Opowieści dziwnej treści;) Dodaj do ulubionych

  • drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
  • drzewko odwrotne
  • Opowieść pierwsza, pt. "Przesłuchanie"
    Z policyjnego protokołu przesłuchania, które odbyło się dn. 18 stycznia 2006
    roku w Komisariacie Policji w Psiej Wólce, na okoliczność interwencji na
    posesji ob. Piotra Pyziałka, lat 38, syna Jana i Weroniki, w której doszło do
    uszkodzenia ciała wyżej wymienionego przez podejrzaną, ob. Katarzynę
    Pyziałek, żonę, lat 35, córkę Pawła i Bożeny.
    Przesłuchujący, aspirant Jerzy Wałek: - Proszę opisać, jak doszło do całego
    zajścia.
    Podejrzana, Katarzyna Pyziałek: - Nijak by nie doszło, gdyby poczekał, aż
    skończę.
    Asp. Wałek: Proszę po kolei i dokładnie. Co pani kończyła?
    K.Pyziałek: Książkę. Czytać.
    Asp. Wałek: Jaką książkę?
    K.Pyziałek: Chmielewskiej.
    Asp. Wałek: A mężowi się to nie podobało?
    K.Pyziałek: Podobało.
    Asp. Wałek: Proszę dokładniej! Podobało mu się, a mimo to uderzyła go pani
    chochlą i rozbiła mu na głowie dwa talerze?
    K.Pyziałek: A bo mnie zdenerwował! Nie mógł poczekać chwilę? To nie, tylko
    dlaczego nie ma nic do żarcia i dlaczego nie ma nic do żarcia! A co? Nie mógł
    sam sobie chleba ukroić? W najciekawszym miejscu byłam, jak zaczął mi książkę
    wyszarpywać z ręki! Prosiłam po dobroci, żeby mnie nie denerwował? Prosiłam.
    Skończyłabym, to bym spokojnie obiad zrobiła, nie? Z głodu nagle zaczął
    umierać, myślałby kto!
    Asp. Wałek: I dlatego uderzyła go pani w głowę, powodując krwotok z
    rozciętego łuku brwiowego, zasinienie okolic oka lewego i guz na środku
    czoła?
    K.Pyziałek: Jakie uderzyła? Jakie uderzyła?! Popchłam go tylko lekko, żeby
    się wreszcie odczepił, a ten, jak worek poleciał na szafkę z talerzami!
    Asp. Wołek: A chochla? Poszkodowany zeznał, że uderzyła go pani chochlą.
    K.Pyziałek: Może go i szturchłam, nie pamiętam. Akurat czytałam taki fajny
    kawałek, jak kobita przegania tłuczkiem stado bandziorów, a ten mi coś
    mamrotał za uszami i za książkę łapał...
    Asp. Wołek: To miała pani chochlę w ręku w czasie tego czytania? W jakim celu?
    K.Pyziałek: W celu oganiania się od much. Tną cholery tego roku, jak rzadko,
    a ten mój, sirota jedna, nawet packi porządnej zrobić nie umie! Mówię panu
    komendantowi, przyjdzie z pola, to tylko żreć woła i żadnego pożytku z
    niego...
    Asp. Wałek: A więc przyznaje się pani do winy?
    K.Pyziałek: Do jakiej winy? Do nijakiej winy się nie przyznaję! Sam sobie to
    zrobił! Widać taki cherlawy jest. Sąsiadka świadkiem, że tylko lekko go
    popchłam!
    Asp. Wołek: A co robiła sąsiadka u pani w domu?
    K.Pyziałek: Jak to co? Czekała, aż skończę czytać, bo chciała pożyczyć tę
    piękną książkę!

    Świadek, ob. Marianna Kawałek, która wezwała pogotowie ratunkowe do
    poszkodowanego, odmówiła zeznań słowami: Dobrze mu tak, draniowi jednemu.

    --
    Bez względu na to, gdzie człowiek patrzy, zawsze coś widzi.
    • "Przesłuchanie" -- cd.
      Z policyjnego protokołu przesłuchania ob. Piotra Pyziałka, które odbyło się dn.
      18 stycznia 2006 roku w Komisariacie Policji w Psiej Wólce, na okoliczność
      interwencji na posesji wyżej wymienionego ob. Piotra Pyziałka, lat 38, syna Jana
      i Weroniki, w której doszło do uszkodzenia ciała wyżej wymienionego przez
      podejrzaną, ob. Katarzynę Pyziałek, żonę, lat 35, córkę Pawła i Bożeny.
      Przesłuchujący, aspirant Jerzy Wałek: - Proszę opisać, jak doszło do całego
      zajścia.
      Poszkodowany, Piotr Pyziałek: No bo tak, wracam ci ja panie władzo do domu z
      pola, po robocie. Uchetany jak siedem nieszczęść. No bo sam pan władza wie
      najlepiej, że robota w polu lekka nie jest. I co widzę. Moja stara siedzi i
      książkę czyta, a gary z dwóch dni nie zmyte, obiadu nie ma, dzieciska
      nieoporządzone. W chałupie brudno. I dziwi się gangrena jedna, że much pełno. By
      posprzątała toby ich mniej było. Fleja jedna.
      Asp. Wołek: Do rzeczy proszę.
      P.Pyziałek: A to jest na rzeczy panie władzo, bardzo na rzeczy. Bo o to sie
      własnie rozchodzi. Żeby to tak pierwszy raz. Ale nie, odkąd dopadła tę cała
      Chmielewską i te jej kryminały zakichane, to nic innego ta moja durna baba nie
      robi tylko całymi dniami te książki czyta. Myślałem, przeczyta jedną i jej
      przejdzie. A gdzież tam, czyta i czyta. Dom odłogiem leży, wszystko się sypać
      zaczyna, ale ona czyta. Do księdza proboszcza nawet poszłem, ratunku szukać. A
      ten mówi mi "przeczekaj, może jak wszystkie przeczyta to się uspokoi i do życia
      wróci. No, a jeśli nie, to jakieś egzorcyzmy odprawimy. A ty na razie sam domem
      się zajmij, dzieciakow pilnuj i módl się." No to się modliłem. Nie pomogło,
      jedną skończyła to za drugą sie zabrała. Do nauczycielki najstarszego syna,
      Frania znaczy się, poszedłem, spytać ile ta cała Chmielewska tych książek
      wysmarowała, bym wiedział ile mam czekać. No i się okazało, że bardzo dużo. Nic
      to, uzbroiłem się w ciepliwość, sam wszystkiego doglądałem. I czekałem. No i sie
      doczekałem ....
      Asp. Wołek: Czego się pan doczekał?
      P.Pyziałek: Eghhh ... szkoda gadać. Jak skończyła wszystkie, włącznie z tymi
      najnowszymi, to zaczęła je jeszcze raz czytać, po kolei, od początku. A do tego,
      w internet wlazła, do jakiegoś towarzystwa takich samych jak ona maniaków się
      zapisała, na spotkania jeździ. O chałupę jak nie dbała tak nie dba. Ani o mnie,
      ani o dzieciaki. Kiedyś to chociaż w domu siedziała, a teraz to ciągle się
      gdzieś włóczy. A żeby to sama jedna tak, to nie, Maryśkę Kawałek też w to
      wciągnęła i inne baby ze wsi też. I ja tam nic nie chcę mówić, ale wasza stara
      to z moją coś ostatnio też mocno trzyma. Eghhhh .... Ja to chyba naprawdę
      księdza proboszcza o egzorcyzmy poproszę.
      Asp. Wołek: Czekajcie, czekajcie, to mówicie, że moja też tam z waszą te książki
      tak czyta?
      P.Pyziałek: A to co, to pan władza sam nie zauważył? W domu rzadko bywa to i nie
      widzi. Czyta, czyta i do tych maniaków razem z tą moja i Maryśką należy. Teraz
      to kulig jakiś planują, ale mówię panu, ja swojej nie puszczę.
      Asp. Wołek: Ja jej dam kulig .......!!!!!!!!!!!!!!!

      Tu niestety nastapiła przerwa w przesłuchaniu, gdyż Aspirant Wołek poleciał do
      domu przywoływać swoją małżonkę do porządku. W wyniku przeprowadzanych czynności
      w domu państwa Wołków niezbędna okazała się interwencja policji...wink


      PS. Groha, strasznie Cie przepraszam, ale nie mogłam sie oprzec.smile

    • Na skraj Puszczy Swietokrzyskiej po jej polnocnej stronie wyszedl czlowiek.
      Trzeba przyznac, ze jak na te pore roku (niemal polowa lipca) i temperature
      (powyzej 30 stopni pod wieczor) byl ubrany troche dziwnie. Duze nogi tkwily w
      czyms w rodzaju botkow podbitych futrem. Na nogach widac bylo cos, co
      przypominalo spodnie skafandra narciarskiego. Co do tulowia, to trudno bylo cos
      powiedziec, spowity byl bowiem w cos, co najbardziej przypominalo kozuch furmana
      - dlugi, podbity futrem i szczelnie zapiety. Postawiony kolnierz zakrywal szyje
      i dotykal czapki-marusarzowki gleboko naciagnietej na glowe. Usta zakrywal
      szalik a oczy - ogromne okulary sloneczne, bardziej przypominajace gogle
      narcarskie niz cokolwiek innego. Rak nie bylo widac, tkwily bowiem w kieszeniach
      kozucha. Rozejrzal sie po okolicy i najwyrazniej przez chwile sie nad czyms
      zastanawial. Po chwili ruszyl przed siebie skrajem lasu. Szedl szybko, zwinnie
      omijajac wszelkie przeszkody terenowe. Zapadl zmierzch, potem noc, a czlowiek
      wciaz szedl tak samo szybko wzdluz puszczy. Jedynie jego okulary jakby zrobily
      sie mniej ciemne. Wielokrotnie w czasie tej wedrowki dochodzil do jakiejs drogi,
      ale najwyrazniej mu one nie odpowiadaly, bo za kazdym razem po krotkiej chwili
      zastanowienia przekraczal droge i szedl dalej wzdluz puszczy. Polnoc dawno juz
      minela i wstawal powoli swit nowego dnia, 14-go lipca 2006-go roku. Piatek.
      Najwyrazniej czlowiek pomyslal o tej dacie, bo mruknal na tyle glosno, ze
      slychac go bylo w promieniu co najmniej kilku metrow:
      - Szkoda, ze nie 13-ty.
      Zbladly juz wszystkie gwiazdy na niebie, kiedy doszedl do skraju duzej szosy.
      Przyjrzal sie jej dokladnie, z uwaga patrzyl na dosc duzy ruch. Najwidoczniej
      poczul sie usatysfakcjonowany, po porzucil puszcze i zaczal isc skrajem szosy,
      po jej lewym poboczu, kierujac sie na polnoc (mniej wiecej, droga bowiem miala
      troche zakretow). Szedl szybko, ale i tak zajelo mu ladnych kilka godzin zanim
      znaki na drodze oznajmily: "WARSZAWA". Bylo juz pozne popoludnie. Czlowiek
      zaczal kierowac sie w strone srodmiescia. Zabudowa stawala sie zoraz gestsza.
      Rozpalone muray zialy zarem. Najwyrazniej czlowiek zaczal odczuwac upal, bo
      odpial gorny guzik kozucha. Ale na tym skonczyly sie jego ustepstwa w stosunku
      do aury. Zwolna zapadal zmierzch, zaczynaly sie zapalac lampy uliczne. Czlowiek
      nieco zwolnil, rozgladajac sie po otoczeniu. W dalszym ciagu szedl szybko, ale
      juz nieco wolniej i uwazniej. Szczegolnie wiele uwagi poswiecal teraz murom,
      szczegolnie w okolicach skrzyzowan. W pewnym momencie chyba znalazl to, czego
      szukal. Dalo sie slyszec jego wyrazny pomruk:
      - Plac Trzech Krzyzy. Nareszcie.
      Teraz zwolnil wyraznie. Zaczal okrazac plac, dokladnie ogladajac kazdy budynek.
      Wreszcie zatrzymal sie. Stal przed lokalem, nad ktorym byl napis "Podobno
      Szpilka". Przyjrzal mu sie uwaznie i po chwili zrozumial. To byly dwa lokale, a
      nie, jak myslal, jeden. Najwyrazniej chial wejsc do srodka, ale nie byl pewny,
      do ktorego. Zanim podjal podjac decyzje, do wejscia do "Podobno" zblizyly sie
      dwie postacie. Jedna z nich byla poteznie zdenerwowana, bo glosnym szeptem
      indagowala swoja towarzyszke:
      - I jak ja ich poznam?
      - Nie martw sie. Wejdziesz, krzykniesz "Szkorbut, skorbut", poczekasz na odzew
      "Lumbago, lumbago" i tam pojdziesz, skad padl odzew.
      - Ale jestesmy takie spoznione!
      - Nie nasza wina, ze byl wypadek, szosa zablokowana, a ten caly objazd przez te,
      jak jej tam, Wieczfnie Koscielna, zajal prawie dwie godziny.
      - Ale...
      - Wchodzimy, przestan marudzic.
      Druga osoba otworzyla drzwi i niemal na sile wepchnela tam pierwsza. Zanim drzwi
      zdazyly sie zamknac, czlowiek byl juz przy nich i blyskawicznie sie przez nie
      przeslizgnal. Rozejrzal sie po lokalu. Osoby, ktore weszly przed nim kierowaly
      sie do srodka, a potem na prawo, skad dobiegal stlumiony gwar i co chwila
      wybuchy smiechu. Przybycie dwoch nowych osob do towarzystwa na chwile uciszylo
      harmider, ale tylko nachwile, zaraz bowiem wybuchl na nowo. Slychac bylo okrzyki:
      - Nareszcie!
      - A juz myslelismy...
      - Ktoredy?
      Po chwili gwar ucichl i dal sie slyszec wyrazny glos:
      - Pani Joanno, pozwoli pani sobie przedstawic...
      Czlowiek przestal dalej sluchac. Zdecydowanie skierowal sie za poprzedniczkami i
      po chwili znalazl sie na sali zapelnionej po brzegi. Rozejrzal sie uwaznie. Tak.
      To bylo to. Dwie osoby mialo na sobie koszulki, na ktorych widnialo skrzyzowanie
      Volvo i rumaka z szydelkiem w kopycie. Napis na koszulce rozwial wszelkie
      watpliwosci. Duma napelnila piers czlowieka. Juz za chwile wypelni swoje
      poslannictwo. Zaczal nabierac oddechu, aby cos powiedziec, gdy nagle jego wzrok
      spoczal na niewiesciej postaci siedzacej w srodku i bedacej (jak mu sie
      wydawalo) centrum uwagi zgromadzonych. Zamarl w pelnym podziwu oslupieniu. Jego
      szczescie wydawalo sie nie miec granic. Nie tylko wypelni swoja misje, ale
      uczyni to osobiscie, a nie przez posly! Wyciagnal z kieszeni zacisnieta w piesc
      reke. Reka miala dziwny, purpurowy kolor. Zdecydowanie ruszyl w kierunku Gurui i
      zatrzymal sie przed nia. Na sali nagle zapanowala cisza.
      - Jeszcze jedna niespodzianka? - zapytala z usmiechem Gurua.
      Odpowiedzialo jej milczenie. Gurua zauwazyla na wszystkich twarzach wyraz
      zdziwienia i zaskoczenia. Najwyrazniej nikt nic o tym czlowieku nie wiedzial.
      Wygladalo na to, ze niespodzianka byla niespodzianka dla wszystkich. Zanim
      ktokolwiek zdazyl cokolwiek powiedziec, czlowiek przemowil. Niski, metaliczny
      bas mowil czysta polszczyzna, aczkolwiek zdawac sie moglo, ze jest to dla
      przybysza jezyk obcy, a nie rodzimy. Slowa swoje, wypowiadane z pelnym szacunku
      zachwytem, skierowal do Gurui:
      - Wielce szanowna pani Joanno. Prosze wybaczyc mi to wtargniecie bez
      zaproszenia, ale nie bylismy w stanie go uzyskac, z przyczyn od nas niezupelnie
      zaleznych. Pozwoli Pani, ze od razu przejde do rzeczy. Otoz doszlo do naszej
      wiadomosci, ze od wielu lat poszukuje Pani pewnej rzeczy, niezbednej Pani jak
      powietrze, od ktorej zalezy napisanie Nowego Dziela.
      Dziwna rzecz, ale w mowie przybysza mozna bylo wyraznie slyszec duze litery.
      - Dowiedziawszy sie o tym, natychmiast przedsiewzielismy odpowiednie kroki, aby
      taki stan rzeczy naprawic.
      Wyciagnal przed siebie purpurowa reka (szesc palcow, dwa przeciwstawne kciuki),
      na ktorej lezalo cos, co przypominalo kostke do gry.
      - Pani Joanno, zdajemy sobie niestety sprawe, ze dostarczenie tego z takim
      opoznieniem jest karygodne, ale mamy nadzieje, ze w Swej Laskawosci raczy Pani
      wciac pod uwage dosc spora odleglosc, jaka musielismy pokonac i raczy nam to
      opoznienie przebaczyc.
      Gurua popatrzyla na oslupiale twarze obecnych. Przybysz z szacunkiem zblizyl sie
      i podal jej kostke. Z lekka wahajac sie Gurua wyciagnela reke, ale zanim
      dotknela kostki zapytala:
      - Dziekuje bardzo, ale moze mi pan przypomni, co to takiego, ze bez tego nie
      moge zyc?
      Przybysz odparl krotko:
      - Male z dnem.
    • Wszelkie postacie jak i sytuacje zamieszczone w tym opowiadaniu sa wymyslem
      autora i z osobami i sytuacjami realnymi nie maja nic wspolnego

      Wicepremier

      Dzisiejsze obrady Nizszej Izby Parlamentu zostaly przelozone na pozny wieczor.
      Wyniklo to z potrzeby zapewnienia panom i paniom reprezentatntom odrobiny
      spokoju potrzebnego do prowadzenia obrad. Spokoj ten byl bowiem brutalnie
      zaklocany przez spoleczenstow masowo i glosno pikietujace obie izby Parlamentu i
      zadajacego pozbawienia immunitetow dla sporej czesci reprezentantow - a to w
      celu odsiedzenia prawomocnego wyroku, a to w celu pozwolenia zatrzymania (w celu
      zapobiezenia matactwom) i tak dalej i tak dalej. Trzeba powiedziec, ze
      manifestacje (spontaniczne, na ktore Wladze Stolicy nie wyrazaly zgody) nasilily
      sie po ostatnim weekendzie, w czasie ktorego pieciu poslow i senatorow
      spowodowalo wypadki samochodowe bedac (zdaniem policji) pod wplywem alkoholu, w
      tym trzy ze skutkiem smiertelnym. Ponadto 28 poslow i senatorow zostalo
      zatrzymanych "w stanie wskazujacym..." i zabrano im kluczyki, ale na tym
      skonczyly sie mozliwosci policji. 48 awantur (w kilku wypadkach polaczonych z
      rekoczynami) w knajpach i innych lokalach publicznych z udzialem reprezentantow
      narodu zakonczylo sie interwencja policji. Oliwy do ognia dolala poniedzialkowa
      nowelizacja ustawy o zawodzie posla, w ktorej przyznano podwyzki uposazen o 300%
      a diet o 200%. Wszystkie gazety bezczelnie pisaly o "Republice kolesi" i zadaly
      pozbawienia immunitetow i nowych wyborow. Jednym slowem - anarchia i kompletny
      brak szacunku dla wybranych Przedstawicieli Narodu. Jedna z gazet posunela sie
      tak daleko, ze ponad pol numeru poswiecila szczegolowemu omowieniu wszystkich
      poslow i senatorow i ich konfliktach z prawem. Okazalo sie, za na 559
      urzedujacych obecnie reprezentantow (jedno miejsce bylo wolne, albowiem pan
      posel, ktory je uprzednio zajmowal, rozsmarowal sie wraz z samochodem na niemal
      100 metrach drzew, zas postmortem wykazal 2,18 promila) czysta kartoteke ma
      jedynie pieciu reprezentantow, a to tylko dlatego, ze sprawy ulegly
      przedawnieniu. Lista obejmowala zarowno prawomocnie (i jeszcze niepawomocnie)
      skazanych jak i tych, wobec ktorych trwalo postepowanie lub akt oskarzenia lezal
      w sadach. Z tej listy na odsiadke oczekiwalo 218 reprezentantow, zas wobec 423
      trwalo postepowanie. 113 czekala rozprawa. Wsrod przestepstw i wykroczen
      najczestsza byla jazda po pijanemu i wywolywanie awantur. Ponadto w zasadzie
      niemal zabraklo paragrafow KK ktore bylyby niewykorzystane przez wladze sledcze.
      Oszustwa, wymuszenia, platna protekcja, kradzieze, paserstwo, znalazl sie nawet
      gwalt! No owszem, nikt nie zostal oskarzony o morderstwo z premedytacja (ale o
      podzeganie - tak) i o zdrade glowna. No i wreszcie dzisiaj wplynela do Trybunalu
      Konstytucyjnego skarga na ustawe o immunitetcie poselskim za jej niezgodnosc z
      konstytucja. Wnioskodawcy twierdzili, ze immunitet pozwala na ochrone tylko w
      sprawach politycznych, a nie kryminalnych. Krotko mowiac - Sodomia i Gomoria. W
      kazdym razie dzisiaj Parlament mial obradowac nad uchyleniem immunitetu
      wicepremiera Cap-Usty. Trzeba przyznac, ze pan wicepremier Cap-Usta byl
      absolutnym rekordzista. 37 prawomocnych wyrokow na laczna sume 125 lat i poltora
      miliona grzywny. 23 wyroki jeszcze nieprawomocne opiewaly na 87 lat i 3 miliony.
      64 sprawy w toku. Fama glosila (nie wiadomo czy ktos powiedzial Famie, zeby sie
      nie wyglupial), ze pan wicepremier mial sie jakoby wyrazic ze zamierza
      przescignac pana Laszcza i podbic sobie plaszcz (dlugi, czarny, jak w
      "Matrixie") wyrokami. Dlaczego plaszcz? To proste. Delie, kontusze, zupany i
      kiereje dosc dawno temu wyszly z mody a pan wicepremier Cap-Usta zywil wielki
      sentyment do Rzeczypospolitej szlacheckiej, np. bardzo czesto lubil krzyczec
      "veto!", zas warcholstwo i opilstwo bliskie byly jego sercu. Dzis Prokuratura
      Generalna zadala uchylenia immunitetu za pobicie i skopanie dziennikarza (m. in.
      peknieta podstawa czaszki, 3 miesiace w szpitalu, w tym dwa tygodnie w stanie
      krytycznym), zniewazenie funkcjonariusza (prokurator) i urzedu (wymiar
      sprawiedliwosci, a konkretnie sad) slowami ogolnie uznanymi za obelzywe i nie
      drukowane w zadnych slownikach oraz za korupcje i platna protekcje. Wysoka Izba
      byla gleboko rozgoryczona zarowno postawa mediow jak i spoleczenstwa, nic wiec
      dziwnego, ze po krotkiej debacie odrzucila wniosek stosunkiem glosow 28 za, 313
      przeciw przy 26 wstrzymujacych sie. Pan wicepremier Cap-Usta podniosl w gore
      reke w slynnym gescie Kozakiewicza i skierowal sie do drzwi wyjsciowych, za
      ktorymi od pewnego czasu panowal coraz wiekszy halas. Otworzyl je z rozmachem i
      zamarl. Po mniej wiecej trzech sekundach zaczal je rozpaczliwie zamykac, ale nie
      zdazyl. Olbrzymia lapa, ktora pchnela drzwi z drugiej strony byla pokryta
      pomaranczowym futrem w gustowne czarne pasy i nalezala do tygrysa. Chyba
      ussuryjskiego. W kazdym razie najwiekszego, jaki Wysoka Izba widziala z tak
      bliska. Tygrys druga lapa pacnal pana wicepremiera Cap-Uste, jednym ruchem
      rozszaroujac mu marynarke, kamizelke, koszule, podkoszulek i brzuch, po czym
      zabral sie za przekaske. Wrzask przerazenia rozlegl sie zarowno z law rzadowych,
      jak i z law opozycji. Po chwili przybral na sile, bowiem przez otwarte drzwi na
      sale zaczely wkraczac nastepne tygrysy.

      Co gorsza, wyraznie bylo widac, ze zwierzatka byly wyglodniale...
    • Późny wieczór. Światła w uczelnianych gmachach pogasły. Tylko w jednym oknie,
      na parterze, nadal się świeci. To doktor Aramis przeprowadza swoje syntezy
      białek. Lubi te późne godziny w laboratorium. Jest cicho, spokojnie. Nie plączą
      się hałaśliwi studenci. Pracownicy już dawno powychodzili do domów. Drzwi
      zamknięte. Osobiście tego dopilnował. Został tylko on, jego ukochany sprzęt
      laboratoryjny i przygotowany do dalszych badań PREPARAT. Wyjątkowy PREPARAT.
      Doktor Aramis zaciera z zadowoleniem ręce. Uwielbia to. Czekające go długie
      godziny badań, są dla niego jak smaczne ciasteczko. Zwłaszcza, że na dzisiejszy
      wieczór zaplanował coś zupełnie wyjątkowego, coś, czego jeszcze nikt nie
      dokonał. On, skromny doktor Aramis, będzie pierwszy. Dokona przełomu. Zdobędzie
      sławę i uznanie. Będą go publikować wszędzie, a ,,Nature” i Science” będą się o
      niego wręcz biły. Już widzi jak odbiera Nagrodę Nobla, widzi jak mu wszyscy
      zazdroszczą. Rozmarzył się doktor Aramis.
      Nagle, z sąsiedniego pomieszczenia dobiegł go jakiś rumor. Jakby ktoś zrzucił
      na ziemię szklane naczynia. ,,Ki diabeł? Przecież nikogo już nie ma.” pomyślał
      Aramis i ostrożnie wyjrzał na korytarz. Nic. Pusto. Ostrożnie podszedł do drzwi
      drugiego laboratorium. Uchylił je. W pomieszczeniu było ciemno i cicho. Zapalił
      światło. ,,Kto tu jest?” zapytał i ostrożnie zajrzał przez uchylone drzwi. Nikt
      mu nie odpowiedział. W laboratorium nikogo nie było. Wszedł do środka i
      spojrzał na lodówkę, w której przechowywał PREPARAT przeznaczony do
      dzisiejszych badań. Była otwarta. Na zewnątrz leżało mnóstwo potłuczonych
      probówek, zlewek i szkiełek laboratoryjnych. Przechowywane w nich roztwory
      wylały się i utworzyły na podłodze malowniczą plamę. ,,Co jest?” zapytał sam
      siebie po cichu i czym prędzej podszedł do lodówki. Zajrzał do środka, zbladł,
      przetarł oczy i zajrzał ponownie. ,,O Matko Guruo!!” zakrzyknął ,,Gdzie jest
      mój PREPARAT!!!!!!!!”. Rozejrzał się dookoła. Oprócz plam na podłodze przy
      lodówce nie zauważył niczego szczególnego. Doktor Aramis podrapał się
      zafrasowany w głowę. ,,Ale jak to możliwe?? Kto?? Jak??? Kto się dowiedział???
      To niemożliwe.” tysiące pytań lęgło się w głowie doktora. Próbował zebrać
      myśli, opanować ten wewnętrzny chaos. Jego analityczny umysł szybko zaczął
      szukać rozwiązania tej zagadki. O tym, że zdobył PREPARAT i zamierza nad nim
      popracować nikt nie wiedział. Nawet jego ukochana kobieta o tym nie wiedziała,
      chociaż przeważnie nie miał przed nią tajemnic. W lodówce schował go tak, by
      się nie rzucał w oczy i nikt się nim nie zainteresował. Osobiście sprawdził czy
      wszyscy wyszli, pozamykał wszystkie drzwi i okna, włączył zewnętrzny
      alarm. ,,No to co się stało!!!!???!” krzyknął ,,Jak!!!???!”. Nagle, przyszedł
      mu do głowy pewien pomysł. Pobiegł do swojego laboratorium, zabrał niezbędne
      narzędzia i wrócił pod lodówkę. Klękną i skrupulatnie zaczął badać podłogę.
      Znalazł ślad, cieniutki, prawie niewyraźny, nieprawdopodobny ślad. Poszedł za
      nim. Ślad prowadził na korytarz, a potem prosto pod zewnętrzne drzwi. ,,A więc
      to tak … to w ten sposób, … to cholerne ,,dzikie białko” po prostu mi
      uciekło.” powiedział ze smutkiem. Wiedział, że wraz z ,,dzikim białkiem”
      oddaliła się od niego i sława i zaszczyty.

      A ,,dzikie białko” powędrowało przed siebie. No przecież nie mogło się dać
      oswoić wink.
    • Boy hotelowy, zgięty w pół, otworzył przed nimi drzwi i wyszli wprost na zalany
      słońcem bulwar, pełen kolorowych, nieznanych krzewów i całkiem swojskich,
      równie kolorowych parasoli. Powietrze pachniało świeżo mieloną kawą, słodkimi
      bułeczkami z wanilią, drogimi perfumami, kwiatami i morzem. Leciutka bryza
      niosła ze sobą przyjemną rzeźwość i obiecywała piękny dzień. Jak zwykle.
      - Przed rejsem na tę wyspę musimy wstąpić do banku – przypomniał on.
      - Och, ale pamiętasz, co mi obiecałeś? – zapytała ona – Pamiętasz?
      - Jasne. Właśnie dlatego musimy wstąpić do banku.
      Wizyta w dużym budynku na rogu bulwaru nie trwała długo i już po chwili oboje
      znaleźli się w porcie, gdzie przy kei czekał na nich duży jacht motorowy, na
      którego dziobie widniała wdzięczna nazwa: „Stella di Mare”. Jacht, oprócz
      autopilota, posiadał pełną ludzką obsługę, w tej chwili, jak jeden mąż, stającą
      przy trapie. Kapitan, podobnie jak cała reszta, prosty, jak struna,
      nienagannie elegancki i wysoce estetyczny w nieskazitelnej bieli munduru, na
      widok zbliżającej się pary wyprężył się jeszcze bardziej i służbiście
      zameldował gotowość jednostki do rejsu.
      - Jak to dobrze, że oni wszyscy mówią po polsku – westchnęła ona, moszcząc się
      wygodnie na leżaku i wystawiając twarz na przyjemny, ciepły wiatr.
      - Nie mieli wyjścia, musieli się w końcu nauczyć. Pieniądz robi swoje – mruknął
      on ze swojego leżaka, odrywając wzrok od oszronionej szklaneczki.
      Przez chwilę oboje wsłuchiwali się w niebiański szum rozcinanej dziobem
      szmaragdowej wody i patrzyli na lazurowe niebo, gęsto upstrzone ptakami.
      - Cudownie – szepnęła ona i przeciągnęła się, jak leniwa kotka.
      - Teraz będziesz miała tak zawsze – cicho powiedział on - Kupię ci tę wyspę,
      przecież obiecałem. Już prawie dobiłem targu.
      - Kochany jesteś, wiesz? A ile udało ci się utargować?
      - Niewiele. Ale wystarczy na bungalow ze służbą, spokojna głowa. A za resztę
      mam dla ciebie drobiażdżek, zamknij oczy.
      - Boże, jaka piękna! – krzyknęła ona na widok delikatnej bransoletki z białego
      złota, misternie nadziewanej brylancikami, która oplotła jej nadgarstek, jak
      chłodna, oswojona dżdżownica, po czym obie rzuciły mu się na szyję.
      - Zapraszam do salonu, obiad podany – czystą polszczyzną zaanonsował skośnooki
      steward, patrząc dyskretnie ponad ich głowami w niebieską dal, gdzie hen, na
      horyzoncie pojawiła się malutka, zielonkawa kropeczka.
      - Wyspa! – krzyknęła ona, wyrywając się z jego ramion – Nasza wyspa!
      On przez chwilę patrzył na ten wyłaniający się z błękitu skrawek lądu,
      szczelnie opatulony w bujną zieleń, jak w puszysty kożuszek z kołnierzem
      białych plaż, który od dziś miał być ich prywatnym rajem na ziemi. A potem
      przeniósł wzrok na jej szczęśliwą twarz i powiedział czułym głosem, w którym
      nutki dumy zagrały, jak świerszczyki:
      - Widzisz? A nie wierzyłaś, kiedy mówiłem, że jesteśmy bogaci! Banknoty 100
      joanien są prawnym środkiem płatniczym wszędzie tam, gdzie chcemy...
      --
      Bez względu na to, gdzie człowiek patrzy, zawsze coś widzi.
    • - Przesuń trochę tę nogę, do jasnej kur...tki z podpinką, bo zaraz zlecę na
      pysk!
      - Gdzie? Do kieszeni se schowam? Było tu za mną nie włazić! Jedna gałąź na
      drzewie? O żesz no...!
      Potężny konar starego kasztanowca, na którym w małpich pozycjach tkwiło dwóch
      młodzieńców w wieku gimnazjalnym, wydał z siebie ostrzegawcze skrzypienie, co
      natychmiast unieruchomiło ich na amen. Do ziemi mieli dobre 3 metry z
      kawałkiem. Za to przed sobą, niemal na wysokości oczu - rzęsiście oświetlone
      okno, dla którego zdecydowali się na chwilowe przebywanie w tak niewygodnej i
      niebezpiecznej dla życia pozycji.
      - Widzisz coś? – szepnął ten z niższej pozycji, któremu noga kolegi ograniczała
      nieco pole widzenia – Wciąż gadają?
      - Gadają – wymamrotał niewyraźnie drugi, usiłując zębami odsunąć liść, który
      uparcie właził mu do ust.
      - Cholera, czyli nie jest dobrze – zaniepokoił się pierwszy i postanowił
      sprawdzić to naocznie. Nie zważając na protesty i jęki kolegi, przewalił się
      przez niego jednym rzutem ciała, dzięki czemu udało mu się dostać do pnia i
      objąć go w serdecznym uścisku. Od razu poczuł się pewniej.
      - Ty, a twoja stara wie o tej pale z polskiego?
      - Martw się o swoją, dobra? Moja staruszka jest świetnie przygotowana na różne
      niespodzianki. Chwilowe niepowodzenie z paru przedmiotów na pewno jej nie
      zdziwi. Czego one tam tyle siedzą? Tyłek mnie już boli!
      Próby poprawy położenia obolałej części ciała, wywołały kolejną falę protestów
      ze strony kolegi, któremu pień zaczął wymykać się z rąk, a także okolicznych,
      rozchybotanych gałęzi oraz skrzypiącego ponuro konara. Sytuację uratował syk
      pierwszego:
      - Uwaga, wychodzą!
      Faktycznie, światło w oknie zgasło. Po krótkiej chwili, która pozwoliła
      młodzieńcom wtopić się w listowie, tuż pod nimi ukazały się sylwetki trzech
      kobiet. Roześmianych i tak żywo zajętych dyskusją, że jej fragmenty swobodnie
      docierały nie tylko do najwyższych gałęzi kasztanowca, ale także na szczyt
      sąsiedniej wieży kościelnej, budząc śpiące w jej zaciszu gołębie.
      - Nader nieordynarny jad tam było!... No! A zewłoka poniewierana do komnata?...
      Żadna z mnoga osób nie znalaznęła...! Ale ty, jako mać powinnaś obzierać wielce
      z uwagami... Phi, wielka mi dramata te parę dwójek... A pamiętacie, że Zosia
      też na Pawełka ciągle narzekała?... Daj im ten tekst na dyktando!...
      Wariatka!... Azali dla jakiego powoda... Umówimy się na kawę?... Nie objaśniaj
      własna osoba...
      Słaniając się ze śmiechu i przekrzykując dziwnymi zdaniami, kobiety znikły za
      zakrętem ulicy, a na drzewie nadal panowała cisza. W końcu spośród gałęzi
      wyłoniły się dwie pary nóg i reszta wyrośniętych ciał wylądowała dość ciężko na
      ziemi. Rozcierając ścierpnięte kończyny, obaj młodzieńcy w zadumie patrzyli w
      kierunku, skąd dobiegał cichnący stukot obcasów i pojedyncze wybuchy śmiechu.
      - Co jest grane? Kapujesz coś z tego, bo ja za nic – szepnął pierwszy.
      - Rany kota, matce coś się w głowę zrobiło... Twojej też, widziałeś?
      - No. Zaraziły się od wychowawczyni, mówię ci. Ona zawsze mówiła, że wcześniej,
      czy później z nami zwariuje. Ale czemu na wywiadówce ją dopadło?
      - Ty, a co one mówiły o jakichś zewłokach i jadach? Mają kogoś obdzierać i
      poniewierać, słyszałeś?
      - To chyba z Biblii było. Na drugi raz wyślę ojca do szkoły. Potem potruje za
      uszami, ale przynajmniej da się z tego coś zrozumieć. A w takie starożytne
      gadki, to ja się nie bawię..
      - Czekaj! Właśnie! Ojca! Trzeba uprzedzić! Mój ma chorą pompkę, jeszcze zawału
      dostanie, jak matkę zobaczy w takim stanie! A babcia?! Umrze! Stara już jest.
      - No, mój też coś ostatnio narzeka, że źle się czuje. Ale się biedny staruszek
      zdziwi! Przecież to ja podobno miałem go wykończyć swoimi pomysłami, nie matka.
      Lecimy do domu!
      Polecieli.
      --
      Bez względu na to, gdzie człowiek patrzy, zawsze coś widzi.
    • Liceum Ogolnoksztalcace w Roztoczu - spotkanie Komitetu Rodzicielskiego z Rada
      Pedagogiczna. Styczen 2006.

      Grono profesorskie wysluchiwalo wymowek Komitetu Rodzicielskiego. Po normalnych
      utyskiwaniach na stolowke i dziesiatek innych drobiazgow przyszla kolej na
      ciezka artylerie. Komitet ostro protestowal przeciwko eksperymentowi ogloszonemu
      tuz przed Bozym Narodzeniem przez polonistke, pania profesor Mariurzke.
      - Przeciez to do niczegom niepodobne! - sierdzil sie przewodniczacy Komitetu,
      pan Pawlakowski - przeczytac ponad 50 ksiazek w CZTERY miesiace?
      - Cztery miesiace to 120 dni - niewinnie powiedzial matematyk - na jedna ksiazke
      wypada wiec ponad dwa dni.
      - Ale dzieci maja biezaca nauke!
      - Lepsza ksiazka niz oglupiajaca telewizja - karcaco stwierdzila geografka -
      Wybrana lektura ma wybitne cechy poznawcze, a w dodatku nie jest tak "nudna" jak
      obecnie obowiazujace lektury.
      - Eksperymenty musza byc zatwierdzone przez cialo nadrzedne - jadowicie
      stwierdzila wiceprzewodniczaca Komitetu, pani Wegrecka, skladajac buzie w ciup -
      tak wiec rozumiem, ze Kuratorium wyrazilo na to zgode?
      - O zgode poprosilismy Ministerstwo - odrzekl dyrektor.
      - I Ministerstwo wyrazilo zgode? - z niedowierzaniem w glosie spytala pani Wegrecka.
      - Ministerstwo nie odpowiedzialo w czasie ustawowym - odpowiedzial dyrektor.
      - A zatem, zgodnie z precedensem ustalonym przez Cesarza Napoleona, kto milczy,
      ten sie zgadza - triumfalnie obwiescil historyk - i dlatego eksperyment zostanie
      doprowadzony do konca!
      Komitet Rodzicielski rozejrzal sie po sobie bezradnie.


      Liceum Ogolnoksztalcace w Roztoczu - spotkanie Komitetu Rodzicielskiego z Rada
      Pedagogiczna. Maj 2006.

      - To szalenstwo musi sie skonczyc! - grzmial pan Pawlakowski - Juz nie tylko
      jezyk polski, ale i biologia, historia, geografia, ba nawet fizyka jest bazowana
      na tym upiornym eksperymencie!
      - Matematyka tez. Zuzycie paliwa w wannach! Predkosc w furlongach na fortnight!
      - syczala pani Wegrecka.
      - W tym tygodniu dojda do tej listy zajecia praktyczne i przysposobienie obronne
      - usluznie podpowiedzial historyk. - A w przyszlym roku szkolnym jeszcze inne
      przedmioty.
      - Rece opadaja! - jeknal pan Pawlakowski.


      Liceum Ogolnoksztalcace w Roztoczu - sala gimastyczna. Kwiecien 2007.

      Publicznosc, zlozona z uczniow, rodzicow i grona pedagogicznego stala i bila
      brawa juz przez blisko pol godziny. Zmeczona, ale rozradowana trupa mlodych
      aktorow uklonila sie po raz kolejny i definitywnie opuscila scene. Pomalu brawa
      zaczely wreszcie milknac. Widzowie zaczeli powoli opuszczac sale.
      - Wie pan co? - powiedzial do sasiada pan Pawlakowski - moze ten eksperyment
      jednak sie powiodl?
      - Mam wrazenie, ze tak - odparl sasiad. Jakby na to nie patrzec, mlodziez
      zaczela wiecej czytac, a ciekawe tematy zadan i wypracowan najwyrazniej ja
      zdopingowaly do nauki.
      Pan Pawlakowski pokiwal glowa.
      - A ja tak przeciw temu walczylem...
      - Nie ma ludzi nieomylnych - sentencjonalnie westchnal sasiad i chcial sie
      podrapac po glowie, ale przeszkodzil mu w tym rulonik paieru, ktory trzymal w
      reku. Rozwinal go i popatrzyl nan jeszcze raz.
      Tekst glosil:

      Kolko Teatralne Liceum w Roztoczu
      ma zaszczyt przedstawic
      sztuke oparta na podstawie powiesci Joanny Chmielewskiej

      "Wszystko czerwone"

      Scenariusz i rezyseria - Ida Czternasta

      - Schowam to sobie na pamiatke - zdecydowal. - Moze cos z tej dziewczyny wyrosnie?


      Dwadziescia lat pozniej...

      Mimo poznej godziny nocnej niemal cala Polska siedziala przed telewizorami
      ogladajac bezposrednia transmisje z Los Angeles z ceremonii wreczania Oscarow.
      Ceremonia zblizala sie ku koncowi. Az do tej pory nie bylo zadnych
      niespodzianek. "Everything Red" - hollywoodzki remake kultowego filnu "Wszystko
      czerwone" Idy Czternastej sprzed 15 lat zgarnal najwazniejsze kategorie: dla
      najlepszego aktora, dla najlepszej aktorki, dla najlepszej drugoplanowej
      aktorki, dla najlepszego drugoplanowego aktora, dla najlepszej muzyki, za
      najlepszy scenariusz, dla najlepszego rezysera (Ida Czternasta) i za najlepszy
      film roku. Tylko efekty specjalne poszly do "Gwiezdnych Wojen 9". Wreszcie
      nadszedl moment na ktory czekala cala Polska. Prowadzaca ceremonie Loretta Swit
      (amerykanska aktorka pochodzenia polskiego) przedstawila nominacje:
      - I wreszcie w kategorii najlepszego filmu zagranicznego mamy nastepujacych
      konkurentow:
      - "Wielki Diament" produkcji francuskiej
      - "Florencja, corka Diabla" produkcji rosyjskiej
      - "Przekleta bariera" produkcji brytyjskiej
      - "Studnie przodkow" produkcji wegierskiej
      - I "Cale zdanie nieboszczyka" produkcji polskiej.
      Na ekranie ukazaly sie fragmenty filmow. Chwile pozniej Loretta Swit podniosla
      do gory koperte. Nie spieszac sie zaczela ja otwierac.
      - A zwyciezca jest... z otworzonej koperty wyjela kartonik i odczytala glosno -
      "Cale zdanie nieboszczyka" w rezyserii Idy Czternastej!
      Przez Polske przetoczyl sie ryk radosci porownywalny chyba tylko z tym rykiem,
      jaki przetoczyl sie nad Polska ponad 50 lat temu, gdy na Mistrzostwach swiata w
      pilke nozna w 1974 roku, w szostej minucie minucie meczu Polska strzelila
      Argentynie pierwsza bramke. Transmisja trwala jeszcze chwile, ale na ekranie
      pokazali sie teraz polscy komentatorzy. Jeden z nich stwierdzil:
      - Wielki dzien dla polskiej kultury.
      - I dla pani Idy.
      - Ale przede wszystkim dla naszej noblistki, ktora podobno oglada ten program...

      Starszy pan siedzacy przed telewizorem spojrzal na pozolkla kartke papieru i
      powiedzial sam do siebie:
      - Zdecydowanie tak, to byl udany eksperyment...
    • Na miejscu zbiórki stały już sanie zaprzężone w dziarskie, parskające obłokami
      pary i niecierpliwie grzebiące kopytami, konie. Sądząc po budowie – rasy
      śląskiej, co jednak dla zebranej grupki osób nie miało żadnego znaczenia.
      Konie, to konie. Jakie są, każdy widzi. Te były przykryte ciepłymi derkami
      przez swoich właścicieli, którzy oczekując na pozostałych uczestników kuligu,
      pogadywali leniwie i rozgrzewali się przytupując, zacierając ręce i ćmiąc
      papierosy. Ich niczym niezmącony spokój i pogoda ducha, miały niewątpliwy
      związek z wysoką kwotą, jaką udało im się utargować od mieszczuchów za
      przegonienie ich po śniegu. W większości czasu - za saniami, co w niczym nie
      zmniejszało kosztów, choć wydatnie oszczędzało końskie siły, a spragnionym
      zabawy wydawało się pyszną przygodą. Czyli zanosiło się na ogólnie miłą
      imprezę, przynoszącą korzyści wszystkim stronom. Nawet koniom, które od czasu,
      do czasu, wolą się zmęczyć na świeżym powietrzu, niż tkwić w nudnej stajni.
      W końcu wszyscy się zebrali i usadowili w saniach. W powietrzu strzeliły
      pokazowo baty, zadźwięczały janczary, zagrał śnieg pod płozami i kulig wesoło
      ruszył przez piękny, zimowy, mazowiecki krajobraz. Oczarowane towarzystwo
      najpierw w ciszy kontemplowało niecodzienną, uroczą muzykę, złożoną z triangli
      i dzwonków, świstu mroźnego wiatru i werbli kopyt na twardym śniegu. Potem
      zapalono pochodnie i przyłączono do tej muzyki swój radosny śpiew, usiłując go
      nawet jakoś zsynchronizować, ale okazało się to zbyt trudne, więc pędzono
      naprzód z różnoraką pieśnią na ustach. Do pierwszego zakrętu, na którym sanie,
      zgodnie z tajemniczą umową powożących, wygruziły swoją zawartość w najgłębsze
      zaspy. Śmiechom i zabawom nie było końca.
      W pewnym momencie, rozpędzony z górki orszak przemknął obok tkwiącego w
      głębokiej zaspie na poboczu dziwnego pojazdu, przypominającego kanciasto-owalny
      stół, na którym siedziały dwie istoty płci żeńskiej, o czym mogła świadczyć
      wielka szopa włosów na jednej i byle jak zawiązana chustka na głowie drugiej.
      Za ich plecami mignęło coś w rodzaju wygiętego kabłąka, po czym całe to
      dziwowisko znikło w głębokich ciemnościach.
      Na saniach zapanował nieopisany harmider.
      - Jezu, widzieliście, widzieliście?
      - Stać, panie woźnica, stać!
      - Jak babcię kocham! Tereska z Okrętką! Jadą po drzewka!
      - Puknij się w głowę, tutaj?
      - A co, nie mogą? Może gdzie indziej już zabrakło?
      - Czy wam już całkiem rozum odebrało? Przecież one nie istnieją!
      - Tak? A tam, to kto stał? Duchy na saniach z dębowego stołu?
      W atmosferze pewnej niesamowitości, niedowierzania, sporów, wzajemnego
      szczypania się po rękach i nerwowego rozglądania się wokół, uczestnicy kuligu
      dotarli do miejsca, gdzie już czekało rozpalone, strzelające iskrami, wesoło
      buzujące ognisko. Jego swojski widok przywrócił wszystkim nadszarpnięte
      poczucie realności. Nawet koniom, które lubią ciepło derek na parujących
      grzbietach i zapach obroku w chrapach . A kiedy w rękach znalazły się kubki z
      gorącą herbatą, pierwsze kiełbaski zaczęły apetycznie skwierczeć na ogniu i
      prawie zapomniano o niezrozumiałym zjawisku na drodze, nagle, gdzieś spośród
      drzew, rozległ się wyraźny, stanowczy szept:
      - Cicho, Chaber, dobry piesek. Nie chodź tam. Wracamy.
      Wszyscy, jak rażeni gromem, zamarli z wrażenia. I tylko ci, którzy stali bliżej
      lasu, mieli niesamowite szczęście, dzięki któremu, po powrocie do domu, stali
      się prawdziwymi bohaterami kuligu. Bowiem tylko oni, na własne oczy, zobaczyli
      znikające wśród drzew sylwetki dwojga grzecznie wyglądających dzieci,
      dziewczynki i chłopca, którym towarzyszył duży, brązowy pies i na własne uszy
      usłyszeli dalszy ciąg tego szeptu:
      - ... Chaber powiedział, że to przyjaciele, żadnego bandziora...
      --
      Bez względu na to, gdzie człowiek patrzy, zawsze coś widzi.
    • W stolicy Wielkopolski budzil się wlaśnie kolejny, znienawidzony przez cały lud
      pracujący, poniedzialkowy poranek. W biurze X firmy Y opieszale i z wyraźną
      niechęcią zaczęli pojawiać się pierwsi pracownicy.
      -A ten co? – warknął Krzysztof na widok przełożonego – i z czego się tak
      cieszy?
      -Zestaw motywacyjny jeszcze działa… - filozoficznie stwierdziła Ilona.
      W progu biura stał bowiem ich szef z radosnym powitaniem na ustach.
      -Czy on nigdy nie sypia? – jęknęła Anka po czym przeraźliwie ziewnęła.
      -Nigdy – odpowiedział jej sam zainteresowany, pojawiając się jak duch w
      miejscu, w którym nikt się go nie spodziewał – no, kochani. Piękny mamy dziś
      dzionek, do roboty, do roboty… - zanucił na melodię „Krakowiaczek jeden” i
      potruchtał do pokoju elektryków.
      -Brrr… Sam chyba zacznę brać to, co on, bo inaczej go zamorduję – Jacek
      zabrał resztkę kawy z ekspresu i poczłapał za przełożonym.
      Nie licząc wybuchów szalonej aktywności, jakie przejawiał mniej więcej co pół
      godziny szef dzień mijał spokojnie i zbliżał się do nieuchronnego końca.
      Niestety o trzynastej trzynaście względny spokój został zakłócony.
      -Gdzie to jest? – krzyk szefa poderwał wszystkich na równe nogi.
      Przerażeni wyrobnicy stłoczyli się w niewielkim korytarzyku przed gabinetem.
      Popatrzyli na siebie pytająco, ale żadne z nich nie odważyło się odezwać. W
      chwili, kiedy najodważniejsza ze wszystkich Ilona naciskała delikatnie klamkę,
      drzwi otworzyły się z hukiem i wybiegł on sam – ich szef.
      -Gdzie jest mój zestaw motywacyjny? – zagrzmiał – czy ktoś wie?
      Wszyscy, jak jeden mąż, przecząco pokręcili głowami.
      -Ktoś go musiał zabrać – szef patrzył na nich podejrzliwie.
      -Nareszcie – Krzysztof mruknął na stronie.
      -Myślę, że to ktoś z zewnątrz – wyraził nadzieję wszystkich Jacek.
      -Wykluczone – Matylda jak zwykle była stanowcza i nieugięta – nikt obcy
      tu nie wchodził.
      -Może Stolarek przeniósł go do konferencyjnej? – szepnęła Anka po chwili.
      Szef spojrzał na nią z zainteresowaniem i poszedł do „pokoju rozmów”. Niestety,
      na dużym owalnym stole leżał jedynie dziurkacz , niebieski pasek od damskiego
      fartucha i chustka w kratę.
      -Nie ma – jęknął szef.
      -No to moi drodzy, wszyscy jesteśmy podejrzani – stwierdziła głośno
      Ilona – chyba, że to Diabeł ukradł.
      W spokojnym dotąd biurze zapanowała Sodoma i Gomora. Wszyscy szukali wszędzie a
      szef niknął w oczach. Po kilku dniach apatia opanowała go bezpowrotnie. Nie
      jadł, nie pił a co gorsze NIE PRACOWAŁ! Duży Franek, szef szefów posunął się
      nawet do, wydawałoby się niemożliwego. Zaproponował podwyżkę! Niestety, nic to
      nie dało. Mały Franek chciał tylko swojego zestawu i to jak najszybciej.
      -Nie bądźcie świnie, oddajcie mu to – Anka zapalała kolejnego papierosa –
      albo mu odkupmy i już.
      -Zwariowałaś? – Jacek popukał się w czoło – a gdzie znajdziesz pierwsze
      wydanie „Wszystkiego Czerwonego”, cztery pinezki osobiście odpięte przez Guruę
      i zdjęcie z pasowania z JEJ autografem.
      -Że o przykładnicy z czerwoną kokardką, a jakże zawiązaną osobiście –
      Krzysztof wykrzywił się straszliwie – przez Starą Gropę, nie wspomnę.
      -No to leżymy – Ilona westchnęła jak lokomotywa – martwym bykiem.


      • 26.01.06, 16:44
        Na placu budowy zaległ powoli mrok. Skryły się w nim fundamenty, fragmenty
        zbrojenia wystające tu i owdzie, pochowały się również rozwłóczone po całym
        placu sprzęty. Tylko betoniarka była dobrze widoczna bo stała na betonowym
        postumencie w przyszłości przeznaczonym na fontannę. Słychać było odległe kroki
        i cichą rozmowę.
        -Jak to, nie rozpoznałeś nawet czy człowiek czy zwierzę?
        -No mówię ci, jakieś dziwne było. Mruczało coś pod nosem.
        -Ale co mruczało, zrozumiałeś coś?
        -Nie wiem, brzmiało tak jakoś „upafuga, upafuga”
        -A co to miałoby być?
        -Nie wiem, cofało się jak to mruczało i chwiało tak jakoś.
        -A widziało cię?
        -Chyba tak, bo zaczęło się tak zachowywać dopiero jak podszedłem bliżej. Mógł
        być dzik, tu las jest niedaleko i chrząkał coś.
        Dwaj ochroniarze przeszli na drugą stronę budynku, a w krzakach coś się
        poruszyło niespokojnie.
        -No mówiłem wam, że nas widzieli.
        -Głupi jesteś, i tak nie skojarzyli co widzieli.
        -Ale już wiedzą, że coś się dzieje i będą się kręcić całą noc.
        -A bo jakbyś nie żarł tej kiełbasy to byśmy się wcześniej wycofali i nic by nikt
        nie widział.
        -No głodny byłem, jeden kęs wziąłem. Przecież wyraźnie mówiłem „wycofujemy się”.
        -Akurat, ja też słyszałem „upafuga” i zastanawiałem się, o co ci może chodzić.
        -Sam jesteś upafuga. „Wycofujemy się” miało być. Chodź, spróbujemy jeszcze raz.
        Betoniarka była przymocowana do postumentu czterema potężnymi śrubami, więc
        odkręcenie ich musiało chwilkę trwać. Genialny plan polegał na tym, aby przebrać
        się w nieforemne kostiumy uszyte z kombinezonów roboczych wypchanych pianką
        poliuretanową, pomalowanych na szaro i udawania w razie nadejścia ochroniarzy
        elementów konstrukcyjnych. Stojący dodatkowo na czatach jeden z członków
        nieszczęsnej ekspedycji zgłodniał i zamiast w krytycznym momencie wydać z siebie
        ostrzegawczy gwizd zaczął pospiesznie z pełnymi ustami namawiać kolegów do
        odwrotu. Mieli teraz jakieś 10 minut w czasie, gdy ochroniarze przechadzali się
        nieśpiesznie w oddali. Tym razem musiało się udać.

        --
        Ciri i Fabryka Kolczyków
        • Nad Warszawą wolno wstawał nowy dzień. Słońce nie spieszyło się specjalnie, bo
          też i nie miało ochoty oświetlać ponurego, szarego i zimnego kraju na północy.
          Żeby nie wiem jak się starało, ludzie wciąż byli smutni, zieleń jakaś taka
          przygaszona, nawet wróblom się nie chciało za bardzo ćwierkać. Wszystko przez
          to, że krajem od kilkudziesięciu lat rządził zły dyktator Kaczarion Pierwszy,
          który uparcie tropił wszelkie przejawy dobrego humoru. Za opowiadanie dowcipów
          można było wylądować na ciężkich robotach, uśmiech karany był chłostą, a
          kilkanaście lat wcześniej publicznie spalono książki, w których pojawiało się
          jakiekolwiek słowo mogące poprawić komukolwiek nastrój.
          Nie wszyscy jednak poddali się temu dyktatowi. Istniała mała, ale bardzo prężna
          grupa oporu, która spotykała się potajemnie w pewnym lokalu w centrum Warszawy,
          którego nazwa została sprytnie zakamuflowana. Tego ranka, Wiesio Pędziwiatr,
          przywódca ruchu obudził się wcześnie. Na dzisiaj zaplanowana była akcja
          dywersyjna, dzięki której ruch miał szansę zamanifestować swoje poglądy. Wiesio
          miał zamiar dokończyć malowanie transparentu. Głównym hasłem było „Uwolnimy
          się!”, obok widniały dwa skrzyżowane szydełka. Wiesio nie wiedział, czemu
          szydełko kojarzy mu się z wolnością. Prawdopodobnie był to wpływ jakiejś
          lektury, jaką czytała mu w dzieciństwie matka, ale nie pamiętał, o co w niej
          chodziło. Szydełka jednak wyglądały dobrze, groźnie i zaczepnie, ale
          jednocześnie wystarczająco niewinnie, aby można było twierdzić, że są po prostu
          symbolem rewolucji dziewiarskiej, w której nie było nic śmiesznego, więc była
          jak najbardziej dozwolona. Wiesio westchnął i pochylił się z pędzlem nad
          transparentem. Pracy było huk, a godzina rozpoczęcia imprezy zbliżała się
          nieubłaganie.
          Kaczarion miał zwyczaj codziennie rano uprawiać jogging w Łazienkach w
          towarzystwie swojego psa i gromadki ochroniarzy. Tego poranka punkt o 9 rano
          przed bramą Łazienek zatrzymało się granatowe Volvo i wysiadł z niego sam jaśnie
          Pan. Ruszył swoją stałą trasą, błogo nieświadom faktu, że na jednym z drzew
          została przygotowana na niego pułapka. Biegł sobie spokojnie, kiedy nagle
          zaczepił nogą o cienki sznureczek rozciągnięty między drzewami i na głowę
          zleciał mu garnek wypełniony smołą. Nabił mu lekkiego guza, a smoła oblepiła
          dokładnie błękitny dres. Wściekły dyktator zatrzymał się ciężko dysząc, kiedy
          nastąpił drugi akt zemsty. Do gałęzi przymocowana była torba pełna pierza, która
          otworzyła się majestatycznie i obsypała kochanego przywódcę swoją zawartością.
          Jednocześnie rozwinął się przygotowany wcześniej przez Wiesia transparent.
          Dyktator plując pierzem zarządził natychmiastowe zamknięcie parku i schwytanie
          sprawców odrażającego czynu. Wiesio, który oficjalnie był jednym z ochroniarzy,
          usiłując skryć uśmiech, wydał odpowiednie rozkazy, choć oczywiście wiedział, że
          nikt nic nie znajdzie. Dyktator oddalił się kurcgalopkiem ku swojemu
          samochodowi, nie zwracając uwagi na pękających ze śmiechu ludzi i poprzysięgając
          w duszy srogi odwet. Nie wiedział jednak, że w społeczeństwo wstąpiła otucha,
          która miała wkrótce doprowadzić do końca jego srogie rządy terroru.

          --
          Ciri i Fabryka Kolczyków
    • - Czy nie wydaje ci się, że nasze dziecko ostatnio dziwnie się zachowuje?
      - Dlaczego dziwnie? – mąż oderwał wzrok od gazety – Nigdzie nie lata, uczy się
      w swoim pokoju, maluje te swoje bohomazy, co ci się znowu nie podoba?
      Żona popsikała lakierem ostatni niesforny kosmyk za uchem, przejrzała się w
      dwóch lusterkach jednocześnie i zadowolona z efektu westchnęła:
      - No, może być. Teraz jeszcze tylko sukienka i jestem gotowa.
      Mąż z wyraźną ulgą zaczął składać gazetę.
      - Też tak uważam. Już jesteśmy skandalicznie spóźnieni. Wyglądasz olśniewająco –
      dodał jak zwykle. Wiedział, że przed wyjściem na bal, kobietom jest to
      potrzebne nie mniej, niż nowa toaleta.
      Nagle zelektryzował go krzyk, który rozległ się z sypialni:
      - Gdzie?! Moja?! Sukienka?!!
      Zdenerwowanie, jakie w nim zabrzmiało, udzieliło mu się natychmiast.
      - Zapomniałaś zabrać ze sklepu?! No, pięknie! Sukienka za ponad tysiąc złotych!!
      - Na głowę upadłeś, czy co? – żona miotała się po mieszkaniu, zaglądając do
      wszystkich szuflad, łącznie z kuchennymi, z bezrozumną nadzieją, że jakimś
      cudem znajdzie w nich prześliczną kreację w kolorze czerwonego wina, która
      miała z niej uczynić królową balu. Przynajmniej w oczach własnego męża. Oraz w
      jej własnym odczuciu. Szczególnie, iż nie co dzień zdarzało jej się bywać na
      tak eleganckich balach, jak ten dzisiejszy. Na którym wprost nie wypadło
      wyglądać tak sobie.
      - Przecież przymierzałam ją przy tobie! W domu! Stara skleroza. Gdzie, do
      jasnej...
      - Co tak śmierdzi? – gwałtownie przerwał jej mąż – Od wczoraj coś okropnie
      zalatuje w tym domu, czy ty tego nie czujesz?
      - Może lakier do paznokci? Ale czekaj... Faktycznie, coś dziwnie...
      W tym momencie otworzyły się drzwi dziecinnego pokoju i z obłoku ostrej,
      chemicznej woni, wyłoniła się piegowata, patykowata panienka, niosąca przed
      sobą jakąś pstrokatą szmatę, którą podała matce z ciepłym uśmiechem.
      - Mamusiu, zrobiłam ci niespodziankę.
      - Co to... Co to jest? O, Jezu kochany....
      Trzymała w rękach coś, co przypominało stare giezło ubogiej krewnej, połatane
      wyleniałymi resztkami futra, posklejane dziwnymi kłakami, spośród których,
      gdzieniegdzie, przebłyskiwał kolor czerwonego wina. Coś, co niewątpliwie,
      jeszcze dwa dni temu było jej piękną, balową kreacją. Za grubo ponad tysiąc
      złotych...
      - Dziecko, coś ty zrobiła? – zapytała bezradnie, czując, że za chwilę trafi ją
      potężny szlag. Mąż i ojciec, patrząc w niewinne, błękitne, jak niezapominajki,
      oczy swego jedynego, szalenie uzdolnionego plastycznie dziecka, postanowił
      milczeć, jak grób.
      - To się nazywa flotacja – powiedziało spokojnie dziecko.
      - Co się nazywa flo...
      - No, ta technika. Czyli nanoszenie strzyży tekstylnej na materiały. Według
      wzoru. Tak piszą fachowcy. Niestety, nie umiałam tego natrysnąć ele...
      elektro..., no tego, elektrostatycznie, bo się boję prądu, więc przykleiłam.
      Kropelką. Powinno się trzymać.
      - Ale skąd te... te takie...?
      - Z twojego starego futra. I z kapelusza taty. Przecież i tak go nie nosi –
      cierpliwie wytłumaczyło dziecko, widząc, że blada matka, jak zwykle nic nie
      rozumie. Z ojcem, który właśnie pilnie oglądał swoje paznokcie, nigdy nie było
      takiego problemu. Mimo ścisłego umysłu, miał zdecydowanie więcej zrozumienia
      dla eksperymentów artystycznych. I mniej czasu na ich omawianie. A na sztuce
      użytkowej nie znał się wcale.
      - Zaraz! Ale dlaczego moja sukienka? – krzyknęła nieco histerycznie matka –
      Spytaj taty, ile ona kosztowała!
      - Ile? – zapytało zwięźle dziecko.
      - Dużo! – krzyknęła matka, a ojciec dodał pod nosem coś w rodzaju: „bardzo”.
      - Taka skromna kiecka? – zdziwiło się dziecko – Przecież sama mówiłaś, że jest
      trochę za skromna, prawda? No to ci ją ozdobiłam. Ty wiesz, jakie pracochłonne
      jest to flokowanie? Samo rysowanie wzorów zajęło mi cały wczorajszy wieczór, a
      dzisiaj cały dzień strzygłam i kleiłam. Ale za to popatrz, jaka jest teraz
      piękna!
      Pandemonium, jakie niewątpliwie rozpętałoby się w domu, zapobiegła babcia,
      która niezawodnie zjawiła się o wyznaczonej godzinie, aby jak zwykle dotrzymać
      towarzystwa swojej ukochanej wnusi, gdy jej rodzice mieli wychodne. Popatrzyła
      na kolorową szmatę w rękach córki i zawołała ze szczerym zachwytem:
      - Cudowne! Dlaczego mi nie powiedziałaś, że to bal przebierańców? Mam takie
      flokowane rękawiczki, które sama sobie zrobiłam w czasach kryzysu, pasowałyby,
      jak ulał do tego kostiumu żebraczki z okresu sanacji!
      Po godzinie, kiedy za matką, ubraną w zeszłoroczną suknię i wciąż milczącym
      ojcem, zamknęły się wreszcie drzwi, babcia zrobiła wnuczce kakao z pianką, a
      sama usiadła wygodnie z kubkiem mocnej herbatki i zapytała niewinnie:
      - Przyznaj się, gdzie to wyczytałaś? A na czym polega flotacja miedzi też wiesz?
      --
      Bez względu na to, gdzie człowiek patrzy, zawsze coś widzi.
    • Sledztwo w sprawie tragicznego wydarzenia w Parlamencie ruszylo pelna para.
      Policja i Prokuratura stawala na glowie, aby sprawe jak najszybciej wyjasnic,
      zas sprawcow wsadzic za kratki. I to natychmiast. Co prawda nastapily spory
      kompetencyjne - jaki paragraf (terroryzm? morderstwo? zamach stanu? cos
      innego?), kto ma prowadzic sledztwo (policja? kontrwywiad? Agencja Ochrony
      Rzadu?), ale sprawy te zepchnieto na dalszy plan. Blyskawicznie ustalono pewne
      fakty, ale... im dalej w las, tym wiecej drzew. Na jaw zaczely wychodzic dziwne
      rzeczy. Dziennikarze, zadni sensacji prowadzili swoje wlasne sledztwa i, co
      gorsza, publikowali ich wyniki na biezaco. Nie przysporzylo to wladzom
      bezpieczenstwa chwaly. Pierwszy fakt, skad sie wziely tygrysy, nie byl zadna
      tajemnica. Byl to transport 30 sztuk tygrysow ussuryjskich dla ogrodow
      zoologicznych Zachodniej Europy. I w tym miejscu zaczely sie schody. Nie wiadomo
      w jaki sposob tygrysy dostaly sie do Parlamentu. Kiedy policja dotarla na
      dworzec, na ktorym stal pociag z tygrysami, caly personel transportu byl schlany
      do nieprzytomnosci i dopiero pod wieczor nastepnego dnia niektorzy z konwojentow
      wytrzezwieli na tyle, ze zaczeli rozumiec, co sie do nich mowi. Dopiero w
      nastepnym dniu zaczeli odpowiadac na pytania. Nie, nikogo tutaj nie bylo,
      tygrysy byly zamkniete w klatkach i nakarmione. Nie, nikt tygrysow nie zabieral,
      zreszta w jaki sposob? Taz to dzikie bestie!
      Rownoczesnie prasa opublikowala rzecz kompletnie niewiarygodna. Otoz po
      wtargnieciu na sale tygrysow kilku parlamentarzystow zdolalo zadzwonic z komorek
      albo do policji albo do Agencji z informacja, co sie dzieje i z histerycznym
      wrecz zadaniem pomocy. Jednakze za kazdym razem, kiedy sie przedstawiali i
      mowili, co sie dzieje, slyszeli odpowiedzi, ktore mozna strescic krotko:
      "Sluchaj, opoju. Idz grzecznie do domciu i lulu, a rano, jak sie wyspisz, to nie
      bedziesz widzial ani tygrysow, ani rozowych sloni, ani bialych myszek. A teraz
      przestan zawracac mi glowe." No i tak opinia, jaka parlamentarzysci mieli nie
      tylko w spoleczenstwie, ale i we wladzach porzadkowych zadzialala przeciw nim.
      Dopiero po godzinie ktos sie tym zainteresowal, ale dopiero po czterech do akcji
      wkroczyla specjalna brygada antyterrorystyczna. Dwojgu parlamentarzystom udalo
      sie przezyc. Zyc, zyli, ale co to za zycie! Doznali takich urazow psychicznych,
      ze wyladowali w Tworkach z nikla nadzieja na wyleczenie.
      No, ale wrocmy do tygrysow. Poniewaz od pijanych konwojentow nie mozna bylo
      wydusic slowa, policja wszczela poszukiwania swiadkow. No i trafili na mur. Nikt
      nic nie widzial, nikt nic nie slyszal. Spoleczenstwo ogluchlo i zaniewidzialo.
      Nikt nie widzial nikogo z tygrysem na smyczy, nikt nie widzial ani jednego
      tygrysa w klatce wiezionego samochodem, (zreszta zadnego samochodu, ktorego stan
      wskazywalby na przewoz tygrysa, nie znaleziono). Przeszukano cala stolice i
      wojewodztwo. Rozszerzono poszukiwania na caly kraj. Bez skutku. Na dobra sprawe,
      przesluchano cala ludnosc stolicy - i nic. Zadnych sladow, poszlak, podejrzen.
      Zero, zilch, nada. Kompletnie nic!
      Natychmiast powstala teoria spisku. No dobrze, ale spisek obejmujacy prawie dwa
      miliony ludzi, z ktorych kilku, czy kilkudziesieciu bralo czynny udzial, a
      reszta trzymala gebe na klodke? Z czyms podobnym policja sie do tej pory nie
      zetknela.
      Po kilku tygodniach policja wreszcie wpadla na pierwszy slad tropu. Wyplynela
      dwa nazwiska: Michala Olszewskiego i niejakiego Bolka. Informator twierdzil, ze
      obaj widzieli, jak tygryz zjadl Cap-Uste. No to znaczy, ze lobuzy braly w tym
      udzial! Policja dostala szwungu i w tydzien potem dotarli do obu. Michal
      Olszewski okazal sie byc historykiem sztuki i wicedyrektorem w Ministerstwie
      kultury odpowiedzialnym za odkupywanie polskich pamiatek z zagranicy (jesli
      akurat byly na to pieniadze) i rewindykacji zbiorow zagrabionych przez
      hitlerowcow i bolszewikow. W dniu tragedii przebywal w Paryzu, gdzie spotkal sie
      z Bolkiem, ktorego znal juz blisko 30 lat. Wieczorem tego dnia byli wieczorem w
      polskiej ambasadzie, gdzie Bolek zostal uhonorowany za wklad. Chodzilo zas o to,
      ze wspolnie z Michalem Olszewskim odzyskal sporo polskich pamiatek i przekazal
      je do polskich muzeow. Jakis wklad mialy tu (podobno) klusaki z lasku Vincennes.
      Indagowany o tygrysy i Cap-Uste wicedyrektor Olszewski popadl w zadume i
      stwierdzil, ze owszem, tak, ale nie w Moskwie, a w Leningradzie, nie samochod, a
      rower i nie wygral, tylko mu ukradli. Policja wywalila galy, zas pan Olszewski
      wyjasnil, iz blisko 30 lat temu byl swiadkiem tragicznej smierci niejakiego
      Johna Capusty w Paryzu z reki (a raczej z lapy) tygrysa. Drugim swiadkiem byl
      Bolek. Nieboszczyk John Capusta byl przestepca, ktory ukradl olbrzymi skarb
      pamiatek narodowych, gdzies go w Polsce schowal, uciekl do Paryza i tam wyzional
      ducha. Poszukiwania skarbu trwaja do tej pory. Wowczas ktos z policji
      przypomnial sobie, ze niezyjacy juz, tragicznie zmarly nadkomisarz Stanislaw
      Bielski kiedys cos wspominal o jakims skradzionym skarbie i jakiejs okropnej
      Hani, ktorej powinien byl leb ukrecic. Okazalo sie wiec, ze i ten trop nie byl
      tropem, lecz slepym zaulkiem.
      Policja latala za jakimkolwiek sladem jak kot z pecherzem i kazde kolejne "Nie
      wiem", "Nie widzialem" powodowal zgrzyt zebow, od ktorego szlo echo w gorach.
      Zupelnie czeski film: "Nikt nic nie wie".

      Wreszcie, po dwoch latach, nie znalazwszy kompletnie nic, prokuratura umorzyla
      sledztwo.

      Z powodu znikomej szkodliwosci spolecznej czynu.


      A gdzies, w glebi Puszczy Swietokrzyskiej, okutany w kozuch jegomosc zatarl
      purpurowe lapy i mruknal:
      - No, kolejne zyczenie Guruy spelnione...
    • Drewniane schody secesyjnej kamienicy były niezwykle piękne. Miały jednak tę
      wadę, że nie towarzyszyła im do kompletu winda, a na trzecie piętro tak czy
      inaczej trzeba było się dostać. Miały również jedną zaletę, być może
      niedostrzegalną dla innych lokatorów, ale za to w pełni wykorzystywaną przez
      uroczą blondynkę z niezłymi nogami zamieszkującą lokal (tfu, tfu) trzynaście.
      Teraz też, wspomniana blondynka, usłyszała charakterystyczne skrzypienie
      czwartego stopnia od góry i jak zwykle zadziałała instynktownie. Szybko
      wsunęła „Książkę poniekąd (swoją drogą nigdy nie doszła, dlaczego poniekąd?)
      kucharską” do szuflady, wygładziła fartuszek i przyoblekła twarz w uśmiech
      numer trzy – mający mówić: „Witaj kochanie, jak miło, że już jesteś”.
      Dwadzieścia sekund później zachrobotał klucz i w drzwiach pojawił się ON.
      -Witaj kochanie! – blondynka usilnie starała się nie szczebiotać – jak minął
      dzień?
      -Wspaniale – uśmiechnął się – a tobie?
      -Zaraz ci opo… Och, nie robiłam nic ważnego – machnęła ręką – siadaj do stołu,
      za chwilę będzie obiad.
      Po chwili na nakryty stół wjechały talerze z apetycznie pachnącą potrawą – dla
      niego. Ona z lekkim westchnieniem nałożyła sobie sałatkę, ale nie przestała go
      obserwować.
      -Smakuje ci? – uśmiechnęła się pytająco.
      -Znakomite – odpowiedział natychmiast – zmieniłaś fryzurę – raczej stwierdził
      niż zapytał – świetnie wyglądasz.
      „Punkt 7a zaliczony” – zanotowała sobie w myślach ona. Po obiedzie podała kawę
      i ciasto. Nareszcie udało jej się zrobić zakalca, starała się od kilku tygodni
      i nic. Dopiero dzisiaj… Popołudnie minęło im niezwykle przyjemnie. Zwłaszcza
      kiedy ON stwierdził;
      -Wiesz skarbie, tak sobie myślę, że w weekend trochę poleniuchujemy – pogładził
      ją po nagich plecach – w sobotę pójdziemy na obiad do jakiejś knajpy a w
      niedzielę zabieram cię na wycieczkę za miasto. Co ty na to?
      -Super – przeciągnęła się jak kotka.
      Kiedy po chwili ON zapadł w drzemkę, ona delikatnie wysunęła się z jego ramion
      i sięgnęła do nocnej szafki. Z samego dna szuflady wyciągnęła małą sfatygowaną
      książeczkę i otworzyła ją na stronie 139. Książka zapełniona już była
      różnorodnymi notatkami, ale było jeszcze kilka wolnych miejsc. Blondynka w
      zamyśleniu postukała ołówkiem w okładkę i zaczęła notować:
      „Nowe uczesanie – zal. P. 7a, restauracja – zal. P.6, zakalec – zal. P. 4, wróg
      wątroby (cóż to za przydatne danie) – zal. P. 4, wyjazd – zal. P. 10 (uwaga!
      Dać mu do wypełnienia PIT)” Przy punkcie 17 uśmiechnęła się błogo i
      dopisała „kolejny raz potwierdzony”. Potem mrucząc do siebie przejrzała
      pozostałe z 21 punktów, składających się na „Rzetelną podporę życiową”,
      wykonała kilka skomplikowanych obliczeń na marginesie a na końcu stwierdziła
      szeptem:
      -No dobrze, to mamy 2/3 sukcesu – schowała książkę i przytuliła się do pleców
      swojego mężczyzny, po czym spokojnie zasnęła.
      Nie mogła wiedzieć, że w bliźniaczej szafce, po drugiej stronie łóżka,
      starannie zamaskowana „Przeglądami Sportowymi” leżała identyczna książeczka.
      Różniła się jedynie notatkami na margiesach, które w wolnych chwilach robił ON.
      Ale to już inna opowieść...

