania Grety.
    -Uważasz, że sama się postrzeliłam? – zapytała po chwili ta ostatnia.
    -To nie jest wykluczone – Frank uśmiechnął się złośliwie – literatura
    kryminalna zna takie przypadki.
    -Mieszasz fikcję z rzeczywistością, skarbie.
    -To co teraz robimy? – umysł Hansa zmierzał do celu zawsze najprostszą drogą bo
    i sam Hans odznaczał się niezbyt skomplikowaną osobowością – zostajemy czy
    wyjeżdżamy?
    -Zwariowałeś? – Frank aż sapnął z oburzenia – Wyjechać? Nie ma mowy, teraz
    właśnie zrobiło się tu najbardziej interesująco.
    Dyskusja rozgorzała na nowo. Pojawienie się ducha wraz z osobą towarzyszącą
    wprowadziło wśród przyjaciół niejaki zamęt. Wszyscy zgodnie uznając zjawisko za
    niesłychanie dziwne i tajemnicze prezentowali wszakże wobec niego dwie postawy.
    Pierwsza frakcja optowała za tym, żeby zostać, znaleźć skarb, złapać ducha,
    złoić mu skórę i ewentualnie potem sprawdzić, kto się pod niego podszywał.
    Drugi odłam, złożony z Rity, Grety i Hansa, twierdził, że najlepiej będzie
    uciekać gdzie pieprz rośnie, w tym przypadku na bezpieczne łono ojczyzny
    zaczynającej się tuż za Odrą. Nie wiadomo jak zakończyłaby się ta dyskusja, bo
    siły były wyrównane, przy czym baron, zauważający własny interes w
    natychmiastowym wyjeździe Rity, zaczął przechylać szalę na rzecz drugiej opcji,
    gdyby nie ręka Opatrzności objawiająca się w tym przypadku telefonem. Baron był
    już dużym chłopcem, niemniej jako jedynak cieszył się nieustającymi oznakami
    ogromu miłości macierzyńskiej przepełniającego jego matkę. Baronowa von
    Dupersztangiel była rodowitą Niemką i nie rozumiała do końca fascynacji swojego
    syna Polską. Fakt, że przynajmniej w jednej czwartej był Polakiem jakoś nie
    miał do niej dostępu. Jako dopust boży przyjęła to, że babka Tosia nauczyła go
    mówić po polsku, ale już kupno pałacu Manfred musiał trzymać przed nią w
    głębokiej tajemnicy. Poinformował ją o swoim nowym zakupie dopiero przed
    wyjazdem, wybuchła kłótnia w wyniku której baronowa stwierdziła, że już nigdy w
    życiu nie odezwie się do syna. Nigdy! Nie zadzwoni nawet na łożu śmierci.
    Wytrzymała niecały tydzień.
    -Witaj kochanie! Co u ciebie?
    -Mama? A, nic ciekawego… Wczoraj w nocy pokazał się nam duch i ktoś postrzelił
    Gretę, a poza tym spokój.
    Nie wiadomo, czego spodziewał się baron, ale na pewno nie tego, że jego matka
    straci głos. Przez dłuższą chwilę w słuchawce panowała niczym niezmącona cisza.
    -Nic ci się nie stało? – zapytała w końcu słabym głosem.
    -Nie, ale wiadomo czy dzisiaj w nocy znowu ktoś się nie włamie – baron
    stwierdził beztrosko.
    -To było włamanie?
    -Raczej tak. Chyba, że podejrzewasz o takie głupie żarty kogoś z moich
    znajomych – opowiedział jej w krótkich słowach, co dokładnie się stało.
    -A może to była ta sama osoba, która przed kilkoma laty włamała się do nas? –
    baronowa do tej pory nie mogła otrząsnąć się na widok rozbebeszonego gabinetu,
    jaki ukazał jej się pewnego pięknego ranka. – Nigdy go nie złapali i do dzisiaj
    nie wiadomo, czego wtedy szukał. Przecież wszystkie papiery rodzinne twój
    ojciec od zawsze trzyma w swoim banku…
    -Jakie papiery? – baron przerwał jej bezceremonialnie.
    -Nie wiesz? Wszystkie najważniejsze rzeczy: akty notarialne, jakieś notatki
    twojego pradziadka, pamiętniki twojej babci i takie tam różności.
    -Dużo tego jest? – matka miała rzadki talent do zaskakiwania go najmniej
    oczekiwanymi informacjami w najmniej stosownych momentach.
    -Nie wiem dokładnie, bo co?
    -Mamo – baron walczył chwilę sam ze sobą – nie mogłabyś mi tego przywieźć?
    -Jak mi ojciec pozwoli to pewnie bym mogła, ale po co ci to?
    -Potrzebne – uciął krótko jej syn i zapytał – kiedy możesz tu być?
    -Choćby jutro – baron mógłby przysiąc, że wzruszyła ramionami – to co, jesteśmy
    umówieni?
    Chcąc nie chcąc baron musiał potwierdzić. Myśl, że będzie musiał znosić naraz
    dwie kobiety, z których przynajmniej jedna kochała go nad życie a druga niezbyt
    umiejętnie miłość symulowała, była z lekka wstrząsająca. Oznaki obu tych uczuć
    były niesłychanie męczące. Przez chwilę zamajaczyła mu się myśl napuszczenia
    ich obu na siebie, ale po chwili z westchnieniem przypomniał sobie, że niezbyt
    za sobą przepadają. W każdym razie sprawa została przesądzona. Towarzystwo
    musiało zostać w pałacu przynajmniej do czasu przybycia baronowej i przejrzenia
    dokumentów. „A potem się zdecyduje” – zgodzono się prawie jednogłośnie.
    ***
    W tym czasie w oficynie wściekła Luśka skończyła lepić pierwszą setkę pierogów.
    Od Antka się niczego nie dowiedziała, bo zaraz z samego rana pojechał na
    komisariat. W pałacu z kolei rano nie było żywego ducha. Wszyscy jak jeden mąż
    spali w swoich pokojach. Przygotowała im śniadanie i pojechała na plotki do
    sklepu. Na jej widok sklepowa Stacha zapytała:
    -Przyjechałaś po mąkę?
    -Nie, bo co? – Luśka wzruszyła ramionami.
    -Bo słyszałam, że ci się goście na pierogi szykują – Stacha szepnęła
    konfidencjonalnie i przekazała przyjaciółce najnowsze wiadomości, jakie
    wyczytała na forum.
    -Muszę
  • 13.03.06, 12:01
    Wiadomość o nowych dokumentach zelektryzowała całe towarzystwo. Męcząca noc
    odeszła w zapomnienie i nagle wszyscy zapragnęli udać się na rekonesans.
    Ostatecznie, jeżeli coś było schowane na terenie majątku to na pewno nie w
    pałacu. Piękny słoneczny poranek i rześkie po burzy powietrze zachęcały do
    spacerów.
    -Może się podzielimy? – zapytała niewinnie Rita i spojrzała spod rzęs na barona.
    -Świetny pomysł – nieoczekiwanie poparł ja Frank.
    -To my z Gretą pokrążymy tutaj blisko pałacu. Co ty na to? – Lisa zwróciła się
    do Grety ale ukradkiem zerknęła na Jörna. Wyglądał jakby nie wierzył własnym
    uszom.
    -No to ustalone – Rita pociągnęła barona za ramię – Manfred i ja pójdziemy… -
    zawahała się przez chwilę – pójdziemy nad jezioro.
    -Hans, Frank a wy?
    -Ja zostanę w pałacu – Frank skrzywił się lekko – chyba śniadanie mi
    zaszkodziło.
    -To trzeba było tyle nie jeść. Zresztą ty w ogóle powinieneś przejść na dietę –
    z fałszywą troską zauważyła Greta, która nie mogła mu darować posądzenia o
    oszustwo.
    W końcu towarzystwo ruszyło w plener. Rita z baronem w lewo drogą nad jezioro,
    Lisa z Gretą podjazdem w kierunku drogi do wsi a Hans i Jörn podążyli do lasu
    rozciągającego się za nieco obecnie zaniedbanym ogrodem i bardzo zaniedbanym
    parkiem. Prawie każde z nich miało nieco inne plany niż szukanie skarbu.
    Frank na przykład, kiedy tylko przyjaciele znikli mu z oczu, stracił
    natychmiast zbolałą minę i energicznym kurcgalopkiem ruszył do pałacu. Cel
    przyświecający Ricie był znany absolutnie wszystkim nie wyłączając barona. Lisa
    również nie poświęcała się specjalnie poszukiwaniami, właśnie rozpoczęła
    realizację planu, który miał ja doprowadzić do upragnionego ołtarza i nie
    zwracała uwagi na głupoty. Gretę bolała ręka a jeszcze bardziej zraniona duma.
    Wczorajszej nocy Antek się nią zajął tak troskliwie a dzisiaj co? „Nawet nie
    przyszedł zapytać jak się czuję” – myślała ponuro. Co planował Hans, tego nie
    wiedział nikt, prawdopodobnie nawet on sam. Tak więc jedynymi osobami, które w
    miarę poważnie podeszły do poszukiwań byli baron i Jörn. Ale to nie im trafiło
    się najważniejsze odkrycie.
    Lisa z Gretą przeszły przez podjazd, doszły do głównej drogi prowadzącej na
    prawo do wsi a na lewo do niewielkiego miasteczka i zawahały się. Jak dotąd nie
    natrafiły na nic ciekawego, ale były tak zatopione we własnych myślach, że nie
    zauważyłyby skrzyni ze skarbami, nawet gdyby się o nie potknęły. Rozejrzały się
    i stwierdziły, że lewa strona wygląda bardziej zachęcająco. Ruszyły poboczem
    wzdłuż ogrodzenia okalającego park. Po kilkunastu minutach marszu doszły do
    rozwidlenia dróg. Główna odchylała się nieco na prawo, na lewo prowadziła droga
    wprawdzie asfaltowa ale o szerokości pozwalającej na wyminięcie się zaledwie
    dwóch, niezbyt tłustych koni. O innych pojazdach nie było mowy. Lewa strona
    tego, prawie że leśnego duktu, była ograniczona parkanem a po prawej zaczynał
    się las. Obie kobiety odruchowo ruszyły na lewo. Droga była całkiem przyjemna.
    Rozłożyste korony drzew chroniły przed słońcem, śpiewały ptaszki a w powietrzu
    czuć było lekki sosnowy zapach. Idealne miejsce na przedobiedni spacer. Jakiś
    kilometr od rozwidlenia na poboczu od strony lasu zauważyły niewielką polankę.
    Służyła chyba za miejsca parkingowe dla grzybiarzy i chcących zażyć świeżego
    powietrza, bo nie rosło na niej nawet źdźbło. Były natomiast świeże ślady opon.
    Poprzedniej nocy ktoś zaparkował się na polance tuż przed burzą, wyjeżdżał
    jednak już po ulewie. Do rana błoto nieco zaschło, ale ślady manewrów były
    doskonale widoczne.
    -Zobacz – Lisa przykucnęła i z nosem przy ziemi próbowała odtworzyć ruchy
    samochodu – wjechał tu, a potem próbował zawrócić, ale się nie zmieścił i
    musiał się trochę cofnąć.
    -Wjechała i musiała – uściśliła Greta.
    -Co?
    -To była kobieta – Greta wskazała Lisie prawie rozdyźdane ale jednak
    wyróżniające się ślady butów.
    -Może facet z małymi stopami –niepewnie zaoponowała Lisa.
    -Jasne – zgryźliwie odrzekła jej przyjaciółka i podniosła leżący w trawie
    niedopałek – facet ze stopami numer 35, palący cienkie damskie Vogue i
    używający szminki. Swoją drogą to fajny kolor, zobacz.
    -No fajny, ale mnie by raczej nie pasował – Lisa stwierdziła po chwili z
    niejakim żalem.
    -Ciekawe co to za firma. Chętnie bym sobie taką kupiła – Greta westchnęła z
    lekką zazdrością.
    -Jak już dorwiemy naszą tajemniczą zjawę to ją zapytasz o szczegóły – Lisa
    porzuciła temat szminki – a teraz rozejrzyjmy się może jeszcze coś tu zostawiła.
    Niestety kimkolwiek była osoba z samochodu nie była tak uprzejma, żeby
    rozrzucać ślady swojej bytności na prawo i lewo. Jedyne, co udało się jeszcze
    znaleźć to dziura w siatce, pozwalająca na przeciśniecie się na teren parku w
    miarę szczupłej osobie.
    -No i super – mruknęła Lisa – nie będziemy musiały drałować dookoła.
    Do pałacu dotarły jako pierwsze, pół godziny po nich wrócili Hans i Jörn a
    jeszcze po chwili Rita i baron. Z góry zszedł Frank, w dalszym ciągu udawał, że
    boli go żołądek, ale błysk w oku pozwalał się domyślać, że również jego
    poszukiwania odniosły pozytywny skutek. Nie miał jednak zamiaru dzielić się
    swoją wiedzą z innymi a przynajmniej nie tak od razu.
    -Nie powiem, co znaleźliśmy, bo się nie chcę wyrażać – Jörn machnął ręką –
    trafiliśmy tylko na ruiny jakiegoś niewielkiego domu na skraju lasu nieopodal
    jeziora i to wszystko.
    -My mniej więcej to samo – baron był równie zniechęcony, po czym dodał z
    ożywieniem – ale dowiedziałem się, że prawdopodobnie jestem właścicielem wyspy.
    -Jakiej wyspy? – zainteresował się Frank.
    -Na jeziorze, niedaleko od brzegu są dwie wyspy. Większa należy podobno do
    majątku a mniejsza jest państwowa.
    -Coś na nich jest? – Greta była nastawiona sceptycznie.
    -Nie wiem – baron wzruszył ramionami – trzeba by tam popłynąć. A wam jak poszło?
    -A my znalazłyśmy dziurę w płocie i parę innych rzeczy – Lisa opowiedziała
    wszystkim o odkryciu. Niedopałek powędrował wokół pokoju wzbudzając
    najróżniejsze komentarze.
    -Hi, hi… a nie mówiłem, że strzelała kobieta – Frank cieszył się jak dziecko –
    nie wiem tylko, czy nie ma tu wspólnika – dodał po chwili z naciskiem.
    -Fajny kolor – Ricie, podobnie jak wcześniej Grecie i Lisie, od razu rzucił się
    w oczy amarantowy błysk na filtrze, przy czym zauważyła coś, na co obie
    kobiety nie zwróciły wcześniej uwagi – zobaczcie jaka trwała. Przecież ten
    niedopałek przeleżał całą noc i pół dnia na mokrej ziemi. Cholera, kupiłabym
    sobie taką.
    -Nie ty jedna – Greta mruknęła pod nosem i zdrową ręką poprawiła fryzurę bo
    zauważyła przez okno błysk niebieskiego munduru na podjeździe. Poderwała się i
    rzuciła w przestrzeń – zaraz wracam.
    Kilka minut później niebieski mundur Antka wraz z towarzyszącą mu błękitną
    sukienką Grety oddaliły się w stronę jeziora. Tylko Frank, któremu rzadko co
    umykało, powiedział złośliwie
    -Jestem ciekawy, w jakim języku będą rozmawiać. Z drugiej strony – zastanowił
    się przez chwilę – ostatecznie wcale nie muszą nic mówić.
    W tym momencie Luśka zapowiedziała obiad. Na elegancki stół w jadalni wjechały
    na równie eleganckich miśnieńskich półmiskach rodzime pierogi. Część ugotowana,
    polana oliwą z uprażoną cebulą, część podsmażona na złoto. Na ich widok z Jörna
    trysnął dziki entuzjazm.
    -Ooo… Pierony rus… kie – dokończył z wysiłkiem.
    -Ruskie to może i są pierony, ale to akurat są pierogi – sprostowała Luśka – i
    nie wszystkie ruskie. Te są z kapustą i grzybami – wskazała na prawą stronę
    stołu – smacznego.

  • 14.03.06, 11:25
    Godzina siedemnasta była dla Luśki święta. O tej porze codziennie od
    trzydziestu lat parzyła herbatę, według sobie tylko znanej receptury,
    przygotowywała lekki podwieczorek i przez pół godziny, czasem dłużej
    odpoczywała. Tego dnia jednak nie mogła się do końca zrelaksować. „Złota Małpa”
    smakowała niby tak jak zwykle, delikatne gofry z bitą śmietaną, owocami i
    syropem karmelowym udały się nad podziw, tak samo malutkie grzaneczki z
    masełkiem czosnkowym i serem, a jednak coś było nie w porządku. Nie chodziło
    nawet o nocną strzelaninę. Luśka od samego początku wiedziała, że Jörn musiał
    maczać w tym palce. Nie ufała mu i koniec. Była właśnie przy trzecim gofrze i
    drugiej filiżance herbaty, kiedy do drzwi oficyny ktoś zapukał. Na progu stał
    baron.
    -Mogę wejść? – zapytał z lekkim uśmiechem.
    -Proszę – wpuściła go do pokoju, przyniosła drugą filiżankę i talerzyk –
    właśnie jem podwieczorek. Przyłączy się pan?
    -Herbaty chętnie się napiję, ale po tych wspaniałych pierogach już nic więcej
    nie zmieszczę.
    Z wersalską uprzejmością Luśka zaprosiła gościa do stołu, wytwornym ruchem
    podała mu filiżankę i zapytała:
    -Co pana do mnie sprowadza? – zapytała z rewerencją bo herbata zawsze działała
    na Luśkę łagodząco.
    -Hmm… Pani Lusiu, nie wiem jak to powiedzieć. To znaczy, widzi pani mam zamiar
    zostać tu dłużej i będę potrzebował pomocy – baron za wszelką cenę chciał
    uniknąć słowa służba. Miał gdzieś tam głęboko zakodowane, że w Polsce w tak
    zwanym międzyczasie był przewrót, władza ludu i próba zatrudnienia służących
    nie spotka się ze zrozumieniem.
    -Odnoszę wrażenie, że panna Rita chętnie panu pomoże – Luśka była nadal
    nieskalanie uprzejma.
    -No tak, ale potrzebuję kogoś do sprzątania w pałacu i jakiegoś dobrego
    ogrodnika.
    -Ogrodnika? Do tej pory ogrodem zajmował się mój mąż – oczy Luśki niepokojąco
    się zwęziły – chce pan powiedzieć, że nie wykonuje dobrze swoich obowiązków?
    -Ależ skąd – baron zaprzeczył natychmiast – tylko, że ja bym chciał… O! –
    przyszła mu do głowy genialna myśl – chciałbym przeprojektować cały ogród i
    park na nowo. Zależy mi na czasie, bo takie rzeczy to powinno się raczej robić
    na wiosnę – mówił szybko sondując wyraz twarzy Luśki. Ta ostatnia z
    namaszczeniem skończyła jeść ostatniego gofra, otarła usta koronkową serwetką i
    powiedziała.
    -Jednym słowem, chce pan zatrudnić firmę projektującą zieleń? I dodatkowo
    służbę do domu?
    -Owszem – baron sklęsł.
    -Ile osób? – Luśka nie owijała w bawełnę.
    -A to już jak pani uważa, bo ja chciałbym jeszcze, żeby została pani moją
    gospodynią – popatrzył na nią prosząco.
    Luśce wybitnie pasował taki układ. Całe życie związana była z tym miejscem i
    nie wyobrażała sobie konieczności przeprowadzki. Zaczynać wszystko od nowa w
    wieku pięćdziesięciu lat? Dałaby sobie radę, bo generalnie zawsze daje sobie
    radę ze wszystkim, ale z całą pewnością wygodniej będzie zostać na miejscu.
    Pertraktacje przebiegły pomyślnie dla obu stron i baron zaczął się żegnać.
    -Jeszcze jedno, pani Lusiu czy jest tu jakaś łódka? – zapytał baron już przy
    wyjściu.
    -Z pałacowych to nie ma żadnej, swołocz partyjna bała się wody a buc budował
    sobie jacht, z tym, że nie zdążył. Ale mój mąż z synem pływają czasem na ryby
    więc mogą panu pożyczyć. A co, odkrył pan już wyspę?
    -Podobno należy do majątku – stwierdził niepewnie baron.
    -Owszem, ale nie będzie miał pan z niej wielkiego pożytku. Przed wojną stała
    tam altana, robiono pikniki… Potem już tylko wędkarze czasem palili tam
    ogniska, kiedy płynęli na ryby.
    -Ognisko? – baronowi zaświeciły się oczy – jak pani myśli, dałoby się zrobić
    ognisko dzisiaj?
    -Czemu nie – Luśka wzruszyła ramionami – trzeba tylko znaleźć suche drewno, bo
    po wczorajszej ulewie może być problem.
    ***
    Wyspa była całkiem spora i na pierwszy rzut oka robiła wrażenie zdziczałej.
    Bujna roślinność przywoływała na myśl puszczę amazońską, ale pod wszędobylskimi
    trzcinami, bluszczem i kolczastymi jeżynami widać było, że rosnące na wyspie
    rośliny zostały starannie dobrane i stanowiły komplet z pałacowym parkiem. Po
    altanie, o której wspominała Luśka pozostało już tylko miejsce - piękna polana,
    otoczona bukami, rozszerzająca się w niewielką plażę, z której wychodził w
    jezioro niewielki pomościk. Wychodził przed laty, bo teraz pozostało już tylko
    po nim kilka bali wystających z wody.
    Propozycja ogniska na wyspie została przyjęta z entuzjazmem. I oto, osiem osób
    siedziało właśnie wokół trzaskającego ognia, popijało piwo i piekło kiełbaski.
    Ziemniaczki elegancko zawinięte w srebrną folię czekały na swoją kolejkę.
    Toczące się rozmowy raz po raz przerywał wybuch śmiechu, tylko Jörn siedział
    markotny z boku.
    -Spalisz ją – baron podszedł do przyjaciela i podał mu kolejną puszkę.
    -O cholera – Jörn pośpiesznie obrócił kij z nabitym na niego kawałkiem kiełbasy.
    -Co jest? – zapytał baron.
    -Nic – mruknął jego przyjaciel w odpowiedzi. Po chwili milczenia wybuchnął – ja
    już nie rozumiem kobiet.
    -Lisa?
    -Lisa, Lisa, no sam popatrz – machnął ręką w bliżej nieokreślonym kierunku –
    wcześniej bawiła się w tłumacza dla tego policjanta i Grety a teraz siedzi z
    Hansem i Frankiem i gada nie wiadomo o czym.
    -Wiadomo - baron uśmiechnął się złośliwie – o duchu. Frank chyba coś wie na ten
    temat. Wypytuje wszystkich jak leci.
    -Manfred, tu jest wspaniale – Lisa pojawiła się znienacka obok nich – wcale ci
    się nie dziwię, że chcesz tu zamieszkać. Nie wiem tylko czy Rita będzie
    zadowolona.
    -Mam nadzieję, że nie – wyrwało się baronowi ze szczerego serca.
    -Dobrze się bawisz? – Lisa zwróciła się do Jörna.
    -Jasne. Chcesz kiełbasę? – zapytany podsunął jej pod nos rezultat swoich
    działań z ostatnich minut. Lisa spojrzała ze zdumieniem na surowe z jednej
    strony i spalone na węgiel z drugiej pętko i stwierdziła pośpiesznie;
    -Dzięki, ale nie. Mam swoją po drugiej stronie, Hans mi pilnuje – uśmiechnęła
    się przepraszająco i zniknęła.
    -Sam widzisz – Jörn był wyraźnie zły – jak tak, to nie można się było od niej
    opędzić. Planowała ślub, trójkę dzieci, nawet imiona miała dla nich wybrane –
    nie wiadomo dlaczego to akurat napełniało go największym rozgoryczeniem – a
    teraz mnie olewa. Dzisiaj rano powiedziała mi, że musi ode mnie odpocząć i
    zastanowić się nad naszym związkiem.
    -No ale przecież o to ci chodziło – baron ostrożnie obrócił swoją pieczeń –
    masz święty spokój i jeszcze ci źle?
    -W ogóle się nie znasz na kobietach – Jörn popatrzył na niego z politowaniem –
    jak mówią, że chcą odpocząć, to znaczy że mają kogoś innego na oku. Lisa też
    ma, tylko nie wiem o kogo jej chodzi: o Hansa czy o Franka. Ale się dowiem –
    powiedział złowieszczo.

  • 14.03.06, 11:28
    Następnego dnia około południa na podjeździe pojawił się elegancki czarny
    samochód, z którego wysiadła nobliwie wyglądająca kobieta. Z nienagannej
    fryzury nie odstawał nawet jeden włos, a kostium mimo kilkugodzinnej jazdy
    miała bez jednego zgniecenia. Z ciekawością spojrzała na fasadę pałacu a stan
    ogrodu i parku skwitowała lekkim skrzywieniem ust. Podeszła do bagażnika,
    wyjęła z niego małą elegancką torebkę oraz skrzynkę na narzędzia, która
    pasowała do jej stroju mniej więcej jak wół do karety i podążyła do głównego
    wejścia.
    -Mama? Już jesteś? – baron podniósł się niemrawo z szezlonga, na którym
    odreagowywał poprzedni wieczór.
    -Witaj kochanie – uśmiech złagodził nieco twarde rysy kobiety – wyjechałam
    wcześniej.
    -Dlaczego przyniosłaś do domu narzędzia? – baron dopiero teraz zauważył
    niezwykły bagaż swojej matki – potrzebne ci są do czegoś? - zapytał z
    zaciekawieniem.
    -No właśnie – baronowa wyraźnie się zdenerwowała – co się dzieje w tej Polsce?!
    Okradli mnie po drodze! – odstawiła z hukiem skrzynkę na stół i przywitała się
    z pozostałymi osobami.
    -Ukradli pani samochód? – Frank spojrzał na nią z lekką zgrozą.
    -Jaki tam samochód – mruknęła zniecierpliwiona – papiery mi ukradli.
    -Te papiery? – Lisa i Jörn wykrzyknęli równocześnie.
    -A właśnie nie – baronowa uśmiechnęła się z satysfakcją – inne…
    -Opowiedz może po kolei – uprzejmie ale stanowczo zaproponował jej syn.
    -Pokłóciłam się wczoraj z twoim ojcem, tak a propos. Przypomnij mi, że się do
    niego nie odzywam – baronowa usiadła wygodniej, nie spuszczając jednak oka ze
    skrzynki – wyobraź sobie, że nie chciał mi dać tych dokumentów. Bał się, że
    mnie napadną – sapnęła oburzona – w końcu jakoś doszliśmy do porozumienia.
    Zapakował je do skrzynki na narzędzia a obok do bagażnika wstawił karton z
    jakimiś papierowymi śmieciami ze swojej kancelarii. Wyglądało to nawet
    podobnie. Kazał jechać bez zatrzymania aż do ciebie.
    -No i co dalej? – Frank zapytał z wypiekami na twarzy.
    -No i oczywiście go nie posłuchałam, musiałam się po drodze napić kawy, trochę
    odświeżyć – baronowa była wyraźnie urażona supozycją, że pokaże się synowi i
    jego towarzystwu bezpośrednio po kilku godzinach jazdy samochodem. Żadna siła
    na świecie by jej do tego nie zmusiła, a co dopiero mąż.
    -I?
    -Tutaj niedaleko zatrzymałam się na stacji, bardzo porządnej – zastrzegła od
    razu – zatankowałam wóz, zjadłam trochę owoców i już miałam odjeżdżać, kiedy
    podeszła do mnie dziewczyna.
    -Hyyy… - wyrwało się z kilku piersi naraz.
    -No co? – baronowa spojrzała pytająco ale nikt jej nie odpowiedział – miała
    kłopot. Złapała gumę i potrzebowała lewarka a z tymi ludźmi na stacji nie mogła
    się dogadać.
    -Jak to? To była Niemka? – Jörn zapytał zachłannie.
    -A nie powiedziałam tego? – baronowa wyraźnie się zdziwiła – Niemka. Zobaczyła
    moją rejestrację i podeszła do mnie. Porozmawiałyśmy chwilę, pożyczyłam jej
    swój lewarek, ona sobie zmieniła koło i odjechała. Kilka minut później chciałam
    wyciągnąć z walizki mapę i otworzyłam bagażnik. Kartonu z papierami już nie
    było.
    -Jak wyglądała?
    -Wiesz, wydaje mi się, że już ją gdzieś kiedyś widziałam… Blondynka, długie
    piękne włosy, ciemne oczy, szczupła i ogólnie bardzo atrakcyjna.
    -Zdejmie perukę, zmyje makijaż i okaże się niczym nie wyróżniającą szatynką –
    mruknął baron pod nosem.
    -Jaką miała szminkę? – Lisa zadała pierwsze pytanie, jakie przyszło jej do
    głowy.
    -Jaki miała samochód? – jednocześnie z Lisą zapytał Jörn.
    -Zieloną – odpowiedziała odruchowo zapytana – nie, co ja mówię. Bordową szminkę
    i ciemnozielony samochód – uściśliła bardzo z siebie zadowolona.
    -Ale jakiej marki? - Jörn drążył temat.
    -Bo ja wiem – zastanowiła się przez chwilę – mnie to wyglądało na Isa Dorę ale
    numeru nie określę, trzeba będzie spojrzeć na wzornik.
    -Samochód, jakiej marki? – jęknął jej syn.
    -A to nie wiem – baronowa wzruszyła ramionami – na pewno inny niż mój. Acha,
    numery rejestracyjne miała z Berlina.
    -Dużo nam z tego przyjdzie – syn spojrzał na matkę z potępieniem –
    ciemnozielony, NIE mercedes na berlińskich blachach. No, po prostu drobiazg.
    Nie mogłaś się przyjrzeć lepiej?
    -Nie wiedziałam, że muszę – zaprotestowała – najważniejsze, że prawdziwe
    dokumenty nie ucierpiały.
    -A co było w kartonie? – zainteresował się Frank.
    -Śpiewnik, sprawy rozwodowe sprzed pięćdziesięciu lat, jakieś takie śmieci.
    Stare zeszyty Manfreda, kilka pustych kopert.
    -No to się ucieszyła – zachichotał. – Teraz już coś wiemy – dodał po chwili –
    ta mała musi mieć tu wspólnika – popatrzył na wszystkich zmrużonymi oczami –
    tylko my wiedzieliśmy, że przyjeżdża matka Manfreda z dokumentami. No, nie
    wygląda to dobrze – uśmiechnął się złośliwie.
    Wszyscy patrzyli na Franka w milczeniu. Spojrzenia wyrażały najróżniejsze
    emocje: zaciekawienie, strach, niedowierzanie. Tylko jedna osoba z obecnych w
    pokoju patrzyła na Franka z nieodgadnionym wyrazem twarzy, osoba, która mając
    najwięcej powodów do lęku wiedziała równocześnie, że Frank nie zdąży się
    podzielić swoimi przypuszczeniami z innymi. Będzie chciał się rozkoszować
    władzą, tajemnicą i innymi bardziej materialnymi profitami, których, osoba nie
    miała najmniejszych wątpliwości, zażąda wkrótce. I tym podpisze na siebie wyrok
    śmierci. Okrutny uśmiech wykrzywił ładne, skądinąd, usta.
    -E tam, każdy mógł nas podsłuchać – Jörn zbagatelizował całą sprawę, ale nie
    wyglądał na przekonanego.
    -Blefujesz – dodała Rita drżącym głosem – nikt z nas nie mógłby przecież…
    -Nie chcecie to nie wierzcie – Frank wzruszył ramionami – ale ja mam dowody.
    Lekkie westchnienie przerwało ciszę, która zapadła po tych słowach. Osoba
    popatrzyła na Franka z zaciekawieniem a potem przypomniała sobie, że ktoś
    myszkował w jej pokoju. To było podobne do Franka. Cóż, trzeba będzie zabrać
    się do pracy wcześniej niż to było planowane. Drobna niedogodność, z którą
    poradzi sobie bez trudu.

  • 15.03.06, 11:14
    Baron z lekkim drżeniem rąk otwierał skrzynkę na narzędzia. Dookoła stołu stała
    reszta szaleńczo zainteresowanych osób.
    -Nie pchaj się na mnie – Greta warknęła do Franka, który z racji niskiego
    wzrostu nie widział dokładnie wszystkiego.
    -No o co ci chodzi – zaprotestował natychmiast Hans – przecież się nie pcham.
    -Nie mówiłam do ciebie, tylko do tego kurdupla. Frank – wkurzyła się w końcu –
    odsuń się bo cię rąbnę.
    -Oj, dobrze, dobrze… już się odsuwam.
    Jörn westchnął w duchu i przesunął się kilka centymetrów w prawo. Frank
    natychmiast przytulił się do niego wyciągając szyję, żeby nie stracić nic z
    cennego widowiska. Wieko w końcu odskoczyło a z wszystkich piersi wyrwało się
    zbiorowe westchnienie. Skrzynka była zapełniona najróżniejszymi papierami.
    Baron wyciągał je po kolei, oglądał i od razu segregował na dwie kupki: ciekawe
    i nieciekawe. Nieciekawych było zdecydowanie więcej, należały do nich metryki
    chrztu, akty notarialne, jakieś decyzje sądowe, akty ślubu, spisy inwentarza i
    tym podobne. Po wyciągnięciu ostatniej rzeczy ze skrzynki okazało się, że
    ciekawych dokumentów jest zaledwie kilka: pamiętnik babci Tosi, niewielki album
    ze zdjęciami, biblia, paczka listów przewiązana czerwoną wstążeczką oraz kilka
    szkiców i map. Obecność map od razu wzbudziła wielkie emocje, które sklęsły
    prawie natychmiast po spojrzeniu na nie. Były to zwykłe przedwojenne mapy
    okolic majątku, owszem nawet dosyć dokładne, ale bez żadnych dodatkowych
    elementów, tylko papier i farba drukarska. Żadnych tajemniczych krzyżyków,
    żadnych notatek na marginesie. Na jednej z map zostały zaznaczone czarnym
    atramentem granice posiadłości barona i dom, co zostało dość szybko
    odszyfrowane. Szkice również nie wnosiły nic nowego do sprawy, przedstawiały
    projekty pałacu, zabudowań gospodarczych i altany.
    -No i co nam z tego przyjdzie? – zapytała Rita rozczarowanym głosem – nie ma
    żadnej notatki, żadnej wskazówki czy w ogóle tu jest coś schowane. Do bani taka
    zabawa…
    -Trzeba to chyba dokładnie przejrzeć – westchnął baron – zajmie to najmarniej
    tydzień.
    -Urlop nam się skończy – mruknęła Lisa – a nie będziemy mądrzejsi niż przed
    przyjazdem.
    -Ciekawe ile wie ta tajemnicza zjawa – Frank przyglądał się bacznie mapom –
    dziwne – mruknął po chwili, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi, bo zagłuszyła
    go Greta.
    -Dziewczyny – zawołała resztę – zobaczcie, jakie śmieszne sukienki. – W albumie
    było zaledwie kilkanaście zdjęć. Kilka rodzinnych pozowanych, robionych u
    fotografa, kilka zrobionych przed pałacem. Wszystkie przedstawiały jedną
    rodzinę.
    -To chyba twój pradziadek – Lisa wskazała na przystojnego mężczyznę w sile
    wieku, stojącego obok pięknego konia – jesteś do niego bardzo podobny.
    -Wiem, u nas podobieństwo przechodzi z ojca na syna. Ładny koń, ciekawe gdzie
    było robione to zdjęcie?
    -Chyba tutaj – Frank powiedział niepewnie – zobacz, ten kawałek wygląda jak bok
    pałacu.
    Baron był prawie na wszystkich zdjęciach. Na starszych towarzyszyła mu żona,
    najpierw tylko z synem, potem z synem i córką. Na tych tuż przedwojennych widać
    było barona z dorosłymi dziećmi. Na samym końcu zatknięte za okładkę były
    jeszcze dwa zdjęcia: portret młodej, bardzo ładnej kobiety i zdjęcie ślubne
    córki barona. Niestety to ostatnie było przecięte na pół. Ktoś bardzo dokładnie
    odciął mężczyznę towarzyszącego baronównie.
    -To chyba Estera – Lisa wskazała na portret – o jest jeszcze tutaj –
    przewróciła kilka stron i pokazała zdjęcie, przedstawiającą niewątpliwie tę
    samą kobietę w otoczeniu dwóch innych.
    -Cholera, nie zobaczymy jak wyglądał Schmidt – baron z niechęcią wziął do ręki
    zniszczone zdjęcie ślubne – ciekawe, kto to zrobił.
    -Trzeba by poprosić twoją matkę - stwierdził jednocześnie Jörn – może ona
    powiedziałaby nam więcej o tych osobach.
    -Moja matka niespecjalnie interesuje się historią rodziny – melancholijnie
    odpowiedział baron – ale jak odpocznie po podróży nie zaszkodzi spróbować.
    Każda ze zgromadzonych osób obejrzała dokładnie zdjęcia, obadano album,
    niestety podobnie jak w przypadku map i skiców, na zdjęciach nie było żadnej
    dodatkowej informacji. Wizja przekopywania się przez pamiętnik babci, biblię i
    listy stawała się coraz bliższa.
    -Może się podzielimy pracą? – zaproponowała niepewnie Greta.
    -Jasne – złośliwie podchwycił Frank – podzielimy papiery i dostarczymy je na
    tacy naszemu tajemniczemu przeciwnikowi a raczej przeciwniczce.
    -Ty ciągle o tym wspólniku – Lisa mruknęła z niechęcią – albo nam powiedz, kogo
    podejrzewasz albo już więcej o tym nie mów.
    -Proponuję kompromis – odezwał się Hans, co przyjęto ze zdumieniem, bo nikt nie
    podejrzewał, że zna on takie trudne słowa – baron weźmie listy, Lisa z Gretą i
    Ritą pamiętnik, a my zajmiemy się biblią.
    Propozycję przyjęto prawie jednogłośnie. Kilka minut później towarzystwo
    rozpierzchło się po pałacu i zabrało do pracy. Tuż przed kolacją wymienili
    uwagi na temat tego, co znaleźli.
    -W listach chyba nic nie ma – baron westchnął smętnie – najwięcej jest listów
    samego pradziadka: do prababci, później do dzieci. Kilka jest też prababci i to
    wszystko.
    -Pamiętnik jest owszem bardzo ciekawy – Lisa uśmiechnęła się lekko – twoja
    babcia musiała mieć niezły temperament, ale do sprawy raczej wnosi niewiele.
    Znalazłyśmy tylko mapę, była wciśnięta pod okładkę.
    -Pokaż – baron wyraźnie się ożywił.
    -Ciekawa ale nie wiadomo, do czego ją przypiąć – Lisa podała mu złożoną kartkę.
    Była to strona wydarta z przedwojennego atlasu. Przedstawiała Amerykę
    Południową a raczej jej część – Wenezuelę. Stolica Wenezueli Caracas była
    zaznaczona czarnym krzyżykiem.
    -To wszystko? – baron z osłupiałą miną spojrzał na resztę – nie ma tam nic
    więcej?
    -Czyli co, skarb jest w Caracas? – Jörn patrzył na kartkę z mieszaniną odrazy i
    zafascynowania
    -Uważasz, że mój pradziadek zdążyłby jednego dnia pojechać do Wenezueli, ukryć
    skarb i wrócić? – zapytał uprzejmie baron a potem dodał – I to wszystko,
    przypominam, pod lecącymi bombami?
    -To kiedy jedziemy do Wenezueli? – zapytał niewinnie Frank ze złośliwym
    błyskiem w oku – a potem może w Himalaje albo na Antarktydę. Twój pradziadek
    miał niezłe poczucie humoru.
    -Jedno z dwojga – baron w końcu otrząsnął się z zaskoczenia – albo to ma
    związek ze skarbem albo nie.
    -Coś ty? – Jörn odwdzięczył mu się natychmiast – a jest jakaś trzecia
    możliwość? Bo ja jakoś nie widzę…
    -Nie kłóćcie się – Rita powiedziała prosząco i spojrzała na mapę – ale to
    trochę bez sensu, nie. Mam na myśli zaznaczanie całego miasta na mapie, równie
    dobrze można by to było gdzieś zapisać.
    -Na przykład? – zainteresował się Hans.
    -Oj nie wiem. W tym pamiętniku chociażby.
    -A właśnie – Jörn zwrócił się bezpośrednio do Lisy – czy było tam coś o
    Wenezueli albo w ogóle o Ameryce Południowej?
    -Nic – Lisa pokręciła głową – ale kilku stron brakuje.
    -Jak to brakuje? – baron zmarszczył brwi.
    -Są wycięte. Pojedyncze kartki z niektórych miejsc. Ale to nie może mieć nic
    wspólnego ze skarbem, bo dotyczą one okresu sprzed wojny. Cała wojna aż do
    przybycia do Niemiec i powrotu twojego dziadka jest nietknięta.
    -Dziwne.
    -No właśnie – Lisa skrzywiła się lekko - to co teraz?
    Pytanie zostało bez odpowiedzi, bo właśnie w tym samym momencie Luśka zaprosiła
    towarzystwo do jadalni na kolację.
  • 20.03.06, 12:46
    Frank spojrzał w lustro i uśmiechnął się złośliwie. Za pół godziny okaże się,
    czy jego podejrzenia były słuszne. Przynajmniej w jednej kwestii. Od kilku dni
    domyślał się, kto podszywał się pod ducha, domyślał się również dlaczego. Nie
    wiedział tylko, kim była jego wspólniczka. „Ale tego też się wkrótce dowiem”
    mruknął przetrząsając szafę w poszukiwaniu polara. Ostatnio wieczory zrobiły
    się dosyć chłodne, zwłaszcza nad wodą. Myśli Franka bezwiednie przeskoczyły na
    te drugą sprawę – skarb. Tego wieczoru, kiedy przeglądał papiery znajdujące się
    w skrzynce zauważył jedną dosyć interesującą rzecz. Gdyby jego hipoteza się
    potwierdziła, wiedziałby gdzie szukać skarbu. Z politowaniem pomyślał o
    pozostałych, głupcy mieli czarno na białym a żadne z nich tego nie spostrzegło.
    Cóż, nie każdy jest tak mądry jak on. Żeby zdobyć pewność musiał się jeszcze
    jednak sporo dowiedzieć. Niepokoiła go tylko sprawa Caracas, ale to pewnie też
    da się jakoś wyjaśnić. W najgorszym przypadku mapa nie będzie miała
    najmniejszego związku z miejscem ukrycia skarbu. Bo, że skarb istnieje, tego
    był pewien. Wygładził rękawy kurtki, zapiął suwak i wyjrzał na korytarz. Było
    pusto, cicho i ciemno. Od spotkania z tajemniczą zjawą wszyscy zamykali swoje
    pokoje na klucz. Dla Franka był to kolejny dowód na głupotę jego przyjaciół, on
    zdawał sobie sprawę z faktu, że zjawa już się nie pojawi. Nie musi – ponownie
    złośliwy uśmiech wykrzywił jego twarz. Zszedł po cichu po schodach, wymknął się
    bocznym przejściem i powędrował na miejsce spotkania, jakie przed kolacją
    wyznaczył pewnej osobie.
    ***
    Luśka nie mogła spać. Takie noce jak ta zdarzały się jej nieczęsto. Zwykle
    zasypiała jak kłoda w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Tym razem było
    inaczej. Gryzł ją jakiś bliżej nieokreślony niepokój, jakby zapomniała o czymś
    ważnym. Przebiegła w myślach cały dzień, ale nic nie przyszło jej do głowy. Ot,
    dzień jak co dzień. W pałacu przybył jeden gość i jeden samochód w garażu.
    Plotki ze Stachą również nie mogły być powodem bezsenności. Niczego ciekawego
    się w końcu nie dowiedziała. Do Michalaków przyjechało wprawdzie jakieś nowe
    towarzystwo, zajadali się jej pierogami aż im się uszy trzęsły i co z tego? Bo
    to jakaś nowość – prychnęła – mało to letników przyjeżdża co roku. To nie to –
    pokręciła głową i wstała z łóżka. Jacuś westchnął przez sen, potem przekręcił
    się na bok i mruknął
    -Jadziu, kochana… - Luśka zmarszczyła groźnie brwi – daj no jeszcze jedno piwo –
    usłyszała po chwili i się rozpogodziła. Jadźka z pubu była niegroźna, zresztą
    Luśka chciałaby zobaczyć taka kobietę, która wyciągnęłaby ręce po jej Jacusia.
    Niedoczekanie!