    • 04.02.06, 02:35
      Szanowny panie doktorze!
      Proszę wybaczyć, że zwracam się do Pana drogą listowną, lecz czuję się
      zobowiązana do odpowiedzi na kilka zadanych pytań, na które, z wiadomych
      przyczyn, nie mogłam odpowiedzieć w Pańskim gabinecie. Ten przedmiot, którym
      mnie Pan zakneblował, okazał się tak skuteczny, że do pełnej formy udało mi się
      dojść dopiero po paru godzinach. W związku z tym, pozwoli Pan, że dopiero
      teraz ustosunkuję się do kilku poruszonych przez Pana zagadnień? Po Pańskim
      zaangażowaniu sądzę, że mają one jakieś wyjątkowe znaczenie dla rozwoju
      medycyny, więc nie mogę pozostać obojętna.
      Odpowiadam więc w kolejności przypadkowej:
      - Nie, nigdy wcześniej nie połykałam żadnych przedmiotów typu: drewniany klocek
      z przedszkolnego kompletu „Mały budowniczy”, widelec czy pałąk od wiadra. Raz
      w życiu udławiłam się kawałkiem parówki i od tamtej chwili ich nie jadam.
      - Tak, urodziłam dziecko. Jedno. Choć efekt okazał się wspaniały, samo
      przeżycie zaliczam do lekko traumatycznych i nie uważam, by w tej sytuacji był
      to dobry argument pocieszający.
      - Naprawdę dwunastnica potrafi być tak fascynująca? Osobiście nie przepadam za
      tym odcieniem różu. Wydaje mi się zbyt trywialny.
      - Nie, ten dźwięk nie był oznaką radości na Pańskie słowa o ślicznym wnętrzu.
      Był to raczej przejaw buntu przeciw smutnemu faktowi wywleczenia go na widok
      zewnętrzny. Widać tego nie lubi.
      - Tak, też uważam, że wszystkich polityków należałoby gruntownie przebadać za
      pomocą endoskopu. Z jednej i drugiej strony. Bez znieczulenia. A czy jest coś
      takiego, jak endoskopia mózgu?
      - Być może ma Pan rację, że wbrew popularnemu powiedzeniu, przez żołądek można
      dotrzeć również do serca kobiety. Jednak, biorąc pod uwagę dosłowność
      zastosowanej metody, uważam, że tradycyjna droga do serca mężczyzny jest, jak
      zwykle, dla niego przyjemniejsza. Chyba, ze mówimy o przypadkach zadławienia
      potrawą, wtedy można znaleźć jakieś podobieństwo.
      - Myli się Pan, nie jestem wyjątkiem. Uwielbiam mówić, gdy mogę.
      - Wbrew pozorom, ja również nie znoszę sytuacji zniewolenia. Pod żadnym
      względem. Mój uśmiech i żarty, jak np. ten o flaczkach na gorąco, to jedynie
      wpływ złotej myśli pewnej bardzo mądrej pisarki, która twierdzi, że jeżeli coś
      kompletnie przekracza ludzką wytrzymałość, należy to uznać za śmieszne. Innego
      wyjścia nie ma. Stąd ten brak agresywnych zachowań z mojej strony, który nie
      uszedł Pana uwadze i został uznany za pozytywną cechę mego charakteru. Śpieszę
      więc sprostować, iż całość swego autorytetu zawdzięcza Pan wyłącznie autorce
      tej życiowej mądrości.

      Z poważaniem
      młoda, piękna i na szczęście zdrowa
      pacjentka

      P.S. Gdyby mój mąż zgłosił się do pana z pytaniem o skuteczny sposób
      kneblowania, to proszę wyrzucić go za drzwi!
      P.S. drugie. Czyli mówi Pan, że odrobina alkoholu zdrowemu nie zaszkodzi?
      Przyjmuję, że z innymi używkami jest podobnie? Widzi Pan, gdyby nie te Pańskie
      narzędzia pracy, może nawet byłabym w stanie Pana polubić...
      --
      Bez względu na to, gdzie człowiek patrzy, zawsze coś widzi.
    • Roman odebral mnie wieczorem z lotniska. Dzieci i Gaston zostaly we Francji, bom
      tylko na dwa dni do Polski przyleciala zalatwic pilne interesa w wydawnictwie,
      bo oczywiscie beze mnie nikt decyzji podjac nie potrafil. Gdy dojezdzalismy do
      domu strach jakowys chwycil mnie za gardlo gdym owa laczke, na ktorej ta
      przekleta bariera kiedys stala, zanim ja zniszczyc nie kazala, zobaczyla. Piec
      lat juz minelo od owych pamietnych chwil gdym wte i nazad z jednego czasu do
      drugiego podrozowala i chociaz Roman tlumaczyl byl mi po wielekroc, iz owa
      bariera z przenosinami nic wspolnego nie miala, ja w to ciagle nie wierzylam. No
      ale, chwalic Boga, przejechalismy obok bez zadnego wypadku. W domu zjadlam
      szybko kolacje i poszlam spac, jeszcze przed snem poczytawszy kilka minut
      Trylogie pana Sienkiewicza, ktora to ksiazke czytac moglam codziennie. Ach, coz
      to za autor! I pomyslec, ze dawno temu moglam go byla poznac! Szkoda, ze nie
      poznalam...
      Rano, zjadlszy sniadanie, czasu jeszcze do wyjazdu troche mialam, wiec wyszlam
      na droge zobaczyc czy da sie dzisiaj (jesli czas pozwoli) pojezdzic na
      Gwiazdeczce. Ubrana juz bylam do wyjazdu, na nogach mialam kozaczki, suknie
      dluga, kozuszek i futrzana czapke. Kiedym sie obejrzala w lustrze, pomyslalam,
      iz strojem przypominam owe szlachcianki, ktore pan Sienkiewicz opisywal. Nie
      moglam sie jeno zdecydowac, do ktorej sie upodobnilam. Smiejac sie z siebie w
      duchu wyszlam na dwor i poszlam droga w strone laczki. Sniegu duzo nie bylo, na
      pewno kopny nie byl, ale tez i odwilza nie tkniety, tak ze pomyslalam sobie, ze
      po powrocie przejade sie troche na Gwiazdeczce, powoli i ostroznie, bo jednak
      szarzowac nie nalezy. Doszlam do skraju laczki i przystanelam. Dzien byl piekny,
      snieg otulajacy pola i las tlumil halas idacy od warszawskiej szosy. Postawszy
      chwile na skraju laczki zasluchalam sie w owa cisze, bo, dziwna rzecz, tak do
      tego halasu samochodow przywyklam, ze go teraz nie slyszalam i cisza owa byla
      niemal doskonala. Zawrocilam do domu i szlam wsluchana w chrzest sniegu pod
      stopami, gdy wtem dolecial mnie tetent galopujacego gdzies blisko konia.
      Zdziwilam sie, ze go przedtem nie slyszalam i spojrzalam za siebie. Na pieknym
      karym koniu, arabie, podjezdzal do mnie mlody mezczyzna. Znac bylo, ze jezdziec
      wytrawny, bo gracko osadzil konia w miejscu i uchylil czapki. Zdziwilam sie
      nieco, bo owego mezczyzny nie znalam, nie byl to nikt z okolicy. Zdziwienie moje
      wzroslo, gdym zobaczyla, ze do czapki mial doczepione czaple pioro, u boku mial
      szable, a u siodla - olstra, z ktorych wygladaly kolby pistoletow. W ogole
      wygladal jak szlachcic polskiz XVII wieku. Pod uchylona czapka ujrzalam
      podgolona glowe i czub. Ze tez Roman nic mi nie powiedzial, ze w okolicy film
      jakowys historyczny kreca! Mezczyzna mial twarz przystojna, lubo twarz szpecily
      nieco dwie blizny, zas siwe oczy bystro spogladaly na mnie. Mezczyzna zas rzekl:
      - Wybacz wacpanna tak ocesowe pytanie, alem chyba zasnal w siodle i sie odbilem
      od moich choragwi, a trza mi szybko do jegomosci pana Czarnieckiego dolaczyc, bo
      planuje ci on jakowas wielka nieprzyjemnosc Szwedom uczynic i sily zbiera. Tedy
      rzeknij mi waszmosc panna, gdziem jest i jak stad daleko do Warszawy?
      Slyszac owe slowa zdumialam sie bardzo, ale wychowanie wzielo gore i odrzeklam
      krotko:
      - Do Warszawy bedzie jakies dziesiec mil ta szosa, co za drzewami biegnie. A
      panska godnosc?
      Mezczyzna wpatrywal sie we mnie jak zauroczony i mruknal pod nosem:
      - Istna Olenka... - po czym sie opamietal i dodal glosno - Wybacz wacpanna, ale
      w wojennej potrzebie czlek grzecznosci zapomina. Jestem urodzony Babinicz, z
      Litwy...
      Nogi ugiely sie pode mna. Znowu ktos zaczal owe przeklete eksperymenta. Bariera
      wrocila...
    • Duch unosil sie nad wodami...
      Scislej mowiac, unosil sie nad Wisla. Chwile przedtem byl jeszcze w domu, ale do
      Wisly nie mial daleko. Teraz przez chwile sie zastanowil, po czym sie podzielil
      na dwa. Czesc skierowala sie z pradem rzeki, a czesc poszybowala pod prad. Ta
      czesc, ktora poszybowala pod prad zaczela sie dzielic na coraz mniejsze czesci,
      ktore zaczely wnikac nad lad i kierowac sie teraz drogami. Ta czesc, ktora
      poszybowala w dol rzeki rowniez zaczela sie dzielic, ale wieksza czesc dotarla
      do Baltyku. Tu skierowala sie na zachod, ale zanim przekroczyla ciesniny
      Skagerrat i Kattegat, zostawila znow za soba czesc szybujaca do Szczecina.
      Teraz, po przekroczeniu ciesnin ruszyla w strone Kanalu La Manche, gdzie mala
      czastka odbila na polnoc, do Wysp Angielskich, zas reszta poszybowala dalej na
      zachod. Minawszy Biskaje rozdzielila sie ponownie. Nie bylo juz jej duzo, ale
      czesc ruszyla na poludnie, ominela wybrzeza Hiszpanii, Portugalii, ominela
      bokiem Slupy Hareklesa i ciagle prujac na poludnie dotarla do Przyladka Dobrej
      Nadziei. Tam skrecila na wschod i dotarla do Nowej Zelandii. Reszta przekroczyla
      Altlantyk, odnalazla Zatoke Swietego Wawrzynca i rzeka dotarla do najnizszego z
      Wielkich Jezior, Ontario. Trzymajac sie polnocnego brzegu odnalazla Toronto i tu
      dokonala ostatecznego podzialu na dwa duszki. Tutaj musimy jednak otwarcie
      powiedziec, ze czas potrzebny na te wszystkie podroze i podzialy byl duzo
      krotszy niz czas potrzebny na przeczytanie tego opisu. Duch byl co prawda
      ograniczony czasem i przestrzenia, ale poruszal sie z szybkoscia duzo wieksza
      niz predkosc swiatla - poruszal sie z szybkoscia mysli. Ponadto caly czas byl
      jednym, mimo ze podzielil sie na wiele. Wreszcie byl tam, gdzie chcial - w
      wielu, bardzo wielu miejscach. Widzial juz wszystkie osoby do ktorych chcial
      dotrzec. Nie, nie chcial ich, bron Boze, przestraszyc! Chcial ich tylko dotknac.
      I dotknal, zimnym paluszkiem. Dotyk byl tak delikatny, ze nikt z dotknietych go
      nie poczul - wiekszosc dotknietych spala - ci tylko cos mrukneli i poprawili sie
      w miekkiej posciel, ci zas ktorzy nie spali, zamyslili sie na chwile, po czym
      ruszyli w kierunku najblizszego komputera. Usiedli przed ekranem i po chwili ich
      palce zaczely fruwac nad klawiatura. Duch przez chwile im sie przygladal i
      pokiwalby glowa z zadowoleniem - gdyby ja mial. Teraz rozpoczal droge powrotna i
      w mgnieniu oka wrocil do domu.
      Rano, po przebudzeniu, dotknieci palcem ducha byli troche zamysleni i
      roztargnieni. Powiedzmy sobie szczerze, ze byl ktos, kto posmarowal maslem reke
      zamiast grzanki, zas ktos inny nalozyl na szczoteczke krem do golenia zamiast
      pasty do zebow, jeszcze ktos inny usilowal ubrac dwa lewe buty, zas ktos inny
      (kto sprzedawal krawaty) ubral golf. Niezaleznie od wszystkiego, kazdy zasiadl
      do komputera tak szybko, jak tylko mogl, cos tam napisal i wsisnal przycisk
      "Wyslij".
      Po poludniu, jak zawsze, na pol godziny przed zakonczeniem pracy, pan Tadeusz
      wszedl w Internet. Otworzyl strone Gazety, przeszedl na Fora prywatne, otworzyl
      Kulture i wreszcie Ksiazki. Tu odszukal swoje ulubione forum (poswiecone bardzo
      mu bliskiej osobie - a co ciekawsze znal osobiscie sporo jego uczestnikow),
      otworzyl je i oniemial. Jeden z dwoch przyszpilonych watkow, ktory wczoraj
      jeszcze z trudem osiagnal niemal astronomiczna liczbe siedemnascie postow, mial
      ich teraz ponad dwiescie. Inne watki tez wykazywaly wzrost, aczkolwiek watek
      poswiecony przyszpilonemu rozrosl sie na watek-2, watek-3, watek-4 i watek-5.
      Czym predzej zaczal czytac. Kiedy skonczyl po dwoch godzinach, liczba opowiesci
      dziwnej tresci przekroczyla trzysta i ciagle rosla. Zdumiony i uradowany pan
      Tadeusz glosno powiedzial:
      - Chyba duch Guruy ich natchnal!

      I nigdy sie nie dowiedzial, ze mial racje...
    • Z agrotechnicznego punktu widzenia, ta sucha łąka nie przedstawiała wielkiej
      wartości. Być może była w stanie dać jeden pokos lichego siana, nadającego się
      wyłącznie na podściółkę. Gdyby się nią w ogóle ktoś interesował. Najwidoczniej
      jednak właściciel machnął na nią ręką, bo stała żywym ugorem. I pewnie z tego
      powodu, że nie koszona, była taka piękna. W pełni czerwcowego rozkwitu,
      pyszniła się całym przekrojem tych różnych tymotek, kostrzew, wyczyńców,
      wiechlin i innych traw, których pierzaste, ościste lub koronkowe kłosy
      ocieniały byliny dwulistne, zioła i masę innej, karłowatej zieleniny. Te
      wszystkie rumianki, dziurawce, firletki, margerytki, przywrotniki, bodziszki,
      kozibrody, goździki kartuzki, szałwie, babki, przytulie i drakwie gołębie,
      wyrastały tuż nad płożącymi się kępkami wilżyn, dzwoneczków rozpierzchłych i
      bujnej macierzanki. Oraz upojnie pachniały. Intensywny, gorzko-miodowy aromat,
      przy którym najlepsze perfumy świata wysiadały w przedbiegach, połączony z
      sennym buczeniem trzmieli, objedzonych słodkim nektarem, aż do wypęku i
      cykaniem niestrudzonych koników polnych, działał cudnie. Jak najlepsza
      aromaterapia i błyskawiczna kuracja odmładzająca. Na skołatane nerwy, niedobory
      witamin oraz pierwsze siwe włosy na skroniach. Tym bardziej, że popołudniowe
      słońce, wyzłacało nie tylko koszyczki i kielichy kwiatów, nasycało barwami
      skrzydła motyli i mieniło się tęczowo na chitynowych pancerzykach chrząszczy,
      ale rozjaśniało również kobiece włosy, dodawało cerze rumieńców i ogólnie
      dobrze robiło na wszystko. A także zapalało błyski w męskich oczach. Nawiasem
      mówiąc, bardzo zmęczonych codziennym wpatrywaniem się w miliony liter i cyfr,
      mrugających z komputerowego monitora.
      - O, popatrz! Pawik! Jaki piękny! I czerwończyk żarek, o, tam!
      Kobieta, siedząca wśród bujnego kwiecia, z pewnością nie była już podlotkiem,
      ale cały ten sielski entourage wyraźnie jej służył. W powiewnej sukience w
      groszki, z wiankiem na lekko potarganych włosach, roziskrzonym wzrokiem
      śledziła motyle i wyglądała wdzięcznie, jak rusałka. No, może po małych
      przejściach... Ale wciąż powabnie i świeżo, co nie uszło uwadze jej towarzysza,
      który patrzył na nią z wyraźną przyjemnością, mając w nosie wszystkie pawiki i
      czerwończyki żarki.
      - Biedroneczka – szepnął z czułością.
      - Gdzie? – zapytała, rozglądając się dookoła.
      - Tutaj. Z kwiatkami we włosach.
      - Od kiedy biedroneczki mają włosy? – roześmiała się radośnie – I musisz
      uściślić, jaka biedroneczka. Dwukropkowa, czy siedmio?
      - Poczekaj, policzę: jeden, dwa, trzy, cztery...
      Przez długą chwilę łąka znów rozbrzmiewała tylko brzęczeniem owadów i czystym
      głosem skowronka polnego, który wysoko, pod bezchmurnym niebem, wydzwaniał
      swoje piosenki. Pracowite mrówki nadal podążały w sobie tylko znanych
      kierunkach, pająki tkały sieci, a jaszczurki wygrzewały się na kamieniach.
      Nagle jedna z nich czmychnęła zwinnie w najbliższy gąszcz, bowiem mężczyzna,
      choć już nie młokos, zerwał się dziarsko z pozycji horyzontalnej i jak młody
      źrebak - pogalopował na drugi koniec łąki. Po chwili wrócił z wielkim bukietem
      żółtych kwiatków, którymi obficie obsypał kobietę i nucąc pod nosem skoczną
      melodię, poleciał z powrotem. Najwyraźniej po następną porcję.
      Kobieta spojrzała na lekko przekwitłe, złotożółte, delikatne płatki, które
      upstrzyły ją od stóp do głowy, potem przeniosła wzrok dalej, na wesoło
      pląsającego mężczyznę, który schylając się po kolejne badylki, pojawiał się i
      znikał wśród traw i nagle wybuchła głośnym chichotem.
      Mężczyzna, powracający z kolejnym, monstrualnej wielkości wiechciem, ze
      zdziwieniem ujrzał tarzającą się i zapłakaną ze śmiechu bogdankę, która na
      widok jego pytającej miny, wydała z siebie dźwięk podobny do krzyku ranionego
      pawia i padła bez sił. Nota bene - na kępę bajecznie pachnącej macierzanki.
      - Co ci się stało? – zapytał z lekkim przestrachem.
      - Jaskier... Mokry jaskier... – zawyła, ocierając łzy, które kapały wprost na
      kwiecie.
      - Dlaczego mokry...? Aha, to są jaskry? – niepewnie popatrzył na zieleninę,
      którą ją obsypał.
      - Yhyyy – zapiała, zanosząc się ze śmiechu. Najwyraźniej do swoich myśli, za
      którymi on zupełnie przestał nadążać.
      - Och! – nagle go poderwało, jakby w przebłysku mglistego zrozumienia -
      Podobno one są trujące!
      Nerwowo zaczął zbierać z niej zielsko i ze wstrętem odrzucać, jak najdalej, za
      siebie.
      - Przepraszam cię, kochanie. Takie ładne były... Trudno, na tym się nie znam,
      przepadło...
      - Jak błędny ognik przepada – wychrypiała ona i poczuła, że nie ma już sił –
      Zaraz... zaraz mi przejdzie. I wszystko ci wytłumaczę, tylko poczekaj jeszcze
      chwilę... O matko kochana... Uspokój się już, to nie przez ciebie! To przez
      takiego jednego mokrego jaskra... Hihihi... Z książki...
      --
      Bez względu na to, gdzie człowiek patrzy, zawsze coś widzi.
    • Pracuje w srodmiesciu, a mieszkam w starej czesci Toronto, wiec do pracy jezdze
      komunikacja miejska. Teraz wracalem do domu. Po wyjsciu z metra przesiadlem sie
      na tramwaj. Mialem tylko kilka przystankow do domu, wiec nie chcialo mi sie
      siadac. Stalem za motorniczym i patrzylem wzdluz ulicy. Z przecznicy wyjechal
      samochod strazy parkingowej. Zawsze mi to przypomina Beatlesow, wiec zanucilem
      sobie w duchu "Lovely Rita, meter maid..." i pomyslalem, ze dzis Rita ma pewnie
      zniwo - 16-ty miesiaca, dzien zmiany stron ulic dla zaparkowanych samochodow.
      Toronto ma rozne ciekawe pomysly na zarabianie pieniedzy...
      Wysiadlem na swoim przystanku i skrecilem w boczna uliczke, na ktorej mieszkam.
      Oczywiscie, po (dzis) prawidlowej stronie parkowalo sporo samochodow, ale po
      niewlasciwej stalo jeszcze kilka. Przechodzac obok pierwszego rzucilem nan okiem
      - oczywiscie, za wycieraczka tkwil mandat - Rita tu juz byla. Mnie to nie
      grozilo, bo moj samochod stal na podjezdzie pod domem. Kilkanascie metrow przede
      mna szedl facet niosacy jakies zakupy. Minal moj dom i nagle zatrzymal sie przed
      samochodem stojacym przed domem sasiada. Siegnal do przedniej szyby i szybko
      wyciagnal stamtad zolto-pomaranczowy kawalek papieru. Mandat. Teraz faceta
      rozpoznalem. To byl sasiad. Nowy - wprowadzil sie jakies trzy dni temu.
      Przyjechal chyba z B.C. - Brytyjskiej Kolumbii, w kazdym razie samochod mial
      tamtejsza rejestracje. Zaczal czytac mandat i nagle wydal z siebie glos. Bylem
      juz blisko, wiec moglem zrozumiec kazde slowo. A warto bylo posluchac! Sasiad
      klal jak szewc, piekna, dluga litania bez powtarzania sie, z wielkim bogactwem
      wyszukanych inwektyw. To bylo po prostu piekne, a wierzcie mi, ja sie na tym
      znam! W pewnym momencie sasiad przeszedl na niemiecki. Pomyslalem sobie, ze
      moze to wojskowy - bo przecietny Kanadyjczyk raczej jezykami obcymi nie wlada,
      no, chyba ze francuskim. A moze Niemiec z pochodzenia. Dzwieczny baryton
      wyglaszal plynnie niemieckie przeklenstwa i glos niosl sie wzdluz ulicy. Kiedy
      doszedl do "Kreuzhimmeldonnerwettenocheinmal", znow zmienil jezyk. Tym razem na
      polski. Dobor slow zachwycilby kazdego zlewa w jednostce, jak rowniez
      budowlanca, bylem tego pewny, odsluzylem przeciez swoje dwa lata w sluzbie
      Ojczyzny (wtedy jeszcze Ludowej), a pozniej dlugi czas spedzilem na budowach.
      Nagle cos BARDZO znajomego wpadlo mi w ucho. Facet wyrzekl bowiem nastepujace
      slowa: "Kurrrrrtyzana twoja matuchna, w decybele kopana, jolka spróchniała
      twojej babci, żeby ją parchy pokryły, kij ci na monogram złotem haftowany! Ty
      gumo do żucia, ja ci pokażę, krowo niebiańska!". Wrecz mnie zamurowalo. Sasiad
      nie tylko byl Polakiem, ale rowniez MUSIAL uwielbiac moja ukochana autorke -
      taki cytat nie padnie z ust przygodnego czytacza. Jedno mnie tylko zastanowilo.
      Czyzby czytal nieuwaznie?

      Przeciez Autorka w swojej autobiografii wyraznie stwierdzila, ze Kanada, a
      szczegolnie Ontario, jedzie na zakazach.
    • Skała jest ciepła i pachnie, jak rozgrzany piec chlebowy. Chciałoby się do niej
      przytulić, zamknąć oczy i odpocząć. Wsłuchać się w ciszę kamienia, uspokoić
      rozszalały puls, zapomnieć o uprzęży, która wbija się w tyłek, o tym całym
      brzęczącym żelastwie, piekących palcach, otartych do krwi w poszukiwaniu
      kolejnego chwytu i o bolących, lekko drżących z napięcia łydkach. Oraz o tych
      na dole, którzy śledzą każdy milimetr twojego ruchu i czujesz, że trzymają nie
      tylko linę asekuracyjną, ale także - twoje nerwy. Grając na nich, jak na
      harfie. Trzech wspinaczy skałkowych, czyli w ich gwarze: łojantów i jeden
      adept, zwany Młodym. Ten przynajmniej się nie odzywa. Jak każdy nowicjusz
      dopuszczony przez starszyznę do misterium, zna swoje miejsce w szeregu i wie,
      że wolno mu tylko patrzeć. A jest na co. Oto bowiem, w dość trudnej ścianie
      wisi ktoś, kto w tym gronie dotąd w ogóle się nie liczył i kogo na nią
      wpuszczono w maliny, czyli dla żartu. Tymczasem ten ktoś, zamiast od razu
      spaść, jak kamień, usiłuje się wspinać! W dodatku jest to baba. Czyli ja.
      Oczywiście, komentarze z dołu działają na mnie, jak płachta na byka, wiec
      zacinam się nie tylko we wszystkich możliwych szczelinach, ale również w sobie.
      O nie, kotki, prędzej porostami i mchem porosnę, niż dam się zrzucić w ten
      cholerny luft pod nogami. Teraz, to ja już nie mam wyjścia, muszę w górę,
      choćbym miała zębami sobie pomagać. Co chyba nie byłoby takie głupie...
      - Jak ci tam na tej wędce? – zapytał troskliwie koleś od liny – Odpadasz?
      - Sam spadaj – stękam głucho, bo akurat wiszę niemal na jednym małym palcu i
      nie w głowie mi dyskusje.
      Jemu jednemu jestem skłonna wybaczyć. W końcu to od jego refleksu zależy, czy
      spadając, nie rozplaskam się u ich stóp, jak kisielek. A ściana, nie ukrywajmy,
      za wszelką cenę chce się mnie pozbyć. Widać nie lubi być drapana, gdzie nie
      swędzi. O nie, nie pozbędziesz się mnie tak łatwo kochaniutka, nie ma mowy.
      Celnym rzutem lewej nogi i prawej ręki trafiam w dwa wystające stopieńki, takie
      mniej więcej na jeden paznokieć, wczepiam się w nie całą siłą woli i z jękiem
      dźwigam ciało do góry o parę metrów. No dobra, może o parę centymetrów.
      Takie są moje odczucia na górze, jakże różne od tych na dole.
      - Minęłaś się o milimetr – krzyknął jeden z usłużnych obserwatorów.
      - Bardziej w prawo masz dobry chwyt – podpowiedział drugi.
      - Odpadasz? – zapytał ten od liny.
      - Popuść trochę idioto – ryknęłam w przestrzeń, czując, że zbyt naprężona przez
      niego lina zaczyna mi przeszkadzać.
      Bo właśnie nad sobą, jednym rzutem oka dostrzegłam piękną płasienkę i
      stwierdziłam, że wracają mi siły. Nie będę ich tracić na tych głupków, dotrę
      sobie tam, odpocznę i wtedy pogadamy. Po przełożeniu prawej nogi za lewe ucho,
      wykręceniu ciała w śrubę, oderwaniu obu rąk i wykonaniu sprężystego skoku,
      udało mi się dosięgnąć klamy, czyli wygodnego chwytu. Stałam na jednej nodze, z
      drugą w powietrzu, ale czułam się bardzo pewnie.
      - Jeszcze tylko ta przewieszka i jesteś moja – oznajmiłam skale.
      Odpowiedziała ostrzegawczym zgrzytem poluzowanego kamienia, co zmusiło mnie do
      zrezygnowania z przystanku i natychmiastowego zaatakowania wyrastającej nad
      głową kamiennej buły. Za nią już była wygodna półka pod szczytem i koniec mojej
      mordęgi. W docierających przez narastający szum w uszach złośliwościach z
      dołu, pojawił się jakby inny ton.
      - Ma do tego dryg – zaszemrał ten od liny.
      - E, tamta rysa jej nie puści, za krótka do niej jest – zwątpił drugi brzęcząc
      karabinkami.
      - Te baby... – dodał trzeci i chyba splunął z obrzydzeniem.
      A może tylko tak mi się wydawało, nie wsłuchiwałam się zbytnio, bo właśnie
      osiągnęłam upragnioną półkę i byłam na samej górze. Usiadłam wygodnie i
      złapałam oddech. Oparta o cieplutki, wybielony słońcem i wiatrem kamsztorek,
      wreszcie mogłam zrobić to, przed czym broniłam się przez tę całą drogę przez
      mękę – popatrzeć w dół. Popatrzyłam więc i o dziwo! Poczułam, że świat leżący
      pod moimi stopami jest przecudny! I należy do mnie.
      - Hej, hej, panowie! Któryś ma jakieś pretensje do bab? – zawołałam wesolutko
      do małych facecików stojących u podnóża ściany i gapiących się na mnie z
      wyraźnym zawodem na twarzy. Jasne, byliby radośni, jak świnki w deszcz, gdybym
      odpadła od niej już na starcie. Zepsułam im zabawę, przepadło.
      - Uwaga, zjeżdżam – krzyknęłam do tego od liny i frunęłam w dół, jak ptaszek na
      uwięzi z gatunku nielotów, z konieczności ubezpieczany przez tego na drugim
      końcu liny.
      Odpinając uprząż, oczywiście musiałam wysłuchać tysiąca kąśliwych uwag
      dotyczących prawidłowego pokonania drogi, którą udało mi się przejść według
      nich ślepym fartem i w fatalnym stylu, przypominającym konwulsje rannego
      leniwca na gałęzi targanej wiatrem. Lub skakanie ropuchy po rozżarzonych
      węglach. Oraz krowi trucht po stromych schodach. I wiele innych porównań do
      milutkich, choć niezbyt zgrabnych zwierzątek, które w końcu rozbawiły mnie do
      łez.
      Tylko Młody milczał, cały pochłonięty porządkowaniem lin, które natychmiast po
      akcji zostały mu wręczone, bez słowa protestu. Zanim wszystkie udało mu się
      pięknie zwinąć i zapakować różne żelazne szpeje, pozostałe towarzystwo,
      rozwalone na trawce brzuchami do góry, zdążyło opalić się na mahoń. Po
      starannym wykonaniu obowiązków, Młody usiadł i wreszcie odważył się przemówić.
      Do małego karabinka, czyli metalowego wihajstra, który trzymał w ręku.
      - Ja mam pretensje do bab. Z książek wiem, że lepiej z nimi nie zaczynać. Taka
      jedna pisała, że po schodach boi się chodzić, pływać nie umie i takie tam, a
      jak przyszło co do czego, to przez Atlantyk sama przepłynęła...
      - Wpław? – zapytał leniwie jeden ze starszyzny, nie otwierając nawet oczu.
      - E, nie. Żaglówką. Dużą, taką na całą załogę. Sama. A wcześniej wody się bała,
      jak ognia. One wszystkie takie – dodał gorzkim głosem doświadczonego starca.
      Zaintrygowana jego oczytaniem, poczułam, że jednak muszę sprostować pewne
      nieścisłości, jakie zakodowały się w młodym umyśle.
      - Ależ ta autorka naprawdę nie przepłynęła Atlantyku. To była taka fikcja
      literacka, wiesz? A pływać naprawdę nie umie i schodów nie lubi. Normalnie,
      każda kobieta czegoś tam się boi.
      - Tak? – zdziwił się grzecznie – Ty też? Mówiłaś, że masz lęk przestrzeni, nie?
      To jak złoiłaś tę ścianę? Na niby, czy naprawdę?
      Po czym zerwał się, zarzucił brzęczący plecak na plecy, mruknął „cześć” i
      poszedł.
      Wtedy jeden z kolegów popatrzył na mnie z wyrzutem i powiedział:
      - Zołza. Uszczypnęłaś go w ambicję. On tej ściany nie dał rady przejść.
      Zrobiło mi się głupio i już chciałam lecieć za Młodym i tłumaczyć, że to nie
      tak z tymi kobietami, że owszem, mają czasem więcej szczęścia, niż rozumu,
      że... Ale drugi od liny, natychmiast mnie usadził.
      - Dobrze, dobrze, niech się uczy, jakie kobiety są naprawdę. Niech wie, że ich
      umysł jest niezbadany i posiada właściwości przedziwne. – zacytował znaną mi
      skądinąd myśl.
      - No, co się tak na mnie gapisz? – dorzucił w moją stronę – Też się wychowałem
      na tej lekturze, co to ją Młody dopiero zaczyna i zobacz, jaki duży i silny
      urosłem. Żadna baba mi nie straszna! Inaczej w życiu bym cię w tę ścianę nie
      puścił, nie?
      I tym mnie uspokoił. Faktycznie, puścił, choć przecież wiedział o tym moim
      cholernym lęku przestrzeni! I czuwał. A skąd wiedziałby, że moja babska furia,
      popędzana batem ambicji natychmiast zapomni o wszystkich istniejących fobiach i
      będzie w stanie polecieć bez asekuracji nawet na Mont Everest, gdyby nie
      właściwy dobór lektur?
      --
      Bez względu na to, gdzie człowiek patrzy, zawsze coś widzi.
    • -Czy mogłabyś do mnie podejść? – mój szef miał irytujący sposób wzywania
      pracowników do siebie. Pewnie, że mogłabym, ale czy zechcę? Oto jest pytanie!
      Tym razem jeszcze zechciałam.
      -Chciałbym, żebyś napisała protokół z ostatniego spotkania z klientem.
      -Ale… - zaoponowałam natychmiast.
      -Opowiadania piszesz – szef wpadł mi w słowo z wyraźną złośliwością – to nie
      mów, że nie dasz rady napisać zwykłego sprawozdania.
      -Na kiedy? – prawie warknęłam.
      -Na wczoraj….
      Wracałam do biura wkurzona jak nie wiem co. Protokół, też mu się zachciało! Tak
      naprawdę to było jego zadanie a nie moje. Ja swojej roboty miałam po dziurki w
      nosie i nie zamierzałam jeszcze odwalać dodatkowej za niego. On oczywiście w
      tym czasie będzie grzebał w Internecie i siedział na forach. Niedoczekanie!
      Dwie godziny później miałam już gotowego maila. Z załącznikiem następującej
      treści:
      „Jak przystało na połowę lutego poranek był mroźny i wietrzny. Niebo zasnute
      ciemnymi chmurami nie dawało większej nadziei na pojawienie się słońca w ciągu
      dnia. W biurze firmy X jednak już od siódmej rano panował przyjemny i
      ekscytujący rozgardiasz. Cały trzynastoosobowy zespół w składzie: szef, Ania,
      Asia, Kasia, Zosia, Marysia, Krzyś, Jędrek, Maciuś, Piotrek, Michał, Jacuś i
      Wiesio wybierał się na wizytę u klienta.
      -Samochody są! – zaraportował Krzysztof.
      -Rzutnik też, musimy tylko zabrać laptopa – dodał Jędrek.
      O ósmej dwadzieścia siedem trzynaście osób, wraz ze sprzętem, zapakowało się do
      trzech samochodów marki Skoda i wyjechało z zakładu. W dwóch samochodach
      zapisywano zakłady na temat domniemanych atrakcji planowanej części
      nieoficjalnej. W trzecim szef w skupieniu powtarzał treść wystąpienia. Na
      miejsce wszyscy dotarli cali, zdrowi i wyraźnie zaaferowani. Spotkanie
      rozpoczęło się punktualnie o dziewiątej trzy i przebiegało zgodnie z planem. Ze
      strony klienta było pięciu przedstawicieli: pan Józio - kierownik, pani Krysia,
      pani Justyna (niezwykłej urody) oraz panowie Zenon i Egon (co do których od
      razu zalęgło się podejrzenie, że są dla siebie czymś więcej niż tylko kolegami
      z pracy). Pierwszą prezentację przedstawiał wspaniały, jedyny na świecie i
      najcudowniejszy szef. Jego elokwencja, łatwość wypowiedzi, bogate słownictwo
      oczarowały słuchaczy, zarówno jego własnych podwładnych jak i przedstawicieli
      klienta. Niektórzy mieli nawet łzy w oczach… Niestety obecnym nie dane było
      długo cieszyć się szczęściem obcowania z tak wyśmienitym mówcą. O dziewiątej
      dwadzieścia sześć prelegenta zastąpił przedstawiciel klienta - pan Józio. Jego
      prezentacja aczkolwiek również ciekawa nie porwała już tak serc i umysłów
      słuchaczy, stała się natomiast zaczątkiem burzliwej wymiany zdań. Dyskusja
      rozpoczęła się o dziesiątej siedem i trwała dokładnie dwadzieścia cztery
      minuty. Przedstawiciele klienta generalnie chwalili zakupione i używane
      produkty firmy X. Wady, jakie w nich znaleźli są tak niewielkie i niegodne
      wzmianki, że nie powinny spędzać snu z oczu zespołu. Po części oficjalnej
      odbyła się część nieoficjalna, na którą spuśćmy zasłonę milczenia. Można tylko
      dodać, że zakłady zawierane w pośpiechu w drodze do klienta nie oddawały w
      pełni wszystkich zapewnionych atrakcji. Zespół wrócił do pracy taksówkami w
      wybornych nastrojach, niektórzy nawet lekko frywolnych. Skody odebrano
      nazajutrz. Spotkanie było niewątpliwie potrzebne i przyniosło obu firmom wiele
      różnorodnych korzyści. Przed wyjazdem szef zaproponował rewizytę, która to
      propozycja została entuzjastycznie przyjęta przez wszystkich.”
      „Chciałeś mieć opowiadanie, to masz” – pomyślałam i ze złośliwym uśmiechem
      kliknęłam ikonę „Wyślij”. W duchu podziękowałam Gurui za pomysł. No, to chyba
      będzie ostatni protokół, jaki szef mi podrzucił do napisania…
    • - Halo, halo, to mikrofony sprawozdawcze Polskiego Radia zainstalowane na trasie
      Wyscigu (nie)Pokoju Opowiesci Dziwnej Tresci. Juz od dawna bylo wiadomo, ze cos
      sie szykuje, cos wieloetapowego, ale nowa powiesc okazala sie falstartem. I tak
      czekalismy, az wspanialy zawodnik Groha dal znak! Wystartowala. Wydawalo sie, ze
      nie trzeba bedzie dlugo czekac na odpowiedz odpoczywajacego na starcie peletonu
      i rzeczywiscie! Do boju ruszyla Noteczka i wspanialym zrywem dogonila Grohe
      tworzac w ten sposob pierwsza czolowke Wyscigu! Ale oto z linii startu rusza
      Woloduch i po krotkim, ostrym poscigu dogania czolowke!
      - Pozwolisz, ze Ci przerwe. Otoz mozna by sie zastanawiac, czy to jest
      czolowka, czy peleton...
      - Czolowka, oczywiscie czolowka. Na pewno wkrotce dojda nastepni zawodnicy.
      Zapowiada sie ostra walka.
      - Masz racje. W tej bowiem wlasnie chwili probe ucieczki podejmuje Woloduch.
      Jest przez kilka godzin samodzielnym liderem, ale Noteczka wszczyna poscig i go
      dogania. Tak wiec po pieciu opowiadaniach mamy nastepujacy wynik: w czolowce ex
      equo Woloduch z Noteczka, za nimi, ze strata jednego opowiadania Groha, ktora
      tak wspaniale rozpoczela wyscig. A teraz na chwile oddamy glos do studia i
      wkrotce polaczymy sie z Panstwem znowu

      Muzyka

      - Halo, halo, to mikrofony sprawozdawcze Polskiego Radia zainstalowane na
      trasie Wyscigu (nie)Pokoju Opowiesci Dziwnej Tresci. Witamy Panstwa na 10-tym
      opowiadaniu. Juz mamy dziewiec, ale zanim sie dowiemy dziesiatego, przekazemy
      Panstwu historie ostatnich czterech. Tak jak nalezalo przypuszczac, Groha nie
      pozwolila sobie na dlugi odpoczynak i szybko dolaczyla do czolowki. Tutaj tez
      nie pozwolila sobie na dlugi odpoczynek i zaatakowala wychodzac na samodzielne
      prowadzenie! Jednakze w Woloduchu zagrala ambicja i doszedl ja po dlugim
      poscigu. Jednakze takie numery to nie z Groha, gdyz blyskawicznie ruszyla do
      przodu i powrocila na samotne prowadzenie.
      - Chwileczke, co mowisz? Powtorz! Dziekuje. Prosze Panstwa, mamy wiadomosc ze
      startu. Do wyscigu wlaczyla sie April i w ten sposob po dziesieciu opowiadaniach
      samodzielnie prowadzi Groha, za nia, ze strata jednego opowiadania Woloduch, za
      nim, ze strata dwoch opowiadan do Grohy Noteczka, a na nastepnym miejscu, ze
      strata trzech opowiadan do lidera April. I teraz czas na polaczenie sie ze
      studiem, a my spotkamy sie z Panstwem na 15-tym opowiadaniu.

      Muzyka

      - Halo, halo, to mikrofony sprawozdawcze Polskiego Radia zainstalowane na trasie
      Wyscigu (nie)Pokoju Opowiesci Dziwnej Tresci. Na przestrzeni ostatnich pieciu
      opowiadan nastapilo troche zmian. Ale moze po kolei. Wystartowala Smitte,
      doganiajac April, ale szybko pociagnela do przodu i dogonila Noteczke. Tutaj
      wyraznie zabraklo jej sil do dalszego poscigu, tym bardziej, ze Groha mocniej
      nacisnela na klawiature i umocnila sie na prowadzeniu. Ale nie na dlugo, bo
      Woloduch podjal walke i odzyskal stracony dystans. Po dluzszej chwili do walki
      poderwala sie April i po dlugim poscigu dogonila peleton.
      - Tak wiec, na lotnej premii 15-go opowiadania nadal samotnym liderem jest
      Groha, za nie, ze strata jednego opwiadania Woloduch, natomiast peleton sie
      skonsolidowal i ze strata trzech opowiadan sa Noteczka, Smitte i April.
      - A teraz polaczymy sie ze studiem i spotkamy sie z Panstwem na goskiej premii
      20-go opowiadania.

      Muzyka

      - Halo, halo, to mikrofony sprawozdawcze Polskiego Radia zainstalowane na trasie
      Wyscigu (nie)Pokoju Opowiesci Dziwnej Tresci. Jestesmy na linii gorskiej premii
      20-go opowiadania. Trzeba przyznac, ze ostatnie 5 opowiadan bylo bardzo
      emocjonujace. Prosze sobie bowiem wyobrazic, ze Groha chyba uznala przewage za
      niewystarczajaca i napisala kolejne opowiadanie. Woluch odpowiedzial swoim i
      wkrotce nastepnym! zrownujac sie w ten sposob z Groha. Oboje odpoczywali przez
      jakis czas, po czym Groha zaatakowala obejmujac prowadzenie. Nie na dlugo
      jednak, bo Woloduch odpowiedzial na wyzwanie.
      - Sytuacja wyglada wiec w sposob nastepujacy: W czolowce znajduja sie Groha i
      Woloduch z siedmioma powiadaniami kazde, natomiast peleton, skladajacy sie z
      Noteczki, Smitte i April coraz bradziej zostaje w tyle majac juz piec! opowiadan
      straty do liderow.
      - Prosze Panstwa, na chwile oddamy glos do studia, by wrocic do Panstwa na
      ciagla juz transmisje z ostatnich pieciu opowiesci pierwszego etapu.

      Muzyka

      -Halo, halo, to mikrofony sprawozdawcze Polskiego Radia zainstalowane na trasie
      Wyscigu (nie)Pokoju Opowiesci Dziwnej Tresci. Prosze Panstwa, na razie w
      rozciagbnietym wachlarzyku jest spokoj. Wykorzystajmy to na troche ciekawostek.
      Nasi liderzy, Groha i Woloduch najwyrazniej lubia mocna konkurencje. Oboje, nie
      szczedzac sil dopinguja zawodnikow pozostajacych w tyle, wyraznie zwalniaja.
      Woloduch nawet posuwa sie do prowokacji, oglaszajac apel poleglych i publikujac
      "Ducha". Nawet ta muzyka, ktora Panstwo przed chwila slyszeli, to Marsz
      Pogrzebowy Chopina ze slowami Macieja Zembatego. Ale, zaraz, co to sie dzieje?
      Groha atakuje ponownie i wysuwa sie na prowadzenie, natomiast z peletonu
      wyskakuje April podejmujac probe samotnego poscigu! Groha odwraca sie do
      Woloducha najwyrazniej go dopingujac, ten zas zwleka. Czyzby liczyl na jej
      zmeczenie i chcial narzucic ostry finisz? Chyba tak, bo wlasnie widzimy, ze
      pojawia sie nowa publikacja!
      - Szszszsszsszszszszhrrrrrrrrwrrrrrrrrszzzzszszszszszs

      -Tu Studio Warszawa. Przepraszamy Panstwa za chwilowa przerwe w transmisji
      spowodowana usterkami technicznymi. Gdy tylko zostana one usuniete, polaczymy
      sie na nowo z wozem transmisyjnym. A na razie chwila muzyki.

      "Jak dobrze mi w pozycji tej,
      Pozycji horyzon-tal-nej..."

      --
      Oto dramat czlowieka Widziany w wlasciwej skali:
      Coraz dalej od mleka, Coraz blizej kanalii.
      • Stałam przed bibliotecznym regałem z literaturą polską zastanawiając się jaką
        książkę wziąć sobie na 4 godzinną podróż pociągiem, która czekała mnie
        następnego dnia. Nie wiem, dlaczego sięgnęłam właśnie tam, być może akurat ta
        książka stała trochę bardziej wysunięta niż inne, być może miała bardziej
        kolorową okładkę. A może moją ręką sterowało przeznaczenie?
        Spojrzałam na tytuł i stwierdziłam, że kiedyś to czytałam i bardzo mi się
        spodobało, ale było to na tyle dawno, że wyleciała mi z pamięci większość
        szczegółów. Mogła być, na wszelki wypadek wzięłam coś jeszcze, bo podróż z Gdyni
        do Warszawy jest naprawdę długa.

        Intercity Kaszub odjechał z Gdyni Głównej zgodnie z rozkładem jazdy a ja
        rozsiadłam się wygodnie w przedziale i sięgnęłam do plecaka po lekturę.
        Popijając soczek otworzyłam książkę i zaczęłam czytać. Początkowo nie zwróciłam
        uwagi na jakieś dziwne znaki na marginesach, podkreślone litery i całe słowa,
        nie takie rzeczy się widuje w książkach z biblioteki. Ale po pewnym czasie
        zaintrygowało mnie to, bo raczej spotyka się podkreślone całe fragmenty, czasem
        pojedyncze zdania, ale nie przypadkowe litery. Wyjęłam Gazetę Wyborczą i na
        marginesie zaczęłam wypisywać poszczególne litery. Nie ułożyły się w żadną
        sensowną całość, ale przy okazji zauważyłam pewną prawidłowość. Podkreślenia
        tworzyły powtarzający się wzór, jeśli na jednej stronie podkreślony był trzeci
        wyraz od prawej w drugiej linijce od góry to na następnej podkreślony był trzeci
        wyraz od lewej w drugiej linijce od dołu, podobnie było z pojedynczymi literami.
        Odwróciłam Wyborczą do góry nogami i zaczęłam wypisywać litery w dwóch
        kolumnach. Wyszło mi. Aż zdrętwiałam jak zobaczyłam co. Obok wywiadu z Justyną
        Kowalczyk stało na marginesie. „Łysy chce cię zabić. Uciekaj do Konopki. On ci
        pomoże.” Strach ścisnął mi gardło. To była informacja dla mnie. Wyjrzałam przez
        okno, pociąg dojeżdżał powolutku do stacji Warszawa Zachodnia, pomyślałam
        szybko, że może się uda. Ten, kto napisał mi tę informację wiedział, że sięgnę
        po tę właśnie książkę. Skąd wiedział? Palnęłam się w głowę. Przecież
        rozmawialiśmy o niej w księgarni tuż przed wyjazdem, wspominałam, że bardzo
        lubię tę autorkę, potem podświadomie sięgnęłam po nią w bibliotece, wiedział, że
        tam pójdę. Nie mógł mi tego powiedzieć wprost, pilnowali go.

        Nie było więcej czasu do stracenia, z daleka widziałam peron, na którym nie było
        zbyt wielu ludzi. Między nimi dość wyraźnie było widać wysoką sylwetkę w
        skórzanej kurtce, słońce odbijało się od gładkiej powierzchni głowy. Chwyciłam
        torbę i wyskoczyłam na korytarz. Drzwi pociągu nie chciały się otworzyć,
        szamotałam się z nimi dość długo, wreszcie wyskoczyłam na tory i pobiegłam, jak
        mogłam najszybciej przed siebie.

        --
        Ciri i Fabryka Kolczyków
    • Pisemny poszedl mi jako tako, dostat byl pewny, a na ustny nie mialem ochoty.
      Ale ochote moglem miec albo nie miec, nie mialo to najmniejszego znaczenia co ja
      chcialem. Wazne bylo to, czego chcial profesor. A on lubil dozynki. To znaczy,
      lubil dorzynac delikwentow na ustnym. Prawda jest to, ze mial niesamowity wrecz
      zestaw pytan i z tego, co wiedzielismy, nie powtorzyl sie ani raz w przeciagu
      pieciu lat. Nie znaczylo to, niestety, ze mozna bylo zebrac pytania z tych
      pieciu lat i sie tego po prostu nie uczyc. Wrecz przeciwnie. Znaczylo to, ze z
      kazdego z tych tematow mogl zapytac w taki sposob, ze pytanie stawalo sie
      zupelnie nowym problemem z ktorym delikwent zmagal sie w strumieniach
      splywajacego zen potu. Zas pan profesor albo odpowiedz uznawal, albo nie. Trzeba
      jednak przyznac, ze byl przy tym sprawiedliwy. No i teraz czekalem na
      dorzniecie. Bylem na siebie wsciekly, bo zdawalem sobie sprawe, ze w moim
      wypadku "dozynki" beda oznaczaly dorzniecie i poprawke za dwa miesiace - cale
      wakacje zmarnowane. A wszystko przez to, ze przez dwa ostatnie dni, zamiast sie
      uczyc, czytalem (znowu) moja ukochana autorke - tym razem jej autobiografie. Co
      gorsza, jak czytalem o jej perypetiach na budowie Domu Chlopa, to przypomnialem
      sobie ze przeciez dziadek kiedys wspominal, ze pracowal na tej budowie. Jednak
      to bylo dawno temu i nie pamietalem tej opowiesci. Pomyslalem sobie, ze w koncu
      budowa nie byla taka wielka i moze ja znal (autorke, znaczy). Nagle zapragnalem
      o tym od niego uslyszec. Wzialem przygotowana dla niego paczke (nawet nie wiem
      co w niej bylo, wiem, ze nie bylo nic pilnego, ale ze tam szedlem, to co mi
      szkodzilo ja zabrac) i poszedlem. Dziadek mieszkal w tym samym mieszkaniu, co mu
      przydzielili ponad 50 lat temu, duzy pokoj z kuchnia, w ktorym wychowal sie moj
      ojciec i moich dziesieciorgo stryjow i stryjen. Dziadek przekroczyl juz
      osiemdziesiatke, ale trzymal sie swietnie zarowno fizycznie jak i psychicznie.
      Pamiec mial taka, ze ho, ho! Liczylem na te jego pamiec i zaraz po przyjsciu
      nacisnalem go na ten Dom Chlopa. Dziadek ozywil sie znacznie i zaczal wspominac.
      Troche pokierowalem rozmowa i wprowadzilem temat bezetow i obmiarow, ale dziadek
      mowiac o ludziach tam pracujacych ani razu nie powiedzial nic o pani
      inzynierowej Joannie (zawsze mowil "inzynier Iksinski" albo "pani inzynierowa
      Ygrekowska" lub "pani inzynierowa Bozenka" - nigdy zas nie powiedzial "pani
      inzynier Bozenka"). Sprobowalem mu podrzucic opis - blondynka z brazowymi
      oczami, ale zaparl sie, ze takiej nie bylo - to znaczy byla taka pani
      inzynierowa Irena, ale pani inzynierowej Joanny nie bylo i koniec. Potem zesmy
      jeszcze dlugo gadali o tym, co robil na tej budowie a potem na innych (dziadek
      szczegolnie duzo mowil o stropach, lubil te robote) i tak nam zeszlo do
      wieczora. I tak sie nie pouczylem do egzaminu. No a teraz czekaly mnie dozynki.
      Ponuro o tym rozmyslalem, gdy ktos mnie tracil w ramie.
      - Co ty, spisz? Juz drugi raz wolaja "Skwarek". Idz szybko.
      Wszedlem do profesora jak na sciecie i usiadlem przed biurkiem. Profesor
      przegladal moj pisemny i widac bylo ze nie byl nim zbytnio zachwycony. Nie byl
      jednak rowniez zbyt mocno rozczarowany. Zaczal mi zadawac pytania. I tu zaczelay
      sie schody. Moje wiadomosci "po lebkach" najwyrazniej nie zadowalaly profesora,
      bo po kazdej mojej odpowiedzi pochmurnial coraz bardziej. Wreszcie spojrzal na
      mnie, westchnal i powiedzial.
      - No, panie Skwarek, orlem to pan nie jest. Sam kiedys bylem studentem i wiem,
      ze ustny egzamin jest loteria, bo nikt nie umie wszystkiego. Najwyrazniej pana
      numery nie wyszly. Nie lubie oblewac ludzi, ale na "trzy" pan nie zasluguje. Dam
      panu ostatnia szanse - jesli pan odpowie, to pan zdal, jesli nie - zobaczymy sie
      we wrzesniu. Prosze mi teraz opowiedziec wszystko o stropie Ackermanna.
      Juz otwieralem usta, zeby powiedziec, ze niz nie wiem, kiedy mnie olsnilo. O
      matko Guruo! Przeciez pani Joanna tez kiedys zdala egzamin dzieki tym stropom, a
      dziadek wczoraj pol wieczoru o nich przegadal. Zaczalem wiec mowic. Po
      dziesieciu minutach profesor mi przerwal i poprosil o indeks. Po czym wpisal
      trzy i pol. Musialem miec glupia mine, bo sie usmiechnal i powiedzial, ze dawno
      temu egzaminowal jakas studentke, sliczna dziewczyne i tez o stropie Ackermanna
      wiedziala wszystko. Przez to wspomnienie dodal mi te pol do trojczyny. Wyszedlem
      caly w skowronkach, myslac, ze nie ma co, pani Joanna jest dobra na wszystko - w
      koncu to tylko dzieki niej zdalem egzamin. A potem nagle zatrzymalem sie w
      miejscu jak zamurowany (moze nawet w tym stropie Ackermanna) i ponuro
      pomyslalem, ze skleroza, po pierwsze, nie boli, ale czlowiek sie strasznie
      nalata, a po drugie, to glupio miec taka skleroze w wieku dwudziestu lat. Bede
      musial kiedys wrocic to profesora i wyciagnac z niego wszystko o tej studentce
      od Ackermanna - przeciez to byla pani Joanna - sama o tym pisala w
      autobiografii. A poza tym, musze natychmiast isc do dziadka i wyciagnac wiecej
      szczegolow o "pani inzynierowej Irenie" - przeciez "Joanna" jest jej pseudonimem
      literackim. Bede mial o czym napisac na forum! A potem przyszla mysl - owszem,
      zwlaszcza w watku : "Jak pokonalam Alicje"...
      --
      Oto dramat czlowieka Widziany w wlasciwej skali:
      Coraz dalej od mleka, Coraz blizej kanalii.
      • Przyjechałam do Warszawy pogadać z Łysym o M., który został w Gdyni, zamknięty w
        swoim mieszkaniu i pilnowany przez dwóch szerokokarkich zbirów, żołnierzy
        Łysego. Siedział tak już od 3 miesięcy, zbiry robiły mu zakupy i opłacały
        rachunki, mógł od czasu do czasu wyjść w ich towarzystwie na spacer, mógł
        zamienić dwa słowa ze mną, ale również w ich towarzystwie, wreszcie mógł od
        czasu do czasu pójść do biblioteki, którą uważali, za stosunkowo bezpieczną.
        Oczywiście odcięli mu Internet, telefon, wszelkie możliwości kontaktu ze
        światem. Nie zabili go tylko dlatego, że był ciotecznym bratem Łysego, który
        miał wielkie poważanie dla swojej mamusi i nigdy by jej czegoś takiego nie
        zrobił. M wyjechał do Singapuru, to było oficjalne tłumaczenie jego zniknięcia.

        Ja nie należałam do rodziny, więc może po trosze naiwnością z mojej strony było
        sądzić, że Łysy zostawi mnie przy życiu. Musiałam się z nim jednak rozmówić,
        musiałam mu wyjaśnić, że M wbrew pozorom nie wie tego, czego Łysy się
        najbardziej obawiał. Musiałam go przekonać, że tego lipcowego wieczoru
        piętnaście lat temu M. wcale nie było tam, gdzie Łysy sądził, ze był. Że nic nie
        wiedział i nic nie widział. Musiałam go o tym przekonać jednocześnie starając
        się nie wyjawić faktu, że to ja jestem dla Łysego prawdziwym zagrożeniem. Nie
        wziął pod uwagę, że była tam wtedy mała dziewczynka schowana w krzakach. Nawet
        gdyby ją wtedy zauważył to pewnie by zlekceważył, bo cóż takie dziecko może
        pamiętać i zrozumieć z tego, co widzi. Dziecko jednak nie było głupie i naiwne,
        a wychowane w blokowisku zdążyło już w swoim krótkim życiu zobaczyć niejedno. A
        także zrozumieć, że jeśli dorośli robią coś dziwnego, to lepiej głośno o to nie
        pytać, bo można nieźle oberwać.
        Jeśli Łysy miał takie zamiary wobec mnie, o jakich ostrzegł mnie M, to znaczy,
        że ktoś musiał mu coś o mnie powiedzieć. Było to co najmniej dziwne, gdyż w
        ciągu tych wszystkich lat nie rozmawiałam o tym z nikim oprócz M, a było to
        bardzo dawno temu. Czyżby M. zdradził? „Niemożliwe, niemożliwe” huczało mi w
        głowie i aż mnie wszystko zabolało na myśl o tym, że to mógłby być on. Nigdy,
        każdy, ale nie on!
        Więc kto?