    Luśka poszła do kuchni, nalała sobie szklankę mleka prawie prosto od krowy i
    dalej analizowała miniony dzień. Pod wieczór poszła do pałacu przygotowywać
    kolację. Miały być wędzone, jeszcze ciepłe węgorze zamówione przed kilkoma
    dniami u znajomego wędkarza. Znajomy się spóźniał, więc co chwila Luśka
    wyglądała przez okno złorzecząc mu i ciskając na niego wszystkie plagi egipskie
    i jeszcze trochę. Wtedy zobaczyła tego niskiego blondyna jak rozmawia z kimś,
    ukrytym za drzwiami garażu. Nie byłoby w tym pewnie nic dziwnego, gdyby ten
    kurdupel nie spojrzał podejrzliwie w stronę pałacu. W ogóle to wszystko było
    jakieś tajemnicze. Kurdupel skończył rozmowę, kiwnął głową i wrócił do pałacu.
    Luśka z zaciekawieniem patrzyła na garaż, ale zza drzwi nikt nie wyszedł.
    Chwilę później pojawił się znajomy wędkarz i Luśka zajęła się kolacją,
    całkowicie zapominając o tajemniczej postaci. Tak, to chyba było to. „Ciekawe,
    co też ten mały knuje” – umyła starannie szklankę i odstawiła ją na suszarkę. W
    tym momencie usłyszała ciche miauknięcie. Kocisko wróciło z nocnej eskapady i
    życzyło sobie zostać wpuszczone do środka. Otwierając okno spojrzała w stronę
    pałacu. Nie spodziewała się ujrzeć niczego interesującego, dlatego widok
    ciemnej zwinnej sylwetki przemykającej się nad jezioro kompletnie ją zaskoczył.
    Chwilę potrwało zanim zrozumiała, że nad jeziorem coś się będzie działo.
    Zrzuciła kapcie, założyła miękkie tenisówki, na koszulę nocną zarzuciła
    kamizelkę. Chwilę zastanawiała się czy nie obudzić męża, ale stwierdziła, że
    tylko by jej przeszkadzał. Chwyciła w dłoń motykę, która z powodzeniem spełniła
    przed kilkoma tygodniami rolę broni i ruszyła za tajemniczą postacią. Luśka
    doskonale znała okolice, więc nad jeziorem w miejscu gdzie w wodę wchodził mały
    pomościk, do którego przypięta była łódka Jacusia, znalazła się dosłownie kilka
    sekund po tajemniczej postaci. Trafiła akurat na najciekawszy moment. Na brzegu
    stały trzy osoby: dwie zwrócone do niej plecami, wysoki szczupły mężczyzna i
    dużo niższa od niego kobieta oraz kurdupel. Ten ostatni zwrócony był do niej
    twarzą, więc rozpoznała go od razu. Mówili coś, ale Luśka nic z tego nie
    zrozumiała. W pewnym momencie usłyszała tylko słowo Schmidt ale nie wiedziała
    kto je powiedział. Już miała się wycofywać, kiedy zauważyła, że z twarzy Franka
    znika złośliwy uśmiech i pojawia się strach. Mężczyzna zrobił krok w jego
    kierunku, Frank cofnął się… Po kilku krokach znalazł się na pomoście. Rozejrzał
    się bezradnie, ale jedyną drogę ucieczki zasłaniali mu mężczyzna i podążająca
    za nim w stronę jeziora kobieta. Mężczyzna podniósł rękę, w świetle księżyca
    błysnął młotek, mężczyzna zrobił zamach… W tym momencie rozległo się
    przeraźliwe wycie.
    -Uuuuuu, Aaaaaaa, Iiiiiiiiiiiiiii – Luśka czuła, że musi jakoś zareagować a
    wyskakiwanie w nocnej koszuli na widok publiczny, ostatecznie trzy osoby to już
    tłum, nie wydawało jej się wskazane.
    Mężczyzna drgnął, ale nie zdążył zahamować ruchu ręki, z tym że zmieniła ona
    nieco kierunek i cios spadając na głowę Franka nie rozbił jej do końca.
    Niemniej jednak Frank prawie natychmiast stracił przytomność i osunął się do
    wody. Widząc to Luśka stwierdziwszy, że jedna osoba odpadła z ewentualnej
    widowni, wyskoczyła z rumorem z zarośli, podniosła w górę motykę i z rozwianym
    włosem niczym huzaria ruszyła do ataku. Mgliście zamajaczyło jej, że do efektów
    wizualnych powinna dodać również fonię. Jej umysł dokonał szybkich skojarzeń i
    sekundę później już krzyczała:
    -Naaaaa wrogaaaaa! Ole! – skąd jej się wzięło to „Ole!” tego nie wiedział nikt,
    ale dodatek ten spowodował, że znieruchomiałe na kamień postacie odzyskały
    władzę w nogach i rozpierzchły się w dwóch przeciwnych kierunkach.
    Luśka przez chwilę zastanawiała się za kim powinna pobiec, ale na szczęście w
    porę przypomniało jej się, że w wodzie leży poszkodowany, którym należy zająć
    się w pierwszej kolejności. Działanie Luśki oraz odruchowa reakcja Franka
    spowodowały, że przeżył uderzenie, mógł jednak nie przeżyć dłuższego
    przebywania pod wodą. Czym prędzej Luśka wyciągnęła go za kołnierz i spróbowała
    docucić. Niestety, mimo iż oddychał, wyglądało na to, że niezbędna będzie pomoc
    pogotowia.


  • 21.03.06, 11:16
    Luśka była w kropce. Zostawić mokrego, nieprzytomnego kurdupla na brzegu na
    pastwę wroga przyczajonego zapewne gdzieś w krzakach, nie chciała. Z drugiej
    jednak strony, jeżeli ma uszkodzony kręgosłup to przeniesienie go do pałacu
    może być dla niego rozwiązaniem ostatecznym. Wahała się tak może z minutę. W
    końcu stwierdziła, że jeżeli miała mu coś uszkodzić to uszkodziła już przy
    wyciąganiu z wody, przeżegnała się i podniosła Franka do góry. Jego ciężar
    zwiększony nasiąkniętą wodą odzieżą odrobinę ją zaskoczył, ale dzielnie
    doniosła go do pałacu.
    Godzinę później już było po wszystkim. Pogotowie przyjechało i zabrało Franka.
    Odjeżdżając lekarz nie krył sceptycyzmu.
    -Jest nieprzytomny. Uderzenie nie było bardzo mocne, ale ta kąpiel wcale mu nie
    pomogła – powiedział bez ogródek – wydaje mi się, że z tego wyjdzie, ale
    najpierw musi odzyskać przytomność. W każdym razie więcej dowiedzą się państwo
    w szpitalu.
    Po odjeździe karetki całe pałacowe towarzystwo, powiększone o Antka i Jacusia,
    zebrało się w bawialni.
    -Ja nie wiem, czy nie powinniście państwo zgłosić tego wszystkiego oficjalnie
    na policję – zafrasował się Antek po wysłuchaniu opowieści mamuni – to znaczy
    oczywiście jako policjant radzę zgłosić, ale ostatecznie nikt was do tego nie
    zmusi.
    -Wolałbym nie angażować w to policji – mruknął baron – ja wcale nie jestem
    pewien czy ten napad ma coś wspólnego z pałacem. Frank lubi robić różne ciemne
    interesy… o cholera – zreflektował się po chwili patrząc niepewnie na Antka.
    -Nie słyszałem tego – uspokoił go Antek – jeżeli tylko nie robi ich w Polsce i
    nie na moim obszarze to Bóg z nim. Mamo – zwrócił się do Luśki – nie wiesz, kim
    były te tajemnicze postacie.
    -Nie – Luśka pokręciła głową – stali tyłem, a potem jak wyskoczyłam odwrócili
    się, ale to trwało moment i nie zdążyłam się przyjrzeć. Wysoki mężczyzna i
    niska kobieta.
    -Jak wysoki? – zainteresował się Jörn, któremu Lisa wszystko na bieżąco
    tłumaczyła – jak ja, czy jak Manfred?
    Luśka popatrzyła na nich z uwagą a potem kazała wszystkim czterem, łącznie z
    jej własnym synem stanąć tyłem.
    -To mógł być każdy z was – powiedziała po chwili – jesteście mniej więcej tego
    samego wzrostu i podobnej budowy ciała.
    -A kobieta? – Antek drążył temat.
    Podobną operację powtórzono z zebranymi w pokoju kobietami. Niestety wynik był
    taki sam. Luśka nie była w stanie żadnej z nich wyeliminować.
    -No to moi drodzy, wszyscy jesteśmy podejrzani – skwitowała Lisa.
    -Równie dobrze to mógł być ktoś z zewnątrz. Frank umówił się z nim wcześniej… -
    powiedział Hans.
    -Otóż nie – tryumfalnie wykrzyknęła Luśka, bo rozmowa toczyła się w dwóch
    językach równocześnie – ja widziałam jak się z kimś dzisiaj umawiał.
    Jedna z pięści zacisnęła się odruchowo a w oczach pojawił się błysk niepokoju.
    Widziała czy nie widziała? Jeżeli tak, to dlaczego udaje, że nie poznała nad
    jeziorem?
    -Ale niestety nie widziałam tej osoby – dodała z żalem – stała za drzwiami
    garażu.
    Ustalono czas, kiedy rozmowa miała miejsce i Antek zaczął sprawdzać alibi. Po
    kilku minutach okazało się, ze na ostatnie pół godziny przed kolacją alibi nie
    ma nikt. Wszyscy odpoczywali w swoich pokojach zajmując się dokumentami ze
    skrzynki. Nawet dziewczyny, które wcześniej spędziły razem całe popołudnie,
    godzinę przed kolacją rozeszły się do swoich pokoi. Nikt nikogo nie widział.
    Jedna osoba oczywiście kłamała, ale kto?
    ***
    -Dosyć mam tych dziwnych wydarzeń – baron ziewał przy śniadaniu, które podała
    mu Luśka – wyspać się człowiek nie może pożądnie.
    -E tam, ja jestem na nogach od szóstej i nie narzekam. Poza tym owsianka
    stygnie.
    -Brrr… Nie znoszę owsianki – baron marudził jak dziecko.
    -Owsianka jest bardzo zdrowa – Luśka stwierdziła pouczająco i groźnie spojrzała
    na barona. Ten, pamiętając czym się zwykle kończy, narażenie się Luśce,
    posłusznie sięgnął po łyżkę.
    -Ale jutro… - zaczął buntowniczo.
    -Jutro będą płatki na mleku, sałatka owocowa i jajko na miękko – ucięła
    dyskusję Luśka.
    Baron przełknął ostatnią łyżkę owsianki, wypił kawę i wyszedł na podjazd. O
    ósmej był umówiony z właścicielką firmy projektującej ogrody na wstępną
    rozmowę. Dwie minuty przed wyznaczoną godziną pod wejście zajechał zielony pick-
    up i wysiadła z niego najbardziej fascynująca kobieta, jaką baron widział w
    życiu.
    -Dzień Dobry – uśmiechnęła się do niego i wyciągnęła rękę – Zofia.
    -Manfred – całe niedospanie wyparowało z barona w mgnieniu oka – miło mi panią
    poznać.
    -Obejrzymy ogród? – kobieta zaproponowała po przedłużającej się chwili
    milczenia.
    -Ogród? A… tak, oczywiście – baron uśmiechnął się i poprowadził swoją nową
    znajomą w stronę parku.
    Po godzinie wszystkie szczegóły były już ustalone. Właściwie to ustalała Zofia
    a baron potulnie zgadzał się na wszystko, nie słysząc nawet większości z tego,
    co mówiła. Zośka spotykała się z tym zjawiskiem nie po raz pierwszy, więc
    spojrzawszy tylko pobłażliwie na towarzyszącego jej mężczyznę, zajęła się
    sprawami zawodowymi. Wprawnym okiem oceniła ogród i park, stwierdziła sporo
    zaniedbań, ale odkryła również kilkanaście bardzo rzadkich gatunków,
    świadczących o tym, że w przeszłości zarówno pałac, jak i ogród oraz park
    tworzyły jedną kompozycję.
    -To kiedy mam zacząć? – zapytała patrząc baronowi głęboko w oczy.
    -Najlepiej zaraz – usłyszała w odpowiedzi.
    -Tak zaraz to nie mogę, ale od jutra jestem już wolna.
    Umowa została przypieczętowana uściskiem dłoni i obydwoje ruszyli powoli z
    powrotem w stronę pałacu. Na podjeździe pożegnali się, Zośka wsiadła do
    samochodu i odjechała. Baron stał jeszcze dobrą chwilę i patrzył za
    odjeżdżającą. W ułamku sekund przez myśl przebiegło mu mnóstwo rzeczy: Zosia,
    jakież to piękne imię, od jutra będzie tu spędzać całe dnie, musi zainteresować
    się ogrodem, musi ją poderwać, do diabła musi się z nią ożenić! Wszystkie te
    myśli odmalowały się na jego twarzy w minie wyrażającej mieszankę głębokiej
    determinacji i słodkiej błogości. Nie zdawał sobie sprawy z faktu, że jest
    obserwowany przynajmniej z dwóch okien pałacu i obie kobiety, mimo iż dotąd nie
    przepadały za sobą, mają teraz dokładnie takie same myśli: nie dopuszczę do
    tego!
    -Pani Lusiu – baron usiadł na kuchennym stole, ciągle z tym samym wyrazem
    twarzy – czy pani zna tę Zosię?
    -Oczywiście – Luśce wystarczyło jedno spojrzenie na barona, żeby wiedzieć, że
    zapadł na nieuleczalną chorobę zwaną zauroczeniem – to córka mojej dalekiej
    kuzynki. A dlaczego pan pyta?
    -A, nie nie… - baron uśmiechnął się przepraszająco – tak tylko.
    -Lepiej niech pan da sobie z nią spokój – Luśka poradziła baronowi ze szczerego
    serca – ona nie jest dla pana.
    -Ale przecież ja wcale… - baron wyraźnie się zmieszał – właściwie to ja
    chciałbym zapytać o coś innego. Czy po moim pradziadku nic tu nie zostało?
    -Co niby miało zostać? – zdziwiła się Luśka – ale, zaraz, zaraz… - przypomniała
    sobie. – Kiedy pana pradziadek wyjechał moja babcia z dziadkiem przeszli się po
    pałacu i schowali do skrzyni wszystkie drobiazgi jakie zostały. To nie było nic
    cennego, jakieś pojedyncze filiżanki, miniatury, stare ubrania, trochę zdjęć…
    -Gdzie to jest teraz? – baron zainteresował się zachłannie.
    -U mnie na strychu – Luśka wzruszyła ramionami – a gdzie ma być.

  • 27.03.06, 10:38
    Baron spojrzał na Luśkę z niejakim niesmakiem.
    -I do tej pory nie powiedziała mi pani o tym?
    -Zapomniałam – ponownie wzruszyła ramionami – kto by tam o wszystkim pamiętał,
    najpierw ten fałszywy baron, potem zamieszanie z duchem, jeszcze później ten
    cały napad… - stwierdziła z urazą i wróciła do obierania fasolki szparagowej –
    jak to skończę to możemy pójść po kufer – dodała po chwili łaskawie.
    Pół godziny później baron z Jörnem wdrapali się za Luśką po trzeszczącej
    drabinie na strych. W najdalszym kącie, zasłonięty zdezelowanym parawanem stał
    kufer. Miał rozmiary niewielkiej szafy i wydawał się być przyrośnięty do
    podłogi. Mężczyźni spojrzeli na siebie i jęknęli.
    -Jak on tu wszedł? – baron zapytał ze zdumieniem – przecież…
    -Przez okno – Luśka popatrzyła na niego z politowaniem i wskazała dosyć spory
    otwór będący połączeniem drzwi do stodoły i okna, zamknięty teraz na potężną
    sztabę.
    -Aha… No to bierzemy – zwrócił się do przyjaciela.
    Obaj mężczyźni podeszli do kufra i spróbowali go wyciągnąć na środek
    pomieszczenia. Zaparli się, napięli, pociągnęli i… kufer nawet nie drgnął.
    Luśka założyła ręce na piersi i obserwowała ich z zadumą. Ponowili próbę. Tym
    razem udało się osiągnąć sukces, kufer delikatnie drgnął i odsunął się jakieś
    dwa milimetry od ściany.
    -Dziesięć lat re..gular..nej… siłow…ni – wysapał Jörn ocierając pot z czoła –
    i… nic.
    -Yhy… - odpowiedział baron.
    Luśka w dalszym ciągu przyglądała im się z nieodgadnionym wyrazem twarzy. W
    końcu po czwartej próbie, kiedy odległość między ścianą a kufrem wynosiła już
    jeden centymetr zlitowała się nad nimi. Podeszła bliżej i zapytała zgryźliwie:
    -A to kowadło to jest panom niezbędne? – na wieku kufra leżało spore zakurzone
    żelastwo.
    -O cholera – ni to westchnienie ni to jęk wyrwało się z piersi barona.
    Luśka pokiwała głową, chwyciła kowadło, położyła je z lekkim sapnięciem na
    podłodze i bez większego trudu przesunęła kufer pod okno. Po chwili
    przyciągnęła skądś grubą, długą linę, obwiązała nią fachowo kufer, otworzyła
    okiennice i stwierdziła:
    -Któryś z was musi iść na dół, a najlepiej obydwaj.
    -A nie, nie – zaprotestował szarmancko baron – teraz damy już sobie radę.
    -Wątpię – mruknęła sceptycznie Luśka, ale odsunęła się od kufra.
    Dopingowani lekceważącym spojrzeniem Luśki mężczyźni zacięli się w sobie i
    kilka minut później kufer elegancko wylądował na ziemi.
    -Jeszcze tylko musimy to bydle zanieść do pałacu – jęknął Jörn – a potem to już
    z górki.
    Nowe znalezisko wzbudziło wśród zgromadzonego w salonie, na przedobiednim
    leniuchowaniu, towarzystwa sporo emocji. Wśród zapadłej nagle ciszy baron
    delikatnie odczepił ozdobne klamry i zaczął podnosić wieko.
    -No jak się teraz okaże, że tam są stare pończochy – mruknął złowieszczo Jörn –
    to nie chciałabym być w twojej skórze.
    Zawartości kufra było jednakże daleko do bielizny. Wypełniony był po brzegi
    najróżniejszymi rzeczami, dokładnie tak jak mówiła Luśka, która stała właśnie z
    boku rozdarta między koniecznością robienia obiadu i ciekawością. To drugie
    uczucie szybko jednak zdeptało poczucie obowiązku i Luśka z błyskiem w oku
    obserwowała opróżnianie kufra. Czego tam nie było! Filiżanki zawinięte w stare
    przedwojenne jeszcze gazety, kilka żurnali, klosz od lampy naftowej, malowany w
    kwiaty, haftowane poduszki, obraz zwinięty w rulon, kilka książek, stare
    papiery i mnóstwo innych drobiazgów.
    -Hej, tu są zdjęcia – Greta pierwsza natrafiła na podniszczony album – i chyba
    nawet jest Schmidt.
    -Pokaż – kilka głów jednocześnie nachyliło się nad zdjęciami w kolorze sepii.
    -Rzeczywiście – mruknął baron spoglądając na butną minę mężczyzny w czarnym
    mundurze SS – nie wygląda sympatycznie.
    -No bo chyba nie był za bardzo sympatyczny – wytknęła mu Greta i przewróciła
    kartkę – o a tu jest jego żona.
    -Daj mi to moje dziecko – do tej pory baronowa von Dupersztangiel z pobłażaniem
    przyglądała się emocjom wybuchającym nad kufrem, ale zdjęcia wyraźnie ją
    zainteresowały. Przerzuciła kilka stron i wykrzyknęła:
    -Ależ to ona!
    -Co za ona? – nieufnie zapytał baron.
    -To ta dziewczyna, którą spotkałam na stacji, to znaczy oczywiście nie ona, ale
    z całą pewnością ktoś bardzo do niej podobny – baronowa z zapamiętaniem stukała
    perłowym paznokciem w zdjęcie.
    -Ale przecież to jest twoja… - Lisa policzyła szybko na palcach – twoja
    cioteczna babka.
    -Czyli żona Schmidta – dodała znacząco Greta.
    -A więc… - baron spłoszony popatrzył na resztę.
    -Ona musi być jego córką – Jörn nie owijał w bawełnę.
    -Raczej wnuczką – mruknęła baronowa – dobrze mi się wydawało, że ją już
    widziałam.
    -Przecież jej nie znałaś – syn popatrzył na nią podejrzliwie.
    -Widziałam ją na zdjęciach. Ciekawe ile ona wie o skarbie?
    Ta kwestia, aczkolwiek nurtująca wszystkich zgromadzonych w salonie, chwilowo
    nie mogła zostać rozwiązana, więc po krótkiej i dosyć burzliwej dyskusji
    towarzystwo wróciło do kufra. Drugie odkrycie było równie wstrząsające jak
    pierwsze. Na samym dnie kufra leżała, owinięta w kawałek płótna tabliczka o
    rozmiarach ok. 30 na 10 cm. Baron, który pierwszy chwycił znalezisko delikatnie
    rozwinął materiał i głośno wciągnął powietrze. Tabliczka była złota, ale to nie
    to go uderzyło. Dużo bardziej zaskakujące były wygrawerowane na niej słowa.
    Duże litery na środku układały się w słowo: CARACAS, pod nimi była data: 1930 a
    nad nimi dwa kolejne napisane mniejszymi literami: CARMEN i CYRANO.
    -Co to jest? – Rita pierwsza przerwała milczenie – czy ta tabliczka jest złota?
    -Nie widzisz? – mruknął Hans – pewnie, że jest złota.
    -Ale złota złota? – drążyła Rita – czy tylko koloru złota?.
    -To nie ma znaczenia – Lisa wyjęła tabliczkę z rąk barona i przyjrzała się jej
    dokładniej – ale co ona oznacza?
    -Wiesz? – Jörn spojrzał na barona i uśmiechnął się porozumiewawczo.
    -Pewnie, że wiem – baron w odpowiedzi pokiwał głową – ale nie sądziłem, że to
    jest takie proste.
  • 04.04.06, 13:35
    Lisa popatrzyła na obu panów z niesmakiem i zagroziła:
    -Jeżeli mi natychmiast nie powiecie…
    -Przecież to proste – uśmiechnął się baron i odwrócił się do Luśki – pani wie,
    co to jest? – zapytał po polsku.
    -Oczywiście – Luśka wzruszyła ramionami – to tabliczka z imieniem ulubionego
    konia pana barona. Wisiała w stajni.
    -Ale złota? – Rita była zdumiona – czy ten twój dziadek upadł na głowę?
    Przecież to zachęta dla złodzieja.
    -Odczep się od mojego pradziadka – mruknął w odpowiedzi baron i dalej indagował
    Luśkę – a gdzie była stajnia.