        --
        Ciri i Fabryka Kolczyków
        • W świetle księżyca, mury wieży rzucały długi cień na część mostu prowadzącego
          do zamkniętej bramy, której lśniące, żelazne lico nie pozostawiało cienia
          wątpliwości, że strzeże wejścia, jak należy i nocni goście nie są tu mile
          widziani. Czyli ja chyba też. Stałam na bitej, wiejskiej drodze, a przede mną
          otwierał się niesamowity widok: na niewysokim, otoczonym głęboką fosą
          wzniesieniu, skąpany w srebrnej poświacie, wznosił się monument – coś, jakby
          warownia, lub dziwny pałac. Duży. Noc, wyjątkowo pogodna i jasna, dodatkowo
          odrealniała całą scenerię, zacierając kontury i pogłębiając cienie, za to
          wyraźnie akcentowała pierwszy plan, wyłaniający się z lekkiego półmroku. Widok,
          jak na starym landszafcie: wieża bramna z łukowatym oknem i wielkim zegarem u
          szczytu, otoczona murami, za nią jeszcze dwie, niższe i jakby bardziej
          przysadziste. Para imponujących płaskorzeźb po obu stronach arkady bramy, do
          której prowadził przedziwny most, jakby złożony z dwóch połówek, z których
          jedna leżała, jak należy, nad fosą, a drugiej – nie było. Przetarłam oczy ze
          zdumienia. Zaraz, jaki most? Jaki zegar? Skąd taka brama? Przecież tu była
          ruina... Kurczę, co to jest?!
          - Chrzistopor.
          Głos, który udzielił mi odpowiedzi, był cichy, jak szmer, więc nawet mnie nie
          przestraszył. Obok mnie stał, sądząc po sylwetce, mężczyzna w sile wieku,
          elegancko odziany w jakieś strojne łaszki i ręką, ozdobioną liczną biżuterią,
          wskazywał na płaskorzeźby przy bramie.
          - Krzyż jest nasza obrona, krzyż nasza podpora, w nim nadzieja naszego Topora –
          zaszemrał w przestrzeń.
          - Przepraszam, pan tutejszy? – zapytałam z głupia frant, bo choć nie
          rozumiałam, o czym mówi, to odniosłam wrażenie, że jest zaznajomiony z tym
          miejscem.
          Facet, z bródką w szpic i z podkręconym wąsem, nawet na mnie nie popatrzył. Bez
          słowa skinął ręką i ruszył w kierunku bramy. Na ten dziwny połowiczny most,
          który urywał się grubo przed nią, a pod nim był niezły lufcik i woda. Dreptałam
          za nim, wgapiając się w krzyż, który tkwił po lewej strony niedostępnej bramy i
          topór, pilnujący jej prawego skrzydła. Zwrócony ostrzem na zewnątrz, jakby
          groził nieproszonym przybyszom z południa i wschodu... Tymczasem elegancik
          stanął na końcu mostu i oto moim oczom ukazała się rzecz przedziwna: brama
          zaczęła się podnosić, a wraz z nią uchylała się druga połowa mostu, która po
          chwili zetknęła się z pierwszą i przejście było gotowe. Ponaglana kiwaniem
          władczej ręki weszłam za nim na brukowany dziedziniec i oniemiałam. Przede mną
          stał pałac tak przedziwny, jakiego moje oko jeszcze nie widziało. Jego dwa
          trzypiętrowe skrzydła, pełne okien, łuków, wnęk z portretami, nisz z
          alegorycznymi rzeźbami i marmurowych tablic z inskrypcjami, przypominały coś w
          rodzaju galerii na świeżym powietrzu. Wąskie przejście między tymi skrzydłami
          otwierało się na przepiękny, kolisty dziedzińczyk, otoczony arkadami tonącymi w
          gęstych cieniach, a z tyłu, z mroku, wyłaniała się kolejna wieża.
          - Oto i dzieło moje – doleciał do mnie szmerek, w którym przebijały nutki dumy
          i jakby czegoś w rodzaju nostalgii.
          Oszołomiona przepychem, ze zdumieniem stwierdziłam, że to wszystko żyje! Z
          prawej strony, pewnie ze stajni, dolatywało rżenie koni, za plecami słyszałam
          kroki straży na murach, gdzieś z lewej, co jakiś czas, dochodził tupot nóg.
          Pewnie służby. Przecież w takim pałacu musi być jej mnóstwo! Ci wszyscy
          dworzanie, lokaje, furmani, dziewki kuchenne i pokojowe oraz cała reszta, o
          której nie mam pojęcia. Aha, jeszcze kamerdynerzy. No i muszą mieć komu
          posługiwać. Ciekawe, gdzie śpi jaśniepaństwo...
          - Jam Ossoliński herbu Topór, wojewoda Krzysztof na Tęczynie, któren pobudował
          ten zamek w honor Ojczyźnie i pamięci bratniej, z pomocą krzyża świętego i na
          wieczną chwałą Bożą – zaszeptał wzniośle mój towarzysz i potoczył wokół oczami.
          - Pan tu mieszka? – zapytałam niepewnie, bo coś mi się przestało zgadzać.
          Przecież czytałam, że podobno pan wojewoda nie zdążył nacieszyć się tym
          mieszkankiem, bo zmarło mu się, nieszczęśnikowi, nagle i niespodziewanie na
          febrę, co niektórym wydało się karą za grzech wypędzenia arian z Rakowa, a inni
          uznali to za osobistą zemstę jego dziadka Hieronima, który onegdaj był kalwinem
          i takiej zniewagi, nawet zza grobu wnukowi wybaczyć nie mógł. A ten, zamiast
          spokojnie leżeć w krypcie u Karmelitów w Krakowie, stoi tu i gada, jak żywy...
          Ale waszmość wojewoda nie raczył zwrócić na mnie uwagi, bo nagle rzucił się w
          ramiona jakiemuś zakutemu z zbroję husarską rycerzowi, który ukazał się przed
          nami.
          - Synu mój! – zaszemrał wojewoda.
          - Ojcze! – odszemrał rycerz.
          Nie chcąc przeszkadzać w czułych powitaniach, usunęłam się nieco w cień i wtedy
          zobaczyłam, że rycerz jest cały czarny, a w okolicach szyi posiada rzadko
          spotykaną ozdobę – sterczącą na wylot strzałę. Krzysztof Baldwin, jak pragnę
          zdrowia! Jedynak wojewody, który odziedziczył po tatusiu ten cud
          architektoniczny, ale też długo się nim nie nacieszył, bo pojechał wojować z
          Chmielnickim i jakiś Tatar go ustrzelił. Czyli jestem świadkiem miłego,
          pośmiertnego spotkania w familijnych pieleszach. W dodatku - w pełni ich
          rozkwitu, czyli przed potopem szwedzkim, po którym przecież już tak kwitnąco
          nie wyglądały. No, pięknie po prostu. Nie dość, że obcuję z duchami, to jeszcze
          coś się z czasem porobiło... Dlaczego więc w ogóle się nie boję? Nie zdążyłam
          odpowiedzieć sobie na to pytanie, bo oto synek wyciągnął przed siebie żelazną
          dłoń i wskazał tatusiowi jedno z okien na trzecim piętrze.
          - Ta białogłowa, to umiłowana Teresa moja.
          Faktycznie, była tam. Wychylała się wdzięcznie z okna i machała rączką w naszym
          kierunku. Teresa Tarłówna, czyli prawdziwa Biała Dama, niech mnie drzwi ścisną!
          Musiała się bardzo stęsknić za swoim mężem, bo choć była jego drugą żoną, to
          ponoć kochali się okrutnie, ale niestety krótko, bo obumarła go młodo i
          bezpotomnie. Coś ten pałac przecudnej urody, choć tonął w zbytku i oferował
          wszelkie wygody nawet koniom, jedzącym z marmurowych żłobów i przeglądającym
          się w kryształowych zwierciadłach, dla swoich właścicieli nie był chyba
          najszczęśliwszym miejscem... Ciekawe, czy to prawda, że podziemnymi lochami
          udawali się z wizytą do Ossolina za pomocą sań, mknących po torze zrobionym z
          cukru, jak po lodzie? I czy naprawdę mieli to akwarium w suficie? Muszę
          zapytać. Raz kozie śmierć, druga taka okazja może mi się nie trafić.
          - Przepraszam, że przeszkadzam. Czy państwo zechcieliby mi odpowiedzieć na parę
          pytań?
          Upiorne towarzystwo porzuciło kontemplację swych pozagrobowych postaci i
          zwróciło na mnie swoje twarze. W tym jedną zakutą w hełm. Nad tym, czy pod nim
          w ogóle jest jakaś twarz, wolałam się nie zastanawiać. W końcu spotkanie trzech
          zjaw w jedną księżycową noc, to nie w kij dmuchał, nawet dla bardziej
          oswojonych z nierealnymi bytami. Ja z pewnością nie byłam.
          - Jak Wy się tu zwołujecie? – wyrwało mi się ze zwykłej, ludzkiej ciekawości.
          I wtedy z trzech zjawiskowych postaci jednocześnie, wydobył się dźwięk, który w
          ich wykonaniu przypominał powiew wiatru, ale w moich uszach zabrzmiał bardzo
          znajomo:
          - Szkorbut! Szkorbut!
          --
          Bez względu na to, gdzie człowiek patrzy, zawsze coś widzi.
    • Pałac, a właściwie pałacyk stał spokojnie skąpany srebrnym światłem księżyca.
      Dokoła nie było żywej duszy. Ludzkiej, znaczy się, bo innych istot było w bród.
      W pobliskim stawie trwał właśnie w najlepsze koncert na rechot i skrzek. Żabkom
      i tylko odrobinę od nich brzydszym ropuchom dzielnie wtórowały świerszcze. O
      oświetlenie i efekty specjalne widowisko- słuchowiska zadbały natomiast
      świetliki. Tak spokojnie i leniwie mijała ciepła czerwcowa noc. W oficynie
      niedaleko pałacu również panowała cisza, przerywana niekiedy nosowym
      pochrapywaniem. Dochodziło ono z wielkiego łoża, pamiętającego jeszcze czasy
      rozbiorów. Łoże było wielkie, bo i niewiasta na nim śpiąca była słusznych
      rozmiarów. Obok niej, jakby przyklejony zupełnym przypadkiem, jak próbka
      odżywki do szamponu w opakowaniach promocyjnych, leżał mężczyzna. Chudy i
      niezbyt wysoki, nawet we śnie wyglądał na zdominowanego przez małżonkę. I
      spaliby tak zapewne do rana gdyby kobieta nie odwróciła się gwałtownie i nie
      przycisnęła ramieniem klatki piersiowej i szyi męża. Natychmiast wybudzony ze
      snu zdążył wycharczeć:
      -Zabierz…chychy… łapę.
      -Mmm… - usłyszał w odpowiedzi.
      -Luśka… - krzyknął ostatkiem sił – zab….ieraj…
      -No już, już… - w ostatniej chwili kobieta obudziła się – i po co się tak
      awanturować? – dodała z wyrzutem, a potem wstała i majestatycznie udała się do
      toalety. Wracając spojrzała jak zwykle w stronę pałacu. Budynek ten był oddany
      jej pieczy, a Luśka wszystkie swoje obowiązki traktowała ze śmiertelną powagą.
      Spojrzała i zamarła… W opustoszałym pałacu, którego nowy właściciel miał
      pojawić się dopiero za dwa tygodnie, ktoś był!
      -Wstawaj – szarpnięcie, bynajmniej nie delikatne, ponownie przerwało sen
      mężczyzny – idziemy.
      -Zwariowałaś? – próbował zaprotestować, ale próba to była niemrawa i bez
      najmniejszych szans powodzenia – kobieto, gdzie ty mnie ciągniesz?
      -Ktoś jest w pałacu – usłyszał w odpowiedzi – widziałam światło w bibliotece.
      Szybko!
      -Zadzwońmy przynajmniej do Antka – Antek, pieszczotliwie zwany przez mamusię
      Policmajstrem, pracował na posterunku policji w pobliskiej wsi. Luśka pomyślała
      chwilę a potem kiwnęła głową:
      -Dzwoń a ja znajdę jakąś broń.
      Broń znalazła się nadspodziewanie szybko. Tuż za drzwiami stała używana podczas
      dnia przez Luśkę spora motyka, jako broń zaczepna idealna. Chwilę później dwie
      postacie przemknęły przez podjazd, obeszły pałac i cichutko stanęły przy
      drzwiach kuchennych. Delikatne kliknięcie i drzwi stały otworem. Stąpając na
      paluszkach, co w przypadku Luśki stanowiło niejaką trudność, postacie podążyły
      przez kuchnię i korytarz do reprezentacyjnej części pałacu. Gdzieś w oddali
      słychać było szuranie i stukanie. Ten, kto włamał się do pałacu wcale nie krył
      swojej obecności. Luśka udała się w kierunku dźwięków a jej mąż delikatnie
      stąpał za nią mrucząc:
      - Nic się nie bój kochanie, jestem tuż za tobą.
      Intruz był w bawialni i czegoś intensywnie szukał. Bez chwili zastanowienia
      Luśka zapaliła górne światło i z bojowym okrzykiem „AAAAA” rzuciła się na
      niego. Mężczyzna w ciemnym ubraniu, z latarką w ręku znieruchomiał całkowicie i
      wydawałoby się nieodwracalnie. Sekundę później leżał już na podłodze
      przyciśnięty ciężarem miękkiego i ciepłego kobiecego ciała.
      -Hyhy.. Hilfe… Heeeeelp - dobiegło po chwili spod Luśki.
      -Coś ty za jeden? – Luśka ostrożnie podniosła się z podłogi, nie spuszczając
      oka z włamywacza – gadaj ale już!
      -Ja… nie mówić… gut polnisch – wyjąkał mężczyzna i spróbował wstać.
      -Leż tam – Luśka pogroziła mu motyką – złodziej jeden. Czekaj ty zaraz
      przyjedzie policja i zobaczysz – pogroziła mu pięścią.
      -Polizei… - faceta wyraźnie ucieszyła ta wiadomość – ja, ja… Polizei. Ja
      chcieć… tam.
      -Pewnie, że chcieć…
      Kilka minut później pojawił się Antek.
      -Co tu się dzieje? – zapytał w progu.
      -Polizei? – zapytał z nadzieją włamywacz - Sprechen Sie Deutsch?
      Antek miał przez kilka lat niemiecki w szkole, więc rzucił pierwsze, co mu
      przyszło do głowy:
      -Wie heißt du?
      -Na, ja… - ożywił się mężczyzna i ostrożnie wstał z podłogi nie spuszczając
      oczu z Luśki – ich bin Baron von Dupersztangiel.
      -Baron? – Luśka krzyknęła z niedowierzaniem a potem powiedziała nieufnie – to
      czego się włamywał?
      -Ja nie włamać… Ja być Einwohner. Ja habe ten palac gekauft, kupić… - dodał
      wyjaśniająco.
      -To czego pan tu szukał? – Antek włączył się do przesłuchania.
      -Szukać jeść… Ja być głodny… Es gibt hier …nic.
      -No to mamo w końcu się doigrałaś – Antek zwrócił się do Luśki z lekką
      złośliwością w głosie.
      -Iiii tam… - prychnęła i wzięła motykę pod ramię – idziemy – zwróciła się do
      barona – dam panu coś do jedzenia i niech mnie pan już więcej nie straszy.
      -Danke aber ja już nie mieć głód – baron był wyraźnie przestraszony perspektywą
      bliższych kontaktów z tą przerażającą kobietą.
      -Bzdura! – pociągnęła go za rękę i poprowadziła w kierunku oficyny.
      Tak… Baron von Dupersztangiel musiał się jeszcze wiele nauczyć. A najważniejsze
      było to, że Luśce nie przeciwstawia się absolutnie nikt.
      • 01.03.06, 15:11
        Nikt, a już najmniej sama Luśka, nie spodziewał się, że o drugiej w nocy trzeba
        będzie urządzić powitanie nowego właściciela pałacu chociaż siłą rzeczy
        uroczystości powitalne musiały zostać mocno ograniczone.
        -Proszę – gospodyni postawiła przed gościem talerz pachnących podsmażonych
        pierogów ruskich – smacznego.
        -Danke… Ja nie chcieć Problem machen.
        -Żaden problem – Luśka machnęła ręką – niech pan je.
        Chyba rzeczywiście baron był bardzo głodny, bo siedemnaście pierogów zniknęło z
        talerza w mgnieniu oka.
        -Super… - westchnął na koniec, przy czym zabrzmiało to trochę jak „zupah”
        -Jaka zupa? – Luśka zdziwiła się niemożebnie – to nie zupa. To pierogi, PIE-RO-
        GI – powiedziała dużymi literami a potem dodała – RUS-KIE.
        -Aaa… Super.
        Godzinę później baron rozgościł się już u siebie a Luśka z mężem w poczuciu
        dobrze spełnionego obowiązku położyli się spać.
        Następnego dnia, przepełniona poczuciem troski zbliżonej do macierzyńskiej, już
        z samego rana Luśka podążyła do pałacu. Zrobiła porządek w kuchni, przy okazji
        robiąc listę rzeczy, które trzeba kupić, przejechała odkurzaczem po dywanach i
        starła kurze.
        -A to co? – mruknęła do siebie. W bawialni, wsunięty pod kotarę leżał pistolet.
        Luśka podniosła go z zaciekawieniem. Był niewielki, czarny, lśniący i
        prawdopodobnie śmiertelnie niebezpieczny – ciekawe…
        Odłożyła go na miejsce i rozejrzała się za kurtką gospodarza. Wczoraj miał na
        sobie lekką wiatrówkę. Jeżeli nie zabrał jej ze sobą do sypialni to powinna tu
        gdzieś być, a w niej być może jest portfel, a w portfelu dokumenty… Luśka
        zawsze szybko myślała i równie szybko działała. Niestety tuż po rozpoczęciu
        poszukiwań usłyszała barona. Schodził właśnie po schodach i rozmawiał z kimś
        przez komórkę.
        -O – powiedział na jej widok – Was machen Sie hier?
        -Dzień Dobry. Trochę panu posprzątałam. Nie spodziewaliśmy się pana tak szybko,
        więc…
        -Ja verstehe nic – baron popatrzył na nią bezradnie i powiedział – aber ja nie
        potrz..ebować – zaciął się lekko – gospodyni – pokręcił energicznie głową na
        podkreślenie swoich słów – ja tu przyjechać für ein paar dni. A potem weg –
        machnął ręką w bliżej nieokreślonym kierunku.
        -Na zawsze? – Luśka patrzyła na niego zdumiona.
        -Ja przyjechać teraz, by prüfen co potrzebować a potem przyjechać züruck.
        „Züruck” było już dla Luśki całkowicie zrozumiałe. Westchnęła i stwierdziła:
        -No dobrze, ale jak pan wróci to będzie pan potrzebował kogoś do pomocy –
        wyłączyła odkurzacz z kontaktu i odniosła go do schowka – to już panu nie
        przeszkadzam – wycofała się lekko urażona.
        Następne dni baron spędził w pałacu. Jeden raz pojechał do sklepu w miasteczku,
        zrobił zakupy spożywcze i nie wychylał nosa z domu. Wieczorami chadzał na
        spacer nad pobliskie jezioro. Luśka obserwowała go ukradkiem, bo nie dawał jej
        spokoju znaleziony pistolet.
        -Mamo, nudzi ci się i wymyślasz jakieś niestworzone historie – Antek zbył jej
        prośby o sprawdzenie nowego właściciela zamku – jak ty to sobie wyobrażasz? Mam
        zadzwonić do niemieckiej policji i zapytać czy baron von Dupersztangiel to
        przestępca? Bo tobie się tak wydaje?
        -A pistolet? – Luśka nie była przekonana.
        -O rany… - syn wywrócił oczami – pewnie to był gazowy. Przyjechał z cywilizacji
        do dzikiego kraju, więc się zabezpieczył. I tyle.
        -On nawet wcale nie jest podobny do swojego dziadka – stwierdziła Luśka z urazą
        a po chwili dodała – już ja się dowiem, o co chodzi.
        Nie było to jednak takie proste. Już następnego dnia po przybyciu baron zabrał
        Luśce wszystkie klucze, tłumacząc mętnie, bo po niemiecku, że ich potrzebuje. A
        potem zniknął w środku. Któregoś wieczoru Luśka próbowała go śledzić, ale z jej
        rozmiarami trwało to zaledwie pięć minut. Baron nie zdążył jeszcze dojść do
        ścieżki prowadzącej nad jezioro a już ją zauważył. Spojrzał znacząco i zniknął
        w lesie.
        Po raz pierwszy w życiu Luśka musiała pogodzić się z porażką. Przez ponad
        tydzień nie dowiedziała się niczego na temat nowego właściciela pałacu.
        Skrupulatnie unikał wszelkich kontaktów nie tylko z nią, ale i z resztą wsi.
        Minęły prawie tydzień i… nic. Luśka nie wiedziała o baronie więcej niż na samym
        początku.
        Kilka dni później, kiedy po raz kolejny lubością, w otoczeniu wdzięcznych
        słuchaczek, omawiała całą sprawę, pod sklep, będący nieformalnym klubem
        gospodyń wiejskich podjechał duży lśniący samochód. Mody, szalenie elegancki
        mężczyzna, niczego nie podejrzewając wszedł prosto w to zgromadzenie.
        Przywitało go milczenie przerwane jedynie głębokim westchnięciem najmłodszej z
        zebranych kobiet.
        -Dzień Dobry – powiedział nienaganną polszczyzną z lekkim jedynie śladem obcego
        akcentu – czy wiedzą może panie jak dojechać do pałacu?
        -A po co to panu? – wyrwało się Luśce.
        -Jestem nowym właścicielem, panie pozwolą: baron von Dupersztangiel.
        -To niemożliwe – pobłażliwie zaprotestowała sklepowa Stanisława – musiało się
        panu coś pomylić. Właściciel już…
        -Czekaj, czekaj – przerwała jej energicznie Luśka – niech pan pokaże dokumenty.
        -Ależ proszę pani – mężczyzna wyraźnie się oburzył – pani nie ma prawa…
        -Niech mi pan tu nie opowiada… Jestem rodzoną matką władzy czy nie? Otóż
        jestem. A pan – dźgnęła go palcem wskazującym w klatkę piersiową – niech mi
        pokaże dokumenty.
        Rzuciwszy tęskne spojrzenie w stronę, chwilowo mu niedostępnych, drzwi przybysz
        niechętnie wyciągnął portfel a niego paszport. Luśka rzuciła się na dokument z
        prędkością pantery. Spojrzała na zdjęcie, potem na nazwisko i stwierdziła
        ponuro.
        -Chyba rzeczywiście pan to pan.
        -Wiem o tym od urodzenia – baron odebrał jej zdecydowanie paszport i dodał
        złośliwie – mam jeszcze akt notarialny, no i klucze…
        Zebrane kobiety patrzyły się na widowisko z rozdziawionymi ustami. W końcu
        jedna nie wytrzymała i powiedziała:
        -To kim jest ten drugi?
        -Jaki drugi? – zainteresował się natychmiast baron.
        -A to skubaniec jeden – w oczach Luśki zapaliły się złe błyski, widząc to baron
        ponownie przytulił się do ściany – próbował MNIE oszukać. Nie ujdzie mu to na
        sucho! – krzyknęła i prawie jak strzała wybiegła na zewnątrz.
        Nagle zgromadzenie odzyskało głos, kobiety jedna przez drugą opowiedziały
        prawdziwemu baronowi o nieznanym przybyszu. Kiedy usłyszał całą historię
        wyskoczył ze sklepu jeszcze szybciej niż Luśka.
        -Słuchajcie, a może ten drugi szukał skarbu? – sklepowa Stacha popatrzyła
        znacząco na towarzyszki – kto wie…
        • Luśka pędziła na swojej damce jak wiatr. Ze wsi do pałacu były jakieś dwa
          kilometry. Aż nadto czasu, żeby poczucie niesprawiedliwości i chęć zemsty
          ugruntowały się w niej na mur i żelazobeton. Nie wiedziała jeszcze co zrobi
          temu podłemu oszustowi, ale miała niezbitą pewność, że tylko coś naprawdę
          potężnego, w jakiejś części bo przecież nie całkowicie, ukoi jej zranione
          uczucia. Po kilku minutach była już na podjeździe, pirzgnęła rower byle gdzie i
          bez zastanowienia udała się w kierunku drzwi kuchennych. Tak jak przypuszczała
          były zamknięte jedynie na klamkę. Możliwie najciszej, co w obliczu kłębiących
          się w niej uczuć, wcale nie było takie łatwe wsunęła się przez drzwi i podążyła
          przez kuchnię i korytarz do części reprezentacyjnej. Fałszywy baron siedział w
          bawialni, tyłem do drzwi i oglądał na kablówce jakiś idiotyczny niemiecki
          teleturniej. Luśka patrzyła na niego dobrą chwilę, a potem…
          -Tyyyy ….. – wyrwało jej się z głębi piersi – oszuście jeden.
          Baron podskoczył do góry jak rażony piorunem, następnie próbował się szybko
          odwrócić, co niechybnie skończyłoby się zwichnięciem karku, gdyby właśnie za
          ten kark, a raczej za otulający go kołnierzyk koszulki polo, nie został
          gwałtownie poderwany do góry. Luśka nigdy nie należała do ułomków a dzieciństwo
          i młodość spędzone na wsi znacznie rozwinęły jej naturalne umiejętności.
          Podniesienie dwukółki ze sporym świniakiem nie sprawiało jej większych
          trudności, tak więc nic dziwnego, że sekundę po wydanym okrzyku trzymała
          oszusta za kark jakieś trzydzieści centymetrów nad ziemią.
          -Mnie chciałeś oszukać? MNIE – potrząsnęła nim energicznie – chamie niemiecki
          niemyty…
          -Donnerwetter! – zaklął baron i próbował się oswobodzić. Niestety, zafikał
          tylko nogami w powietrzu, co uznałby nawet za zabawne, gdyby dotyczyło kogoś
          innego.
          -Ja ci zaraz zrobię taki Donner i jeszcze lepszy wetter, że bitwa pod
          Grunwaldem to będzie mały pikuś.
          -Ja nic…falsch nicht machen – baron spróbował popatrzeć błagalnie na swoją
          prześladowczynię – ja … ci dam viel Geld, Money, no… pi…nią…dze
          -Pieniądze? – ryknęła – widzisz to? – podsunęła mu, kobiecą, lecz wcale nie
          małą pięść pod oko – to ja ci to dam – zamierzyła się na niego i już już byłby
          oszust dostał za swoje, gdyby nie nastąpiła niespodziewana interwencja.
          Prawdziwy baron von Dupersztangiel pojawił się w pałacu dosłownie minutę po
          Luśce, ale nie znając tak dobrze jak ona rozkładu domu, trafił do bawialni w
          najciekawszym momencie.
          -Jörn? – krzyknął w progu z niedowierzaniem – was machst du hier?
          -Hilf mir – wrzasnął w odpowiedzi oszust – sie wird mich ermorden!
          -Niech go pani puści! To mój przyjaciel…
          W tym samym momencie do pokoju wkroczył Antek z ojcem i zapanowało małe
          pandemonium. Każdy coś mówił, nikt nikogo nie słuchał a fałszywy baron ciągle
          fikał nogami kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią. Ostatecznie nad wszystkim
          zapanował Antek. Widząc, że nie ma szans na spokojne załatwienie sprawy, huknął:
          -CISZA! – głos miał po mamusi, więc skutek osiągnął natychmiast – niech pani
          puści tego człowieka – z emocji zapomniał, że mówi do własnej matki.
          -Ja ci dam panią – mruknęła Luśka pod nosem, ale posłusznie opuściła fałszywego
          barona na podłogę. Kiedy tylko poczuł twardy grunt pod stopami, otrząsnął się
          jak pies i natychmiast odsunął się na bezpieczną odległość.
          -A teraz proszę mi to wszystko wyjaśnić – zaproponował zimno Antek i popatrzył
          na fałszywego i prawdziwego barona wymieniających gorączkowo jakieś uwagi po
          niemiecku.
          -Państwo pozwolą – baron przeszedł płynnie na polski – to jest mój przyjaciel,
          Jörn. Postanowił mnie odwiedzić, ale nie wiedział, że jeszcze się tu nie
          wprowadziłem, wiec…
          -Co pan za bzdury opowiada? – Luśka przerwała mu w połowie zdania – nawet
          dziecko nie dałoby się na to nabrać – prychnęła z niesmakiem.
          -Nie wniesiemy oskarżenia o napaść – zaproponował sucho baron – jeżeli państwo
          opuścicie w tej chwili mój dom. A z panią – popatrzył na Luśkę – porozmawiam
          sobie później.
          Chcąc nie chcąc rodzina zgodnie opuściła pałac i poszła w kierunku oficyny, aby
          ukoić nerwy odrobiną czegoś mocniejszego. Taki sam sposób, jak widać
          praktykowany w różnych nacjach, zastosowali dwaj panowie. Przy drugim piwie
          sytuacja zaczęła się powoli wyjaśniać.
          -Co cię podkusiło, żeby przyjeżdżać właśnie tutaj?
          -Lisa mnie prześladuje – Jörn westchnął głęboko – koniecznie chce wyjść za mnie
          za maż, a wiesz, że ja nie umiem się sprzeciwiać kobietom. Gdybym został w
          domu, to pewnie już bylibyśmy zaręczeni…
          -A ty nie chcesz? – baron raczej stwierdził niż zapytał.
          -Uchowaj Boże, ona jest podobna do tego monstrum, które masz tu w oficynie –
          pokręcił delikatnie szyją – tylko młodsza, ale boję się, jaka będzie na starość.
          -Ale dlaczego właśnie tutaj?
          -Mówiłeś, że dom jest w pełni wyposażony, stoi na uboczu i nikogo tu nie ma…
          Idealne miejsce do ukrycia. No i traf chciał, że zaskoczyli mnie pierwszej
          nocy, to co miałem powiedzieć, zwłaszcza, że niezbyt dobrze mówię po polsku?
          W tym momencie zabrzęczała komórka barona. Spojrzał na wyświetlony numer i
          skrzywił się lekko, ale odebrał.
          -Cześć dziedzicu! – usłyszał w słuchawce głos swojej byłej dziewczyny, która
          mimo wysiłków czynionych z jego strony ciągle miała nadzieję na zostanie
          baronową von Dupersztangiel – jak dojechać do tej twojej nowej posiadłości?
          -Dlaczego chcesz wiedzieć? – zapytał ostrożnie.
          -Niespodzianka – perlisty śmiech już dawno zaczął mu działać na nerwy – no
          dobra, przyjeżdżamy jutro całą paczką na poszukiwanie skarbu. A propos Lisa
          pyta, czy nie widziałeś przypadkiem Jörna. Od kilku dni nie może się z nim
          skontaktować… - zawiesiła pytająco głos, ale baron zignorował ten problem.
          -Jakiego skarbu?
          -Przecież wiesz – Rita udała zdumienie – tego, o którym opowiadał twój dziadek.
          Poza tym pomogę ci się urządzić. Zobaczysz będzie fajnie…
          Tego właśnie zarówno baron jak i jego przyjaciel obawiali się najbardziej.
          • Czerwcowe poranki na wsi to sam cud, miód i poezja. Luśka uwielbiała wstawać
            wcześnie i ze spokojem w pierwszych promieniach słońca zajmować się całym
            inwentarzem. Nie było tego dużo, bo to już i czasy nie te, co kiedyś, ale kilka
            kurek i kaczek wędrowało po bliższej i dalszej okolicy. „Kupne” mięso Luśka
            miała w głębokiej pogardzie. Dwa razy do roku jeździła na świniobicie do swojej
            siostry a na codzienne obiady miała hodowane przez siebie dzikie białko. Tego
            dnia jednak nie przystąpiła do obrządku ze zwykłą sobie energią i zapałem.
            Gryzło ją wspomnienie wczorajszego dnia. „Gdyby tylko baron pojawił się minutę
            później…” – wzdychała, wyobrażając sobie, jaka piękna krwawa miazga pozostałaby
            z nosa oszusta po spotkaniu z jej pięścią. Drugim, nie mniejszym zmartwieniem
            było dla niej to, że właściwie nie wiedziała, co naprawdę się dzieje w pałacu.
            Jeszcze nigdy nie została tak bezceremonialnie skądkolwiek wyproszona i to w
            najbardziej pasjonującym momencie. Groźbami barona natomiast nie przejmowała
            się wcale.
            Pół dnia zastanawiała się jak subtelnie i niepostrzeżenie dowiedzieć się
            wszystkiego, co możliwe i niemożliwe o baronie i jego przyjacielu. Rozwiązanie
            problemu przyszło samo i to z najmniej spodziewanej strony. Około południa do
            drzwi oficyny zapukał, nie kto inny, tylko sam baron. Zarówno on jak i
            towarzyszący mu Jörn wyglądali dokładnie tak jak się czuli. Na ich widok
            wyrwało się Luśce:
            -O, widzę, że tutejsze powietrze panom nie służy – nawet nie starała się ukryć
            złośliwości w głosie.
            -Niespecjalnie – przyznał markotnie baron i popatrzył na nią z niemą prośbą w
            oczach.
            -Dobrze – złamała się Luśka, która zaledwie dzień wcześniej przysięgła sobie,
            że nie będzie się troszczyć o tych dwóch niemieckich darmozjadów – kefir czy
            kawa z cytryną?
            Zgodnie wybrali kefir. Po pierwszych łykach ich twarze zaczęły nabierać
            normalnych kolorów.
            -Właściwie to przyszliśmy panią przerosić – baron stuknął lekko swojego
            przyjaciela w ramie.
            -A, ja… - zreflektował się ten drugi – ja chcieć… psiepraszam – wybąkał, nie
            patrząc Luśce w oczy – ja nie chcieć oszukiwać. To był… Zufall.
            -Taak? – niedowierzanie w głosie Luśki było prawie namacalne.
            -Naprawdę bardzo nam przykro za tę wczorajszą sytuację – baron wyręczył Jörna z
            konieczności odpowiadania – słyszałem – zaczął po chwili tonem towarzyskiej
            rozmowy – że jest pani znakomitą kucharką.
            -Owszem – skromność nie należała do mocnych stron Luśki.
            -Bo widzi pani… - baron urwał, jakby się zastanawiając – niespodziewanie
            przyjeżdżają do mnie goście i… - spojrzał na nią znacząco, ale Luśka nie
            zamierzała mu niczego ułatwiać – no i będę potrzebował kucharki.
            W pierwszym odruchu chciała odmówić, uraza ciągle piekła ją żywym ogniem, po
            chwili jednakże dostrzegła w propozycji niebywałą wręcz możliwość przebywania w
            samym środku wydarzeń.
            -No, nie wiem – udała, że się waha – a dużo będzie tych gości?
            -Eee… nie – baron skwapliwie zaprzeczył – zaledwie kilka osób.
            -No dobrze – stwierdziła w końcu łaskawie – ale…
            Tu nastąpiła długa lista życzeń, które baron zaakceptował bez mrugnięcia okiem
            i umowa została zawarta. Dowiedziawszy się, że goście przyjeżdżają za kilka
            godzin, Luśka od razu zabrała się do działania.
            -Jedziemy na zakupy – stwierdziła autorytatywnie – pan też – zwróciła się do
            Jörna, który chyłkiem próbował wymknąć się do pałacu – każda pomoc się przyda.
            Kiedy kilka godzin później na podjazd zajechały dwa niemieckie cuda
            motoryzacji, Luśka panowała już niepodzielnie w kuchni pałacu, a baron i jego
            przyjaciel dochodzili do siebie w salonie. Nie wiadomo, dokąd by doszli, gdyby
            ich uszu nie dobiegły radosne nawoływania: „Manfred, hallo”. Minutę później
            przyjaciele znaleźli się na podjeździe. Przybyło ich pięcioro, trzy kobiety i
            dwóch mężczyzn. Najgłośniejsza była Rita, wysoka i szczupła blondynka. Na widok
            barona rzuciła mu się radośnie na szyję i zaszczebiotała:
            -Trafiliśmy jak widzisz. Cieszysz się?
            -O tak! – odpowiedział baron z gryzącą ironią, której Rita zdawała się nie
            zauważać.
            Zaraz za nią z samochodu wysunęła się Lisa, której jeden rzut oka na Jörna
            wystarczył, żeby stwierdzić oskarżycielsko.
            -Znowu piłeś całą noc! Manfred ma na ciebie zdecydowanie zły wpływ. Poza tym
            gdzieś ty się podziewał przez ostatnie tygodnie?
            -Ja też się cieszę, że cię widzę – udało się Jörnowi wtrącić, a potem już
            potulnie podreptał do bagażnika po walizki.
            Ostatnia dziewczyna, Greta przypatrywała się z zainteresowaniem obu
            rozgrywającym się przed nią scenom. W końcu odezwała się do barona:
            -Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu, że przywiozłyśmy tutaj Hansa i
            Franka?
            Ostatnią, powszechnie znaną i podobną do tych dwóch parę stanowili Flip i Flap.
            Hans był wysoki, szupły i bardzo ale to bardzo aryjski, natomiast Frank mały,
            okrągły jak piłeczka z gębą wesołego amorka i blond loczkami nad niebieskimi
            oczętami. Jednak z tych dwóch to właśnie Frank był bardziej niebezpieczny.
            Zauważał wszystko i komentował też wszystko.
            -Widzę, że służbę już masz – stwierdził na widok Luśki, która w milczeniu
            przyglądała się powitaniom. Nie musiała znać niemieckiego, żeby dokładnie
            wiedzieć, co się dzieje.
            -To nie służba – baron z trudem oderwał się od oplatającej go Rity – to pani
            Luśka – powiedział jakby to miało wszystko wyjaśnić. Wszyscy jak jeden mąż
            spojrzeli na imponującą postać w śnieżnobiałym fartuchu.
            -Dzień Dobry – Luśka nigdy nie czuła potrzeby nauki języków obcych, i teraz też
            stwierdziła, że to ona jest im bardziej potrzebna niż oni jej. Jakież było jej
            zaskoczenie, kiedy nagle usłyszała:
            -Ciocia?! – Lisa wysunęła się zza samochodu i szybkim krokiem podeszła do
            Luśki – mama mi dużo opowiadała o psze… przeszłoś…, ja widziałam też dużo
            twoich foto.
            -Lisa? – Luśka uśmiechnęła się radośnie i wyciągnęła ręce – jaka niespodzianka.
            Co u mamy? – uściskały się serdecznie.
            Godzinę później przy kolacji Jörn z niepokojem zapytał Lisę:
            -Jesteś spokrewniona z tą kobietą?
            -To cioteczna siostra mojej mamy. Wychowywały się razem – Lisa uśmiechnęła się,
            na wspomnienie historii, które opowiadała jej matka – a co?
            -Nic – odpowiedział ponuro Jörn a wizja rychłego ślubu z Lisą zaczęła się
            zbliżać już nie wielkimi krokami, ale wręcz galopem. O dalszej przyszłości
            wolał nie myśleć.
            Przy deserze Rita rzuciła w przestrzeń:
            -To kiedy zaczynamy szukać skarbu?
            -Ty chyba już znalazłaś, hi hi – Frank nie opuścił okazji do wbicia szpileczki.
            -Tu nie ma żadnego skarbu. Pani Lusiu – baron zwrócił się po polsku do Luśki –
            prawda, że tu nie ma żadnego skarbu?
            -Ja tam nie wierzę w żadne skarby – wzruszyła ramionami – ale słyszałam to i
            owo.
            -Ale co? – baron zmarszczył brwi.
            -To nie jest przyjemna historia… - zaznaczyła Luśka i zaczęła opowiadać.
            • „Baron to był bardzo porządny człowiek, pana… zaraz, zaraz – Luśka zastanowiła
              się przez chwilę – chyba pradziadek. Uczciwy do bólu i bardzo inteligentny.
              Moja babka była kucharką, najpierw we dworze, a potem w nowym pałacu.
              -Czyli tu? – upewnił się baron.
              -Tu, tu… - Luśka pokiwała głową – stary pałac był dużo większy i stał w
              zupełnie innym miejscu. W osiemnastym roku spłonął doszczętnie i wtedy baron
              zdecydował się zbudować nowy, mniejszy i nowocześniejszy, ten właśnie.
              Rok po przeprowadzce zmarła mu żona, przyplątało się jakieś choróbsko i nie
              dało się jej uratować. Baron został sam z dwójką dzieci. Krótko przed drugą
              wojną syn skończył studia inżynierskie, poznał pannę Tosię, zaręczył się z nią
              a w sierpniu 39 roku wzięli ślub. Potem go powołali do wojska i musiał wyjechać
              a Tosia została tutaj. Synowa się baronowi udała, bez dwóch zdań – sympatyczna,
              wykształcona i niezwykle piękna. Natomiast zięć – Luśka machnęła ręką – nie
              wiem, co pana cioteczna babka w nim widziała – zwróciła się do barona.
              Nazywał się Schmidt i to, że się wżenił w rodzinę „von” było dla niego z jednej
              strony awansem społecznym a z drugiej wieczną zgryzotą. Ubzdurał sobie, a może
              rzeczywiście miał rację, że teść nim pogardza. Jeszcze przed wojną wstąpił do
              SS, starając się zaimponować teściowi dochrapał się jakiegoś dosyć wysokiego
              stanowiska. Był jednak na tyle głupi, że kompletnie nie zauważał, co naprawdę
              myśli baron. Baronowi wcale nie podobało się to, co robi Hitler, wcale. Jednak
              po śmierci żony chciał już spokojnie dożyć starości, więc się ze swoimi
              poglądami nie afiszował.
              Podczas wojny baron mieszkał w pałacu z trzema kobietami: swoją córką, synową i
              towarzyszką synowej Esterą. Syn pracował na chwałę Rzeszy w Berlinie a zięć
              siedział w kwaterze głównej Gestapo w Warszawie. Raz po raz przyjeżdżał tutaj.
              Ludzie gadali, że zawsze zanim pojechał do pałacu to jeździł do leśniczego.
              Podejrzewali, że przywozi coś ze sobą i chowa to w lesie. Nikomu nie udało się
              go jednak podejrzeć, bo bali się go jak ognia. Jakoś w połowie wojny ktoś
              doniósł Schmidtowi, że Estera jest Żydówką. Rozpętało się piekło. Ją
              natychmiast wywieźli do obozu a na całą rodzinę padł strach. Za ukrywanie Żydów
              groziła wtedy kara śmierci. Teścia i szwagierki Schmidt nie żałowałby wcale,
              ale żonę chyba mimo wszystko kochał, więc jakoś ich z tego wyciągnął, z tym, że
              rozpanoszył się w majątku przeraźliwie. Opowiadał każdemu, kto chciał słuchać,
              co on tu pozmienia, jak już się skończy wojna i III Rzesza zapanuje nad
              światem. Latem 44 roku do pałacu przyjechał syn barona. Musiał ojcu powiedzieć
              coś ważnego, bo kilka dni po jego wyjeździe baron chodził jak struty. Pewnego
              dnia zniknął na cały dzień a wraz z nim najcenniejsze rzeczy z pałacu. Kiedy
              wieczorem się pojawił, moja babka podała mu kolację. Powiedział jej wtedy: „czy
              sprawiedliwie jest oddać śmierć za śmierć?”, babka wzruszyła ramionami, bo nie
              wiedziała do czego to przypiąć. Z urywanych słów dowiedziała się, że kiedy
              zabrali Esterę, ta była w ciąży. Niemcy zamordowali i dziecko i ją. Domyśliła
              się, że dziecko było barona, ale nic nie powiedziała. W końcu to nie była nasza
              sprawa. Następnego dnia, baron kazał spakować się wszystkim i wyjechali. Przed
              wyjazdem powiedział jeszcze mojej babce, żeby dbała o pałac i tyle go widzieli.
              Kilka dni później w pałacu pojawił się Schmidt a kiedy dowiedział się o
              wyjeździe teścia poleciał od razu do lasu. Nawet się specjalnie nie krył. Kiedy
              wrócił był blady jak kreda, w leśniczówce znalazł powieszonego gajowego. Moja
              babka do śmierci twierdziła, że to on wydał Esterę i za to baron go zabił.
              Schmidt wyjechał i od tamtego czasu nikt go już nie widział. Po wojnie ludzie
              ubzdurali sobie, że baron przeniósł gdzieś rzeczy, które zwoził Schmidt i że to
              jest właśnie ten „skarb”. Może tak było, może nie… Jak dotąd nikomu nie udało
              się nic znaleźć, ani w pałacu ani w lesie. I to wszystko". – Luśka westchnęła
              głęboko – a co się z baronem stało po wojnie?
              -Po wojnie? A… tak – obecny baron otrząsnął się lekko – udało mu się uciec aż
              pod francuską granicę. Stwierdził, że tylko tam będą bezpieczni, podobno bał
              się sowieckiej hołoty. Umarł zresztą niedługo po urodzeniu mojego ojca.
              -A Schmidt? – zapytała Lisa
              -Przeżył i znalazł ich po wojnie. Z opowieści rodzinnych wiem, że zanim
              przywitał się z żoną poszedł prosto do mojego pradziadka i zrobił mu awanturę.
              Pradziadek był już wtedy schorowany, ale wyciągnął broń i zapowiedział mu, że
              jeżeli go jeszcze kiedykolwiek zobaczy w pobliżu to zastrzeli jak psa. Schmidt
              zabrał moją cioteczną babkę i wyjechali. Od tamtego czasu nie mamy z nimi
              kontaktu, jeżeli jeszcze żyją. Jak to się stało, że nie rozkradli tego
              wszystkiego po wojnie? – zwrócił się do Luśki.
              -Jak to jak? – Luśka wzruszyła ramionami – najpierw pilnowała tego moja babka,
              później matka a teraz ja… Ruskom do szczęścia potrzebny był tylko pełny brzuch,
              jakie takie ciepło i żeby wszy po nich za bardzo nie skakały – powiedziała
              pogardliwie – opału mieliśmy aż nadto, spiżarnia też była nieźle zaopatrzona, a
              z wszami to już musieli sobie sami poradzić… Dwa tygodnie moja babka musiała
              cały pałac dezynfekować.
              -Pani babka dała radę Armi Czerwonej? – baron popatrzył na nią ze zgrozą.
              -Phi – prychnęła Luśka – a co to Armia Czerwona?
              -No, a potem? – Lisa domagała się dalszych informacji.
              -Potem pałacem zainteresowała się jakaś wysoko postawiona swołocz partyjna.
              Zrobił tu sobie daczę, ale nieszkodliwy był. Zszedł na zawał, kiedy dowiedział
              się, że jego ukochany Związek i Partia się sypią. Od jego żony kupił to
              biznesmen z Koziej Wólki. Cham i prostak, ale przynajmniej miał pieniądze.
              Ostatnio wpadł w jakieś tarapaty i musiał się pozbyć pałacu, wtedy napatoczył
              się pan…
              -To ja nie wiem – Rita wydęła usta – jest tutaj ten skarb czy go nie ma? Twój
              dziadek mówił, że jego ojciec coś tu schował przed wyjazdem...
              -Ja myślę, że jest – Frankowi oczy zalśniły jak żaróweczki – pytanie tylko:
              gdzie?
              -A ja sądzę, że nic tu nie ma – dotąd milcząca Greta włączyła się do rozmowy –
              baron sprzedał przed wyjazdem wszystkie kosztowne rzeczy i tyle. A Schmidt był
              za głupi żeby kraść „na później”.
              -Ja tam nie wiem – Luśka ciężko podniosła się z krzesła – nawet jeżeli coś tu
              jest, to jest skrwawione… Estera nie była jedyną osobą, którą Schmidt
              zaprowadził do komory gazowej.
              -Ja bym poszukała – rozmarzyła się Lisa a do niej przyłączyła się reszta
              towarzystwa z wyjątkiem Grety i Hansa.
              -Tak czy owak, zostajemy – stwierdziła Rita, po krótkiej acz burzliwej
              dyskusji – jest skarb to go znajdziemy. Nie ma, to sobie przynajmniej
              odpoczniemy na łonie natury.
              • Dzień nie zaczął się tak jak zwykle. Niby wszystko było w porządku, ale gdzieś
                pod powierzchnią, leciutkie i prawie nieuchwytne czaiło się napięcie. O choćby
                pogoda, mimo, że pierwszy lipcowy poranek wstał słoneczny i piękny, to w
                powietrzu czuć było nadchodzącą burzę. Podobnie było w pałacu. Około dziewiątej
                całe towarzystwo zebrało się w jadalni na śniadaniu. Wszyscy byli dla siebie
                uprzedzająco grzeczni, zbyt grzeczni, żeby można to było uznać za naturalne.
                Milczenie przerywały jedynie banalne uwagi o pogodzie i prośby o sól, dżem,
                kawę.
                -Historia nas w końcu dopadła – Frank powiedział głośno to, o czym myśleli
                wszyscy – nie spodobało nam się to, co usłyszeliśmy, nieprawdaż? – dodał
                uśmiechając się złośliwie.
                -Nie wiem, o co ci chodzi – Rita wzruszyła ramionami – było, minęło…
                -Wiesz kochanie – Frank nachylił się do niej - ale to byli nasi dziadkowie,
                pradziadkowie. Krew z krwi i kość z kości…
                -I co z tego? – Hans wzruszył ramionami – Rita ma rację, nie ma co wracać do
                przeszłości.
                -Zwłaszcza, że i tak nie mieliśmy na nią wpływu – dodał gwałtownie Jörn.
                -Nie… - Frank odchylił się na oparcie i popatrzył na resztę spod zmrużonych
                powiek – ale istnieje coś takiego jak genetyka. Przyznajcie się, nie
                zastanawialiście się przypadkiem przez całą noc, czy w określonej sytuacji nie
                stalibyście się kimś takim jak Schmidt?
                -Przestań – krzyknęła Greta i wybiegła z pokoju.
                -No to się doigrałeś – mruknął baron – jej pradziadek był w SS. Po wojnie
                został skazany i rozstrzelany za zbrodnie wojenne.
                -Ups, przepraszam – ton Franka bynajmniej nie wyrażał skruchy, wręcz przeciwnie
                odnosiło się wrażenie, że doskonale wiedział, co mówi.
                Greta biegła na oślep, byle dalej od nich wszystkich a zwłaszcza od
                świdrujących oczu Franka. Zatrzymał ją dopiero niewielki drewniany płotek.
                Oparła się o niego i zaczęła zanosić się płaczem. Po chwili ktoś delikatnie
                dotknął jej ramienia.
                -Co się pani stało? – Antek właśnie wychodził do pracy, ale tak rozpaczliwie
                łkająca dziewczyna, oparta o ogrodzenie warzywniaka jego matki nie mogła nie
                wzbudzić w nim tkliwego odruchu – no, niech pani nie płacze, to na pewno nic
                strasznego – gładził ją uspokajająco po ramieniu.
                Greta nie rozumiała ani słowa z tego, co do niej mówił, szóstym zmysłem wyczuła
                jednak przyjazną duszę, odwróciła się a Antek odruchowo przytulił ją do siebie.
                Chwilę później w tej samej pozycji zastała ich Luśka.
                -Co tu się dzieje? Coś ty jej zrobił? – Luśka wiedziała doskonale, chociaż nie
                z autopsji, że jak kobieta płacze to winny zawsze jest mężczyzna.
                -Nic… - Antek spróbował odsunąć od siebie łkającą Gretę, ale ta tylko jeszcze
                bardziej przytuliła się do marynarki jego munduru – wyszedłem z domu, a ona
                stała tu i płakała.
                Kolejna próba dowiedzenia się powodu takiego potoku łez również zakończyła się
                fiaskiem. Luśka w końcu zadziałała po swojemu. Oderwała Gretę od syna, wręczyła
                jej paczkę chusteczek higienicznych i ostrym głosem kazała doprowadzić się do
                porządku. Antek został oddelegowany do pracy a obie panie ruszyły do pałacu,
                jedna energicznie i z własnej woli a druga niezupełnie. Po kilku minutach
                sytuacja została wyjaśniona.
                -Czy wyście zupełnie powariowali? – Luśka siłą rzeczy zwracała się do barona –
                co wam strzeliło do głowy, żeby wyciągać takie stare sprawy? Mało macie innych
                problemów?
                -Niech pani na mnie nie krzyczy – baron spojrzał żałośnie na Luśkę – tak jakoś
                wyszło…
                -Przecież nie chcieliśmy – Lisa włączyła się do dyskusji – nie wiedzieliśmy, że
                jej pradziadek…
                -Nie można obwiniać dzieci za grzechy ojców – kategorycznie stwierdziła Luśka i
                tym samym ucięła dyskusję.
                Nie mogła wiedzieć, że już niedługo okaże się, że stwierdzenie to jakkolwiek
                szlachetne, nie zawsze jest prawdziwe. Czasem zła krew pozostaje złą poprzez
                pokolenia.
                ***
                Awantura przy śniadaniu odbijała się czkawką przez cały dzień. Na nic zdały się
                starania Luśki, żeby załagodzić sytuację. Towarzystwo siedziało nabzdyczone w
                salonie i w bawialni, prawie się do siebie nie odzywając. W końcu Luśka też
                machnęła na nich ręką i zabrała się za przygotowanie obiadu. Właśnie obierała
                ziemniaki, kiedy do kuchni weszła Lisa. Pokręciła się trochę tam i tu, skubnęła
                listek sałaty, zajrzała do lodówki…
                -Ciociu – usiadła w końcu po drugiej stronie stołu – czy ty byś mogła mi coś
                doradzić?
                -Pewnie bym mogła – Luśka spojrzała na nią uważnie – chodzi o tego fałsz... no,
                Jörna?
                Lisa w milczeniu pokiwała głową a potem wyrzuciła z prędkością pepeszy:
                -Bo widzisz, ja go tak strasznie kocham i chcę go mieć dla siebie. Chcę wyjść
                za niego za mąż i urodzić mu dzieci… Na początku wydawało mi się, że on… no
                wiesz ciociu, mówił, że mnie kocha – powiedziała szeptem – a potem wszystko się
                jakoś zepsuło – dokończyła ponuro.
                -Pewnie jak zaczęłaś mówić o ślubie? – Luśka stwierdziła domyślnie.
                -Yhm… - Lisa pokiwała smętnie głową – zastanawiam się czy nie zajść w ciążę.
                -Boże Broń – ciotka miała jednak więcej życiowego doświadczenia niż
                siostrzenica.
                -To co ja mam zrobić?
                -Metody są dwie – Luśka zamyśliła się przez chwilę – siłowa i podstęp. Siłowa
                jest oczywiście skuteczniejsza – powiedziała filozoficznie i spojrzała na Lisę –
                ale potem trzeba ją już stosować przez całe życie.
                -A podstęp?
                -Podstęp też jest niezły, pod warunkiem, że się nie wyda. Z tym – zastrzegła
                się – że nie zawsze się udaje. Lisa, ale ty go naprawdę chcesz? Ja tam nie mam
                do niego zaufania – Luśkę gryzło jeszcze upokorzenie pierwszych kontaktów z
                fałszywym baronem.
                -Chcę – odpowiedziała jej siostrzenica nieuważnie – to, co z tym podstępem.
                Powiesz mi?
                -Powiem – Luśka wzruszyła ramionami, odstawiła obrane kartofle i przedstawiła
                Lisie plan zdobycia upragnionego męża.
                Kiedy zadowolona Lisa wybiegła z kuchni Luśka westchnęła, przypomniała sobie
                ile wysiłku kosztowało ją zdobycie Jacusia. Te trzydzieści kilka lat temu nie
                miała jeszcze takiego silnego usposobienia jak teraz, aczkolwiek przejawiała
                naturalne zdolności w tym kierunku. Jacuś, mimo całej swej łagodności i
                potulności, a może właśnie dlatego, był trudnym orzechem do zgryzienia. Wywijał
                się jak piskorz i już prawie udało mu się uciec od zakochanej w nim kobiety,
                kiedy do akcji wkroczyła mamusia Luśki. Z nimi dwiema biedak nie miał szans,
                złożył broń, wywiesił białą chusteczkę i trzy miesiące później został
                szczęśliwym mężem. „I jest nim do dzisiaj” – Luśka stwierdziła z satysfakcją
                niezmąconą żadnym złym przeczuciem.
                • 08.03.06, 13:31
                  Burza zbliżająca się przez cały dzień, nadciągnęła w te malownicze okolice tuż
                  przed północą. Na chwilę ucichło wszystko, parnego powietrza nie mącił
                  najdrobniejszy powiew. Nawet komarzyce, te najbardziej krwi żądne osobniki
                  przyczaiły się w ukryciu. Dokładnie o północy uderzył pierwszy piorun, sekundę
                  później ciszę rozdarł grzmot i rozpadało się na dobre. Przedstawienie było
                  doprawdy wspaniałe – klasyczne „światło i dźwięk”. Niestety nikt, poza
                  zwierzętami leśnymi i błąkającymi się po okolicy kundlami, nie mógł go
                  podziwiać. Zarówno w pałacu jak i w oficynie prawie wszyscy spali snem
                  sprawiedliwego.
                  Gretę obudził błysk pioruna. Właściwie to nie bała się burzy, ale wolała jednak
                  zostać w łóżku, szczelniej otulając się kocem. Już prawie zasypiała ponownie,
                  kiedy poczuła, że absolutnie natychmiast musi zrobić dwie rzeczy: pić i udać
                  się do toalety – kolejność obojętna. O ile z piciem nie byłoby problemu, bo
                  butelkę z wodą trzymała zawsze przy łóżku, to z toaletą było gorzej. Nie
                  wszystkie sypialnie w pałacu posiadały własne toalety. Niektóre, w tym właśnie
                  pokój Grety, były przypisane do wspólnej łazienki dla gości, która znajdowała
                  się za zakrętem korytarza. Natura jest nieubłagana i tak czy inaczej Greta
                  musiała wstać. Wsunęła nogi w kapcie, narzuciła na siebie praktyczny frotowy
                  szlafrok i ruszyła do łazienki. Już miała otworzyć drzwi pokoju, kiedy
                  usłyszała dobiegający z korytarza dziwny dźwięk. Coś jakby grzechotanie metalu
                  o metal, szczęk łańcuchów i następujące po tym przeciągłe wycie. Przez chwilę
                  dźwięki te narastały a potem nagle ucichły. Greta mrucząc do siebie „jestem
                  racjonalistką, nie wierzę w duchy” uchyliła delikatnie drzwi i spojrzała w głąb
                  korytarza. Panującą ciemność rozpraszało jedynie światło księżyca wpadające
                  przez duże okno wieńczące klatkę schodową. Poza tym wszystko wyglądało
                  dokładnie tak jak zwykle. Nasza bohaterka wzruszyła ramionami, otuliła się
                  szlafrokiem i szybkimi krokami podążyła w stronę łazienki. Po kilku minutach
                  mogła już z ulgą wrócić do swojego pokoju. Wyszła z zakrętu korytarza i
                  zamarła. Kilka metrów przed nią, dokładnie w blasku padającej księżycowej
                  poświaty stała zjawa. Wysoka, spowita w biel, świeciła własnym światłem. Nagle
                  do wizji dołączyła fonia. Zjawa zaczęła wydawać z siebie dźwięki podobne do
                  tych, które Greta słyszała przed wyjściem z pokoju. W tym momencie Greta
                  poczuła, że się dusi od wstrzymywanego oddechu. Odetchnęła głęboko a wraz z
                  świeżym, rześkim po burzy powietrzem, nabrała straceńczej odwagi.
                  -Duchów nie ma! – wrzasnęła przeraźliwie i rzuciła się na zjawę. W tym momencie
                  usłyszała huk, poczuła uderzenie i coś jakby oparzenie na swoim prawym
                  ramieniu. Chwilę później biały szlafrok zaczął nasiąkać krwią. Na jej widok
                  Greta osunęła się słabo na ziemię i zemdlała.
                  Kiedy się ocknęła, zobaczyła nad sobą zaniepokojone twarze przyjaciół.
                  -Co się stało? – chciał dowiedzieć się baron a jednocześnie Lisa zapytała:
                  -Jak się czujesz?
                  -Widziałam ducha, a potem coś mi się stało w ramię – odpowiedziała słabo.
                  -Ducha?! – Rita w odróżnieniu od Grety wierzyła w duchy i bała się ich
                  panicznie – jak to ducha? – szarpnęła barona za ramię – nie powiedziałeś mi, że
                  tu straszy!
                  -Zostawmy to na później – wpadł jej w słowo Jörn – ważniejsze jest to, że ktoś
                  strzelał do Grety.
                  -Oszalałeś? – Lisa spojrzała na niego niepewnie.
                  -Popatrz tutaj – delikatnie dotknął ramienia Grety – musimy natychmiast wezwać
                  pomoc.
                  Jedyną osobą, którą można było wezwać na pomoc, jaka przyszła baronowi na myśl
                  była Luśka. Kilka minut później sytuacja była już opanowana. Greta z
                  prowizorycznym opatrunkiem na ramieniu została przez Antka odwieziona do
                  pobliskiego szpitala. Lisa i baron pojechali z nimi. Na placu boju pozostali
                  tylko sami Niemcy i Luśka, która musiała się wszystkiego dowiedzieć.
                  -Co tu się stało? – zapytała Jörna, który stał najbliżej – i dlaczego ona tak
                  krzyczy? – wskazała na Ritę, która od momentu usłyszenia o duchu zaczęła
                  zachowywać się co najmniej dziwnie.
                  -Ona mieć strach vor Geist.
                  -Jaki Geist? – Luśka zmarszczyła brwi.
                  -No, taka…. osoba, co nie żyć….
                  -Trup?
                  -Was? Nein… dłuuuuugo nie żyć.
                  -Stary trup? – Luśka traciła powoli cierpliwość.
                  -Nein…. Taki osoba – Jörn zaczął w jego mniemaniu pokazywać ducha. Zachwiał się
                  i płynnym ruchem przebiegł po pokoju, żeby po chwili wyszczerzyć zęby i wydać z
                  siebie przeciągłe wycie. Dla Luśki i reszty zgromadzonych wyglądało to trochę
                  jak konający łabędź połączony z Drakulą.
                  -Uuuu… - zawtórowała mu Rita – das was Estera!
                  -Jaka znowu Estera? – Luśka zdenerwowała się na dobre. Rzuciła spojrzenie na
                  Ritę, która ciągle nie mogła się uspokoić i po chwili zaserwowała jej jedyny
                  środek jaki miała pod ręką.
                  -Pij – podała Ricie szklankę wypełnioną do połowy czystą wódką wyborową. Rita
                  sądząc, że jest to woda wypiła zawartość szklanki duszkiem a potem zaczęła się
                  krztusić.
                  -Wódka świetnie pomaga na duchy – stwierdziła Luśka pouczająco, poklepała Ritę
                  po plecach i odwróciła się do Jörna.
                  -Ona widziała ducha?
                  -Nein. Greta widzieć ducha, krzyczeć a potem jemand… - zawahał się.
                  -Co? – Luśka nie popuszczała.
                  -Jemand hat Feuer auf ihr gegeben – Jörn spojrzał przepraszająco a potem
                  wyciągnął prawą rękę, złożył palce w kształt rewolweru i skierował w stronę
                  Luśki – pif paf.
                  -Duch pif paf?! – Luśce udzielił się sposób komunikacji Niemca, ale ten tylko
                  wzruszył ramionami – no to kto i gdzie jest ten duch? zainteresowała się od
                  razu Luśka ale na te dwa ostatnie pytania dostała równie wyczerpującą
                  odpowiedź.
                  -Zwariować można z tymi Niemcami – mruknęła pod nosem i przykryła Ritę, która
                  tymczasem osunęła się na kanapę i zapadła w sen – duchy sobie wymyślają.
                  Rozejrzała się jeszcze po pokoju ale nie licząc Rity była sama. Jörn wymknął
                  się przed chwilą a Hans i Frank zniknęli na samym początku rozmowy. W pałacu
                  nie było już nic do roboty, więc Luśka podążyła do domu, przysięgając sobie
                  wydobyć wszystkie szczegóły dotyczące tego dziwnego zajścia od Antka, albo od
                  barona. A najlepiej od obydwu.
                  • Nazajutrz ale nie całkiem tak z samego rana, pałacowe towarzystwo zebrało się w
                    jadalni na posiłku, który przy odrobinie dobrej woli i oślego uporu można by
                    nazwać śniadaniem. Zdrowy, długi sen i jasno świecące słońce wdzierające się
                    przez muślinowe, kunsztownie upięte firanki spowodowały, że groza nocnych
                    wydarzeń zbladła. Gdyby nie opatrunek na ramieniu Grety, nocną wizytę ducha,
                    zaliczono by do kategorii majaków sennych i potraktowano lekceważąco. Biały
                    bandaż kłuł jednak w oczy.
                    -Jak to się właściwie stało? – zapytał troskliwie baron, ściągając na siebie
                    gniewne spojrzenie Rity.
                    -Opowiadałam wam już mnóstwo razy – Greta sięgnęła po dzbanek z kawą –
                    zobaczyłam ducha, chciałam go pogonić, ktoś mnie postrzelił i zemdlałam.
                    -Ale kto cię postrzelił? Duch czy ktoś inny? – Jörn drążył temat.
                    -Duch nie – odpowiedziała zdecydowanie poszkodowana.
                    -Nie możesz być tego pewna, było ciemno – wytknęła jej Rita zbolałym głosem.
                    Delikatna niemiecka głowa nie była chyba przyzwyczajona do wysokogatunkowych
                    wódek z rodziny wyborowych.
                    -Świecił księżyc – mruknęła Lisa.
                    -Nie widziałam broni, a poza tym wydaje mi się, że strzał padł z tyłu –
                    stwierdziła jednocześnie Greta.
                    -Czyli ktoś musiał stać za tobą na szczycie klatki schodowej – Frank popatrzył
                    na nią zamyślony – zatem kula…
                    -Powinna być w boazerii – dokończył baron.
                    Sekundę później na klatce schodowej słychać było tupot pięciu par nóg. Dwie
                    pary i przynależące do nich kobiety zostały przy stole. Rita raz zszedłszy ze
                    schodów nie zamierzała już ich dzisiaj bez potrzeby pokonywać ponownie a Gretę
                    bolała ręka. Fakt, że do chodzenia służą raczej nogi nie miał dla niej chwilowo
                    większego znaczenia. Nie życzyła sobie oglądać żadnej kuli i już.
                    -Nie ma, szlag by to trafił – baron był wyraźnie wściekły – a dziura po kuli
                    jest tak rozbabrana, że nie można będzie ustalić, co to była za broń.
                    -Tak w ogóle to nie wydaje się wam to dziwne? – do dyskusji włączyła się Lisa. –
                    Duchy, strzelanina…
                    -Dziwne jak cholera – przytaknął Jörn – jakoś nie potrafię sobie wyobrazić
                    powodu, dla którego ktoś strzelał do Grety.
                    -To akurat jest proste – nonszalancko stwierdził Frank – ktoś chciał
                    powstrzymać Gretę przed sprawdzeniem, kto kryje się pod fikuśnym
                    prześcieradłem, dlatego ją postrzelił. Gdyby chciał ją zabić trafiłby bez
                    pudła. Stąd wniosek, że raczej nie chodziło o zabójstwo.
                    -No to o co? – zdenerwowała się Rita – i z tego co mówisz wynika, że duch miał
                    uzbrojonego wspólnika.
                    -Albo wspólniczkę – mruknął Frank i po kolei spojrzał uważnie na trzy siedzące
                    przy stole kobiety. Odpowiedziało mu urażone spojrzenie Rity, zdumione Lisy i
                    pełne politowania Grety.
                    -Uważasz, że sama się postrzeliłam? – zapytała po chwili ta ostatnia.
                    -To nie jest wykluczone – Frank uśmiechnął się złośliwie – literatura
                    kryminalna zna takie przypadki.
                    -Mieszasz fikcję z rzeczywistością, skarbie.
                    -To co teraz robimy? – umysł Hansa zmierzał do celu zawsze najprostszą drogą bo
                    i sam Hans odznaczał się niezbyt skomplikowaną osobowością – zostajemy czy
                    wyjeżdżamy?
                    -Zwariowałeś? – Frank aż sapnął z oburzenia – Wyjechać? Nie ma mowy, teraz
                    właśnie zrobiło się tu najbardziej interesująco.
                    Dyskusja rozgorzała na nowo. Pojawienie się ducha wraz z osobą towarzyszącą
                    wprowadziło wśród przyjaciół niejaki zamęt. Wszyscy zgodnie uznając zjawisko za
                    niesłychanie dziwne i tajemnicze prezentowali wszakże wobec niego dwie postawy.
                    Pierwsza frakcja optowała za tym, żeby zostać, znaleźć skarb, złapać ducha,
                    złoić mu skórę i ewentualnie potem sprawdzić, kto się pod niego podszywał.
                    Drugi odłam, złożony z Rity, Grety i Hansa, twierdził, że najlepiej będzie
                    uciekać gdzie pieprz rośnie, w tym przypadku na bezpieczne łono ojczyzny
                    zaczynającej się tuż za Odrą. Nie wiadomo jak zakończyłaby się ta dyskusja, bo
                    siły były wyrównane, przy czym baron, zauważający własny interes w
                    natychmiastowym wyjeździe Rity, zaczął przechylać szalę na rzecz drugiej opcji,
                    gdyby nie ręka Opatrzności objawiająca się w tym przypadku telefonem. Baron był
                    już dużym chłopcem, niemniej jako jedynak cieszył się nieustającymi oznakami
                    ogromu miłości macierzyńskiej przepełniającego jego matkę. Baronowa von
                    Dupersztangiel była rodowitą Niemką i nie rozumiała do końca fascynacji swojego
                    syna Polską. Fakt, że przynajmniej w jednej czwartej był Polakiem jakoś nie
                    miał do niej dostępu. Jako dopust boży przyjęła to, że babka Tosia nauczyła go
                    mówić po polsku, ale już kupno pałacu Manfred musiał trzymać przed nią w
                    głębokiej tajemnicy. Poinformował ją o swoim nowym zakupie dopiero przed
                    wyjazdem, wybuchła kłótnia w wyniku której baronowa stwierdziła, że już nigdy w
                    życiu nie odezwie się do syna. Nigdy! Nie zadzwoni nawet na łożu śmierci.
                    Wytrzymała niecały tydzień.
                    -Witaj kochanie! Co u ciebie?
                    -Mama? A, nic ciekawego… Wczoraj w nocy pokazał się nam duch i ktoś postrzelił
                    Gretę, a poza tym spokój.
                    Nie wiadomo, czego spodziewał się baron, ale na pewno nie tego, że jego matka
                    straci głos. Przez dłuższą chwilę w słuchawce panowała niczym niezmącona cisza.
                    -Nic ci się nie stało? – zapytała w końcu słabym głosem.
                    -Nie, ale wiadomo czy dzisiaj w nocy znowu ktoś się nie włamie – baron
                    stwierdził beztrosko.
                    -To było włamanie?
                    -Raczej tak. Chyba, że podejrzewasz o takie głupie żarty kogoś z moich
                    znajomych – opowiedział jej w krótkich słowach, co dokładnie się stało.
                    -A może to była ta sama osoba, która przed kilkoma laty włamała się do nas? –
                    baronowa do tej pory nie mogła otrząsnąć się na widok rozbebeszonego gabinetu,
                    jaki ukazał jej się pewnego pięknego ranka. – Nigdy go nie złapali i do dzisiaj
                    nie wiadomo, czego wtedy szukał. Przecież wszystkie papiery rodzinne twój
                    ojciec od zawsze trzyma w swoim banku…
                    -Jakie papiery? – baron przerwał jej bezceremonialnie.
                    -Nie wiesz? Wszystkie najważniejsze rzeczy: akty notarialne, jakieś notatki
                    twojego pradziadka, pamiętniki twojej babci i takie tam różności.
                    -Dużo tego jest? – matka miała rzadki talent do zaskakiwania go najmniej
                    oczekiwanymi informacjami w najmniej stosownych momentach.
                    -Nie wiem dokładnie, bo co?
                    -Mamo – baron walczył chwilę sam ze sobą – nie mogłabyś mi tego przywieźć?
                    -Jak mi ojciec pozwoli to pewnie bym mogła, ale po co ci to?
                    -Potrzebne – uciął krótko jej syn i zapytał – kiedy możesz tu być?
                    -Choćby jutro – baron mógłby przysiąc, że wzruszyła ramionami – to co, jesteśmy
                    umówieni?
                    Chcąc nie chcąc baron musiał potwierdzić. Myśl, że będzie musiał znosić naraz
                    dwie kobiety, z których przynajmniej jedna kochała go nad życie a druga niezbyt
                    umiejętnie miłość symulowała, była z lekka wstrząsająca. Oznaki obu tych uczuć
                    były niesłychanie męczące. Przez chwilę zamajaczyła mu się myśl napuszczenia
                    ich obu na siebie, ale po chwili z westchnieniem przypomniał sobie, że niezbyt
                    za sobą przepadają. W każdym razie sprawa została przesądzona. Towarzystwo
                    musiało zostać w pałacu przynajmniej do czasu przybycia baronowej i przejrzenia
                    dokumentów. „A potem się zdecyduje” – zgodzono się prawie jednogłośnie.
                    ***
                    W tym czasie w oficynie wściekła Luśka skończyła lepić pierwszą setkę pierogów.
                    Od Antka się niczego nie dowiedziała, bo zaraz z samego rana pojechał na
                    komisariat. W pałacu z kolei rano nie było żywego ducha. Wszyscy jak jeden mąż
                    spali w swoich pokojach. Przygotowała im śniadanie i pojechała na plotki do
                    sklepu. Na jej widok sklepowa Stacha zapytała:
                    -Przyjechałaś po mąkę?
                    -Nie, bo co? – Luśka wzruszyła ramionami.
                    -Bo słyszałam, że ci się goście na pierogi szykują – Stacha szepnęła
                    konfidencjonalnie i przekazała przyjaciółce najnowsze wiadomości, jakie
                    wyczytała na forum.
                    -Muszę
                    • Wiadomość o nowych dokumentach zelektryzowała całe towarzystwo. Męcząca noc
                      odeszła w zapomnienie i nagle wszyscy zapragnęli udać się na rekonesans.
                      Ostatecznie, jeżeli coś było schowane na terenie majątku to na pewno nie w
                      pałacu. Piękny słoneczny poranek i rześkie po burzy powietrze zachęcały do
                      spacerów.
                      -Może się podzielimy? – zapytała niewinnie Rita i spojrzała spod rzęs na barona.
                      -Świetny pomysł – nieoczekiwanie poparł ja Frank.
                      -To my z Gretą pokrążymy tutaj blisko pałacu. Co ty na to? – Lisa zwróciła się
                      do Grety ale ukradkiem zerknęła na Jörna. Wyglądał jakby nie wierzył własnym
                      uszom.
                      -No to ustalone – Rita pociągnęła barona za ramię – Manfred i ja pójdziemy… -
                      zawahała się przez chwilę – pójdziemy nad jezioro.
                      -Hans, Frank a wy?
                      -Ja zostanę w pałacu – Frank skrzywił się lekko – chyba śniadanie mi
                      zaszkodziło.
                      -To trzeba było tyle nie jeść. Zresztą ty w ogóle powinieneś przejść na dietę –
                      z fałszywą troską zauważyła Greta, która nie mogła mu darować posądzenia o
                      oszustwo.
                      W końcu towarzystwo ruszyło w plener. Rita z baronem w lewo drogą nad jezioro,
                      Lisa z Gretą podjazdem w kierunku drogi do wsi a Hans i Jörn podążyli do lasu
                      rozciągającego się za nieco obecnie zaniedbanym ogrodem i bardzo zaniedbanym
                      parkiem. Prawie każde z nich miało nieco inne plany niż szukanie skarbu.
                      Frank na przykład, kiedy tylko przyjaciele znikli mu z oczu, stracił
                      natychmiast zbolałą minę i energicznym kurcgalopkiem ruszył do pałacu. Cel
                      przyświecający Ricie był znany absolutnie wszystkim nie wyłączając barona. Lisa
                      również nie poświęcała się specjalnie poszukiwaniami, właśnie rozpoczęła
                      realizację planu, który miał ja doprowadzić do upragnionego ołtarza i nie
                      zwracała uwagi na głupoty. Gretę bolała ręka a jeszcze bardziej zraniona duma.
                      Wczorajszej nocy Antek się nią zajął tak troskliwie a dzisiaj co? „Nawet nie
                      przyszedł zapytać jak się czuję” – myślała ponuro. Co planował Hans, tego nie
                      wiedział nikt, prawdopodobnie nawet on sam. Tak więc jedynymi osobami, które w
                      miarę poważnie podeszły do poszukiwań byli baron i Jörn. Ale to nie im trafiło
                      się najważniejsze odkrycie.
                      Lisa z Gretą przeszły przez podjazd, doszły do głównej drogi prowadzącej na
                      prawo do wsi a na lewo do niewielkiego miasteczka i zawahały się. Jak dotąd nie
                      natrafiły na nic ciekawego, ale były tak zatopione we własnych myślach, że nie
                      zauważyłyby skrzyni ze skarbami, nawet gdyby się o nie potknęły. Rozejrzały się
                      i stwierdziły, że lewa strona wygląda bardziej zachęcająco. Ruszyły poboczem
                      wzdłuż ogrodzenia okalającego park. Po kilkunastu minutach marszu doszły do
                      rozwidlenia dróg. Główna odchylała się nieco na prawo, na lewo prowadziła droga
                      wprawdzie asfaltowa ale o szerokości pozwalającej na wyminięcie się zaledwie
                      dwóch, niezbyt tłustych koni. O innych pojazdach nie było mowy. Lewa strona
                      tego, prawie że leśnego duktu, była ograniczona parkanem a po prawej zaczynał
                      się las. Obie kobiety odruchowo ruszyły na lewo. Droga była całkiem przyjemna.
                      Rozłożyste korony drzew chroniły przed słońcem, śpiewały ptaszki a w powietrzu
                      czuć było lekki sosnowy zapach. Idealne miejsce na przedobiedni spacer. Jakiś
                      kilometr od rozwidlenia na poboczu od strony lasu zauważyły niewielką polankę.
                      Służyła chyba za miejsca parkingowe dla grzybiarzy i chcących zażyć świeżego
                      powietrza, bo nie rosło na niej nawet źdźbło. Były natomiast świeże ślady opon.
                      Poprzedniej nocy ktoś zaparkował się na polance tuż przed burzą, wyjeżdżał
                      jednak już po ulewie. Do rana błoto nieco zaschło, ale ślady manewrów były
                      doskonale widoczne.
                      -Zobacz – Lisa przykucnęła i z nosem przy ziemi próbowała odtworzyć ruchy
                      samochodu – wjechał tu, a potem próbował zawrócić, ale się nie zmieścił i
                      musiał się trochę cofnąć.
                      -Wjechała i musiała – uściśliła Greta.
                      -Co?
                      -To była kobieta – Greta wskazała Lisie prawie rozdyźdane ale jednak
                      wyróżniające się ślady butów.
                      -Może facet z małymi stopami –niepewnie zaoponowała Lisa.
                      -Jasne – zgryźliwie odrzekła jej przyjaciółka i podniosła leżący w trawie
                      niedopałek – facet ze stopami numer 35, palący cienkie damskie Vogue i
                      używający szminki. Swoją drogą to fajny kolor, zobacz.
                      -No fajny, ale mnie by raczej nie pasował – Lisa stwierdziła po chwili z
                      niejakim żalem.
                      -Ciekawe co to za firma. Chętnie bym sobie taką kupiła – Greta westchnęła z
                      lekką zazdrością.
                      -Jak już dorwiemy naszą tajemniczą zjawę to ją zapytasz o szczegóły – Lisa
                      porzuciła temat szminki – a teraz rozejrzyjmy się może jeszcze coś tu zostawiła.
                      Niestety kimkolwiek była osoba z samochodu nie była tak uprzejma, żeby
                      rozrzucać ślady swojej bytności na prawo i lewo. Jedyne, co udało się jeszcze
                      znaleźć to dziura w siatce, pozwalająca na przeciśniecie się na teren parku w
                      miarę szczupłej osobie.
                      -No i super – mruknęła Lisa – nie będziemy musiały drałować dookoła.
                      Do pałacu dotarły jako pierwsze, pół godziny po nich wrócili Hans i Jörn a
                      jeszcze po chwili Rita i baron. Z góry zszedł Frank, w dalszym ciągu udawał, że
                      boli go żołądek, ale błysk w oku pozwalał się domyślać, że również jego
                      poszukiwania odniosły pozytywny skutek. Nie miał jednak zamiaru dzielić się
                      swoją wiedzą z innymi a przynajmniej nie tak od razu.
                      -Nie powiem, co znaleźliśmy, bo się nie chcę wyrażać – Jörn machnął ręką –
                      trafiliśmy tylko na ruiny jakiegoś niewielkiego domu na skraju lasu nieopodal
                      jeziora i to wszystko.
                      -My mniej więcej to samo – baron był równie zniechęcony, po czym dodał z
                      ożywieniem – ale dowiedziałem się, że prawdopodobnie jestem właścicielem wyspy.
                      -Jakiej wyspy? – zainteresował się Frank.
                      -Na jeziorze, niedaleko od brzegu są dwie wyspy. Większa należy podobno do
                      majątku a mniejsza jest państwowa.
                      -Coś na nich jest? – Greta była nastawiona sceptycznie.
                      -Nie wiem – baron wzruszył ramionami – trzeba by tam popłynąć. A wam jak poszło?
                      -A my znalazłyśmy dziurę w płocie i parę innych rzeczy – Lisa opowiedziała
                      wszystkim o odkryciu. Niedopałek powędrował wokół pokoju wzbudzając
                      najróżniejsze komentarze.
                      -Hi, hi… a nie mówiłem, że strzelała kobieta – Frank cieszył się jak dziecko –
                      nie wiem tylko, czy nie ma tu wspólnika – dodał po chwili z naciskiem.
                      -Fajny kolor – Ricie, podobnie jak wcześniej Grecie i Lisie, od razu rzucił się
                      w oczy amarantowy błysk na filtrze, przy czym zauważyła coś, na co obie
                      kobiety nie zwróciły wcześniej uwagi – zobaczcie jaka trwała. Przecież ten
                      niedopałek przeleżał całą noc i pół dnia na mokrej ziemi. Cholera, kupiłabym
                      sobie taką.
                      -Nie ty jedna – Greta mruknęła pod nosem i zdrową ręką poprawiła fryzurę bo
                      zauważyła przez okno błysk niebieskiego munduru na podjeździe. Poderwała się i
                      rzuciła w przestrzeń – zaraz wracam.
                      Kilka minut później niebieski mundur Antka wraz z towarzyszącą mu błękitną
                      sukienką Grety oddaliły się w stronę jeziora. Tylko Frank, któremu rzadko co
                      umykało, powiedział złośliwie
                      -Jestem ciekawy, w jakim języku będą rozmawiać. Z drugiej strony – zastanowił
                      się przez chwilę – ostatecznie wcale nie muszą nic mówić.
                      W tym momencie Luśka zapowiedziała obiad. Na elegancki stół w jadalni wjechały
                      na równie eleganckich miśnieńskich półmiskach rodzime pierogi. Część ugotowana,
                      polana oliwą z uprażoną cebulą, część podsmażona na złoto. Na ich widok z Jörna
                      trysnął dziki entuzjazm.
                      -Ooo… Pierony rus… kie – dokończył z wysiłkiem.
                      -Ruskie to może i są pierony, ale to akurat są pierogi – sprostowała Luśka – i
                      nie wszystkie ruskie. Te są z kapustą i grzybami – wskazała na prawą stronę
                      stołu – smacznego.

                      • Godzina siedemnasta była dla Luśki święta. O tej porze codziennie od
                        trzydziestu lat parzyła herbatę, według sobie tylko znanej receptury,
                        przygotowywała lekki podwieczorek i przez pół godziny, czasem dłużej
                        odpoczywała. Tego dnia jednak nie mogła się do końca zrelaksować. „Złota Małpa”
                        smakowała niby tak jak zwykle, delikatne gofry z bitą śmietaną, owocami i
                        syropem karmelowym udały się nad podziw, tak samo malutkie grzaneczki z
                        masełkiem czosnkowym i serem, a jednak coś było nie w porządku. Nie chodziło
                        nawet o nocną strzelaninę. Luśka od samego początku wiedziała, że Jörn musiał
                        maczać w tym palce. Nie ufała mu i koniec. Była właśnie przy trzecim gofrze i
                        drugiej filiżance herbaty, kiedy do drzwi oficyny ktoś zapukał. Na progu stał
                        baron.
                        -Mogę wejść? – zapytał z lekkim uśmiechem.
                        -Proszę – wpuściła go do pokoju, przyniosła drugą filiżankę i talerzyk –
                        właśnie jem podwieczorek. Przyłączy się pan?
                        -Herbaty chętnie się napiję, ale po tych wspaniałych pierogach już nic więcej
                        nie zmieszczę.
                        Z wersalską uprzejmością Luśka zaprosiła gościa do stołu, wytwornym ruchem
                        podała mu filiżankę i zapytała:
                        -Co pana do mnie sprowadza? – zapytała z rewerencją bo herbata zawsze działała
                        na Luśkę łagodząco.
                        -Hmm… Pani Lusiu, nie wiem jak to powiedzieć. To znaczy, widzi pani mam zamiar
                        zostać tu dłużej i będę potrzebował pomocy – baron za wszelką cenę chciał
                        uniknąć słowa służba. Miał gdzieś tam głęboko zakodowane, że w Polsce w tak
                        zwanym międzyczasie był przewrót, władza ludu i próba zatrudnienia służących
                        nie spotka się ze zrozumieniem.
                        -Odnoszę wrażenie, że panna Rita chętnie panu pomoże – Luśka była nadal
                        nieskalanie uprzejma.
                        -No tak, ale potrzebuję kogoś do sprzątania w pałacu i jakiegoś dobrego
                        ogrodnika.
                        -Ogrodnika? Do tej pory ogrodem zajmował się mój mąż – oczy Luśki niepokojąco
                        się zwęziły – chce pan powiedzieć, że nie wykonuje dobrze swoich obowiązków?
                        -Ależ skąd – baron zaprzeczył natychmiast – tylko, że ja bym chciał… O! –
                        przyszła mu do głowy genialna myśl – chciałbym przeprojektować cały ogród i
                        park na nowo. Zależy mi na czasie, bo takie rzeczy to powinno się raczej robić
                        na wiosnę – mówił szybko sondując wyraz twarzy Luśki. Ta ostatnia z
                        namaszczeniem skończyła jeść ostatniego gofra, otarła usta koronkową serwetką i
                        powiedziała.
                        -Jednym słowem, chce pan zatrudnić firmę projektującą zieleń? I dodatkowo
                        służbę do domu?
                        -Owszem – baron sklęsł.
                        -Ile osób? – Luśka nie owijała w bawełnę.
                        -A to już jak pani uważa, bo ja chciałbym jeszcze, żeby została pani moją
                        gospodynią – popatrzył na nią prosząco.
                        Luśce wybitnie pasował taki układ. Całe życie związana była z tym miejscem i
                        nie wyobrażała sobie konieczności przeprowadzki. Zaczynać wszystko od nowa w
                        wieku pięćdziesięciu lat? Dałaby sobie radę, bo generalnie zawsze daje sobie
                        radę ze wszystkim, ale z całą pewnością wygodniej będzie zostać na miejscu.
                        Pertraktacje przebiegły pomyślnie dla obu stron i baron zaczął się żegnać.
                        -Jeszcze jedno, pani Lusiu czy jest tu jakaś łódka? – zapytał baron już przy
                        wyjściu.
                        -Z pałacowych to nie ma żadnej, swołocz partyjna bała się wody a buc budował
                        sobie jacht, z tym, że nie zdążył. Ale mój mąż z synem pływają czasem na ryby
                        więc mogą panu pożyczyć. A co, odkrył pan już wyspę?
                        -Podobno należy do majątku – stwierdził niepewnie baron.
                        -Owszem, ale nie będzie miał pan z niej wielkiego pożytku. Przed wojną stała
                        tam altana, robiono pikniki… Potem już tylko wędkarze czasem palili tam
                        ogniska, kiedy płynęli na ryby.
                        -Ognisko? – baronowi zaświeciły się oczy – jak pani myśli, dałoby się zrobić
                        ognisko dzisiaj?
                        -Czemu nie – Luśka wzruszyła ramionami – trzeba tylko znaleźć suche drewno, bo
                        po wczorajszej ulewie może być problem.
                        ***
                        Wyspa była całkiem spora i na pierwszy rzut oka robiła wrażenie zdziczałej.
                        Bujna roślinność przywoływała na myśl puszczę amazońską, ale pod wszędobylskimi
                        trzcinami, bluszczem i kolczastymi jeżynami widać było, że rosnące na wyspie
                        rośliny zostały starannie dobrane i stanowiły komplet z pałacowym parkiem. Po
                        altanie, o której wspominała Luśka pozostało już tylko miejsce - piękna polana,
                        otoczona bukami, rozszerzająca się w niewielką plażę, z której wychodził w
                        jezioro niewielki pomościk. Wychodził przed laty, bo teraz pozostało już tylko
                        po nim kilka bali wystających z wody.
                        Propozycja ogniska na wyspie została przyjęta z entuzjazmem. I oto, osiem osób
                        siedziało właśnie wokół trzaskającego ognia, popijało piwo i piekło kiełbaski.
                        Ziemniaczki elegancko zawinięte w srebrną folię czekały na swoją kolejkę.
                        Toczące się rozmowy raz po raz przerywał wybuch śmiechu, tylko Jörn siedział
                        markotny z boku.
                        -Spalisz ją – baron podszedł do przyjaciela i podał mu kolejną puszkę.
                        -O cholera – Jörn pośpiesznie obrócił kij z nabitym na niego kawałkiem kiełbasy.
                        -Co jest? – zapytał baron.
                        -Nic – mruknął jego przyjaciel w odpowiedzi. Po chwili milczenia wybuchnął – ja
                        już nie rozumiem kobiet.
                        -Lisa?
                        -Lisa, Lisa, no sam popatrz – machnął ręką w bliżej nieokreślonym kierunku –
                        wcześniej bawiła się w tłumacza dla tego policjanta i Grety a teraz siedzi z
                        Hansem i Frankiem i gada nie wiadomo o czym.
                        -Wiadomo - baron uśmiechnął się złośliwie – o duchu. Frank chyba coś wie na ten
                        temat. Wypytuje wszystkich jak leci.
                        -Manfred, tu jest wspaniale – Lisa pojawiła się znienacka obok nich – wcale ci
                        się nie dziwię, że chcesz tu zamieszkać. Nie wiem tylko czy Rita będzie
                        zadowolona.
                        -Mam nadzieję, że nie – wyrwało się baronowi ze szczerego serca.
                        -Dobrze się bawisz? – Lisa zwróciła się do Jörna.
                        -Jasne. Chcesz kiełbasę? – zapytany podsunął jej pod nos rezultat swoich
                        działań z ostatnich minut. Lisa spojrzała ze zdumieniem na surowe z jednej
                        strony i spalone na węgiel z drugiej pętko i stwierdziła pośpiesznie;
                        -Dzięki, ale nie. Mam swoją po drugiej stronie, Hans mi pilnuje – uśmiechnęła
                        się przepraszająco i zniknęła.
                        -Sam widzisz – Jörn był wyraźnie zły – jak tak, to nie można się było od niej
                        opędzić. Planowała ślub, trójkę dzieci, nawet imiona miała dla nich wybrane –
                        nie wiadomo dlaczego to akurat napełniało go największym rozgoryczeniem – a
                        teraz mnie olewa. Dzisiaj rano powiedziała mi, że musi ode mnie odpocząć i
                        zastanowić się nad naszym związkiem.
                        -No ale przecież o to ci chodziło – baron ostrożnie obrócił swoją pieczeń –
                        masz święty spokój i jeszcze ci źle?
                        -W ogóle się nie znasz na kobietach – Jörn popatrzył na niego z politowaniem –
                        jak mówią, że chcą odpocząć, to znaczy że mają kogoś innego na oku. Lisa też
                        ma, tylko nie wiem o kogo jej chodzi: o Hansa czy o Franka. Ale się dowiem –
                        powiedział złowieszczo.