    -Tam gdzie teraz są garaże…
    Niepojętym sposobem to akurat wszyscy doskonale zrozumieli. Jak jeden mąż
    towarzystwo porzuciło oglądane właśnie przedmioty i podążyło ku garażom.
    Budynki, jak na garaż, były rzeczywiście dosyć nietypowe. Jeden dłuższy służący
    wcześniej za stajnię i drugi nieco krótszy, ustawiony do tego pierwszego pod
    kątem prostym będący prawdopodobnie stodołą lub spichlerzem. Poprzedni
    właściciel przerobił nieco obydwa budynki, łącząc je w jeden i wybijając
    dodatkowe drzwi. W ten sposób w powstałym pomieszczeniu nie tylko mógł się
    zmieścić pułk wojska, ale również z powodzeniem odtańczyć krakowiaka z
    przytupem. W tej chwili wewnątrz stało pięć samochodów: volkswagen Jörna,
    jaguar barona, opel Franka, toyota Rity i mercedes baronowej. Każdy z nich
    został elegancko przyozdobiony, raczej niezupełnie zgodnie z gustami
    właścicieli. Motywem przewodnim była wielka czerwono czarna swastyka.
    -No i co? – Greta odezwała się pierwsza po dłuższej chwili milczenia, kiedy
    wszyscy doskonale baranim wzrokiem wpatrywali się w stojące auta.
    -Cholera jasna – zaklął po cichu Jörn – chyba nas ktoś tu nie lubi.
    -Też mi odkrycie – Rita wzruszyła ramionami – przecież od początku próbują nas
    stąd przepędzić. Mam tylko nadzieję, że to da się zmyć. Wolałabym nie wracać
    tak do Niemiec – mruknęła podważając lekko paznokciem odstający kawałek farby.
    -Ich jest tylko dwójka – powiedziała nagle zaciętym tonem Luśka, która
    obejrzała sobie dokładnie wszystkie pomalowane samochody i poczuła wstyd przed
    Niemcami. Co też oni sobie pomyślą! Patriotyzm kopnął ją w duszę niewąsko,
    zapomniawszy szepnąć, że malunki te były prawdopodobnie dziełem tajemniczej
    blondynki i jej równie tajemniczego wspólnika – nas jest więcej – dodała po
    chwili.
    -I co pani proponuje? – zapytał baron podejrzanie łagodnie – szukać ich po
    okolicy z widłami?
    -Z widłami? – Luśka potraktowała pytanie poważnie – a nie. Widły są passe.
    Teraz na topie są kije bejsbolowe.
    -Aaa… kije. Rozumiem, że sztachety z płotu są również passe – baron nadal był
    nieskalanie uprzejmy, niepokojąco szybko drgał mu jedynie muskuł na skroni.
    -Gdzie pan teraz widział porządny płot – prychnęła Luśka wzgardliwie – przed
    wojną, to i owszem…
    -Do jasnej chropowatej w ciemię kopanej Anielki! – baron nie wytrzymał i
    wrzasnął na całe gardło – i… jak… pani… zdaniem… mamy… ich… znaleźć?! –
    podkreślał każde słowo uderzając trzymaną w ręku tabliczką o dach samochodu.
    -Zwariowałeś!!! – Rita pierwsza zauważyła, w który samochód celuje baron – moja
    nowiuteńka Avensis. Czyś ty rozum postradał?!
    -Przepraszam – baron nagle sklęsł ale nadal wpatrywał się pytająco w Luśkę.
    -A po co mamy ich szukać? – Luśka była niewzruszona – musimy się tylko na nich
    zaczaić. Sami tu przyjdą, a wtedy my ich…
    -Widłami – szepnął cichutko Jörn, uchylając się przed lecącą tabliczką.
    -No tak – baron popatrzył na nich wszystkich nieżyczliwie – a można wiedzieć, w
    którym miejscu mamy się zaczaić? Majątek jest dosyć spory…
    -Coś się wymyśli – mruknęła Luśka z zainteresowaniem przyglądając się Ricie,
    która wyciągała wszystkie wentyle z jaguara barona – ja na pana miejscu
    przeprosiłabym ją trochę energiczniej – kiwnęła brodą w stronę samochodu.
    Baron uspokoił Ritę szybko i skutecznie, odbierając jej wentyle i odciągając
    siłą od samochodu. Wszyscy się odrobinę uspokoili, kiedy okazało się, że farba
    ładnie schodzi nie pozostawiając trwałych śladów na karoserii. Ponownie
    powrócił temat Caracas.
    -Ja nie rozumiem – westchnęła Lisa – co nam przyjdzie z tego, że wiemy, że
    Caracas to był koń.
    -Myślę, że to ma znaczenie – Greta zamyśliła się – baron uciekając stąd mógł
    zabrać tylko najpotrzebniejsze rzeczy, podobnie cała jego rodzina. Nie braliby
    mapy Ameryki Południowej, jeżeli zaznaczone na niej miejsce nie byłoby ważne. A
    teraz dowiadujemy się, że ulubiony koń barona właśnie tak ma na imię…
    -A może to jest schowane tutaj? – Rita uspokoiła się już trochę i mogła wziąć
    udział w dyskusji.
    -Tu? To znaczy gdzie? – Hans nie wydawał się przekonany – znaleźliby to. Czy tu
    są piwnice? – zwrócił się do Luśki. Lisa przetłumaczyła pytanie i Luśka
    pokręciła przecząco głową.
    -Nie ma. W tej drugiej części jest coś w rodzaju strychu, ale tam od dłuższego
    czasu nic nie ma. Kilka lat temu był wymieniany cały dach, środek był malowany
    a zewnętrzne ściany zostały otynkowane. Nic tu nie było.
    -A nie wie pani przypadkiem gdzie stał Caracas? – zapytał chciwie baron.
    -Wiem, co mam nie wiedzieć. O tu – podeszła do czegoś w rodzaju kojca
    stworzonego przez dwa murki wysokości ok. 1,5 metra – podobno straszny był z
    niego łajdak, dlatego baron kazał mu zagrodzić część stajni. Tutaj były
    wmurowane ozdobne kraty – wskazała na niewielkie otwory w murkach – a z przodu
    były drzwi. Podobno na tych murkach wisiały perskie dywany a żłób miał z
    prawdziwej porcelany – dodała z westchnieniem.
    -Czemu mnie to nie dziwi – mruknęła Lisa, próbując wyobrazić sobie, podobnie
    jak pozostali wygląd tego luksusowego boksu w czasach jego największej
    świetności.
    -Gdzie wisiała tabliczka? – Greta zmierzała prosto do sedna sprawy.
    -Nad oknem – Luśka machnęła ręką w górę – ale tam nic nie ma – od razu rozwiała
    nagle rozkwitłe nadzieje – goła cegła.
    Wszyscy z wyjątkiem baronowej zaczęli oglądać murki, podłogę i ścianę, bez mała
    je obwąchując. Niestety, nic nikomu nie rzuciło się w oczy. Wyglądało na to, że
    ten trop był fałszywy.
  • 06.04.06, 15:45
    Baron nie mógł zasnąć. Wrażenia z całego dnia nie pozwalały mu zapaść w objęcia
    Morfeusza. Piękna panna Zosia, kufer z tajemniczą zawartością, niespodziewane
    pojawienie się Caracas i wandalski atak na samochody mogłyby złamać
    najsilniejszą jednostkę. Oprócz tego było jednak jeszcze coś, co nie dawało
    baronowi spokoju. Przebiegł w myślach cały dzień próbując sprecyzować to
    niejasne poczucie przeoczenia czegoś istotnego. Niestety rozleniwiony umysł nie
    przyszedł mu z pomocą. Około pierwszej zirytowany baron wstał i poszedł do
    kuchni. Nalewał sobie właśnie szklankę zimnego i tłustego mleka prosto od
    krowy, które sobie tylko znanymi sposobami zdobywała Luśka, kiedy drzwi do
    kuchni uchyliły się z cichym skrzypnięciem.
    -A to ty! – westchnienie ulgi wyrwało się jednocześnie baronowi i Jörnowi.
    -Nie mogłem zasnąć – mruknął baron i potrząsnął butelką – chcesz trochę?
    -Szczerze mówiąc wolałbym piwo – odpowiedział jego przyjaciel – od zimnego
    mleka boli gardło – dodał po chwili pouczająco – swoją drogą, też nie mogłem
    zasnąć. Wydaje mi się, że gdzieś popełniliśmy błąd.
    -No właśnie – baron podał przyjacielowi puszkę Tyskiego – też mam takie
    wrażenie.
    -No bo zobacz… Czemu nie śpisz? – zwrócił się do Lisy, która ni stąd ni zowąd
    pojawiła się w drzwiach.
    -Nie mogłam zasnąć – odpowiedziała wzruszając ramionami – poza tym byłam
    głodna, chciałam zobaczyć czy nie zostały jeszcze te pyszne pierożki.
    -Nie jedz o tej porze, bo utyjesz – Jörn „dobra rada” tej nocy był w swojej
    najlepszej formie.
    -Daj spokój dziewczynie – baron nie pozwolił Lisie odpowiedzieć – chce niech
    je. Ale jak będziesz je podgrzewać – dodał przymilnie – to pomyśl też o mnie.
    Chętnie się załapię na kilka sztuk.
    -Nie ma sprawy. Też chcesz? – zapytała Jörna od niechcenia a kiedy kiwnął
    potakująco głową ruszyła w stronę lodówki.
    Każdego wieczora po przygotowaniu kolacji Luśka zostawiała kuchnię w
    nienagannym porządku. Talerze pozmywane i powycierane stały w szafce, kubki,
    szklanki i kieliszki ustawione na baczność w kredensie a wszystkie produkty
    schowane do lodówki lub spiżarni. Na koniec myła zawsze blaty, stół i podłogę i
    z czystym sumieniem ruszała do swojej oficyny przygotować kolację mężowi i
    synowi. Po kilku minutach rządów trójki arystokratycznych przyjaciół, jej
    królestwo nie przypominało już tego, co zostawiła kilka godzin wcześniej. Lisa
    przygotowała pierogi, zrobiła sobie herbatę, podała mężczyznom piwo i cała
    trójka zasiadła do nieco spóźnionej kolacji lub bardzo wczesnego śniadania.
    -No dobrze – ostatni pieróg zniknął w ustach Jörna – zastanówmy się nad
    skarbem. Doszliśmy do tego, że coś musieliśmy pominąć.
    -Ciekawe – zastanowiła się Lisa – pamiętacie, co mówiła ciocia – Jörn wzdrygnął
    się lekko na wspomnienie tej strasznej kobiety, która nie dość, że
    prześladowała go w dzień, to zdarzało się, że również mu się śniła – Schmidt
    był głupi a baron wręcz przeciwnie. Twój pradziadek potrafił przewidywać.
    -Owszem – baron z zainteresowaniem przyglądał się Lisie.
    -Musimy wczuć się w jego sytuację. Z Berlina przyjeżdża jego syn,
    prawdopodobnie mówi mu jaka jest prawdziwa sytuacja na froncie, dowiaduje się,
    że nadciąga Armia Czerwona i …
    -I co? – Jörn zapatrzył się w Lisę jak sroka w gnat.
    -No właśnie co dalej? Co wy byście zrobili w takiej sytuacji?
    -Zapominasz, że dowiedział się też, że leśniczy wydał Schmidtowi Esterę.
    Ciekawe od kogo? – zastanowił się baron.
    -Prawdopodobnie od syna. Estera była przyjaciółką jego żony, więc może starał
    się ją jakoś wyciągnąć z obozu. Nie wiesz czy twój dziadek kochał babcię?
    -Uwielbiał ziemię, po której stąpała – baron odpowiedział bez zastanowienia –
    masz rację, starałby się zrobić to dla niej. Wracajmy do pradziadka, dowiaduje
    się, że Estera nie żyje, że dziecko również umarło, obwinia za tę śmierć
    leśniczego i Schmidta. Wiemy, że powiesił leśniczego.
    -O nie – Lisa energicznie pokręciła głową – wcale tego nie wiemy. Możemy tylko
    przypuszczać, że tak było. A jeżeli to ktoś inny go zabił?
    -Ale kto? I co miałyby znaczyć słowa barona „śmierć za śmierć”? – Jörn
    popatrzył na nią sceptycznie.
    -Robi nam się bałagan – Lisa zmarszczyła z niezadowoleniem brwi – musimy
    postępować metodycznie. Po wyjeździe syna baron znika na cały dzień a wraz z
    nim najcenniejsze rzeczy z pałacu. To oznacza, że miał wcześniej przygotowaną
    kryjówkę.
    -Dlaczego? – baron nie wydawał się przekonany.
    -Bo gdyby chował to na łapu capu to już dawno ktoś by to wszystko znalazł, a
    gdyby musiał przygotowywać solidną kryjówkę to wraz ze znalezieniem rzeczy
    Schmidta, przeniesieniem ich i schowaniem własnych zajęłoby mu to więcej czasu
    niż jeden dzień.
    -Czyli to miejsce jest gdzieś tutaj.
    -No jasne. Tutaj szuka wnuczka Schmidta, o ile to jest jego wnuczka. Ciekawe
    czy wie, gdzie jej dziadek ukrył zrabowane rzeczy.
    -To na pewno nie było nic wyrafinowanego – Jörn odzyskał już władze umysłowe –
    pamiętajcie, że Schmidt był głupi. Pewnie zakopał to gdzieś razem z leśniczym.
    -To nieistotne – Lisa z uporem wracała do głównego wątku – co mógł myśleć twój
    pradziadek – wycelowała palec w pierś barona – zastanów się! Co tu się mogło
    dziać po jego wyjeździe, no!
    -Mógł przypuszczać, że pałac rozszabrują, tak że nie zostanie kamień na
    kamieniu. Park… - zastanowił się przez chwilę – opał był przygotowany, więc
    parku raczej mogli nie ruszać, stajnie też się przydadzą, no i wyspa…
    -Wynika z tego, że pałac odpada. Logiczne, też bym tu nic nie schowała.
    Stajnie… - Lisa z zamyśleniem popatrzyła w jakiś odległy punkt – tam musi coś
    być. Czegoś nie zauważyliśmy. Twój pradziadek bez powodu nie zwróciłby naszej
    uwagi na słowo Caracas. Jeżeli założymy, że Caracas to koń to pozostaje tylko
    stajnia.
    -Niekoniecznie – sprzeciwił się Jörn – może być jeszcze paddock, jakieś
    pastwisko…
    -Nie – baron pokręcił głową – łąkę można zaorać, obsadzić czymkolwiek, paddock
    też… Jeżeli jest jakaś wskazówka to musi być w stajni.
    -Pójdziemy tam jutro i dokładnie wszystko przeszukamy – Lisa ziewnęła
    przeciągle – teraz idę spać.
    Ciemna szczupła postać oderwała się od drzwi i skradając się na palcach uciekła
    do tylnego wyjścia z pałacu. Na twarzy miała złośliwy uśmiech, kilkugodzinna
    przewaga wystarczy, żeby znaleźć w stajni to, co przeoczyła ta banda
    niedołęgów. Banda tymczasem opuściła kuchnię nie zawracając sobie głowy choćby
    pobieżnym sprzątnięciem kuchni. Choć jeszcze o tym nie wiedziała, dobry humor
    Luśki był zagrożony.
  • 12.04.06, 12:26
    Następnego dnia trójka nocnych spiskowców zerwała się bladym rankiem, około
    dziewiątej i chyłkiem udała się do stajni. Otworzywszy wrota rzucili się do
    domniemanego boksu Caracas i tu zastopowało ich radykalnie. Po dobrych
    kilkunastu sekundach, pierwszy odezwał się baron:
    -Co do diabła?
    -Chyba nas ktoś uprzedził – melancholijnie stwierdził Jörn.
    To, co było kiedyś boksem przedstawiało sobą obecnie obraz nędzy i rozpaczy.
    Dwa murki rozwalone były całkowicie, dokoła walały się cegły i kawały tynku.
    Ściana, na której kiedyś prawdopodobnie znajdował się żłób została wręcz
    rozpruta, podobnie było z podłogą. Miejsce, to zwłaszcza w porównaniu z
    względnie czystą i porządną resztą stajni, budziło uczucie lekkiego niepokoju.
    -Na litość boską czy ta baba jest normalna? – Lisa podeszła do pobojowiska –
    przecież to wygląda tak, jakby tu przeszło małe tornado.
    -Normalna czy nie, nie zdążyłaby tego zrobić sama. Frank niestety miał rację,
    ma wspólnika. Pytanie, czy coś tu znaleźli – baron rozglądał się dookoła z
    zainteresowaniem pomieszanym ze zgrozą.
    -Raczej się tego nie dowiemy – zgryźliwie stwierdził Jörn – nie sądzę, żeby nam
    powiedzieli.
    -Będę dzisiaj u Franka w szpitalu – mruknęła Lisa przekładając z miejsca na
    miejsce kawałki murków – jeżeli odzyskał przytomność, to spróbuję się czegoś
    dowiedzieć.
    -Pojadę z tobą – Jörn zareagował błyskawicznie.
    -Ok. – Lisa zgodziła się pobłażliwie, po czym odwróciła się do barona i
    zapytała – zauważyłeś, że na podłodze była mozaika?
    -Nie – baron przyklęknął obok.
    -Zobacz – Lisa pokazała mu niewielkie kawałki białych i czarnych płytek, które
    rozprysły się w promieniu kilku metrów – ciekawe, co przedstawiała.
    -Nic – Jörn wzruszył ramionami – zwróciłem na nią uwagę już wczoraj. To była
    zwykła szachownica ułożona w karo a na górze z białych płytek ułożona była data.
    -Jaka data? – zachłannie zainteresował się baron.
    -MCMXXI, 1921. Taka sama wyryta jest nad wejściem. Nie mówcie, że nie
    zauważyliście.
    -No jakoś nie – Lisa popatrzyła na Jörna niezbyt życzliwie.
    -Racja – baron nagle uśmiechnął się – to było właśnie to. Wczoraj wieczorem –
    dodał wyjaśniająco – wydawało mi się, że coś przeoczyłem. Ale – zastanowił się –
    co nam to daje?
    -Chyba musimy zapytać cioci – Lisa z westchnieniem podniosła się z podłogi –
    nie sądzę, żebyśmy znaleźli tu coś więcej.
    W tym czasie Luśka piła drugą herbatę, dochodząc do siebie po szoku, jakiego
    doznała na widok kuchni. Na szczęście nie nawinęła jej się pod rękę żadna
    żywina i skutki złego humoru poznały tylko rondle i kubki, energicznie
    szorowane i odkładane z impetem na swoje miejsce. Kiedy kuchnia odzyskała już
    swój dawny wygląd Luśka odetchnęła z ulgą i zajęła się przygotowywaniem
    śniadania. Na ten moment trafili baron, Jörn i Lisa.
    -Ciociu, kiedy powstał ten pałac? – Lisa zapytała pierwsza.
    -Dzień Dobry – z godnością odpowiedziała Luśka.
    -Dzień Dobry – na widok niezbyt zadowolonej miny Luśki trzy głosy odpowiedziały
    jednocześnie a sześcioro nóg prawie się ustawiło do dygnięcia.
    -Pałac? Macie na myśli ten nowy? – Luśka spojrzała na towarzystwo łaskawszym
    okiem – w 1921, zaraz po wojnie z bolszewikami, a dlaczego pytacie?
    -Tak nam się właśnie wydawało – baron zasiadł do stołu i sięgnął po dzbanek z
    herbatą. Na ten widok Luśka prychnęła jak rozzłoszczona kocica.
    -Niech pan to odstawi! Zrobię panu świeżej – dodała po chwili spokojniej i
    zdecydowanym ruchem odebrała imbryk baronowi – a tak w ogóle to śniadanie już
    czeka.
    -Szniadanie? Może… Rührei – nieśmiało zaproponował Jörn.
    -Ruraj? Jak pan śmie! Co pan sobie wyobraża?! – Luśka zbliżyła się do Jörna
    wymachując tłuczkiem do mięsa, który akurat napatoczył się jej pod rękę. W
    ostatniej chwili Lisa zdążyła jej wytłumaczyć, że chodziło o jajecznicę – Nie
    ma jajecznicy – warknęła w odpowiedzi Luśka – owsianka jest – po czym na stole
    pojawiły się trzy miseczki z niezbyt apetycznie wyglądającą breją i kilka
    ciemnych bułek z ziarnami.
    Mając świeżo w pamięci nocne spożywanie podsmażonych pierogów, żadna z osób
    siedzących przy stole nie zapałała szczególnym uczuciem do kleistej paciai.
    Niemniej jednak mina Luśki nie zachęcała do jakichkolwiek protestów.
    Przełykając po odrobinie, smaczną nawet owsiankę, baron z Lisą kontynuowali
    śledztwo. Jörn na wszelki wypadek wolał się nie odzywać. Usiadł w miejscu
    najbardziej oddalonym od Luśki, zastanawiając się smętnie, czy Lisa upodobni
    się do swojej ciotki z biegiem lat i jeżeli tak to w jakim stopniu.
    -To znaczy, że stajnie również były zbudowane w tym samym czasie? - to pytanie
    nurtowało całą trójkę.
    -O nie – Luśka energicznie pokręciła głową – spłonął tylko stary dom a i to
    niecałkowicie. W każdym razie baron stwierdził, że nie opłaca się go odnawiać i
    postanowił zbudować nowy. Ale stajnie i inne budynki gospodarcze pozostały tam,
    gdzie wcześniej.
    -Jakie inne budynki? – zainteresowała się Lisa.
    -Teraz już ich nie ma. Część została zniszczona podczas wojny a resztę rozebrał
    poprzedni właściciel. Zostawił tylko stajnie, zamieniając je na garaże.
    -To co było robione w stajniach w 1921 roku? – baron odsunął od siebie talerz z
    resztką owsianki ale na widok groźnego spojrzenia Luśki przysunął ją z powrotem.
    -Nic – Luśka wzruszyła ramionami – odnowiono je dopiero tuż przed wojną, albo
    nawet w trakcie.
    -To dlaczego nad głównym wejściem jest wyryta data 1921?
    -A co wyście się tak uparli na ten rok? – zdenerwowała się Luśka – w 1921 roku
    zakończona została budowa nowego pałacu, rodzina przeprowadziła się a stary
    rozebrano do końca. I tyle. Stajni nikt nie ruszał aż do wojny.
    Zagadka pozostała nierozwiązana. Żadne z trojga przyjaciół nie odważyło się już
    zapytać Luśki o nic więcej. Wkurzanie kucharza przed przystąpieniem do
    przygotowywania obiadu nie jest zazwyczaj najmądrzejszą strategią. Wycofali się
    więc po cichu z kuchni zabierając kubki z herbatą i wyszli na taras.
    -No to moi drodzy leżymy martwym bykiem – baron wyraził opinię całej trójki.
    -Są dwie możliwości – Lisa w zamyśleniu pocierała pocierała brodę – albo ta
    zołza coś znalazła w tym rozwalonym murku albo nie.
    -Bardzo odkrywcze – mruknął ironicznie Jörn – masz więcej takich przemyśleń?
    -Czekaj – Lisa obrzuciła go urażonym spojrzeniem – daj mi dokończyć. Jeżeli coś
    znaleźli to rzeczywiście leżymy martwym bykiem a nawet krową, świnią i
    pozostałym inwentarzem. W takim wypadku nie pozostaje nam nic innego tylko
    zaczajenie się na nich i odebranie im tego czegoś siłą. Albo docucenie Franka… -
    Lisa urwała na chwilę – on wie, kto z nas współpracuje z wrogiem.
    -Bzdura – Jörn poruszył się nerwowo na krześle – nikt z nas przecież nie
    mógłby… Zresztą, kogo podejrzewasz? Manfreda? Mnie? Hansa?
    -Jeszcze zostają Greta, Rita i ja – Lisa popatrzyła na niego badawczo – nas nie
    bierzesz pod uwagę? A może to któraś z nas jest wnuczką Schmidta?
    -Daj spokój, moja matka ją widziała – baron machnął ręką, ale Lisa się nie
    poddawała.
    -Nie macie pojęcia, co potrafią zdziałać makijaż i peruka – pobłażliwie
    spojrzała na obu mężczyzn – ale wracając do tematu. Jeżeli nie znaleźli tu nic,
    to może znaczenie ma ta data 1921 albo litery MCMXXI? To może być coś takiego
    jak Caracas? Wskazówka, której nie możemy pominąć…
    -To by oznaczało, że musimy spojrzeć na ten zapis inaczej – baron patrzył na
    Lisę pojmując powoli, co ta ostatnia ma na myśli.
    -To znaczy? – zainteresował się Jörn.
    -Pierwsze skojarzenie Caracas to jest miasto. Tak czy nie?
    -No, owszem…
    -Ale okazało się – Lisa uśmiechnęła się do barona
  • 21.04.06, 12:10
    -Ale okazało się – Lisa uśmiechnęła się do barona – że Caracas to jest również
    imię konia, o czym żadne z nas wcześniej nie pomyślało. A zatem…
    -1921 może być czymś innym niż zapisem roku. Musimy się tylko dowiedzieć czym –
    dokończył Jörn – ale nie pomyśleliście o jednej rzeczy?
    -Mianowicie? – Lisa się tak łatwo nie poddawała.
    -Po pierwsze Caracas może nie mieć związku ze skarbem a po drugie może znaczyć
    jeszcze zupełnie coś innego – Jörn uśmiechnął się z satysfakcją na widok
    zaskoczonych min pozostałych.
    W tym momencie na tarasie pojawiła się Greta z Hansem i cała dyskusja musiała
    zostać zawieszona na czas nieokreślony.
    ***
    Z lekką ulgą Luśka dopiła swoją herbatę a następnie starannie umyła zarówno
    filiżankę jak i imbryk. Teraz się udało, ale na przyszłość będzie musiała
    bardziej uważać. Mało brakowało a baron spróbowałby jej naparu, którego smak z
    pewnością by go zaintrygował. Luśka zdecydowanie nie mogła do tego dopuścić.
    ***
    Kwestia rozbebeszonego boksu Caracas pojawiła się szybciej niż ktokolwiek
    mógłby się tego spodziewać.
    -Nie zostajemy tu ani minuty dłużej! – Rita energicznie pociągała barona za
    rękaw – nic mnie nie obchodzą żadne skarby. Najpierw duch, potem napad na
    Franka a teraz to… - machnęła ręką w stronę stajni, sprawiając wrażenie
    naprawdę roztrzęsionej. Gdyby ktoś jednak zechciał jej się przyjrzeć
    dokładniej, zauważyłby zimny błysk w błękitnych oczach, wskazujący raczej na
    działanie z premedytacją niż zdenerwowanie.
    -Spokojnie – baron delikatnie acz stanowczo zdjął dłoń Rity ze swojego
    nieskazitelnie białego pulowera – nie masz się czym denerwować.
    -Wyjedziemy prawda? – Rita zmieniła taktykę, posyłając baronowi proszący
    uśmiech.
    -W żadnym wypadku. Jeżeli się boisz, to oczywiście możesz sama wrócić do
    Niemiec – pogłaskał ją pocieszająco po ramieniu – oczywiście będzie nam ciebie
    brakowało, ale skoro musisz… - zawiesił głos z napięciem czekając na reakcję.
    -Chyba jednak zostanę – Rita może i nie była mistrzynią intelektu ale swój
    rozum miała.
    Spokojnie upływało nieco leniwe letnie przedpołudnie. Każdy z towarzystwa miał
    do załatwienia swoje sprawy: Luśka zajęła się przygotowywaniem obiadu, baronowa
    opalała się w ogrodzie, Lisa z Jörnem pojechali do Franka do szpitala, Greta
    zniknęła gdzieś z Antkiem, który akurat miał wolny dzień, Hans z Ritą wybrali
    się do miasta a baron wymknął się do parku. Piękna panna Zosia rozpoczęła
    właśnie wraz z całą ekipą pierwsze prace. Na widok właściciela wyraźnie się
    ucieszyła.
    -Dzień Dobry – uśmiechnęła się – dzisiaj rano dokładniej przyjrzałam się całej
    okolicy i mam dla pana kilka propozycji.
    -Witam – baron spojrzał na nią tak, że gdyby zaproponowała mu kubek cykuty
    przyjąłby go bez wahania.
    -Chodźmy, pokażę panu, co odkryłam – pociągnęła go za rękę w głąb parku.
    Dziwne, ale ręka Zosi na rękawie swetra nie wzbudziła w baronie nawet połowy
    takiej irytacji jak wcześniejsze nagabywania Rity. Ba! Nawet ciemne smugi
    pozostawione przez ogrodniczkę stanowiły widok raczej rozczulający niż
    denerwujący.
    -O tutaj – Zosia odgarnęła ręką niesforny kosmyk z czoła – niech pan zobaczy.
    Miedzy ogrodem i parkiem rozciągała się pusta przestrzeń. To znaczy ona zapewne
    była pusta kilkadziesiąt lat temu, teraz zarastały ją najróżniejsze samosiejki,
    splątana trawa, którą ktoś bez powodzenia starał się przycinać i najróżniejsze
    rośliny. Niewprawnemu oku ciężko było zauważyć, które z nich są zasadzone
    celowo, a które znalazły się tutaj zupełnym przypadkiem. Obszar ten nie był
    duży, nie był też idealnie płaski. Baron spojrzał w kierunku, który wskazywała
    mu Zosia, ale nie dostrzegł nic godnego uwagi.
    -Nie widzi pan? – dziewczyna wyglądała na rozczarowaną więc baron wysilił
    wszystkie zmysły aby dostrzec to, co ona najwyraźniej chciała mu pokazać.
    -To chyba wszystko jest dzikie – powiedział w końcu niepewnie – a na środku
    jest jakaś górka.
    -No właśnie. Kiedyś był tu prawdopodobnie trawnik – Zosia z entuzjazmem
    podążyła w stronę widocznego wybrzuszenia – a ta górka to nic innego tylko
    pozostałości po jakiejś budowli.
    -Stary pałac – baron rzucił pierwsze, co mu przyszło do głowy.
    -Ależ skąd – Zosia spojrzała na niego ze zdumieniem – raczej coś w rodzaju
    altany – małą łopatką rozkopała z jednej strony górkę – pod spodem są cegły.
    -Nie rozumiem – baron zmarszczył brwi – altana powinna być chyba drewniana.
    -No i pewnie była, ale fundamenty miała z cegły. Widać z tego, że była całkiem
    spora. Co by pan chciał z tym zrobić?
    -Co pani proponuje?
    -Można to zostawić tak jak jest, usunąć tylko chwasty, zostawić te rośliny,
    które będą pasowały do całości a tę górkę wkomponować w otoczenie. Może też
    jakieś oczko wodne, albo skalniak. Ewentualnie można to wszystko usunąć,
    uprzątnąć i postawić na tym miejscu coś nowego… To już jak pan chce.
    -Nie wiem – baron wzruszył ramionami – właściwie – szepnął konfidencjonalnie –
    nie za bardzo mam wizję dla tego miejsca.
    -Ja bym miała – westchnęła Zosia – ale to panu i pańskiej żonie ma tu być
    wygodnie.
    -Mojej żonie?! – zdziwienie w głosie barona było przeogromne.
    -Niezbyt precyzyjnie się wyraziłam, przepraszam – Zosia uśmiechnęła się blado –
    ale ta pani powiedziała, że jesteście państwo zaręczeni i wkrótce odbędzie się
    ślub. Pani baronowa zresztą stwierdziła to samo, więc pomyślałam sobie…
    -Nie jestem z nikim zaręczony – baron oświadczył z mocą, o którą sam siebie nie
    podejrzewał – ta pani trochę… minęła się z prawdą – dodał w ostatniej chwili
    zastępując wyrażenie „łgała jak bura suka”, które znacznie dokładniej
    odzwierciedlałoby uczucia, jakie żywił do Rity w tym momencie.
    -Ach, no tak… w końcu to nie moja sprawa – Zosia nie patrzyła na barona.
    Nie mogła ukryć nawet sama przed sobą, że spodobał jej się przystojny młody
    Niemiec, któremu najwyraźniej ona również nie była obojętna. Nie wiedziała
    tylko, czy bardziej podoba jej się baron czy to jak on na nią patrzy. Cóż,
    problem stary jak świat…
    ***
    Obiad minął w przyjemnej atmosferze nie licząc morderczych spojrzeń rzucanych
    przez barona w kierunku Rity, która zdawała się niczego nie zauważać. Wpływ na
    atmosferę przy stole miał niewątpliwie boski gulasz z kopytkami, podawany przez
    Luśkę z buraczkami i marynowanymi grzybkami oraz szarlotka dopiero co wyjęta z
    piekarnika, otoczona puszystą bitą śmietaną i lodami waniliowymi. Nie bez
    znaczenia były również informacje przywiezione przez Lisę i Jörna.
    -Frank odzyskał przytomność – prawie wszyscy ze zgromadzonych przy stole
    przyjęli tę wiadomość z ulgą – niestety nie pamięta niczego, co dotyczyłoby
    wypadku i okresu bezpośrednio przed nim. Jest jeszcze bardzo słaby, ale lekarze
    mówią, że wyjdzie z tego.
    -Ja bym im specjalnie nie wierzył. To konowały – mruknął Jörn, będący wyraźnie
    nie w humorze.
    -Co go ugryzło? – Greta szeptem zapytała Lisę.
    -Bo ja wiem – ta ostatnia wzruszyła ramionami – chyba się zdenerwował, bo
    trochę poflirtowałam z lekarzem.
    -Przystojny był? – Rita włączyła się do rozmowy.
    -Mniam, mniam… Lepszy niż Georgie w „Ostrym dyżurze” – ostatnie słowa dotarły
    do Jörna, który skrzywił się jakby przegryzł cytrynę.
    -Co zrobisz z tą altaną? A raczej jej pozostałościami – spróbował zmienić temat
    na przyjemniejszy.
    -Nie wiem – baron, do którego było skierowane to pytanie, wzruszył ramionami –
    chyba każę tam posprzątać. Głupie miejsce na altanę. Nie mam zielonego pojęcia,
    dlaczego ją tam w ogóle postawiono. Pokażę ci później…
    „To może być coś ciekawego, trzeba się będzie zainteresować bliżej tym tematem
  • 24.04.06, 14:02
    -Dlaczego sam pan zabrał się za rozkopywanie tej górki?! – panna Zosia
    wyglądała na zdenerwowaną.
    -Ale… - zaskoczonemu baronowi frankfurterki, które w przypływie łaskawości
    Luśka zaserwowała razem z jajecznicą na śniadanie, stanęły w gardle – o czym
    pani mówi?
    Reszta towarzystwa przyglądała się w milczeniu rozgrywającej się w jadalni
    scenie.
    -Jak to o czym? Ktoś rozkopał wczoraj sporą część pozostałości po altanie,
    niszcząc przy okazji sporo cennych roślin. Jak pan chciał to usunąć, to trzeba
    mi było powiedzieć...
    -Idziemy – Jörn pierwszy otrząsnął się z oszołomienia – ta cholera znowu nam
    weszła w paradę.
    Kilka minut później całe towarzystwo doskonale zrozumiało wzburzenie
    ogrodniczki. Jeszcze wczoraj zapomniany i nawet z lekka zapuszczony kawałek
    ogrodu, dzisiaj wyglądał tak, jakby przeszło przez niego niewielkie acz silne
    tornado. Górka sprawiała wrażenie nadgryzionej przez olbrzyma, któremu
    ewidentnie niezbyt smakowało to, co ugryzł. Kawałki cegieł walały się w
    promieniu kilku metrów. Ze zniszczeń wynikało, że były rzucane z dużą energią.
    -Rany boskie! – wyszeptała w końcu Lisa – ta dziewczyna jest gorsza niż
    wiertarka udarowa.
    -Ona jest gorsza od wszystkiego – Rita skrzywiła się przeraźliwie, myśląc
    jednakże o Zosi a nie o tajemniczej parze.
    -Dosyć tego! – baron powiedział te słowa cicho ale takim tonem, że nagle
    wszyscy popatrzyli na niego z szacunkiem.
    -Co masz na myśli? – niepewnie zapytał Jörn.
    -Zabawa się skończyła – zabrzmiało to złowieszczo – nie będzie mi tu jakieś
    babsko pojawiać się nocami i rządzić jak u siebie. Jörn, Hans – zwrócił się do
    kumpli – mieliście jakieś plany na dzisiaj?
    Obydwaj zapytani pokręcili przecząco głową, zresztą nawet gdyby mieli cokolwiek
    zaplanowane, to i tak by się do tego nie przyznali.
    -Pani Zosiu, czy mogłaby mi pani tu przysłać swoich ludzi?
    -Owszem, ale na dzisiaj…
    -To jest ważniejsze – baron uciął dyskusję w zarodku – bierzemy się do pracy.
    Rozwalamy to do końca, robimy porządek i zobaczymy co ona teraz zrobi.
    -A jeżeli już coś tu znalazła? – miauknęła cicho Greta, ale widząc spojrzenie
    barona szybko się wycofała z zadanego pytania zastępując je innym – co my mamy
    robić?
    -Możecie nam pomóc – baron wzruszył ramionami.
    -Wykluczone – Rita spojrzała z niepokojem na swoje wymanikiurowane paznokcie –
    ja się za kamienicznika nie zgadzałam.
    -Chciałaś znaleźć skarb? – wytknął jej Jörn – no to właśnie masz szansę…
    Kilka godzin później osiem osób zgodnie otarło pot z czoła i sięgnęło po puszki
    z chłodnym piwem, które przyniosła im Luśka. Po górce nie pozostał nawet ślad.
    Wszystkie cegły, kamienie i śmieci zostały dokładnie obejrzane i odniesione na
    specjalnie w tym celu przygotowane miejsce. Pod nimi znajdowała się coś w
    rodzaju platformy ze zbutwiałych i przegniłych desek. Ilość robactwa na
    resztkach zabytkowej kiedyś mozaiki zdecydowanie zniechęciła wszystkich do
    dalszej pracy. Gdzie niegdzie pod spodem widać było szarawe przebłyski betonu.
    -Co teraz? – Lisa sięgnęła po drugą puszkę.
    -Nie wiem – wcześniejsza energia wyraźnie wyparowała z barona,
    nieprzyzwyczajonego do fizycznej pracy – trzeba by to uprzątnąć do końca –
    dodał niepewnie.
    -Na mnie nie licz – Greta ze wstrętem odsunęła się od kłębowiska robali.
    -My to zrobimy – Zosia spojrzała na barona pobłażliwie – dla nas robaki to nie
    problem. Możemy się wziąć za to po obiedzie.
    ***
    Zmęczenie, upał i jak zwykle znakomity posiłek podany przez Luśkę spowodowały,
    że pannie Zosi nikt, poza jej dwoma pracownikami, nie towarzyszył przy
    uprzątaniu pozostałości po ruince. Dlatego też nikt nie zauważył drobiazgu,
    który znalazła wśród śmieci. Przez dobrą chwilę wpatrywała się w niewielki, ale
    kunsztownie wykonany złoty pierścionek z brylantowym oczkiem i kilkoma
    mniejszymi rubinami dokoła. Wyglądało na to, że przeleżał w rumowisku dobre
    kilkanaście lat. Był zabrudzony a obrączka w jednym miejscu została lekko
    zgnieciona. Zosia mniej więcej orientowała się w sytuacji panującej w pałacu.
    Zdawała sobie sprawę z tego, że na terenie posiadłości spotkały się dwie grupy
    reprezentujące przeciwne interesy. Jedną miała niejako pod nosem, ale druga
    mogła okazać się bardziej… skłonna do współpracy. Zosia nie była złym
    człowiekiem. Od dziecka jednakże musiała zmagać się z przeciwnościami losu.
    Tylko dzięki swojej determinacji i zaciętości zdołała skończyć szkołę i
    otworzyć własną firmę, nawiasem mówiąc mocno zadłużoną. Skarb rozpalał jej
    wyobraźnię, dawał szansę na spłacenie długów i spokojne życie. Z drugiej strony
    był jednak ten Niemiec. Manfred. Przypomniała sobie roześmiane usta i oczy
    wpatrujące się w nią z uwielbieniem. Wybór nie był prosty.
    ***
    Baron siedział przy łóżku Franka i zastanawiał się jak skłonić go do mówienia.
    -Oni mogą spróbować jeszcze raz – przekonywał go.
    -Ile razy mam ci mówić, że nic nie pamiętam – Frank odpowiedział ze znużeniem –
    przypominam sobie tylko przyjazd do ciebie a potem nic… czarna plama.
    -Mam nadzieję, że mówisz prawdę – baron westchnął ciężko – bo inaczej może być
    z tobą krucho.
    -Dlaczego tak sądzisz? – nagle spojrzenie Franka zrobiło się czujne.
    -Chcieli cię zabić i gdyby nie moja gospodyni…
    -Naprawdę nic nie wiem – po dłuższej chwili Frank zakończył rozmowę i zamknął
    oczy – jestem zmęczony.
    ***
    -Jasna cholera – młoda kobieta miotała się przy ciemnozielonym samochodzie
    stojącym nieopodal płotu otaczającego park – co ich podkusiło, żeby tam grzebać.
    -Myślisz, że mnie się to podoba? – mężczyzna spojrzał na nią z niechęcią – cała
    wczorajsza robota na nic.
    -Nic go stąd nie wykurzy, prawda? – popatrzyła na swojego towarzysza z
    wściekłością – dopóki nie znajdzie tego cholernego skarbu będzie tu siedział
    jak przymurowany. A my razem z nim.
    -Na mnie nie licz – szybko zastrzegł się mężczyzna – za kilka dni kończy mi się
    urlop. Nie każdy może sobie pozwolić na niepracowanie… - dodał po chwili
    patrząc na nią złośliwie.
    -To sobie przedłużysz – kobieta odpaliła następnego papierosa – musimy znaleźć
    to miejsce przed nim. Wiesz przecież, co możemy stracić.
    -Wiem – mężczyzna mruknął, wyjął jej z ręki papierosa i zaciągnął się – ale
    chyba jest jedna możliwość, żeby go przekonać do wyjazdu… - popatrzyli na
    siebie z porozumiewawczym okrutnym uśmiechem.
    ***
    Luśka ze spokojem przygotowywała kolację, kiedy do kuchni wparowała Lisa.
    -To chyba działa – oświadczyła od progu i usiadła za stołem. Luśka natychmiast
    wręczyła jej nóż, deskę i miskę z warzywami.
    -Pokrój je drobno. Będzie sałatka – powiedziała najpierw a dopiero po chwili
    zainteresowała się perypetiami sercowymi Lisy – to świetnie.
    -Chyba rzeczywiście jest trochę zazdrosny – Lisa z uśmiechem sięgnęła po imbryk
    z herbatą i nalała sobie pełny kubek ciemnobrązowego płynu – im bardziej go
    lekceważę tym bardziej jemu zależy. Tylko zastanawiam się… - urwała na chwilę.
    -Tak? – Luśka wróciła ze spiżarni – czy jeszcze tobie na nim zależy? – dodała
    domyślnie.
    -No właśnie. Ten lekarz ze szpitala Franka jest naprawdę bardzo przystojny –
    uśmiechnęła się i podniosła kubek do ust. Sekundę później prychnęła jak kotka
    krzywiąc się z odrazą – na litość boską co to jest?
    -Co? – Luśka odwróciła się z niepokojem. Jeden rzut oka na imbryk i Lisę
    powiedział jej wszystko – napiłaś się mojej herbaty! – stwierdziła oskarżająco.
    -No tak… Ale dlaczego to jest takie niedobre?
    -Powiem ci – Luśka z westchnieniem usiadła obok Lisy – to jest Pu-Erh. Niestety
    muszę się trochę odchudzić – kolejne głębokie westc
  • 24.04.06, 14:03
    -Powiem ci – Luśka z westchnieniem usiadła obok Lisy – to jest Pu-Erh. Niestety
    muszę się trochę odchudzić – kolejne głębokie westchnienie poruszyło firankami
    okna na przeciwległej ścianie – a to podobno pomaga.
    -A alkohol? – Lisa popatrzyła na ciotkę podejrzliwie.
    -Dodaję odrobinę rumu, żeby zabić ten ohydny smak – odpowiedziała Luśka z
    godnością i oddaliła się do swoich zajęć – wolałabym, żebyś nikomu o tym nie
    mówiła – dodała jeszcze na koniec zanim zniknęła za drzwiami prowadzącymi do
    jadalni.
    Lisa ze zdumieniem kiwnęła tylko głową zastanawiając się przelotnie ile to jest
    odrobina według Luśki, w końcu wzruszyła ramionami stwierdzając, że ostatecznie
    to nie jest jej sprawa i wróciła do krojenia warzyw.