                        • Następnego dnia około południa na podjeździe pojawił się elegancki czarny
                          samochód, z którego wysiadła nobliwie wyglądająca kobieta. Z nienagannej
                          fryzury nie odstawał nawet jeden włos, a kostium mimo kilkugodzinnej jazdy
                          miała bez jednego zgniecenia. Z ciekawością spojrzała na fasadę pałacu a stan
                          ogrodu i parku skwitowała lekkim skrzywieniem ust. Podeszła do bagażnika,
                          wyjęła z niego małą elegancką torebkę oraz skrzynkę na narzędzia, która
                          pasowała do jej stroju mniej więcej jak wół do karety i podążyła do głównego
                          wejścia.
                          -Mama? Już jesteś? – baron podniósł się niemrawo z szezlonga, na którym
                          odreagowywał poprzedni wieczór.
                          -Witaj kochanie – uśmiech złagodził nieco twarde rysy kobiety – wyjechałam
                          wcześniej.
                          -Dlaczego przyniosłaś do domu narzędzia? – baron dopiero teraz zauważył
                          niezwykły bagaż swojej matki – potrzebne ci są do czegoś? - zapytał z
                          zaciekawieniem.
                          -No właśnie – baronowa wyraźnie się zdenerwowała – co się dzieje w tej Polsce?!
                          Okradli mnie po drodze! – odstawiła z hukiem skrzynkę na stół i przywitała się
                          z pozostałymi osobami.
                          -Ukradli pani samochód? – Frank spojrzał na nią z lekką zgrozą.
                          -Jaki tam samochód – mruknęła zniecierpliwiona – papiery mi ukradli.
                          -Te papiery? – Lisa i Jörn wykrzyknęli równocześnie.
                          -A właśnie nie – baronowa uśmiechnęła się z satysfakcją – inne…
                          -Opowiedz może po kolei – uprzejmie ale stanowczo zaproponował jej syn.
                          -Pokłóciłam się wczoraj z twoim ojcem, tak a propos. Przypomnij mi, że się do
                          niego nie odzywam – baronowa usiadła wygodniej, nie spuszczając jednak oka ze
                          skrzynki – wyobraź sobie, że nie chciał mi dać tych dokumentów. Bał się, że
                          mnie napadną – sapnęła oburzona – w końcu jakoś doszliśmy do porozumienia.
                          Zapakował je do skrzynki na narzędzia a obok do bagażnika wstawił karton z
                          jakimiś papierowymi śmieciami ze swojej kancelarii. Wyglądało to nawet
                          podobnie. Kazał jechać bez zatrzymania aż do ciebie.
                          -No i co dalej? – Frank zapytał z wypiekami na twarzy.
                          -No i oczywiście go nie posłuchałam, musiałam się po drodze napić kawy, trochę
                          odświeżyć – baronowa była wyraźnie urażona supozycją, że pokaże się synowi i
                          jego towarzystwu bezpośrednio po kilku godzinach jazdy samochodem. Żadna siła
                          na świecie by jej do tego nie zmusiła, a co dopiero mąż.
                          -I?
                          -Tutaj niedaleko zatrzymałam się na stacji, bardzo porządnej – zastrzegła od
                          razu – zatankowałam wóz, zjadłam trochę owoców i już miałam odjeżdżać, kiedy
                          podeszła do mnie dziewczyna.
                          -Hyyy… - wyrwało się z kilku piersi naraz.
                          -No co? – baronowa spojrzała pytająco ale nikt jej nie odpowiedział – miała
                          kłopot. Złapała gumę i potrzebowała lewarka a z tymi ludźmi na stacji nie mogła
                          się dogadać.
                          -Jak to? To była Niemka? – Jörn zapytał zachłannie.
                          -A nie powiedziałam tego? – baronowa wyraźnie się zdziwiła – Niemka. Zobaczyła
                          moją rejestrację i podeszła do mnie. Porozmawiałyśmy chwilę, pożyczyłam jej
                          swój lewarek, ona sobie zmieniła koło i odjechała. Kilka minut później chciałam
                          wyciągnąć z walizki mapę i otworzyłam bagażnik. Kartonu z papierami już nie
                          było.
                          -Jak wyglądała?
                          -Wiesz, wydaje mi się, że już ją gdzieś kiedyś widziałam… Blondynka, długie
                          piękne włosy, ciemne oczy, szczupła i ogólnie bardzo atrakcyjna.
                          -Zdejmie perukę, zmyje makijaż i okaże się niczym nie wyróżniającą szatynką –
                          mruknął baron pod nosem.
                          -Jaką miała szminkę? – Lisa zadała pierwsze pytanie, jakie przyszło jej do
                          głowy.
                          -Jaki miała samochód? – jednocześnie z Lisą zapytał Jörn.
                          -Zieloną – odpowiedziała odruchowo zapytana – nie, co ja mówię. Bordową szminkę
                          i ciemnozielony samochód – uściśliła bardzo z siebie zadowolona.
                          -Ale jakiej marki? - Jörn drążył temat.
                          -Bo ja wiem – zastanowiła się przez chwilę – mnie to wyglądało na Isa Dorę ale
                          numeru nie określę, trzeba będzie spojrzeć na wzornik.
                          -Samochód, jakiej marki? – jęknął jej syn.
                          -A to nie wiem – baronowa wzruszyła ramionami – na pewno inny niż mój. Acha,
                          numery rejestracyjne miała z Berlina.
                          -Dużo nam z tego przyjdzie – syn spojrzał na matkę z potępieniem –
                          ciemnozielony, NIE mercedes na berlińskich blachach. No, po prostu drobiazg.
                          Nie mogłaś się przyjrzeć lepiej?
                          -Nie wiedziałam, że muszę – zaprotestowała – najważniejsze, że prawdziwe
                          dokumenty nie ucierpiały.
                          -A co było w kartonie? – zainteresował się Frank.
                          -Śpiewnik, sprawy rozwodowe sprzed pięćdziesięciu lat, jakieś takie śmieci.
                          Stare zeszyty Manfreda, kilka pustych kopert.
                          -No to się ucieszyła – zachichotał. – Teraz już coś wiemy – dodał po chwili –
                          ta mała musi mieć tu wspólnika – popatrzył na wszystkich zmrużonymi oczami –
                          tylko my wiedzieliśmy, że przyjeżdża matka Manfreda z dokumentami. No, nie
                          wygląda to dobrze – uśmiechnął się złośliwie.
                          Wszyscy patrzyli na Franka w milczeniu. Spojrzenia wyrażały najróżniejsze
                          emocje: zaciekawienie, strach, niedowierzanie. Tylko jedna osoba z obecnych w
                          pokoju patrzyła na Franka z nieodgadnionym wyrazem twarzy, osoba, która mając
                          najwięcej powodów do lęku wiedziała równocześnie, że Frank nie zdąży się
                          podzielić swoimi przypuszczeniami z innymi. Będzie chciał się rozkoszować
                          władzą, tajemnicą i innymi bardziej materialnymi profitami, których, osoba nie
                          miała najmniejszych wątpliwości, zażąda wkrótce. I tym podpisze na siebie wyrok
                          śmierci. Okrutny uśmiech wykrzywił ładne, skądinąd, usta.
                          -E tam, każdy mógł nas podsłuchać – Jörn zbagatelizował całą sprawę, ale nie
                          wyglądał na przekonanego.
                          -Blefujesz – dodała Rita drżącym głosem – nikt z nas nie mógłby przecież…
                          -Nie chcecie to nie wierzcie – Frank wzruszył ramionami – ale ja mam dowody.
                          Lekkie westchnienie przerwało ciszę, która zapadła po tych słowach. Osoba
                          popatrzyła na Franka z zaciekawieniem a potem przypomniała sobie, że ktoś
                          myszkował w jej pokoju. To było podobne do Franka. Cóż, trzeba będzie zabrać
                          się do pracy wcześniej niż to było planowane. Drobna niedogodność, z którą
                          poradzi sobie bez trudu.

                          • Baron z lekkim drżeniem rąk otwierał skrzynkę na narzędzia. Dookoła stołu stała
                            reszta szaleńczo zainteresowanych osób.
                            -Nie pchaj się na mnie – Greta warknęła do Franka, który z racji niskiego
                            wzrostu nie widział dokładnie wszystkiego.
                            -No o co ci chodzi – zaprotestował natychmiast Hans – przecież się nie pcham.
                            -Nie mówiłam do ciebie, tylko do tego kurdupla. Frank – wkurzyła się w końcu –
                            odsuń się bo cię rąbnę.
                            -Oj, dobrze, dobrze… już się odsuwam.
                            Jörn westchnął w duchu i przesunął się kilka centymetrów w prawo. Frank
                            natychmiast przytulił się do niego wyciągając szyję, żeby nie stracić nic z
                            cennego widowiska. Wieko w końcu odskoczyło a z wszystkich piersi wyrwało się
                            zbiorowe westchnienie. Skrzynka była zapełniona najróżniejszymi papierami.
                            Baron wyciągał je po kolei, oglądał i od razu segregował na dwie kupki: ciekawe
                            i nieciekawe. Nieciekawych było zdecydowanie więcej, należały do nich metryki
                            chrztu, akty notarialne, jakieś decyzje sądowe, akty ślubu, spisy inwentarza i
                            tym podobne. Po wyciągnięciu ostatniej rzeczy ze skrzynki okazało się, że
                            ciekawych dokumentów jest zaledwie kilka: pamiętnik babci Tosi, niewielki album
                            ze zdjęciami, biblia, paczka listów przewiązana czerwoną wstążeczką oraz kilka
                            szkiców i map. Obecność map od razu wzbudziła wielkie emocje, które sklęsły
                            prawie natychmiast po spojrzeniu na nie. Były to zwykłe przedwojenne mapy
                            okolic majątku, owszem nawet dosyć dokładne, ale bez żadnych dodatkowych
                            elementów, tylko papier i farba drukarska. Żadnych tajemniczych krzyżyków,
                            żadnych notatek na marginesie. Na jednej z map zostały zaznaczone czarnym
                            atramentem granice posiadłości barona i dom, co zostało dość szybko
                            odszyfrowane. Szkice również nie wnosiły nic nowego do sprawy, przedstawiały
                            projekty pałacu, zabudowań gospodarczych i altany.
                            -No i co nam z tego przyjdzie? – zapytała Rita rozczarowanym głosem – nie ma
                            żadnej notatki, żadnej wskazówki czy w ogóle tu jest coś schowane. Do bani taka
                            zabawa…
                            -Trzeba to chyba dokładnie przejrzeć – westchnął baron – zajmie to najmarniej
                            tydzień.
                            -Urlop nam się skończy – mruknęła Lisa – a nie będziemy mądrzejsi niż przed
                            przyjazdem.
                            -Ciekawe ile wie ta tajemnicza zjawa – Frank przyglądał się bacznie mapom –
                            dziwne – mruknął po chwili, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi, bo zagłuszyła
                            go Greta.
                            -Dziewczyny – zawołała resztę – zobaczcie, jakie śmieszne sukienki. – W albumie
                            było zaledwie kilkanaście zdjęć. Kilka rodzinnych pozowanych, robionych u
                            fotografa, kilka zrobionych przed pałacem. Wszystkie przedstawiały jedną
                            rodzinę.
                            -To chyba twój pradziadek – Lisa wskazała na przystojnego mężczyznę w sile
                            wieku, stojącego obok pięknego konia – jesteś do niego bardzo podobny.
                            -Wiem, u nas podobieństwo przechodzi z ojca na syna. Ładny koń, ciekawe gdzie
                            było robione to zdjęcie?
                            -Chyba tutaj – Frank powiedział niepewnie – zobacz, ten kawałek wygląda jak bok
                            pałacu.
                            Baron był prawie na wszystkich zdjęciach. Na starszych towarzyszyła mu żona,
                            najpierw tylko z synem, potem z synem i córką. Na tych tuż przedwojennych widać
                            było barona z dorosłymi dziećmi. Na samym końcu zatknięte za okładkę były
                            jeszcze dwa zdjęcia: portret młodej, bardzo ładnej kobiety i zdjęcie ślubne
                            córki barona. Niestety to ostatnie było przecięte na pół. Ktoś bardzo dokładnie
                            odciął mężczyznę towarzyszącego baronównie.
                            -To chyba Estera – Lisa wskazała na portret – o jest jeszcze tutaj –
                            przewróciła kilka stron i pokazała zdjęcie, przedstawiającą niewątpliwie tę
                            samą kobietę w otoczeniu dwóch innych.
                            -Cholera, nie zobaczymy jak wyglądał Schmidt – baron z niechęcią wziął do ręki
                            zniszczone zdjęcie ślubne – ciekawe, kto to zrobił.
                            -Trzeba by poprosić twoją matkę - stwierdził jednocześnie Jörn – może ona
                            powiedziałaby nam więcej o tych osobach.
                            -Moja matka niespecjalnie interesuje się historią rodziny – melancholijnie
                            odpowiedział baron – ale jak odpocznie po podróży nie zaszkodzi spróbować.
                            Każda ze zgromadzonych osób obejrzała dokładnie zdjęcia, obadano album,
                            niestety podobnie jak w przypadku map i skiców, na zdjęciach nie było żadnej
                            dodatkowej informacji. Wizja przekopywania się przez pamiętnik babci, biblię i
                            listy stawała się coraz bliższa.
                            -Może się podzielimy pracą? – zaproponowała niepewnie Greta.
                            -Jasne – złośliwie podchwycił Frank – podzielimy papiery i dostarczymy je na
                            tacy naszemu tajemniczemu przeciwnikowi a raczej przeciwniczce.
                            -Ty ciągle o tym wspólniku – Lisa mruknęła z niechęcią – albo nam powiedz, kogo
                            podejrzewasz albo już więcej o tym nie mów.
                            -Proponuję kompromis – odezwał się Hans, co przyjęto ze zdumieniem, bo nikt nie
                            podejrzewał, że zna on takie trudne słowa – baron weźmie listy, Lisa z Gretą i
                            Ritą pamiętnik, a my zajmiemy się biblią.
                            Propozycję przyjęto prawie jednogłośnie. Kilka minut później towarzystwo
                            rozpierzchło się po pałacu i zabrało do pracy. Tuż przed kolacją wymienili
                            uwagi na temat tego, co znaleźli.
                            -W listach chyba nic nie ma – baron westchnął smętnie – najwięcej jest listów
                            samego pradziadka: do prababci, później do dzieci. Kilka jest też prababci i to
                            wszystko.
                            -Pamiętnik jest owszem bardzo ciekawy – Lisa uśmiechnęła się lekko – twoja
                            babcia musiała mieć niezły temperament, ale do sprawy raczej wnosi niewiele.
                            Znalazłyśmy tylko mapę, była wciśnięta pod okładkę.
                            -Pokaż – baron wyraźnie się ożywił.
                            -Ciekawa ale nie wiadomo, do czego ją przypiąć – Lisa podała mu złożoną kartkę.
                            Była to strona wydarta z przedwojennego atlasu. Przedstawiała Amerykę
                            Południową a raczej jej część – Wenezuelę. Stolica Wenezueli Caracas była
                            zaznaczona czarnym krzyżykiem.
                            -To wszystko? – baron z osłupiałą miną spojrzał na resztę – nie ma tam nic
                            więcej?
                            -Czyli co, skarb jest w Caracas? – Jörn patrzył na kartkę z mieszaniną odrazy i
                            zafascynowania
                            -Uważasz, że mój pradziadek zdążyłby jednego dnia pojechać do Wenezueli, ukryć
                            skarb i wrócić? – zapytał uprzejmie baron a potem dodał – I to wszystko,
                            przypominam, pod lecącymi bombami?
                            -To kiedy jedziemy do Wenezueli? – zapytał niewinnie Frank ze złośliwym
                            błyskiem w oku – a potem może w Himalaje albo na Antarktydę. Twój pradziadek
                            miał niezłe poczucie humoru.
                            -Jedno z dwojga – baron w końcu otrząsnął się z zaskoczenia – albo to ma
                            związek ze skarbem albo nie.
                            -Coś ty? – Jörn odwdzięczył mu się natychmiast – a jest jakaś trzecia
                            możliwość? Bo ja jakoś nie widzę…
                            -Nie kłóćcie się – Rita powiedziała prosząco i spojrzała na mapę – ale to
                            trochę bez sensu, nie. Mam na myśli zaznaczanie całego miasta na mapie, równie
                            dobrze można by to było gdzieś zapisać.
                            -Na przykład? – zainteresował się Hans.
                            -Oj nie wiem. W tym pamiętniku chociażby.
                            -A właśnie – Jörn zwrócił się bezpośrednio do Lisy – czy było tam coś o
                            Wenezueli albo w ogóle o Ameryce Południowej?
                            -Nic – Lisa pokręciła głową – ale kilku stron brakuje.
                            -Jak to brakuje? – baron zmarszczył brwi.
                            -Są wycięte. Pojedyncze kartki z niektórych miejsc. Ale to nie może mieć nic
                            wspólnego ze skarbem, bo dotyczą one okresu sprzed wojny. Cała wojna aż do
                            przybycia do Niemiec i powrotu twojego dziadka jest nietknięta.
                            -Dziwne.
                            -No właśnie – Lisa skrzywiła się lekko - to co teraz?
                            Pytanie zostało bez odpowiedzi, bo właśnie w tym samym momencie Luśka zaprosiła
                            towarzystwo do jadalni na kolację.
                            • 20.03.06, 12:46
                              Frank spojrzał w lustro i uśmiechnął się złośliwie. Za pół godziny okaże się,
                              czy jego podejrzenia były słuszne. Przynajmniej w jednej kwestii. Od kilku dni
                              domyślał się, kto podszywał się pod ducha, domyślał się również dlaczego. Nie
                              wiedział tylko, kim była jego wspólniczka. „Ale tego też się wkrótce dowiem”
                              mruknął przetrząsając szafę w poszukiwaniu polara. Ostatnio wieczory zrobiły
                              się dosyć chłodne, zwłaszcza nad wodą. Myśli Franka bezwiednie przeskoczyły na
                              te drugą sprawę – skarb. Tego wieczoru, kiedy przeglądał papiery znajdujące się
                              w skrzynce zauważył jedną dosyć interesującą rzecz. Gdyby jego hipoteza się
                              potwierdziła, wiedziałby gdzie szukać skarbu. Z politowaniem pomyślał o
                              pozostałych, głupcy mieli czarno na białym a żadne z nich tego nie spostrzegło.
                              Cóż, nie każdy jest tak mądry jak on. Żeby zdobyć pewność musiał się jeszcze
                              jednak sporo dowiedzieć. Niepokoiła go tylko sprawa Caracas, ale to pewnie też
                              da się jakoś wyjaśnić. W najgorszym przypadku mapa nie będzie miała
                              najmniejszego związku z miejscem ukrycia skarbu. Bo, że skarb istnieje, tego
                              był pewien. Wygładził rękawy kurtki, zapiął suwak i wyjrzał na korytarz. Było
                              pusto, cicho i ciemno. Od spotkania z tajemniczą zjawą wszyscy zamykali swoje
                              pokoje na klucz. Dla Franka był to kolejny dowód na głupotę jego przyjaciół, on
                              zdawał sobie sprawę z faktu, że zjawa już się nie pojawi. Nie musi – ponownie
                              złośliwy uśmiech wykrzywił jego twarz. Zszedł po cichu po schodach, wymknął się
                              bocznym przejściem i powędrował na miejsce spotkania, jakie przed kolacją
                              wyznaczył pewnej osobie.
                              ***
                              Luśka nie mogła spać. Takie noce jak ta zdarzały się jej nieczęsto. Zwykle
                              zasypiała jak kłoda w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Tym razem było
                              inaczej. Gryzł ją jakiś bliżej nieokreślony niepokój, jakby zapomniała o czymś
                              ważnym. Przebiegła w myślach cały dzień, ale nic nie przyszło jej do głowy. Ot,
                              dzień jak co dzień. W pałacu przybył jeden gość i jeden samochód w garażu.
                              Plotki ze Stachą również nie mogły być powodem bezsenności. Niczego ciekawego
                              się w końcu nie dowiedziała. Do Michalaków przyjechało wprawdzie jakieś nowe
                              towarzystwo, zajadali się jej pierogami aż im się uszy trzęsły i co z tego? Bo
                              to jakaś nowość – prychnęła – mało to letników przyjeżdża co roku. To nie to –
                              pokręciła głową i wstała z łóżka. Jacuś westchnął przez sen, potem przekręcił
                              się na bok i mruknął
                              -Jadziu, kochana… - Luśka zmarszczyła groźnie brwi – daj no jeszcze jedno piwo –
                              usłyszała po chwili i się rozpogodziła. Jadźka z pubu była niegroźna, zresztą
                              Luśka chciałaby zobaczyć taka kobietę, która wyciągnęłaby ręce po jej Jacusia.
                              Niedoczekanie!
                              Luśka poszła do kuchni, nalała sobie szklankę mleka prawie prosto od krowy i
                              dalej analizowała miniony dzień. Pod wieczór poszła do pałacu przygotowywać
                              kolację. Miały być wędzone, jeszcze ciepłe węgorze zamówione przed kilkoma
                              dniami u znajomego wędkarza. Znajomy się spóźniał, więc co chwila Luśka
                              wyglądała przez okno złorzecząc mu i ciskając na niego wszystkie plagi egipskie
                              i jeszcze trochę. Wtedy zobaczyła tego niskiego blondyna jak rozmawia z kimś,
                              ukrytym za drzwiami garażu. Nie byłoby w tym pewnie nic dziwnego, gdyby ten
                              kurdupel nie spojrzał podejrzliwie w stronę pałacu. W ogóle to wszystko było
                              jakieś tajemnicze. Kurdupel skończył rozmowę, kiwnął głową i wrócił do pałacu.
                              Luśka z zaciekawieniem patrzyła na garaż, ale zza drzwi nikt nie wyszedł.
                              Chwilę później pojawił się znajomy wędkarz i Luśka zajęła się kolacją,
                              całkowicie zapominając o tajemniczej postaci. Tak, to chyba było to. „Ciekawe,
                              co też ten mały knuje” – umyła starannie szklankę i odstawiła ją na suszarkę. W
                              tym momencie usłyszała ciche miauknięcie. Kocisko wróciło z nocnej eskapady i
                              życzyło sobie zostać wpuszczone do środka. Otwierając okno spojrzała w stronę
                              pałacu. Nie spodziewała się ujrzeć niczego interesującego, dlatego widok
                              ciemnej zwinnej sylwetki przemykającej się nad jezioro kompletnie ją zaskoczył.
                              Chwilę potrwało zanim zrozumiała, że nad jeziorem coś się będzie działo.
                              Zrzuciła kapcie, założyła miękkie tenisówki, na koszulę nocną zarzuciła
                              kamizelkę. Chwilę zastanawiała się czy nie obudzić męża, ale stwierdziła, że
                              tylko by jej przeszkadzał. Chwyciła w dłoń motykę, która z powodzeniem spełniła
                              przed kilkoma tygodniami rolę broni i ruszyła za tajemniczą postacią. Luśka
                              doskonale znała okolice, więc nad jeziorem w miejscu gdzie w wodę wchodził mały
                              pomościk, do którego przypięta była łódka Jacusia, znalazła się dosłownie kilka
                              sekund po tajemniczej postaci. Trafiła akurat na najciekawszy moment. Na brzegu
                              stały trzy osoby: dwie zwrócone do niej plecami, wysoki szczupły mężczyzna i
                              dużo niższa od niego kobieta oraz kurdupel. Ten ostatni zwrócony był do niej
                              twarzą, więc rozpoznała go od razu. Mówili coś, ale Luśka nic z tego nie
                              zrozumiała. W pewnym momencie usłyszała tylko słowo Schmidt ale nie wiedziała
                              kto je powiedział. Już miała się wycofywać, kiedy zauważyła, że z twarzy Franka
                              znika złośliwy uśmiech i pojawia się strach. Mężczyzna zrobił krok w jego
                              kierunku, Frank cofnął się… Po kilku krokach znalazł się na pomoście. Rozejrzał
                              się bezradnie, ale jedyną drogę ucieczki zasłaniali mu mężczyzna i podążająca
                              za nim w stronę jeziora kobieta. Mężczyzna podniósł rękę, w świetle księżyca
                              błysnął młotek, mężczyzna zrobił zamach… W tym momencie rozległo się
                              przeraźliwe wycie.
                              -Uuuuuu, Aaaaaaa, Iiiiiiiiiiiiiii – Luśka czuła, że musi jakoś zareagować a
                              wyskakiwanie w nocnej koszuli na widok publiczny, ostatecznie trzy osoby to już
                              tłum, nie wydawało jej się wskazane.
                              Mężczyzna drgnął, ale nie zdążył zahamować ruchu ręki, z tym że zmieniła ona
                              nieco kierunek i cios spadając na głowę Franka nie rozbił jej do końca.
                              Niemniej jednak Frank prawie natychmiast stracił przytomność i osunął się do
                              wody. Widząc to Luśka stwierdziwszy, że jedna osoba odpadła z ewentualnej
                              widowni, wyskoczyła z rumorem z zarośli, podniosła w górę motykę i z rozwianym
                              włosem niczym huzaria ruszyła do ataku. Mgliście zamajaczyło jej, że do efektów
                              wizualnych powinna dodać również fonię. Jej umysł dokonał szybkich skojarzeń i
                              sekundę później już krzyczała:
                              -Naaaaa wrogaaaaa! Ole! – skąd jej się wzięło to „Ole!” tego nie wiedział nikt,
                              ale dodatek ten spowodował, że znieruchomiałe na kamień postacie odzyskały
                              władzę w nogach i rozpierzchły się w dwóch przeciwnych kierunkach.
                              Luśka przez chwilę zastanawiała się za kim powinna pobiec, ale na szczęście w
                              porę przypomniało jej się, że w wodzie leży poszkodowany, którym należy zająć
                              się w pierwszej kolejności. Działanie Luśki oraz odruchowa reakcja Franka
                              spowodowały, że przeżył uderzenie, mógł jednak nie przeżyć dłuższego
                              przebywania pod wodą. Czym prędzej Luśka wyciągnęła go za kołnierz i spróbowała
                              docucić. Niestety, mimo iż oddychał, wyglądało na to, że niezbędna będzie pomoc
                              pogotowia.


                              • Luśka była w kropce. Zostawić mokrego, nieprzytomnego kurdupla na brzegu na
                                pastwę wroga przyczajonego zapewne gdzieś w krzakach, nie chciała. Z drugiej
                                jednak strony, jeżeli ma uszkodzony kręgosłup to przeniesienie go do pałacu
                                może być dla niego rozwiązaniem ostatecznym. Wahała się tak może z minutę. W
                                końcu stwierdziła, że jeżeli miała mu coś uszkodzić to uszkodziła już przy
                                wyciąganiu z wody, przeżegnała się i podniosła Franka do góry. Jego ciężar
                                zwiększony nasiąkniętą wodą odzieżą odrobinę ją zaskoczył, ale dzielnie
                                doniosła go do pałacu.
                                Godzinę później już było po wszystkim. Pogotowie przyjechało i zabrało Franka.
                                Odjeżdżając lekarz nie krył sceptycyzmu.
                                -Jest nieprzytomny. Uderzenie nie było bardzo mocne, ale ta kąpiel wcale mu nie
                                pomogła – powiedział bez ogródek – wydaje mi się, że z tego wyjdzie, ale
                                najpierw musi odzyskać przytomność. W każdym razie więcej dowiedzą się państwo
                                w szpitalu.
                                Po odjeździe karetki całe pałacowe towarzystwo, powiększone o Antka i Jacusia,
                                zebrało się w bawialni.
                                -Ja nie wiem, czy nie powinniście państwo zgłosić tego wszystkiego oficjalnie
                                na policję – zafrasował się Antek po wysłuchaniu opowieści mamuni – to znaczy
                                oczywiście jako policjant radzę zgłosić, ale ostatecznie nikt was do tego nie
                                zmusi.
                                -Wolałbym nie angażować w to policji – mruknął baron – ja wcale nie jestem
                                pewien czy ten napad ma coś wspólnego z pałacem. Frank lubi robić różne ciemne
                                interesy… o cholera – zreflektował się po chwili patrząc niepewnie na Antka.
                                -Nie słyszałem tego – uspokoił go Antek – jeżeli tylko nie robi ich w Polsce i
                                nie na moim obszarze to Bóg z nim. Mamo – zwrócił się do Luśki – nie wiesz, kim
                                były te tajemnicze postacie.
                                -Nie – Luśka pokręciła głową – stali tyłem, a potem jak wyskoczyłam odwrócili
                                się, ale to trwało moment i nie zdążyłam się przyjrzeć. Wysoki mężczyzna i
                                niska kobieta.
                                -Jak wysoki? – zainteresował się Jörn, któremu Lisa wszystko na bieżąco
                                tłumaczyła – jak ja, czy jak Manfred?
                                Luśka popatrzyła na nich z uwagą a potem kazała wszystkim czterem, łącznie z
                                jej własnym synem stanąć tyłem.
                                -To mógł być każdy z was – powiedziała po chwili – jesteście mniej więcej tego
                                samego wzrostu i podobnej budowy ciała.
                                -A kobieta? – Antek drążył temat.
                                Podobną operację powtórzono z zebranymi w pokoju kobietami. Niestety wynik był
                                taki sam. Luśka nie była w stanie żadnej z nich wyeliminować.
                                -No to moi drodzy, wszyscy jesteśmy podejrzani – skwitowała Lisa.
                                -Równie dobrze to mógł być ktoś z zewnątrz. Frank umówił się z nim wcześniej… -
                                powiedział Hans.
                                -Otóż nie – tryumfalnie wykrzyknęła Luśka, bo rozmowa toczyła się w dwóch
                                językach równocześnie – ja widziałam jak się z kimś dzisiaj umawiał.
                                Jedna z pięści zacisnęła się odruchowo a w oczach pojawił się błysk niepokoju.
                                Widziała czy nie widziała? Jeżeli tak, to dlaczego udaje, że nie poznała nad
                                jeziorem?
                                -Ale niestety nie widziałam tej osoby – dodała z żalem – stała za drzwiami
                                garażu.
                                Ustalono czas, kiedy rozmowa miała miejsce i Antek zaczął sprawdzać alibi. Po
                                kilku minutach okazało się, ze na ostatnie pół godziny przed kolacją alibi nie
                                ma nikt. Wszyscy odpoczywali w swoich pokojach zajmując się dokumentami ze
                                skrzynki. Nawet dziewczyny, które wcześniej spędziły razem całe popołudnie,
                                godzinę przed kolacją rozeszły się do swoich pokoi. Nikt nikogo nie widział.
                                Jedna osoba oczywiście kłamała, ale kto?
                                ***
                                -Dosyć mam tych dziwnych wydarzeń – baron ziewał przy śniadaniu, które podała
                                mu Luśka – wyspać się człowiek nie może pożądnie.
                                -E tam, ja jestem na nogach od szóstej i nie narzekam. Poza tym owsianka
                                stygnie.
                                -Brrr… Nie znoszę owsianki – baron marudził jak dziecko.
                                -Owsianka jest bardzo zdrowa – Luśka stwierdziła pouczająco i groźnie spojrzała
                                na barona. Ten, pamiętając czym się zwykle kończy, narażenie się Luśce,
                                posłusznie sięgnął po łyżkę.
                                -Ale jutro… - zaczął buntowniczo.
                                -Jutro będą płatki na mleku, sałatka owocowa i jajko na miękko – ucięła
                                dyskusję Luśka.
                                Baron przełknął ostatnią łyżkę owsianki, wypił kawę i wyszedł na podjazd. O
                                ósmej był umówiony z właścicielką firmy projektującej ogrody na wstępną
                                rozmowę. Dwie minuty przed wyznaczoną godziną pod wejście zajechał zielony pick-
                                up i wysiadła z niego najbardziej fascynująca kobieta, jaką baron widział w
                                życiu.
                                -Dzień Dobry – uśmiechnęła się do niego i wyciągnęła rękę – Zofia.
                                -Manfred – całe niedospanie wyparowało z barona w mgnieniu oka – miło mi panią
                                poznać.
                                -Obejrzymy ogród? – kobieta zaproponowała po przedłużającej się chwili
                                milczenia.
                                -Ogród? A… tak, oczywiście – baron uśmiechnął się i poprowadził swoją nową
                                znajomą w stronę parku.
                                Po godzinie wszystkie szczegóły były już ustalone. Właściwie to ustalała Zofia
                                a baron potulnie zgadzał się na wszystko, nie słysząc nawet większości z tego,
                                co mówiła. Zośka spotykała się z tym zjawiskiem nie po raz pierwszy, więc
                                spojrzawszy tylko pobłażliwie na towarzyszącego jej mężczyznę, zajęła się
                                sprawami zawodowymi. Wprawnym okiem oceniła ogród i park, stwierdziła sporo
                                zaniedbań, ale odkryła również kilkanaście bardzo rzadkich gatunków,
                                świadczących o tym, że w przeszłości zarówno pałac, jak i ogród oraz park
                                tworzyły jedną kompozycję.
                                -To kiedy mam zacząć? – zapytała patrząc baronowi głęboko w oczy.
                                -Najlepiej zaraz – usłyszała w odpowiedzi.
                                -Tak zaraz to nie mogę, ale od jutra jestem już wolna.
                                Umowa została przypieczętowana uściskiem dłoni i obydwoje ruszyli powoli z
                                powrotem w stronę pałacu. Na podjeździe pożegnali się, Zośka wsiadła do
                                samochodu i odjechała. Baron stał jeszcze dobrą chwilę i patrzył za
                                odjeżdżającą. W ułamku sekund przez myśl przebiegło mu mnóstwo rzeczy: Zosia,
                                jakież to piękne imię, od jutra będzie tu spędzać całe dnie, musi zainteresować
                                się ogrodem, musi ją poderwać, do diabła musi się z nią ożenić! Wszystkie te
                                myśli odmalowały się na jego twarzy w minie wyrażającej mieszankę głębokiej
                                determinacji i słodkiej błogości. Nie zdawał sobie sprawy z faktu, że jest
                                obserwowany przynajmniej z dwóch okien pałacu i obie kobiety, mimo iż dotąd nie
                                przepadały za sobą, mają teraz dokładnie takie same myśli: nie dopuszczę do
                                tego!
                                -Pani Lusiu – baron usiadł na kuchennym stole, ciągle z tym samym wyrazem
                                twarzy – czy pani zna tę Zosię?
                                -Oczywiście – Luśce wystarczyło jedno spojrzenie na barona, żeby wiedzieć, że
                                zapadł na nieuleczalną chorobę zwaną zauroczeniem – to córka mojej dalekiej
                                kuzynki. A dlaczego pan pyta?
                                -A, nie nie… - baron uśmiechnął się przepraszająco – tak tylko.
                                -Lepiej niech pan da sobie z nią spokój – Luśka poradziła baronowi ze szczerego
                                serca – ona nie jest dla pana.
                                -Ale przecież ja wcale… - baron wyraźnie się zmieszał – właściwie to ja
                                chciałbym zapytać o coś innego. Czy po moim pradziadku nic tu nie zostało?
                                -Co niby miało zostać? – zdziwiła się Luśka – ale, zaraz, zaraz… - przypomniała
                                sobie. – Kiedy pana pradziadek wyjechał moja babcia z dziadkiem przeszli się po
                                pałacu i schowali do skrzyni wszystkie drobiazgi jakie zostały. To nie było nic
                                cennego, jakieś pojedyncze filiżanki, miniatury, stare ubrania, trochę zdjęć…
                                -Gdzie to jest teraz? – baron zainteresował się zachłannie.
                                -U mnie na strychu – Luśka wzruszyła ramionami – a gdzie ma być.