  • 25.04.06, 09:27
    Plan był bardzo prosty, a co więcej doskonały. Uczucie, jakim baron darzył
    piękną pannę Zosię nie pozostało niezauważone. Wystarczyło tylko zatrzymać ją w
    jakimś miłym miejscu przez czas jakiś, wysłać odpowiednio sformułowaną
    wiadomość do barona i problem powinien się sam rozwiązać. Siła miłości jest
    niezmierzona. Przynajmniej na to liczyły dwie tajemnicze postacie szeptem
    planujące całą operację. Nie wydawała się być trudna. Postacie jednak nie
    wzięły pod uwagę jednego z praw Murphy’ego: „jeżeli coś może się nie udać, to z
    pewnością tak będzie”. Niestety już od początku pobytu w tej pięknej okolicy
    dwojgu spiskowcom nie dopisywało szczęście i nie zanosiło się na to, że coś się
    zmieni w tej materii w najbliższym czasie.
    ***
    -Nic z tego nie rozumiem – Luśka z namysłem obracała w palcach zabrudzoną
    kartkę przyniesioną przez jedno z dzieci sklepowej Stachy.
    -O co chodzi? – Lisa nie zainteresowała się przesadnie.
    -Nic – ucięła krótko jej ciotka, schowała kartkę do kieszeni fartucha i
    powiedziała – wyłącz piekarnik za dziesięć minut, dobrze? Ja zaraz wrócę –
    zanim Lisa zdołała cokolwiek odpowiedzieć już jej nie było.
    Nie było jej także godzinę później. Całe towarzystwo zebrało się jak zwykle w
    jadalni na kolację a Luśki ani śladu. Nie było jej ani u niej w domu, ani w
    parku ani w ogrodzie. O dziesiątej lekko już zaniepokojona i zdenerwowana Lisa
    zadzwoniła do Antka. Pojawił się piętnaście minut później.
    -To niepodobne do mamy – stwierdził witając się jednocześnie z obecnymi –
    opowiedz mi jak to się stało.
    Lisa już otwierała usta, żeby opowiedzieć o wizycie małego oberwańca, kiedy
    zadzwoniła komórka barona. Słuchał przez dłuższą chwilę z coraz bardziej
    zauważalnym napięciem.
    -Nie… - zaczął mówić, ale osoba, z którą rozmawiał rozłączyła się.
    -Co się stało? – Jörn popatrzył na przyjaciela z niepokojem.
    -Porwali Luśkę – powiedział baron z niebotycznym zdumieniem – właśnie
    zadzwoniła do mnie „kuzynka” i oświadczyła mi, że mają moją gospodynię. Jak
    chcę ją zobaczyć żywą to mam się wynieść najpóźniej w ciągu dwóch dni.
    -Nie rozumiem – zirytowała się Lisa – jak się wyniesiesz to jak ją zobaczysz?
    No i dlaczego masz się wynieść?
    -Tylko ty? Czy wszyscy obecni? – zainteresował się jednocześnie Hans.
    -O żesz ty… - Antek zaczął się śmiać.
    -Chyba chcą mieć wolną rękę do szukania skarbu – baron odpowiedział nieuważnie,
    po czym zwrócił się do Antka – słuchaj, ja cię strasznie przepraszam.
    Wyniesiemy się oczywiście, mam nadzieję, że twojej mamie…
    -Moja matka – Antek otarł łzy z oczu – tak ich urządzi, że własne rodziny ich
    nie rozpoznają. Podejrzewam, że musieli w jakiś sposób ją otumanić, ale jak
    odzyska przytomność, to wolałbym nie być w pobliżu.
    -Jak to – Greta patrzyła na Antka z niepokojem – więc nie martwisz się o matkę?
    -Martwię się, oczywiście – Antek zapewnił ją natychmiast – ale kompletnie nie
    rozumiem dlaczego porwali właśnie ją. Opowiedz mi wszystko – zwrócił się do
    Lisy.
    Lisa w końcu miała okazję opowiedzieć mu o wizycie dziecka, tajemniczej kartce
    i pośpiesznym wyjściu Luśki. Antek nie zwlekając długo zadzwonił do Stachy.
    Przeprowadził krótką rozmowę z jednym z jej dzieci i po kilku minutach wiedział
    już prawie wszystko.
    -Jakaś nieznajoma pani dała Jaśkowi kartkę dla tej pani, co pracuje w pałacu.
    Miał ją dostarczyć do rąk własnych, za co dostał jedno euro. Pani była dosyć
    ładna, miała długie ciemne włosy i okulary przeciwsłoneczne. W zagajniku stał
    schowany samochód. Jasiek twierdzi, że był ciemnozielony. Rejestracji nie
    widział. Przyniósł kartkę….
    -No i – Lisa zachrypiała lekko, bo przez całą opowieść Antka wstrzymywała
    oddech – co było dalej.
    -Oddając kartkę mojej matce Jasiek niechcący zajrzał do niej. Liścik był krótki
    i został podpisany „Manfred” – Antek popatrzył na poły pytająco na poły
    oskarżająco na barona. Ten ostatni wzruszył ramionami.
    -W życiu nie wysyłałem żadnego liściku do Luśki. Oszalałeś? Jak bym miał się z
    kimś spotykać pokątnie to już prędzej…
    -Z Zosią – dokończył Jörn i roześmiał się – porywacze rzeczywiście mają pecha.
    Początkowo chyba chodziło im o twoją ogrodniczkę a nie gospodynię. Ale mały się
    pomylił i dostarczył liścik nie tej kobiecie, co trzeba.
    -No ale co teraz zrobimy? – Rita weszła do jadalni przed kilkoma minutami.
    Greta pośpiesznie streściła jej całą historię.
    -Nie wiem – baron popatrzył pytająco na Antka, ale ten tylko z powątpiewaniem
    pokręcił głową i powiedział.
    -Na razie proponuję pójść spać. Jutro pomyślimy.
    Rada nie była może zbyt oryginalna ale jakby nie było padała z ust władzy. Z
    niejakim ociąganiem towarzystwo podążyło do sypialni. Panowało powszechne
    przekonanie, że w zaistniałej sytuacji o śnie nie ma mowy. Jednak zmęczenie z
    całego dnia zrobiło swoje. Już po pół godzinie w pałacu zapanowała niczym nie
    zmącona cisza.
    ***
    Kilka kilometrów dalej w jednej z sypialni wynajętego na czas wakacji domu,
    nieco oddalonym od wsi, Luśka dochodziła do siebie. Najpierw poczuła ból głowy
    a potem nadgarstków i kostek spętanych dosyć dokładnie sznurem do wieszania
    bielizny. Leżała na łóżku, które skrzypiało przy każdym energiczniejszym ruchu.
    W pokoju panowały egipskie ciemności nie mogła więc nawet zorientować się, co
    do jego wielkości i wyposażenia. Zaczęła przypominać sobie wydarzenia, które
    doprowadziły ją, do tej pożałowania godnej sytuacji. Jasiek, kartka z wezwaniem
    od barona, droga do bramy… a potem ciemność. Pamiętała tylko cichy szelest i
    jakiś szybki ruch za swoimi plecami. Biorąc pod uwagę pulsujący ból,
    promieniujący od tyłu czaszki na całą głowę, prawdopodobnie właśnie ta część
    ciała została uszkodzona. Osoby porywaczy, miejsce odosobnienia a przede
    wszystkim jego cel, pozostały dla Luśki niejasne. Po krótkim wysiłku umysłowym
    zdecydowała, że to nie jest czas na filozofowanie, spróbowała ułożyć się na
    tyle wygodnie na ile to było możliwe i zapadła w sen.
  • 25.04.06, 11:21
    -Ja nie rozumiem – Lisa smarowała czerstwy chleb dżemem wygrzebanym z głębin
    spiżarni. Następnego dnia po porwaniu Luśki śniadanie z wiadomych powodów było
    więcej niż skromne.
    -Czego nie rozumiesz? – zainteresował się błyskawicznie Jörn.
    -Twoja mama – Lisa zwróciła się do barona – stwierdziła, że tajemnicza kobieta
    była blondynką, a Jasiek powiedział, że miała długie ciemne włosy. Ciekawi mnie
    czy to była ta sama osoba, czy pojawił się ktoś nowy.
    -Raczej ta sama – baron odpowiedział po chwili namysłu – kolor włosów zawsze
    można zmienić. Kolor samochodu trudniej.
    -Przecież to jest kompletnie bez sensu – wtrąciła się Greta z niezadowoleniem –
    wyjedziemy i co? Co im to da? – sprecyzowała.
    -Będą mogli spokojnie szukać skarbu – Hans wzruszył ramionami – o ile on tu w
    ogóle jest.
    -A propos szukania, co do cholery może oznaczać to 1921?
    -Jakie 1921? – zainteresowała się Rita spoglądając na Jörna z zaciekawieniem.
    Chcąc nie chcąc baron, Lisa i Jörn musieli opowiedzieć o odkryciu dokonanym
    przed kilkoma dniami w stajni. Reszta towarzystwa patrzyła na nich z mieszaniną
    niechęci, urazy i zaciekawienia.
    -Dlaczego nam nie powiedzieliście? – zapytała Greta.
    -Bo podejrzewali, że współpracujemy z wrogiem, czyż nie? – Hans zapalił
    papierosa uśmiechając się pobłażliwie.
    -To nie tak – Lisa próbowała jakoś wytłumaczyć całą sprawę, ale Rita jej
    przerwała.
    -Naprawdę podejrzewasz mnie, że jestem wnuczką tego… tego zbrodniarza? –
    naskoczyła na barona a w jej oczach zapłonęły złe błyski.
    -Nie, no… Powiedz coś – baron odwrócił się do Jörna, ale było już za późno. W
    tym samym momencie cała złość i frustracja Rity znalazła doskonałe ujście. Nie
    przymierzając się wiele przyłożyła swojemu niedoszłemu mężowi pięścią w twarz i
    wybiegła z pokoju.
    -Oooo… - wyrwało się Hansowi.
    -Ja nie wytrzymam z tymi babami! – baron chwycił się za policzek i poszedł do
    kuchni po lód.
    -No to mamy kłopoty w raju – Greta stwierdziła filozoficznie.
    -To już od dawna nie jest raj – mruknął Jörn – a teraz jeszcze pojawiła się
    panna Zosia i Manfred dostał małpiego rozumu. Rita chyba nie ma już szans na
    zostanie baronową von Dupersztangiel.
    -Nigdy nie miała – komentarze Hansa były dzisiaj zadziwiająco trafne.
    ***
    Wybuch Rity, niepokój o Luśkę a może marna jakość śniadania przygotowanego
    wspólnym wysiłkiem i takiegoż obiadu wpłynęły negatywnie na humor całego
    towarzystwa. Wszyscy rozpierzchli się po okolicy w sobie tylko znanych
    sprawach. Baron spędził kilka godzin w ogrodzie obserwując postępy prac i
    ustalając szczegóły z Zosią. Rita zamknęła się w pokoju, twierdząc, że ma
    migrenę, baronowa po gwałtownej kłótni z synem na temat nieodpowiedniego wyboru
    matki jej przyszłych wnuków z hukiem i trzaskaniem drzwiami wsiadła do
    samochodu i ruszyła do Niemiec, Hans pojechał w odwiedziny do Franka, w
    ostatniej chwili dołączyła do niego Greta, Jörn gdzieś zniknął a Lisa próbowała
    bez zbytniego powodzenia zastąpić ciotkę w kuchni. Przy kolacji, która była
    równie mało zjadliwa jak obiad i śniadanie do pałacu przyszedł Antek.
    Towarzyszył mu ojciec.
    -Nic nie wiadomo – westchnął ten pierwszy – próbowałem dyskretnie się czegoś
    dowiedzieć, ale jak kamień w wodę…
    -Był człowiek, nie ma człowieka – melancholijnie zawtórował mu ojciec.
    -Chyba ktoś powinien widzieć obcy samochód? – zirytował się baron – ostatecznie
    nie jest to znowu jakaś metropolia – dodał z przekąsem.
    -Wiesz ile tu jeździ latem samochodów z niemiecką rejestracją? – Antek
    popatrzył na niego z politowaniem – a większość z nich jest z Berlina lub
    okolic. I co? Wszystkich mamy sprawdzać?
    -No, może wszystkich nie, ale te ciemnozielone? W końcu traficie na Schmidta…
    -Ona wcale może się już tak nie nazywać – Lisa wzruszyła ramionami – mogła
    wyjść za mąż, może być córką córki Schmidta, która wyszła za mąż. Może w ogóle
    nie pochodzi z tej rodziny a podobieństwo się tylko baronowej przywidziało…
    Może…
    -Bardzo ładnie ci wychodzi tworzenie hipotez, kim ona nie jest. Spróbuj w drugą
    stronę – Jörn zaproponował zgryźliwie.
    -Niepotrzebnie się czepiasz – Lisa odpowiedziała spokojnie.
    -Nie idziesz na spotkanie? – Jörn podniósł lekko głos.
    -W zaistniałej sytuacji nie – awantury wisiały dzisiaj w powietrzu i nawet Lisa
    zaczęła tracić cierpliwość.
    -Jakie spotkanie? – Greta zapytała ją na boku.
    -Umówiłam się na dzisiaj z tym przystojnym chirurgiem ze szpitala Franka, ale…
    sama rozumiesz – Lisa ponownie wzruszyła ramionami a głośno dodała – chyba
    rzeczywiście nie pozostanie nam nic innego niż wyjazd.
    To niewinne stwierdzenie rozpętało prawdziwą burzę i dyskusję pod
    tytułem: „Wyjazd czyli ucieczka: tchórzostwo czy rozsądek”. Zdania jak zwykle
    były podzielone. Spór rozstrzygnął Antek.
    -Jeżeli do jutrzejszego popołudnia nic się nie wyjaśni to proponuję wyjechać.
    -Ale… - od razu podniósł się protest.
    -Nie wiadomo kim są porywacze i do czego są zdolni – Antek uciął dyskusję –
    wolałbym nie oglądać mojej matki w częściach.
    Argument zadziałał błyskawicznie. Obraz rozkawałkowanej Luśki, przesyłanej w
    pojedynczych paczkach wpłynął na wyobraźnię. Nikt z obecnych nie wiedział, że
    kilka godzin wcześniej Antek przeprowadził bardzo długą rozmowę z baronem,
    której wynikiem była, wygłoszona właśnie, propozycja powrotu do Niemiec. Baron
    miał dość pozostawania o krok w tyle za kimś, kto za życiowy cel przyjął sobie
    uprzykrzanie mu życia. Postanowił przejść do ofensywy i zastawić w końcu
    pułapkę zarówno na swoją prawdziwą czy też fałszywą kuzynkę jak i szpiega,
    który bez wątpienia przebywał w pałacu. Gdyby tylko Frank zdecydował się mówić,
    zadanie byłoby o niebo łatwiejsze. Niestety baron nie mógł liczyć ani na niego
    ani na nikogo ze znajomych. Jedyną osobą, której postanowił zaufać był Antek.
    Wychodził bowiem z założenia, że kogo jak kogo, ale własnego syna Luśka
    rozpoznałaby zawsze. Przy jeziorze zatem był ktoś inny. Akcja została
    zaplanowana na następną noc, ale jak to często z planami bywa odbyła się w
    zupełnie innym terminie z zupełnie innymi uczestnikami.
  • 27.04.06, 13:34
    Sen był niezwykle sugestywny. Pałac wyglądał niby tak jak zwykle,
    nieprzenikniona ciemność z niewielkim tylko strumieniem księżycowego światła
    sprawiała, że okna wyglądały jak puste oczodoły wielookiego potwora. Dookoła
    panowała złowieszcza cisza. Parne powietrze stało w miejscu. Żaden, nawet
    najlżejszy podmuch wiatru, nie poruszał liśćmi. Umilkły ptaki, żaby i
    świerszcze. Baron stał na podjeździe, skapany srebrnym światłem księżyca, nie
    mogąc poruszyć się w żadną stronę. Nagle drzwi wejściowe do pałacu uchyliły się
    wolno i bezgłośnie. Baron zaczął wpatrywać się w nie z natężeniem, przekonany,
    że jeżeli tylko zobaczy osobę, która przez nie wyjdzie rozwiąże całą zagadkę.
    Po kilku chwilach drzwi otworzyły się na całą szerokość, lecz nikogo nie było
    widać. Z wielkim trudem baron zrobił krok w kierunku wejścia do pałacu i wtedy
    go zobaczył. Kościotrup ubrany w czarny SS-manowski mundur z czerwoną swastyką
    na rękawie posuwał się w jego stronę grzechocząc kośćmi. W otaczającej ciszy
    dźwięk ten brzmiał jak wezwanie na Sąd Ostateczny. Kiedy postać była już jakieś
    półtora metra od barona wyciągnęła coś, co było kiedyś dłonią, kiwnęła
    pozostałościami palca, odwróciła się i ruszyła w stronę parku. Baron jak
    urzeczony podążył za nią. Postać pojawiała się i niknęła na parkowych ścieżkach
    wyraźnie klucząc bez celu. W pewnym momencie doprowadziła barona do olbrzymiego
    drzewa. Wskazała na nie palcem i zniknęła. Na jednej z gałęzi wisiał gruby
    sznur, zakończony pętlą podtrzymującą głowę wisielca. Dziwne, ale baron w ogóle
    nie czuł strachu, kiedy nieruchome ciało poruszyło się i wężowym ruchem zaczęła
    zsuwać się na dół. Spojrzawszy na barona szyderczo wykrzywiła opuchnięte wargi
    i zaniosła się przeraźliwym śmiechem. Na ten widok baron zaczął uciekać. Nie
    mógł znaleźć drogi do pałacu. W pewnym momencie wydawało mu się, że gdzieś
    blisko błysnęło światełko. Zawrócił w tamtym kierunku czując ciągle zbliżającą
    się pogoń. Światełko pochodziło z okna wielkiego domu. Baron przyśpieszył lecz
    kiedy dobiegał do drzwi nagle cała budowla zniknęła a na jej miejscu pojawiły
    się chwasty i wielkie czarne dziury. Baron nie będąc przygotowany na taki obrót
    spraw zahaczył o coś nogą i wpadł do głębokiej jamy. Sturlawszy się na sam dół,
    uderzył w coś twardego, poczuł, że to już koniec i się obudził.
    Leżał na podłodze zlany potem. Bolało go stłuczone kolano i bar a przed oczami
    ciągle miał wykrzywioną i opuchniętą twarz wisielca. Wzdrygnął się lekko, kiedy
    przypomniał sobie jego śmiech i wstał. Do trzeciej, najbardziej przeklętej
    godziny nocy, brakowało jeszcze kilku minut. Niedługo zacznie świtać, nadejdzie
    nowy dzień, który powinien przynieść rozstrzygnięcie. Pułapka zastawiona na
    złoczyńców powinna się udać. Baron przeciągnął się i sięgnął po butelkę z wodą
    mineralną, która zawsze stała obok jego łóżka. Machinalnie odkręcił nakrętkę i
    zaczął pić. W głowie kołatało mu się słowo „pułapka”… Kojarzyło mu się ze snem
    i jeszcze z czymś, co z pewnością ostatnio widział. Nagle spłynęło na niego
    olśnienie. Wiedział! Widział wyraźnie jak na dłoni drogę prowadzącą do skarbu.
    Wyjrzał przez okno. Było jeszcze ciemno. Rozsądek podpowiadał mu, żeby poczekać
    do rana i sprawdzić to miejsce, które mu właśnie przyszło do głowy w pełnym
    blasku słońca z towarzystwem u boku, ale ciekawość była silniejsza. Zarzucił na
    siebie spodnie i sweter, wsunął nogi w ciche sportowe buty i na palcach wyszedł
    z pokoju. W pałacu poruszał się ostrożnie i cicho. Dopiero kiedy udało mu się
    niepostrzeżenie wymknąć na dwór puścił się biegiem. Po kilku minutach był na
    miejscu. Kieszonkową latarką, którą podwędził z kuchni, oświetlił teren, który
    jeszcze przed dwoma było zapuszczoną polanką z górką pośrodku. Poświecił na
    betonową posadzkę, z której Zosia wraz z pracownikami usunęła resztki podłogi.
    Beton był pokruszony i popękany. Plątanina linii była całkowicie przypadkowa.
    Po krótkim poszukiwaniu baron odnalazł jednak ledwie widoczny zarys prostokąta
    o wymiarach mniej więcej metr na metr. Po pobieżnym oczyszczeniu upewnił się,
    że nie jest to integralna część posadzki. Po podważeniu jednej strony płyta
    lekko drgnęła. Po półgodzinie katorżniczych wysiłków udało mu się w końcu ją
    odsunąć. Płyta okazała się sprytnie skonstruowana. Opierała się na legarach,
    które stanowiły część piwnicznego sufitu i składała się z połączonych ze sobą
    desek pokrytych cienką warstwą betonu. Po włożeniu na swoje miejsce prawie
    idealnie wpasowywała się w posadzkę. Na dół prowadziła drewniana drabina.
    Wyglądała całkiem przyzwoicie, więc po krótkim wahaniu baron powoli zaczął
    schodzić. Po kilku chwilach stał w dobrze utrzymanej piwnicy. Przed latami
    stanowiła ona zapewne piwniczkę na wino. Pod ścianami stały resztki regałów,
    gdzie niegdzie w świetle latarki błyskały zakurzone butelki. W środku nie było
    czuć zapachu stęchlizny, wręcz przeciwnie delikatny lekki powiew świeżego
    powietrza. Wypływało ono z niewielkiego przejścia, prowadzącego, jak sprawdził
    baron po chwili do następnego pomieszczenia. Było dosyć spore, suche i
    przewiewne. I zapełnione prawie po brzegi. Porządnie ustawione jedna przy
    drugiej stały duże drewniane skrzynie. Było ich około dziesięciu. Na stojącej
    najbliżej wejścia została ustawiona mniejsza skrzynka. Baron odruchowo sięgnął
    najpierw po nią. Nie miała żadnego zamknięcia. Otworzył wieko. W środku było
    kilka porządnie ułożonych kopert z czarnymi pieczęciami z dwugłowym orłem,
    kilkanaście zwykłych kopert i albumy ze zdjęciami. Baron otworzył pierwszy z
    nich. Już zdjęcia na pierwszej kartce przeraziły go. Szybko przerzucił kilka
    stron. Kolejne nie różniły się niczym od pierwszego: zbrodnie wojenne, plutony
    egzekucyjne, zdjęcia z gestapowskich przesłuchań i uśmiechnięci oficerowie
    gestapo i wojska niemieckiego pozujący do aparatu.