                                • Baron spojrzał na Luśkę z niejakim niesmakiem.
                                  -I do tej pory nie powiedziała mi pani o tym?
                                  -Zapomniałam – ponownie wzruszyła ramionami – kto by tam o wszystkim pamiętał,
                                  najpierw ten fałszywy baron, potem zamieszanie z duchem, jeszcze później ten
                                  cały napad… - stwierdziła z urazą i wróciła do obierania fasolki szparagowej –
                                  jak to skończę to możemy pójść po kufer – dodała po chwili łaskawie.
                                  Pół godziny później baron z Jörnem wdrapali się za Luśką po trzeszczącej
                                  drabinie na strych. W najdalszym kącie, zasłonięty zdezelowanym parawanem stał
                                  kufer. Miał rozmiary niewielkiej szafy i wydawał się być przyrośnięty do
                                  podłogi. Mężczyźni spojrzeli na siebie i jęknęli.
                                  -Jak on tu wszedł? – baron zapytał ze zdumieniem – przecież…
                                  -Przez okno – Luśka popatrzyła na niego z politowaniem i wskazała dosyć spory
                                  otwór będący połączeniem drzwi do stodoły i okna, zamknięty teraz na potężną
                                  sztabę.
                                  -Aha… No to bierzemy – zwrócił się do przyjaciela.
                                  Obaj mężczyźni podeszli do kufra i spróbowali go wyciągnąć na środek
                                  pomieszczenia. Zaparli się, napięli, pociągnęli i… kufer nawet nie drgnął.
                                  Luśka założyła ręce na piersi i obserwowała ich z zadumą. Ponowili próbę. Tym
                                  razem udało się osiągnąć sukces, kufer delikatnie drgnął i odsunął się jakieś
                                  dwa milimetry od ściany.
                                  -Dziesięć lat re..gular..nej… siłow…ni – wysapał Jörn ocierając pot z czoła –
                                  i… nic.
                                  -Yhy… - odpowiedział baron.
                                  Luśka w dalszym ciągu przyglądała im się z nieodgadnionym wyrazem twarzy. W
                                  końcu po czwartej próbie, kiedy odległość między ścianą a kufrem wynosiła już
                                  jeden centymetr zlitowała się nad nimi. Podeszła bliżej i zapytała zgryźliwie:
                                  -A to kowadło to jest panom niezbędne? – na wieku kufra leżało spore zakurzone
                                  żelastwo.
                                  -O cholera – ni to westchnienie ni to jęk wyrwało się z piersi barona.
                                  Luśka pokiwała głową, chwyciła kowadło, położyła je z lekkim sapnięciem na
                                  podłodze i bez większego trudu przesunęła kufer pod okno. Po chwili
                                  przyciągnęła skądś grubą, długą linę, obwiązała nią fachowo kufer, otworzyła
                                  okiennice i stwierdziła:
                                  -Któryś z was musi iść na dół, a najlepiej obydwaj.
                                  -A nie, nie – zaprotestował szarmancko baron – teraz damy już sobie radę.
                                  -Wątpię – mruknęła sceptycznie Luśka, ale odsunęła się od kufra.
                                  Dopingowani lekceważącym spojrzeniem Luśki mężczyźni zacięli się w sobie i
                                  kilka minut później kufer elegancko wylądował na ziemi.
                                  -Jeszcze tylko musimy to bydle zanieść do pałacu – jęknął Jörn – a potem to już
                                  z górki.
                                  Nowe znalezisko wzbudziło wśród zgromadzonego w salonie, na przedobiednim
                                  leniuchowaniu, towarzystwa sporo emocji. Wśród zapadłej nagle ciszy baron
                                  delikatnie odczepił ozdobne klamry i zaczął podnosić wieko.
                                  -No jak się teraz okaże, że tam są stare pończochy – mruknął złowieszczo Jörn –
                                  to nie chciałabym być w twojej skórze.
                                  Zawartości kufra było jednakże daleko do bielizny. Wypełniony był po brzegi
                                  najróżniejszymi rzeczami, dokładnie tak jak mówiła Luśka, która stała właśnie z
                                  boku rozdarta między koniecznością robienia obiadu i ciekawością. To drugie
                                  uczucie szybko jednak zdeptało poczucie obowiązku i Luśka z błyskiem w oku
                                  obserwowała opróżnianie kufra. Czego tam nie było! Filiżanki zawinięte w stare
                                  przedwojenne jeszcze gazety, kilka żurnali, klosz od lampy naftowej, malowany w
                                  kwiaty, haftowane poduszki, obraz zwinięty w rulon, kilka książek, stare
                                  papiery i mnóstwo innych drobiazgów.
                                  -Hej, tu są zdjęcia – Greta pierwsza natrafiła na podniszczony album – i chyba
                                  nawet jest Schmidt.
                                  -Pokaż – kilka głów jednocześnie nachyliło się nad zdjęciami w kolorze sepii.
                                  -Rzeczywiście – mruknął baron spoglądając na butną minę mężczyzny w czarnym
                                  mundurze SS – nie wygląda sympatycznie.
                                  -No bo chyba nie był za bardzo sympatyczny – wytknęła mu Greta i przewróciła
                                  kartkę – o a tu jest jego żona.
                                  -Daj mi to moje dziecko – do tej pory baronowa von Dupersztangiel z pobłażaniem
                                  przyglądała się emocjom wybuchającym nad kufrem, ale zdjęcia wyraźnie ją
                                  zainteresowały. Przerzuciła kilka stron i wykrzyknęła:
                                  -Ależ to ona!
                                  -Co za ona? – nieufnie zapytał baron.
                                  -To ta dziewczyna, którą spotkałam na stacji, to znaczy oczywiście nie ona, ale
                                  z całą pewnością ktoś bardzo do niej podobny – baronowa z zapamiętaniem stukała
                                  perłowym paznokciem w zdjęcie.
                                  -Ale przecież to jest twoja… - Lisa policzyła szybko na palcach – twoja
                                  cioteczna babka.
                                  -Czyli żona Schmidta – dodała znacząco Greta.
                                  -A więc… - baron spłoszony popatrzył na resztę.
                                  -Ona musi być jego córką – Jörn nie owijał w bawełnę.
                                  -Raczej wnuczką – mruknęła baronowa – dobrze mi się wydawało, że ją już
                                  widziałam.
                                  -Przecież jej nie znałaś – syn popatrzył na nią podejrzliwie.
                                  -Widziałam ją na zdjęciach. Ciekawe ile ona wie o skarbie?
                                  Ta kwestia, aczkolwiek nurtująca wszystkich zgromadzonych w salonie, chwilowo
                                  nie mogła zostać rozwiązana, więc po krótkiej i dosyć burzliwej dyskusji
                                  towarzystwo wróciło do kufra. Drugie odkrycie było równie wstrząsające jak
                                  pierwsze. Na samym dnie kufra leżała, owinięta w kawałek płótna tabliczka o
                                  rozmiarach ok. 30 na 10 cm. Baron, który pierwszy chwycił znalezisko delikatnie
                                  rozwinął materiał i głośno wciągnął powietrze. Tabliczka była złota, ale to nie
                                  to go uderzyło. Dużo bardziej zaskakujące były wygrawerowane na niej słowa.
                                  Duże litery na środku układały się w słowo: CARACAS, pod nimi była data: 1930 a
                                  nad nimi dwa kolejne napisane mniejszymi literami: CARMEN i CYRANO.
                                  -Co to jest? – Rita pierwsza przerwała milczenie – czy ta tabliczka jest złota?
                                  -Nie widzisz? – mruknął Hans – pewnie, że jest złota.
                                  -Ale złota złota? – drążyła Rita – czy tylko koloru złota?.
                                  -To nie ma znaczenia – Lisa wyjęła tabliczkę z rąk barona i przyjrzała się jej
                                  dokładniej – ale co ona oznacza?
                                  -Wiesz? – Jörn spojrzał na barona i uśmiechnął się porozumiewawczo.
                                  -Pewnie, że wiem – baron w odpowiedzi pokiwał głową – ale nie sądziłem, że to
                                  jest takie proste.
                                  • 04.04.06, 13:35
                                    Lisa popatrzyła na obu panów z niesmakiem i zagroziła:
                                    -Jeżeli mi natychmiast nie powiecie…
                                    -Przecież to proste – uśmiechnął się baron i odwrócił się do Luśki – pani wie,
                                    co to jest? – zapytał po polsku.
                                    -Oczywiście – Luśka wzruszyła ramionami – to tabliczka z imieniem ulubionego
                                    konia pana barona. Wisiała w stajni.
                                    -Ale złota? – Rita była zdumiona – czy ten twój dziadek upadł na głowę?
                                    Przecież to zachęta dla złodzieja.
                                    -Odczep się od mojego pradziadka – mruknął w odpowiedzi baron i dalej indagował
                                    Luśkę – a gdzie była stajnia.
                                    -Tam gdzie teraz są garaże…
                                    Niepojętym sposobem to akurat wszyscy doskonale zrozumieli. Jak jeden mąż
                                    towarzystwo porzuciło oglądane właśnie przedmioty i podążyło ku garażom.
                                    Budynki, jak na garaż, były rzeczywiście dosyć nietypowe. Jeden dłuższy służący
                                    wcześniej za stajnię i drugi nieco krótszy, ustawiony do tego pierwszego pod
                                    kątem prostym będący prawdopodobnie stodołą lub spichlerzem. Poprzedni
                                    właściciel przerobił nieco obydwa budynki, łącząc je w jeden i wybijając
                                    dodatkowe drzwi. W ten sposób w powstałym pomieszczeniu nie tylko mógł się
                                    zmieścić pułk wojska, ale również z powodzeniem odtańczyć krakowiaka z
                                    przytupem. W tej chwili wewnątrz stało pięć samochodów: volkswagen Jörna,
                                    jaguar barona, opel Franka, toyota Rity i mercedes baronowej. Każdy z nich
                                    został elegancko przyozdobiony, raczej niezupełnie zgodnie z gustami
                                    właścicieli. Motywem przewodnim była wielka czerwono czarna swastyka.
                                    -No i co? – Greta odezwała się pierwsza po dłuższej chwili milczenia, kiedy
                                    wszyscy doskonale baranim wzrokiem wpatrywali się w stojące auta.
                                    -Cholera jasna – zaklął po cichu Jörn – chyba nas ktoś tu nie lubi.
                                    -Też mi odkrycie – Rita wzruszyła ramionami – przecież od początku próbują nas
                                    stąd przepędzić. Mam tylko nadzieję, że to da się zmyć. Wolałabym nie wracać
                                    tak do Niemiec – mruknęła podważając lekko paznokciem odstający kawałek farby.
                                    -Ich jest tylko dwójka – powiedziała nagle zaciętym tonem Luśka, która
                                    obejrzała sobie dokładnie wszystkie pomalowane samochody i poczuła wstyd przed
                                    Niemcami. Co też oni sobie pomyślą! Patriotyzm kopnął ją w duszę niewąsko,
                                    zapomniawszy szepnąć, że malunki te były prawdopodobnie dziełem tajemniczej
                                    blondynki i jej równie tajemniczego wspólnika – nas jest więcej – dodała po
                                    chwili.
                                    -I co pani proponuje? – zapytał baron podejrzanie łagodnie – szukać ich po
                                    okolicy z widłami?
                                    -Z widłami? – Luśka potraktowała pytanie poważnie – a nie. Widły są passe.
                                    Teraz na topie są kije bejsbolowe.
                                    -Aaa… kije. Rozumiem, że sztachety z płotu są również passe – baron nadal był
                                    nieskalanie uprzejmy, niepokojąco szybko drgał mu jedynie muskuł na skroni.
                                    -Gdzie pan teraz widział porządny płot – prychnęła Luśka wzgardliwie – przed
                                    wojną, to i owszem…
                                    -Do jasnej chropowatej w ciemię kopanej Anielki! – baron nie wytrzymał i
                                    wrzasnął na całe gardło – i… jak… pani… zdaniem… mamy… ich… znaleźć?! –
                                    podkreślał każde słowo uderzając trzymaną w ręku tabliczką o dach samochodu.
                                    -Zwariowałeś!!! – Rita pierwsza zauważyła, w który samochód celuje baron – moja
                                    nowiuteńka Avensis. Czyś ty rozum postradał?!
                                    -Przepraszam – baron nagle sklęsł ale nadal wpatrywał się pytająco w Luśkę.
                                    -A po co mamy ich szukać? – Luśka była niewzruszona – musimy się tylko na nich
                                    zaczaić. Sami tu przyjdą, a wtedy my ich…
                                    -Widłami – szepnął cichutko Jörn, uchylając się przed lecącą tabliczką.
                                    -No tak – baron popatrzył na nich wszystkich nieżyczliwie – a można wiedzieć, w
                                    którym miejscu mamy się zaczaić? Majątek jest dosyć spory…
                                    -Coś się wymyśli – mruknęła Luśka z zainteresowaniem przyglądając się Ricie,
                                    która wyciągała wszystkie wentyle z jaguara barona – ja na pana miejscu
                                    przeprosiłabym ją trochę energiczniej – kiwnęła brodą w stronę samochodu.
                                    Baron uspokoił Ritę szybko i skutecznie, odbierając jej wentyle i odciągając
                                    siłą od samochodu. Wszyscy się odrobinę uspokoili, kiedy okazało się, że farba
                                    ładnie schodzi nie pozostawiając trwałych śladów na karoserii. Ponownie
                                    powrócił temat Caracas.
                                    -Ja nie rozumiem – westchnęła Lisa – co nam przyjdzie z tego, że wiemy, że
                                    Caracas to był koń.
                                    -Myślę, że to ma znaczenie – Greta zamyśliła się – baron uciekając stąd mógł
                                    zabrać tylko najpotrzebniejsze rzeczy, podobnie cała jego rodzina. Nie braliby
                                    mapy Ameryki Południowej, jeżeli zaznaczone na niej miejsce nie byłoby ważne. A
                                    teraz dowiadujemy się, że ulubiony koń barona właśnie tak ma na imię…
                                    -A może to jest schowane tutaj? – Rita uspokoiła się już trochę i mogła wziąć
                                    udział w dyskusji.
                                    -Tu? To znaczy gdzie? – Hans nie wydawał się przekonany – znaleźliby to. Czy tu
                                    są piwnice? – zwrócił się do Luśki. Lisa przetłumaczyła pytanie i Luśka
                                    pokręciła przecząco głową.
                                    -Nie ma. W tej drugiej części jest coś w rodzaju strychu, ale tam od dłuższego
                                    czasu nic nie ma. Kilka lat temu był wymieniany cały dach, środek był malowany
                                    a zewnętrzne ściany zostały otynkowane. Nic tu nie było.
                                    -A nie wie pani przypadkiem gdzie stał Caracas? – zapytał chciwie baron.
                                    -Wiem, co mam nie wiedzieć. O tu – podeszła do czegoś w rodzaju kojca
                                    stworzonego przez dwa murki wysokości ok. 1,5 metra – podobno straszny był z
                                    niego łajdak, dlatego baron kazał mu zagrodzić część stajni. Tutaj były
                                    wmurowane ozdobne kraty – wskazała na niewielkie otwory w murkach – a z przodu
                                    były drzwi. Podobno na tych murkach wisiały perskie dywany a żłób miał z
                                    prawdziwej porcelany – dodała z westchnieniem.
                                    -Czemu mnie to nie dziwi – mruknęła Lisa, próbując wyobrazić sobie, podobnie
                                    jak pozostali wygląd tego luksusowego boksu w czasach jego największej
                                    świetności.
                                    -Gdzie wisiała tabliczka? – Greta zmierzała prosto do sedna sprawy.
                                    -Nad oknem – Luśka machnęła ręką w górę – ale tam nic nie ma – od razu rozwiała
                                    nagle rozkwitłe nadzieje – goła cegła.
                                    Wszyscy z wyjątkiem baronowej zaczęli oglądać murki, podłogę i ścianę, bez mała
                                    je obwąchując. Niestety, nic nikomu nie rzuciło się w oczy. Wyglądało na to, że
                                    ten trop był fałszywy.
                                    • Baron nie mógł zasnąć. Wrażenia z całego dnia nie pozwalały mu zapaść w objęcia
                                      Morfeusza. Piękna panna Zosia, kufer z tajemniczą zawartością, niespodziewane
                                      pojawienie się Caracas i wandalski atak na samochody mogłyby złamać
                                      najsilniejszą jednostkę. Oprócz tego było jednak jeszcze coś, co nie dawało
                                      baronowi spokoju. Przebiegł w myślach cały dzień próbując sprecyzować to
                                      niejasne poczucie przeoczenia czegoś istotnego. Niestety rozleniwiony umysł nie
                                      przyszedł mu z pomocą. Około pierwszej zirytowany baron wstał i poszedł do
                                      kuchni. Nalewał sobie właśnie szklankę zimnego i tłustego mleka prosto od
                                      krowy, które sobie tylko znanymi sposobami zdobywała Luśka, kiedy drzwi do
                                      kuchni uchyliły się z cichym skrzypnięciem.
                                      -A to ty! – westchnienie ulgi wyrwało się jednocześnie baronowi i Jörnowi.
                                      -Nie mogłem zasnąć – mruknął baron i potrząsnął butelką – chcesz trochę?
                                      -Szczerze mówiąc wolałbym piwo – odpowiedział jego przyjaciel – od zimnego
                                      mleka boli gardło – dodał po chwili pouczająco – swoją drogą, też nie mogłem
                                      zasnąć. Wydaje mi się, że gdzieś popełniliśmy błąd.
                                      -No właśnie – baron podał przyjacielowi puszkę Tyskiego – też mam takie
                                      wrażenie.
                                      -No bo zobacz… Czemu nie śpisz? – zwrócił się do Lisy, która ni stąd ni zowąd
                                      pojawiła się w drzwiach.
                                      -Nie mogłam zasnąć – odpowiedziała wzruszając ramionami – poza tym byłam
                                      głodna, chciałam zobaczyć czy nie zostały jeszcze te pyszne pierożki.
                                      -Nie jedz o tej porze, bo utyjesz – Jörn „dobra rada” tej nocy był w swojej
                                      najlepszej formie.
                                      -Daj spokój dziewczynie – baron nie pozwolił Lisie odpowiedzieć – chce niech
                                      je. Ale jak będziesz je podgrzewać – dodał przymilnie – to pomyśl też o mnie.
                                      Chętnie się załapię na kilka sztuk.
                                      -Nie ma sprawy. Też chcesz? – zapytała Jörna od niechcenia a kiedy kiwnął
                                      potakująco głową ruszyła w stronę lodówki.
                                      Każdego wieczora po przygotowaniu kolacji Luśka zostawiała kuchnię w
                                      nienagannym porządku. Talerze pozmywane i powycierane stały w szafce, kubki,
                                      szklanki i kieliszki ustawione na baczność w kredensie a wszystkie produkty
                                      schowane do lodówki lub spiżarni. Na koniec myła zawsze blaty, stół i podłogę i
                                      z czystym sumieniem ruszała do swojej oficyny przygotować kolację mężowi i
                                      synowi. Po kilku minutach rządów trójki arystokratycznych przyjaciół, jej
                                      królestwo nie przypominało już tego, co zostawiła kilka godzin wcześniej. Lisa
                                      przygotowała pierogi, zrobiła sobie herbatę, podała mężczyznom piwo i cała
                                      trójka zasiadła do nieco spóźnionej kolacji lub bardzo wczesnego śniadania.
                                      -No dobrze – ostatni pieróg zniknął w ustach Jörna – zastanówmy się nad
                                      skarbem. Doszliśmy do tego, że coś musieliśmy pominąć.
                                      -Ciekawe – zastanowiła się Lisa – pamiętacie, co mówiła ciocia – Jörn wzdrygnął
                                      się lekko na wspomnienie tej strasznej kobiety, która nie dość, że
                                      prześladowała go w dzień, to zdarzało się, że również mu się śniła – Schmidt
                                      był głupi a baron wręcz przeciwnie. Twój pradziadek potrafił przewidywać.
                                      -Owszem – baron z zainteresowaniem przyglądał się Lisie.
                                      -Musimy wczuć się w jego sytuację. Z Berlina przyjeżdża jego syn,
                                      prawdopodobnie mówi mu jaka jest prawdziwa sytuacja na froncie, dowiaduje się,
                                      że nadciąga Armia Czerwona i …
                                      -I co? – Jörn zapatrzył się w Lisę jak sroka w gnat.
                                      -No właśnie co dalej? Co wy byście zrobili w takiej sytuacji?
                                      -Zapominasz, że dowiedział się też, że leśniczy wydał Schmidtowi Esterę.
                                      Ciekawe od kogo? – zastanowił się baron.
                                      -Prawdopodobnie od syna. Estera była przyjaciółką jego żony, więc może starał
                                      się ją jakoś wyciągnąć z obozu. Nie wiesz czy twój dziadek kochał babcię?
                                      -Uwielbiał ziemię, po której stąpała – baron odpowiedział bez zastanowienia –
                                      masz rację, starałby się zrobić to dla niej. Wracajmy do pradziadka, dowiaduje
                                      się, że Estera nie żyje, że dziecko również umarło, obwinia za tę śmierć
                                      leśniczego i Schmidta. Wiemy, że powiesił leśniczego.
                                      -O nie – Lisa energicznie pokręciła głową – wcale tego nie wiemy. Możemy tylko
                                      przypuszczać, że tak było. A jeżeli to ktoś inny go zabił?
                                      -Ale kto? I co miałyby znaczyć słowa barona „śmierć za śmierć”? – Jörn
                                      popatrzył na nią sceptycznie.
                                      -Robi nam się bałagan – Lisa zmarszczyła z niezadowoleniem brwi – musimy
                                      postępować metodycznie. Po wyjeździe syna baron znika na cały dzień a wraz z
                                      nim najcenniejsze rzeczy z pałacu. To oznacza, że miał wcześniej przygotowaną
                                      kryjówkę.
                                      -Dlaczego? – baron nie wydawał się przekonany.
                                      -Bo gdyby chował to na łapu capu to już dawno ktoś by to wszystko znalazł, a
                                      gdyby musiał przygotowywać solidną kryjówkę to wraz ze znalezieniem rzeczy
                                      Schmidta, przeniesieniem ich i schowaniem własnych zajęłoby mu to więcej czasu
                                      niż jeden dzień.
                                      -Czyli to miejsce jest gdzieś tutaj.
                                      -No jasne. Tutaj szuka wnuczka Schmidta, o ile to jest jego wnuczka. Ciekawe
                                      czy wie, gdzie jej dziadek ukrył zrabowane rzeczy.
                                      -To na pewno nie było nic wyrafinowanego – Jörn odzyskał już władze umysłowe –
                                      pamiętajcie, że Schmidt był głupi. Pewnie zakopał to gdzieś razem z leśniczym.
                                      -To nieistotne – Lisa z uporem wracała do głównego wątku – co mógł myśleć twój
                                      pradziadek – wycelowała palec w pierś barona – zastanów się! Co tu się mogło
                                      dziać po jego wyjeździe, no!
                                      -Mógł przypuszczać, że pałac rozszabrują, tak że nie zostanie kamień na
                                      kamieniu. Park… - zastanowił się przez chwilę – opał był przygotowany, więc
                                      parku raczej mogli nie ruszać, stajnie też się przydadzą, no i wyspa…
                                      -Wynika z tego, że pałac odpada. Logiczne, też bym tu nic nie schowała.
                                      Stajnie… - Lisa z zamyśleniem popatrzyła w jakiś odległy punkt – tam musi coś
                                      być. Czegoś nie zauważyliśmy. Twój pradziadek bez powodu nie zwróciłby naszej
                                      uwagi na słowo Caracas. Jeżeli założymy, że Caracas to koń to pozostaje tylko
                                      stajnia.
                                      -Niekoniecznie – sprzeciwił się Jörn – może być jeszcze paddock, jakieś
                                      pastwisko…
                                      -Nie – baron pokręcił głową – łąkę można zaorać, obsadzić czymkolwiek, paddock
                                      też… Jeżeli jest jakaś wskazówka to musi być w stajni.
                                      -Pójdziemy tam jutro i dokładnie wszystko przeszukamy – Lisa ziewnęła
                                      przeciągle – teraz idę spać.
                                      Ciemna szczupła postać oderwała się od drzwi i skradając się na palcach uciekła
                                      do tylnego wyjścia z pałacu. Na twarzy miała złośliwy uśmiech, kilkugodzinna
                                      przewaga wystarczy, żeby znaleźć w stajni to, co przeoczyła ta banda
                                      niedołęgów. Banda tymczasem opuściła kuchnię nie zawracając sobie głowy choćby
                                      pobieżnym sprzątnięciem kuchni. Choć jeszcze o tym nie wiedziała, dobry humor
                                      Luśki był zagrożony.
                                      • 12.04.06, 12:26
                                        Następnego dnia trójka nocnych spiskowców zerwała się bladym rankiem, około
                                        dziewiątej i chyłkiem udała się do stajni. Otworzywszy wrota rzucili się do
                                        domniemanego boksu Caracas i tu zastopowało ich radykalnie. Po dobrych
                                        kilkunastu sekundach, pierwszy odezwał się baron:
                                        -Co do diabła?
                                        -Chyba nas ktoś uprzedził – melancholijnie stwierdził Jörn.
                                        To, co było kiedyś boksem przedstawiało sobą obecnie obraz nędzy i rozpaczy.
                                        Dwa murki rozwalone były całkowicie, dokoła walały się cegły i kawały tynku.
                                        Ściana, na której kiedyś prawdopodobnie znajdował się żłób została wręcz
                                        rozpruta, podobnie było z podłogą. Miejsce, to zwłaszcza w porównaniu z
                                        względnie czystą i porządną resztą stajni, budziło uczucie lekkiego niepokoju.
                                        -Na litość boską czy ta baba jest normalna? – Lisa podeszła do pobojowiska –
                                        przecież to wygląda tak, jakby tu przeszło małe tornado.
                                        -Normalna czy nie, nie zdążyłaby tego zrobić sama. Frank niestety miał rację,
                                        ma wspólnika. Pytanie, czy coś tu znaleźli – baron rozglądał się dookoła z
                                        zainteresowaniem pomieszanym ze zgrozą.
                                        -Raczej się tego nie dowiemy – zgryźliwie stwierdził Jörn – nie sądzę, żeby nam
                                        powiedzieli.
                                        -Będę dzisiaj u Franka w szpitalu – mruknęła Lisa przekładając z miejsca na
                                        miejsce kawałki murków – jeżeli odzyskał przytomność, to spróbuję się czegoś
                                        dowiedzieć.
                                        -Pojadę z tobą – Jörn zareagował błyskawicznie.
                                        -Ok. – Lisa zgodziła się pobłażliwie, po czym odwróciła się do barona i
                                        zapytała – zauważyłeś, że na podłodze była mozaika?
                                        -Nie – baron przyklęknął obok.
                                        -Zobacz – Lisa pokazała mu niewielkie kawałki białych i czarnych płytek, które
                                        rozprysły się w promieniu kilku metrów – ciekawe, co przedstawiała.
                                        -Nic – Jörn wzruszył ramionami – zwróciłem na nią uwagę już wczoraj. To była
                                        zwykła szachownica ułożona w karo a na górze z białych płytek ułożona była data.
                                        -Jaka data? – zachłannie zainteresował się baron.
                                        -MCMXXI, 1921. Taka sama wyryta jest nad wejściem. Nie mówcie, że nie
                                        zauważyliście.
                                        -No jakoś nie – Lisa popatrzyła na Jörna niezbyt życzliwie.
                                        -Racja – baron nagle uśmiechnął się – to było właśnie to. Wczoraj wieczorem –
                                        dodał wyjaśniająco – wydawało mi się, że coś przeoczyłem. Ale – zastanowił się –
                                        co nam to daje?
                                        -Chyba musimy zapytać cioci – Lisa z westchnieniem podniosła się z podłogi –
                                        nie sądzę, żebyśmy znaleźli tu coś więcej.
                                        W tym czasie Luśka piła drugą herbatę, dochodząc do siebie po szoku, jakiego
                                        doznała na widok kuchni. Na szczęście nie nawinęła jej się pod rękę żadna
                                        żywina i skutki złego humoru poznały tylko rondle i kubki, energicznie
                                        szorowane i odkładane z impetem na swoje miejsce. Kiedy kuchnia odzyskała już
                                        swój dawny wygląd Luśka odetchnęła z ulgą i zajęła się przygotowywaniem
                                        śniadania. Na ten moment trafili baron, Jörn i Lisa.
                                        -Ciociu, kiedy powstał ten pałac? – Lisa zapytała pierwsza.
                                        -Dzień Dobry – z godnością odpowiedziała Luśka.
                                        -Dzień Dobry – na widok niezbyt zadowolonej miny Luśki trzy głosy odpowiedziały
                                        jednocześnie a sześcioro nóg prawie się ustawiło do dygnięcia.
                                        -Pałac? Macie na myśli ten nowy? – Luśka spojrzała na towarzystwo łaskawszym
                                        okiem – w 1921, zaraz po wojnie z bolszewikami, a dlaczego pytacie?
                                        -Tak nam się właśnie wydawało – baron zasiadł do stołu i sięgnął po dzbanek z
                                        herbatą. Na ten widok Luśka prychnęła jak rozzłoszczona kocica.
                                        -Niech pan to odstawi! Zrobię panu świeżej – dodała po chwili spokojniej i
                                        zdecydowanym ruchem odebrała imbryk baronowi – a tak w ogóle to śniadanie już
                                        czeka.
                                        -Szniadanie? Może… Rührei – nieśmiało zaproponował Jörn.
                                        -Ruraj? Jak pan śmie! Co pan sobie wyobraża?! – Luśka zbliżyła się do Jörna
                                        wymachując tłuczkiem do mięsa, który akurat napatoczył się jej pod rękę. W
                                        ostatniej chwili Lisa zdążyła jej wytłumaczyć, że chodziło o jajecznicę – Nie
                                        ma jajecznicy – warknęła w odpowiedzi Luśka – owsianka jest – po czym na stole
                                        pojawiły się trzy miseczki z niezbyt apetycznie wyglądającą breją i kilka
                                        ciemnych bułek z ziarnami.
                                        Mając świeżo w pamięci nocne spożywanie podsmażonych pierogów, żadna z osób
                                        siedzących przy stole nie zapałała szczególnym uczuciem do kleistej paciai.
                                        Niemniej jednak mina Luśki nie zachęcała do jakichkolwiek protestów.
                                        Przełykając po odrobinie, smaczną nawet owsiankę, baron z Lisą kontynuowali
                                        śledztwo. Jörn na wszelki wypadek wolał się nie odzywać. Usiadł w miejscu
                                        najbardziej oddalonym od Luśki, zastanawiając się smętnie, czy Lisa upodobni
                                        się do swojej ciotki z biegiem lat i jeżeli tak to w jakim stopniu.
                                        -To znaczy, że stajnie również były zbudowane w tym samym czasie? - to pytanie
                                        nurtowało całą trójkę.
                                        -O nie – Luśka energicznie pokręciła głową – spłonął tylko stary dom a i to
                                        niecałkowicie. W każdym razie baron stwierdził, że nie opłaca się go odnawiać i
                                        postanowił zbudować nowy. Ale stajnie i inne budynki gospodarcze pozostały tam,
                                        gdzie wcześniej.
                                        -Jakie inne budynki? – zainteresowała się Lisa.
                                        -Teraz już ich nie ma. Część została zniszczona podczas wojny a resztę rozebrał
                                        poprzedni właściciel. Zostawił tylko stajnie, zamieniając je na garaże.
                                        -To co było robione w stajniach w 1921 roku? – baron odsunął od siebie talerz z
                                        resztką owsianki ale na widok groźnego spojrzenia Luśki przysunął ją z powrotem.
                                        -Nic – Luśka wzruszyła ramionami – odnowiono je dopiero tuż przed wojną, albo
                                        nawet w trakcie.
                                        -To dlaczego nad głównym wejściem jest wyryta data 1921?
                                        -A co wyście się tak uparli na ten rok? – zdenerwowała się Luśka – w 1921 roku
                                        zakończona została budowa nowego pałacu, rodzina przeprowadziła się a stary
                                        rozebrano do końca. I tyle. Stajni nikt nie ruszał aż do wojny.
                                        Zagadka pozostała nierozwiązana. Żadne z trojga przyjaciół nie odważyło się już
                                        zapytać Luśki o nic więcej. Wkurzanie kucharza przed przystąpieniem do
                                        przygotowywania obiadu nie jest zazwyczaj najmądrzejszą strategią. Wycofali się
                                        więc po cichu z kuchni zabierając kubki z herbatą i wyszli na taras.
                                        -No to moi drodzy leżymy martwym bykiem – baron wyraził opinię całej trójki.
                                        -Są dwie możliwości – Lisa w zamyśleniu pocierała pocierała brodę – albo ta
                                        zołza coś znalazła w tym rozwalonym murku albo nie.
                                        -Bardzo odkrywcze – mruknął ironicznie Jörn – masz więcej takich przemyśleń?
                                        -Czekaj – Lisa obrzuciła go urażonym spojrzeniem – daj mi dokończyć. Jeżeli coś
                                        znaleźli to rzeczywiście leżymy martwym bykiem a nawet krową, świnią i
                                        pozostałym inwentarzem. W takim wypadku nie pozostaje nam nic innego tylko
                                        zaczajenie się na nich i odebranie im tego czegoś siłą. Albo docucenie Franka… -
                                        Lisa urwała na chwilę – on wie, kto z nas współpracuje z wrogiem.
                                        -Bzdura – Jörn poruszył się nerwowo na krześle – nikt z nas przecież nie
                                        mógłby… Zresztą, kogo podejrzewasz? Manfreda? Mnie? Hansa?
                                        -Jeszcze zostają Greta, Rita i ja – Lisa popatrzyła na niego badawczo – nas nie
                                        bierzesz pod uwagę? A może to któraś z nas jest wnuczką Schmidta?
                                        -Daj spokój, moja matka ją widziała – baron machnął ręką, ale Lisa się nie
                                        poddawała.
                                        -Nie macie pojęcia, co potrafią zdziałać makijaż i peruka – pobłażliwie
                                        spojrzała na obu mężczyzn – ale wracając do tematu. Jeżeli nie znaleźli tu nic,
                                        to może znaczenie ma ta data 1921 albo litery MCMXXI? To może być coś takiego
                                        jak Caracas? Wskazówka, której nie możemy pominąć…
                                        -To by oznaczało, że musimy spojrzeć na ten zapis inaczej – baron patrzył na
                                        Lisę pojmując powoli, co ta ostatnia ma na myśli.
                                        -To znaczy? – zainteresował się Jörn.
                                        -Pierwsze skojarzenie Caracas to jest miasto. Tak czy nie?
                                        -No, owszem…
                                        -Ale okazało się – Lisa uśmiechnęła się do barona
                                        • -Ale okazało się – Lisa uśmiechnęła się do barona – że Caracas to jest również
                                          imię konia, o czym żadne z nas wcześniej nie pomyślało. A zatem…
                                          -1921 może być czymś innym niż zapisem roku. Musimy się tylko dowiedzieć czym –
                                          dokończył Jörn – ale nie pomyśleliście o jednej rzeczy?
                                          -Mianowicie? – Lisa się tak łatwo nie poddawała.
                                          -Po pierwsze Caracas może nie mieć związku ze skarbem a po drugie może znaczyć
                                          jeszcze zupełnie coś innego – Jörn uśmiechnął się z satysfakcją na widok
                                          zaskoczonych min pozostałych.
                                          W tym momencie na tarasie pojawiła się Greta z Hansem i cała dyskusja musiała
                                          zostać zawieszona na czas nieokreślony.
                                          ***
                                          Z lekką ulgą Luśka dopiła swoją herbatę a następnie starannie umyła zarówno
                                          filiżankę jak i imbryk. Teraz się udało, ale na przyszłość będzie musiała
                                          bardziej uważać. Mało brakowało a baron spróbowałby jej naparu, którego smak z
                                          pewnością by go zaintrygował. Luśka zdecydowanie nie mogła do tego dopuścić.
                                          ***
                                          Kwestia rozbebeszonego boksu Caracas pojawiła się szybciej niż ktokolwiek
                                          mógłby się tego spodziewać.
                                          -Nie zostajemy tu ani minuty dłużej! – Rita energicznie pociągała barona za
                                          rękaw – nic mnie nie obchodzą żadne skarby. Najpierw duch, potem napad na
                                          Franka a teraz to… - machnęła ręką w stronę stajni, sprawiając wrażenie
                                          naprawdę roztrzęsionej. Gdyby ktoś jednak zechciał jej się przyjrzeć
                                          dokładniej, zauważyłby zimny błysk w błękitnych oczach, wskazujący raczej na
                                          działanie z premedytacją niż zdenerwowanie.
                                          -Spokojnie – baron delikatnie acz stanowczo zdjął dłoń Rity ze swojego
                                          nieskazitelnie białego pulowera – nie masz się czym denerwować.
                                          -Wyjedziemy prawda? – Rita zmieniła taktykę, posyłając baronowi proszący
                                          uśmiech.
                                          -W żadnym wypadku. Jeżeli się boisz, to oczywiście możesz sama wrócić do
                                          Niemiec – pogłaskał ją pocieszająco po ramieniu – oczywiście będzie nam ciebie
                                          brakowało, ale skoro musisz… - zawiesił głos z napięciem czekając na reakcję.
                                          -Chyba jednak zostanę – Rita może i nie była mistrzynią intelektu ale swój
                                          rozum miała.
                                          Spokojnie upływało nieco leniwe letnie przedpołudnie. Każdy z towarzystwa miał
                                          do załatwienia swoje sprawy: Luśka zajęła się przygotowywaniem obiadu, baronowa
                                          opalała się w ogrodzie, Lisa z Jörnem pojechali do Franka do szpitala, Greta
                                          zniknęła gdzieś z Antkiem, który akurat miał wolny dzień, Hans z Ritą wybrali
                                          się do miasta a baron wymknął się do parku. Piękna panna Zosia rozpoczęła
                                          właśnie wraz z całą ekipą pierwsze prace. Na widok właściciela wyraźnie się
                                          ucieszyła.
                                          -Dzień Dobry – uśmiechnęła się – dzisiaj rano dokładniej przyjrzałam się całej
                                          okolicy i mam dla pana kilka propozycji.
                                          -Witam – baron spojrzał na nią tak, że gdyby zaproponowała mu kubek cykuty
                                          przyjąłby go bez wahania.
                                          -Chodźmy, pokażę panu, co odkryłam – pociągnęła go za rękę w głąb parku.
                                          Dziwne, ale ręka Zosi na rękawie swetra nie wzbudziła w baronie nawet połowy
                                          takiej irytacji jak wcześniejsze nagabywania Rity. Ba! Nawet ciemne smugi
                                          pozostawione przez ogrodniczkę stanowiły widok raczej rozczulający niż
                                          denerwujący.
                                          -O tutaj – Zosia odgarnęła ręką niesforny kosmyk z czoła – niech pan zobaczy.
                                          Miedzy ogrodem i parkiem rozciągała się pusta przestrzeń. To znaczy ona zapewne
                                          była pusta kilkadziesiąt lat temu, teraz zarastały ją najróżniejsze samosiejki,
                                          splątana trawa, którą ktoś bez powodzenia starał się przycinać i najróżniejsze
                                          rośliny. Niewprawnemu oku ciężko było zauważyć, które z nich są zasadzone
                                          celowo, a które znalazły się tutaj zupełnym przypadkiem. Obszar ten nie był
                                          duży, nie był też idealnie płaski. Baron spojrzał w kierunku, który wskazywała
                                          mu Zosia, ale nie dostrzegł nic godnego uwagi.
                                          -Nie widzi pan? – dziewczyna wyglądała na rozczarowaną więc baron wysilił
                                          wszystkie zmysły aby dostrzec to, co ona najwyraźniej chciała mu pokazać.
                                          -To chyba wszystko jest dzikie – powiedział w końcu niepewnie – a na środku
                                          jest jakaś górka.
                                          -No właśnie. Kiedyś był tu prawdopodobnie trawnik – Zosia z entuzjazmem
                                          podążyła w stronę widocznego wybrzuszenia – a ta górka to nic innego tylko
                                          pozostałości po jakiejś budowli.
                                          -Stary pałac – baron rzucił pierwsze, co mu przyszło do głowy.
                                          -Ależ skąd – Zosia spojrzała na niego ze zdumieniem – raczej coś w rodzaju
                                          altany – małą łopatką rozkopała z jednej strony górkę – pod spodem są cegły.
                                          -Nie rozumiem – baron zmarszczył brwi – altana powinna być chyba drewniana.
                                          -No i pewnie była, ale fundamenty miała z cegły. Widać z tego, że była całkiem
                                          spora. Co by pan chciał z tym zrobić?
                                          -Co pani proponuje?
                                          -Można to zostawić tak jak jest, usunąć tylko chwasty, zostawić te rośliny,
                                          które będą pasowały do całości a tę górkę wkomponować w otoczenie. Może też
                                          jakieś oczko wodne, albo skalniak. Ewentualnie można to wszystko usunąć,
                                          uprzątnąć i postawić na tym miejscu coś nowego… To już jak pan chce.
                                          -Nie wiem – baron wzruszył ramionami – właściwie – szepnął konfidencjonalnie –
                                          nie za bardzo mam wizję dla tego miejsca.
                                          -Ja bym miała – westchnęła Zosia – ale to panu i pańskiej żonie ma tu być
                                          wygodnie.
                                          -Mojej żonie?! – zdziwienie w głosie barona było przeogromne.
                                          -Niezbyt precyzyjnie się wyraziłam, przepraszam – Zosia uśmiechnęła się blado –
                                          ale ta pani powiedziała, że jesteście państwo zaręczeni i wkrótce odbędzie się
                                          ślub. Pani baronowa zresztą stwierdziła to samo, więc pomyślałam sobie…
                                          -Nie jestem z nikim zaręczony – baron oświadczył z mocą, o którą sam siebie nie
                                          podejrzewał – ta pani trochę… minęła się z prawdą – dodał w ostatniej chwili
                                          zastępując wyrażenie „łgała jak bura suka”, które znacznie dokładniej
                                          odzwierciedlałoby uczucia, jakie żywił do Rity w tym momencie.
                                          -Ach, no tak… w końcu to nie moja sprawa – Zosia nie patrzyła na barona.
                                          Nie mogła ukryć nawet sama przed sobą, że spodobał jej się przystojny młody
                                          Niemiec, któremu najwyraźniej ona również nie była obojętna. Nie wiedziała
                                          tylko, czy bardziej podoba jej się baron czy to jak on na nią patrzy. Cóż,
                                          problem stary jak świat…
                                          ***
                                          Obiad minął w przyjemnej atmosferze nie licząc morderczych spojrzeń rzucanych
                                          przez barona w kierunku Rity, która zdawała się niczego nie zauważać. Wpływ na
                                          atmosferę przy stole miał niewątpliwie boski gulasz z kopytkami, podawany przez
                                          Luśkę z buraczkami i marynowanymi grzybkami oraz szarlotka dopiero co wyjęta z
                                          piekarnika, otoczona puszystą bitą śmietaną i lodami waniliowymi. Nie bez
                                          znaczenia były również informacje przywiezione przez Lisę i Jörna.
                                          -Frank odzyskał przytomność – prawie wszyscy ze zgromadzonych przy stole
                                          przyjęli tę wiadomość z ulgą – niestety nie pamięta niczego, co dotyczyłoby
                                          wypadku i okresu bezpośrednio przed nim. Jest jeszcze bardzo słaby, ale lekarze
                                          mówią, że wyjdzie z tego.
                                          -Ja bym im specjalnie nie wierzył. To konowały – mruknął Jörn, będący wyraźnie
                                          nie w humorze.
                                          -Co go ugryzło? – Greta szeptem zapytała Lisę.
                                          -Bo ja wiem – ta ostatnia wzruszyła ramionami – chyba się zdenerwował, bo
                                          trochę poflirtowałam z lekarzem.
                                          -Przystojny był? – Rita włączyła się do rozmowy.
                                          -Mniam, mniam… Lepszy niż Georgie w „Ostrym dyżurze” – ostatnie słowa dotarły
                                          do Jörna, który skrzywił się jakby przegryzł cytrynę.
                                          -Co zrobisz z tą altaną? A raczej jej pozostałościami – spróbował zmienić temat
                                          na przyjemniejszy.
                                          -Nie wiem – baron, do którego było skierowane to pytanie, wzruszył ramionami –
                                          chyba każę tam posprzątać. Głupie miejsce na altanę. Nie mam zielonego pojęcia,
                                          dlaczego ją tam w ogóle postawiono. Pokażę ci później…
                                          „To może być coś ciekawego, trzeba się będzie zainteresować bliżej tym tematem
                                          • -Dlaczego sam pan zabrał się za rozkopywanie tej górki?! – panna Zosia
                                            wyglądała na zdenerwowaną.
                                            -Ale… - zaskoczonemu baronowi frankfurterki, które w przypływie łaskawości
                                            Luśka zaserwowała razem z jajecznicą na śniadanie, stanęły w gardle – o czym
                                            pani mówi?
                                            Reszta towarzystwa przyglądała się w milczeniu rozgrywającej się w jadalni
                                            scenie.
                                            -Jak to o czym? Ktoś rozkopał wczoraj sporą część pozostałości po altanie,
                                            niszcząc przy okazji sporo cennych roślin. Jak pan chciał to usunąć, to trzeba
                                            mi było powiedzieć...
                                            -Idziemy – Jörn pierwszy otrząsnął się z oszołomienia – ta cholera znowu nam
                                            weszła w paradę.
                                            Kilka minut później całe towarzystwo doskonale zrozumiało wzburzenie
                                            ogrodniczki. Jeszcze wczoraj zapomniany i nawet z lekka zapuszczony kawałek
                                            ogrodu, dzisiaj wyglądał tak, jakby przeszło przez niego niewielkie acz silne
                                            tornado. Górka sprawiała wrażenie nadgryzionej przez olbrzyma, któremu
                                            ewidentnie niezbyt smakowało to, co ugryzł. Kawałki cegieł walały się w
                                            promieniu kilku metrów. Ze zniszczeń wynikało, że były rzucane z dużą energią.
                                            -Rany boskie! – wyszeptała w końcu Lisa – ta dziewczyna jest gorsza niż
                                            wiertarka udarowa.
                                            -Ona jest gorsza od wszystkiego – Rita skrzywiła się przeraźliwie, myśląc
                                            jednakże o Zosi a nie o tajemniczej parze.
                                            -Dosyć tego! – baron powiedział te słowa cicho ale takim tonem, że nagle
                                            wszyscy popatrzyli na niego z szacunkiem.
                                            -Co masz na myśli? – niepewnie zapytał Jörn.
                                            -Zabawa się skończyła – zabrzmiało to złowieszczo – nie będzie mi tu jakieś
                                            babsko pojawiać się nocami i rządzić jak u siebie. Jörn, Hans – zwrócił się do
                                            kumpli – mieliście jakieś plany na dzisiaj?
                                            Obydwaj zapytani pokręcili przecząco głową, zresztą nawet gdyby mieli cokolwiek
                                            zaplanowane, to i tak by się do tego nie przyznali.
                                            -Pani Zosiu, czy mogłaby mi pani tu przysłać swoich ludzi?
                                            -Owszem, ale na dzisiaj…
                                            -To jest ważniejsze – baron uciął dyskusję w zarodku – bierzemy się do pracy.
                                            Rozwalamy to do końca, robimy porządek i zobaczymy co ona teraz zrobi.
                                            -A jeżeli już coś tu znalazła? – miauknęła cicho Greta, ale widząc spojrzenie
                                            barona szybko się wycofała z zadanego pytania zastępując je innym – co my mamy
                                            robić?
                                            -Możecie nam pomóc – baron wzruszył ramionami.
                                            -Wykluczone – Rita spojrzała z niepokojem na swoje wymanikiurowane paznokcie –
                                            ja się za kamienicznika nie zgadzałam.
                                            -Chciałaś znaleźć skarb? – wytknął jej Jörn – no to właśnie masz szansę…
                                            Kilka godzin później osiem osób zgodnie otarło pot z czoła i sięgnęło po puszki
                                            z chłodnym piwem, które przyniosła im Luśka. Po górce nie pozostał nawet ślad.
                                            Wszystkie cegły, kamienie i śmieci zostały dokładnie obejrzane i odniesione na
                                            specjalnie w tym celu przygotowane miejsce. Pod nimi znajdowała się coś w
                                            rodzaju platformy ze zbutwiałych i przegniłych desek. Ilość robactwa na
                                            resztkach zabytkowej kiedyś mozaiki zdecydowanie zniechęciła wszystkich do
                                            dalszej pracy. Gdzie niegdzie pod spodem widać było szarawe przebłyski betonu.
                                            -Co teraz? – Lisa sięgnęła po drugą puszkę.
                                            -Nie wiem – wcześniejsza energia wyraźnie wyparowała z barona,
                                            nieprzyzwyczajonego do fizycznej pracy – trzeba by to uprzątnąć do końca –
                                            dodał niepewnie.
                                            -Na mnie nie licz – Greta ze wstrętem odsunęła się od kłębowiska robali.
                                            -My to zrobimy – Zosia spojrzała na barona pobłażliwie – dla nas robaki to nie
                                            problem. Możemy się wziąć za to po obiedzie.
                                            ***
                                            Zmęczenie, upał i jak zwykle znakomity posiłek podany przez Luśkę spowodowały,
                                            że pannie Zosi nikt, poza jej dwoma pracownikami, nie towarzyszył przy
                                            uprzątaniu pozostałości po ruince. Dlatego też nikt nie zauważył drobiazgu,
                                            który znalazła wśród śmieci. Przez dobrą chwilę wpatrywała się w niewielki, ale
                                            kunsztownie wykonany złoty pierścionek z brylantowym oczkiem i kilkoma
                                            mniejszymi rubinami dokoła. Wyglądało na to, że przeleżał w rumowisku dobre
                                            kilkanaście lat. Był zabrudzony a obrączka w jednym miejscu została lekko
                                            zgnieciona. Zosia mniej więcej orientowała się w sytuacji panującej w pałacu.
                                            Zdawała sobie sprawę z tego, że na terenie posiadłości spotkały się dwie grupy
                                            reprezentujące przeciwne interesy. Jedną miała niejako pod nosem, ale druga
                                            mogła okazać się bardziej… skłonna do współpracy. Zosia nie była złym
                                            człowiekiem. Od dziecka jednakże musiała zmagać się z przeciwnościami losu.
                                            Tylko dzięki swojej determinacji i zaciętości zdołała skończyć szkołę i
                                            otworzyć własną firmę, nawiasem mówiąc mocno zadłużoną. Skarb rozpalał jej
                                            wyobraźnię, dawał szansę na spłacenie długów i spokojne życie. Z drugiej strony
                                            był jednak ten Niemiec. Manfred. Przypomniała sobie roześmiane usta i oczy
                                            wpatrujące się w nią z uwielbieniem. Wybór nie był prosty.
                                            ***
                                            Baron siedział przy łóżku Franka i zastanawiał się jak skłonić go do mówienia.
                                            -Oni mogą spróbować jeszcze raz – przekonywał go.
                                            -Ile razy mam ci mówić, że nic nie pamiętam – Frank odpowiedział ze znużeniem –
                                            przypominam sobie tylko przyjazd do ciebie a potem nic… czarna plama.
                                            -Mam nadzieję, że mówisz prawdę – baron westchnął ciężko – bo inaczej może być
                                            z tobą krucho.
                                            -Dlaczego tak sądzisz? – nagle spojrzenie Franka zrobiło się czujne.
                                            -Chcieli cię zabić i gdyby nie moja gospodyni…
                                            -Naprawdę nic nie wiem – po dłuższej chwili Frank zakończył rozmowę i zamknął
                                            oczy – jestem zmęczony.
                                            ***
                                            -Jasna cholera – młoda kobieta miotała się przy ciemnozielonym samochodzie
                                            stojącym nieopodal płotu otaczającego park – co ich podkusiło, żeby tam grzebać.
                                            -Myślisz, że mnie się to podoba? – mężczyzna spojrzał na nią z niechęcią – cała
                                            wczorajsza robota na nic.
                                            -Nic go stąd nie wykurzy, prawda? – popatrzyła na swojego towarzysza z
                                            wściekłością – dopóki nie znajdzie tego cholernego skarbu będzie tu siedział
                                            jak przymurowany. A my razem z nim.
                                            -Na mnie nie licz – szybko zastrzegł się mężczyzna – za kilka dni kończy mi się
                                            urlop. Nie każdy może sobie pozwolić na niepracowanie… - dodał po chwili
                                            patrząc na nią złośliwie.
                                            -To sobie przedłużysz – kobieta odpaliła następnego papierosa – musimy znaleźć
                                            to miejsce przed nim. Wiesz przecież, co możemy stracić.
                                            -Wiem – mężczyzna mruknął, wyjął jej z ręki papierosa i zaciągnął się – ale
                                            chyba jest jedna możliwość, żeby go przekonać do wyjazdu… - popatrzyli na
                                            siebie z porozumiewawczym okrutnym uśmiechem.
                                            ***
                                            Luśka ze spokojem przygotowywała kolację, kiedy do kuchni wparowała Lisa.
                                            -To chyba działa – oświadczyła od progu i usiadła za stołem. Luśka natychmiast
                                            wręczyła jej nóż, deskę i miskę z warzywami.
                                            -Pokrój je drobno. Będzie sałatka – powiedziała najpierw a dopiero po chwili
                                            zainteresowała się perypetiami sercowymi Lisy – to świetnie.
                                            -Chyba rzeczywiście jest trochę zazdrosny – Lisa z uśmiechem sięgnęła po imbryk
                                            z herbatą i nalała sobie pełny kubek ciemnobrązowego płynu – im bardziej go
                                            lekceważę tym bardziej jemu zależy. Tylko zastanawiam się… - urwała na chwilę.
                                            -Tak? – Luśka wróciła ze spiżarni – czy jeszcze tobie na nim zależy? – dodała
                                            domyślnie.
                                            -No właśnie. Ten lekarz ze szpitala Franka jest naprawdę bardzo przystojny –
                                            uśmiechnęła się i podniosła kubek do ust. Sekundę później prychnęła jak kotka
                                            krzywiąc się z odrazą – na litość boską co to jest?
                                            -Co? – Luśka odwróciła się z niepokojem. Jeden rzut oka na imbryk i Lisę
                                            powiedział jej wszystko – napiłaś się mojej herbaty! – stwierdziła oskarżająco.
                                            -No tak… Ale dlaczego to jest takie niedobre?
                                            -Powiem ci – Luśka z westchnieniem usiadła obok Lisy – to jest Pu-Erh. Niestety
                                            muszę się trochę odchudzić – kolejne głębokie westc
                                            • -Powiem ci – Luśka z westchnieniem usiadła obok Lisy – to jest Pu-Erh. Niestety
                                              muszę się trochę odchudzić – kolejne głębokie westchnienie poruszyło firankami
                                              okna na przeciwległej ścianie – a to podobno pomaga.
                                              -A alkohol? – Lisa popatrzyła na ciotkę podejrzliwie.
                                              -Dodaję odrobinę rumu, żeby zabić ten ohydny smak – odpowiedziała Luśka z
                                              godnością i oddaliła się do swoich zajęć – wolałabym, żebyś nikomu o tym nie
                                              mówiła – dodała jeszcze na koniec zanim zniknęła za drzwiami prowadzącymi do
                                              jadalni.
                                              Lisa ze zdumieniem kiwnęła tylko głową zastanawiając się przelotnie ile to jest
                                              odrobina według Luśki, w końcu wzruszyła ramionami stwierdzając, że ostatecznie
                                              to nie jest jej sprawa i wróciła do krojenia warzyw.
                                              • Plan był bardzo prosty, a co więcej doskonały. Uczucie, jakim baron darzył
                                                piękną pannę Zosię nie pozostało niezauważone. Wystarczyło tylko zatrzymać ją w
                                                jakimś miłym miejscu przez czas jakiś, wysłać odpowiednio sformułowaną
                                                wiadomość do barona i problem powinien się sam rozwiązać. Siła miłości jest
                                                niezmierzona. Przynajmniej na to liczyły dwie tajemnicze postacie szeptem
                                                planujące całą operację. Nie wydawała się być trudna. Postacie jednak nie
                                                wzięły pod uwagę jednego z praw Murphy’ego: „jeżeli coś może się nie udać, to z
                                                pewnością tak będzie”. Niestety już od początku pobytu w tej pięknej okolicy
                                                dwojgu spiskowcom nie dopisywało szczęście i nie zanosiło się na to, że coś się
                                                zmieni w tej materii w najbliższym czasie.
                                                ***
                                                -Nic z tego nie rozumiem – Luśka z namysłem obracała w palcach zabrudzoną
                                                kartkę przyniesioną przez jedno z dzieci sklepowej Stachy.
                                                -O co chodzi? – Lisa nie zainteresowała się przesadnie.
                                                -Nic – ucięła krótko jej ciotka, schowała kartkę do kieszeni fartucha i
                                                powiedziała – wyłącz piekarnik za dziesięć minut, dobrze? Ja zaraz wrócę –
                                                zanim Lisa zdołała cokolwiek odpowiedzieć już jej nie było.
                                                Nie było jej także godzinę później. Całe towarzystwo zebrało się jak zwykle w
                                                jadalni na kolację a Luśki ani śladu. Nie było jej ani u niej w domu, ani w
                                                parku ani w ogrodzie. O dziesiątej lekko już zaniepokojona i zdenerwowana Lisa
                                                zadzwoniła do Antka. Pojawił się piętnaście minut później.
                                                -To niepodobne do mamy – stwierdził witając się jednocześnie z obecnymi –
                                                opowiedz mi jak to się stało.
                                                Lisa już otwierała usta, żeby opowiedzieć o wizycie małego oberwańca, kiedy
                                                zadzwoniła komórka barona. Słuchał przez dłuższą chwilę z coraz bardziej
                                                zauważalnym napięciem.
                                                -Nie… - zaczął mówić, ale osoba, z którą rozmawiał rozłączyła się.
                                                -Co się stało? – Jörn popatrzył na przyjaciela z niepokojem.
                                                -Porwali Luśkę – powiedział baron z niebotycznym zdumieniem – właśnie
                                                zadzwoniła do mnie „kuzynka” i oświadczyła mi, że mają moją gospodynię. Jak
                                                chcę ją zobaczyć żywą to mam się wynieść najpóźniej w ciągu dwóch dni.
                                                -Nie rozumiem – zirytowała się Lisa – jak się wyniesiesz to jak ją zobaczysz?
                                                No i dlaczego masz się wynieść?
                                                -Tylko ty? Czy wszyscy obecni? – zainteresował się jednocześnie Hans.
                                                -O żesz ty… - Antek zaczął się śmiać.
                                                -Chyba chcą mieć wolną rękę do szukania skarbu – baron odpowiedział nieuważnie,
                                                po czym zwrócił się do Antka – słuchaj, ja cię strasznie przepraszam.
                                                Wyniesiemy się oczywiście, mam nadzieję, że twojej mamie…
                                                -Moja matka – Antek otarł łzy z oczu – tak ich urządzi, że własne rodziny ich
                                                nie rozpoznają. Podejrzewam, że musieli w jakiś sposób ją otumanić, ale jak
                                                odzyska przytomność, to wolałbym nie być w pobliżu.
                                                -Jak to – Greta patrzyła na Antka z niepokojem – więc nie martwisz się o matkę?
                                                -Martwię się, oczywiście – Antek zapewnił ją natychmiast – ale kompletnie nie
                                                rozumiem dlaczego porwali właśnie ją. Opowiedz mi wszystko – zwrócił się do
                                                Lisy.
                                                Lisa w końcu miała okazję opowiedzieć mu o wizycie dziecka, tajemniczej kartce
                                                i pośpiesznym wyjściu Luśki. Antek nie zwlekając długo zadzwonił do Stachy.
                                                Przeprowadził krótką rozmowę z jednym z jej dzieci i po kilku minutach wiedział
                                                już prawie wszystko.
                                                -Jakaś nieznajoma pani dała Jaśkowi kartkę dla tej pani, co pracuje w pałacu.
                                                Miał ją dostarczyć do rąk własnych, za co dostał jedno euro. Pani była dosyć
                                                ładna, miała długie ciemne włosy i okulary przeciwsłoneczne. W zagajniku stał
                                                schowany samochód. Jasiek twierdzi, że był ciemnozielony. Rejestracji nie
                                                widział. Przyniósł kartkę….
                                                -No i – Lisa zachrypiała lekko, bo przez całą opowieść Antka wstrzymywała
                                                oddech – co było dalej.
                                                -Oddając kartkę mojej matce Jasiek niechcący zajrzał do niej. Liścik był krótki
                                                i został podpisany „Manfred” – Antek popatrzył na poły pytająco na poły
                                                oskarżająco na barona. Ten ostatni wzruszył ramionami.
                                                -W życiu nie wysyłałem żadnego liściku do Luśki. Oszalałeś? Jak bym miał się z
                                                kimś spotykać pokątnie to już prędzej…
                                                -Z Zosią – dokończył Jörn i roześmiał się – porywacze rzeczywiście mają pecha.
                                                Początkowo chyba chodziło im o twoją ogrodniczkę a nie gospodynię. Ale mały się
                                                pomylił i dostarczył liścik nie tej kobiecie, co trzeba.
                                                -No ale co teraz zrobimy? – Rita weszła do jadalni przed kilkoma minutami.
                                                Greta pośpiesznie streściła jej całą historię.
                                                -Nie wiem – baron popatrzył pytająco na Antka, ale ten tylko z powątpiewaniem
                                                pokręcił głową i powiedział.
                                                -Na razie proponuję pójść spać. Jutro pomyślimy.
                                                Rada nie była może zbyt oryginalna ale jakby nie było padała z ust władzy. Z
                                                niejakim ociąganiem towarzystwo podążyło do sypialni. Panowało powszechne
                                                przekonanie, że w zaistniałej sytuacji o śnie nie ma mowy. Jednak zmęczenie z
                                                całego dnia zrobiło swoje. Już po pół godzinie w pałacu zapanowała niczym nie
                                                zmącona cisza.
                                                ***
                                                Kilka kilometrów dalej w jednej z sypialni wynajętego na czas wakacji domu,
                                                nieco oddalonym od wsi, Luśka dochodziła do siebie. Najpierw poczuła ból głowy
                                                a potem nadgarstków i kostek spętanych dosyć dokładnie sznurem do wieszania
                                                bielizny. Leżała na łóżku, które skrzypiało przy każdym energiczniejszym ruchu.
                                                W pokoju panowały egipskie ciemności nie mogła więc nawet zorientować się, co
                                                do jego wielkości i wyposażenia. Zaczęła przypominać sobie wydarzenia, które
                                                doprowadziły ją, do tej pożałowania godnej sytuacji. Jasiek, kartka z wezwaniem
                                                od barona, droga do bramy… a potem ciemność. Pamiętała tylko cichy szelest i
                                                jakiś szybki ruch za swoimi plecami. Biorąc pod uwagę pulsujący ból,
                                                promieniujący od tyłu czaszki na całą głowę, prawdopodobnie właśnie ta część
                                                ciała została uszkodzona. Osoby porywaczy, miejsce odosobnienia a przede
                                                wszystkim jego cel, pozostały dla Luśki niejasne. Po krótkim wysiłku umysłowym
                                                zdecydowała, że to nie jest czas na filozofowanie, spróbowała ułożyć się na
                                                tyle wygodnie na ile to było możliwe i zapadła w sen.
                                                • -Ja nie rozumiem – Lisa smarowała czerstwy chleb dżemem wygrzebanym z głębin
                                                  spiżarni. Następnego dnia po porwaniu Luśki śniadanie z wiadomych powodów było
                                                  więcej niż skromne.
                                                  -Czego nie rozumiesz? – zainteresował się błyskawicznie Jörn.
                                                  -Twoja mama – Lisa zwróciła się do barona – stwierdziła, że tajemnicza kobieta
                                                  była blondynką, a Jasiek powiedział, że miała długie ciemne włosy. Ciekawi mnie
                                                  czy to była ta sama osoba, czy pojawił się ktoś nowy.
                                                  -Raczej ta sama – baron odpowiedział po chwili namysłu – kolor włosów zawsze
                                                  można zmienić. Kolor samochodu trudniej.
                                                  -Przecież to jest kompletnie bez sensu – wtrąciła się Greta z niezadowoleniem –
                                                  wyjedziemy i co? Co im to da? – sprecyzowała.
                                                  -Będą mogli spokojnie szukać skarbu – Hans wzruszył ramionami – o ile on tu w
                                                  ogóle jest.
                                                  -A propos szukania, co do cholery może oznaczać to 1921?
                                                  -Jakie 1921? – zainteresowała się Rita spoglądając na Jörna z zaciekawieniem.
                                                  Chcąc nie chcąc baron, Lisa i Jörn musieli opowiedzieć o odkryciu dokonanym
                                                  przed kilkoma dniami w stajni. Reszta towarzystwa patrzyła na nich z mieszaniną
                                                  niechęci, urazy i zaciekawienia.
                                                  -Dlaczego nam nie powiedzieliście? – zapytała Greta.
                                                  -Bo podejrzewali, że współpracujemy z wrogiem, czyż nie? – Hans zapalił
                                                  papierosa uśmiechając się pobłażliwie.
                                                  -To nie tak – Lisa próbowała jakoś wytłumaczyć całą sprawę, ale Rita jej
                                                  przerwała.
                                                  -Naprawdę podejrzewasz mnie, że jestem wnuczką tego… tego zbrodniarza? –
                                                  naskoczyła na barona a w jej oczach zapłonęły złe błyski.
                                                  -Nie, no… Powiedz coś – baron odwrócił się do Jörna, ale było już za późno. W
                                                  tym samym momencie cała złość i frustracja Rity znalazła doskonałe ujście. Nie
                                                  przymierzając się wiele przyłożyła swojemu niedoszłemu mężowi pięścią w twarz i
                                                  wybiegła z pokoju.
                                                  -Oooo… - wyrwało się Hansowi.
                                                  -Ja nie wytrzymam z tymi babami! – baron chwycił się za policzek i poszedł do
                                                  kuchni po lód.
                                                  -No to mamy kłopoty w raju – Greta stwierdziła filozoficznie.
                                                  -To już od dawna nie jest raj – mruknął Jörn – a teraz jeszcze pojawiła się
                                                  panna Zosia i Manfred dostał małpiego rozumu. Rita chyba nie ma już szans na
                                                  zostanie baronową von Dupersztangiel.
                                                  -Nigdy nie miała – komentarze Hansa były dzisiaj zadziwiająco trafne.
                                                  ***
                                                  Wybuch Rity, niepokój o Luśkę a może marna jakość śniadania przygotowanego
                                                  wspólnym wysiłkiem i takiegoż obiadu wpłynęły negatywnie na humor całego
                                                  towarzystwa. Wszyscy rozpierzchli się po okolicy w sobie tylko znanych
                                                  sprawach. Baron spędził kilka godzin w ogrodzie obserwując postępy prac i
                                                  ustalając szczegóły z Zosią. Rita zamknęła się w pokoju, twierdząc, że ma
                                                  migrenę, baronowa po gwałtownej kłótni z synem na temat nieodpowiedniego wyboru
                                                  matki jej przyszłych wnuków z hukiem i trzaskaniem drzwiami wsiadła do
                                                  samochodu i ruszyła do Niemiec, Hans pojechał w odwiedziny do Franka, w
                                                  ostatniej chwili dołączyła do niego Greta, Jörn gdzieś zniknął a Lisa próbowała
                                                  bez zbytniego powodzenia zastąpić ciotkę w kuchni. Przy kolacji, która była
                                                  równie mało zjadliwa jak obiad i śniadanie do pałacu przyszedł Antek.
                                                  Towarzyszył mu ojciec.
                                                  -Nic nie wiadomo – westchnął ten pierwszy – próbowałem dyskretnie się czegoś
                                                  dowiedzieć, ale jak kamień w wodę…
                                                  -Był człowiek, nie ma człowieka – melancholijnie zawtórował mu ojciec.
                                                  -Chyba ktoś powinien widzieć obcy samochód? – zirytował się baron – ostatecznie
                                                  nie jest to znowu jakaś metropolia – dodał z przekąsem.
                                                  -Wiesz ile tu jeździ latem samochodów z niemiecką rejestracją? – Antek
                                                  popatrzył na niego z politowaniem – a większość z nich jest z Berlina lub
                                                  okolic. I co? Wszystkich mamy sprawdzać?
                                                  -No, może wszystkich nie, ale te ciemnozielone? W końcu traficie na Schmidta…
                                                  -Ona wcale może się już tak nie nazywać – Lisa wzruszyła ramionami – mogła
                                                  wyjść za mąż, może być córką córki Schmidta, która wyszła za mąż. Może w ogóle
                                                  nie pochodzi z tej rodziny a podobieństwo się tylko baronowej przywidziało…
                                                  Może…
                                                  -Bardzo ładnie ci wychodzi tworzenie hipotez, kim ona nie jest. Spróbuj w drugą
                                                  stronę – Jörn zaproponował zgryźliwie.
                                                  -Niepotrzebnie się czepiasz – Lisa odpowiedziała spokojnie.
                                                  -Nie idziesz na spotkanie? – Jörn podniósł lekko głos.
                                                  -W zaistniałej sytuacji nie – awantury wisiały dzisiaj w powietrzu i nawet Lisa
                                                  zaczęła tracić cierpliwość.
                                                  -Jakie spotkanie? – Greta zapytała ją na boku.
                                                  -Umówiłam się na dzisiaj z tym przystojnym chirurgiem ze szpitala Franka, ale…
                                                  sama rozumiesz – Lisa ponownie wzruszyła ramionami a głośno dodała – chyba
                                                  rzeczywiście nie pozostanie nam nic innego niż wyjazd.
                                                  To niewinne stwierdzenie rozpętało prawdziwą burzę i dyskusję pod
                                                  tytułem: „Wyjazd czyli ucieczka: tchórzostwo czy rozsądek”. Zdania jak zwykle
                                                  były podzielone. Spór rozstrzygnął Antek.
                                                  -Jeżeli do jutrzejszego popołudnia nic się nie wyjaśni to proponuję wyjechać.
                                                  -Ale… - od razu podniósł się protest.
                                                  -Nie wiadomo kim są porywacze i do czego są zdolni – Antek uciął dyskusję –
                                                  wolałbym nie oglądać mojej matki w częściach.
                                                  Argument zadziałał błyskawicznie. Obraz rozkawałkowanej Luśki, przesyłanej w
                                                  pojedynczych paczkach wpłynął na wyobraźnię. Nikt z obecnych nie wiedział, że
                                                  kilka godzin wcześniej Antek przeprowadził bardzo długą rozmowę z baronem,
                                                  której wynikiem była, wygłoszona właśnie, propozycja powrotu do Niemiec. Baron
                                                  miał dość pozostawania o krok w tyle za kimś, kto za życiowy cel przyjął sobie
                                                  uprzykrzanie mu życia. Postanowił przejść do ofensywy i zastawić w końcu
                                                  pułapkę zarówno na swoją prawdziwą czy też fałszywą kuzynkę jak i szpiega,
                                                  który bez wątpienia przebywał w pałacu. Gdyby tylko Frank zdecydował się mówić,
                                                  zadanie byłoby o niebo łatwiejsze. Niestety baron nie mógł liczyć ani na niego
                                                  ani na nikogo ze znajomych. Jedyną osobą, której postanowił zaufać był Antek.
                                                  Wychodził bowiem z założenia, że kogo jak kogo, ale własnego syna Luśka
                                                  rozpoznałaby zawsze. Przy jeziorze zatem był ktoś inny. Akcja została
                                                  zaplanowana na następną noc, ale jak to często z planami bywa odbyła się w
                                                  zupełnie innym terminie z zupełnie innymi uczestnikami.
                                                  • Sen był niezwykle sugestywny. Pałac wyglądał niby tak jak zwykle,
                                                    nieprzenikniona ciemność z niewielkim tylko strumieniem księżycowego światła
                                                    sprawiała, że okna wyglądały jak puste oczodoły wielookiego potwora. Dookoła
                                                    panowała złowieszcza cisza. Parne powietrze stało w miejscu. Żaden, nawet
                                                    najlżejszy podmuch wiatru, nie poruszał liśćmi. Umilkły ptaki, żaby i
                                                    świerszcze. Baron stał na podjeździe, skapany srebrnym światłem księżyca, nie
                                                    mogąc poruszyć się w żadną stronę. Nagle drzwi wejściowe do pałacu uchyliły się
                                                    wolno i bezgłośnie. Baron zaczął wpatrywać się w nie z natężeniem, przekonany,
                                                    że jeżeli tylko zobaczy osobę, która przez nie wyjdzie rozwiąże całą zagadkę.
                                                    Po kilku chwilach drzwi otworzyły się na całą szerokość, lecz nikogo nie było
                                                    widać. Z wielkim trudem baron zrobił krok w kierunku wejścia do pałacu i wtedy
                                                    go zobaczył. Kościotrup ubrany w czarny SS-manowski mundur z czerwoną swastyką
                                                    na rękawie posuwał się w jego stronę grzechocząc kośćmi. W otaczającej ciszy
                                                    dźwięk ten brzmiał jak wezwanie na Sąd Ostateczny. Kiedy postać była już jakieś
                                                    półtora metra od barona wyciągnęła coś, co było kiedyś dłonią, kiwnęła
                                                    pozostałościami palca, odwróciła się i ruszyła w stronę parku. Baron jak
                                                    urzeczony podążył za nią. Postać pojawiała się i niknęła na parkowych ścieżkach
                                                    wyraźnie klucząc bez celu. W pewnym momencie doprowadziła barona do olbrzymiego
                                                    drzewa. Wskazała na nie palcem i zniknęła. Na jednej z gałęzi wisiał gruby
                                                    sznur, zakończony pętlą podtrzymującą głowę wisielca. Dziwne, ale baron w ogóle
                                                    nie czuł strachu, kiedy nieruchome ciało poruszyło się i wężowym ruchem zaczęła
                                                    zsuwać się na dół. Spojrzawszy na barona szyderczo wykrzywiła opuchnięte wargi
                                                    i zaniosła się przeraźliwym śmiechem. Na ten widok baron zaczął uciekać. Nie
                                                    mógł znaleźć drogi do pałacu. W pewnym momencie wydawało mu się, że gdzieś
                                                    blisko błysnęło światełko. Zawrócił w tamtym kierunku czując ciągle zbliżającą
                                                    się pogoń. Światełko pochodziło z okna wielkiego domu. Baron przyśpieszył lecz
                                                    kiedy dobiegał do drzwi nagle cała budowla zniknęła a na jej miejscu pojawiły
                                                    się chwasty i wielkie czarne dziury. Baron nie będąc przygotowany na taki obrót
                                                    spraw zahaczył o coś nogą i wpadł do głębokiej jamy. Sturlawszy się na sam dół,
                                                    uderzył w coś twardego, poczuł, że to już koniec i się obudził.
                                                    Leżał na podłodze zlany potem. Bolało go stłuczone kolano i bar a przed oczami
                                                    ciągle miał wykrzywioną i opuchniętą twarz wisielca. Wzdrygnął się lekko, kiedy
                                                    przypomniał sobie jego śmiech i wstał. Do trzeciej, najbardziej przeklętej
                                                    godziny nocy, brakowało jeszcze kilku minut. Niedługo zacznie świtać, nadejdzie
                                                    nowy dzień, który powinien przynieść rozstrzygnięcie. Pułapka zastawiona na
                                                    złoczyńców powinna się udać. Baron przeciągnął się i sięgnął po butelkę z wodą
                                                    mineralną, która zawsze stała obok jego łóżka. Machinalnie odkręcił nakrętkę i
                                                    zaczął pić. W głowie kołatało mu się słowo „pułapka”… Kojarzyło mu się ze snem
                                                    i jeszcze z czymś, co z pewnością ostatnio widział. Nagle spłynęło na niego
                                                    olśnienie. Wiedział! Widział wyraźnie jak na dłoni drogę prowadzącą do skarbu.
                                                    Wyjrzał przez okno. Było jeszcze ciemno. Rozsądek podpowiadał mu, żeby poczekać
                                                    do rana i sprawdzić to miejsce, które mu właśnie przyszło do głowy w pełnym
                                                    blasku słońca z towarzystwem u boku, ale ciekawość była silniejsza. Zarzucił na
                                                    siebie spodnie i sweter, wsunął nogi w ciche sportowe buty i na palcach wyszedł
                                                    z pokoju. W pałacu poruszał się ostrożnie i cicho. Dopiero kiedy udało mu się
                                                    niepostrzeżenie wymknąć na dwór puścił się biegiem. Po kilku minutach był na
                                                    miejscu. Kieszonkową latarką, którą podwędził z kuchni, oświetlił teren, który
                                                    jeszcze przed dwoma było zapuszczoną polanką z górką pośrodku. Poświecił na
                                                    betonową posadzkę, z której Zosia wraz z pracownikami usunęła resztki podłogi.
                                                    Beton był pokruszony i popękany. Plątanina linii była całkowicie przypadkowa.
                                                    Po krótkim poszukiwaniu baron odnalazł jednak ledwie widoczny zarys prostokąta
                                                    o wymiarach mniej więcej metr na metr. Po pobieżnym oczyszczeniu upewnił się,
                                                    że nie jest to integralna część posadzki. Po podważeniu jednej strony płyta
                                                    lekko drgnęła. Po półgodzinie katorżniczych wysiłków udało mu się w końcu ją
                                                    odsunąć. Płyta okazała się sprytnie skonstruowana. Opierała się na legarach,
                                                    które stanowiły część piwnicznego sufitu i składała się z połączonych ze sobą
                                                    desek pokrytych cienką warstwą betonu. Po włożeniu na swoje miejsce prawie
                                                    idealnie wpasowywała się w posadzkę. Na dół prowadziła drewniana drabina.
                                                    Wyglądała całkiem przyzwoicie, więc po krótkim wahaniu baron powoli zaczął
                                                    schodzić. Po kilku chwilach stał w dobrze utrzymanej piwnicy. Przed latami
                                                    stanowiła ona zapewne piwniczkę na wino. Pod ścianami stały resztki regałów,
                                                    gdzie niegdzie w świetle latarki błyskały zakurzone butelki. W środku nie było
                                                    czuć zapachu stęchlizny, wręcz przeciwnie delikatny lekki powiew świeżego
                                                    powietrza. Wypływało ono z niewielkiego przejścia, prowadzącego, jak sprawdził
                                                    baron po chwili do następnego pomieszczenia. Było dosyć spore, suche i
                                                    przewiewne. I zapełnione prawie po brzegi. Porządnie ustawione jedna przy
                                                    drugiej stały duże drewniane skrzynie. Było ich około dziesięciu. Na stojącej
                                                    najbliżej wejścia została ustawiona mniejsza skrzynka. Baron odruchowo sięgnął
                                                    najpierw po nią. Nie miała żadnego zamknięcia. Otworzył wieko. W środku było
                                                    kilka porządnie ułożonych kopert z czarnymi pieczęciami z dwugłowym orłem,
                                                    kilkanaście zwykłych kopert i albumy ze zdjęciami. Baron otworzył pierwszy z
                                                    nich. Już zdjęcia na pierwszej kartce przeraziły go. Szybko przerzucił kilka
                                                    stron. Kolejne nie różniły się niczym od pierwszego: zbrodnie wojenne, plutony
                                                    egzekucyjne, zdjęcia z gestapowskich przesłuchań i uśmiechnięci oficerowie
                                                    gestapo i wojska niemieckiego pozujący do aparatu.
                                                    -Oddaj mi to – usłyszał nagle za sobą zimny głos. Baron odwrócił się powoli i
                                                    spojrzał swojemu przyjacielowi prosto w oczy.
                                                    -Proszę, nie zmuszaj mnie żebym ci to odebrał siłą – Jörn spokojnie podniósł
                                                    dłoń, w której zalśnił rewolwer. Jego zwykle sympatyczna i uśmiechnięta twarz
                                                    była teraz zupełnie obca. Z napięciem wpatrywał się w skrzynkę.
                                                    -Dlaczego? – baron zapytał po długiej chwili milczenia.
                                                  • -Dlaczego? – powtórzył Jörn – A dlaczego ty chcesz to wiedzieć? – zapytał. W
                                                    odpowiedzi baron wzruszył ramionami.
                                                    -Powiem ci, tylko najpierw oddaj mi proszę tę skrzynkę – poruszył sugestywnie
                                                    bronią.
                                                    -Po co ci to? – baron z wahaniem wręczył mu przerażające dokumenty.
                                                    -Widzisz Schmidt był nie tylko złodziejem – Jörn zerknął do środka po czym
                                                    zamknął wieko skrzynki, zabezpieczył je i zaczął opowiadać – Miał większe
                                                    ambicje niż tylko być bogatym. Chciał mieć władzę. Dosyć szybko zorientował
                                                    się, że władzę daje wiedza i informacja. W tej niewielkiej skrzynce znajduje
                                                    się takie mini archiwum wiadomości na temat ówczesnych bossów nazistowskich.
                                                    Dokumentacja przekrętów, zbrodni wojennych, kradzieży… Co tylko chcesz.
                                                    -Więc to nie chodziło o skarb?
                                                    -Ależ tak – Jörn roześmiał się dosyć nieprzyjemnie – to jest właśnie skarb dla
                                                    kogoś, kto wie jak tego użyć.
                                                    -A ty wiesz? – baron zapytał zimno.
                                                    -Owszem – równie zimno odparł jego przyjaciel – zawrzyjmy układ – zaproponował
                                                    po chwili – ja biorę skrzynkę ty resztę. Chyba to uczciwa propozycja zważywszy
                                                    na okoliczności? – spojrzał znacząco na trzymaną w ręku broń.
                                                    -Więc to ty współpracowałeś z wnuczką Schmidta?
                                                    -Nie – Jörn zmarszczył czoło – ale domyślam się kto to mógł być.
                                                    -Pewnie – baron stwierdził drwiąco – został tylko Hans, więc nie trzeba
                                                    błyskotliwej inteligencji…
                                                    -Dobra – Jörn skończył papierosa i wstał – zostaniesz tu na trochę a ja sobie
                                                    spokojnie wyjadę.
                                                    Z lekkim uśmiechem odstawił delikatnie drogocenną skrzynkę, położył latarkę na
                                                    jednej ze skrzyni i zbliżył się do barona.
                                                    -Przykro mi stary… – zaczął.
                                                    W tym samym momencie wystąpiło kilka wydarzeń naraz. Baron, zdawszy sobie
                                                    sprawę z tego, że Jörn zamierza go związać i zostawić w zimnej piwnicy,
                                                    postanowił działać. Cofnął się o krok a następnie z impetem rzucił się na
                                                    Jörna. Ten ostatni nie spodziewał się ataku, zachwiał się i próbując złapać
                                                    równowagę chwycił za kant najbliżej skrzyni potrącając latarkę, która zachwiała
                                                    się a potem spadła na podłogę oświetlając dolne partie pomieszczenia.
                                                    Jednocześnie gdzieś za ich plecami słychać było pośpieszne kroki. Odruchowo
                                                    obaj spojrzeli w kierunku wejścia ale zobaczyli tylko eleganckie szpilki,
                                                    usłyszeli strzał i zapadła ciemność, nieprzenikniona jak czarna zasłona. Baron
                                                    powoli zaczął przesuwać się w stronę wejścia, lecz tam gdzie miało ono być
                                                    natrafił na przeszkodę.
                                                    -Nie ruszaj się – przegroda syknęła głosem Hansa i wbiła baronowi w bok coś
                                                    twardego, zimnego i zapewne niebezpiecznego.
                                                    Nagle z miejsca gdzie prawdopodobnie znajdował się Jörn i nogi w szpilkach,
                                                    dobiegł hałas. Coś trzasnęło, upadło a damski głos zaprotestował energicznie.
                                                    -Złaź ze mnie i łapy przy sobie!
                                                    -Auć! – jęknął Jörn, ale z dźwięków wydawanych przez kobietę wynikało, że nie
                                                    zastosował się do polecenia.
                                                    -Złaź, bo jak ci przyłożę… - Hans poruszył się niespokojnie.
                                                    Baron wyczuł szansę dla siebie. Odsunął się a kiedy poczuł ruch powietrza,
                                                    świadczący o tym, że Hans pośpieszył wspólniczce na pomoc, ruszył do wyjścia.
                                                    Tym razem prawie mu się udało. W ostatniej chwili, kiedy już już był na
                                                    zewnątrz zahaczył o coś nogą, nie zdołał utrzymać się w pionie i poleciał w
                                                    dół. Próbując zebrać się z twardej kamiennej podłogi klął cicho pod nosem.
                                                    Ostatnia godzina była obfita w wydarzenia. Dwa razy grożono mu bronią,
                                                    prawdopodobnie złamał nogę a dwie zwalczające się frakcje, z których jedną
                                                    uważał kiedyś za przyjaciela, tarzała się właśnie w jego spadku walcząc o
                                                    niewielką skrzynkę wraz z jej ohydną zawartością. Nie mogło już być gorzej!
                                                    Noga bolała go coś bardziej, spróbował wdrapać się po drabinie i wydostać na
                                                    zewnątrz, ale szybko zdał sobie sprawę z tego, że bez pomocy ta sztuka mu się
                                                    nie uda. Usiadł więc pod ścianą zastanawiając się melancholijnie kto z tej
                                                    trójki walczących okaże się zwycięzcą i czy ewentualnie będzie mógł liczyć na
                                                    jego łaskę.
                                                    ***
                                                    Trochę wcześniej kilka kilometrów dalej Luśka nagle obudziła się. W pierwszej
                                                    chwili nie wiedziała gdzie jest ale pamięć podsycana furią wróciła jej dosyć
                                                    szybko. Była związana, leżała na łóżku w obcym domu i bez wątpienia była noc.
                                                    Pierwsza próba uwolnienia się z więzów nic nie dała. Luśka podciągnęła się do
                                                    góry i z niejakim trudem przyjęła pozycję siedzącą. Obok łóżka stał stolik a na
                                                    nim lampka. Lampka jak wiadomo powinna mieć włącznik. Po całej wieczności
                                                    macania stopą blatu stolika Luśka go w końcu znalazła i w pokoju rozlało się
                                                    ciepłe światło. „No, teraz lepiej” – mruknęła pod nosem, zastanawiając się
                                                    czego użyć do przecięcia sznura do bielizny, zastosowanego przez porywaczy. W
                                                    zasięgu wzroku nie było nic ostrego, żadnego noża, nożyczek, czy ostrych
                                                    szkieł, których to narzędzi używają zwykle uwięzieni w amerykańskich
                                                    filmach. „Bujda na resorach” – pomyślała z niechęcią i przyjrzała się
                                                    dokładniej otoczeniu. Dostrzegła, że podstawa lamy stojącej na stoliku jest
                                                    kuta. Prawie wszystkie krawędzie były łagodnie zaokrąglone, jednakże w jednym
                                                    miejscu… Luśka nachyliła się do lampy i przeciągnęła palcem po krawędzi liścia
                                                    klonu, który ozdabiał podstawę. Po chwili na palcu pojawiła się krew. Nie
                                                    zastanawiając się długo spróbowała przeciąć więzy na nadgarstkach. Po kilku
                                                    nieudanych próbach przyjęła w końcu właściwą pozycję i włókno po włóknie
                                                    zaczęło pękać. Pół godziny później było już po wszystkim. Luśka stanęła na
                                                    własnych nogach. Chwiejąc się lekko ruszyła do drzwi, chcąc natychmiast
                                                    policzyć się z porywaczami. Po kilku minutach odkryła jednak, że dom jest
                                                    pusty. Jej wściekłość, o ile to możliwe, jeszcze wzrosła. Wyszła na zewnątrz, w
                                                    szopie za domem znalazła rower, wsiadła na niego bez wahania i ruszyła w stronę
                                                    pałacu. Nigdy w życiu nikt jej tak jeszcze nie upokorzył. Z każdym naciśnięciem
                                                    pedałów jej uczucia do porywaczy nabierały nowych, coraz mocniejszych odcieni i
                                                    kamieniały w niej na granit, przy czym myśl, że zemsta jest daniem, które
                                                    najlepiej smakuje na zimno, nie miała do niej dostępu. Chciała ich dorwać
                                                    natychmiast albo jeszcze szybciej. Na podjeździe pałacu znalazła się dokładnie
                                                    w ostatniej chwili. Zdążyła zauważyć dwie znikające za pałacem postacie i bez
                                                    namysłu ruszyła za nimi. Kiedy rozpoznała w nich porywaczy przyśpieszyła kroku
                                                    ale zanim zdążyła ich dogonić zapadli się jakby pod ziemię. Chwilę później
                                                    usłyszała przytłumiony strzał. Teraz już nic nie mogło jej powstrzymać.
                                                  • Zatrzymała się w ostatniej chwili. Intuicja, szósty zmysł a może błysk księżyca
                                                    odbijającego się w starej butelce z winem, porzuconej wcześniej przez barona,
                                                    powstrzymały Luśkę przed wpadnięciem głową w dół do piwnicy. Biorąc pod uwagę
                                                    jej gabaryty, nawet po stosowanej od kilku dni kuracji odchudzającej, która
                                                    nawiasem mówiąc skutki przynosiła mierne, upadek taki skończyłby się zapewne
                                                    ciężkim uszkodzeniem ciała zarówno Luśki jak i barona, który usadowił się
                                                    dokładnie obok drabinki. Jej wahanie trwało zaledwie chwilę, po czym mężnie acz
                                                    z wysiłkiem ruszyła na dół.
                                                    -Dzięki Bogu! – głos barona zabrzmiał w uszach Luśki jak trąby Jerycha.
                                                    -Rany Boskie! – chwyciła się za gors odwracając się do swojego chlebodawcy –
                                                    ale mnie pan przestraszył! Co się tam dzieje? – zainteresowała się posłyszawszy
                                                    dźwięki dobiegające z sąsiedniego pomieszczenia.
                                                    -Moi, tak zwani, przyjaciele walczą właśnie o mój spadek – baron wyjaśnił
                                                    sprawę elegancko a następnie zapytał – więc jednak pani nie porwano?
                                                    -Właśnie, że porwano – myśl o złoczyńcach, którzy ośmielili się ją uwięzić
                                                    ponownie dodała Luśce sił – ale się uwolniłam. Czy ten cały Hans jest właśnie
                                                    tam? – wskazała ręką ciemność.
                                                    -Owszem i uważam, że powinniśmy zawiadomić policję. Ja niestety…
                                                    -To za chwilę – Luśka przerwała mu bezceremonialnie – najpierw muszę z nim
                                                    wyjaśnić kilka spraw – dodała złowieszczo i ruszyła w stronę odgłosów.
                                                    W normalnych warunkach Jörn prawdopodobnie nie miałby szans. Przeciwników była
                                                    dwójka, przy czym każde z nich miało broń. W ciemnościach jednak, jak wiadomo,
                                                    wszystkie koty są czarne. W tej nierównej walce tylko Jörn miał pewność, że
                                                    każdy cios zadany przeciwnikowi działa na jego korzyść. Hans i wnuczka Schmidta
                                                    Ilsa takiej pewności nie mieli. Dodatkowo każde z nich chciało zawładnąć
                                                    dokumentami ze skrzynki. Niestety jej lokalizacja była nieznana. Dlatego
                                                    właśnie, kiedy Luśka pojawiła się w wejściu oświetlając je zapalniczką, którą
                                                    zabrała baronowi, sytuacja zbliżała się do patowej. Niespodziewane światło
                                                    zaskoczyło wszystkich. Jörn, Hans i Ilsa spojrzeli w kierunku Luśki a na ich
                                                    twarzach malowała się najdoskonalsza bezmyślność.
                                                    -O żesz ty jeden z drugim! – pierwsza odzyskała panowanie nad sobą Luśka i
                                                    ruszyła jak rozwścieczony byk w kierunku Hansa – zachciało ci się pieronie
                                                    gwiaździsty mnie porywać! – ryknęła głośno i klasycznym, płynnym ruchem
                                                    przyłożyła mu z pięści w podbródek. Głowa Hansa odskoczyła jakby była
                                                    przymocowana na sprężynce. Nie przewrócił się tylko dlatego, że opierał się o
                                                    skrzynie. Ruch powietrza zgasił jednakże zapalniczkę. Znowu zapanowała
                                                    ciemność. Po chwili z prawej rozbłysło światło latarki i zimny damski głos
                                                    oznajmił po niemiecku.
                                                    -Hände hoch! – Ilsa Schmidt po mistrzowsku wykorzystała moment nieuwagi.
                                                    Odnalazła broń Jörna, latarkę i skrzynkę i właśnie zmierzała z nimi do wyjścia.
                                                    -Jeszcze z wami nie skończyłam – czerwona płachta przesłoniła oczy Luśki,
                                                    celnym kopniakiem uspokoiła Hansa, który dochodził do siebie po uderzeniu,
                                                    próbując zaatakować Luśkę od tyłu. Jednak po spotkaniu z jej nogą, zginając się
                                                    w pół zakwilił cichutko.
                                                    -Was?
                                                    -Kapusta i kwas – odpowiedziała odruchowo Luśka i ruszyła w stronę Ilsy. Mimo
                                                    swojej masy Luśka umiała poruszać się szybko i zwinnie. Ilsa cofała się w
                                                    stronę wyjścia trzymając Luśkę ciągle na muszce. Nagle zahaczyła obcasem o ten
                                                    sam występ, który wcześniej zaliczył baron i poleciała do tyłu. Luśka
                                                    pośpieszyła za nią, bynajmniej nie z pomocą. Nie zauważyła, że za jej plecami
                                                    Jörn zamierza zrobić dokładnie to samo. Dopadli Ilsę jednocześnie wyrywając jej
                                                    z rąk skrzynkę, to Jörn i latarkę oraz rewolwer, to Luśka. Ilsa nie stawiała
                                                    oporu, wyglądało na to, że jest nieprzytomna.
                                                    -Niech pani mu to zabierze! – nagle spod ściany dobiegł ponaglający głos
                                                    barona – nie może z tym wyjechać!
                                                    Luśka zareagowała odruchowo. Nie wyładowała jeszcze do końca przepełniających
                                                    ją uczuć a leżącej Ilsy i jęczącego w ciemnościach Hansa nie było sensu już
                                                    więcej uszkadzać, więc całą złość skierowała na Jörna, który chyłkiem miał
                                                    zamiar się ulotnić.
                                                    -A ty dokąd? – warknęła i ruszyła za nim wymachując bronią. Na ten widok Jörn
                                                    zbladł odrobinę i przyśpieszył kroku. Był już na czwartym szczeblu drabinki,
                                                    kiedy Luśka chwyciła go za nogę i bez zastanowienia ściągnęła w dół. Uścisk
                                                    mocny jak imadło i ręce zajęte drogocenną skrzynką nie pozostawiły
                                                    zaatakowanemu pola manewru. Zjechawszy elegancko w dół, zaliczając tyłkiem po
                                                    drodze wszystkie mijane szczebelki, osiągnął podłogę. Chwilę później został
                                                    jedną ręką podniesiony przez Luśkę do pionu, odebrano mu drogocenną skrzynkę i
                                                    zafundowano prawy sierpowy.
                                                    -To chyba wszyscy – Luśka otrzepała dłonie, wytarła je w spódnicę i zwróciła
                                                    się do barona – teraz możemy iść na policję.
                                                    -No, ja nie bardzo – baron poruszył się z trudem, bo noga zaczęła mu puchnąć.
                                                    -Eee.. to nie problem – Luśka wzruszyła ramionami – wyniosę pana na górę. Niech
                                                    pan weźmie skrzynkę.
                                                    Tak też zrobili. Kilkanaście minut później baron znalazł się w pałacu. Czekając
                                                    na wezwaną policję i lekarza zajął się zawartością skrzynki. Ku jego
                                                    olbrzymiemu zdumieniu w skrzynce zamiast dokumentów, które oglądał jeszcze pół
                                                    godziny temu znajdowały się najzupełniej niewinne kartki z pozdrowieniami,
                                                    puste koperty i puste albumy. Kompromitujące dokumenty zniknęły.
                                                  • 18.05.06, 11:49
                                                    Świtało już kiedy w pałacu pojawiła się karetka i siły policyjne w postaci
                                                    Antka i kilku jego kolegów z komisariatu. Wspólnymi siłami wydobyto całą trójkę
                                                    z piwnicy. Okazało się, że każde z nich jest uszkodzone. Hans miał wielki
                                                    siniak na brodzie, złamaną rękę i obolały brzuch, Ilsa wstrząs mózgu a Jörn
                                                    stłuczoną kość ogonową i mało eleganckiego acz ciekawego kolorystycznie siniaka
                                                    w miejscu gdzie jego twarz napotkała pięść Luśki. Po stwierdzeniu uszkodzeń
                                                    przez lekarza i zapakowaniu poszkodowanych do karetki zapanowała lekka
                                                    konsternacja. Na placu boju pozostała bowiem Luśka i policja.
                                                    -No to się matka doigrałaś! – Antek mruknął pod nosem.
                                                    -E tam… - Luśka wzruszyła ramionami – ty mi lepiej powiedz, co zrobimy z tym
                                                    tutaj.
                                                    -Zabezpieczymy, żeby nie zginęło a potem niech się martwi baron. Ja tylko nie
                                                    wiem co zrobić z tymi jego kolegami – zafrasował się – z jednej strony można
                                                    ich oskarżyć o porwanie i napad z bronią w ręku, z drugiej nie bardzo chciałbym
                                                    to robić bez uzgodnienia z baronem…
                                                    -Wojtek powiedział, że zadzwoni jak już będzie coś wiadomo – lekarz pogotowia
                                                    był dobrym znajomym Luśki, podobnie zresztą jak wszyscy inni dorośli i dzieci w
                                                    promieniu trzech powiatów – pojedziemy do szpitala i coś ustalimy.
                                                    ***
                                                    -Powinieneś podnieść pensję tej swojej gosposi – Jörn skrzywił się z bólu – to
                                                    nie jest kobieta, tylko jakieś monstrum.
                                                    -Bardzo dobrze – baron siedział razem z Jörnem w poczekalni – inaczej
                                                    siedziałbym tam do teraz. Nie mogę tego zrozumieć – mruknął – tyle lat byliśmy
                                                    przyjaciółmi, a ty mi wykręcasz taki numer.
                                                    -Nie miałem wyjścia – westchnął Jörn – właśnie dlatego, że jestem twoim
                                                    przyjacielem dostałem tę robotę.
                                                    -O czym ty mówisz? Jaką robotę? Przecież jesteś architektem…
                                                    -Owszem, ale dodatkowo jestem też czymś w rodzaju… no… prywatnego detektywa.
                                                    -Zwariowałeś? – baron popatrzył na niego z niedowierzaniem.
                                                    -Nie – Jörn pokręcił głową – polecono mi, żebym znalazł te dokumenty.
                                                    -Dlaczego? – baron wzruszył ramionami – przecież minęło sześćdziesiąt lat od
                                                    zakończenia wojny.
                                                    -Wiem – Jörn westchnął jak parowóz – pamiętaj jednak, że niektórzy z nich
                                                    jeszcze żyją to raz, a dwa niektórzy z woleliby nie ujawniać czym zajmowali się
                                                    ich rodzice podczas wojny, zwłaszcza jeżeli są teraz prominentnymi politykami… -
                                                    zawiesił głos.
                                                    -Rozumiem – baron popatrzył gdzieś w przestrzeń – a ty kogo reprezentujesz?
                                                    Tych polityków czy ich przeciwników?
                                                    -Sprawiedliwość…
                                                    Chwilę później lekarze zabrali ich do oddzielnych gabinetów i rozmowa siłą
                                                    rzeczy musiała zostać zakończona.
                                                    ***
                                                    Kilka dni później, kiedy upewniono się, że Ilsa i Hans przekroczyli polsko
                                                    niemiecką granicę i nie zamierzają wracać towarzystwo pałacowe w nieco
                                                    zmienionym składzie zabrało się do opróżniania piwnicy. Antek, Greta, Lisa,
                                                    Rita i Zosia wraz ze swoimi pracownikami dopingowane przez Franka, barona i
                                                    Jörna wyciągali w pocie czoła skarby umieszczone w skrzyniach. Czego tam nie
                                                    było! Sezam to przy nich mięta z bubrem. Zachwycone biżuterią kobiety i
                                                    dziełami sztuki mężczyźni dopiero po kilku godzinach zdali sobie sprawę z
                                                    faktu, że większość z tych skarbów jest skradziona a ich poprzedni właściciele
                                                    nie dożyli raczej spokojnej starości.
                                                    -Co z tym zrobisz? – pierwsza ochłonęła Greta.
                                                    -Nie wiem – baron popatrzył na wielką płachtę zakrytą wszelkimi dobrami – część
                                                    z tego jest z pewnością moja, ale nie wiem co.
                                                    -Zaraz, zaraz – Frank podrapał się po głowie – w tej skrzynce, którą przywiozła
                                                    twoja matka był jakiś spis. Może to właśnie to?
                                                    -A dokumentów jak nie było tak nie ma – westchnął Jörn – nie wiem kiedy ona
                                                    zdążyła je schować.
                                                    -Na pewno nie mieli ich przy sobie – Antek stwierdził stanowczo, ocierając pot
                                                    z czoła – obydwoje zostali dokładnie przeszukani łącznie z bagażami i
                                                    samochodem. Nota bene wasze samochody też zostały przeszukane, na wszelki
                                                    wypadek.
                                                    -I co? – zapytała zachłannie Lisa.
                                                    -Nic – Antek rozłożył ręce – nie ma.
                                                    -Na dole też już nic nie ma – Zosia wystawiła głowę nad otwór – przeszukaliśmy
                                                    wszystko centymetr po centymetrze.
                                                    -Nic? – baron spojrzał na nią zawiedziony, ale tylko pokręciła przecząco głową.
                                                    -Trudno – Jörn wzruszył ramionami – muszę się z tym pogodzić.
                                                    -Chyba nie masz wyjścia – Frank przyjacielsko poklepał go po ramieniu – swoją
                                                    drogą to długo wam zajęło znalezienie tej skrytki.
                                                    -Jak to? – Lisa spojrzała na niego pytająco – nie mów, że wiedziałeś przed nami.
                                                    -No pewnie – Frank uśmiechnął się pobłażliwie – była zaznaczona na jednej z
                                                    map. Tej z 1921 roku.
                                                    -1921! – wykrzyknął baron i uderzył się w czoło – no pewnie, przecież tu stał
                                                    stary dom. Piwnice były kamienne, więc ocalały przed pożarem. Idealne miejsce.
                                                    Że też nie wpadliśmy na to wcześniej…
                                                  • 18.05.06, 11:51
                                                    Rok później w niewielkim kościółku w pobliżu odbyły się dwa śluby jednocześnie.
                                                    Baron dopiął w końcu swego i prześliczna panna Zosia zgodziła się zostać
                                                    baronową von Dupersztangiel. Druga panna młoda, Greta również miała
                                                    wątpliwości. Mieszkanie pod jednym dachem z teściową to nic przyjemnego, a
                                                    kiedy tą teściową jest Luśka… Nic dziwnego, że długo modliła się przed figurą
                                                    Matki Boskiej.
                                                    -Jaką dostałeś odpowiedź? – świadek pana młodego znalazł w końcu spokojną
                                                    chwilę, żeby zamienić z nim słowo na osobności.
                                                    -Przyjęli na skarb państwa – baron westchnął w odpowiedzi – nie było to proste,
                                                    nie wiadomo, jaki jest status tych wszystkich rzeczy. Skradzione, odnalezione…
                                                    Nie wiadomo czy są jacyś właściciele albo spadkobiercy. Miliony urzędników i
                                                    nikt nic nie wie… Co za kraj!
                                                    -A ty chcesz tu zostać na stałe – Jörn roześmiał się.
                                                    -Zosia nie chce wyjeżdżać.
                                                    -No tak, żony trzeba się słuchać.
                                                    -Ty to pewnie wiesz najlepiej – baron odciął się szybko, spoglądając znacząco
                                                    na zaokrąglony brzuszek Lisy – zdaje się, że nie zamierzałeś się w ogóle żenić,
                                                    że o dzieciach nie wspomnę.
                                                    Przycinając sobie żartobliwie wyszli na taras. Tam Jörn, upewniwszy się, że
                                                    nikt ich nie podsłuchuje powiedział niepewnie:
                                                    -Jest jeszcze jedna sprawa…
                                                    -Tak?
                                                    -Słyszałeś, że X Y i Z zrezygnowali ze swoich stanowisk.
                                                    -Ostatnio nie miałem czasu, żeby interesować się niemiecką polityką a dlaczego
                                                    pytasz?
                                                    -Wiesz, od roku zastanawiam się jak to możliwe, że te dokumenty ze skrzynki
                                                    zniknęły…- zawiesił głos.
                                                    -To się nie zastanawiaj – baron spojrzał mu prosto w oczy – szkoda czasu. A
                                                    tych swołoczy chyba za bardzo nie żałujesz? – zapytał.
                                                    -Nie. I… dzięki.
                                                    -Na twoim miejscu przywitałbym się z ciotką – baron zręcznie zmienił temat,
                                                    wskazując podążającą ku nim Luśkę.
                                                    Jörn wzdrygnął się lekko, ale nie miał wyjścia. Ostatecznie teraz wszyscy
                                                    tworzyli jedną wielką, szczęśliwą rodzinę.

                                                    KONIEC
    • Ta leśna polana przyciągała nas swym zielonym urokiem, jak magnes. Wakacje bez
      odwiedzenia tego uroczyska w ogóle nie zaliczały się do wypoczynku. Po
      wszystkich wojażach, wycieraniu kurzu z różnych górskich ścieżek lub
      przesypywaniu piasku na plażach, jechaliśmy w tę głuszę, jak do wymarzonej
      samotni, gdzie tylko las, ptaki, sarny, wiewiórki i my. Po minięciu ostatniej
      wsi, pokonaniu potwornie wyboistej drogi, pnącej się lekko w górę, rzuceniu
      okiem za siebie na piękny krajobraz, szeroki aż po horyzont i ukłonieniu się
      przycupniętej pod drzewem gajówce, wjeżdżaliśmy w las i zaczynaliśmy oddychać
      pełną piersią. Po obu stronach kamienistego duktu kłaniały nam się znajome,
      coraz wyższe sosny, a ciekawskie sójki witały nas krótkim skrzekiem i
      ulatywały, żeby podzielić się z kumoszkami wieścią, że oto już są! Przyjechali
      ci z miasta, będzie coś dobrego do jedzenia. Przy wjeździe na polanę, jak
      zwykle pomagała nam tabliczka z coraz bardziej wyblakłym napisem: „Polana
      Wykus. Pole namiotowe” i wreszcie byliśmy u celu. Rozbijaliśmy obóz i
      zaczynaliśmy sprawdzać, ile przybyło wyrytych napisów na drewnianych wiatach i
      stołach, jak urósł sosnowy młodniak, czy starodrzew nie ucierpiał zbytnio w
      czasie zimy i czy jak zwykle, poczekały na nas poziomki, maliny i jagody.
      Świadomość, że jesteśmy w samym środku ogromnego kompleksu leśnego, skąd do
      najbliższej ludzkiej osady mamy 3 kilometry w prawo i 9 w lewo, dawała nam
      swoiste poczucie wolności, a historyczna przeszłość tego miejsca pobudzała
      wyobraźnię. Tak było dotąd, dopóki nie zderzyła się ona z rzeczywistością.
      Dodajmy – dość ponurą.
      Dzień zbliżał się ku końcowi, więc oddawaliśmy się przedwieczornym obrządkom,
      czyli przyniesieniu pysznej wody ze źródełka i przygotowaniu kolacji. Po
      której, jak zwykle usiedliśmy wygodnie przy małym ognisku i nucąc sobie przy
      gitarze oraz pogadując leniwie, czekaliśmy na noc. I na pieczone w żarze
      ziemniaczki, które jakoś nie chciały nam się przejeść. Kiedy tak na nie
      czekaliśmy, wsłuchując się w gadanie lasu, patrząc w gwiazdy i myśląc o
      niebieskich migdałach, nagle na polanę wjechał samochód. Duży. Z wygaszonymi
      światłami. Zatrzymał się na uboczu polany, w cieniu potężnej brzozy i tyle.
      Stał, nikt z niego nie wysiadał, nic się nie działo. Oczywiście dreszcz
      przeleciał mi po plecach, bo nastrój zrobił się taki, jak na filmie, gdy niby
      nic się nie dzieje, ale wiadomo, że zaraz musi coś się zdarzyć. W dodatku - my,
      widoczni na tle tego ogniska, jak na panoramicznym ekranie, a ci tam, w
      kompletnej ciemności i tajemniczy, jak jeźdźcy z nikąd. Jakby tego było mało,
      gdzieś w ciemności ponuro rozdarł się puszczyk, potęgując grozę przeciągłym
      pohukiwaniem, aż do przesady. Wtedy poczułam, że dłużej tego nie wytrzymam.
      - Bierz siekierę, ja mam nóż, idziemy zapytać, czego chcą – szepnęłam do męża,
      szczękając zębami.
      - Spokojnie, przyjechali, to i pojadą – mężczyzna mego życia, jak zwykle
      usiłował spacyfikować mnie swoim opanowaniem i jak gdyby nigdy nic, zaczął
      wygrzebywać ziemniaki z ogniska.
      - A jak zostaną? Całą noc będziemy tak siedzieć? W życiu nie pójdę do namiotu,
      dopóki tu jacyś cichociemni się czają. Ja się boję!
      Jakby w odpowiedzi na moje histeryczne szepty, a może upojny zapach pieczonych
      ziemniaków, który rozszedł się dookoła, nagle drzwi samochodu się otworzyły i
      wysiadła z nich jakaś czarna zmaza, zarzuciła coś na ramię i zaczęła zbliżać
      się w naszym kierunku. Niech ja skonam, to zarzucone, to chyba karabin, albo
      jakaś inna broń palna! Poczułam, jak skóra cierpnie mi wszędzie, nawet na
      piętach.
      - Dobry wieczór państwu! – zmaza przemówiła całkiem przyjaźnie i podeszła w
      krąg światła – Leśniczy Kowalczyk, witam serdecznie.
      Leśniczy! Faktycznie, jakiś mundurek miał na sobie i ta giwera sterczała mu
      znad przepisowej czapeczki.
      - No wie pan co! Tak nas straszyć! W podchody się bawicie, czy co? – o mało go
      nie zabiłam swoim głosem, nie mogąc wybaczyć przeżytego stresu.
      - A nie, nie bawimy się. Musieliśmy się upewnić, że to państwo tu siedzicie.
      - A kogo innego się spodziewaliście? – zapytał z ciekawością mąż.
      - Kłusowników – odpowiedział krótko pan urzędowy i dodał szybko – Proszę się
      nigdzie stąd w nocy nie ruszać. Najlepiej w ogóle udawajcie, że was nie ma.
      - Zwykle nie latamy w nocy po lesie. Bo co? – wcale nie podobało mi się takie
      naruszenie wolności, więc nie siliłam się na uprzejmość.
      - Bo może być gorąco. Robimy obławę na kłusowników, a oni nie znają się na
      żartach. Powtarzam: zgasić ognisko i siedzieć cicho – powiedział sucho i nagle,
      jakby się zreflektował, że przecież, jakby nie było, jest tutaj naszym
      gospodarzem – Przepraszam, że psujemy państwu wypoczynek. Nie mamy wyjścia.
      Mimo wszystko życzę dobrej nocy. Aha, może być trochę strzelaniny, ale nie
      bójcie się, nie tu, raczej tam, daleko – machnął ręką w kierunku na Siekierno.
      Strzelanina była, jak się patrzy. Samochód zniknął cichutko, jak czarna zjawa,
      a koło północy, w lesie rozpętała się kanonada. Wcale nam się nie wydawało, że
      daleko, wprost przeciwnie. Nocne echa niosły jej odgłosy ze wszystkich stron, a
      my siedzieliśmy w samym jej środku i dziwiliśmy się, że nie słychać świstu kul.
      To znaczy – ja się dziwiłam, bo mój małżonek, pogrążony w słodkim śnie,
      bardziej reagował na moje ciche spazmy, niż na odgłosy wojny. Czyli odwracał
      się na drugi bok i spał dalej. A ja umierałam ze strachu. Przed oczami stawały
      mi obrazki, żywcem wzięte z podręczników historii. To przecież parę kroków
      stąd, partyzanci Ponurego zostali otoczeni przez Niemców, to tutaj trwała walka
      na śmierć i życie, po której zostały groby, rozsiane po całym lesie. A jeszcze
      wcześniej odziały Langiewicza... Ten partyzancki las przywykł do strzałów,
      jęków rannych i okrzyków zwycięstwa pewnie też, ale teraz należałby mu się
      wreszcie zasłużony spokój, do stu tysięcy zygzakowatych piorunów! Zanim ucichły
      odgłosy najnowszej wojny świętokrzyskiej, czyli po jakichś dwóch godzinach,
      które wydawały mi się wiekiem, moja nienawiść do kłusujących parszywców
      ugruntowała się na mur-beton i okrzepła w monolit. Co za gnidy! Morowe pomioty!
      Dzicz w móżdżek kopana! Mordercy!!
      Na drugi dzień odjechaliśmy do domu, dowiedziawszy się w gajówce, że obława,
      mimo tak wspaniałego efektu akustycznego, nie przyniosła zamierzonych
      rezultatów, czyli te podłe typy, żądne niewinnej krwi zwierzęcej, uszły cało i
      tylko patrzeć, jak znowu zaczną swój ohydny proceder. Na szczęście, po stronie
      strażników leśnych też obyło się bez ofiar. Jakim cudem, w tym ciemnym lesie
      wszyscy się nie pozabijali, do dziś pozostaje dla mnie tajemnicą. Po pewnym
      czasie dowiedzieliśmy się, że w odwecie, te zgniłki moralne spaliły gajowemu
      chałupę. A nam odebrali cudownie spokojną, leśną przystań. Bo jakoś
      przestaliśmy tam nocować, choć jeździmy nadal. Miejsce wciąż jest urokliwie
      przepiękne. Zresztą, może po prostu wyrośliśmy z namiotowego życia, jak z
      ulubionych, ale trochę już ciasnych butów? Nie wykluczone. Jednak pozostał mi
      bardzo emocjonalny i skrajnie negatywny stosunek do kłusowników. Nadal plenią
      się po lasach, jak trudna do opanowania zaraza. Tak sobie myślę, że skoro
      wszelkie odgórne metody walki z tym tałatajstwem nie skutkują, to może
      należałoby zacząć pracę u podstaw, czyli urabiania mieszkańców okolicznych wsi,
      by dojrzeli do wyplenienia chwastów ze swojego otoczenia? Ostatnia lektura mnie
      natchnęła: najlepiej za pomocą szeroko pojętego terroru indywidualnego...
      --
      Bez względu na to, gdzie człowiek patrzy, zawsze coś widzi.
    • Po tragicznych wydarzeniach w Izbie Nizszej Parlamentu pan Prezydent
      Najjasniejszej mial do wyboru dwie mozliwosci, a mianowicie: uznac kadencje za
      wygasla i oglosic nowe wybory lub oglosic wybory uzupelniajace na 366 wakatow.
      Pan Prezydent dal czas wszystkim partiom na otrzasniecie sie z szoku (albowiem
      niemal cala starszyzna wszystkich partii ulegla tygrysiej przemocy) i wybranie
      nowych wladz, po czym skonsultowal sie z nimi i oglosil wybory uzupelniajace. W
      miedzyczasie jednak powolal interim pozaparlamentarny rzad "fachowcow", ktory
      mial pelnic swoje funkcje az do dnia, w ktorym nowa Nizsza Izba bedzie mogla
      tenze rzad albo zatwierdzic, albo wybrac wlasny. Nietrudno zgadnac, ze w sklad
      owego rzadu tymczasowego weszli roznej masci wiceministrowie, wojewodowie, i na
      okrase jeden czy dwoch ludzi spoza ukladu, cieszacy sie w spoleczenstwie
      rzeczywistym autorytetem. Jednakze, ku wielkiemu zaskoczeniu pana Prezydenta, ta
      wlasnie dwojka odmowila przyjecia nominacji. Rzad rzadzil z trudem, pan
      Prezydent czekal. Wreszcie powzial decyzje i ja oglosil w wieczornym oredziu do
      narodu.
      Na drugi dzien wszystkie pisma wyrazily ostrozny optymizm i zaczely snuc
      prognozy, kto tym razem wygra wybory - lewica, prawica, a moze centrum? I byc
      moze kampania wyborcza nie roznilaby sie od poprzednich, gdyby nie to, ze na
      trzeci dzien (a byl to piatek) we wszystkich gazetach na terenie kraju w
      dzialach "Praca oferowana" pojawilo sie identyczne ogloszenie nastepujacej
      tresci: "Zatrudnie 366 przedstawilcieli terenowych do oczyszczenia stajni
      Augiasza. Wymagania: zdrowy rozsadek, niekaralnosc za przestepstwa kryminalne.
      Fachowcy dowolnej specjalnosci mile widziani, politycy i politykierzy - nie.
      Zakres odpowiedzialnosci: ogromny. Wynagrodzenie: dwukrotna srednia krajowa plus
      dodatki (mieszkanie sluzbowe i parking w pracy i pod domem oraz ewentualny
      dodatek funkcyjny). Praca odpowiedzialna, na oczach spoleczenstwa i przez
      spoleczenstwo oraz historie oceniana. Wszyscy chetni prosze przeslac swoj
      zyciorys i referencje na adres: Lista kandydatow, PKW."
      Przez kraj przetoczyl sie huragan smiechu. Teraz prasa usilowala dociec, kto
      stal za tym ogloszeniem. Ktos rozpuscil plotke, ze znana autorka dowcipnych
      kryminalow napisala ten tekst. Jednakze autorki w kraju od jakiegos czasu nie
      bylo, a kiedy wrocila, odparla z oburzeniem, ze, co prawda, ogloszenie oddaje
      dosc scisle jej poglady, ale go nie napisala a ponadto musialaby na glowe upasc,
      zeby wyrzucac pieniadze w bloto na ogloszenie, ktore i tak nie spelni
      pokladanych w nim nadziei. Na szczescie reporter, ktoremu udalo sie ten wywiad
      (jedyny, na ktory autorka sie zgodzila) znal dosc dobrze jej tworczosc i
      (auto)biografie, tak, ze opublikowany wywiad (a moze reportaz) dosc scisle
      przedstawil problemy i sugerowane rozwiazania.
      Prawdopodobnie cala kampania przedwyborcza potoczylaby sie normalnie, gdyby nie
      nastapily dwa zwiazane ze soba wydarzenia. Otoz zdekapityzowane partie siegnely
      po politykow wypadlych juz z obiegu, czesto skompromitowanych, czym wzbudzily do
      siebie niechec spoleczenstwa, to zas (jak rowniez chwilowy brak ochronnego
      parasola) wykorzystaly organa sprawiedliwosci wmamrzajac dotychczasowe "swiete
      krowy", przyspieszajac procesy i otwierajac nowe dochodzenia, jak rowniez i
      niektore umorzone. Panika padla na polityczny establishment, tym bardziej, ze
      jak grzyby po deszczu na listy kandydatow zaczeli sie zglaszac kandydaci
      dotychczas nikomu nieznani, niezwiazani z jakakolwiek partia. Ich jedynymi
      atutami bylo poparcie spoleczne i fachowosc w jakiejs dziedzinie. Wszyscy
      deklarowali poparcie dla slynnego juz ogloszenia. W toku debat krystalizowaly
      sie postawy - partie chcialy podtrzymania status quo, natomiast nowicjusze
      twierdzili, ze reprezentant nie jest wladza, lecz pracownikiem wyborcow i
      pracodawca okresla ramy w jakich ma dzialac. Jak kraj krajem, nigdy jeszcze
      kampania nie byla tak zacieta. Komentatorzy polityczni nie byli w stanie
      zanalizowac sytuacji, okreslic przewidywanej frekwencji (optymisci mowili o 50%,
      pesymisci o 30%) coz dopiero przewidziec wyniki wyborow! Nadszedl wreszcie dlugo
      oczekiwany dzien wyborow. Wszystkie prognozy zaczely brac w leb juz w dwie
      godziny po otwarciu urn. Wtedy frekwencja przekroczyla 30%, dwie godziny pozniej
      50%, a po zamknieciu urn okazalo sie, ze osiagnela 83,21%. W tej sytuacji nikt
      nie wiedzial, co sie stanie. Po przeliczeniu glosow okazalo sie, ze tylko dwa
      mandaty dostaly sie istniejacym partiom, natomiast 364 mandaty uzyskali
      kandydaci niezalezni. To zmienialo calkowicie uklad sil w Nizszej Izbie
      Parlamentu. Nowi przedstawiciele zaczeli sciagac do stolicy. Starzy
      reprezentanci usilowali brac ich pod opieke, byli wysluchiwani, ale zadne
      obietnice nie padaly. Nowi spotykali sie rowniez ze soba i tu rozpoczynaly sie
      burzliwe dyskusje, ktore pomalu zaczely przynosic wyniki. W dniu, w ktorym nowi
      reprezentanci zlozyli przysiege, okazalo sie, ze zostal stworzony nowy klub
      parlamentarny - Klub Bezpartyjnych Reprezentantow (KBR) z bardzo prostym
      programem - calkowity przeglad prawa i jego kodyfikacja oraz oraz bezlitosna
      tegoz prawa egzekucja, uporzadkowanie spraw finansowych panstwa i wzrost
      gospodarczy. "Starzy" reprezentanci probowali stosowac stare sztuczki i kruczki,
      zostali jednak osadzeni na miejscu. KBR obsadzil funkcje Marszalka Izby i dal do
      zrozumienia Prezydentowi, ze jest najwiekszym klubem Izby, w zwiazku z tym
      zamierza stworzyc nowy rzad. Pan Prezydent skonultowal sie wiec z KBRem i
      zaproponowal misje utworzenia rzadu Andrzejowi Woydzie, adiunktowi Katedry Nauk
      Politycznych UJ. Ten misje przyjal i w dwa dni stworzyl rzad fachowcow - co
      dziwniejsze, parlamentarny. Nowi ministrowie urzadzili w podleglych im
      departamentach istna rzez, pozbywajac sie politycznegom balastu i
      niekompetencji. Rowniez wspolpracowali scisle z NIKiem i i innymi organami
      sprawiedliwosci. "Starzy" reprezentanci zaczeli krzyczec o niesprawiedliwosci i
      tu trafila kosa na kamien. Prokuratura Generalna wypuscila probny balon wnoszac
      o uchylenie immunitetu reprezentantowi J. N., zas Wysoka Izba immunitet ten
      uchylila i J.N. powedrowal za kratki odsiadywac wyrok. Prokuratura Generalna
      zweszyla swoja szanse i zasypala Wysoka Izbe kolejnymi wnioskami, zas Wysoka
      Izba sumiennie te immunitety uchylala. W przeciagu miesiaca Stan liczebny
      Wysokiej Izby zmniejszyl sie do 369 reprezentantow. Wysoka Izba zabrala sie
      teraz za prawo. Zaczela od nowelizacji ustawy o zawodzie reprezentanta - z
      ustawy zniknelo slowo "zawod", zastapione slowem "funkcja". Zarobki
      reprezentantow zostaly obnizone do dwukrotnej sredniej krajowej plus dodatki za
      pelnienie funkcji - ale tylko rzadowych. Funkcje Marszalka Izby, czlonkow
      wszelkich komisji zwyklych i specjalnych zostaly potraktowane za czynnosci
      wchodzace w zakres sprawowania funkcji i jako takie nie byly premiowane ekstra.
      Ponadto immunitet przestal obowiazywac w jakichkolwiek sprawach niezwiazanych z
      polityka. Senat i Prezydent probowali przeciwdzialac, KBR jednak (ku zdumieniu
      wszystkich obserwatorow), ktory dysponowal nie tylko bezwzgledna, ale i
      kwalifikowana wiekszoscia, dzialal wrecz jednomyslnie i odrzucal wszelkie
      poprawki i weta. Szybka reorganizacja sadownictwa, prokuratury, wieziennictwa i
      policji przyniosla oczekiwane efekty. Praworzadnosc zaczynala sie powoli stawac
      modna, co przynioslo wzrost gospodarczy, umocnienie waluty i drastyczne
      zmniejszenie bezrobocia. Co prawda roznego rodzaju organizacje typu Amnesty
      International podniosly dziki wrzask na temat "brutalizacji prawa", ale zostaly
      przez spoleczenstwo zignorowane. Wysoka Izba uchwalila zas nowelizacje
      Konstytucji - prawde mowiac byla to zupelnie nowa Konstytucje (jedna z
      najkrotszych i najprostszych na swiecie) i znowelizowala cale prawo karne,
      gospodarcze i administracyjne.
      Coz jeszcze mozna dodac? Po uplywie kadencji tylko czesc reprezentantow ubiegala
      sie o reelekcje. Reszta powrocila do przer
      • Kurcze, ucielo mim koncowke... Oto ona:

        Coz jeszcze mozna dodac? Po uplywie kadencji tylko czesc reprezentantow ubiegala
        sie o reelekcje. Reszta powrocila do przerwanej pracy zaawodowej, udzielajac
        tylko ograniczonego poparcia niektorym niezaleznym kandydatom. Wiekszosc partii
        politycznych ulegla marginalizacji, spoleczenstwo zas uzyskalo silny wplyw na
        legislature. Historycy zas nazwali te kadencje "Wielka Konstytuanta" lub
        "Kadencja tygrysow".

        I tylko w spoleczenstwie gwaltownie wzrosla milosc do kotow. Szczegolnie tych
        duzych.
        --
        Mleko sprzedaje, mleko, Kupujcie, bo sie oplaca,
        Mleko sie pije lekko, Mleko dobre na kaca!
    • W dalekim porcie,gdzies na koncu swiata, gdzie martwa fala uderza o brzeg
      wychodzila w morze dluga, zakrzywiona ostroga. Ostroga miala niemal mile
      dlugosci, zakrzywiala sie tak, ze wejscie do portu bylo mozliwe niemal przy
      kazdej pogodzie, z latarnia na koncu i stanowila sluszna chlube miasta i portu.
      Z biegiem lat z ostrogi uczynil sie popularny deptak, z lawkami i zielenia w
      donicach. Wielu mieszkancow poczytywalo sobie za obowiazek pojawic sie na
      ostrodze przynajmniej raz w tygodniu. Byli i tacy, co pojawiali sie czesciej,
      niektorzy nawet codziennie. Jednym z nich byl Dziadek. Dziadek byl niezmiernie
      popularna osoba chociaz wiedziano o nim niezbyt wiele. Pojawil sie w miescie
      kilka lat po zakonczeniu owej krwawej jatki zwanej Druga Wojna Swiatowa. Nikt
      nie wiedzial dlaczego po jej zakonczeniu nie powrocil do ojczyzny, ale w koncu
      tak wielu jego rodakow po wielu burzach dziejowych osiadlo tutaj i wroslo w
      spolecznosc, tak, ze nikt sie specjalnie nie dziwil. Dziadek byl samotnikiem i
      ngdy nie zalozyl rodziny, czego zalowalo wiele rodzin a jeszcze wiecej panien.
      Nie mial rowniez zadnych bliskich przyjaciol, chociaz znajomych mogl liczyc na
      tysiace. Zadnego formalnego wyksztalcenia nie posiadal, choc znal sie na
      wszystkim - od morskich silnikow wysokopreznych i elektroniki poprzez rybolostwo
      i rolnictwo az do chemii gospodarczej i urbanistyki. Nic wiec dziwnego, ze
      pracodawcy wrecz bili sie o niego. Poza tym, pomogl miastu wiele razy.To on
      rozwiazal problem zatruc w restauracjach znajdujac w nowym srodku myjacym
      szkodliwy i trudno usuwalny skladnik. Zrobil to za darmo, wdzieczni
      restauratorzy zas, kiedy czasem wstapil do ich restauracji, ugaszczali go na
      koszt firmy. To on zreorganizowal transport miejski tak, ze stal sie najlepszy
      nie tylko w kraju, ale i na calym kontynencie. To on rozwiazal problemy sieci
      telewizji kablowej, za co dostal dozywotni bezplatny abonament. To on, jako
      jeden z pierwszych sprawil sobie komputer, pierwszy zalozyl sobie Internet (zeby
      to zrobic stworzyl pierwsza na kontynencie miejska siec) i mial teraz Internet
      za darmo. To on... godzinami mozna by wymieniac, co zrobil i jak polepszyl zycie
      mieszkancow. Polityki nienawidzil zywiolowo - szczegolnie ich lewych i prawych
      skrzydel, ogolnie jednak uwazano, ze byl podpora lokalnej demokracji. Kiedy
      podczas rzadow skrajnej lewicy przybyl przedstawiciel owczesnego ZSRR i zaczal
      wychwalac ow raj robotnikow i chlopow, Dziadek wykrzyknal: "Vriosh, skatina!",
      po czym zas przeszedl na hiszpanski i krotko a tresciwie rozprawil sie z owym
      mitem. Przedstawiciel zas podwinal ogon pod siebie i wyniosl sie z miasta. Kilka
      lat pozniej, juz za czasow prawicowej nader junty inny organizator przybyl i
      wyglaszal przemowienie mowiac z wyczuwalnym niemieckim akcentem. Dziadek
      przerwal mu tyrade okrzykiem: "Das ist doch ein Quatsch! Verfluchte Nazi!". Na
      znak mowcy dziesieciu ochronirzy (a moze raczej bojowkarzy) rzucilo sie, aby
      pomscic zniewage. W trzy minuty pozniej policja spokojnie pozbierala bojowke w
      stanie powaznie uszkodzonym, Dziadek bowiem w tym krotkim czasie spuscil im
      straszliwe lanie, lamiac wiele konczyn i rozbijajac sporo glow i nosow. Sam sie
      nawet nie zadyszal. Policja z satysfakcja zawiozla ich do szpitala, a po
      zalozeniu szwow i gipsow - do wiezienia, gdzie oczekiwal ich juz prowodyr
      oskarzony o podzeganie do rozruchow. Sad wlepil im maksymalny wymiar kary.
      Nawiasem mowiac, w wiezieniu nie mieli lekko, bowiem wsrod wspolwiezniow wrogow
      Dziadka nie bylo. Do ojczyzny Dziadek pojechal jakies pietnascie lat temu i
      powrocil lekko zdeprymowany. Jednakze potem zaczely stamtad przychodzic paczki z
      ksiazkami, za co wdzieczne mu byly dzieci, bowiem rozdawal im wszystkie znaczki,
      jakie do niego przychodzily. Chociaz nie, nie wszystkie. Kilka tygodni temu
      przyszedl do niego list z Kanady ze znaczkiem, ktorego oddania malym
      filatelistom Dziadek odmowil. Powiedzial, ze znaczek ten ma dla niego
      sentymentalna wartosc i jest rarytasem. Faktycznie, nawet w najnowszym katalogu
      nie mozna bylo tego znaczka znalezc. Tak, Dziadek byl barwna i interesujaca
      postacia, dozywajaca swych lat w ogolnym szacunku i sympatii. Jeszcze nie tak
      dawno widywalo go sie na ostrodze siedzacego tam godzinami i czytajacego ksiazki
      (o ile pogoda pozwalala) lub po prostu spogladajacego w morze. Teraz mniej czasu
      spedzal na ostrodze, a wiecej przy komputerze. Jednakze codziennie na ostroge
      przychodzil. Tego dnia przyszedl wczesnym popoludniem i doszedl az do latarni.
      Usiadl na lawce i popatrzyl na ocean. Daleko, na horyzoncie widnial top masztu.
      Powoli ponad linie horyzontu wylonily sie zagle, potem kadlub jachtu. Dziadek
      ocenil, ze jacht doplynie do portu mniej wiecej za dwie godziny (o ile w ogole
      zawinie do portu), postanowil wiec podzekac. Rzeczywiscie, niemal dokladnie dwie
      godziny pozniej jacht minal glowke ostrogi i latarnie. Dziwna rzecz, ale caly
      czas szedl na zaglach. Dopiero kiedy go mijal, Dziadek zobaczyl bandere z lekka
      trzepoczaca na flagsztoku. Byla bialo-czerwona. Dziadek zdumial sie ogromnie.
      Jeszcze nigdy w czasie jego pobytu tutaj zaden polski jacht nie zawinal do
      portu. Dziadek podniosl sie z lawki i poszedl do portu. Szedl dosyc szybko, ale
      jacht powoli zostawial go z tylu. Zobaczyl wiec z oddali, jak jacht postawil
      zagle w lopot, dobil do nabrzeza, zacumowal a potem zrzucil zagle. Na nabrzezu
      czekali juz celnicy, straz portowa i portowy lekarz. Kiedy doszedl, celnicy i
      straz odprawili juz jacht, teraz formalnosci zalatwial lekarz. Dziadek zatrzymal
      sie przy trapie. Jeden z celnikow popatrzyl na niego i usmiechnal sie smutno.
      - To twoj rodak, Dziadku - powiedzial smutno - jest chory i oslabiony. Lekarz
      usiluje sie z nim porozumiec, ale powtarza tylko "shkorboot, shkorboot".
      Hiszpanskiego nie zna, a doktor nie zna angielskiego. My znamy angielski, ale
      nie znamy medycyny. Karetka juz jedzie.
      Rzeczywiscie, na nabrzeze wjechala na sygnale karetka i zatrzymala sie przed
      jachtem noszacym dziwna nazwe "Folblut". Lekarz pomogl zeglarzowi przejsc przez
      trap, a tam juz czekali sanitariusze, ktorzy troskliwie ulozyli go na noszach i
      zaladowali do sanitarki, do ktorej wsiadl rowniez lekarz, po czym odjechali na
      sygnale do szpitala. Dziadek odprowadzal ich wzrokiem, dopoki nie znikneli za
      zakretem, a potem, zamyslony, poszedl do domu.
      Na drugi dzien wyszedl z domu duzo wczesniej niz zwykle i zlapal autobus jadacy
      do szpitala. Tam odszukal lekarza dyzurnego i zapytal o przybysza.
      - Ten zeglarz Polak? - ozywil sie lekarz - Na szczescie nic specjalnie groznego.
      Wyczerpanie organizmu spowodowane awitaminoza, dosc zaawansowanym szkorbutem i
      poczatkami beri-beri. Biedak przez cztery miesiace trawersowal Przyladek Horn i
      skonczyly mu sie warzywa, owoce i witaminy. Byl dosc dlugo na bardzo
      ograniczonej diecie. Teraz szprycujemy go witaminami i odzywiamy przez
      kroplowke. Za kilka dni powinien byc prawie zdrowy. Poprawe juz teraz widac.
      - Mozna go odwiedzic? - zapytal Dziadek.
      - Alez oczywiscie! Na pewno bedzie mu przyjemnie, jednak moze pan miec klopoty z
      porozumieniem, bo on nie mowi po hiszpansku...
      - Za to ja mowie po polsku - mruknal Dziadek.
      - Niech mi pan wybaczy moja skleroze, Dziadku - usmiechnal sie lekarz - na
      smierc o tym zapomnialem. W ramach ekspiacji pozwoli pan, ze go zaprowadze do
      chorego?
      Nie bylo daleko. Lekarz wszedl pierwszy i szkolna angielszczyzna zawiadomil
      pacjenta, ze ma goscia, z ktorym na pewno sie latwo dogada. Pacjent zrobil
      sceptyczna mine i powiedzial do Dziadka:
      - Good morning, sir.
      - Dzien dobry - odpowiedzial Dziadek.
      - Dzien... o moj Boze! Pan Polak! Faktycznie latwo sie dogadam! Thank you,
      doctor, thank you very much!
      - Jak sie pan czuje? - spytal Dziaddek
      - O, juz duzo lepiej. Laduja we mnie witaminy i glukoze - wzrokiem wskazal na
      kroplowki stojace kolo lozka - ale pozwalaja mi pic soki i jakies przetarte
      zupki, ale na razie nic do gryzienia, dopki szkorbut sie nie zacznie co
      • Znowu za dlugie...

        Dokonczenie:

        - O, juz duzo lepiej. Laduja we mnie witaminy i glukoze - wzrokiem wskazal na
        kroplowki stojace kolo lozka - ale pozwalaja mi pic soki i jakies przetarte
        zupki, ale na razie nic do gryzienia, dopki szkorbut sie nie zacznie cofac.
        - To swietnie. A ja przynioslem panu dodatkowe lekarstwo.
        - Dodatkowe? Czyzby czegos mi nie zaaplikowali? - zdziwil sie zeglarz.
        - Nie, nie, na tutejszych lekarzach moze pan polegac. Sa naprawde dobrzy -
        Dziadek usmiechnal sie szeroko - Obserwowalem wczoraj pana przybycie i
        poczynilem pewne spostrzezenia, ktore zasugerowaly mi potrzebe dodatkowego
        lekarstwa - Dziadek znow sie usmiechnal - mam ich ponad piecdziesiat opakowan, a
        dzis przynioslem panu pierwsze.
        Otworzyl reklamowke i wyjal z niej dosc podniszczona ksiazke,ktora wreczyl choremu.
        Ten wzial ja do reki i podniosl do oczu. Napis na okladce glosil:

        Joanna Chmielewska
        Klin

        - Niesamowite, skad pan wiedzial, ze to moja ulubiona autorka?
        - To proste. Ktoz inny, jak nia zagorzaly fan nazwie swoj jacht "Folblut" i
        bedzie szeptal "szkorbut, szkorbut"?

        --
        Mleko sprzedaje, mleko,
        Kupujcie, bo sie oplaca,
        Mleko sie pije lekko,
        Mleko dobre na kaca!
        • Wiosna tego roku była wyjątkowo opieszała. W połowie marca nadal trwała zakuta
          zima, mrożąca resztki ludzkiej wytrzymałości i ostatki ich życiowej energii.
          Wystawiała też na ciężką próbę pierwsze bociany, które zgodnie z własnym
          kalendarzem przylotów, zameldowały się w gniazdach. Ich nastroszone sylwetki
          wśród zwałów śniegu, stanowiły przykry dla oczu dysonans. Wszystko czekało
          wiosny, jak zmiłowania. A jej wciąż nie było. Malkontenci zaczynali wieszczyć
          początek epoki lodowcowej i zmierzch ludzkości, słabsi psychicznie – popadać w
          ciężką depresję, a optymiści, widząc wciąż nowe dostawy śniegu, tracili
          argumenty na udowodnienie tezy, iż każda przykrość kiedyś się kończy, nawet
          zima na tej szerokości geograficznej. Bo choć dawno nie powinno jej być, trwała
          sobie w najlepsze, na przekór wszystkim i już.
          Istota płci żeńskiej, przedzierająca się przez miejski, zimowy pejzaż, niczym
          szczególnym nie odbijała się od otoczenia. Okutana po uszy, lekko zgarbiona pod
          ciężarem ogólnie panującej chandry, brnęła przez lodowe bałwany, marząc tylko o
          tym, by cało dojść do domu, napić się gorącej herbaty i odtajać. Ponura, jak
          większość mijających ją ludzi, których przymus wygonił z ciepłych wnętrz, klęła
          w duchu na wszystko: na służby drogowe, klimat, ssanie w żołądku, polityków,
          niewygodne buty, kolejną podwyżkę ceny za gaz i złamany paznokieć. A także na
          brak słońca i zbyt niskie zarobki. To ostatnie nasunęło jej myśl o pustej
          lodówce, wydarło ciężkie westchnienie i popchnęło do najbliższego sklepu
          spożywczego. Fakt, że zakupy, bez odstawania gigantycznych kolejek i
          wydzierania towaru z pazurów wygłodniałego tłumu, to teraz czysta przyjemność,
          nawet jej nie zaświtał w głowie. W końcu nie można cieszyć się przejawami
          normalności w nieskończoność. Szczególnie, gdy ciężka torba wyciąga rękę do
          kolan, a do pokonania pozostał kawałek czegoś, co powinno być normalne, a nadal
          nie jest: tor przeszkód, zwany szumnie chodnikiem. Drepcząc ostrożnie między
          górami lodu i dolinami zapadłych płyt, nagle do niej dotarło, jak rewelacyjnie
          musi teraz wyglądać. Gdyby tak ktoś, jakimś cudem, zechciał na nią popatrzeć z
          boku, oczywiście.
          - Zmurszałe, stare próchno – zamruczała pod nosem i odruchowo się wyprostowała.
          W samą porę, bo tuż zza zakrętu wypadł jakiś osobnik i runął w jej kierunku z
          takim impetem, że starłby ją na proch, gdyby nie zdążyła lekko uskoczyć i
          jedną ręką, tą wolną od balastu, złapać go za rozpiętą kurtkę.
          - Ej! – krzyknęła z lekkim przestrachem, bo równocześnie rozpoznała w nim
          jednego z tych młodzieńców, którzy od kilku zimowych miesięcy okupowali
          półpiętro w jej bloku i swym głośnym zachowaniem raczej nie budzili sympatii
          wśród mieszkańców. Sama starała się żyć z nimi w zgodzie, co nie znaczy, że
          akceptowała sposób spędzania wolnego czasu na cudzych schodach. Trochę im chyba
          współczuła, że w taki podły czas, nie mają gdzie się podziać z tą swoją
          rozbuchaną młodością, za co oni odwdzięczali jej się grzecznym „dzień dobry” i
          zawsze robili jej miejsce, by mogła przejść swobodnie, bez przeciskania się
          między szerokimi barami i umięśnionymi pośladkami w opiętych dżinsach. Jak
          zdążyła zauważyć, niektórzy mieszkańcy musieli. A ci bardziej nieżyczliwi byli
          nawet popędzani pogardliwym rechotem, co nie wpływało dobrze na poprawę
          wzajemnych stosunków. Może by i doszło do otwartego konfliktu, gdyby nie
          obecność dziewczyn, które ostatnimi dniami pojawiły się w męskim klubie i
          najwyraźniej wpłynęły pokojowo na jego członków. Stali się jakby mniej
          wojowniczo nastawieni do otoczenia, bardziej stonowani, a na klatce, oprócz
          papierosowego dymu, pojawiły się przyjemniejsze nuty - męskich wód toaletowych.
          Można powiedzieć, że pierwiastek żeński spacyfikował negatywne działanie
          nadmiaru testosteronu i nadał mu właściwy kierunek – na siebie.
          Nie będąc do końca pewną, czy ten przed nią należy do całkowicie
          spacyfikowanych, na wszelki wypadek wypuściła brzeg jego kurtki i starała się
          go wygładzić, żeby właściciel nie pomyślał czegoś złego. A wtedy młody osiłek
          zrobił rzecz niesłychaną: złapał ją razem z wszystkimi tobołami, uniósł lekko
          do góry, jak piórko, okręcił dookoła i stawiając z powrotem na chodniku,
          zawołał:
          - Sorry, malutka! No, sorry! To ze szczęścia, wiesz?
          Od razu się domyśliła. Kiedy tylko odzyskała oddech. Przecież świecił takim
          blaskiem, że łuna od niego biła. Z nieszczęścia się tak nie lśni w oczach, nie
          szczerzy zębów w radosnym uśmiechu i nie podrzuca obcych bab do góry...
          Szczególnie dwa razy od siebie starszych. I na pewno nie mówi się do
          nich „malutka”. Chyba, że właśnie jest się w stanie takiej euforii, która
          przesłania cały świat i okolice. Oraz podnosi temperaturę powietrza grubo
          powyżej zera, pozwalając biegać z gołą głową i w rozchełstanej kurtce, bez
          żadnego uszczerbku dla zdrowia. Młody wyglądał, jak jego okaz, jedynie twarz
          zdradzała objawy czegoś w rodzaju lekkiego szaleństwa.
          - Zakochałeś się, co? – zapytała z ciekawością.
          - No! – odkrzyknął głosem, jak trąba jerychońska i poleciał prosto w zamieć,
          która właśnie się na nowo rozszalała.
          Ale kobieta wcale się nią nie przejęła. Ruszyła przed siebie raźnym krokiem,
          nie patrząc pod nogi i nie zważając na śnieg, który sypał jej prosto w twarz. W
          duszy czuła jakieś przyjemne ciepło, które kazało jej się uśmiechać do mijanych
          ludzi, do drzew rosnących pod blokiem, które lada chwila powinny pokryć się
          zielenią, do pary gołębi, przycupniętych w załomku muru, gdzie zwykle zakładały
          gniazdo... I przypomniała sobie jedną ze złotych myśli pewnej bardzo mądrej
          Autorki: przyroda, po prostu przyroda. Wobec niej my głupie stwory jesteśmy.
          Ona zawsze wie co robi. Więc tę spóźniającą się wiosnę też nadrobi, z nawiązką.
          Już zaczęła...

          --
          I zginął ten wielki bohater, pożarty przez drapieżne zwierzęta zwane
          szkorbutami...
    • Jose Maria Ernesto Robeiro y Martinez wrocil po siescie do pracy i usiadl za
      biurkiem. Od lat zastanawial sie, dlaczego wlasciwie ludzie tutaj ciagle
      podtrzymywali obyczaj siesty - tak daleko na poludniu mozna bylo pracowac na
      otwartym powietrzu pod promieniami slonca caly dzien, czy to w lecie czy to w
      zimie. Od niezbyt odleglej Ziemi Ognistej wcale nie nadplywaly fale goraca,
      wrecz przzeciwnie, bliskosc Antarktydy dawala znac o sobie falami chlodu. No,
      chyba ze siesta byla potrzebna zeby utrzymac synchronizcje czasowa z polnocna
      czescia kraju. Tak, to bylo chyba jedyne logiczne wytlumaczenie. Synchronizacja
      i, byc moze, tradycja. Usmiechnal sie na te mysl, wcale nie nowa, poniewaz od
      lat myslal to samo po powrocie ze siesty. I z tym samym usmiechem co zwykle,
      siegnal, jak co dzien, po niegruby stosik raportow lezacy na biurku. Niemal jak
      zawsze nie bylo w nich nic ciekawego, to znaczy nic takiego, ze musialby podjac
      jakakolwiek akcje uzupelniajaca akcje podwladnych. Czasami troche do tego
      tesknil, ale w koncu to jego ciezka praca doprowadzila do tak wspanialej
      sytuacji, ze teraz mogl przychodzic do swojego biura i slodko leniuchowac. Co
      wiecej, przelozeni stawiali go za przyklad calej reszcie kraju - najlepszy
      komendant najlepszej komendy policji. Na jego terenie byla najnizsza
      przestepczosc i najwyzsza wykrywalnosc. A w dodatku tutaj policja byla naprawde
      przyjacielem obywatela, tak wiec zamiast walczyc z przestepczoscia, wiekszosc
      czasu policjanci poswiecali zapobieganiu jej. Jesli zas jakies przestepstwo
      zostalo popelnione, spoleczenstwo pomagalo w schwytaniu sprawcy, a po schwytaniu
      sady wydawaly tak sprawiedliwy wyrok, jak tylko mozna. Nic wiec dziwnego, ze
      prasa nazywal Jose Marie Ernesto Robeiro y Martineza superpolicjantem,
      zwierzchnicy zas probowali go awansowac na wyzsze stanowisko. Nigdy sie na to
      nie zgodzil, ale chetnie prowadzil wyklady w Akademii Policyjnej w stolicy, jak
      rowniez przyjmowal na staz absolwentow. Zauwazyl tez, ze od kilku lat prestiz
      policji w panstwie pomalu (bardzo pomalu) wzrastal. Sam pracowal w policji juz
      niemal czterdziesci lat, przechodzac przez wszystkie szczeble. Zaczal jako
      zwykly posterunkowy, uzupelnil troche edukacje, zostal podoficerem, uzupelnil
      szkole srednia, dostal skierowanie do Akademii Policyjnej, po jej ukonczeniu
      otrzymal stopien oficerski i wrocil tutaj, powoli awansujac az do stanowiska
      komendanta okregu. I nie chcial niczego wiecej. Tutaj sie urodzil, tutaj
      wychowal, tutaj pracowal przez cale zycie, tutaj mial rodzine i przyjaciol.
      Jakikolwiek awans oznaczal pozycje administracyjna, a on administratorem nie
      byl. Byl policjantem. Policjantem, ktory mial setki przyjaciol i tysiace
      znajomych ale ani jednego wroga. Policjantem, do ktorego przychodzili ludzie po
      porade, przychodzili podzielic sie z nim zarowno troskami jak i radosciami, a on
      zawsze mial dla nich czas, porade, dobre slowo. Policjantem, ktory przychodzil
      do kazdego wypuszczonego z wiezienia i wykladal kawe na lawe: popelniles
      przestepstwo, odcierpiales kare. Kara zmazuje wine. Masz przed soba dwie drogi -
      wrocic na droge wystepku i wtedy znow sie spotkamy, albo zyc uczciwie. Zyc
      uczciwie znaczy podjac prace. Wiesz, ze ludzie z twoja przeszloscia maja
      problemy z jej znalezieniem. Moge ci w tym pomoc - ale musisz najpierw
      zdecydowac czy przyjmiesz oferowana pomoc. Z poczatku wiekszosc mu nie wierzyla,
      ale Jose nigdy nie zlamal slowa. Tym, ktorzy chcieli pomocy pomagal, tym, ktorzy
      nie chcieli - nie przeszkadzal. Tak rosl krag jego znajomych i przyjaciol. Tak
      wlasnie widzial swoja role - role policjanta w spoleczenstwie. I tego probowal
      uczyc w Akademii Policyjnej i przysylanych mu stazystow. Jego filozofia zyciowa
      wyrosla z dwoch spotkan z tym samym czlowiekiem blisko czterdziesci lat temu.
      Pierwsze - byl wtedy siedemnastoletnim pomocnikiem murarskim i poszedl na
      spotkanie werbunkowe (wtedy nie wiedzial, ze werbunkowe) jakiegos
      przedstawiciela junty. Mowca przemawial (oczywiscie) po hiszpansku z silnym
      niemieckim akcentem, z pasja mowil o tepieniu wrogow i przerabianiu ich na
      mierzwe. Wtedy stojacy opodal stary czlowiek (pewnie, ze stary, byl juz dobrze
      po czterdziestce) wykrzyknal glosno: "Das ist doch ein Quatsch! Verfluchte
      Nazi!". Wtedy mowca skinal na swoich ochroniarzy - dziesieciu bykow w
      paramilitarnych strojach z drewnianymi palami. Jak dobrze wyszkolone psy bojowe
      rzucili sie na Polaka (znal go z widzenia i wiedzial, ze to Polak). Stojacy w
      poblizu ludzie rozprysneli sie na boki. Polak zas stanal w lekkim rozkroku i
      przymruzyl oczy. Poza tym nie zrobil zadnego ruchu. Jose podziwial jego odwage
      (albo glupote) i wspolczul temu laniu, jakie go czekalo, chcial krzyknac
      "Uciekaj", ale nie wydusil z siebie slowa. Tylko obserwowal. Polak nie ruszyl
      sie az do chwili, kiedy pierwsza pala zaczela spadac na jego glowe. Wtedy...
      nie, do dzisiaj Jose nie wiedzial doklanie jak sie to stalo. Polak po prostu
      zniknal, zas w miejscu walki byl taki wir i takie zamieszanie, ze nic nie bylo
      widac dokladnie. Wydawalo sie, ze nie ma tam Polaka, ale jest ich trzech albo
      czterech. Slychac bylo tylko tepe odglosy uderzen, okrzyki bolu i trzask
      lamanych kosci. Po dwoch minutach (ktore patrzacym wydawaly sie dwoma sekudami
      albo dwoma godzinami - zaleznie od percepcji) Polak zostal sam na placu boju. To
      znaczy, tylko on stal. Dziesieciu opryszkow lezalo na ziemi zwijajac sie z bolu.
      Wtedy mowca - jak sie ten bydlak nazywal? - Bukol? Bukon? Bukow? a, tak, Gerd
      von Bucow, otrzasnal sie z oslupienia i wyciagnal pistolet. Nie zdazyl go
      wycelowac, kiedy stojacy obok policjant, stary Alejandro Mostrales, sierzant,
      trzepnal go palka po lapie, wybil pistolet, chwycil za kark i cisnal o
      najblizsza sciane. Potem wyjal kajdanki i skul mu rece za plecami. A potem
      popatrzyl na plac boju i kazal zadzwonic po pogotowie. Po czym ruszyl ocenic
      wyniki bojki. Wynik byl niezly - trzy zwichniete lopatki, dwa zniszczone lokcie,
      dwie zlamane rece, dwa zniszczone kolana, dwie zlamane nogi, cztery zlamane
      szczeki i ponad trzydziesci wybitych zebow. Aha, dwoch pozbawionych meskosci.
      Mostrales z podziwem popatrzyl na Polaka, ktory nawet ciezko nie oddychal, ssal
      tylko rozbite knykcie i zapytal go, gdzie sie tego nauczyl. Polak odpowiedzial
      cos, czego Jose nie zrozumial - brzmialo to jak "esoli". Mostrales powoli
      pokiwal glowa, stanal na bacznosc i zasalutowal. Potem obaj - Mostrales i Polak,
      czekajac na karetki, zaczeli udzielac pierwszej pomocy. Aha, Mostrales ich
      najpierw jednak zaaresztowal. Wtedy Jose postanowil zostac policjantem -
      postrachem przestepcow. Drugie spotkanie mialo miejsce prawie rok pozniej - Jose
      mial swietowac z grupa kumpli swoje osiemnaste urodziny. Czekal na nich w
      ogrodku kawiarenki na chodniku. Przy sasiednim stoliku siedzialo dwoch starszych
      mezczyzn i Jose rozpoznal w jednym z nich Polaka. Ulica przejechala policyjna
      furgonetka - kilku policjantow stalo nad okrwawionym czlowiekiem lezacym na
      skrzyni. Jose poczul dume - juz jutro zaciagnie sie do policji i bedzie tepil
      przestepcow. Ale sasiedzi najwyrazniej nie byli jego zdania. Przyjaciel Polaka
      skrytykowal policje mowiac, ze znowu kogos skatowali! Zas Polak nie
      zaprotestowal, mowiac, ze trudno duzo oczekiwac od polanalfabetow ktorym dano do
      reki bron i wladze, ze w Anglii kazdy policjant ukonczyl szkole srednia, zaden
      nie nosi broni, zas poszanowanie prawa jest wielkie. Ale, dodal, tam policja ma
      spoleczenstwo za soba a nie przeciw sobie. I wtedy przyszli koledzy, popijawa
      sie zaczela i Jose nie uslyszal nic wiecej. Ale to co uslyszal dalo mu duzo do
      myslenia. Wstapil do policji, duzo czytal o angielskiej policji i probowal
      stosowac jej metody. Uczyl sie. Awansowal. Dzisiaj policja mialo spoleczzenstwo
      za soba - przynajmniej w jego okregu. Zas stazysci roznosili jego metody po
      calym kraju. Przez te wszystki lata nie spotkal Polaka wiecej ani razu, czego
      szczerze zalowal, widywal go wielokrotnie, al
      • Przez te wszystki lata nie spotkal Polaka wiecej ani razu, czego szczerze
        zalowal, widywal go wielokrotnie, ale nigdy z nim nie rozmawial. Wiedzial, ze
        uczynil dla miasta wiele dobrego, tak, ze zaczeto nazywac go z miloscia Dziadkiem.
        Jose wstal od biurka i podszedl do okna, z ktorego roztaczal sie piekny widok na
        port i ocean. Popatrzyl w strone portu i zobaczyl jacht, ktory kilka dni temu
        zawinal tu z chorym zeglarzem. Nosil polska bandere i Jose wiedzial, ze Dziadek
        odwiedzal chorego w szpitalu. Na jutro Jose zaplanowal odwiedziny i zlozenie
        oferty pomocy, jesli zeglarz jej potrzebuje. Z zamyslenia wyrwalo go pukanie do
        drzwi.
        - Wejsc!
        W drzwiach stanal dyzurny.
        - Senior commandante! Przyszedl Dziadek i chcialby z panem rozmawiac.
        Jose nic nie rozumial.
        - Przeciez moj dziadek...
        - Nie panski dziadek, senior commandante, tylko Dziadek!
        - Aaaha - zrozumial Jose i nagle sie zezloscil - i wy go trzymacie w poczekalni
        zamiast od razu do mnie wprowadzic? Poproscie go tutaj natychmiast! BARDZO
        grzecznie!
        - Rozkaz!
        Chwile pozniej drzwi sie otworzyly i dyzurny zameldowal:
        - Senior commandante! Senior... Dziadek!
        - Dziekuje, sierzancie.
        Jose czekal na srodku gabinetu, podszedl do Dziadka i wyciagnal dlon. Dziadek
        wycianal swoja i uscisneli sobie prawice. Uscisk Dziadka byl mocny, nie
        oczekiwalbys takiego od osiemdziesieciolatka.
        - Milo mi pana powitac u siebie, Dziadku - powiedzial Jose - nie ma pan nic
        przeciwko temu, ze nazywam pana Dziadkiem? - zaniepokoilo sie nagle.
        - Alez oczywiscie, ze nie mam nic przeciwko, senior commandante - usmiechnal sie
        Dziadek - wszyscy mnie tak nazywaja.
        - Jesli tak, to prosze nie nazywac mnie "senior commandante", tylko Jose -
        usmiechnal sie w odpowiedzi Jose.
        - Nie uchodzi, senior commandante. Powaga urzedu na tym moze ucierpiec.
        - Uchodzi. Zwlaszcza, jesli rzeczony "senior commandante" ma wobec pewnego
        Dziadka ogromny dlug wdziecznosci, ktorego nie zaczal jescze splacac. Nalegam,
        Dziadku.
        Wyraz zdziwienia przemknal po twarzy Dziadka. Myslal przez chwile, zanim
        odpowiedzial:
        - Nic nie wiem o zadnym dlugu wdziecznosci. A nawet jesli takowy kiedys
        zaistnial, to splacil go pan, Jose, wielokrotnie. Poza tym, mimo, za twoja twarz
        wydaje mi sie znajoma, to nigdy do tej pory nie rozmawialismy, jestem tego pewien.
        - Ma pan racje, Dziadku. Nigdy jeszcze nie rozmawialismy. Tym niemniej mam panu
        wiele do zawdzieczenia.
        - Jesli pan tak twierdzi, Jose - kimze jestem, aby sie z panem sprzeczac? -
        usmiechnal sie Dziadek.
        Jose, jako komendantowi okregu przyslugiwal nieco wiekszy gabinet, na tyle duzy,
        ze oprocz biurka znajdowal sie tu niski stolik i kilka fotelikow. Josen wkazal
        Dziadkowi owe foteliki i zapytal sie czym moze go poczestowac. Moze kawa albo
        czyms zimnym? Dziadek poprosil o mocna herbate i Jose zamowil ja dla niego, dla
        siebie zas kawe. Po czym usiadl na drugim foteliku i z zaciekawieniem spojrzal
        na goscia.
        - Wiem troche o panu, Dziadku - powiedzial z namyslem - miedzy innymi to, ze nie
        lubi pan marnowac cudzego czasu, jesli nie ma ku temu waznych powodow. Nie
        wiedzial pan nic o moim dlugu wdziecznosci, wiec nie on jest jest powodem
        panskiej wizyty. I chociaz, korzystajac z okazji, chetnie bym o nim porozmawial,
        to gosc ma pierwszenstwo. Czym moge panu sluzyc, Dziadku?
        Drzwi otworzyly sie i dyzurny wniosl zamowione napoje. Dziadek odrobine
        poslodzil sobie herbate i mieszal ja bardzo dlugo, duzo dluzej niz rozpuszczenie
        odrobiny cukru we wrzatku wymagalo. Wreszcie podniosl glowe. Jego twarz miala
        dziwny wyraz. Jose, ktory potrafil dobrze odczytywac wyraz twarzy ujrzal na niej
        mieszanke zadowolenia, zazenowania, dumy z czegos i ... bezradnosci.
        Zaniepokoilo go to troche.
        - Wie pan, Jose - powiedzial wolno Dziadek - nie jestem pewien, czy mialem prawo
        zwracac sie z moim problemem do policji. Sprawa jest - jak na razie - zupelnie
        prywatna i obawiam sie, ze byc moze jest wytworem mojej fantazji albo mojej paranoi.
        - Policja, Dziadku - powiedzial powaznie Jose - jest po to, zeby pomagac
        spoleczenstwu. A przeciez nawet paranoicy moga miec wrogow. A policja nie ma
        prawa stac bezczynnie kiedy komus moze stac sie krzywda - wszystko jedno,
        paranoikowi czy nie! Zadaniem policji powinna byc przede wszystkim prewencja, a
        nie sciganie!
        Usmiech Dziadka rozjasnil caly gabinet.
        - To. co powiedziales, Jose, splaca caly twoj dlug wdziecznosci. Tym bardziej,
        ze to co powiedziales, wprowadzasz w zycie. W calym kraju nie ma takiego
        drugiego okregu. Ale beda. Nie na darmo przysylaja do ciebie stazystow. Dlatego
        nie bede owijal w bawelne: potrzebuje pomocy. Prosze, abys przechowal cos dla
        mnie tutaj, w sejfie policyjnym. Nie jest to ani duze, ani niebezpieczne. I
        jeszcze chcialbym miec do tego dostep od czasu do czasu. Nie wiem, jak dlugo
        pomoc bedzie potrzebna. Mam nadzieja, ze krotko.
        - Co to jest?
        - List. Ale wlasciwie tylko koperta jest wazna.

        c.d.n.
        --
        Oto dramat czlowieka widziany w wlasciwej skali:
        Coraz dalej od mleka, coraz blizej kanalii.
        • Jose zaciekawil sie wyraznie.
          - Czy to jest ta sama koperta na ktorej jest znaczek, ktorego wydania odmowiles
          swoim mlodym przyjaciolom-filatelistom? Ten, ktory ma dla ciebie sentymentalna
          wartosc, Dziadku?
          - Ten sam. Ale swoja droga, zaczynam jeszcze bardziej podziwiac prace naszej
          policji.
          - Nie dziw sie, Dziadku. To klasyczny przypadek prewencji. Co mnie zdumiewa, to
          to, ze ktorys ze smarkaczy mogl wpasc na pomysl kradziezy.
          Dziadek energicznie pokrecil przeczaco glowa.
          - Nie, zadnemu z nich by to nawet przez mysl nie przeszlo. To ktos inny.
          - Kto?
          - Pojecia nie mam. I dlatego sie martwie.
          Jose spogladal na Dziadka w zamysleniu. Wiedzial o Dziadku sporo i chociaz
          dopiero przed chwila poznal go osobiscie, to byl pewny, ze Dziadka nielatwo
          przestraszyc. Swiadczylo o tym jego zachowanie w awanturze z von Bucowem i tym
          Rosjaninem, jakze mu tam bylo, aha, Koniowalenka. Przebiegl w mysli inne znane
          mu interwencje Dziadka. Byl pewny, ze Dziadek nie bal sie zadnego lobuza i mimo
          podeszlego wieku dalby sobie z kazdym rade. Zrozumial, ze "esoli", ktokolwiek to
          byl, wyuczyl Dziadka dobrze. A inne przypadki? Jak na przyklad ta akcja
          ratownicza 30 lat temu w czasie najwiekszego huraganu w dziejach miasta, kiedy,
          jak twierdzili wtajemniczeni, nawet ryby rzygaly w glebinach oceanu, zas na
          trawersie portu dryfowal na mielizne i skaly duzy frachtowiec japonski? Jeden
          jedyny Dziadek odwazyl sie wtedy wyjsc na otwarty ocean, zdjal z wraku zaloge,
          dowiozl ja do portu i wrocil na wrak i rozpoczal samotna walke o jego
          uratowanie. Cale miasto stalo wtedy na wybrzezu i modlilo sie o jego
          bezpieczenstwo. Do dzis nie wiadomo, czy to modly odniosly skutek, czy
          umiejetnosci Dziadka, dosc, ze w odleglosci dwoch kabli od Klow Smierci Dziadek
          uruchomil silnik frachtowca i sztuka wrecz niepojeta dla najstarszych wilkow
          morskich odwrocil statek i odszedl w ocean. Czery godziny pozniej lezacy nisko
          na wodzie, na wpol zatopiony statek minal glowke ostrogi i wszedl na duzo
          spokojniejsze i bezpieczne wody portu. Dziadek podprowadzil go do nabrzeza,
          zastopowal i tam silnik po raz ostatni odmowil posluszenstwa. Z tego, co Jose
          wiedzial, wyczyn ten przyniosl Dziadkowi mnostwo pieniedzy i slawy. Tak wiec
          Jose wiedzial, ze zadne znane niebezpieczenstwa nie beda przyczyna zmartwien
          Dziadka. Postanowil mu wiec pomoc.
          - Dobrze, przechowan ten list w moim sejfie. Ale pod jednym warunkiem - zawiesil
          glos.
          Dziadek pytajaco podniosl brwi.
          - Jakim?
          - Ze pozwoli mi pan obejrzec ten list.
          - Alez oczywiscie!
          Dziadek siegnal do kieszeni marynarki i wyjal stamtad plaska, dluga, drewniana
          kasetke. Otworzyl ja i wyjal stamtad koperte, ktora podal Jose. Jose wzial ja
          delikatnie do reki i zaczal uwaznie ogladac. Dluga, biala koperta, typowa dla
          polnocnoamerykanskich listow businesowych. Odbiorca: naklejka z imieniem i
          nazwiskiem Dziadka i jego adresem. Nadawca: naklejka w gornym lewym rogu bez
          nazwiska nadawcy, skrzynka pocztowa w ... rany Boskie, alez nazwy maja ci
          Kanadyjczycy - Mississauga?, okreg Ontario w Kanadzie. No i wreszcie znaczek -
          kanadyjski, bez nominalu... zaraz, zaraz, jak to bez nominalu? Jose wyciagnal z
          szuflady silne szklo powiekszajace i dokladnie obejrzal znaczek. Ano tak, bez
          nominalu, malenki druk - w dwoch jezykach - angielskim i francuskim glosil, ze
          oplata za lokalna przesylke jest uiszczona. Znaczek byl na szczescie czytelny -
          kanadyjska poczta nie przywalila zbyt wiele tuszu na stempel - nadane w tej, no
          Mississaudze. Na znaczku byl portret kobiety otoczony szara ramka. Sam portret -
          kobieta w srednim wieku, blondynka o ciemnych oczach z jakims odznaczeniem na
          klapie kostiumu. I podpis: Joanna Chmielewska. Jose zaczal sobie gwaltownie
          przypominac, co wiedzial o Kanadzie, ale nie mogl z pamieci wygrzebac ani
          nazwiska ani orderu (nie wiedzial nic o kanadyjskich orderach, a kanadyjska
          lista znanych mu postaci ograniczala sie do zaledwie kilku, glownie premierow, i
          nie bylo na niej na pewno zadnej Chmielewskiej). Poza tym, nazwisko bylo raczej
          mniej kanadyjskie, a bardziej polskie. Czy cos jeszcze? Przygladal sie
          znaczkowi, ale nic szczegolnego nie dostrzegl. Podniosl glowe i spojrzal
          pytajaco na Dziadka.
          - Przepraszam cie, Dziadku - powiedzial - ale czy moglbys mi wyjasnic, co
          takiego szczegolnego jest w tym znaczku? Bo chyba chodzi panu o znaczek, a nie o
          sama koperte, prawda?
          - Tak, o znaczek. Jest kuriozalny. Jest to oficjalny znaczek kanadyjskiej
          poczty, wydrukowany na indywidualne zlecenie w ograniczonej ilosci - nie wiem w
          jakiej - byc moze 50, byc moze 100, byc moze 1000 sztuk. To po pierwsze. Po
          drugie, przedstawia zyjaca osobe. Po trzecie - jest to polska pisarka, znana i
          popularna w Polsce, ale malo znana za granica, no, za wyjatkiem Rosji. Wszystko
          to czyni ten znaczek dosc unikalnym, a przez to cennym.
          - Rozumiem. I boisz sie, ze ktos sie moze na niego polaszczyc, Dziadku? I chcesz
          go usunac z zasiegu lepkich lap?
          - Niemal dokladnie tak, Jose. Z jedna, dosc istotna roznica. Otoz nie jest to
          tylko mozliwosc. Te znaczki juz zaczely ginac.

          c.d.n.
          --
          Mleko sprzedaje, mleko, kupujcie, bo sie oplaca,
          Mleko sie pije lekko, mleko dobre na kaca!
          • Oczy Jose zrobily sie ogromne ze zdumienia.
            - Jak to zaczely ginac? W jaki sposob? I skad wiesz? Przeciez powiedziales, ze
            naklad byl bardzo ograniczony?
            - To dluga historia, ale sprobuje sie streszczac - usmiechnal sie Dziadek. -
            Otoz seniora Chmielewska, jak juz powiedzialem, jest pisarka znana i popularna w
            Polsce. Pisze ksiazki kryminalne, ale na wesolo. Nawet nie wiesz, Jose, co to za
            przyjemnosc czytac kryminal i co chwila sie usmiechac albo nawet smiac glosno.
            Na calym swiecie nikt nie pisze tak, jak ona. I nalezy tylko zalowac, ze banda
            przemadrzalych intelektualistow najprawdopodobniej nigdy tego nie doceni i nie
            przyzna jej literackiej nagrody Nobla. Ale zostawny to na boku, bo to nie ma nic
            wspolnego z historia. Otoz jakies cztery lata temu powstalo na stronie
            internetowej poczytnej gazety forum poswiecone jej tworczosci. Nie bylo
            pierwsze, ale jedno zawiesilo swoja dzialalnosc trzy lata temu, a drugie nie
            stworzylo nic tak ineresujacego, jak to o ktorym mowie. Otoz to forum powolalo
            do zycia oficjalne stowarzyszenie, ze statutem i tak dalej. Zaczeli odbywac
            regularne spotkania co miesiac. Liczba czlonkow - ale nie kazdy, kto czyta i
            pisze na forum jest czlonkiem tego stowarzyszenia, zaczela rosnac i w tej
            chwili, o ile wiem spotkania odbywaja sie juz w kilku miastach. Ponadto
            stowarzyszeniu udalo skontaktowac sie z seniora Chmielewska i zaprosic ja na
            takie spotkanie - i to pomimo jej braku czasu, jak i dosc znanej niecheci do
            takich spotkan. Spotkanie bylo na tyle udane, ze seniora Chmielewska zgodzila
            sie je juz powtorzyc dwukrotnie i wyglada mi na to, ze stanie to coroczna
            tradycja. Pisarka ma ogromne poczucie humoru, wiec na kazdym takim spotkaniu
            towarzystwo oferuje jaj zartobliwy prezent w jakis sposob zwiazany z jej
            tworczoscia. Na ostatnim spotkaniu byl obecny jej syn mieszkajacy na stale w
            Kanadzie. O, widze ze zaczynasz lapac powiazanie, Jose, prawda? Otoz syn
            wykorzystal mozliwosci oferowane przez kanadyjska poczte i wydal oficjalny
            kanadyjski znaczek - zaprojektowany przez swoja corke, a wnuczke seniory
            Chmielewskiej.
            - I to jest ten znaczek na kopercie? - upewnil sie Jose.
            - Tak, syn pisarki postanowil zrobic przyjemnosc czlonkom towarzystwa i wyslal
            do nich takie same listy, jak ten, ktory tutaj widzisz. I wszyscy sie bardzo
            cieszyli. No, prawie wszyscy. Listy nie dotarly do dwoch adresatow. Widze twoja
            zdumiona mine, Jose, ale jest niestety smutna prawda, ze czasami listy w Polsce
            nie docieraja do adresatow. Do dzisiaj panuje w Polsce przekonanie, ze listy z
            Zachodu, a zwlaszcza z USA i Kanady maja w sobie gotowke. I czasem ktos takie
            listy po prostu kradnie. Czasem dzieje sie to na poczcie, czasem jakis sasiad ma
            lepkie rece, a czasem przesylka po prostu sie gdzies zapodziewa i dociera po
            kilku miesiacach czy nawet latach. Dlatego tez nikt sie tym zbyt bardzo nie
            przejal, poniewaz syn poslal poszkodowanym duplikaty. Jeden doszedl, drugi
            przepadl. Poniewaz przez pomylke wyslal do kogos ten list dwukrotnie, to znaczy
            do kogos, kto nie byl poszkodowany, ta osoba oddala nadliczbowa przesylke
            poszkodowanemu. I wszystko bylo dobrze. Do czasu.
            - Zaraz, Dziadku. To znaczy, ze trzy znaczki zginely, czy tak? Ale to sie
            wydarzylo w Polsce, a nie tutal i ty juz dostales swoj list, prawda?
            - Powiedzialem ci, Jose, ze to dluga historia. Tak, tamte kradzieze - o ile to
            byly kradzieze, a nie niedbalstwo poczty wydarzyly sie w Polsce. Cala akcja
            rozsylania listow zakonczyla sie w lutym. I do poczatku marca wszyscy, do
            ktorych listy zostaly wyslane, przesylki otrzymali, poza jednym wyjatkiem, o
            ktorym mowilem. I wszyscy byli szczesliwi. Az do czerwca.
            - A co sie stalo w czerwcu?
            - W czerwcu rozpoczely sie wlamania.

            c.d.n.
            --
            Oto dramat czlowieka widziany w wlasciwej skali:
            Coraz dalej od mleka, coraz blizej kanalii.
            • - Wlamania?
              - Powiedzmy, kradzieze. Ale jesli cos ginie z zamknietego domu, to, moim
              zdaniem, jest to wlamanie. Powiedzmy kradziez polaczona z wlamaniem.
              - Prawnicze, techniczne szczegoly. Opowiadaj, Dziadku, dalej.
              - Nikt nie wie, kiedy sie to zaczelo. Osmego czerwca, po powrocie do domu, jedna
              z posiadaczek znaczka odkryla jego brak. Dosc zreszta przypadkowo. Spotkala
              stara przyjaciolke i chciala jej sie pochwalic. A znaczek wyparowal. Przeszukala
              cale mieszkanie i nie bylo go nigdzie. Wtedy sobie przypomniala, ze dzien
              wczesniej wydawalo jej sie, ze cos w domu bylo nie tak - jakis taki troche inny
              porzadek. Zrozpaczona opisala to na forum i otrzymala. oprocz slow pociechy
              polecenie zrobienia generalnych porzadkow - wtedy zguba na pewno sie znajdzie.
              Ale wieczorem tego samego dnia nadszedl drugi alarm - z pobliskiej miejscowosci
              Czarnocin.
              - Zaraz, a gdzie byl ten pierwszy?
              - W Kielcach, nie mowilem?
              - Nie, ale to i tak nie ma znaczenia, bo nie wiem, gdzie to jest.
              - Fakt, przydalaby sie mapa.
              Jose poderwal sie i skoczyl do drzwi, ktore otworzyl z rozmachem
              - Dyzurny, mamy tu jakis atlas?
              - Si, senior commandante! Manuel wlasnie kupil synowi i jeszcze nie zabral go do
              domu!
              - Manuel! Pozyczysz mi na chwile swoj atlas?
              - Si senior cammandante!
              Za chwile Jose zamknal drzwi i wrocil do stolika, dzwigajac w reku niezbyt duzy
              atlas. Odszukal mape Polski i zaczal szukac miejscowosci podanych przez Dziadka,
              ale najwyrazniej mu to nie szlo. Dziadek uprzejmie wskazal palcem:
              - Kielce sa tutaj.
              - A ta druga miejscowosc? Nie skonczyles o niej mowic, Dziadku.
              - Za mala, zeby sie znalezc na takiej malej mapie. Ta dziewczyna z Czarnocina
              wiedziala doskonale, gdzie byla jej koperta. Ale jej nie znalazla. Znalazla za
              to nieco wiekszy balagan w biurku.
              - Ciekawe. I co dalej?
              - Byl juz pozny wieczor, a raczej noc, wiec nic wiecej sie nie dzialo. Natomiast
              dzien pozniej maly balagan w domu i brak znaczka odkryla dziewczyna ze
              Starachowic - o, tutaj.
              - Wszystko w poblizu - mruknal Jose.
              - Jak na razie. Alarm chyba spowodowal chec obejrzenia koperty przez innych i na
              forum zapanowal poploch. Calkowicie uzasadniony, bo okazalo sie, ze zaginely
              nastepne koperty - dziesiec sztuk, wszystkie w Warszawie.
              - A reszta?
              - Reszta ciagle na miejscu. Ale niedlugo. Przez weekend wszyscy szukali
              zaginionych kopert, ale w poniedzialek trzy osoby w Warszawie zastaly po
              powrocie do domu drobne zmiany i sprawdzily, czy sa jeszcze posiadaczami
              kopert. Nie byly. Zawiadomily wiec policje o wlamaniu. Na forum padl blady
              strach. Przez trzy dni byl spokoj, ale w piatek nastapily wlamania w Chelmie i
              Jozefowie - o tutaj, w lubelskiem - Dziadek wskazal miejsca na mapie.
              - Policja?
              - Zawiadomiona. Spokoj przez nastenych kilka dni, a w czwartek wlamania we
              Wroclawiu i Walbrzychu, w piatek zas kolejne trzy w Warszawie. Znowu kilka dni
              spokoju, a we srode wlamaniw w Krakowie, w czwartek w Tychach a w piatek kolejne
              trzy w Warszawie.
              - Alez ten wlamywacz jest pracowity - zdumial sie Jose - chyba ze...
              - Nie wiadomo. Policja albo nie znalazla zadnych sladow, albo nie chce nic
              mowic, albo nic nie robi.
              - Nic nie robi? To niemozliwe - oburzyl sie Jose.
              - Nie tak bardzo niemozliwe. Co w koncu zginelo? Koperta ze wspolczesnym
              znaczkiem? Raczej nisko na liscie priorytetow niedofinansowanej policji -
              westchnal ciezko Dziadek.
              - Ale wrocmy do naszej chronologii. W kolejna srode - to juz lipiec - ginie
              koperta w Poznaniu, w piatek - w Gdyni. Kolejny poniedzialek przynosi kolejne
              trzy wlamania w Warszawie. I tutaj mamy koniec pierwszego etapu. W Polsce nie
              ocalal ani jeden znaczek.

              c.d.n.
              --
              Grafoman ze stazem zostaje pisarzem!
              • - Wlamywacz je wywiozl za granice?
                - Co? A, nie, zle sie wyrazilem. Mialem na mysli to, ze zaden z z prawowitych
                wlascicieli juz znaczkow, czy tez kopert nie mial.
                - A ktos jeszcze mial? Poza Polska?
                - Owszem. I ci byli zaniepokojeni, ale bez przesady. Uplynelo dziesiec dni w
                spokoju. Dzien pozniej, w piatek, wlamywacz uderzyl ponownie. Tym razem w
                Sztokholmie, w Szwecji. Zas dokladnie w tydzien pozniej dokonano wlamania w
                Anglii. W obu wypadkach wlamania byly uwienczone sukcesem. Szesc dni pozniej
                odezwal sie syn seniory Chmielewskiej. Okazalo sie, ze byl gdzies w podrozy
                sluzbowej, a potem zostal tam na urlop i nie mial prawie kontaktu z Internetem.
                Nie byl pewien, czy zostalo mu jeszcze wystarczajaco duzo znaczkow, zeby je
                powysylac zrozpaczonym ludziom, ale obiecal sprawdzic w czasie weekendu. Nie zdazyl.
                - Chcesz powiedziec, Dziadku, ze do seniora Chmielewskiego dokonano wlamania?
                - Do kogo?
                - Do seniora Chmielewskiego.
                - A! Do seniora Chmielewskiego. Czy ja ci nie powiedzialem, Jose, ze nazwisko
                "Chmielewska" jest pseudonimem literackim?
                - Nie, nie powiedziales.
                - No to teraz mowie. Seniora Chmielewska nazywa sie naprawde zupelnie inaczej i
                oczywiscie jej synowie rowniez. W kazdym razie, masz racje. W piatek ktos wlamal
                sie do jego mieszkania w Toronto, skradl reszte znaczkow i wszystkie notatniki z
                adresami. Senior Robert jest wsciekly.
                - Senior Robert to syn seniory Chmielewskiej?
                - Tak. Ale to nie koniec. W ten sam dzien wlamano sie do dwoch innych mieszkan w
                Toronto i skradziono znaczki.
                - Zaraz, troche sie pogubilem w chronologii. Kiedy to bylo?
                - W ostatni piatek, trzy dni temu. I to wlasnie sprowadzilo mnie do tutaj. Z
                tego co wiem, w rekach prawowitych wlascicieli zostaly tlko trzy znaczki - jeden
                w Nowej Zelandii, jeden w Egipcie i jeden tutaj, w tej chwili na twoim biurku. I
                dlatego chce cie prosic o te przysluge, zebys przechowal ten znaczek tutaj, u
                siebie, dopoki niebezpieczenstwo nie minie. O ile w ogole kiedykolwiek minie -
                dodal gorzko po chwili zastanowienia.
                - Rozumiem, co masz na mysli, Dziadku - powiedzial miekko Jose - i, jak ci juz
                mowilem, policja jest po to, zeby pomagac. Przechowam ci te koperte. Jesli
                mozesz, to zostaw mi rowniez te kasetke - schowam do niej koerte, zeby sie nie
                uszkodzila. To bedzie maly zadatek na poczet mojego dlugu.
                - A ty znowu, Jose, wyjezdzaz z tym dlugiem - prychnal Dziadek, podajac Jose
                szkatulke - wykrztus wreszcie z siebie co to za dlug i miejmy to z glowy.
                Jose odebral szkatulke, wlozyl do niej list, wstal i podszedl z nia do sejfu.
                Otworzyl go, pieczolowicie umiescil szkatulke w srodku i zamknal sejf. Potem
                wrocil do stolika, usiadl, i po chwili zastanowienia opowiedzial Dziadkowi o
                tych dwoch spotkaniach, ktore tak wplynely na jego zycie. Dziadek sluchal
                uwaznie. Kiedy Jose skonczyl, Dziadek milczal przez dluzsza chwile,
                zastanawiajac sie nad czyms gleboko. To pokiwal glowa, to nia pokrecil. Wreszcie
                spojrzal na Jose z filuternym usmiechem.
                - Jak na policjanta na twoim stanowisku, Jose, to jestes wyjatkowo tepy. Nie
                rozumiesz, ze jedyna osoba, wobec ktorej masz dlug wdziecznosci, jestes ty sam?
                - Ale...
                Dziadek podniosl reke, ucinajac protest w zarodku.
                - Tak, ty sam. To twoje przemyslenia stworzyly cie takim, jakim jestes. Nikt ci
                w tym nie pomogl. Jesli zas upierasz sie przy dlugach wdziecznosci, to lista
                twoich dluznikow bedzie duzo dluzsza niz ci sie wydaje, mozesz na nia wpisac
                swojego katechete, ktory nauczyl cie Dziesieciu Przykazan, wszystkich, ktorzy ci
                kiedys pomogli, wszystkich, ktorzy dali ci jakas rade, wszystkich autorow,
                ktorych czytales. Ale to ty wyciagales wnioski, to ty podejmowales dzialania.
                Wszyscy inni ci tylko pomogli. Tak, masz dlug wdziecznosci, ale nie wobec
                poszczegolnych osob, a wobec spoleczenstwa. I dlug ten splacasz codziennie, od
                lat. Mam wrazenie, ze dawno go juz splaciles, ze to raczej spoleczenstwo ma
                teraz dlug wobec ciebie. Ale to w sumie nieistotne. Wazne jest, ze jestes dobrym
                czlowiekiem, a co wiecej - wlasciwym czlowiekiem na wlasciwym miejscu. Przemysl
                to sobie. A ja juz pojde - popatrz, juz zapadla noc.
                - Nie zgadzam sie z toba, Dziadku - powiedzial Jose - ale sobie to przemysle. A
                jutro wybieram sie odwiedzic w szpitalu zeglarza - bedziesz tam?
                - Bede.
                Dziadek wstal i wyciagnal reke do Jose.
                - Dziekuje ci, Jose.
                Jose uscisnal reke Dziadka i odparl powaznie.
                - Naprawde, nie ma za co, Dziadku. Ale zanim wyjdziesz, mozesz mi odpowiedziec
                na jedno pytanie? Kto to byl ten "Esoli" o ktorym powiedziales Mostralesowi?
                - Nie kto, a co. Skrot. SOE. Brytyjska formacja komandosow i cichociemnych w
                czasie wojny.
                Dziadek wyszedl, Jose zas usiadl przy biurku i zadumal sie gleboko. Nowy klocek
                wpasowal sie do ukladanki, ale do zrozumienia Dziadka bylo jeszcze daleko.
                Wreszcie westchnal gleboko i poszedl do domu. Po drodze wstapil do biblioteki,
                skad wyszedl z dosc gruba ksiazka.

                c.d.n.
                --
                Oto dramat czlowieka widziany w wlasciwej skali:
                Coraz dalej od mleka, coraz blizej kanalii.
                • Na drugi dzien Jose przyszedl do pracy jak zwykle. Byl jednak troche niewyspany,
                  bowiem do pozna w nocy czytal ksiazke przyniesiona z biblioteki. Kazdego, kto
                  znal seniora commandante zdziwilby sposob czytania. Commandante zawsze czytal
                  ksiazke od poczatku do konca, nigdy nie zerkajac wczesniej na koniec. Tym razem
                  odstapil od swojego zwyczaju, popatrzyl na spis tresci i zaglebil sie w lekture
                  kilku ostatnich rozdzialow. Ale doczytal do konca i odkladajac ksiazke mruknal
                  tak cicho, zeby nie obudzic swojej zony Carmelity "Fascynujace. Musze przeczytac
                  calosc". A potem zgasil swiatlo i zasnal.
                  Jak co dzien przeczytal raporty za dzien wczorajszy, wydal kilka polecen i
                  przejrzal korespondencje od zwierzchnosci. Szczegolnie jednemu pismu poswiecil
                  sporo uwagi czytajac go wielokrotnie i krecac przy tym glowa. Potem odlozyl go
                  na bok. Skonczyl reszte, zrobil kilka notatek, po czym wzial odlozone na bok
                  pismo i wstal zza biurka. Wyszedl z gabinetu i poszedl do biura zastepcy. Ten
                  byl zajety swoja praca, ale zaczal sie podrywac z miejsca na widok commandante.
                  Jose przerwal te cwiczenia gimnastyczne ruchem reki.
                  - Siedz, siedz - powiedzial - przeciez i tak wiem, ze okazujesz szacunek nalezny
                  przelozonemu w wlasciwy sposob.
                  Obaj zachichotali. Jose podal zastepcy pismo. Ten przeczytal je szybko, a potem
                  jeszcze raz, tym razem znacznie wolniej.
                  - Zwariowali? - zapytal.
                  - Jezeli ty tez myslisz, ze zwariowali, to znaczy ze to nie ja zwariowalem. W
                  takim razie mozesz napisac odpowiedz, jak rowniez wyrazic swoje zdanie na temat
                  tych propozycji.
                  - Naprawde moge? To znaczy - moge pojsc na calosc? - z nadzieja w glosie zapytal
                  zastepca.
                  - Mozesz. Na calosc. I nie musisz byc zbyt taktowny - lagodnie powiedzial Jose -
                  w koncu i tak ja to podpisze. A ja nie jestem znany z taktu, jak wiesz. I czas
                  przypomniec o tym kilku gryzipiorkom z kwatery glownej, ktorzy cala znajomosc
                  pracy policyjnej wyniesli z Hollywood.
                  - Och, Dirty Harry - westchnal zastepca.
                  - Och, Hunter - westchnal commandante.
                  - A gdzie jest Sledge Hammer, gdy go potrzeba - jeknal zastepca i obaj
                  wybuchneli glosnym smiechem.
                  - Dobra, wysmaz odpowiedz. Ja teraz wychodze. Wroce po siescie.
                  Commandante wrocil do gabinetu, ubral plaszcz i wyszedl. Na ulicy stanal i
                  wciagnal gleboko chlodne, wilgotne powietrze.
                  - Chyba wiosna idzie - mruknal i ruszyl w strone szpitala. Nie bylo daleko, wiec
                  kwadrans pozniej przekroczyl jego bramy i skierowal sie do informacji.
                  Dowiedzial sie gdzie lezy zeglarz i chwile pozniej zapukal do uchylonych drzwi,
                  zza ktorych dobiegal gwar glosow.
                  - Buenos dias - powiedzial Jose grzecznie do lezacego na lozku zeglarza i
                  siedzacego obok niego Dziadka.
                  - Buenos dias - odpowiedzieli obaj, po czym Dziadek wskazal na drugie krzeslo -
                  usiadz, Jose.
                  Jose zdjal plaszcz i usiadl. Zwrocil sie do Dziadka.
                  - Czy bylbys tak uprzejmy, Dziadku, zapytac swego rodaka w jakim jezyku chcialby
                  rozmawiac? Ja niestety nie mowie po polsku, on, o ile wiem nie mowi po
                  hiszpansku. Jezeli mowi dobrze po angielsku, to moze to byc wspolny jezyk, bo
                  ty, zdaje sie, mowisz, prawda? A jezeli nie, to moze moglbys mi pomoc jako tlumacz?
                  Dziadek skinal glowa i powiedzial cos do do chorego w dziwnie brzmiacej
                  szeleszczacej, aczkolwiek dzwiecznej i przyjemnej w sluchaniu mowie. Odpowiedz
                  chorego byla rownie niezrozumiala. Dziadek i chory wymienili jeszcze kilka zdan,
                  ktorych Jose sluchal z zaciekawieniem, nie rozumiejac z nich ani slowa. Nagle w
                  ucho wpadly mu znajome slowa "senior commandante" wygloszone przez Dziadka.
                  Zanim Jose zdazyl sie zorientowac, ze to o nim jest mowa, chory zeglarz zwrocil
                  sie do Jose w dobrej angielszczyznie.
                  - Bardzo mi milo, ze mnie pan przyszedl odwiedzic, senior commandante. Mam
                  nadzieje, ze nic nie przeskrobalem. Pan - tu padlo dziwnie szeleszczace nazwisko
                  Dziadka - zapewnia mnie ze nie, ale czlowiek zawsze czuje sie nieswojo, gdy
                  policja sie nim interesuje.
                  - Alez skad! - rozesmial sie Jose - nic pan nie przeskrobal - nawet gdyby pan
                  chcial, to nie mialby pan ani kiedy, ani jak. Kroplowke odlaczono panu dopiero
                  dzisiaj, nieprawdaz? Przyniosla mnie tu zwykla ludzka ciekawosc - niezbyt czesto
                  zawija tu ktos plynacy dookola swiata, a jeszcze rzadziej ktos, komu tak
                  dokopala Ciesnina Magellana. - Jose pokrecil glowa - Cztery miesiace! No i potem
                  jeszcze musial pan tu doplynac Ile to czasu panu zajelo? Dwa tygodnie?
                  - Dwanascie dni.