    -Oddaj mi to – usłyszał nagle za sobą zimny głos. Baron odwrócił się powoli i
    spojrzał swojemu przyjacielowi prosto w oczy.
    -Proszę, nie zmuszaj mnie żebym ci to odebrał siłą – Jörn spokojnie podniósł
    dłoń, w której zalśnił rewolwer. Jego zwykle sympatyczna i uśmiechnięta twarz
    była teraz zupełnie obca. Z napięciem wpatrywał się w skrzynkę.
    -Dlaczego? – baron zapytał po długiej chwili milczenia.
  • 11.05.06, 10:09
    -Dlaczego? – powtórzył Jörn – A dlaczego ty chcesz to wiedzieć? – zapytał. W
    odpowiedzi baron wzruszył ramionami.
    -Powiem ci, tylko najpierw oddaj mi proszę tę skrzynkę – poruszył sugestywnie
    bronią.
    -Po co ci to? – baron z wahaniem wręczył mu przerażające dokumenty.
    -Widzisz Schmidt był nie tylko złodziejem – Jörn zerknął do środka po czym
    zamknął wieko skrzynki, zabezpieczył je i zaczął opowiadać – Miał większe
    ambicje niż tylko być bogatym. Chciał mieć władzę. Dosyć szybko zorientował
    się, że władzę daje wiedza i informacja. W tej niewielkiej skrzynce znajduje
    się takie mini archiwum wiadomości na temat ówczesnych bossów nazistowskich.
    Dokumentacja przekrętów, zbrodni wojennych, kradzieży… Co tylko chcesz.
    -Więc to nie chodziło o skarb?
    -Ależ tak – Jörn roześmiał się dosyć nieprzyjemnie – to jest właśnie skarb dla
    kogoś, kto wie jak tego użyć.
    -A ty wiesz? – baron zapytał zimno.
    -Owszem – równie zimno odparł jego przyjaciel – zawrzyjmy układ – zaproponował
    po chwili – ja biorę skrzynkę ty resztę. Chyba to uczciwa propozycja zważywszy
    na okoliczności? – spojrzał znacząco na trzymaną w ręku broń.
    -Więc to ty współpracowałeś z wnuczką Schmidta?
    -Nie – Jörn zmarszczył czoło – ale domyślam się kto to mógł być.
    -Pewnie – baron stwierdził drwiąco – został tylko Hans, więc nie trzeba
    błyskotliwej inteligencji…
    -Dobra – Jörn skończył papierosa i wstał – zostaniesz tu na trochę a ja sobie
    spokojnie wyjadę.
    Z lekkim uśmiechem odstawił delikatnie drogocenną skrzynkę, położył latarkę na
    jednej ze skrzyni i zbliżył się do barona.
    -Przykro mi stary… – zaczął.
    W tym samym momencie wystąpiło kilka wydarzeń naraz. Baron, zdawszy sobie
    sprawę z tego, że Jörn zamierza go związać i zostawić w zimnej piwnicy,
    postanowił działać. Cofnął się o krok a następnie z impetem rzucił się na
    Jörna. Ten ostatni nie spodziewał się ataku, zachwiał się i próbując złapać
    równowagę chwycił za kant najbliżej skrzyni potrącając latarkę, która zachwiała
    się a potem spadła na podłogę oświetlając dolne partie pomieszczenia.
    Jednocześnie gdzieś za ich plecami słychać było pośpieszne kroki. Odruchowo
    obaj spojrzeli w kierunku wejścia ale zobaczyli tylko eleganckie szpilki,
    usłyszeli strzał i zapadła ciemność, nieprzenikniona jak czarna zasłona. Baron
    powoli zaczął przesuwać się w stronę wejścia, lecz tam gdzie miało ono być
    natrafił na przeszkodę.
    -Nie ruszaj się – przegroda syknęła głosem Hansa i wbiła baronowi w bok coś
    twardego, zimnego i zapewne niebezpiecznego.
    Nagle z miejsca gdzie prawdopodobnie znajdował się Jörn i nogi w szpilkach,
    dobiegł hałas. Coś trzasnęło, upadło a damski głos zaprotestował energicznie.
    -Złaź ze mnie i łapy przy sobie!
    -Auć! – jęknął Jörn, ale z dźwięków wydawanych przez kobietę wynikało, że nie
    zastosował się do polecenia.
    -Złaź, bo jak ci przyłożę… - Hans poruszył się niespokojnie.
    Baron wyczuł szansę dla siebie. Odsunął się a kiedy poczuł ruch powietrza,
    świadczący o tym, że Hans pośpieszył wspólniczce na pomoc, ruszył do wyjścia.
    Tym razem prawie mu się udało. W ostatniej chwili, kiedy już już był na
    zewnątrz zahaczył o coś nogą, nie zdołał utrzymać się w pionie i poleciał w
    dół. Próbując zebrać się z twardej kamiennej podłogi klął cicho pod nosem.
    Ostatnia godzina była obfita w wydarzenia. Dwa razy grożono mu bronią,
    prawdopodobnie złamał nogę a dwie zwalczające się frakcje, z których jedną
    uważał kiedyś za przyjaciela, tarzała się właśnie w jego spadku walcząc o
    niewielką skrzynkę wraz z jej ohydną zawartością. Nie mogło już być gorzej!
    Noga bolała go coś bardziej, spróbował wdrapać się po drabinie i wydostać na
    zewnątrz, ale szybko zdał sobie sprawę z tego, że bez pomocy ta sztuka mu się
    nie uda. Usiadł więc pod ścianą zastanawiając się melancholijnie kto z tej
    trójki walczących okaże się zwycięzcą i czy ewentualnie będzie mógł liczyć na
    jego łaskę.
    ***
    Trochę wcześniej kilka kilometrów dalej Luśka nagle obudziła się. W pierwszej
    chwili nie wiedziała gdzie jest ale pamięć podsycana furią wróciła jej dosyć
    szybko. Była związana, leżała na łóżku w obcym domu i bez wątpienia była noc.
    Pierwsza próba uwolnienia się z więzów nic nie dała. Luśka podciągnęła się do
    góry i z niejakim trudem przyjęła pozycję siedzącą. Obok łóżka stał stolik a na
    nim lampka. Lampka jak wiadomo powinna mieć włącznik. Po całej wieczności
    macania stopą blatu stolika Luśka go w końcu znalazła i w pokoju rozlało się
    ciepłe światło. „No, teraz lepiej” – mruknęła pod nosem, zastanawiając się
    czego użyć do przecięcia sznura do bielizny, zastosowanego przez porywaczy. W
    zasięgu wzroku nie było nic ostrego, żadnego noża, nożyczek, czy ostrych
    szkieł, których to narzędzi używają zwykle uwięzieni w amerykańskich
    filmach. „Bujda na resorach” – pomyślała z niechęcią i przyjrzała się
    dokładniej otoczeniu. Dostrzegła, że podstawa lamy stojącej na stoliku jest
    kuta. Prawie wszystkie krawędzie były łagodnie zaokrąglone, jednakże w jednym
    miejscu… Luśka nachyliła się do lampy i przeciągnęła palcem po krawędzi liścia
    klonu, który ozdabiał podstawę. Po chwili na palcu pojawiła się krew. Nie
    zastanawiając się długo spróbowała przeciąć więzy na nadgarstkach. Po kilku
    nieudanych próbach przyjęła w końcu właściwą pozycję i włókno po włóknie
    zaczęło pękać. Pół godziny później było już po wszystkim. Luśka stanęła na
    własnych nogach. Chwiejąc się lekko ruszyła do drzwi, chcąc natychmiast
    policzyć się z porywaczami. Po kilku minutach odkryła jednak, że dom jest
    pusty. Jej wściekłość, o ile to możliwe, jeszcze wzrosła. Wyszła na zewnątrz, w
    szopie za domem znalazła rower, wsiadła na niego bez wahania i ruszyła w stronę
    pałacu. Nigdy w życiu nikt jej tak jeszcze nie upokorzył. Z każdym naciśnięciem
    pedałów jej uczucia do porywaczy nabierały nowych, coraz mocniejszych odcieni i
    kamieniały w niej na granit, przy czym myśl, że zemsta jest daniem, które
    najlepiej smakuje na zimno, nie miała do niej dostępu. Chciała ich dorwać
    natychmiast albo jeszcze szybciej. Na podjeździe pałacu znalazła się dokładnie
    w ostatniej chwili. Zdążyła zauważyć dwie znikające za pałacem postacie i bez
    namysłu ruszyła za nimi. Kiedy rozpoznała w nich porywaczy przyśpieszyła kroku
    ale zanim zdążyła ich dogonić zapadli się jakby pod ziemię. Chwilę później
    usłyszała przytłumiony strzał. Teraz już nic nie mogło jej powstrzymać.
  • 18.05.06, 11:47
    Zatrzymała się w ostatniej chwili. Intuicja, szósty zmysł a może błysk księżyca
    odbijającego się w starej butelce z winem, porzuconej wcześniej przez barona,
    powstrzymały Luśkę przed wpadnięciem głową w dół do piwnicy. Biorąc pod uwagę
    jej gabaryty, nawet po stosowanej od kilku dni kuracji odchudzającej, która
    nawiasem mówiąc skutki przynosiła mierne, upadek taki skończyłby się zapewne
    ciężkim uszkodzeniem ciała zarówno Luśki jak i barona, który usadowił się
    dokładnie obok drabinki. Jej wahanie trwało zaledwie chwilę, po czym mężnie acz
    z wysiłkiem ruszyła na dół.
    -Dzięki Bogu! – głos barona zabrzmiał w uszach Luśki jak trąby Jerycha.
    -Rany Boskie! – chwyciła się za gors odwracając się do swojego chlebodawcy –
    ale mnie pan przestraszył! Co się tam dzieje? – zainteresowała się posłyszawszy
    dźwięki dobiegające z sąsiedniego pomieszczenia.
    -Moi, tak zwani, przyjaciele walczą właśnie o mój spadek – baron wyjaśnił
    sprawę elegancko a następnie zapytał – więc jednak pani nie porwano?
    -Właśnie, że porwano – myśl o złoczyńcach, którzy ośmielili się ją uwięzić
    ponownie dodała Luśce sił – ale się uwolniłam. Czy ten cały Hans jest właśnie
    tam? – wskazała ręką ciemność.
    -Owszem i uważam, że powinniśmy zawiadomić policję. Ja niestety…
    -To za chwilę – Luśka przerwała mu bezceremonialnie – najpierw muszę z nim
    wyjaśnić kilka spraw – dodała złowieszczo i ruszyła w stronę odgłosów.
    W normalnych warunkach Jörn prawdopodobnie nie miałby szans. Przeciwników była
    dwójka, przy czym każde z nich miało broń. W ciemnościach jednak, jak wiadomo,
    wszystkie koty są czarne. W tej nierównej walce tylko Jörn miał pewność, że
    każdy cios zadany przeciwnikowi działa na jego korzyść. Hans i wnuczka Schmidta
    Ilsa takiej pewności nie mieli. Dodatkowo każde z nich chciało zawładnąć
    dokumentami ze skrzynki. Niestety jej lokalizacja była nieznana. Dlatego
    właśnie, kiedy Luśka pojawiła się w wejściu oświetlając je zapalniczką, którą
    zabrała baronowi, sytuacja zbliżała się do patowej. Niespodziewane światło
    zaskoczyło wszystkich. Jörn, Hans i Ilsa spojrzeli w kierunku Luśki a na ich
    twarzach malowała się najdoskonalsza bezmyślność.
    -O żesz ty jeden z drugim! – pierwsza odzyskała panowanie nad sobą Luśka i
    ruszyła jak rozwścieczony byk w kierunku Hansa – zachciało ci się pieronie
    gwiaździsty mnie porywać! – ryknęła głośno i klasycznym, płynnym ruchem
    przyłożyła mu z pięści w podbródek. Głowa Hansa odskoczyła jakby była
    przymocowana na sprężynce. Nie przewrócił się tylko dlatego, że opierał się o
    skrzynie. Ruch powietrza zgasił jednakże zapalniczkę. Znowu zapanowała
    ciemność. Po chwili z prawej rozbłysło światło latarki i zimny damski głos
    oznajmił po niemiecku.
    -Hände hoch! – Ilsa Schmidt po mistrzowsku wykorzystała moment nieuwagi.
    Odnalazła broń Jörna, latarkę i skrzynkę i właśnie zmierzała z nimi do wyjścia.
    -Jeszcze z wami nie skończyłam – czerwona płachta przesłoniła oczy Luśki,
    celnym kopniakiem uspokoiła Hansa, który dochodził do siebie po uderzeniu,
    próbując zaatakować Luśkę od tyłu. Jednak po spotkaniu z jej nogą, zginając się
    w pół zakwilił cichutko.
    -Was?
    -Kapusta i kwas – odpowiedziała odruchowo Luśka i ruszyła w stronę Ilsy. Mimo
    swojej masy Luśka umiała poruszać się szybko i zwinnie. Ilsa cofała się w
    stronę wyjścia trzymając Luśkę ciągle na muszce. Nagle zahaczyła obcasem o ten
    sam występ, który wcześniej zaliczył baron i poleciała do tyłu. Luśka
    pośpieszyła za nią, bynajmniej nie z pomocą. Nie zauważyła, że za jej plecami
    Jörn zamierza zrobić dokładnie to samo. Dopadli Ilsę jednocześnie wyrywając jej
    z rąk skrzynkę, to Jörn i latarkę oraz rewolwer, to Luśka. Ilsa nie stawiała
    oporu, wyglądało na to, że jest nieprzytomna.
    -Niech pani mu to zabierze! – nagle spod ściany dobiegł ponaglający głos
    barona – nie może z tym wyjechać!
    Luśka zareagowała odruchowo. Nie wyładowała jeszcze do końca przepełniających
    ją uczuć a leżącej Ilsy i jęczącego w ciemnościach Hansa nie było sensu już
    więcej uszkadzać, więc całą złość skierowała na Jörna, który chyłkiem miał
    zamiar się ulotnić.
    -A ty dokąd? – warknęła i ruszyła za nim wymachując bronią. Na ten widok Jörn
    zbladł odrobinę i przyśpieszył kroku. Był już na czwartym szczeblu drabinki,
    kiedy Luśka chwyciła go za nogę i bez zastanowienia ściągnęła w dół. Uścisk
    mocny jak imadło i ręce zajęte drogocenną skrzynką nie pozostawiły
    zaatakowanemu pola manewru. Zjechawszy elegancko w dół, zaliczając tyłkiem po
    drodze wszystkie mijane szczebelki, osiągnął podłogę. Chwilę później został
    jedną ręką podniesiony przez Luśkę do pionu, odebrano mu drogocenną skrzynkę i
    zafundowano prawy sierpowy.
    -To chyba wszyscy – Luśka otrzepała dłonie, wytarła je w spódnicę i zwróciła
    się do barona – teraz możemy iść na policję.
    -No, ja nie bardzo – baron poruszył się z trudem, bo noga zaczęła mu puchnąć.
    -Eee.. to nie problem – Luśka wzruszyła ramionami – wyniosę pana na górę. Niech
    pan weźmie skrzynkę.
    Tak też zrobili. Kilkanaście minut później baron znalazł się w pałacu. Czekając
    na wezwaną policję i lekarza zajął się zawartością skrzynki. Ku jego
    olbrzymiemu zdumieniu w skrzynce zamiast dokumentów, które oglądał jeszcze pół
    godziny temu znajdowały się najzupełniej niewinne kartki z pozdrowieniami,
    puste koperty i puste albumy. Kompromitujące dokumenty zniknęły.
  • 18.05.06, 11:49
    Świtało już kiedy w pałacu pojawiła się karetka i siły policyjne w postaci
    Antka i kilku jego kolegów z komisariatu. Wspólnymi siłami wydobyto całą trójkę
    z piwnicy. Okazało się, że każde z nich jest uszkodzone. Hans miał wielki
    siniak na brodzie, złamaną rękę i obolały brzuch, Ilsa wstrząs mózgu a Jörn
    stłuczoną kość ogonową i mało eleganckiego acz ciekawego kolorystycznie siniaka
    w miejscu gdzie jego twarz napotkała pięść Luśki. Po stwierdzeniu uszkodzeń
    przez lekarza i zapakowaniu poszkodowanych do karetki zapanowała lekka
    konsternacja. Na placu boju pozostała bowiem Luśka i policja.
    -No to się matka doigrałaś! – Antek mruknął pod nosem.
    -E tam… - Luśka wzruszyła ramionami – ty mi lepiej powiedz, co zrobimy z tym
    tutaj.
    -Zabezpieczymy, żeby nie zginęło a potem niech się martwi baron. Ja tylko nie
    wiem co zrobić z tymi jego kolegami – zafrasował się – z jednej strony można
    ich oskarżyć o porwanie i napad z bronią w ręku, z drugiej nie bardzo chciałbym
    to robić bez uzgodnienia z baronem…
    -Wojtek powiedział, że zadzwoni jak już będzie coś wiadomo – lekarz pogotowia
    był dobrym znajomym Luśki, podobnie zresztą jak wszyscy inni dorośli i dzieci w
    promieniu trzech powiatów – pojedziemy do szpitala i coś ustalimy.
    ***
    -Powinieneś podnieść pensję tej swojej gosposi – Jörn skrzywił się z bólu – to
    nie jest kobieta, tylko jakieś monstrum.
    -Bardzo dobrze – baron siedział razem z Jörnem w poczekalni – inaczej
    siedziałbym tam do teraz. Nie mogę tego zrozumieć – mruknął – tyle lat byliśmy
    przyjaciółmi, a ty mi wykręcasz taki numer.
    -Nie miałem wyjścia – westchnął Jörn – właśnie dlatego, że jestem twoim
    przyjacielem dostałem tę robotę.
    -O czym ty mówisz? Jaką robotę? Przecież jesteś architektem…
    -Owszem, ale dodatkowo jestem też czymś w rodzaju… no… prywatnego detektywa.
    -Zwariowałeś? – baron popatrzył na niego z niedowierzaniem.
    -Nie – Jörn pokręcił głową – polecono mi, żebym znalazł te dokumenty.
    -Dlaczego? – baron wzruszył ramionami – przecież minęło sześćdziesiąt lat od
    zakończenia wojny.
    -Wiem – Jörn westchnął jak parowóz – pamiętaj jednak, że niektórzy z nich
    jeszcze żyją to raz, a dwa niektórzy z woleliby nie ujawniać czym zajmowali się
    ich rodzice podczas wojny, zwłaszcza jeżeli są teraz prominentnymi politykami… -
    zawiesił głos.
    -Rozumiem – baron popatrzył gdzieś w przestrzeń – a ty kogo reprezentujesz?
    Tych polityków czy ich przeciwników?
    -Sprawiedliwość…
    Chwilę później lekarze zabrali ich do oddzielnych gabinetów i rozmowa siłą
    rzeczy musiała zostać zakończona.
    ***
    Kilka dni później, kiedy upewniono się, że Ilsa i Hans przekroczyli polsko
    niemiecką granicę i nie zamierzają wracać towarzystwo pałacowe w nieco
    zmienionym składzie zabrało się do opróżniania piwnicy. Antek, Greta, Lisa,
    Rita i Zosia wraz ze swoimi pracownikami dopingowane przez Franka, barona i
    Jörna wyciągali w pocie czoła skarby umieszczone w skrzyniach. Czego tam nie
    było! Sezam to przy nich mięta z bubrem. Zachwycone biżuterią kobiety i
    dziełami sztuki mężczyźni dopiero po kilku godzinach zdali sobie sprawę z
    faktu, że większość z tych skarbów jest skradziona a ich poprzedni właściciele
    nie dożyli raczej spokojnej starości.
    -Co z tym zrobisz? – pierwsza ochłonęła Greta.
    -Nie wiem – baron popatrzył na wielką płachtę zakrytą wszelkimi dobrami – część
    z tego jest z pewnością moja, ale nie wiem co.
    -Zaraz, zaraz – Frank podrapał się po głowie – w tej skrzynce, którą przywiozła
    twoja matka był jakiś spis. Może to właśnie to?
    -A dokumentów jak nie było tak nie ma – westchnął Jörn – nie wiem kiedy ona
    zdążyła je schować.
    -Na pewno nie mieli ich przy sobie – Antek stwierdził stanowczo, ocierając pot
    z czoła – obydwoje zostali dokładnie przeszukani łącznie z bagażami i
    samochodem. Nota bene wasze samochody też zostały przeszukane, na wszelki
    wypadek.
    -I co? – zapytała zachłannie Lisa.
    -Nic – Antek rozłożył ręce – nie ma.
    -Na dole też już nic nie ma – Zosia wystawiła głowę nad otwór – przeszukaliśmy
    wszystko centymetr po centymetrze.
    -Nic? – baron spojrzał na nią zawiedziony, ale tylko pokręciła przecząco głową.
    -Trudno – Jörn wzruszył ramionami – muszę się z tym pogodzić.
    -Chyba nie masz wyjścia – Frank przyjacielsko poklepał go po ramieniu – swoją
    drogą to długo wam zajęło znalezienie tej skrytki.
    -Jak to? – Lisa spojrzała na niego pytająco – nie mów, że wiedziałeś przed nami.
    -No pewnie – Frank uśmiechnął się pobłażliwie – była zaznaczona na jednej z
    map. Tej z 1921 roku.
    -1921! – wykrzyknął baron i uderzył się w czoło – no pewnie, przecież tu stał
    stary dom. Piwnice były kamienne, więc ocalały przed pożarem. Idealne miejsce.
    Że też nie wpadliśmy na to wcześniej…
  • 18.05.06, 11:51
    Rok później w niewielkim kościółku w pobliżu odbyły się dwa śluby jednocześnie.
    Baron dopiął w końcu swego i prześliczna panna Zosia zgodziła się zostać
    baronową von Dupersztangiel. Druga panna młoda, Greta również miała
    wątpliwości. Mieszkanie pod jednym dachem z teściową to nic przyjemnego, a
    kiedy tą teściową jest Luśka… Nic dziwnego, że długo modliła się przed figurą
    Matki Boskiej.
    -Jaką dostałeś odpowiedź? – świadek pana młodego znalazł w końcu spokojną
    chwilę, żeby zamienić z nim słowo na osobności.