                  c.d.n.
                  --
                  Mleko sprzedaje, mleko, kupujcie, bo sie oplaca,
                  Mleko sie pije lekko, mleko dobre na kaca!
                  • - To szybko - powiedzial Jose - pewnie chcial sie pan jak najszybciej znalezc na
                    ladzie i odswiezyc zapasy zywnosci. A jak bylo z woda? - zainteresowal sie nagle.
                    - Koncowka. Odkad wysiadl mi silnik nie mialem elektrycznosci na odsalanie.
                    Sklecilem mala turbine wietrowa, ale dawala tyle pradu co kot naplakal i z
                    trudem odsalala szklanke wody dziennie. A i to w dobry dzien. Tak ze przez
                    ostatnie cztery tygodnie musialem sobie wode racjonowac.
                    - No to mial pan wesolo - podsumowal Jose - a teraz czeka pana naprawa silnika -
                    a propos, co tam nawalilo?
                    Twarz zeglarza spochmurniala.
                    - Nie wiem. Ale cos powazniejszego, bo gdyby to bylo cos malego, to bym to
                    naprawil. Jestem niezlym mechanikiem, ale w Ciesninie nie dalem rady. A to mnie
                    bedzie zdrowo kosztowac. Bede musial sie postarac o jakas legalna - podkreslam,
                    legalna, prace, zeby na to zarobic.
                    - Chyba bedziemy panu mogli w tym dopomoc - usmiechnal sie Jose - co o tym
                    sadzisz, Dziadku?
                    - Jesli myslisz o tym, co ja... - powiedzial z dziwnym wyrazem twarzy Dziadek.
                    - Juan! - powiedzieli obaj rownoczesnie i rozesmieli sie.
                    Chory najwyrazniej nie zrozumial powodu smiechu, bo spojrzal na nich pytajaco.
                    - Juan Maracaibo - wyjasnil Jose - jest naszym wspolnym znajomym. Ma kilka
                    ciekawych cech, jak na przyklad ta, ze zedrze z obcego skore, ale swoim da
                    przyzwoite cene za robote. Jest najlepszym mechanikiem w porcie - lepszym byl
                    tylko Dziadek, ale jest niedbaly i potrafi spaprac robote. Nawet nie wspomne o
                    tym ze jest tak leniwy, ze dwugodzinna naprawe potrafi rozciagnac na trzy miesiace.
                    - To dlaczego o nim pan mysli? - zapytal chory.
                    - Dlatego, ze ma wobec obu nas pewne... zobowiazania. To Dziadek nauczyl go
                    fachu, a ja pomoglem mu sie do tego fachu dostac. Stara sprawa, ale Juan jest
                    czlowiekiem honoru i na pewno nam pomoze. Kazdemu z nas moglby odmowic, ale obu
                    razem... - Jose pokrecil glowa - nie odmowi. I przystanie na nasze warunki.
                    - Na pewno nie odmowi. I zrobi robote szybko, porzadnie i tanio - powiedzial
                    Dziadek.
                    - To co, probujemy go zlapac przed siesta? - zapytal Jose.
                    - Niezly pomysl - zgodzil sie Dziadek - podobno rozkreca interes i czasem mozna
                    go zastac w biurze.
                    - W biurze? - sceptycznie zapytal Jose - moze chcesz mi jeszcze powiedziec ze w
                    spodniach i koszuli zamiast tego brudnego drelichu?
                    - Gorzej - ponuro odpowiedzial Dziadek. - Widziano go w zeszlym tygodniu w
                    garniturze i pod krawatem. Co wiecej... - zawiesil glos - o g o l o n e g o.
                    - Madonna Santissima - jeknal Jose - swiat sie konczy, psy zadkami szczekaja.
                    Czy proboszcz zaczal juz bic w dzwony?
                    - Biskup mu zabronil. Jak na razie lezy krzyzem w kaplicy trzeci dzien i
                    dziekuje za cud.
                    - Ale co...
                    - Maria.
                    - Zawsze mu przepowiadalem, ze go baby zgubia - z satysfakcja powiedzial Jose -
                    zeni sie?
                    - Zeni. Maria nie chciala sie zgodzic, bo, jak mowila, bez stalych zarobkow
                    bedzie glodowac. Wziela Juana na ambicje i ten w miesiac rozkrecil interes. Juz
                    ma czterech ludzi i usiluje dostac staly kontrakt ze spoldzielnia.
                    - Dostanie. Jesli potrafi udowodnic, ze wreszcie mozna na nim polegac. Sam
                    wiesz, w jakim stanie sa kutry spoldzielni. A Juan jest najlepszy.
                    - Udowodni. Bardzo mu na Marii zalezy. Ja tez mu przepowiadalem, ze go baby zgubia.
                    Obaj rozesmieli sie radosnie. Chory patrzyl na nich zupelnie nic nie rozumiejac.
                    Wreszcie Dziadek sie nad nim zlitowal.
                    - Odkad przestalem pracowac, Juan jest tutaj najlepszy. Ale, prawde mowiac,
                    moglby byc duzo lepszy. To mechaniczny geniusz. Tyle tylko, ze nigdy mu sie nie
                    chcialo. Pracowal tylko tyle, ile musial. W zaden sposob nie mozna mu bylo
                    wplynac na ambicje. No i wreszcie znalazl dziewczyne na ktorej mu zalezy tak
                    bardzo, ze sie zaczal starac. Mowilismy mu, ze go baby zgubia... - znowu sie
                    zasmial - a teraz Jose i ja to wykorzystamy to na twoja korzysc. Powiedz mi, co
                    sie stalo z silnikiem.
                    Zeglarz zaczal opowiadac. W miare (krotkiego zreszta) opowiadania wyraz
                    rozbawienia znikal z twarzy Dziadka. Zadal pare krotkich pytan, ktorych Jose nie
                    zrozumial. Odpowiedzi zreszta tez nie - nie rozumial przeciez po polsku.
                    Wreszcie Dziadek wstal i zaczal sie zegnac. Jose poszedl w jego slady. Ubrali
                    sie, wyszli ze szpitala i ruszyli w strone portu.

                    c.d.n.
                    --
                    Mleko sprzedaje, mleko, kupujcie, bo sie oplaca,
                    Mleko sie pije lekko, mleko dobre na kaca!
                    • Dziadek najwyrazniej byl z czegos niezadowolony. Cos pomrukiwal pod nosem,
                      krecil glowa i dawal do zrozumienia, ze cos go gnebi. W koncu Jose nie wytrzymal
                      i zagadnal:
                      - Nie masz sie czym martwic, Dziadku. Na pewno uda nam sie przekonac Juana.
                      - Ja sie o to nie martwie. Martwi mnie sam remont.
                      - O, Juan na pewno da sobie rade. Przeciez znasz go.
                      - Znam. I dlatego sie matrwie. Juan jeszcze nigdy nie pracowal nad tym typem
                      silnika. Ja, niestety, tak.
                      - Niestety? - zdziwil sie Jose.
                      - Niestety. Nie zrozum mnie zle, Jose. To sa dobre silniki. Ale tylko do czasu.
                      Sa niestety delikatne jak stare koronki. Nie, zle powiedzialem. Nie sa delikatne
                      - potrafia zniesc wiele. Ale jak raz sie w nich cos zepsuje, to zaraz wystepuje
                      efekt domina i sypia sie jak domek z kart. Co gorsza, kolejne awarie nastepuja
                      po sobie szybko, ale nie na tyle szybko, zeby nie uznac silnika za naprawiony.
                      Po prostu wszystko gra, ale po tygodniu pada cos nowego. Naprawiasz,
                      przetestujesz, wszystko gra. A po dwoch tygodniach wysiada cos innego. I tak
                      wkolo Macieju i dookola Wojtek. Krotko mowiac, taki silnik po normalnej naprawie
                      nie nadaje sie do podrozy dookola swiata. Owszem, istnieje droga do przywrocenia
                      go do pelnej sprawnosci, ale Juan jej nie zna. I mimo swojego geniuszu nie
                      wpadnie na nia od razu. A nasz przyjaciel w szpitalu musi miec naprawde
                      naprawiony silnik.
                      - To jak to rozegramy?
                      - Jeszcze nie wiem. Zobaczymy na miejscu.
                      - To znaczy za chwile, bo juz jestesmy na miejscu.
                      Rzeczywiscie, byli. Od budynku, w ktorym miescil sie warsztat Juana dzielio ich
                      kilka krokow. Z tylu, przy nabrzezu nalezacym do warsztatu stalo zacumowanych
                      kilka kutrow i wprawne oko moglo wylapac, ze cos sie na nich dzieje. Okrazyli
                      rog budynku, podeszli do wejscia i zgodnym chorem gwizdneli. Nad wejsciem swieza
                      farba pysznil sie napis "Maracaibo Inc.". Popatrzyli na siebie z usmiechem i
                      pokiwali glowami.
                      - Taaak, to jest naprawde powazne - powiedzial Jose i otworzywszy drzwi wpuscil
                      Dziadka przodem. Doszli do "gabinetu" Juana i znowu ich zatkalo. Dawna kanciapa,
                      w ktorej tylko dziada i baby brakowalo, lsnila czystoscia. Biurko, fotel i kilka
                      krzesel bylo chyba nowe. Podobnie jak olbrzymi rajzbret, nad ktorym nachylal sie
                      jakis mezczyzna w garniturze.
                      - Buenos dias - grzecznie powiedzieli Dziadek i Jose.
                      Mezczyzna odwrocil sie i obaj oslupieli. Byl to Juan - w ubraniu, pod krawatem i
                      ogolony. Obaj po raz pierwszy w zyciu widzieli go w takim stanie. Juan
                      usmiechnal sie od ucha do ucha.
                      - Buenos dias, amigos. Prosze, usiadzcie. Przyszliscie obejrzec
                      najszczesliwszego czlowieka na swiecie?
                      - Dlaczego najszczesliwszego?
                      - Wczoraj podpisalem umowe ze spoldzielnia od naszych sasiadow z polnocy. Maja
                      flotylle kutrow a wszyscy tamtejsi mechanicy nie potrafia utrzymac ich na
                      chodzie. No to przyszli do mnie. A Maria na taka wiadomosc zgodzila sie wreszcie
                      zostac moja zona. A ten kontrakt to samograj - wszystkie kutry maja identyczne
                      silniki - Juan zatarl rece.
                      - A co to za silniki? - zapytal Dziadek.
                      - Nie pamietam nazwy, ale zostawili mi rysunki, to ci zaraz powiem, Dziadku -
                      odparl Juan, po czym pochylil sie nad rysunkami i odczytal nazwe.
                      Dziadek i Jose spojrzeli na siebie. Byl to ten sam silnik, co zeglarza.
                      - A pracowales juz z tymi silnikami? - spytal Jose.
                      - Silnik jak silnik. Jak znasz jeden, to znasz wszystkie - wzruszyl ramionami Juan.
                      - Jesli tak uwazasz, to za szesc miesiecy bedziesz bez kontraktu i ze zrujnowana
                      opinia - powiedzial ostro Dziadek - i nie mysl nawet, ze potrafisz sie je
                      nauczyc remontowac w szesc miesiecy!
                      - Nie ma takiego silnika, z ktorym bym sobie nie dal rady - dumnie powiedzial Juan.
                      - Wlasnie patrzysz na plany takiego - bezlitosnie odparl Dziadek.
                      - I przyszedles po to, zeby mi to powiedziec? - sceptycznie zapytal Juan - I
                      wziales ze soba senior commandante w charakterze swiadka?
                      - Nie. Przyszlismy tutaj w zupelnie innej sprawie. Chcielismy cie prosic o
                      przysluge - o naprawe silnika na jachcie tego zeglarza - Polaka. Ale sytuacja
                      sie zmienila - twardo powiedzial Dziadek. - Teraz naprawisz ten silnik za darmo.
                      - podniosl reke, zeby powstrzymac odpowiedz Juana, ktory juz otwieral usta do
                      gwaltownej repliki - Tak, za darmo. To jest taki sam silnik. W zamian za to ja
                      cie naucze je remontowac.
                      Juan znal Dziadka na tyle dobrze, ze wiedzial, ze Dziadek nie rzuca slow na
                      wiatr. Zaniepokoil sie wiec i poprosil o wyjasnienie. Wyjasnienia Dziadka zajely
                      tylko kilka minut. Pod koniec Juan az sie spocil z wrazenia.
                      - Madonna Santissima! - wyszeptal wreszcie - a wiec to jest ta slynna "zemsta
                      noworodka"! Faktycznie, Dziadku, za szesc miesiecy lezalbym martwym bykiem! A
                      wiec zgoda, za to, ze mnie nauczysz naprawiac te silniki, twoj przyjaciel bedzie
                      mial naprawe za darmo. Za wyjatkiem czesci - na to nie mam funduszy.
                      Dziadek wyciagnal do Juana reke.
                      - Zgoda. Jutro podholujesz jacht do nabrzeza. Ja reszte zalatwie z wlascicielem.
                      Uscisneli sobie rece na dobicie targu. Troche jeszcze zielony i spocony z
                      wrazenia Juan odprowadzil ich do wyjscia. Kiedy odeszli juz kawalek Jose zapytal
                      z zaciekawieniem:
                      - "Zemsta noworodka"?
                      - Taki zart. "Mrozaca krew w zylach zagadka - pilnik w lokciu hrabiny czyli
                      zemsta noworodka". Ktos tak nazwal ten silnik po obejrzeniu ktoregos z
                      hollywoodzkich kryminalow. Dzis zostala juz tylko "zemsta noworodka". Wlasciwie
                      powinno sie to nazywac "zemsta producenta", ale... Prawde mowiac, silniki, ktore
                      ida na remont do producenta, wracaja jak nowe. Problemy maja tylko te, ktore nie
                      sa tam naprawiane.
                      Doszli do bramy portu. Dziadek wyciagnal reke.
                      - Dziekuje, Jose. Ty pewnie wracasz do komendantury albo idziesz na obiad do
                      domu, a ja sobie jeszcze pojde na ostroge.
                      - Jeszcze chwileczke, Dziadku - powiedzial Jose - myslalem troche o tych
                      znaczkach. Moze uda mi sie zastawic na wlamywacza pulapke, jesli sie na to zgodzisz.
                      - Jesli ci sie to uda, to bedzie wspaniale. Pomoge ci, w czym tylko bede mogl.
                      - Dzisiaj przemysle to do konca, a jutro przedstawie ci plan, Dziadku -
                      powiedzial Jose.
                      Dziadek tylko skinal glowa i rozeszli sie w przeciwne strony. Jose poszedl do
                      domu, zjadl smaczny obiad, troche podrzemal, troche poczytal ksiazke z
                      biblioteki i wreszcie wrocil do komendantury. W poczekalni siedzial Dziadek.
                      Zdumiony Jose podniosl pytajaco brwi.
                      - Pamietasz ten plan, co go miales opracowac - spytal Dziadek - mozesz juz sie
                      nie wysilac. Musztarda po obiedzie. Wlamywacz zlozyl mi dzisiaj wizyte.

                      c.d.n.
                      --
                      Grafoman ze stazem zostaje pisarzem!
                      • - CO TAKIEGO? - ryknal Jose tak glosno, ze kilku policjantow znajdujacych sie w
                        pomieszczeniu podskoczylo z wrazenia.
                        Jose opanowal sie i powiedzial do Dziadka niemal spokojnym tonem:
                        - Prosze do mnie do gabinetu - a do jednego z policjantow - znajdz mi
                        najwygodniejszy fotel w komendzie - naj-wy-god-niej-szy, powtarzam i przynies do
                        mnie, zeby Dziadek mial na czym wygodnie siedziec.
                        Ledwie zdazyli wejsc do gabinetu, gdy dwoch policjantow zjawilo sie z fotelem,
                        ktory ustawili przed biurkiem. Jose podziekowal skinieniem glowy i wskazal go
                        Dziadkowi.
                        - A teraz, prosze, opowiedz mi, Dziadku, co sie stalo.
                        - No coz, duzo do opowiadania nie ma. Po pozegnaniu sie z toba poszedlem na
                        ostroge i doszedlem do konca. Tam usiadlem pod latarnia i siedzialem - bo ja
                        wiem? - moze godzine. Ale tam troche dmuchalo, wiec pomalutku wrocilem i
                        poszedlem do domu. Juz zanim otworzylem drzwi zorientowalem sie, ze mialem
                        nieproszonego goscia. Przygotowalem sie na wypadek, gdyby wlamywacz jeszcze byl
                        w srodku i wszedlem. Ale nie bylo nikogo. Byly natomiast nikle slady gruntownego
                        przeszukania. Wlamywacz chyba nic ze soba nie zabral.
                        - Skad wiedziales, Dziadku, ze miales nieproszonego goscia? I jak sie
                        dowiedziales, ze przeszukanie bylo gruntowne?
                        - Od dawna znam kilka sztuczek. Tu wlos, tam kawalek papierka, gdzie indziej
                        wystajacy rozek kartki czy skrawek ubrania...
                        - Skad znasz te metody, Dziadku? - spytal zdumiony Jose - Kto cie tego nauczyl,
                        a przede wszystkim - po co?
                        - SOE. Moze nie wiesz...
                        - Wiem. Wiem o programie szkoleniowym SOE wszystko.
                        - Na pewno nie wszystko. Bardzo wiele rzeczy i technik do dzis pozostaje scisle
                        tajne.
                        - Niech ci bedzie. I co bylo dalej?
                        - Dalej? Nic nie bylo. Upewnilem sie, ze lobuz sie nigdzie nie schowal w domu i
                        przyszedlem tutaj powiedziec ci, ze niebezpieczenstwo minelo. Najprawdopodobniej
                        minelo. A teraz, skoro juz wiesz, to wroce do siebie.
                        Jose popatrzyl na Dziadka dziwnym wzrokiem.
                        - Nie tak zaraz, Dziadku. Jezeli wrocisz do siebie, to zatrzesz wszystkie slady.
                        - A po co ci slady? - zdziwil sie Dziadek.
                        - Jak to po co? - tym razem zdziwil sie Jose - Po to, zeby wlamywacza wpakowac
                        za kratki.
                        - Przeciez nic nie ukradl...
                        - Ale sie wlamal. A ja nie lubie wlamywaczy.
                        - Ale wlamanie musi zostac zgloszone...
                        - Wlasnie to zrobiles. A teraz pozwol mi chwile pomyslec.
                        Jose myslal chyba z piec minut. Wreszcie powoli pokiwal glowa i siegnal po
                        telefon. Wykrecil zero.
                        - Polacz mnie, synku, z Akademia Policyjna w stolicy, Wydzial Zabezpieczania
                        Sladow, szef albo zastepca szefa Wydzialu. I przyslij do mnie dyzurnego.
                        Za chwile dyzurny zameldowal sie w gabinecie przepisowo. Juz cala komenda
                        wiedziala, ze senior commandante jest wsciekly, co sie nader rzadko zdarzalo, a
                        powodem gniewu jest kilka krotkich zdan, jakie powiedzial do niego Dziadek.
                        Niepewnie patrzyl na Josego, ale zobaczyl, ze senior commandante juz sie uspokoil.
                        - Oglosisz alarm ogolny - powiedzial Jose - Z alarmu chwilowo sa wylaczeni
                        ludzie bioracy udzial w sledztwach i odpoczywajacy po sluzbie. Wszystkie patrole
                        maja zatrzymywac samochody z obca rejestracja - to znaczy spoza naszego okregu,
                        zanotowac marke, model, numer rejestracyjny i spisac personalia wszystkich
                        pasazerow. Zapytac takze o pasazerow chwilowo nieobecnych. To raz. Odwiedzic
                        wszystkie hotele, motele i noclegownie i spisac personalia wszystkich gosci od
                        czwartku do dzis. To dwa. Po trzecie - poczynajac od domu Dziadka przeprowadzic
                        wywiady z kadym, poczawszy od trzylatka, skonczywszy na stulatku. Pytania: czy
                        widzieli dzis cokolwiek podejrzanego, jakichkolwiech obcych, nieznane samochody,
                        cokolwiek nietypowego - zebrac opisy, numery, wszystko. Ilu mamy obecnie
                        stazystow? Szesciu? Wszyscy sa na tej sprawie, stazysta aspirant Rodriguez
                        bedzie tymczasowo moim zastepca, maja prowadzic cala logistyke. Co jeszcze? Aha,
                        lotnisko i port. Interesuja mnie prywatne i czarterowe samoloty i statki, lodzie
                        albo jachty - od czwartku do dzis. Jasne?
                        - Si, senior commandante! Ale... czy moge sie zapytac o co chodzi?
                        - Oficjalnie - przeprowadzamy manewy. A naprawde - prowadzimy sledztwo w sprawie
                        wlamania do Dziadka.
                        W oczach dyzurnego cos blysnelo. Wyprostowal sie jak struna.
                        - Rozkaz, senior commandante - wypalil jak karabin maszynowy i wykonal zwrot w
                        strone drzwi. Spojrzal w strone Dziadka i dodal miekko - Bardzo mi przykro,
                        Dziadku. - Po czym wyszedl.
                        - No, no, no - powiedzial Dziadek - widze, ze idziesz na calosc.
                        - Jakos naszla mnie ochota na zobaczenie tego typka za kratkami - wyszczerzyl
                        zeby Jose - i przypuszczam, ze nie mialbys nic przeciwko temu, zeby tez to
                        zobaczy, nieprawdaz?
                        - Prawdaz - lagodnie powiedzial Dziadek - i to nawet w kilku krajach.

                        c.d.n.
                        --
                        Grafoman ze stazem zostaje pisarzem!
                        • Zadzwonil telefon. Jose podniosl sluchawke, podziekowal i przelaczyl na glosnik.
                          Po drogiej stronie byl komendant Wydzialu Zabezpieczania Sladow Akademii. Obaj
                          policjanci znali sie od dawna i laczyla ich przyjazn - z powodu odleglosci i
                          rzadkich kontaktow moze niezbyt mocna, ale jednak przyjazn.
                          - Czemuz zawdzieczam to niespodziewane dobrodziejstwo rozmowy z superglina z
                          Poludnia? - zagadnal Fernando Absurdellos.
                          - Witam Winnetou, mistrza odczytywania ukrytych sladow - smiertelnie powaznie
                          odpowiedzial Jose, wyszczerzajac przy tym zeby do Dziadka - obawiam sie jednak,
                          ze tym razem musimy porozmawiac bardzo powaznie.
                          - Powaznie? To brzmi powaznie. Cos sie stalo?
                          - Tak. Ale zanim ci powiem, co, musze zadac ci pare pytan.
                          - No, no, no... To brzmi coraz powazniej. Strzelaj.
                          - Jak wysoko w rankingu plasuje sie moje Biuro Zabezpieczania Sladow?
                          - Mniej wiecej pietnasta pozycja. Trudno sie temu dziwic - masz najnizsza
                          przestepczosc w kraju, wiec nie maja praktyki, nie dostajesz tez najlepszych ludzi.
                          - Tego sie obawialem. A kto jest absolutnie najlepszy?
                          - Moj zespol, tutaj, w Akademii. A dlaczego pytasz?
                          - Potrzebuje najlepszy zespol jaki moge znalezc do zrobienia roboty. Maly domek,
                          ale potrzebuje go przebadac doslownie z mikroskopijna precyzja.
                          - Brzmi bardzo powaznie. Morderstwo?
                          - Nie, wlamanie. Ale dane wskazuja, ze jest to miedzynarodowy wlamywacz.
                          - Nie wiedzialem, ze u ciebie jest cos warte akcji miedzynarodowego wlamywacza -
                          zdziwil sie Fernando.
                          - Ja tez nie wiedzialem. Do wczoraj. Ale sprawa jest duzo dziwniejsza niz
                          ktokolwiek moglby przypuszczac. Powod wlamania jest, przynajmniej w tej chwili,
                          niemal zupelnie bezwartosciowy. A w przyszlosci? Pojecia nie mam. Bede musial
                          znalezc eksperta.
                          - Coraz bardziej mnie to wlamanie ciekawi. Przypuszczam, ze zostala skradziona
                          jakas nieznana kolekcja...
                          - Nic nie zostalo skradzione. Najprawdopodobniej. Zadna kolekcja nie istnieje. W
                          kazdym razie kolekcja warta wlamania.
                          - Przestan mowic zagadkami - zdenerwowal sie Fernando - do kogo sie wlamano? I
                          po co?
                          - Moze pamietasz, ze mowilem ci kiedys o Dziadku?
                          - Pewnie ze pamietam! Nie tylko ja, cala Akademia pamieta! Twoj ideal i wzor do
                          nasladowania! A co ty myslisz, ze jak godzinami opowiadasz o nim peany i
                          spiewasz hymny pochwalne, to nikt cie nie slucha? Zrobiles z niego superbohatera
                          i ideowego opiekuna Akademii! To do niego sie wlamano? Jak mnie z nim poznasz,
                          to sam przyjade zrobic przeszukanie a przy okazji poznac twojego idola.
                          Jose wygladal jakby sie dusil. Twarz zmieniala kolor wahajac sie od bialej do
                          czerwonej z pelna gama odcieni posrednich w tempie mniej wiecej raz na trzy
                          sekundy. Wyraz dumy ustepowal wyrazowi zazenowania, zeby za chwile wrocic do
                          poprzedniego. Nie mogl wykrztusic ani slowa. Dziadek nie wytrzymal i ryknal
                          gromkich smiechem.
                          - Nie wiedzialem, ze jestem na publicznej linii - powiedzial Fernando - czy moge
                          wiedziec, z kim jeszcze rozmawiam, bo po smiechu nie moge poznac, a Jose nie
                          raczyl mnie poinformowac, ze ktos jeszcze slucha rozmowy.
                          - Nie moglby mnie pan rozpoznac, nawet gdybym mowil normalnie, panie Winnetou -
                          powiedzial Dziadek - a to z tej prostej przyczyny, ze nigdy jeszcze nie
                          rozmawialismy. Prawdopodobnie moje nazwisko nic panu nie powie, ale cale miasto
                          mowi o mnie Dziadek.
                          - Ach, to pan jest ten slynny Dziadek? - zdumial sie Fernando - bardzo milo mi
                          pana poznac, chociaz, na razie, nie osobiscie. Mam nadzieje naprawic to male
                          przeoczenie jak najszybciej.
                          - Cala przyjemnosc bedzie po mojej stronie...
                          Jose wciaz nie mogl spojrzec na Dziadka. Nachylil sie do telefonu i spytal cicho:
                          - To jak, Fernando, dasz rade tu kogos wyslac?
                          - Czy to jest oficjalna prosba o pomoc - spytal Fernando.
                          - Tak.
                          - W takim razie akceptuje. Zaraz wydam rozkazy i jeszcze dzis wieczorem zespol
                          przyleci do ciebie. Prosze zarezerwowac cztery... nie, piec pokoi w jakims
                          przyzwoitym hotelu. Jeszcze cos, o czym powinienem wiedziec?
                          - Chyba tylko to, ze chce calosciowej roboty. Mikroslady, no wiesz, wszystko.
                          - Dostaniesz wszystko, jesli sie uda, to nawet DNA. Do zobaczenia wieczorem.
                          - Dziekuje, Fernando. Do zobaczenia.
                          Jose odlozyl sluchawke i westchnal gleboko. Jego twarz powoli odzyskiwala
                          naturalny kolor. Wyciagnal blok papieru i dlugopis, po czym wreszcie spojrzal na
                          Dziadka.
                          - Czy moglbys, Dziadku, jeszcze raz opowiedziec mi te cala historie? Niestety,
                          biurokracja jest nieublagana, a ja nie wszytko zapamietalem, szczegolnie duzo
                          klopotow moze mi sprawic pisownia tych szeleszczacych nazw.

                          c.d.n.
                          --
                          Mleko sprzedaje, mleko, kupujcie, bo sie oplaca,
                          Mleko sie pije lekko, mleko dobre na kaca!
                          • Dziadek jeszcze raz powoli opowiedzial Josemu historie. Literowal nazwy,
                            pokazywal w atlasie miejscowosci, odpowiadal na pytania. Na wiele pytan nie znal
                            odpowiedzi. Wreszcie, po jakiejs godzinie Jose westchnal ciezko i odchylil sie z
                            fotelem do tylu. Wpatrwywal sie w rozlozone po biurku kartki z notatkami i
                            gleboko nad czyms zastanawial. Dziadek nie przerywal ciszy i tez sie zadumal. Po
                            kilku minutach Jose znowu westchnal gleboko i przywrocil fotel do normalnej
                            pozycji. Popatrzyl na Dziadka, ktory tez ocknal sie z zamyslenia i powiedzial:
                            - Nie mamy zbyt wiele informacji do rozpoczecia sledztwa. Przypuszczam, ze
                            korzenie afery tkwia w Polsce, bedziemy wiec musieli nawiazac kontakt z polska
                            policja. Wlamywacz dziala na calym, no, prawie calym swiecie, wiec wspolpraca
                            Interpolu wydaje mi sie rowniez niezbedna.
                            - Chcesz zaprzac Interpol do roboty? - zdumial sie Dziadek - Dla - w sumie -
                            malo istotnego przestepstwa?
                            - Nie ma malo istotnych przestepstw, Dziadku - odparl Jose - sa tylko mniej lub
                            bardziej powazne. To, pomimo tego, ze wydaje sie byc malo powazne, jest jednym z
                            dlugiej serii przestepstw popelnionych w piecu krajach na trzech kontynentach. I
                            nalezy przypuszczac, ze planowane sa podobne przestepstwa w dwoch kolejnych
                            krajach na dwoch nastepnych kontynentach. To jest robota dla Interpolu,
                            niezaleznie jak na to patrzec. Beda mieli okazje pokazac, ze wydawane na nich
                            pieniadze nie sa wyrzucane w bloto. Jeszcze jedna rzecz. Otoz jestes Dziadku,
                            dla sledztwa osoba postronna, a raczej, poszkodowana i dlatego nie wolno mi
                            wtajemniczac cie w jego postepy - widzac uraze na twarzy Dziadka podniosl palec
                            - jednakze, z racji nietypowej charakterystyki przestepstwa, bede musial uzyc
                            pozapolicyjnych ekspertow. Ekspertem, niestety, nie jestes. Ale - zawiesil glos
                            - potrzebuje jeszcze dwie osoby - tlumaczy - jezyka polskiego i arabskiego. Z
                            tego, co wiem, w okregu nie ma ani jednej osoby znajacej arabski w stopniu
                            pozwalajacym na zatrudnienie jej jako tlumacza, a jesli chodzi o jezyk polski,
                            to tylko ty spelniasz warunki. Czy zgodzisz sie na zatrudnienie przy okregowej
                            komendzie policji w charakterze tlumacza na czas niezbedny do przeprowadzenia
                            sledztwa?
                            Urazony wyraz twarzy Dziadka zniknal jak zdmuchniety. Zastapil go filuterny usmiech.
                            - To zalezy. Jezeli bede mial dostep do sledztwa...
                            - Bedziesz. Troche ograniczony, ale bedziesz mial. Ograniczenie bedzie tylko
                            jedno - nie bedziesz mogl wydawac zadnych polecen.
                            - W takim razie przyjmuje. Moge byc tlumaczem polskiego, angielskiego,
                            francuskiego, niemieckiego, rosyjskiego i wloskiego. Ponadto jestem najlepszym
                            ekspertem w okolicy od spraw polskich. Czy moje uprawnienia zawieraja prawo do
                            podsuwania sugestii?
                            - Oczywiscie, ze tak! Masz juz cos na mysli?
                            - Mam. Powiedziales, ze nie masz tlumacza arabskiego. A Felicia Escobero?
                            - Felicia Escobero? - Jose patrzyl zdumiony na Dziadka, po czym nagle klepnal
                            sie w czolo - zupelnie zapomnialem! Fatima al - cos tam - to juz dobre
                            trzydziesci jak przyjela chrzest. Zupelnie o tym zapomnialem. Dziekuje, Dziadku.
                            No to do roboty. Zanim popedze kota chlopcom tutaj, chcialbym wiedziec cos
                            wiecej. Mamy do porozmawiania z policja w Polsce, Szwecji, Anglii i Kanadzie.
                            Dalej, Interpol. Potrzebuje tez eksperta od znaczkow.
                            - Pozwol, ze ci przypomne, Jose, ze na razie nie masz o czym rozmawiac z policja
                            w Szwecji i Anglii. Nie znasz nazwisk poszkodowanych. Ja tez nie. W Kanadzie
                            znam tylko nazwisko seniora Roberta. W Polsce - zadnego. Tym niemniej trzeba
                            chyba zaczac od Polski. Obawiam sie jednak, ze teraz nie masz po co dzwonic do
                            Polski - chyba musisz zaczac od Komendy Glownej, a o tej porze porozmawiasz
                            pewnie z jakims sierzantem dyzurnym, a nie z oficerem sledczym. Podobnie
                            Interpol. Natomiast jesli chodzi o eksperta - pomyslal chwile - jest mozliwe, ze
                            o tej porze ktos bedzie jeszcze w Centrali Filatelistycznej w Warszawie - to nie
                            jest przedsiebiorstwo sensu stricto - wiekszosc osob pracuje gdzie indziej,
                            prace w Centrali traktujac jako hobby - moga wiec teraz tam byc.
                            Jose podniosl sluchawke i zazadal polaczenia z operatorem miedzynarodowym,
                            informacja, Polska. Po chwili uzyskal polaczenie i przekazal sluchawke
                            Dziadkowi. Dziadek juz po kilku minutach uzyskal numer i dostal polaczenie z
                            Centrala Filatelistyczna. Rozmawial krotko, pod sam koniec rozmowy wykazal
                            zdziwienie, po czym usmiechnal sie szeroko i zakonczyl rozmowe. Jose stwierdzil
                            sucho:
                            - Nic nie zrozumialem.
                            - Nic nie bylo do zrozumienia. Tlumaczenie zabraloby tylko czas i przedluzylo
                            rozmowe. Zadnego eksperta juz nie bylo - zreszta jest ich tylko kilku i zwykle
                            codziennie jest tylko jeden. Jutro bedzie pani Janeczka. A teraz uwazaj: ich
                            najlepszy eksert jest w podrozy dookola swiata. Ostatnio dostali od niego kartke
                            z Argentyny, jakies piec miesiecy temu i mysla ze teraz doplywa do Australii.
                            - Pozwol, ze zgadne. Plynie na jachcie s/y Folblut, czy tak?
                            - Dokladnie.
                            Jose pomyslal chwile, otworzyl biurko, pogrzebal w nim i wyciagnal kilka
                            papierow, ktore schowal do teczki. Nastepnie wstal, otworzyl sejf, wyjal z niego
                            kasetke Dziadka, zamknal sejf i schowal kasetke do teczki. Potem podniosl
                            sluchawke i zazadal samochodu.
                            - Idziemy, Dziadku.
                            Ubrali sie i zeszli do samochodu. Jose polecil kierowcy pojechac do szpitala.
                            Kiedy zajechali, polecil kierowcy zostac na posterunku przed drzwiami chorego
                            zeglarza. On i Dziadek weszli do srodka. Zeglarz jeszcze nie spal. Zdumiony
                            przygladal sie gosciom. Jose nie bawil sie we wstepy ani w dyplomacje.
                            - Sprowadzaja nas teraz do pana dwie sprawy. Po pierwsze - panski silnik. Juan
                            go naprawi za darmo, pan zaplaci tylko za koszty czesci. Ile tego bedzie - nie
                            wiem. Co sprowadza mnie do drugiej sprawy. Ma pan malo pieniedzy i chce pan
                            podjac legalna prace, mam racje?
                            - Tak, ale leze jeszcze w szpitalu...
                            - Jest pan ekspertem polskiej Centrali Filatelistycznej?
                            - Jestem - zeglarz wygladal na zdumionego.
                            - Czy przyjmie pan prace zlecona dla tutejszej komendy policji w charakterze
                            eksperta filatelistycznego?
                            - Oczywiscie! - zeglarz byl coraz bardziej zdumiony.
                            - No to wypelnimy papiery - Jose otworzyl teczke i wyjal kilka papierow - Czy
                            zechce mi pan przeliterowac swoje imie i nazwisko?
                            - P-a-w-e-l C-h-a-b-r-o-w-i-c-z

                            c.d.n.
                            --
                            Oto dramat czlowieka widziany w wlasciwej skali:
                            Coraz dalej od mleka, coraz blizej kanalii.
                            • Jose szybko wypelnil papiery i podpisal, po czym podsunal je do podpisania panu
                              Chabrowiczowi. Ten wzial je do reki, rzucil na nie okiem i niepewnie popatrzyl
                              na Dziadka. Dziadek zrozumial bez slow, wzial je do reki i odczytal glosno po
                              hiszpansku, tlumaczac przy tym kazde zdanie na polski. Sam byl nieco zaskoczony
                              wyjatkowo dobrymi warunkami kontraktu, ale widocznie tutejsza policja miala
                              pieniadze na ekspertow i nie za bardzo mogla je wydac, a wiadomo, co sie dzieje
                              z pieniedzmi nie wydanymi z budzetu, stad te doskonale warunki. Pan Chabrowicz
                              nie ociagal sie wiec z podpisaniem. Jose zatarl rece i schowal papiery do teczki.
                              - No a teraz - powiedzial - czas, zeby zaczal pan zarabiac te pieniadze.
                              Wyjal z teczki kasetke i szklo powiekszajace. Szklo powiekszajace podal panu
                              Chabrowiczowi a sam otworzyl kasetke i wyjal z niego list, ktory tez (ostroznie)
                              podal swemu nowemu ekspertowi.
                              - Co moze mi pan o tym powiedziec?
                              Pan Chabrowicz dokladnie obejrzal koperte, po czym szczegolowo zaczal ogladac
                              znaczek. Cos dziwnego zalsnilo mu w oku. Ogladal dlugo i bardzo uwaznie, w koncu
                              podniosl glowe.
                              - Mam wrazenie, ze chodzi o znaczek. Czy mozecie mi panowie powiedziec o nim cos
                              wiecej?
                              - Chwilowo nie - powiedzial Jose - wolelibysmy, zeby pan nam cos o nim powiedzial.
                              - Takiego znaczka nie widzialem nigdy. Widzialem tylko dwa w pewien sposob podobne.
                              - W jaki sposob?
                              - Zakladajac, ze jest prawdziwy, jest to znaczek poczty kanadyjskiej wydany na
                              specjalne, prywatne zamowienie. Wyszlo ich juz troche i rynek filatelistyczny
                              nie bardzo wie, jak na to zareagowac. Naklady sa smiesznie niskie, to nie jest
                              masowka. Z jednej strony, jest to oficjalny znaczek, a wiec podlega prawom
                              rynku. Z drugiej strony, jest to rodzaj prywatnej inicjatywy, o bardzo niskim
                              nakladzie, co powinno windowac cene takiego znaczka w gore. Filatelisci
                              protestuja, bo mozna sobie wyobrazic, jak ceny takich niskonakladowych znaczkow
                              pojda w gore. Wielkie katalogi ich nie umieszczaja, aczkolwiek jest o takich
                              znaczkach wzmianka.
                              - To w koncu jest to znaczek, czy nie?
                              - Jest, oczywiscie. Oficjalne wydawnictwo, ostemplowany przez oficjalna poczte...
                              - A jaka jest jego wartosc?
                              - Trudno mi powiedziec. Zwykle takie znaczki kosztuja kilka funtow, ale co
                              bedzie za dziesiec, czy piecdziesiat lat, tego nie moge przewidziec. Wszystko
                              zalezy od nakladu. No, ceny Wiktorii to zaden z nich nie pobije, ale za jakis
                              czas moga byc warte niezla sumke. Wiecie, panowie, dziwnie mi sie oglada ten
                              znaczek, bo z oryginalem zetknalem sie przelotnie jakies trzydziesci lat temu,
                              wiem, ze zyje, ale dlaczego poczta kanadyjska ja uwiecznila?
                              Jose spojrzal na Dziadka i skinal glowa. Dziadek opowiedzial historie znaczka,
                              ale pominal tej historii kryminalny aspekt. Pan Chabrowicz pokiwal glowa.
                              - W tym musi byc cos wiecej. Zadna policja swiata nie wynajelaby eksperta tylko
                              po to, zeby zadac takie pytania. W gre wchodzi wiec albo falszerstwo, albo cos
                              innego. Na falszerstwo ten znaczek sie nie nadaje. A wiec o co chodzi?
                              - Oglada pan jeden z ostatnich trzech znaczkow znajdujacych sie na wolnym rynku.
                              - A co sie stalo z reszta? Zaraz, chwileczke. Skoro tylko trzy sa na rynku, to
                              znaczy, ze reszta musialaby zostac zniszczona. Ale to nie interesowaloby policji
                              tutaj, chyba, ze zniszczenie byloby celowe i stalo sie tutaj. Albo... reszta
                              znaczkow zostalaby skradziona lub zniszczona gdzie indziej, a tutaj ktos
                              probowal znaczek zniszczyc albo ukrasc...
                              - Pan jest z zawodu policjantem? - zainteresowal sie Jose.
                              - Nie, geologiem, a dlaczego pan pyta?
                              - Bo w kilku zdaniach stworzyl pan teorie kryminalna, trzeba powiedziec,
                              niestety, ze prawdziwa - Jose w kilku zdaniach strescil kryminalny watek znaczkow.
                              Pan Chabrowicz zastanowil sie chwile.
                              - Mysle, ze afera zaczela sie w Polsce. No, nie zazdroszcze polskiej policji tej
                              roboty. Nie przypuszczam jednak, zeby te znaczki szybko wyplynely, zlodziej
                              raczej zaczeka na przedawnienie.
                              - To znaczy, kiedy?
                              - Pojecia nie mam. O to musicie panowie zapytac polska policje. Aha, przydaloby
                              sie zawiadomic polska Centrale Filatelistyczna, zeby zwrocila na to uwage.
                              - Jutro bedziemy z nimi rozmawiac, a konkretnie z jakas pania Janeczka.
                              - To prosze ja serdecznie pozdrowic od brata.
                              - Od brata? To cala panska rodzina jest ekspertami?
                              - Niestety nie. Janeczka i ja przejelismy paleczke od dziadka. Jeszcze jako
                              dzieci pomoglismy rozszyfrowac afere falszerstw nadrukow i jakos tak sie
                              wciagnelismy...
                              - Dobrze, na pewno jutro pozdrowimy, ale dzisiaj pozwolimy panu juz odpoczac.
                              Jose schowal koperte do kasetki, kasetke i lupe do teczki i pozegnal sie z
                              zeglarzem. Dziadek rowniez sie pozegnal i wraz z Jose i kierowca wrocili do
                              komendy, po drodze zatrzymujac sie w najlepszym hotelu, gdzie Jose zarezerwowal
                              piec pokoi dla policjantow ze stolicy.

                              c.d.n
                              --
                              Oto dramat czlowieka widziany w wlasciwej skali:
                              Coraz dalej od mleka, coraz blizej kanalii.
                              • Po powrocie do komendy Jose zazadal napojow dla Dziadka i dla siebie i zarzadzil
                                odprawe, na ktorej mieli byc obecni wszyscy kierownicy wydzialow, jego zastepca
                                i aspirant Rodriguez - za pietnascie minut. Obaj z Dziadkiem poszli do gabinetu
                                Josego, gdzie Jose przepakowal koperte do przezroczystego worka ewidencyjnego,
                                po czym usiadl za biurkiem i zaczal sie zastanawiac. Dziadek usiadl na fotelu i
                                rowniez zamyslil sie gleboko. Po kilku minutach wezwani policjanci - osmiu
                                kierownikow wydzialow, zastepca Jose (senior vice commandante) i mlodziutki
                                aspirant Rodriguez zajeli miejsca przy stole konferencyjnym, ktory przysunieto
                                do biurka, Dziadek zas przesunal sie wraz z fotelem za biurko, nieco z tylu za
                                Jose. Jose rozejrzal sie po dobrze znajomych mu twarzach i zaczal referowac:
                                - Jak juz zapewne wiecie, dokonano dzisiaj wlamania do domu Dziadka. Nie jestem
                                jeszcze pewny, ale najprawdopodobniej nic nie zginelo. Przypuszczam, ze
                                przestepca usilowal skrasc ten przedmiot - Jose podniosl w gore worek
                                ewidencyjny - ktory w tym czasie znajdowal sie u mnie w sejfie. Dziadku, czy
                                zechcialbys jeszcze raz opowiedziec cala historie?
                                Dziadek zechcial i w przeciagu pietnastu mnut zebrani policjanci poznali
                                historie koperty i jej sobowtorow. Jose podziekowal Dziadkowi i dalej prowadzil
                                odprawe. Przypomnial o wydanych poleceniach i opowiedzial o wizycie u eksperta.
                                - Jutro - powiedzial - skontaktuje sie z Interpolem i polska policja. Jeszcze
                                dzis zawiadomie nasza Komende Glowna i poprosze o pomoc. Dzisiaj przylatuje ze
                                stolicy Fernando Absurdellos z Wydzialu Zabezpieczania Sladow Akademii
                                Policyjnej wraz z czterema ludzmi i jutro przetrzasna miejsce przestepstwa. Nie
                                rob takiej skwaszonej miny, Alberto. Wiem, ze twoj wydzial jest niezly, ale
                                plasujecie dopiero na pietnastej pozycji w skali kraju, a ja chce miec
                                najlepszych. Potraktujecie to jako niespodziewany kurs doksztalcajacy, jasne? W
                                chwili obecnej zakladam, ze przestepca jest obywatelem lub mieszkancem Polski -
                                moze w zostawil jakis slad w hotelu, wypozyczalni samochodow, na lotnisku albo w
                                porcie - wszystkie informacje operacyjne splywaja do aspiranta Rodrigueza, ktory
                                od tej chwili ma pod soba reszte stazystow i odpowiada za analize danych. Czy
                                ktos ma jakies pytania albo sugestie?
                                Przez chwile panowalo milczenie. Zastepca czegos szukal w notatkach, po czym
                                zapytal:
                                - Czy mozesz nam powiedziec, Dziadku, w jaki sposob ten senior... Robert dostal
                                adresy osob, do ktorych wyslal listy? Czy te adresy byly publikowane na tym
                                forum, czy nie?
                                - Ja wyslalem swoj adres przewodniczacej Towarzystwa, a ona wyslala go do
                                seniora Roberta. Przypuszczam, ze kazdy zrobil to samo - wszystko szlo przez
                                e-mail. W kazdym razie nikt nie opublikowal adresu na forum - tego sie po prostu
                                nie robi.
                                - No to mamy pierwszych podejrzanych. Pani przewodniczaca i senior Robert,
                                chyba, ze mozesz za nich zareczyc, Dziadku.
                                Dziadek z zalem przeczaco pokrecil glowa.
                                - Niestety, nie moge. Nie znam ich osobiscie, ale sadze, tak na 99%, ze nie maja
                                oni z tym nic wspolnego. Moze ktos z ich otoczenia? Nie wiem, po prostu nie wiem.
                                - Mam jeszcze jednego podejrzanego - zaszemral cichy glos.
                                Wszyscy rozejrzeli sie po sobie, po czym skoncetrowali uwage na czerwonym jak
                                burak Rodriguezie.
                                - No, no, sluchamy - zachecil go senior commandante.
                                - Otoz administrator witryny internetowej moze miec dostep do poczty. Ponadto
                                istnieje mozliwosc, ze ktos sie do niej wlamal, jakis cracker i czyta poczte.
                                - Tozes nas pocieszyl - skrzywil sie senior vicecommandante - jeszcze nam
                                potrzeba do szczescia przestepstwa komputerowego. I to w dodatku w Polsce.
                                Ciekaw jestem, jak my go tam zlapiemy...
                                - Od tego jest polska policja - zaoponowal Rodriguez - mu im mozemy co najwyzej
                                zasugerowac pewne kierunki sledztwa. Co mi przypomina, ze istnieje pewna ciekawa
                                korelacja - bede ja musial dokladniej zanalizowac, ale wyglada mi na to, ze
                                wlamania odbywaly sie w cyklu tygodniowym. Zaczelo sie od Warszawy, a potem co
                                tydzien jakis inny rejon kraju plus Warszawa padal lupem wlamywacza. Kiedy sie
                                skonczylo w Polsce, cykl tygodniowy przeniosl sie za granice - Anglia, Szwecja,
                                Kanada, teraz my. Wyglada na to, ze poswiecal kilka dni na obserwacje, a potem
                                robil wlamania w jak najkrotszym okresie czasu i wracal do Warszawy, gdzie
                                dokonywal nastepnych wlaman. Zastanawiam sie, nie, inaczej, mysle ze wlamywacz
                                lecial do obcego kraju, tam pozyczal samochod i robil swoje, po czym wracal do
                                Polski i znowu lecial.
                                - Dalej, synku, dalej - zachecil go Jose, a zastepca pokiwal glowa.
                                - To wlasciwie na teraz wszystko, co mi przychodzi do glowy - powiedzial
                                Rodriguez juz zupelnie normalnym glosem. Moze jeszcze jedno - istnieje mozliwosc
                                uniewinnienia Seniora Roberto i seniory przewodniczacej, bazujac na ich
                                obecnosci lub nieobecnosci na forum.
                                - Na forum moge sie znalezc z kazdego miejsca na swiecie i nikt nie bedzie
                                wiedzial czy jestem tutaj, na Hawajach, na Kamczatce czy w Pekinie.
                                - Rozumiem, ale proces logowania podaje adres IP, a to juz nie kazdy potrafi
                                sfalszowac. Ponadto, jezeli juz bedziemy mieli nazwiska tych osob, to wystarczy
                                przejrzec ich rachunki z kart kredytowych, zeby wiedziec, gdzie byli. Oczywiscie
                                jest to robota glownie dla polskiej policji, ale rowniez dla kanadyjskiej.
                                Mysle, ze trzeba zaczac od skontaktowania sie z Interpolem i polska policja.
                                Aha, jeszcze jedno. Nalezaloby wstepnie ostrzec policje egipska i nowozelandzka.
                                - Dziekuje, senior Rodriguez - powiedzial Jose - czy ktos ma jeszcze jakies pomysly?
                                Zebrani milczeli, ale widac bylo, ze wszyscy byli zaskoczeni postawa Rodrigueza
                                i pochwalali jego pomysly.
                                - W takim razie dziekuje, jutro spotkamy sie ponownie - powiedzial Jose.
                                Wszyscy wstali i wyszli. Jose popatrzyl na zegarek i powiedzial do Dziadka:
                                - Czas spotkac naszych przyjaciol ze stolicy i zawiezc ich do hotelu.

                                c.d.n.
                                --
                                Grafoman ze stazem zostaje pisarzem!
                                • Samolot z policjantami z Akademii przylecial o czasie. Fernando Absurdellos
                                  okazal sie niskim, przysadzistym mezczyzna z czarnymi wasami a la Emiliano
                                  Zapata. Cala piatke i mnostwo ich bagazy upchano do trzech samochodow i
                                  zawieziono na komende. Tam Jose zrobil krotka odprawe, na ktorej Dziadek opisal
                                  (wlasciwie wyrysowal) wyglad swojego domu, ktory jutro policjanci mieli
                                  przeszukac. Dziadek bardzo przypadl Fernandowi do gustu (zreszta z wzajemnoscia)
                                  i wkrotce byli ze soba po imieniu (to znaczy "Fernando" i "Dziadek"). Reszta
                                  policjantow mowila do Dziadka "senior Dziadek". Potem policjanci z Akademii
                                  odjechali do hotelu, zas protestujacego Dziadka Jose zabral do siebie, tyle
                                  tylko, ze pozwolil mu zrobic po drodze drobne zakupy. Carmelina czekala juz na
                                  nich z wysmienita kolacja (zdrajca Jose musial ja uprzedzic - myslal Dziadek).
                                  Dziadek slyszal, ze Carmelina byla doskonala kucharka, ale nie spodziewal sie
                                  takiej uczty i orgii smakow i w dodatku wszystko w regionalnym stylu. Po kolacji
                                  zasiedli z kieliszkiem dobrego koniaku w fotelach w salonie i zapalili cygara.
                                  - To byl Lukullus podejmowany przez Lukullusa, Carmelino - powiedzial Dziadek z
                                  usmiechem - wiele slyszalem o twoich talentach kulinarnych, ale widze, ze nawet
                                  najlepsze opinie bledna w konfrontacji z rzeczywistoscia.
                                  - Co tez ty mowisz, Dziadku - obruszyla sie Carmelina - to bylo tylko troche
                                  lepsze niz to co jemy codziennie, ale tez bylo gorsze od posilku niedzielnego!
                                  - Carmelina ma racje - potwierdzil Jose.
                                  - A gdyby ten moj maz powiedzial mi ze trzy dni wczesniej o twojej wizycie, to
                                  wtedy moglabym sie przygotowac, a nie pichcic cos na chybcika - Carmelina
                                  popatrzyla z wyrzutem na meza.
                                  - Alez mowilem ci kochanie, ze to wyskoczylo znienacka - niezdarnie bronil sie Jose
                                  Dziadek sie rozesmial.
                                  - To prawda. Ani Jose ani ja nie przewidywalismy tego wlamania na dzis. I bardzo
                                  przepraszam za to najscie, ale, prawde mowiac, Jose nie pozwolil mi pojsc do hotelu.
                                  - I mial racje! To dla nas prawdziwy zaszczyt, ze mozemy cie goscic pod naszym
                                  dachem. Prawde mowiac - Carmelina zastanowila sie przez chwile - to chyba kazda
                                  rodzina w miescie i okolicy chcialaby dzis byc na naszym miejscu.
                                  - Przesadzasz, Carmelino - Dziadek byl wyraznie zmieszany.
                                  - A tam, przesadzam. Wiem co mowie. To mozy ty nie wiesz, czym dla nas jestes.
                                  Coraz bardziej zmieszany Dziadek wygladal jakby zapomnial jezyka w gebie. Upil
                                  lyk koniaku i odstawil kieliszek. Odstawiajac go zauwazyl lezaca na stoliku
                                  ksiazke z biblioteki. Zaskoczony, podniosl wysoko brwi i wzial ksiazke do reki.
                                  - "Boze igrzysko" Daviesa? - spytal zdumiony - czytacie o historii Polski?
                                  - To ja, Dziadku - usmiechnal sie Jose - skoro cie wreszcie spotkalem,
                                  pozyczylem te ksiazke. Chcialem ja przeczytac, zeby zrozumiec twoja nienawisc do
                                  Rosjan i Niemcow.
                                  - Ja nie nienawidze, psiakrew, jak to lepiej powiedziec? Ja nie odczuwam
                                  nienawisci ani do Rosjan ani do Niemcow. Ja po prostu nienawidze systemy
                                  totaliterne, ktore potrafia zmienic normalny narod w katow i mordercow. A
                                  przynajmniej czesc tego narodu.
                                  - Rozumiem, Niemcy, ale Rosjanie?
                                  - Jako nastepna ksiazke wypozycz sobie "Archipelag Gulag" Solzenicyna. Moze to
                                  ci otworzy oczy na ten "wspanialy system". Ja nie widze zadnej roznicy. Moze w
                                  kolorach sztandarow. I moze Niemcy byli bardziej cywilizowani w swych zbrodniach.
                                  - Alez - zaprotestowal Jose - tego nie mozna porownywac!
                                  - Mozna - twarz Dziadka stwardniala, zas glos byl ostry i zimny - mozna. I
                                  trzeba. Posluchaj mnie uwaznie, Jose. Przed wojna mialem liczna rodzine - blisko
                                  szescdziecioro krewnych. Po wojnie moja rodzina liczyla jedna osobe. Mnie.
                                  Reszta zostala zabita - ja nazywam to zamordowana przez faszystow i komunistow.
                                  Zapytasz moze - jak? Prosze bardzo. Rozstrzelani za ukrywanie Zydow, powieszeni
                                  jako zakladnicy, zagazowani w Treblince i Auschwitz - to Niemcy, albo faszysci,
                                  jak wolisz. Rozstrzelani w Katyniu, utopieni w Morzu Barentsa, zaglodzeni i
                                  zmarli z zimna w Kazachstanie i na Syberii albo w czasie transportu tam - to
                                  Rosjanie, albo komunisci, jak wolisz. I prawie nikt nie poniosl za to kary.
                                  - Jak to - prawie nikt? - zapytala Carmelina. Byla blada i glos jej drzal
                                  - Prawie nikt. Troche oprawcow z obozow koncentracyjnych, gubernator Warszawy,
                                  ktory podpisywal wyroki smierci na zakladnikach i to wszystko. Nikt nigdy nie
                                  ustalil kto jest naprawde osobiscie odpowiedzialny za te miliony smierci -
                                  dlatego tak wielu mordercow dozylo spokojnie swoich dni w spokoju w Niemczech,
                                  Paragwaju czy nawet tutaj. A w Rosji? Do dzisiaj zaprzeczaja wszystkiemu. A
                                  swiat przymyka oczy bo sa przeciez wielkim mocarstwem i maja bron atomowa. Tylko
                                  jednego dopadlem.
                                  - Udalo ci sie postawic go przed sadem? - z niedowierzaniem spytal Jose.
                                  - Niezupelnie. Przez tego bydlaka umarlo z glodu i zimna prawie tysiac zeslancow
                                  - kradl przeznaczona dla nich zywnosc i opal i przepijal. Zaden tamtejszy
                                  "wymiar sprawiedliwosci" by nie ruszyl - byl przeciez czekista. Wiec sam
                                  wymierzylem sprawiedliwosc - Dziadek wzruszyl ramionami - ciekaw jestem czy taki
                                  samosad ulegl juz tam przedawnieniu.
                                  - Rany Boskie - slabo powiedzial Jose - nie wiedzialem, ze mozesz...
                                  - Prawie nikt nie wie. A ci, co wiedzieli, nikomu juz nic nie powiedza.
                                  - Boze swiety! Teraz rozumiem twoja nienawisc do tego Rosjanina i tego von
                                  Bucowa. Byli przedstawicielami tego, czego najbardziej na swiecie nienawidzisz.
                                  - Przynajmniej Rosjanin nie probowal mnie zamordowac. A ten szwab byl jednym z
                                  tworcow tutejszych szwadronow smierci.
                                  - Nie wiem, czy wiesz, ale w jakis rok po wyjsciu z wiezienia zaginal w
                                  niewyjasnionych okolicznosciach. Podobno w jakiejs wyprawie na poludnie.
                                  - Cokolwiek z nim sie stalo, ja go zalowac nie bede.
                                  - Ciekawe, co sie z nim stalo.
                                  - A malo to przepasci po drodze tutaj? Przeszukano wszystkie? I przeszukane cale
                                  dno morskie?
                                  - Myslisz, ze ktos...
                                  - Nawet jezeli ktos, to oszczedzil tylko panstwu kosztow procesu. I
                                  prawdopodobnie uratowal kilka istnien ludzkich. A nawet, jezeli, jak mowisz,
                                  ktos, to i tak sie to juz przedawnilo.
                                  - Hmmmm - mruknal wyraznie wstrzasniety Jose. Dopil swoj koniak i powiedzial do
                                  Dziadka - Lepiej chodzmy juz spac. Przed nami dlugi i meczacy dzien.
                                  - Tak, lepiej chodzmy, zanim okaze sie jakim potworem naprawde jestem -
                                  usmiechnal sie blado Dziadek.
                                  - Nie jestes potworem, Dziadku - cicho powiedziala Angelina - rozumiem cie
                                  doskonale. Jeden z moich dalszych kuzynow zginal z reki szwadronow smierci.
                                  Jesli ktos pomogl temu lajdakowi wyniesc sie z tego swiata, to chetnie bym mu
                                  podziekowala.
                                  - I mowisz to w obecnosci policjanta? - zdumial sie Dziadek.
                                  - Wbrew pozorom, nie kazdy policjant jest idiota, Dziadku - krzywo usmiechnal
                                  sie Jose - a ja zaluje tylko, ze nie bylem swiadkiem proby porwania kogos przez
                                  taki szwadron. Przydaloby mi sie kilka karb na kolbie sluzbowego pistoletu...

                                  c.d.n.
                                  --
                                  Grafoman ze stazem zostaje pisarzem!
                                  • Rano, kiedy Dziadek sie obudzil, Jose juz nie bylo. Carmelina powiedziala mu, ze
                                    Jose prosil, zeby Dziadek pokazal sie w komendzie okolo dziesiatej. Dziadek
                                    zjadl wraz z Carmelina sniadanie i stwierdzil zartobliwie, ze po takim sniadaniu
                                    powinien miec energie na natepne dwa dni, a najchetniej to teraz polozylby sie,
                                    zeby odpoczac. Carmelina usmiechnela sie cieplo i powiedziala cicho do Dziadka:
                                    - Dziekuje, Dziadku.
                                    - Za co? To ja ci dziekuje.
                                    - Dziekuje ci za to, co wczoraj powiedziales o szwadronach smierci.
                                    - Nic takiego nie powiedzialem.
                                    - Nie, nic takiego. Ale ja po prostu umiem czytac miedzy wierszami.
                                    Dziadek zawahal sie. Wygladalo, jak by chcial cos powiedziec, a potem ugryzl sie
                                    w jezyk.
                                    - To dobrze, ze nie czytasz na glos.
                                    Carmelina rozesmiala sie.
                                    - Nie, na glos nie czytam. Mam zbyt duzo frajdy wiedzac cos, czego inni nie
                                    wiedza, chociaz jest to widoczne golym okiem. Wszelkie tajemnice sa u mnie
                                    bezpieczne.
                                    Dziadek przygladal jej sie uwaznie po czym pomalu pokiwal glowa. Ubral sie i
                                    powiedzial:
                                    - Rozumiem, Carmelino. I dziekuje.
                                    - To ja dziekuje, Dziadku. Uwazaj na siebie.
                                    Dziadek niespiesznie poszedl do komendy. Mial pare rzeczy do przemyslenia i
                                    przemyslal je, zanim przekroczyl policyjne progi. Dyzurny wskazal mu przejscie
                                    do srodka i powiedzial, ze senior commandante i jego goscie ze stolicy juz
                                    czekaja na niego. Rzeczywiscie, czekali. Od razu zebrali sie i ruszyli do
                                    oczekujacych samochodow. Oprocz Josego, Dziadka i policjantow ze stolicy jeszcze
                                    pieciu innych policjantow zaladowalo sie do samochodow. Dziadek z zaciekawieniem
                                    popatrzyl na Jose.
                                    - To moi ludzie, Dziadku. Korzystaja z okazji, zeby odbyc ekspresowy kurs
                                    doksztalcajacy. Beda tylko widzami, tak jak my.
                                    Podjechali pod dom Dziadka. Dom stal w dzielnicy, ktora przed trzydziestu laty
                                    byla na peryferiach miasta, ale dzisiaj byla niemal srodmiesciem. Niezbyt duzy
                                    domek stal posrodku dobrze utrzymanego ogrodka (widac to bylo nawet mimo pory
                                    zimowej). Policjanci wysiedli i technicy z Akademii otworzyli furgonetke. Tam
                                    otworzyli swoje bagaze i zaczeli przygotowywac sie do pracy. Fernando podszedl
                                    do Dziadka.
                                    - Wlamywacz dostal sie od tylu, prawda?
                                    - Tak, od tylu.
                                    - No to zaczniemy od ogrodka. Chlopcy - zawolal Fernando do technikow -
                                    zaczynamy od ogrodka.
                                    Technicy uzbrojeni w aparaty fotograficzne, latarki i przedmioty zupelnie
                                    Dziadkowi nieznane ruszyli w strone furtki. Jeden z nich zatrzymal sie przy
                                    Dziadku i zapytal:
                                    - Kiedy ostani raz padal snieg?
                                    - W piatek. A wlasciwie to w nocy z czwartku na piatek.
                                    - A kiedy ostatni raz korzystal pan z tylnej furtki?
                                    - W czawartek. Wystawialem smieci.
                                    - Slyszeliscie, chlopcy? - zawolal technik do kolegow.
                                    Odpowiedzialy mu pomrukiwania i potakujace ruchy glowa. Zaczeli od furtki.
                                    Oswietlili ja latarkami. W dziwnym niebieskawym swietle pokazaly sie jakies
                                    plamy, ktore technicy obsypali proszkiem i utrwalili na tasmie klejacej. Jeden z
                                    technikow powiedzial, ze sa stare - maja co najmniej dwa tygodnie. Dziadek z
                                    zainteresowaniem przygladal sie ich pracy. Wreszcie otworzyli furtke i pomalu
                                    zaczeli posuwac sie w glab ogrodu. Dokladnie penetrowali kazdy centymetr
                                    kwadratowy gruntu. Za nimi posuwali sie miejscowi technicy robiac dokladnie to
                                    samo i co jakis czas wskazywali cos technikom z Akademii. Ci krecili przeczaco
                                    glowami, cos odpowiadali i ruszali dalej.
                                    - Co oni robia? - zainteresowal sie Dziadek.
                                    - Przechodza kurs doksztalcajacy - zachichotal Fernando - staja na glowie, zeby
                                    odkryc cos, co moi ludzie przeoczyli i pokazuja im to. Niestety, jak na razie
                                    bez rezultatu. Wszystko, co do tej pory znalezli - a bardzo sie staraja - nie ma
                                    nic wspolnego ze sprawa, jest po prostu za stare. Ale musze przyznac, ze twoi
                                    ludzie sa dobrzy, Jose.
                                    Po pol godzinie znalezli sie na tylach domku. Teraz tempo posuwania sie wyraznie
                                    zmalalo. Technicy posuwali sie wzdluz ogrodzen bocznych przeczesujac teren
                                    miedzy nimi a dwoma sciezkami, ktore wiodly do garazu i furtki w tylnym
                                    ogrodzeniu, jednakze nie badali samych sciezek.
                                    - Dlaczego oni tak robia? - zapytal Dziadek.
                                    - Staraja sie myslec jak przestepca - odpowiedzial Fernando - zwykle przestepca
                                    idzie po linii najmniejszego oporu - otworzy furtke, a nie bedzie forsowal
                                    zamkow w garazu, przejdzie sciezka, a nie po blocie. Nawet najglupszy przestepca
                                    slyszal juz cos o liniach papilarnych, odciskach butow i tak dalej. Staraja sie
                                    ich nie zostawiac. Ale technika idzie do przodu i mozemy odkryc coraz wiecej i
                                    przestepcom jest coraz trudniej nie zostawic czegos, czego nie mozemy znalezc.
                                    Dlatego najpierw staramy sie wyeliminowac miejsca, gdzie niczego nie ma.
                                    Dwoch technikow doszlo wreszcie do garazu.
                                    - Dziadku - zawolal jeden z nich - kiedy ostatni raz byles w garazu?
                                    - Jakies dwa tygodnie temu - odkrzyknal Dziadek.
                                    Z uwaga obejrzeli drzwi i chyba nie znalezli nic ciekawego, bo zapytali o klucz,
                                    ten byl jednak niepotrzebny, bo Dziadek drzwi do garazu nigdy nie zamykal.
                                    Otworzyli je wiec i weszli do srodka. Spedzili w nim moze pol godziny, zdjeli
                                    troche odciskow palcow, ale niczego innego nie znalezli. Wyszli z garazu i
                                    zaczeli badac sciezke wiodaca do domu. Tymczasem druga dwojka technikow dotarla
                                    do tylnej furtki. I od razu zrobilo sie ciekawie.

                                    c.d.n.
                                    --
                                    Grafoman ze stazem zostaje pisarzem!
                                    • Najwyrazniej cos znalezli na sciezce, bo pokazywali cos sobie palcami i
                                      stwarzali wrazenie zadowolonych. Wyciagneli znaczniki i oznaczyli kilka miejsc,
                                      ktore zaczeli obfotografowywac. Potem zaczeli robic odciski.
                                      - Ktory numer butow pan nosi, Dziadku? - zapytal jeden z nich.
                                      - Czterdziesty pierwszy, a co?
                                      - Bo mamy tu odciski jeszcze inne. Zaraz bedziemy wiedzieli cos wiecej.
                                      Rzeczywiscie, po kilku minutach odciski stwardnialy i technicy podniesli je z ziemi.
                                      - Co o tym myslisz - zapytal jeden.
                                      - Te dwa, to numer czterdziesty pierwszy - odparl drugi - a te dwa, to numer
                                      czterdziesty trzeci. Dosc swieze, nie maja wiecej niz dwa dni. Ciekawy ksztalt,
                                      juz go gdzies widzialem - pomyslal chwile - chyba brazylijskie, z tej fabryki w
                                      Pelotas, gdzie produkuja na eksport.
                                      - Znowu sie popisujesz? - zapytal Fernando.
                                      - Przeciez pan wie, jefe, ze mam pamiec do szczegolow - odpowiedzial z wyrzutem
                                      technik - i jestem pewien, ze cos takiego juz widzialem. Kojarzy mi sie z
                                      Brazylia, a Pelotas sie samo nasuwa.
                                      - Sprawdzimy, sprawdzimy - zasmial sie Fernando - ale podejrzewam, ze masz
                                      racje. Jak zwykle.
                                      Pierwsza dwojka technikow przebadala tymczasem sciezke od garazu i teraz badala
                                      czesc ogrodka miedzy sciezkami. Szlo im to dosyc szybko. Natomiast technicy przy
                                      furtce, po zabezpieczeniu odciskow zajeli sie sama furtka. Jeden z nich zrobil
                                      kilka zdjec wierzchu furtki, wyjal pensete, zdjal cos z wierzchu furtki i
                                      schowal do malenkiej torebki ewidencyjnej. Drugi bardzo uwaznie badal zatrzask i
                                      oswietlal go swoja latarka ze wszystkich stron. Wreszcie wyciagnal tasme i zdjal
                                      jakis slad. Przed schowaniem do torebki pokazal go koledze oswietlajac latarka.
                                      Drugi pokiwal glowa.
                                      - Czy uzywa pan rekawiczek irchowych, Dziadku? - zapytal.
                                      - Czasami, ale nie nosilem ich juz ze dwa miesiace.
                                      - Na pewno nie mial ich pan na sobie w czwartek?
                                      - Na pewno. Mialem na sobie te same, co teraz.
                                      - A czy ktos wchodzi do pana przez tylna furtke - listonosz, inkasent, ktokolwiek?
                                      - Nie - Dziadek przeczaco pokrecil glowa - wszyscy wchodza od frontu. Poza
                                      listonoszem, wszyscy inkasenci przychodza w drugiej polowie miesiaca, a
                                      listonosz wrzuca listy do skrzynki bez wchodzenia do ogrodka, chyba, ze ma
                                      paczke, ale ostatnia paczke dostalem w maju.
                                      - No to chyba mamy slady wlamywacza - ucieszyl sie technik - bedzie troche
                                      frajdy w laboratorium.
                                      Skonczyli badac furtke i otoczenie niemal w tej samej chwili, kiedy pozostala
                                      dwojka zakonczyla badanie ogrodka. Teraz otworzyli furtke i zajeli sie okolica
                                      za plotem. Nie potrzebowali dlugiego czasu, zeby ustalic, z ktorej strony
                                      nadszedl wlamywacz. Zadne slady nie nadawaly sie tutaj do uwiecznienia, jednak
                                      (choc z trudem) doszli za nimi do ulicy. Tutaj trop sie urwal i nie byli w
                                      stanie go odszukac na przestrzeni stu metrow w obie strony po obu stronach
                                      ulicy. Wrocili wiec do ogrodka. Tutaj dosc szybko odwalili sciezke, nie
                                      znajdujac zadnych ciekawych odciskow nadajacych sie do uwiecznienia. Staneli
                                      wreszcie przed drzwiami. Jeden z technikow obejrzal zamek przez szklo
                                      powiekszajace i pokiwal glowa.
                                      - Wytrych.
                                      Zrobili kilka fotografii i cos znowu schowali do torebek. Potem obejrzeli klamke
                                      i znowu stwierdzili obecnosc irchy. Ten slad tez zabezpieczyli. Wreszcie
                                      poprosili Dziadka o otwarcie drzwi. Dziadek je otworzyl i technicy od razu
                                      rzucili sie do ogladania klamki od wewnatrz. Cos znalezli, bo pedzelkami
                                      naniesli proszek, a potem zabezpieczyli go tasmami. Jeden z nich ogladal je
                                      dlugo i porownywal ze soba.
                                      - Wiekszosc pochodzi od tej samej osoby, pewnie to sa panskie odciski, Dziadku.
                                      Ale jest ladny komplet innych. No coz, nie wyglada mi to na robote zawodowca -
                                      stwierdzil technik.
                                      Teraz zajeli sie malenkim przedpokoikiem, z ktorego prowadzily drzwi do piwnicy,
                                      kuchni i w glab domu. Znalezli kilka dobrze zachowanych (choc niemal
                                      niewidocznych) sladow podeszwy, ale nic na scianach. Klamki ich zaskoczyly -
                                      byly na nich tylko odciski Dziadka, dosc zamazane.
                                      - Oho, nie taki znowu amator. Chyba zalozyl tutaj gumowe albo foliowe
                                      jednorazowki - stwierdzil Fernando.
                                      Zaczeli teraz od kuchni. Szybko stwierdzili, ze nieproszony gosc nader pobieznie
                                      ja przeszukal, w zasadzie zacierajac tylko slady Dziadka. Inna sprawa, ze w
                                      kuchni Dziadka panowyl wyjatkowy porzadek i wystarczylo tylko otworzyc szafke
                                      czy szuflade, ze by widzec, co w niej jest, a czego nie ma. Weszli wiec do
                                      mieszkalnej czesci domku.
                                      - A piwnica? - zapytal Dziadek.
                                      - Zostawimy ja na deser - odparl Fernando.