    -Przyjęli na skarb państwa – baron westchnął w odpowiedzi – nie było to proste,
    nie wiadomo, jaki jest status tych wszystkich rzeczy. Skradzione, odnalezione…
    Nie wiadomo czy są jacyś właściciele albo spadkobiercy. Miliony urzędników i
    nikt nic nie wie… Co za kraj!
    -A ty chcesz tu zostać na stałe – Jörn roześmiał się.
    -Zosia nie chce wyjeżdżać.
    -No tak, żony trzeba się słuchać.
    -Ty to pewnie wiesz najlepiej – baron odciął się szybko, spoglądając znacząco
    na zaokrąglony brzuszek Lisy – zdaje się, że nie zamierzałeś się w ogóle żenić,
    że o dzieciach nie wspomnę.
    Przycinając sobie żartobliwie wyszli na taras. Tam Jörn, upewniwszy się, że
    nikt ich nie podsłuchuje powiedział niepewnie:
    -Jest jeszcze jedna sprawa…
    -Tak?
    -Słyszałeś, że X Y i Z zrezygnowali ze swoich stanowisk.
    -Ostatnio nie miałem czasu, żeby interesować się niemiecką polityką a dlaczego
    pytasz?
    -Wiesz, od roku zastanawiam się jak to możliwe, że te dokumenty ze skrzynki
    zniknęły…- zawiesił głos.
    -To się nie zastanawiaj – baron spojrzał mu prosto w oczy – szkoda czasu. A
    tych swołoczy chyba za bardzo nie żałujesz? – zapytał.
    -Nie. I… dzięki.
    -Na twoim miejscu przywitałbym się z ciotką – baron zręcznie zmienił temat,
    wskazując podążającą ku nim Luśkę.
    Jörn wzdrygnął się lekko, ale nie miał wyjścia. Ostatecznie teraz wszyscy
    tworzyli jedną wielką, szczęśliwą rodzinę.

    KONIEC
  • 04.03.06, 13:09
    Ta leśna polana przyciągała nas swym zielonym urokiem, jak magnes. Wakacje bez
    odwiedzenia tego uroczyska w ogóle nie zaliczały się do wypoczynku. Po
    wszystkich wojażach, wycieraniu kurzu z różnych górskich ścieżek lub
    przesypywaniu piasku na plażach, jechaliśmy w tę głuszę, jak do wymarzonej
    samotni, gdzie tylko las, ptaki, sarny, wiewiórki i my. Po minięciu ostatniej
    wsi, pokonaniu potwornie wyboistej drogi, pnącej się lekko w górę, rzuceniu
    okiem za siebie na piękny krajobraz, szeroki aż po horyzont i ukłonieniu się
    przycupniętej pod drzewem gajówce, wjeżdżaliśmy w las i zaczynaliśmy oddychać
    pełną piersią. Po obu stronach kamienistego duktu kłaniały nam się znajome,
    coraz wyższe sosny, a ciekawskie sójki witały nas krótkim skrzekiem i
    ulatywały, żeby podzielić się z kumoszkami wieścią, że oto już są! Przyjechali
    ci z miasta, będzie coś dobrego do jedzenia. Przy wjeździe na polanę, jak
    zwykle pomagała nam tabliczka z coraz bardziej wyblakłym napisem: „Polana
    Wykus. Pole namiotowe” i wreszcie byliśmy u celu. Rozbijaliśmy obóz i
    zaczynaliśmy sprawdzać, ile przybyło wyrytych napisów na drewnianych wiatach i
    stołach, jak urósł sosnowy młodniak, czy starodrzew nie ucierpiał zbytnio w
    czasie zimy i czy jak zwykle, poczekały na nas poziomki, maliny i jagody.
    Świadomość, że jesteśmy w samym środku ogromnego kompleksu leśnego, skąd do
    najbliższej ludzkiej osady mamy 3 kilometry w prawo i 9 w lewo, dawała nam
    swoiste poczucie wolności, a historyczna przeszłość tego miejsca pobudzała
    wyobraźnię. Tak było dotąd, dopóki nie zderzyła się ona z rzeczywistością.
    Dodajmy – dość ponurą.
    Dzień zbliżał się ku końcowi, więc oddawaliśmy się przedwieczornym obrządkom,
    czyli przyniesieniu pysznej wody ze źródełka i przygotowaniu kolacji. Po
    której, jak zwykle usiedliśmy wygodnie przy małym ognisku i nucąc sobie przy
    gitarze oraz pogadując leniwie, czekaliśmy na noc. I na pieczone w żarze
    ziemniaczki, które jakoś nie chciały nam się przejeść. Kiedy tak na nie
    czekaliśmy, wsłuchując się w gadanie lasu, patrząc w gwiazdy i myśląc o
    niebieskich migdałach, nagle na polanę wjechał samochód. Duży. Z wygaszonymi
    światłami. Zatrzymał się na uboczu polany, w cieniu potężnej brzozy i tyle.
    Stał, nikt z niego nie wysiadał, nic się nie działo. Oczywiście dreszcz
    przeleciał mi po plecach, bo nastrój zrobił się taki, jak na filmie, gdy niby
    nic się nie dzieje, ale wiadomo, że zaraz musi coś się zdarzyć. W dodatku - my,
    widoczni na tle tego ogniska, jak na panoramicznym ekranie, a ci tam, w
    kompletnej ciemności i tajemniczy, jak jeźdźcy z nikąd. Jakby tego było mało,
    gdzieś w ciemności ponuro rozdarł się puszczyk, potęgując grozę przeciągłym
    pohukiwaniem, aż do przesady. Wtedy poczułam, że dłużej tego nie wytrzymam.
    - Bierz siekierę, ja mam nóż, idziemy zapytać, czego chcą – szepnęłam do męża,
    szczękając zębami.
    - Spokojnie, przyjechali, to i pojadą – mężczyzna mego życia, jak zwykle
    usiłował spacyfikować mnie swoim opanowaniem i jak gdyby nigdy nic, zaczął
    wygrzebywać ziemniaki z ogniska.
    - A jak zostaną? Całą noc będziemy tak siedzieć? W życiu nie pójdę do namiotu,
    dopóki tu jacyś cichociemni się czają. Ja się boję!
    Jakby w odpowiedzi na moje histeryczne szepty, a może upojny zapach pieczonych
    ziemniaków, który rozszedł się dookoła, nagle drzwi samochodu się otworzyły i
    wysiadła z nich jakaś czarna zmaza, zarzuciła coś na ramię i zaczęła zbliżać
    się w naszym kierunku. Niech ja skonam, to zarzucone, to chyba karabin, albo
    jakaś inna broń palna! Poczułam, jak skóra cierpnie mi wszędzie, nawet na
    piętach.
    - Dobry wieczór państwu! – zmaza przemówiła całkiem przyjaźnie i podeszła w
    krąg światła – Leśniczy Kowalczyk, witam serdecznie.
    Leśniczy! Faktycznie, jakiś mundurek miał na sobie i ta giwera sterczała mu
    znad przepisowej czapeczki.
    - No wie pan co! Tak nas straszyć! W podchody się bawicie, czy co? – o mało go
    nie zabiłam swoim głosem, nie mogąc wybaczyć przeżytego stresu.
    - A nie, nie bawimy się. Musieliśmy się upewnić, że to państwo tu siedzicie.
    - A kogo innego się spodziewaliście? – zapytał z ciekawością mąż.
    - Kłusowników – odpowiedział krótko pan urzędowy i dodał szybko – Proszę się
    nigdzie stąd w nocy nie ruszać. Najlepiej w ogóle udawajcie, że was nie ma.
    - Zwykle nie latamy w nocy po lesie. Bo co? – wcale nie podobało mi się takie
    naruszenie wolności, więc nie siliłam się na uprzejmość.
    - Bo może być gorąco. Robimy obławę na kłusowników, a oni nie znają się na
    żartach. Powtarzam: zgasić ognisko i siedzieć cicho – powiedział sucho i nagle,
    jakby się zreflektował, że przecież, jakby nie było, jest tutaj naszym
    gospodarzem – Przepraszam, że psujemy państwu wypoczynek. Nie mamy wyjścia.
    Mimo wszystko życzę dobrej nocy. Aha, może być trochę strzelaniny, ale nie
    bójcie się, nie tu, raczej tam, daleko – machnął ręką w kierunku na Siekierno.
    Strzelanina była, jak się patrzy. Samochód zniknął cichutko, jak czarna zjawa,
    a koło północy, w lesie rozpętała się kanonada. Wcale nam się nie wydawało, że
    daleko, wprost przeciwnie. Nocne echa niosły jej odgłosy ze wszystkich stron, a
    my siedzieliśmy w samym jej środku i dziwiliśmy się, że nie słychać świstu kul.
    To znaczy – ja się dziwiłam, bo mój małżonek, pogrążony w słodkim śnie,
    bardziej reagował na moje ciche spazmy, niż na odgłosy wojny. Czyli odwracał
    się na drugi bok i spał dalej. A ja umierałam ze strachu. Przed oczami stawały
    mi obrazki, żywcem wzięte z podręczników historii. To przecież parę kroków
    stąd, partyzanci Ponurego zostali otoczeni przez Niemców, to tutaj trwała walka
    na śmierć i życie, po której zostały groby, rozsiane po całym lesie. A jeszcze
    wcześniej odziały Langiewicza... Ten partyzancki las przywykł do strzałów,
    jęków rannych i okrzyków zwycięstwa pewnie też, ale teraz należałby mu się
    wreszcie zasłużony spokój, do stu tysięcy zygzakowatych piorunów! Zanim ucichły
    odgłosy najnowszej wojny świętokrzyskiej, czyli po jakichś dwóch godzinach,
    które wydawały mi się wiekiem, moja nienawiść do kłusujących parszywców
    ugruntowała się na mur-beton i okrzepła w monolit. Co za gnidy! Morowe pomioty!
    Dzicz w móżdżek kopana! Mordercy!!
    Na drugi dzień odjechaliśmy do domu, dowiedziawszy się w gajówce, że obława,
    mimo tak wspaniałego efektu akustycznego, nie przyniosła zamierzonych
    rezultatów, czyli te podłe typy, żądne niewinnej krwi zwierzęcej, uszły cało i
    tylko patrzeć, jak znowu zaczną swój ohydny proceder. Na szczęście, po stronie
    strażników leśnych też obyło się bez ofiar. Jakim cudem, w tym ciemnym lesie
    wszyscy się nie pozabijali, do dziś pozostaje dla mnie tajemnicą. Po pewnym
    czasie dowiedzieliśmy się, że w odwecie, te zgniłki moralne spaliły gajowemu
    chałupę. A nam odebrali cudownie spokojną, leśną przystań. Bo jakoś
    przestaliśmy tam nocować, choć jeździmy nadal. Miejsce wciąż jest urokliwie
    przepiękne. Zresztą, może po prostu wyrośliśmy z namiotowego życia, jak z
    ulubionych, ale trochę już ciasnych butów? Nie wykluczone. Jednak pozostał mi
    bardzo emocjonalny i skrajnie negatywny stosunek do kłusowników. Nadal plenią
    się po lasach, jak trudna do opanowania zaraza. Tak sobie myślę, że skoro
    wszelkie odgórne metody walki z tym tałatajstwem nie skutkują, to może
    należałoby zacząć pracę u podstaw, czyli urabiania mieszkańców okolicznych wsi,
    by dojrzeli do wyplenienia chwastów ze swojego otoczenia? Ostatnia lektura mnie
    natchnęła: najlepiej za pomocą szeroko pojętego terroru indywidualnego...
    --
    Bez względu na to, gdzie człowiek patrzy, zawsze coś widzi.
  • 09.03.06, 04:43
    Po tragicznych wydarzeniach w Izbie Nizszej Parlamentu pan Prezydent
    Najjasniejszej mial do wyboru dwie mozliwosci, a mianowicie: uznac kadencje za
    wygasla i oglosic nowe wybory lub oglosic wybory uzupelniajace na 366 wakatow.
    Pan Prezydent dal czas wszystkim partiom na otrzasniecie sie z szoku (albowiem
    niemal cala starszyzna wszystkich partii ulegla tygrysiej przemocy) i wybranie
    nowych wladz, po czym skonsultowal sie z nimi i oglosil wybory uzupelniajace. W
    miedzyczasie jednak powolal interim pozaparlamentarny rzad "fachowcow", ktory
    mial pelnic swoje funkcje az do dnia, w ktorym nowa Nizsza Izba bedzie mogla
    tenze rzad albo zatwierdzic, albo wybrac wlasny. Nietrudno zgadnac, ze w sklad
    owego rzadu tymczasowego weszli roznej masci wiceministrowie, wojewodowie, i na
    okrase jeden czy dwoch ludzi spoza ukladu, cieszacy sie w spoleczenstwie
    rzeczywistym autorytetem. Jednakze, ku wielkiemu zaskoczeniu pana Prezydenta, ta
    wlasnie dwojka odmowila przyjecia nominacji. Rzad rzadzil z trudem, pan
    Prezydent czekal. Wreszcie powzial decyzje i ja oglosil w wieczornym oredziu do
    narodu.
    Na drugi dzien wszystkie pisma wyrazily ostrozny optymizm i zaczely snuc
    prognozy, kto tym razem wygra wybory - lewica, prawica, a moze centrum? I byc
    moze kampania wyborcza nie roznilaby sie od poprzednich, gdyby nie to, ze na
    trzeci dzien (a byl to piatek) we wszystkich gazetach na terenie kraju w
    dzialach "Praca oferowana" pojawilo sie identyczne ogloszenie nastepujacej
    tresci: "Zatrudnie 366 przedstawilcieli terenowych do oczyszczenia stajni
    Augiasza. Wymagania: zdrowy rozsadek, niekaralnosc za przestepstwa kryminalne.
    Fachowcy dowolnej specjalnosci mile widziani, politycy i politykierzy - nie.
    Zakres odpowiedzialnosci: ogromny. Wynagrodzenie: dwukrotna srednia krajowa plus
    dodatki (mieszkanie sluzbowe i parking w pracy i pod domem oraz ewentualny
    dodatek funkcyjny). Praca odpowiedzialna, na oczach spoleczenstwa i przez
    spoleczenstwo oraz historie oceniana. Wszyscy chetni prosze przeslac swoj
    zyciorys i referencje na adres: Lista kandydatow, PKW."
    Przez kraj przetoczyl sie huragan smiechu. Teraz prasa usilowala dociec, kto
    stal za tym ogloszeniem. Ktos rozpuscil plotke, ze znana autorka dowcipnych
    kryminalow napisala ten tekst. Jednakze autorki w kraju od jakiegos czasu nie
    bylo, a kiedy wrocila, odparla z oburzeniem, ze, co prawda, ogloszenie oddaje
    dosc scisle jej poglady, ale go nie napisala a ponadto musialaby na glowe upasc,
    zeby wyrzucac pieniadze w bloto na ogloszenie, ktore i tak nie spelni
    pokladanych w nim nadziei. Na szczescie reporter, ktoremu udalo sie ten wywiad
    (jedyny, na ktory autorka sie zgodzila) znal dosc dobrze jej tworczosc i
    (auto)biografie, tak, ze opublikowany wywiad (a moze reportaz) dosc scisle
    przedstawil problemy i sugerowane rozwiazania.
    Prawdopodobnie cala kampania przedwyborcza potoczylaby sie normalnie, gdyby nie
    nastapily dwa zwiazane ze soba wydarzenia. Otoz zdekapityzowane partie siegnely
    po politykow wypadlych juz z obiegu, czesto skompromitowanych, czym wzbudzily do
    siebie niechec spoleczenstwa, to zas (jak rowniez chwilowy brak ochronnego
    parasola) wykorzystaly organa sprawiedliwosci wmamrzajac dotychczasowe "swiete
    krowy", przyspieszajac procesy i otwierajac nowe dochodzenia, jak rowniez i
    niektore umorzone. Panika padla na polityczny establishment, tym bardziej, ze
    jak grzyby po deszczu na listy kandydatow zaczeli sie zglaszac kandydaci
    dotychczas nikomu nieznani, niezwiazani z jakakolwiek partia. Ich jedynymi
    atutami bylo poparcie spoleczne i fachowosc w jakiejs dziedzinie. Wszyscy
    deklarowali poparcie dla slynnego juz ogloszenia. W toku debat krystalizowaly
    sie postawy - partie chcialy podtrzymania status quo, natomiast nowicjusze
    twierdzili, ze reprezentant nie jest wladza, lecz pracownikiem wyborcow i
    pracodawca okresla ramy w jakich ma dzialac. Jak kraj krajem, nigdy jeszcze
    kampania nie byla tak zacieta. Komentatorzy polityczni nie byli w stanie
    zanalizowac sytuacji, okreslic przewidywanej frekwencji (optymisci mowili o 50%,
    pesymisci o 30%) coz dopiero przewidziec wyniki wyborow! Nadszedl wreszcie dlugo
    oczekiwany dzien wyborow. Wszystkie prognozy zaczely brac w leb juz w dwie
    godziny po otwarciu urn. Wtedy frekwencja przekroczyla 30%, dwie godziny pozniej
    50%, a po zamknieciu urn okazalo sie, ze osiagnela 83,21%. W tej sytuacji nikt
    nie wiedzial, co sie stanie. Po przeliczeniu glosow okazalo sie, ze tylko dwa
    mandaty dostaly sie istniejacym partiom, natomiast 364 mandaty uzyskali
    kandydaci niezalezni. To zmienialo calkowicie uklad sil w Nizszej Izbie
    Parlamentu. Nowi przedstawiciele zaczeli sciagac do stolicy. Starzy
    reprezentanci usilowali brac ich pod opieke, byli wysluchiwani, ale zadne
    obietnice nie padaly. Nowi spotykali sie rowniez ze soba i tu rozpoczynaly sie
    burzliwe dyskusje, ktore pomalu zaczely przynosic wyniki. W dniu, w ktorym nowi
    reprezentanci zlozyli przysiege, okazalo sie, ze zostal stworzony nowy klub
    parlamentarny - Klub Bezpartyjnych Reprezentantow (KBR) z bardzo prostym
    programem - calkowity przeglad prawa i jego kodyfikacja oraz oraz bezlitosna
    tegoz prawa egzekucja, uporzadkowanie spraw finansowych panstwa i wzrost
    gospodarczy. "Starzy" reprezentanci probowali stosowac stare sztuczki i kruczki,
    zostali jednak osadzeni na miejscu. KBR obsadzil funkcje Marszalka Izby i dal do
    zrozumienia Prezydentowi, ze jest najwiekszym klubem Izby, w zwiazku z tym
    zamierza stworzyc nowy rzad. Pan Prezydent skonultowal sie wiec z KBRem i
    zaproponowal misje utworzenia rzadu Andrzejowi Woydzie, adiunktowi Katedry Nauk
    Politycznych UJ. Ten misje przyjal i w dwa dni stworzyl rzad fachowcow - co
    dziwniejsze, parlamentarny. Nowi ministrowie urzadzili w podleglych im
    departamentach istna rzez, pozbywajac sie politycznegom balastu i
    niekompetencji. Rowniez wspolpracowali scisle z NIKiem i i innymi organami
    sprawiedliwosci. "Starzy" reprezentanci zaczeli krzyczec o niesprawiedliwosci i
    tu trafila kosa na kamien. Prokuratura Generalna wypuscila probny balon wnoszac
    o uchylenie immunitetu reprezentantowi J. N., zas Wysoka Izba immunitet ten
    uchylila i J.N. powedrowal za kratki odsiadywac wyrok. Prokuratura Generalna
    zweszyla swoja szanse i zasypala Wysoka Izbe kolejnymi wnioskami, zas Wysoka
    Izba sumiennie te immunitety uchylala. W przeciagu miesiaca Stan liczebny
    Wysokiej Izby zmniejszyl sie do 369 reprezentantow. Wysoka Izba zabrala sie
    teraz za prawo. Zaczela od nowelizacji ustawy o zawodzie reprezentanta - z
    ustawy zniknelo slowo "zawod", zastapione slowem "funkcja". Zarobki
    reprezentantow zostaly obnizone do dwukrotnej sredniej krajowej plus dodatki za
    pelnienie funkcji - ale tylko rzadowych. Funkcje Marszalka Izby, czlonkow
    wszelkich komisji zwyklych i specjalnych zostaly potraktowane za czynnosci
    wchodzace w zakres sprawowania funkcji i jako takie nie byly premiowane ekstra.
    Ponadto immunitet przestal obowiazywac w jakichkolwiek sprawach niezwiazanych z
    polityka. Senat i Prezydent probowali przeciwdzialac, KBR jednak (ku zdumieniu
    wszystkich obserwatorow), ktory dysponowal nie tylko bezwzgledna, ale i
    kwalifikowana wiekszoscia, dzialal wrecz jednomyslnie i odrzucal wszelkie
    poprawki i weta. Szybka reorganizacja sadownictwa, prokuratury, wieziennictwa i
    policji przyniosla oczekiwane efekty. Praworzadnosc zaczynala sie powoli stawac
    modna, co przynioslo wzrost gospodarczy, umocnienie waluty i drastyczne
    zmniejszenie bezrobocia. Co prawda roznego rodzaju organizacje typu Amnesty
    International podniosly dziki wrzask na temat "brutalizacji prawa", ale zostaly
    przez spoleczenstwo zignorowane. Wysoka Izba uchwalila zas nowelizacje
    Konstytucji - prawde mowiac byla to zupelnie nowa Konstytucje (jedna z
    najkrotszych i najprostszych na swiecie) i znowelizowala cale prawo karne,
    gospodarcze i administracyjne.
    Coz jeszcze mozna dodac? Po uplywie kadencji tylko czesc reprezentantow ubiegala
    sie o reelekcje. Reszta powrocila do przer
  • 09.03.06, 05:23
    Kurcze, ucielo mim koncowke... Oto ona:

    Coz jeszcze mozna dodac? Po uplywie kadencji tylko czesc reprezentantow ubiegala
    sie o reelekcje. Reszta powrocila do przerwanej pracy zaawodowej, udzielajac
    tylko ograniczonego poparcia niektorym niezaleznym kandydatom. Wiekszosc partii
    politycznych ulegla marginalizacji, spoleczenstwo zas uzyskalo silny wplyw na
    legislature. Historycy zas nazwali te kadencje "Wielka Konstytuanta" lub
    "Kadencja tygrysow".

    I tylko w spoleczenstwie gwaltownie wzrosla milosc do kotow. Szczegolnie tych
    duzych.
    --
    Mleko sprzedaje, mleko, Kupujcie, bo sie oplaca,
    Mleko sie pije lekko, Mleko dobre na kaca!

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.