                                      c.d.n.
                                      --
                                      Tylko piora nam sa na nic,
                                      Bo tu nikt nie umie pisac.
                                      • W salonie im sie poszczescilo. Co prawda podloga i wiekszosc mebli nie nosila
                                        zadnych sladow, o tyle kanapa wywolala zywe zainteresowanie technikow.
                                        - Czul sie lobuz, jak u siebie w domu - zauwazyl jeden.
                                        Latarki, aparaty fotograficzne i pensetki poszly w ruch. Po dokladnym obejrzeniu
                                        kanapy technicy schowali jedenascie dowodow rzeczowych. Jeden z nich wywolal
                                        usmiech na twarzy technikow.
                                        - Bedziesz mial swoje DNA, jefe - zauwazyl.
                                        - A co znalazles?
                                        - Wlos. Krotki, czarny.
                                        - Moze nalezec do jakiegos goscia Dziadka.
                                        - Nie moze. Wlamywacz polozyl to swoje palto. Prawdopodobnie z wielbladziel
                                        welny. W kazdym razie zostalo po nim kilka malenkich klaczkow. Wlos lezal NA
                                        jednym z tych klaczkow. Poniewaz PO wlamywaczu byl to tylko Dziadek, a jego
                                        wlosy sa duzo jasniejsze - rzucil wzrokiem na biala czupryne Dziadka - to musi
                                        byc wlamywacz.
                                        - Jeszcze znajdz mi troche pylkow kwiatowych z Polski, a bede calkiem szczesliwy
                                        - usmiechnal sie szeroko Fernando.
                                        - Sie robi, jefe - technik wyjal niewielki odkurzacz i zaczal dokladnie odkurzac
                                        kanape. Trwalo to blisko pietnacie minut, w czasie ktorych reszta technikow
                                        przeniosla sie do biblioteki i biura Dziadka.
                                        W bibliotece wszystkie ksiazki byly wyciagniete przez wlamywacza i
                                        przegladniete, ale tym razem uzytecznych sladow nie bylo. Rownie malo
                                        wyciagnieto z biura Dziadka, chociaz i tu wlamywacz przegladal wszystko
                                        dokladnie. Nie zlekcewazono lazienki, ale zadnych sladow tam nie bylo. Do
                                        przeszukania zostaly juz tylko sypialnia Dziadka i piwnica Sypialnia Dziadka nie
                                        byla duza, wiec tylko dwoch technikow z Akademii, Fernando, Jose i Dziadek
                                        zostalo do jej przeszukania. Reszta poszla do piwnicy.
                                        - Mysle, ze moze uda im sie odkryc pare sladow podeszw, ale, sadzac po porzadku,
                                        jaki tu panuje, niewiele wiecej - powiedzial jeden z technikow.
                                        - A czego oczekujesz tutaj? - spytal Fernando.
                                        - Tez niewiele.
                                        Rzeczywiscie, nie bylo tego duzo. Znowu odrobina welny z palta wlamywacza i dwa
                                        czarne wlosy. Nic w bielizniarce ani na komodzie. Zostala szafa. Troche odciskow
                                        palcow - pewnie Dziadka, troche smug. Przed otworzeniem szafy technik zastanowil
                                        sie chwile.
                                        - Mysle, ze wlamywacz mogl przeszukac kieszenie - powiedzial w zamysleniu - byl
                                        juz chyba niezle sfrustrowany.
                                        Otworzyl szafe i zaczal sie jej przygladac. Potem poswiecil (razem z kolega)
                                        latarka, ale po chwili dal spokoj. Zaczal wyjmowac z szafy jedna rzecz po
                                        drugiej. Szybko sprawdzali powierzchnie ubrania i jego spod. Nic nie znajdowali.
                                        Zblizali sie juz do konca szafy, kiedy jeden z nich wskazal na cos. Okazalo sie,
                                        ze byl to kolejny wlos, ktory zahaczyl sie na niewielkiej chropowatosci palaka
                                        trzymajacego wieszaki. Zabezpieczyli go wiec z przyjemnoscia i wyciagneli
                                        nastepna sztuke odziezy. Byl to stary, angielski mundur typu battledress z
                                        czerwonymi naszywkami "Poland" na ramionach. Na naramiennikach swiecily trzy
                                        gwiazdki.
                                        - Byles generalem, Dziadku? - zapytal ze zdumieniem Jose.
                                        Zanim Dziadek zdazyl odpowiedziec, wyreczyl go Fernando.
                                        - Nie, to sa polskie dystynkcje. W Polsce kazdy oficer nosi gwiazdki, a nie
                                        tylko generalowie. Dziadek byl porucznikiem - przerwal na ulamek sekundy i sie
                                        poprawil - przepraszam, kapitanem. To zmieniono dopiero po wojnie, Dziadek byl w
                                        Wojsku Polskim na Zachodzie, wiec trzy gwiazdki, to kapitan, prawda?
                                        - Prawda.
                                        Technik juz skonczyl przegladac kieszenie muduru i chcial go odwiesic do szafy,
                                        kiedy Fernando cos zobaczyl. Az sapnal z wrazenia i powstrzymal technika. Wyjal
                                        z jego rak mundur i przyjrzal mu sie dokladnie. konkretnie rzecz biorac, nie
                                        przygladal sie mudurowi, lecz baretkom orderowym. Rzucil okiem na naramienniki,
                                        potem na Dziadka, a potem znow na baretki.
                                        - Niesamowite - wystekal - to sa twoje odznaczenia, Dziadku?
                                        - Tak, moje, co w nich widzisz dziwnego?
                                        - Taka kolekcje odznaczen widuje sie rzadko, albo wcale. I tylko na oficerach
                                        najwyzszych stopni, nigdy na kapitanach.
                                        - Zapewniam cie, ze to sa MOJE odznaczenia - powiedzial z naciskiem Dziadek.
                                        - Wierze ci, wierze - pospiesznie powiedzial Fernando - ale wiesz, historia
                                        wojskowosci to moje hobby. Masz odznaczenia pieciu panstw - wszystkie najwyzsze
                                        z mozliwych. Czterokrotny polski Krzyz Walecznych, Krzyz Kawalerski Orderu
                                        Virtuti Militari, belgijski Krzyz Komandorski Orderu Leopolda I, holenderski
                                        Order Oranje, francuski Krzyz Komandorski Legii Honorowej, brytyjski Krzyz
                                        Komandorski Order of the British Empire i wreszcie jedno z najrzadszych
                                        odznaczen - brytyjski Victoria Cross! I to wszystko na kapitanie? W tym tkwi
                                        jakas zagadka! Powiedz mi, jakim cudem i za co je dostales?
                                        Dziadek westchnal ciezko i usiadl na lozku.
                                        - Jesli ci nie powiem, to bedziesz mnie meczyl tak dlugo, az ci powiem, prawda?
                                        Prawda, widze to po twoich oczach. No dobrze, powiem ci, bo inaczej nie moglbys
                                        usnac. Czterokrotny Krzyz Walecznych i Krzyz Srebrny Virtuti dostalem za odwage
                                        w Tobruku. Zloty Virtuti za penetracje obozu smierci w Majdanku. Krzyz
                                        Kawalerski Virtuti za malo znany epizod operacji "Garden Market", Legie Honorowa
                                        za osiem akcji we Francji, Krzyz Leopolda za cztery akcje w Belgii, Order Oranje
                                        za Arnhem, OBE za caloksztalt i Victoria Cross za Arnhem. Zaspokoilem twoja
                                        ciekawosc?
                                        - Niezupelnie. OBE i Order Oranje nie byl nadawany oficerom mlodszym.
                                        - Rozumiem. No coz, po Tobruku brytyjska SOE wypozyczylo mnie z polskiego
                                        wojska. Odtad przez cala wojne raz bylem w SOE a raz w polskich cichociemnych. W
                                        SOE skonczylem na stopniu pulkownika. Zreszta tylko dzieki temu zakonczylem
                                        wojne w stopniu polskiego kapitana.
                                        - Troche to za bardzo stresciles, Dziadku.
                                        - Nie wymagaj za wiele, Fernando. To sa wszystko opowiesci o krwi, smierci,
                                        zdradzie, strachu, torturach... Dwa razy zlapalo mnie Gestapo - dwa razy
                                        ucieklem. Tak, SOE wyszkolilo mnie dobrze, ale cena byla wielka, przynajmniej
                                        dla mnie.
                                        - Alez to sa bohaterskie opowiesci, Dziadku!
                                        - Bohaterskie? Watpie. Po prostu wykonywalem swoj zolnierski obowiazek,
                                        najlepiej, jak potrafilem.
                                        Fernando, Jose i technicy wpatrywali sie w Dziadka bez slow. W koncu Fernando
                                        powiedzial stlumionym glosem:
                                        - Przepraszam, Dziadku. Nie chcialem zmuszac cie do przezywania tego na nowo...
                                        - Nie ma sprawy.
                                        Wrocili technicy z piwnicy. Rzeczywiscie, poza dwoma parami odciskow butow nic
                                        tam nie znalezli. Technicy w sypialni tez skonczyli robote. Jose popatrzyl na
                                        Fernanda. Ten skinal glowa.
                                        - Skonczylismy. Teraz musimy to zbadac w laboratorium.
                                        - No to chodzmy i pozwolmy Dziadkowi odpoczac - powiedzial Jose, po czym zwrocil
                                        sie do Dziadka.
                                        - Rano skontaktowalem sie z Komenda Glowna, a oni mieli sie skontaktowac z
                                        Interpolem. Jutro musze zrobic mnostwo telefonow i chyba bede potrzebowal
                                        tlumacza, przynajmniej do niektorych z nich. Pomozesz mi, Dziadku?
                                        - Oczywiscie. O ktorej mam byc?
                                        - Miedzy dziewiata a dziesiata, dobrze?
                                        - Dobrze.
                                        Policjanci pozegnali sie z Dziadkiem i odjechali do komendy. Dziadek wrocil do
                                        sypialni, usiadl na lozku i wpatrywal sie w swoj mundur. Siedzial tak bardzo
                                        dlugo...

                                        c.d.n.
                                        --
                                        Grafoman ze stazem zostaje pisarzem!
                                        • Dziadek pojawil sie w komendzie o dziewiatej trzydziesci i od razu zostal
                                          zaprowadzony do gabinetu senior commandante. Chyba cos ze zdarzen dnia
                                          poprzedniego przecieklo, bo kazdy z napotkanych policjantow stawal na bacznosc,
                                          salutowal i trzaskal kopytami az echo szlo po korytarzach. Jose jeszcze nie
                                          skonczyl porannych rutynowych czynnosci, bo siedzial z zastepca i omawial jakies
                                          pismo. Byl z czegos bardzo zadowolony, bo usmiechal sie szeroko.
                                          - Reke karaj, nie slepy miecz - dobrze. Co za kretyn wymyslil - doskonale.
                                          Leczyc uzytkownikow, karac i leczyc w przypadku recydywy - slusznie. Karac
                                          sprzedawcow, dystrybutorow, producentow - swiete slowa. Dodaj jeszcze o
                                          konfiskacie mienia dla nich i przeznaczeniu tych pieniedzy na zmiane profilu
                                          upraw i to chyba byloby wszystko. Przygotuj mi to w koncowej formie na jutro.
                                          Zastepca zebral papiery z biurka, wstal i opuscil gabinet. Jose zatarl rece i
                                          wskazal Dziadkowi wygodny fotel, ktory od dwoch dni stal w gabinecie.
                                          - Jestes gotowy na dlugie rozmowy, Dziadku? - zapytal - Dostalem z Komendy
                                          Glownej nazwisko kontaktu w Interpolu, a oni mieli przygotowac kontakty w
                                          policjach panstwowych.
                                          - Nie. Powiedz mi najpierw, jakie byly ustalenia na wczorajszej odprawie.
                                          - Hmmmm... - zmieszal sie Jose - wlasciwie zadnych. W hotelach nie bylo zadnych
                                          cudzoziemcow, zaden samolot czarterowy nie wyladowal ani zaden czarter nie
                                          zawinal do portu w interesujacym nas terminie. Zadnych samochodow z obca
                                          rejestracja. Akcja przepytywania sasiadow jeszcze sie nie skonczyla.
                                          Dziadek zamyslil sie. Po chwili wstal i podszedl do mapy okregu. Przygladal jej
                                          sie przez dluzsza chwile, po czym zapytal:
                                          - Gdzie koncentrowaly sie poszukiwania?
                                          - Przeciez wiesz, Dziadku. Tutaj, w miescie.
                                          - Tak mi sie wydawalo. Czy mozesz poprosic tutaj tego aspiranta, jak mu tam,
                                          Rodrigueza?
                                          Dwie minuty pozniej Rodriguez zameldowal sie przepisowo. Dziadek, wciaz stojac
                                          przy mapie, zapytal krotko:
                                          - Jakies nowe informacje?
                                          - Jeszcze nie - glos Rodrigueza brzmial nieco niepewnie.
                                          Dziadek skinal na niego reka.
                                          - Niech pan tutaj podejdzie, panie aspirancie.
                                          Rodriguez podszedl i wpatrywal sie niepewnie w Dziadka, rzucajac wzrokiem na
                                          mape. Jose tez przygladal sie Dziadkowi z uwaga.
                                          - Mamy nastepujaca sytuacje, panie aspirancie. Na lotnisku, w porcie i hotelach
                                          w miescie ani sladu cudzoziemca, jednakze wlamanie nastepuje. Zakladajac, ze nie
                                          posluguje sie falszywym paszportem, ani falszywymi tutejszymi papierami, jak
                                          mogl tego dokonac? Prosze sie sprobowac wczuc w skore przestepcy. Jak pan by
                                          tego dokonal?
                                          Rodriguez wpatrywal sie w Dziadka przerazonym wzrokiem, jakby Dziadek nagle
                                          zaczal ziac ogniem. Z trudem przelknal sline i odwrocil wzrok na mape. Patrzyl
                                          na nia, jakby widzial ja pierwszy raz w zyciu. Jednak po chwili wzrok mu sie
                                          zogniskowal i zaczal sie wpatrywac w pewien scisle okeslony rejon. Cos mamrotal
                                          pod nosem i przesuwal palcem po mapie. Dziadek i Jose bacznie go obserwowali.
                                          Wreszcie Rodriguez odetchnal gleboko i podniosl glowe, patrzac Dziadkowi prosto
                                          w oczy.
                                          - Chyba wiem, jakbym to zrobil. Zakladam, ze potrzebuje przemieszczac sie
                                          szybko. Dlatego uzylbym samolotu, zeby sie tu dostac. Jednakze nie chce sie
                                          rzucac w oczy, dlatego nie laduje tutaj, ale u sasiadow z polnocy - wskazal na
                                          sasiednie miasto, odwiecznego zreszta rywala - tam wynajmuje samochod - ta sama
                                          rejestracja, co tutaj i jade w poblize tego parku narodowego, tutaj, gdzie
                                          wynajmuje pokoj. Stamtad jest do nas zaledwie czterdziesci kilometrow. Za kazdym
                                          razem, gdy wyjezdzam, mysla tam ze jade do parku obserwowac foki albo pingwiny,
                                          a ja przyjezdzam tutaj i robie rekonesans. Kiedy jestem gotowy, dokonuje
                                          wlamania, wracam do hotelu, zwalniam hotel, wracam do sasiadow, oddaje samochod
                                          i odlatuje.
                                          - Co otym myslisz, Jose? - zapytal Dziadek - Moim zdaniem ma rece i nogi. Czy
                                          poszukiwania objely tamten region i sasiadow?
                                          - Mysle, ze masz racje. Nawet, jesli to nie jest prawdziwe, to dobrze wymyslone.
                                          Rodriguez, prosze rozszerzyc poszukiwania na polnoc. Popedz kota naszym kolegom.
                                          Niech zaczna poszukiwania od lotniska i okolicznych wypozyczalni samochodow.
                                          Kolo parku narodowego jest posterunek - niech sie rusza. Pamietaj, ze dzialasz
                                          na moje polecenie i wykonujesz moje rozkazy. Wszystko jasne?
                                          - Tak jest, senior commandante!
                                          - Wykonac!
                                          Rodrigueza wymiotlo z pokoju.
                                          - Mamy jeszcze cos do sprawdzenia, czy mozemy dzwonic do Interpolu, Dziadku?
                                          - Mozemy dzwonic.

                                          c.d.n.
                                          --
                                          Tylko piora nam sa na nic,
                                          Bo tu nikt nie umie pisac.
                                          • Jose wystukal numer i przerzucil telefon na glosnik. Po chwili w glosniku
                                            odezwal sie glos mowiacy po angielsku:
                                            - Inspektor Miguel Hernandez, slucham.
                                            - Mowi pulkownik Jose Maria Ernesto Robeiro y Martinez z Chile. Czy nie byloby
                                            moze wygodniej mowic po hiszpansku?
                                            - Witam, panie pulkowniku. Oczywiscie, ze byloby wygodniej mowic po hiszpansku.
                                            Ale raport i tak bede musial wypelnic po angielsku. Ze wstepnej informacji
                                            dowiedzialem sie, ze potrzebuje pan pomocy Interpolu w jakiejs sprawie o
                                            miedzynarodowym znaczeniu, czy tak?
                                            - Niezupelnie. Najwyrazniej te gryzipiorki w Komendzie Glownej u nas nie
                                            potrafia nawet sluchac co sie do nich mowi, a tym bardziej przekazac tego
                                            poprawnie. To nie jest sprawa o miedzynarodowym znaczeniu, tylko przestepstwo,
                                            dokladniej mowiac wlamanie, popelnione przez osobe nieznana, prawdopodobnie
                                            obywatela obcego kraju, ktory prawdopodobnie popelnil nie mniej niz 38
                                            identycznych przestepstw w czterech innych krajach i prawdopodobnie planuje
                                            popelnienie dwoch dodatkowych w dwoch nastepnych krajach.
                                            - Rzeczywiscie, informacja byla nieco inna. Ale pan mowi, pulkowniku, o jednym
                                            przestepstwie popelnionym, 38 prawdopodobnie popelnionych i dwoch planowanych?
                                            To brzmi nieco dziwnie.
                                            - Cala sprawa jest nieco dziwna, panie inspektorze. Zanim przejde do szczegolow,
                                            podam panu podsumowanie:
                                            1. Przestepstwa na pewno popelnione - jedno. Wlamanie tutaj, u nas. Nic nie
                                            zostalo skradzione, domniemany powod wlamania znajduje sie w rekach policji.
                                            Jest to znaczek pocztowy.
                                            2. Przestepstwa prawie na pewno popelnione - 38. Wszystkie to wlamania z
                                            kradzieza. Obiektem kradziezy wszedzie padl ten sam znaczek. Podzial geograficzny:
                                            Kanada - 3,
                                            Wielka Brytania - 1,
                                            Szwecja - 1,
                                            Polska - 33.
                                            3. Podejrzenie o popelnieniu przestepstwa - 3 - wszystko kradzieze pocztowe w
                                            Polsce. Obiekt kradziezy - ten sam znaczek
                                            4. Podejrzenia o planowaniu przestepstwa - 2, wlamania polaczone z kradzieza
                                            tego samego znaczka, jedno w Egipcie a drugie w Nowej Zelandii.
                                            - Brzmi fascynujaco - sucho powiedzial inspektor - jedno przestepstwo i mnostwo
                                            podejrzen. Czy moge prosic o troche wiecej szczegolow?
                                            - Prosze bardzo - z satysfakcja w glosie odpowiedzial Jose i zaczal opowiadac
                                            cala historie od poczatku. Nastepnie omowil wnioski i przypuszczenia. Inspektor
                                            po drugiej stronie przerywal tylko po to, zeby uzyskac prawidlowa pisownie
                                            polskich nazw. Wreszcie Jose skonczyl.
                                            - To rzeczywiscie nieco dziwna historia, panie pulkowniku.
                                            - Tak jak panu mowilem, panie inspektorze. Mamy jedno przestepstwo i mnostwo
                                            podejrzen. Podejrzenia moga byc potwierdzone przez lokalne policje, ale nie
                                            znamy ofiar, tylko przypuszczalne daty i miejscowosci. Niezbyt wiele, zeby
                                            prosic ich o pomoc. Na razie mozemy ich tylko poinformowac, ze te pojedyncze
                                            przestepstwa sa czastkami czegos wiekszego. Byc moze beda w stanie udzielic nam
                                            pomocy nawet na tym etapie sledztwa, ale ktos to musi koordynowac. Sadze, ze
                                            Interpol. Prawde mowiac, droga do rozwiazania wiedzie, moim zdaniem, przez
                                            policje w Polsce, dlatego od nich chce zaczac. Ale chce tez porozmawiac ze
                                            wszystkimi innymi policjami. Prosze to nazwac zawodowa kurtuazja, jesli pan
                                            chce, albo rozpaczliwym czepianiem sie cienia nadziei, jesli pan woli.
                                            - Rozumiem. Rzeczywiscie, sprawa jest wyjatkowo - jakby to okreslic - slaba. No
                                            coz, nie widze nic stojacego na przeszkodzie, aby porozmawial pan z kolegami z
                                            roznych krajow. Pomoc Interpolu zaczne wiec od listy kontaktow. Prosze chwile
                                            poczekac.
                                            Rzeczywiscie, nie trwalo to dlugo. Juz po chwili byl z powrotem na linii.
                                            - Prosze notowac:
                                            Polska - Komenda Glowna, Wydzial Kontaktow Zagranicznych - inspektor Kornel
                                            Matuszynski,
                                            Szwecja - Komenda Glowna, lacznik Interpolu - komisarz Arne Saknussen,
                                            Wielka Brytania - Scotland Yard, lacznik Interpolu - inspektor John Smithwick-Brine,
                                            Kanada - Toronto Metroplitan Police - Biuro Koordynacji - porucznik-detektyw
                                            Madeleine Berry,
                                            Nowa Zelandia - Komenda Glowna, lacznik Interpolu, inspektor George Whippelby III,
                                            Egipt - Komenda Glowna, Biuro Koordynatora - inspektor Hassan Ali ben Shareik Ali.
                                            Wszystkie te osoby zawiadomie w przeciagu pietnastu minut o panskiej prosbie,
                                            tak wiec moze pan zaczac probowac z nimi rozmawiac juz za jakies pol godziny,
                                            panie pulkowniku. Czy jeszcze w czyms moge byc teraz pomocny?
                                            - Owszem, przydalyby mi sie numery ich telefonow, jesli ja pan ma, panie
                                            inspektorze.
                                            - Kiedy panu dyktowalem te nazwiska, wyslalem panu sytemem Interpolu e-mail z
                                            nazwiskami i telefonami. W Santiago przerzuca to na wasza siec, wiec wkrotce
                                            powinien go pan dostac.
                                            - W takim razie to na razie wszystko, panie inspektorze.
                                            - Doskonale, panie pulkowniku. Prosze mnie zawiadomic, kiedy bardziej konkretna
                                            pomoc Interpolu bedzie panu potrzebna.
                                            - Dziekuje, nie omieszkam tego zrobic. Do uslyszenia, panie inspektorze.
                                            - Do uslyszenia, panie pulkowniku.
                                            Jose rozlaczyl rozmowe i usmiechnal sie do Dziadka.
                                            - No to poczatek mamy zrobiony.

                                            c.d.n.
                                            --
                                            Grafoman ze stazem zostaje pisarzem!
                                            • Czekajac na zapowiedziany e-mail Dziadek i Jose rozmawiali. Trudno sie dziwic,
                                              ze rozmowa dotyczyla sprawy, ale szybko zdryfowala na ogolny stan prawa w
                                              panstwie i na swiecie. Obaj dyskutanci mieli w wielu sprawach podobne zdanie,
                                              aczkolwiek Dziadek byl o wiele bardziej konserwatywny w swych opiniach. Dyskusja
                                              zapowiadala sie ciekawie, ale przerwal ja telefon. Jose podniosl sluchawke i
                                              podniosl ze zdziwieniem brwi, po czym popatrzyl na wygaszony ekran monitora,
                                              zlapal mysz i ja przesunal. Ekran powrocil do zycia, zadajac wprowadzenia hasla.
                                              Jose wprowadzil haslo i ekran wyswietlil normalna tapete z obrazkami. Jedna
                                              rzecza, ktora nie pasowala do normalnego wygladu bylo okienko, ktore
                                              informowalo, ze uzytkownik secur_admin chce przejac kontrole nad komputerem i
                                              prosi o wyrazenie zgody. Jose udzielil zgody i po chwili komputer zaczal
                                              instalowac program. Trwalo to niezbyt dlugo, komputer wykonal poprawny reboot,
                                              Jose wprowadzil haslo i po chwili na ekranie pojawila sie tapeta z ikonkami.
                                              Przybyla jedna nowa, pod ktora widnial napis "Interpol". Jose przelaczyl telefon
                                              na glosnik i poslusznie wykonywal kolejne polecenia rozmowcy - kliknal na
                                              ikonke, wlogowal sie i zmienil haslo. Wysluchawszy jeszcze krotkiej instrukcji
                                              podziekowal i rozlaczyl sie.
                                              - No, i co o tym powiesz, Dziadku? - zapytal. - Siedze sobie tutaj, a technik w
                                              stolicy i instaluje mi program. Ech, ten postep.
                                              Wywolal poczte i wydrukowal list z lista nazwisk i telefonow. Sprawdzil zegarek.
                                              Juz prawie pol godziny minelo od rozmowy z Interpolem. Zanim jednak zdazyl
                                              wykrecic numer do Polski, rozleglo sie pukanie i do gabinetu wpadl aspirant
                                              Rodriguez.
                                              - Senior commandante! - wydyszal - mamy pierwsze slady! W sobote, piatego
                                              sierpnia, w hotelu "Pod krolewskim pingwinem" zameldowal sie obcokrajowiec,
                                              Polak, o nazwisku - sprobowal je wymowic - Roch Kaczorowski. Przyjechal
                                              czerwonym samochodem marki Jeep Cherokee, numer rejestracyjny miejscowy, juz go
                                              sprawdzamy. Wymeldowal sie w poniedzialek, osmego sierpnia. Placil gotowka.
                                              Zanim Jose czy Dziadek zdazyli cokolwiek powiedziec, rozleglo sie pukanie i do
                                              gabinetu wszedl kolejny aspirant. Zameldowal sie przepisowo i oznajmil, ze ma
                                              kolejne, wstepne informacje, ktore wlasnie w tej chwili nadeszly od sasiadow z
                                              polnocy. W czwartek, trzeciego sierpnia, obywatel Niemiec, niejaki Hans Dietrich
                                              Schmidt wypozyczyl samochod marki Nissan, znany numer rejejestracyjny, z agencji
                                              Avis na lotnisku, ktory zwrocil w sobote, piatego sierpnia. Placil MasterCard o
                                              ponizszym numerze. W sobote, piatego sierpnia agencja Budget na lotnisku
                                              wypozyczyla samochod marki Jeep Cherokee, numer rejestracyjny znany, obywatelowi
                                              polskiemu, niejakiemu... Rochowi Kaczorowskiemu, ktory samochod zwrocil w
                                              poniedzialek, osmego sierpnia. Placil Visa o numerze... Poniewaz lotnisko
                                              tamtejsze jest lotniskiem krajowym, nie ma tam Immigracion, ale policja sprawdza
                                              juz listy pasazerow w okreslonym czasokresie. Sprawdzaja tez hotele i inne
                                              wypozyczalnie.
                                              - No, cos sie rusza - powiedzial Jose - doskonale. W takim razie ruszamy
                                              pelniejszym frontem. Prosze skontaktowac sie z Santiago - po pierwsze -
                                              Immigracion na lotnisku - lista przylatujacych i wylatujacych obcokrajowcow. Po
                                              drugie - Komenda stoleczna - hotele, wypozyczalnie samochodow, lista
                                              cudzoziemcow na lotach krajowych. Po trzecie - MasterCard i Visa - na razie te
                                              dwa numery kart - gdzie byly uzyte w interesujacym nas okresie. Kiedy bedzie
                                              wiadome - wyslac kogos i przepytac personel. Niech znajda tez rysopis. Po
                                              czwarte - niech nasi koledzy z Akademii pojada do hotelu i naszych przyjaciol na
                                              polnocy i zbadaja pokoj i samochod. Obie rzeczy, jesli to mozliwe, natychmiast
                                              zamrozic - zadnego wynajmowania i wypozyczania, zanim nie zakonczymy badan. Po
                                              raz pierwszy w zyciu - westchnal - mam nadzieje, ze sprzataja niezbyt
                                              dokladnie... Wykonac!
                                              Aspiranci znikneli. Jose przegladnal swiezo zapisane kartki i dolaczyl je do
                                              pomalu rosnacego stosiku dokumentacji. Nastenie siegnal po telefon i patrzac na
                                              wydruk wystukal numer, po czym przelaczyl aparat na glosnik. Z glosnika plynely
                                              charakterystyczne szmery polaczenia transatlantyckiego (chociaz w dobie
                                              komunikacji satelitarnej byc moze bylo to polaczenie transpacyficzne - ktoz to
                                              mogl wiedziec), wreszcie uslyszeli syganal polaczenia. Gdzies w odleglej
                                              Warszawie stojacy na biurku telefon dzwonil... dzwonil... dzwonil... dzwonil...
                                              dzwonil. Nagle przestal i czyjs glos zaczal cos mowic po polsku. Najwyrazniej
                                              automatyczna sekretarka. Jose spojrzal na Dziadka.
                                              - 1385, szybko, Jose!
                                              Jose wystukal 1385, rozleglo sie kilka trzaskow i nowy sygnal. Po drugim ktos
                                              podniosl sluchawke i cos powiedzial.
                                              - Czy mowi pan po hiszpansku? - zapytal Jose
                                              - Non abla espaniol - uslyszal w odpowiedzi.
                                              - Czy mowi pan po angielsku - zmienil jezyk Jose.
                                              - No spik inglisz - padla odpowiedz.
                                              - A moze mowi pan po polsku? - zlosliwie spytal Dziadek.
                                              - Co to za wyglupy? - spytal glos zza oceanu.
                                              - Jestem tlumaczem pulkownika Jose Marii Ernesta Robeiro y Martineza ,
                                              komendanta okregu policji w Chile. Pan pulkownik chce rozmawiac z inspektorem
                                              Matuszynskim. Intencja rozmowy zostala zasygnalizowana panu inspektorowi przez
                                              Interpol, a konkretnie przez inspektora Miguela Hernandeza. Czy moglby nas pan
                                              polaczyc z inspektorem Matuszynskim?
                                              - Pan inspektor Matuszynski jest w tej chwili na odprawie.
                                              - A kiedy odprawa sie skonczy?
                                              - Powinna sie skonczyc za godzine.
                                              - Prosze chwileczke zaczekac - Dziadek szybko przelozyl uzyskane informacje na
                                              hiszpanski, zas Jose zadecydowal, ze zadzwonia za godzine.
                                              - Prosze przekazac panu inspektorowi, ze zadzwonimy mniej wiecej za godzine. Pan
                                              jest jego asystentem, komisarzu... Pawlak, o ile sie nie myle?
                                              - Przekaze, ale pan ispektor jest bardzo zajety i na pewno chcialby wiedziec, o
                                              co chodzi.
                                              - A, o tym pan pulkownik poinformuje pana inspektora osobiscie. Dziekuje, panie
                                              komisarzu - Dziadek rozlaczyl rozmowe i az sie otrzasnal - Ciekawski jak mlody
                                              pies...

                                              c.d.n.

                                              --
                                              Tylko piora nam sa na nic,
                                              Bo tu nikt nie umie pisac.
                                              • Z Anglia bylo gorzej. Ale z zupelnie innego powodu. Inspektor John
                                                Smithwick-Brine byl Szkotem i mowil po angielsku z tak silnym szkockim akcentem,
                                                ze Jose nie rozumial ani slowa, a domyslal sie zaledwie co trzeciego. Po chwili
                                                spojrzal bezradnie na Dziadka.
                                                - Moze ja sprobuje.
                                                Jose wzruszyl ramionami. Dziadek mowil swietnie po angielsku, ale jego akcent
                                                byl (Jose nie byl pewien) albo oksfordzkim, albo z Cambridge, albo BBC, ale na
                                                pewno nie byl szkockim. Dziadek rozpoczal od przedstawienia sie i wytlumaczenia
                                                swojej roli, ale juz po trzecim zdaniu Jose przestal Dziadka rozumiec. Dziadek
                                                brzmial zupelnie jak inspektor Smithwick-Brine. Inspektor najwyrazniej jednak
                                                doskonale Dziadka rozumial. Tym razem Dziadek przejal inicjatywe. Tlumaczyl
                                                rozmowe Josemu na biezaco, ale od razu przeszedl rzeczy - wyjasnil historie
                                                przestepstwa, wytlumaczyl problemy sledztwa i poprosil o pomoc. Josemu w miare
                                                sluchania zaczely wpadac w ucho pewne, dosc czesto powtarzajace sie zwroty,
                                                ktore wywolywaly usmieszek na ustach Dziadka. Brzmialy one "olboj" i "olczap".
                                                Dopiero po dobrej chwili zrozumial je i tez sie usmiechnal. Dziadek doszedl
                                                wlasnie do miejsca, w ktorym wyjasnial, ze ofiara mieszka gdzies w Anglii.
                                                - W Zjednoczonym Krolestwie - poprawil inspektor.
                                                - W Anglii - upieral sie Dziadek - nikt, kto mieszka w Szkocji czy w Walii, o
                                                Irlandii Polnocnej nawet nie wspominajac, nie powie, ze mieszka w Anglii,
                                                nieprawdaz, olczap?
                                                - Ma pan racje - przyznal inspektor - nikt.
                                                Dziadek zasugerowal inspektorowi te sama metode zawezenia poszukiwan, co
                                                poprzednio, tyle tylko, ze adres internetowy byl inny - lol21ndm. Za zgoda
                                                Josego podal personalia domniemanego przestepcy i numer jego Visy. Jedynie
                                                interesujacy daty byly inne - od dwudziestego pierwszego lipca do czwartego
                                                sierpnia. Na zakonczenie rozmowy inspektor zapytal, gdzie Dziadek nauczyl sie
                                                tak pieknie mowic po angielsku z wlasciwym szkockim akcentem. Dziadek zazartowal:
                                                - Kiedy jeszcze pobieralem krolewski szyling w sluzbie JKM Jerzego VI, sluzylo
                                                ze mna kilku chlopcow z Highlands. Oni nauczyli mnie wlasciwego szkockiego akcentu.
                                                Inspektor najwyrazniej sie zdetonowal, bo zaczal przepraszac za uzywanie zwrotow
                                                "olboj i olczap", ale Dziadek stwierdzil, ze nie ma to najmniejszego znaczenia,
                                                nie czuje sie urazony i ze bardzo mu bylo milo przypomniec sobie pogawedki
                                                starych towarzyszy broni z SOE wyglaszane tym pieknym akcentem, po czym pozegnal
                                                sie i odlozyl sluchawke.
                                                - Teraz zabilem mu lepszego klina niz nasza sprawa - stwierdzil z filuternym
                                                usmiechem - to co, teraz Kanada?
                                                Nabierali wprawy, totez rozmowa z Kanada okazala sie najlatwiejsza z
                                                dotychczasowych. Pani porucznik-detektyw Madeleine Berry mowila z uroczym
                                                francuskim akcentem, ale latwo ja szlo zrozumiec. Na szczescie oprocz swojego
                                                miliona niewiadomych tym razem dysponowali przynajmniej nazwiskiem i
                                                przyblizonym miejscem zamieszkania przynajmniej jednej ofiary. Sposob zawezenia
                                                kregu poszkodowanych uzywajac nickow "goonia" i "woloduch1" zyskal pelna
                                                aprobate pani porucznik. Entuzjastycznie rowniez przyjela nazwisko podejrzanego
                                                i numer jego karty. Natomiast entuzjazm jej przygasl przy pytaniu o
                                                zabezpieczone slady. Obawiala sie, ze zadne takie przeszukanie moglo nie miec
                                                miejsca. Tym niemniej obiecala wszelka mozliwa pomoc i wsrod wzajemnych
                                                kurtuazji wszyscy sie pozegnali.
                                                Jose odetchnal gleboko. Trzy rozmowy, ktore dotychczas odbyli, byly o tyle
                                                pozytywne, ze uzyskali przynajmniej obietnice wspolpracy. Teraz czekala ich
                                                rozmowa z Polska i tu oczekiwali najwiecej klopotow. Nie mieli wszak zadnych
                                                nazwisk a tylko garsc nickow i nazw miejscowosci. Jose popatrzyl na Dziadka i
                                                zapytal:
                                                - Zaczynamy?
                                                - Zaczy... - Dziadek przerwal, oczy rozwarly mu sie szeroko, klepnal sie dlonia
                                                w czolo - nie, jeszcze nie. Psiakrew, co za idiota ze mnie! Jose, masz tu
                                                komputer z Internetem? Potrzebuje sie do niego dostac. I jakbym mogl wypozyczyc
                                                kogos potem do pilnowania tego komputera...
                                                - Co wymysliles, Dziadku? - z zaciekawieniem zapytal Jose.
                                                - Przy odrobinie szczescia mozemy miec telefon przewodniczacej towarzystwa
                                                jescze dzisiaj. Ze tez ja o tym wczoraj nie pomyslalem! No tak, skleroza nie
                                                boli. A policjant niech pilnuje odpowiedzi - dostarczy mi ja jak przyjdzie.
                                                Jose zrozumial zamiar Dziadka w ulamku sekundy. Zadzwonil do Rodrigueza i
                                                polecil mu skierowac jednego z aspirantow do pomocy Dziadkowi. Za chwile
                                                aspirant zameldowal sie i poszedl z Dziadkiem do komputera z Internetem. Dziadek
                                                sprawnie wszedl na strone, wlogowal sie i szybko napisal krotki list. Pozniej
                                                zmienil strony i napisal jeszcze krotszy list, ktory wyslal na jakies forum.
                                                Nagle zamarl, usmiechanal sie szeroko i znowu zmienil strony. Znow cos napisal,
                                                wyslal, zmienil strony, usmiechnal sie i znowu zmienil strony. Byl teraz na
                                                poczcie. Poinstruowal aspiranta, ze kazdy list, jaki od tej pory przyjdzie, ma
                                                natychmiast wydrukowac i przyniesc do Dziadka. Poczte ma sprawdzac co piec
                                                minut. Po czym wstal i poszedl do gabinetu Josego.

                                                c.d.n.
                                                --
                                                Grafoman ze stazem zostaje pisarzem!
                                                • - No i czego dokonales, Dziadku? - zapytal Jose.
                                                  - Wyslalem pilny list do przewodniczacej z prosba o numer jej telefonu.
                                                  Nastepnie zawiadomilem na forum, ze ma pilny list. A potem, w nowym watku
                                                  poprosilem wszystkich o ich numery telefonow, zaznaczajac, ze jest to pilne i ze
                                                  powod wyjasnie osobiscie. A aspirant bedzie mi dostarczal odpowiedzi na biezaco.
                                                  - Genialne. I tak proste, ze po prostu genialne. Szkoda, ze na to nie wpadlem.
                                                  - A ja zaluje, ze nie wpadlem na to wczesniej. To co, dzwonimy?
                                                  Zadzwonili. Juz po drugim sygnale ktos odebral telefon i szybko okazalo sie, ze
                                                  jest to wlasnie inspektor Kornel Matuszynski. Rownie szybko jednak okazalo sie,
                                                  ze nie mowi po hiszpansku, po angielsku mowi bardzo slabo, aczkolwiek rozumie
                                                  doskonale, natomiast wlada biegle francuskim. Jose z kolei nie mowil po polsku,
                                                  po francusku ledwo - ledwo, biegle zas po angielsku i portugalsku. Szybko
                                                  uzgodniono, ze Jose bedzie mowil po angielsku lub hiszpansku, Matuszynski po
                                                  polsku lub francusku, Dziadek zas, z racji bieglosci we wszystkich tych jezykach
                                                  bedzie tlumaczyl kiedy zajdzie potrzeba i czuwal nad mozliwymi nieporozumieniami
                                                  w tlumaczeniach. Takie rozwiazanie usatysfakcjonowalo wszystkich. Jose
                                                  przystapil wiec do rzeczy.
                                                  - Jak pan wie, zwrocilem sie do Interpolu z prosba o pomoc w rozwiazaniu sprawy
                                                  wlamania dokonanego na moim terenie. Jednakze wlamanie to zdaje sie byc tylko
                                                  jednym z serii, a dokladniej, trzydziestym osmym z kolei, notabene pierwszym
                                                  nieudanym. Wszystkie inne zakonczyly sie sukcesem wlamywacza, ktory skradl
                                                  poszukiwane przez siebie walory filatelistyczne. Trop wlamywacza biegnie, jak na
                                                  razie przez piec krajow na trzech kontynentach i, jak wynika z posiadanych przez
                                                  nas informacji, zaczyna sie w Polsce.
                                                  - Zaczyna sie w Polsce - niedowierzajaco mruknal Matuszynski.
                                                  - Woli pan uslyszec cala historie chronologicznie, czy geograficznie? -
                                                  uprzejmie zapytal Jose.
                                                  - Chronologicznie - padla zrezygnowana odpowiedz.
                                                  Jose wskazal Dziadkowi gestem reki telefon i Dziadek zaczal bez pospiechu
                                                  referowac sprawe. Zaczal od powstania forum, potem Towarzystwa, spotkan,
                                                  niespodzianki z Kanady, wreszcie wlaman. Matuszynski zaczal notowac szczegoly,
                                                  niemal nie przerywajac Dziadkowi narracji. Dziadek zakonczyl opowiadanie na
                                                  ostatnim wlamaniu i przekazal paleczke Josemu. Jose opowiedzial wiec dzieje
                                                  ostanich trzech dni, konczac na telefonie do Matuszynskiego.
                                                  - Jak wiec pan widzi, cala sprawa jest bardzo dziwna. Przede wszystkim nie
                                                  wiemy, czy te przestepstwa w ogole mialy miejsce - poza tym u nas. Dalej, jezeli
                                                  zaistnialy, kto byl ich ofiara. Wiemy gdzie, nie wiemy kto. Dalej, podejrzewamy,
                                                  ze wlamywacz moze uderzyc jeszcze dwukrotnie - i znow, wiemy gdzie, nie wiemy,
                                                  kto. Mamy podejrzanego, nawet troje, ale co do dwojga mamy bardzo powazne
                                                  watpliwosci i sa oni na tej liscie tylko dlatego, ze nie mielismy wtedy innych
                                                  podejrzanych. Jesli chodzi o trzeciego, to rownie dobrze moze to byc przypadek,
                                                  nie majcy ze sprawa nic wspolnego, zas wlasciwy trop nie zostal jeszcze odkryty.
                                                  - Wiecie, panowie - powiedzial wolno Matuszynski - to brzmi jak bajka albo zart,
                                                  a nie jak powazna afera kryminalna.
                                                  - Wiemy - zgodzil sie Jose - dlatego tez naszym pierwszym celem jest
                                                  sprawdzenie, czy wlamania te mialy miejsce. Jezeli mialy, to dopiero wtedy
                                                  mozemy mowic o dalszej, prawdziwej wspolpracy. Jezeli nie - to wyjde na glupca i
                                                  pewnie odejde na wczesniejsza emeryture. Ale instynkt mowi mi, ze afera jest
                                                  prawdziwa.
                                                  - Wierzy pan w instynkt? - zainteresowal sie Matuszynski.
                                                  - Nie wiem, czy to jest instynkt, nos, czy po prostu doswiadczenie. Albo jeszcze
                                                  cos innego. Ale to cos mowi mi, ze afera jest prawdziwa. A malenki glosik
                                                  szepce, ze afera jest duzo wieksza, chociaz, co by to moglo byc, nie mam pojecia.
                                                  - Dobrze, podsumujmy - powiedzial Matuszynski - na razie mam stwierdzic, czy
                                                  wlamania te mialy miejsce, czy tak? A jezeli tak, to u kogo, nieprawdaz?
                                                  - Prawde mowiac - Jose zawahal sie i spojrzal pytajaco na Dziadka, ktory
                                                  pokrecil przeczaco glowa - nazwiska ewentualnych poszkodowanych nie sa nam
                                                  niezbedne. W koncu, to polska policja bedzie prowadzila sledztwo, a nie
                                                  nasza.Owszem, byloby dobrze je znac, ale nie jest to konieczne. Jesli uda sie
                                                  panu dotrzec do poszkodowanych, dowie sie pan, na jakim etapie jest sledztwo i
                                                  wtedy dopiero mozemy zaczac rozmawiac powaznie o wspolpracy.
                                                  Rozleglo sie pukanie do drzwi i niemal natychmiast w drzwiach stanal aspirant,
                                                  ktorego Dziadek usadzil za komputerem. Trzymal w reku kartke, ktora podal
                                                  Dziadkowi. Dziadek ja przeczytal i triumfujaco podniosl w gore kciuk.
                                                  - ... a 22 z nich w Warszawie - kontynouwal Jose patrzac pytajaco na Dziadka -
                                                  to moze byc start.
                                                  - Jezeli mozna sie wtracic, panie inspektorze - powiedzial Dziadek, po
                                                  wymienieniu z Jose kilku slow - to zdaje sie, ze zapomnielismy powiedziec, ze
                                                  tuz przed rozmowa z panem wyslalem na forum prosbe o podanie przez uczestnikow,
                                                  dla mojej prywatnej wiadomosci, ich numerow telefonow. Wlasnie przyszedl
                                                  pierwszy - moze zechce pan zanotowac - to sa dwa numery - do pracy i do domu,
                                                  uczestnika forum o nicku g0p0s. Byc moze zaoszczedzi to panu troche pracy. Pan
                                                  g0p0s moze rowniez znac telefony do kilku innych osob.
                                                  - Dobrze - powiedzial inspektor Matuszynski - skontaktuje sie z panem G0p0sem i
                                                  dam panom znac, czego sie dowiedzialem, zgoda?
                                                  - Zgoda. Ma pan moj numer telefonu?
                                                  - Tak, mam. Skontaktuje sie z panami, jak tylko bede cos wiedzial, wiec na razie
                                                  - do uslyszenia.
                                                  - Do uslyszenia, panie inspektorze.
                                                  Jose rozlaczyl rozmowe i odetchnal.
                                                  - To poszlo duzo latwiej, niz myslalem.
                                                  Wprowadziles go w stan szoku, dlatego stracil odpornosc - zachichotal Dziadek.
                                                  - No, to zostaly nam tylko trzy telefony do wykonania - Egipt, Centrala
                                                  Filatelistyczna i Nowa Zelandia.

                                                  c.d.n.
                                                  --
                                                  Grafoman ze stazem zostaje pisarzem!
                                                  • Rozmowa z Egiptem byla krotka i bezowocna.Inspektor Hassan Ali ben Shareik Ali
                                                    przebywal dzis w Luksorze i mial wrocic dopiero nazajutrz. Tyle przynajmniej
                                                    zrozumial Dziadek po frustrujacych dziesieciu minutach spedzonych na probach
                                                    poruzumienia sie z nie mowiacymi po angielsku, francusku, hiszpansku ani wlosku
                                                    egipskimi policjantami. Dziadkowa znajomosc arabskiego byla praktycznie zerowa i
                                                    musial uzyc swego calego sprytu i, bardziej odgadywanej niz rzeczywistej,
                                                    znajomosci lingua franca z przed ponad szescdziesieciu lat, zeby dowiedziec sie
                                                    chociaz tyle. Dziadek otarl pot z czola.
                                                    - Lepiej zapros tutaj na jutro Felicie Escobero, Jose. Jezeli nasz inspektor
                                                    wlada obcymi jezykami tak, jak jego koledzy, to bez niej sie nie obejdzie.
                                                    - Na pewno zaprosze. To co teraz?
                                                    - Teraz to mamy troche czasu. Do Centrali Filaltelistycznej mozemy zadzwonic za
                                                    jakies trzy godziny, a do Nowej Zelandii za jakies piec-szesc. Chyba pojde sie
                                                    przejsc na ostroge, bo wczoraj nie bylem.
                                                    - Dobrze, spotkamy sie tutaj za trzy godziny i zadzwonimy. A ja tymczasem zrobie
                                                    sobie wczesniejsza, skrocona sieste.

                                                    * * * * *

                                                    Inspektor Kornel Matuszynski skonczyl niedawno szescdziesiat lat. Jego
                                                    korpulentna, niezbyt wysoka, z wyraznie widocznym brzuszkiem postac w niczym nie
                                                    przypominala zadnego filmowego policjanta. Chabrowo blekitne oczy spogladaly z
                                                    rumianej, puculowatej twarzy z zyczliwoscia. Ciemnoblond wlosy, w ktorych nitki
                                                    siwizny mozna bylo dostrzec dopiero z bliska dopelnialy wizerunku. Jednakze za
                                                    tym dobrodusznym wizerunkiem kryl sie zimny intelekt wyspecjalizowany w tepieniu
                                                    zbrodni. Przez ponad trzydziesci lat obecny inspektor walczyl z przestepcami
                                                    uzywajac jako swego glownego oreza logiki. Rzadko kiedy zdarzalo mu sie
                                                    niepowodzenie. Niestety jednak, kilka lat temu jego kariera ulegla zahamowaniu i
                                                    zostala zepchnieta na boczny tor. Z dochodzeniowki wyladowal, z dnia na dzien,
                                                    na slepym torze wspolpracy z Interpolem. Wbrew nazwie byla to robota czysto
                                                    administracyjna. Byl to rowniez koniec marzen o awansie. Tak awans jak i powrot
                                                    do akcji wymagaly cudu. A w cuda inspektor nie wierzyl. W kazdym razie nie w
                                                    policji. Kilka lat temu nastapil na nagniotki komus zbyt waznemu, zeby mu to
                                                    uszlo na sucho. Dostal co prawde pochwale, ale wraz z pochwala przyszla zmiana
                                                    stanowiska. Zas prokuratura zwlekala, zmieniala kwalifikacje czynow, uzupelniala
                                                    sledztwo, krotko mowiac - ulegala naciskom i czekala na przedawnienie. Do dzis
                                                    na mysl o tym inspektor zgrzytal zebami. Teraz tez mial ochote zgrzytac - ten
                                                    telefon z Chile z ta absurdalna sprawa - rzeczywiscie, zajecie dla inspektora z
                                                    takim stazem i wynikami, jak jego. Mial ochote wyc. Nie wyl jednak, tylko
                                                    przegladal zapiski. Jedno drobne przestepstwo popelnione na jakims zadupiu,
                                                    gdzie diabel mowi dobranoc - i same przypuszczenia. Czysta fikcja. Z drugiej
                                                    strony - pomyslal z wisielczym humorem - takie wlasnie fikcje wymyslala osoba ze
                                                    znaczka. Wszystko sie zgadza. Spojrzal na kalendarz i z zalem odrzucil
                                                    rozwiazanie, ktore mu sie nasuwalo. Niestety, byl teraz sierpien. A wiec Prima
                                                    Aprilis odpada. Westchnal ciezko, siegnal po sluchawke i wykresil numer, ktory
                                                    dostal z Chile. Az niedobrze mu sie robilo na mysl o tej absurdalnej rozmowie.
                                                    Juz przeczuwal te majaca za chwile nastapic komedie pomylek i az sie skrecal
                                                    wewnetrznie. Nagle wczesniejsza emerytura wydala mu sie czysta przyjemnoscia i
                                                    zaczal watpic w swoj zdrowy rozum, ktory kazal mu ciagle siedziec w policji. Ale
                                                    w tej chwili po drugiej stronie ktos podniosl sluchawke.
                                                    - Slucham - powiedzial przyjemny meski glos.
                                                    - Czy moge rozmawiac z panem Goposem? - zapytal inspektor.
                                                    - To ty, Abuelito? - ucieszyl sie glos - co sie stalo tak waznego, ze robisz
                                                    alarm na calej sieci? Przylatujesz na jutrzejsze zebranie i nie masz noclegu?
                                                    - N... nie - wyjakal zaskoczony inspektor,po czym odchrzaknal i sie przedstawil
                                                    - mowi inspektor Matuszynski z Komendy Glownej policji.
                                                    - Inspektor z KG? - zdziwil sie glos - Czyzbyscie zdecydowali sie otworzyc
                                                    ponownie sledztwo?
                                                    - Jakie sledztwo? - zapytal zdumiony inspektor.
                                                    - Jak to jakie sledztwo? W sprawie wlamania. A pan nie w tej sprawie? To w
                                                    jakiej? I skad na litosc Boska wytrzasnal pan moj numer telefonu i nicka
                                                    forumowego? Czyzby policja kontrolowala prywatna poczte?
                                                    Inspektor zglupial. No tak, rozmowa bynajmiej nie potoczyla sie tak jak
                                                    przewidywal. Bylo jeszcze gorzej. Ale w koncu, to on byl policjantem i on
                                                    powinien prowadzic rozmowe, a nie ten, jak mu tam, Gopos.
                                                    - Zacznijmy od poczatku - powiedzial powstrzymujac narastajaca panike - policja
                                                    nie czyta prywatnej poczty. Nawet gdyby chciala, to nie ma na to ludzi, nie
                                                    wspominajac nawet o tym, ze byloby to bezprawne. Panski numer telefonu i nicka
                                                    forumowego dostalem od policji w Chile. I tak, moj telefon dotyczy wlamania. A
                                                    kto to jest Abuelito?
                                                    - Nie za bardzo rozumiem. Skad policja w Chile ma moj telefon i nicka? A
                                                    Abuelito jest bywalcem forum z Chile.
                                                    - No to chyba rozumiem. Przed chwila skonczylem rozmawiac z policja w Chile. W
                                                    rozmowie bral udzial tlumacz. Moze to on jest tym Abuelito? W kazdym razie, to
                                                    on podal mi te dane i zasugerowal skontaktowanie sie z panem.
                                                    - To chyba faktycznie Abuelito - powiedzial Gopos - a o czym mamy rozmawiac?
                                                    - Podobno dziesiatego czerwca lub wczesniej bylo u pana wlamanie, w czasie
                                                    ktorego zostaly panu skradzione walory filatelistyczne. Czy to prawda?
                                                    - Prawda. Ale dochodzenie zostalo umorzone. Ma pan je zamiar zreaktywowac?
                                                    Matuszynski postanowil nie odpowiadac na zadane pytanie. Zamaiast tego zadal wlasne.
                                                    - Czy moglby mi pan powiedziec, kto prowadzil sledztwo? I kto sie nim opiekowal
                                                    z ramienia prokuratury?
                                                    - Prosze bardzo. Sledztwo prowadzil podkomisarz Janusz Kolczak z komendy na
                                                    Mlynowie, zas prokurator - pani prokurator Ewa Namolska.
                                                    - Dziekuje bardzo. Bylbym panu wdzieczny, gdyby zechcial pan zachowac chwilowo
                                                    nasza rozmowe w tajemnicy. Aha, jeszcze jedno. Chile sugerowalo, ze moze pan
                                                    znac telefony innych forumowiczow. Jesli tak, to czy moglby mi je pan podac?
                                                    - Oczywiscie, moge. Ale dlaczego mam zachowac rozmowe w tajemnicy?
                                                    - To poprosze. A co do tajemnicy - lepiej nic nie mowic.
                                                    Gopos podyktowal inspektorowi dziesiec numerow telefonow razem z przynaleznymi
                                                    im nickami i imionami. Inspektor podziekowal i zakonczyl rozmowe, obiecujac
                                                    Goposowi kontakt w nieokreslonej niedalekiej przyszlosci. "Juz to widze" -
                                                    mruknal do siebie. Ale jednak wlamanie bylo faktem. Znowu siegnal po sluchawke.

                                                    c.d.n.
                                                    --
                                                    Grafoman ze stazem zostaje pisarzem!
                                                  • Przez chwile zastanawial sie, do kogo zadzwonic. Spojrzal na zegarek i
                                                    zdecydowal zaczac od komendy na Mlynowie. Dyzurny od razu polaczyl go z
                                                    podkomisarzem. Sluchawka zostala podniesiona po kilku sygnalach.
                                                    - Macie dwie minuty czasu, bo potem ide do domu - uslyszal inspektor - co jest?
                                                    - A pan pracuje w policji czy w jakims pieprzonym urzedzie? - inspektora malo
                                                    szlag nie trafil - Czy jest pan policjantem czy jakims cholernym urzedasem
                                                    pracujacy od - do? I kim pan w ogole jest, bo panska odpowiedz byla bardzo
                                                    oddalona od regulaminowej!
                                                    - A kim pan jest, ze sobie tak pozwala? - zapytal bezczelnie glos.
                                                    - Inspektor Matuszynski z Komendy Glownej.
                                                    - Podkomisarz Kolczak. Przepraszam, panie inspektorze. Dzisiaj...
                                                    - O tym porozmawiamy pozniej. Obecnie potrzebuje informacji. Czy prowadzil pan
                                                    sledztwo w sprawie wlamania i kradziezy znaczkow u pana - podal nazwisko Goposa
                                                    - ktore zostalo umorzone?
                                                    - Tak jest.
                                                    - A prowadzil pan moze jeszcze jakies inne sledztwo w sprawie o podobnym
                                                    profilu? Chodzi mi o wlamanie i kradziez znaczkow w ciagu ostatnich trzech miesiecy.
                                                    - Nie, panie inspektorze.
                                                    - Akta sprawy sa u pana, czy przekazane do archiwum?
                                                    - U mnie.
                                                    - To prosze sie z nimi zameldowac u mnie. Natychmiast. A swoje plany na
                                                    popoludnie prosze odwolac.
                                                    - Rozkaz, panie inspektorze.
                                                    Matuszynski odlozyl sluchawke i usmiechnal sie ponuro. Bedzie musial wziac tego
                                                    gowniarza do galopu. Dobrze mu to zrobi. Pomyslal, ze do przyjazdu podkomisarza
                                                    ma dobra godzine, zaczal wiec dzwonic na podane mu przez Goposa numery
                                                    telefonow. Zanim podkomisarz sie zjawil, inspektor mial juz zalatwione cztery z
                                                    nich i mial osiem nazwisk - cztery nazwiska policjantow i cztery - prokuratorow.
                                                    Wszystkie inne. Co wiecej - wszystkie sprawy byly juz umorzone. Nie podobalo mu
                                                    sie to. Zaczynal wietrzyc powazniejsza afere. A moze nie. Moze afera byla mala,
                                                    ale jej zasieg geograficzny - nie. Nie, jeszcze inaczej. Dlaczego do tej pory
                                                    nikt nie znalazl powiazan tych spraw? O, to bylo dobre pytanie. W tym swietle
                                                    wszystko zaczynalo wygladac inaczej. Z jednej strony - drobne przestepstwo,
                                                    ktorego sprawca byl niemozliwy do wykrycia bez duzej dozy szczescia, z drugiej
                                                    strony - ciag drobnych przestepstw, ktory powinien kogos zaalarmowac i zmusic do
                                                    powaznego sledztwa, ciag, ktory w pewnym momencie wyniosl sie za granice... To
                                                    mu cos przypomnialo. Odszukal wlasciwa kartke i zadzwonil do Biura
                                                    Paszportowego. Zazadal informacji o paszporcie wydanym na nazwisko podejrzanego
                                                    z Chile. Jezeli jest kilka osob o tym nazwisko (szczerze w to watpil), to o
                                                    wszystkich. Odlozyl sluchawke, ale zanim zdazyl zdecydowac sie, dokad teraz
                                                    zadzwonic, ktos zapukal do jego drzwi.
                                                    - Wejsc - zawolal.
                                                    W drzwiach stanal wysoki, atletycznie zbudowany podkomisarz o urodzie Ryszarda
                                                    Plucinskiego. Ogolnie robil bardzo sympatyczne wrazenie
                                                    - Podkomisarz Kolczak melduje sie na rozkaz, panie inspektorze!
                                                    - Zacznijmy od tego nierugalominowego odbierania telefonow. Dlaczego?
                                                    - Caly dzien koledzy robili mi psikusy i myslalem, ze to kolejny z nich.
                                                    - Dlaczego robili psikusy?
                                                    - To byl ich komentarz do mojej reakcji na kilka decyzji prokuratury.
                                                    - Jakich decyzji?
                                                    - Umarzanie sledztw. Przewaznie z powodow politycznych naciskow albo bzdurnych
                                                    przepisow.
                                                    - Rozumiem. Ma pan akta o ktore pytalem?
                                                    Podkomisarz podszedl do biurka i podal cienka teczke.
                                                    - Niech pan siada - powiedzial Matuszynski i przestal zajmowac sie Kolczakiem.
                                                    Szybko przeczytal zawartosc i zwrocil uwage na jedna rzecz: sledztwo bylo
                                                    prowadzone zgodnie z zasadami, mozna nawet powiedziec, ze z polotem. Nawet slady
                                                    zostaly zabezpieczone, ale... no taaak, nie odkryto niczyich oprocz wlasciciela.
                                                    - Czy przebadano mikroslady?
                                                    - Nie, panie inspektorze. Nawet chcialem, ale nie moglem sie zdecydowac. Jednak
                                                    zbyt wielkie koszta na taka drobna sprawe.
                                                    - Moze szkoda? - mruknal Matuszynski
                                                    - Przepraszam, panie inspektorze? Czy to ma znaczyc, ze sa nowe... slady? wlamania?
                                                    - Slucham? A, to w tej chwili nieistotne. Prosze mi na razie zostawic te akta,
                                                    oddam panu, jak nie beda juz mi potrzebne. A teraz moze pan wrocic do swoich
                                                    zaplanowanych zajec popoludniowych. Dziekuje panu.
                                                    Kolczak odmeldowal sie i wyszedl. Matuszynski pomyslal, ze mimo pierwszego,
                                                    negatywnego wrazenia, jest w tym chlopaku cos, co budzi sympatie. I, ze dobrze
                                                    poprowadzony, moze wyrosnac na dobrego policjanta. Westchnal, odlozyl teczke i
                                                    znowu siegnal za telefon.

                                                    c.d.n.
                                                    --
                                                    Tylko piora nam sa na nic,
                                                    Bo tu nikt nie umie pisac.
                                                  • O szostej wieczorem mial za soba rozmowy ze wszystkimi z chilijskiej listy za
                                                    wyjatkiem niejakiej starej.gropy, ktorej ciagle nie mogl zlapac. Mial tez
                                                    osiemnascie nazwisk policjantow i prokuratorow. Nic dziwnego, myslal, ze nikt
                                                    nie wylapal zadnych powiazan. Pomyslal przez chwile i wreszcie z niechecia
                                                    wlaczyl komputer. Patrzac na startujacy program myslal o swojej niecheci do
                                                    tego, w koncu pozytecznego urzadzenia. No tak, to bylo narzedzie nastepnej
                                                    generacji, a nie takiego dinozaura jak on. Wlogowal sie i poszedl do
                                                    ogolnopolskiej bazy danych zawierajacej sledztwa. Teraz zaczynala sie zabawa,
                                                    ktorej nie znosil. Musial tak wprowadzic zapytanie, zeby dostac znaczaca
                                                    odpowiedz, a nie kolejna zagadke. Przypomnial sobie czyjs zlosliwy komentarz, ze
                                                    komputer jest narzedziem tak bezdennie glupim, jak glupszy ze zbioru
                                                    zawierajacego programiste i uzytkownika. Wprowadzil wiec bardzo starannie typ
                                                    przestepstwa - wlamanie. Po namysle dodal jeszcze kradziez - moze ktos
                                                    zameldowal o kradziezy, a nie wlamaniu? Teraz dodal przedmioty skradzione -
                                                    znaczek, znaczki, koperta, koperty, korespondencja, Chmielewska, Chmielewskiej,
                                                    Joanna, Joanny, list. Nastepnie wprowadzil czas - od piatego czerwca do
                                                    trzynastego lipca i kliknal przycisk "Przeszukuj". Komputer, wbrew jego obawom,
                                                    nie dal mu dlugo czekac. Wyrzucil liste 33 przestepstw. Matuszynski zamarl
                                                    wgapiony w monitor. Po chwili zaczal konfrontowac liste z monitora z lista z
                                                    zapiskow. Zgadzala sie! Zgadzaly sie daty i miejscowosci. Chory anielskie
                                                    spiewaly w duszy inspektora. Lista chilijska nie zawierala nazwisk, adresow ani
                                                    telefonow, jedynie nicki forumowe, lista komputerowa nickow nie zawierala, ale
                                                    zawierala nazwiska prowadzacych sledztwo, prokuratorow, ich numery telefonow i
                                                    stan sledztwa - psiakrew! - wszystkie umorzone! - nie! nie! - jedno ciagle bylo
                                                    w trakcie - gdzie? - w Warszawie! Wylowil prowadzacego - komisarz Jerzy
                                                    Atrament i jego numer telefonu. Zadzwonil. Oczywiscie Atramenta nie bylo juz w
                                                    pracy. Zadzwonil wiec na komorke i po chwili rozmawial z komisarzem. Ten byl
                                                    zaskoczony zainteresowaniem Komendy Glownej, ale chetnie odpowiadal na pytania.
                                                    Sledztwo nie bylo zakonczone, bo poszkodowana przebywala w tej chwili poza
                                                    Polska. Jest studentka i pojechala na czterotygodniowa praktyke do Finlandii.
                                                    Wyjechala dzien po wlamaniu, jedenastego lipca, a wraca jutro. Mieszka sama.
                                                    Mieszkanie zostalo przeszukane pod katem linii papilarnych, ale nie mikrosladow.
                                                    Sledztwo nie natrafilo na zadne slady ani poszlaki i bylo gotowe do umorzenia.
                                                    Oczywiscie, komisarz zamelduje sie jutro u inspektora o dziewiatej razem z
                                                    aktami. Tak, wie, ze poszkodowana wraca jutro samolotem z Helsinek o czternastej
                                                    z groszami. Pogoda dziesiatego lipca? Padalo. Matuszynski wiedzial na razie
                                                    wszystko, co chcial, podziekowal wiec komisarzowi i rozlaczyl sie. Teraz musial
                                                    pomyslec. Im dluzej myslal, tym mniej mu sie to podobalo. Teraz zrozumial
                                                    pulkownika z Chile - to bylo jedno przestepstwo z licznymi ofiarami - jak swiat
                                                    dlugi i szeroki - no, moze troche przesadzil. Najgorsze bylo to, ze zaczelo sie
                                                    w Polsce. No to teraz sily ludzkiej nie ma, musi otworzyc ponownie wszystkie
                                                    sledztwa. Ale bedzie miec ubaw! Od czego zaczac? Proste, na komputerze zazadal
                                                    przeslania do siebie wszystkich 31 brakujacych mu akt - w trybie ekspresowym. Na
                                                    dzisiaj chyba starczy. Wylaczyl komputer i wstawal z fotela, kiedy zadzwonil
                                                    telefon. Bylo to Biuro Paszportowe. Mimo dwukrotnego przeszukania akt nie
                                                    znaleziono zadnego sladu wystawienia paszportu na nazwisko Rocha Kaczorowskiego.
                                                    Sprawa zaczynala wygladac coraz powazniej. Istniala wszakze mozliwosc, ze w
                                                    Chile zle zapisano nazwisko albo imie, ale inspektor Matuszynski mial zle
                                                    przeczucia. Siegnal po telefon i wykrecil podany mu numer. Niestety, nikt nie
                                                    podniosl sluchawki, zostawil wiec wiadomosc po polsku i w swym nieporadnym
                                                    angielskim z prosba o oddzwonienie - bedzie czekal jeszcze przez dwie godziny.
                                                    Teraz rozsiadl sie wygodnie i zapali papierosa. Zwykle staral sie w biurze nie
                                                    palic, ale zawsze jakos tak mu sie lepiej przy papierosie myslalo. Wreszcie
                                                    podjal decyzje. Ponownie wlaczyl komputer i powtorzyl swoje poprzednie operacje.
                                                    Komputer wyswietlil 33 przestepstwa. Nastepnie westchnal ciezko i zaczal grzebac
                                                    w biurku. Wyciagnal plik formularzy i zaczal je wypelniac. Kazdy wypelniony
                                                    formularz wkladal do koszyka "Poczta wychodzaca". Najlatwiejsze byly
                                                    postanowienia o otwarciu zamknietego sledztwa - w rubryce "Powod" wpisywal "Nowe
                                                    informacje pochodzace ze zrodel pozaoperacyjnych". Jednostka otwierajaca -
                                                    Komenda Glowna, prowadzacy - inspektor Matuszynski. Nastepnie zaczal wypelniac
                                                    formularze zwiazane z Interpolem. Rzucil okiem na zegarek - juz prawie mijaly
                                                    dwie godziny, a telefon ciagle nie dzwonil. Pomyslal, ze pewnie powodem byla ta
                                                    ukochana w Poludniowej Ameryce siesta. Powod jednakze byl inny.

                                                    c.d.n.
                                                    --
                                                    Tylko piora nam sa na nic,
                                                    Bo tu nikt nie umie pisac.
                                                  • Dziadek, tak, jak zapowiedzial, powedrowal na ostroge i dotarl do latarni, ale
                                                    dosc mocny, zimny wiatr wiejacy od morza zniechecil go do odpoczynku, zawrocil
                                                    wiec szybko i powedrowal do miasta. Przed powrotem do komendy postanowil zjesc
                                                    wczesny obiad, wiec wszedl do najblizszej restauracji. Zamowil posilek i nie
                                                    spieszac sie zjadl go. Zaplacil, ubral sie i powedrowal do komendy. Trzy godziny
                                                    jeszcze nie minely, wiec Josego jeszcze nie bylo. Dyzurny z ubolewaniem rozlozyl
                                                    rece - senior commandante nie wydal zadnego specjalnego polecenia odnosnie
                                                    Dziadka, nie moze wiec go wpuscic do gabinetu. Natomiast senior Dziadek moze
                                                    uzywac Internetu ile chce. Powedrowal wiec do komputera i zwolnil biednego
                                                    aspiranta, ktory przekazal mu plik wydrukow - scisle mowiac, 22, z ktorych tylko
                                                    7 bylo interesujacych dla sprawy. Potem przeczytal nowosci na forum i posurfowal
                                                    troche po Internecie. Doszedl wlasnie do Nowej Zelandii, kiedy zjawil sie Jose.
                                                    Dziadek bez zalu opuscil komputer i poszedl za Jose do gabinetu. Jose sumitowal
                                                    sie gesto, ze Dziadek nie zostal do niego wpuszczony, Ale Dziadek zwrocil mu
                                                    uwage, ze jest, mimo wszystko, osoba cywilna i jako taka nie powinien miec
                                                    mozliwosci swobodnego buszowania po gabinecie komendanta okregu. Odsluchali
                                                    wiadomosci od inspektora Matuszynskiego, ale Dziadek powstrzymal Josego przed
                                                    oddzwanianiem natychmiast.
                                                    - Najpierw sprawdz, czy mamy tutaj jakis postep.
                                                    - Masz racje, wezwe Rodrigueza.
                                                    Jednakze nie zdazyl tego zrobic, bo Rodriguez jak na zawolanie zjawil sie w
                                                    drzwiach. Wyraz jego twarzy swiadczyl o rozpierajacej go checi podzielenia sie
                                                    jakimis wiadomosciami. Jose wskazal miejsce przy stole konferencyjnym i
                                                    Rodriguez poslusznie usiadl.
                                                    - Jakie masz nowe wiadomosci?
                                                    - Po pierwsze, technicy z Akademii przeprowadzaja obecnie badania hotelu i
                                                    samochodu. Ani samochod, ani pokoj nie byly pozniej nikomu wynajete. Po drugie,
                                                    Immigracion w Santiago przeglada obecnie swoje dane. Jak na razie
                                                    zidentyfikowali czterdziestu cudzoziemcow, ktorzy kwalifikuja sie do naszych
                                                    kryteriow. Ten Niemiec, Schmidt opuscil Chile w niedziele, szostego sierpnia,
                                                    wiec chyba nas nie interesuje. Natomiat ten Polak przylecial w sobote, piatego
                                                    sierpnia i odlecial wczoraj. Przeglad list pasazerow ustalil, ze Schmidt
                                                    odlecial do Frankfurtu z przesiadka w Bogocie, natomiast Polak przylecial z
                                                    Mexico City, a odlecial do Rio de Janeiro. Ciekawa rzecz, Niemiec mial normalny
                                                    bilet, natomiast Polak mial bilet otwarty.
                                                    - Co to znaczy? - wyrwalo sie Dziadkowi.
                                                    - Bilet normalny oznacza, ze pasazer wykupil bilet na okreslony dzien i lot,
                                                    bilet otwarty oznacza, ze pasazer wykupil bilet na przelot bez sprecyzowania
                                                    czasu i moze leciec kiedy chce, o ile sa wolne miejsca. Musze jeszcze dodac, ze
                                                    bilety otwarte sa sporo drozsze od normalnych
                                                    Dziadek i Jose spojrzeli na siebie i pokiwali glowami.
                                                    - Dalej, poza wynajeciem samochodu, Polak nie uzyl Visy ani raz. Jednakze Visa
                                                    poinformowala nas, ze numer karty nalezy do... Rocha... Kaczorowskiego... i
                                                    zostala wydana przez Bank Pekao w Warszawie. Ponadto hotel "Pod krolewskim
                                                    pingwinem" twierdzi, ze ten Polak placil nie gotowka, a czekami podroznymi
                                                    American Express. Skontaktowalismy sie juz z bankiem i teraz szukaja ich. Jak
                                                    znajda, bedziemy wiedzieli, gdzie i kiedy zostaly kupione. Aha, wywiad
                                                    srodowiskowy stwierdzil, ze w poblizu domu Dziadka widziano czerwony samochod
                                                    terenowy, jeden swiadek twierdzi, ze byl to Jeep Cherokee, w niedziele,
                                                    poniedzialek i wtorek. Nikt nie zapamietal kierowcy. Samochod stal w takich
                                                    miejscach, z ktorych widac dom Dziadka. Jeszcze jedno - Rodriguez spojrzal
                                                    troche niepewnie na Josego - skontaktowalem sie z telefonami i zazadalem wykazu
                                                    polaczen do i od Dziadka za sobote, niedziele, poniedzialek i wtorek.
                                                    - Po co? - zapytal Dziadek.
                                                    - Kazal mi pan, Dziadku wczuc sie w role przestepcy. Otoz, gdybym byl
                                                    wlamywaczem, probowalbym sie upewnic, czy nikogo innego nie ma w domu, kiedy pan
                                                    wychodzi. Najprostsza metoda, to zatelefonowac.
                                                    - Alez on nie zna mojego nazwiska ani telefonu!
                                                    - Tak, jak nie znal nazwisk i adresow pozostalych 38. ofiar?
                                                    - Ale skad on je wzial, do cholery?!
                                                    - Znowu wracamy do punktu wyjscia. Mamy piec mozliwosci. Albo ta przewodnicza
                                                    towarzystwa lub ktos z jej otoczenia, albo senior Robert lub ktos z jego
                                                    otoczenia, albo ktos, kto ma dostep do poczty elektronicznej - pierwszym
                                                    podejrzanym jest administrator witryny. Ale to juz polska policja bedzie
                                                    wyjasniac, mam nadzieje.
                                                    - A mamy moze fotokopie paszportu? - spytal Jose.
                                                    - Nie, tylko numer.
                                                    - Czy cos jeszcze?
                                                    - Nie, to na razie wszystko, senior commandante.
                                                    - No to niech pan pilnuje dalej sledztwa, a my mamy jeszcze kilka telefonow do
                                                    wykonania.
                                                    Jose znal duzo policjantow w Ameryce Poludniowej, Dziadek nie zdziwil sie wiec,
                                                    ze Jose od razu zadzwonil do Rio do znajomego i szybko zalatwil sprawe. Zreszta
                                                    nie bylo tego duzo - Jose chcial wiedziec, dokad odlecial Polak (chyba, ze
                                                    zostal w Brazylii, ale wtedy sprawa zaczelaby sie komplikowac) i czy ktos nie
                                                    zrobil przypadkiem ksero jego paszportu. Telefon do kolejnego znajomego w Mexico
                                                    CIty roznil sie tylko nieznacznie od poprzedniego, tym razem Jose chcial
                                                    wiedziec skad i kiedy przylecial Polak. Wreszcie zadzwonili do Centrali
                                                    Filatelistycznej w Polsce. Mieli szczescie. Jak sie okazalo, pani Janeczka nie
                                                    mogla wczoraj przyjsc, ale byla dzisiaj. Zaczeli, oczywiscie, od pozdrowien od
                                                    brata i poinformowali ja o jego losach. Nastepnie skrotowo omowili historie
                                                    znaczka jak i jego kryminalny aspekt, ostrzegajac, ze jakakolwiek Chmielewska na
                                                    rynku bedzie najprawdopodobniej kradziona.
                                                    - Albo falszywa - powiedzial w zamysleniu Dziadek.
                                                    - Mysli pan, ze ktos bedzie probowal ja falszowac - zapytala z zaciekawieniem
                                                    pani Janeczka.
                                                    - Ostatecznie nie jest to wykluczone, ale, prawde mowiac, pojecia nie mam. Chyba
                                                    poprosimy o opinie pani brata, przynajmniej bedzie mogl obejrzec oryginal przed
                                                    wydaniem opinii.
                                                    - To dobry pomysl - zgodzila sie pani Janeczka - ale, jak na razie, na polskim
                                                    rynku nie pojawil sie ani jeden znaczek, ani oryginalny, ani falszowany. Nie
                                                    slyszalam rowniez, zaby pojawil sie gdziekolwiek indziej. W kazdym razie,
                                                    dziekuje za informacje, rozeslemy ostrzezenia.
                                                    Nie bylo sensu dluzej przeciagac rozmowy, wiec sie pozegnali.
                                                    - No, to jeszcze przed nami Nowa Zelandia - westchnal Jose, po czym poderwal sie
                                                    gwaltownie i rzucil okiem na zegarek - nie mowiac o tym, ze musimy natychmiast
                                                    dzwonic do Polski, do inspektora Matuszynskiego!
                                                    - Ach, ta skleroza - jeknal Dziadek.

                                                    c.d.n.
                                                    --
                                                    Tylko piora nam sa na nic,
                                                    Bo tu nikt nie umie pisac.
                                                  • Inspektor Matuszynski skonczyl wlasnie ostatni formularz, kiedy zadzwonil
                                                    telefon. Rzut oka na zegarek pokazal, ze wlasnie skonczyly sie dwie godziny, o
                                                    ktorych powiedzial w wiadomosci dla Chile. Podniosl sluchawke i okazalo sie, ze
                                                    Chile wlasnie dzwonilo. Dosc szybko ustalili, ze inspektor pierwszy przekaze
                                                    informacje. Nie mial ich znowu az tak duzo, ale, jego zdaniem, byly wazne. Po
                                                    pierwsze, potwierdzenie trzydziestu trzech wlaman. Po drugie, fakt, ze nikt ich
                                                    nie powiazal i trzydziesci dwa z nich zostaly umorzone. Tyle tylko, ze wlasnie
                                                    je reaktywowal. Po trzecie, ma adresy, nazwiska i telefony ofiar. Po czwarte -
                                                    podejrzany z Chile nigdy nie otrzymal paszportu. Omowil krotko sprawe studentki,
                                                    ktorej nieobecnosc nie pozwolila zamknac sledztwa. Oznajmil, ze zamierza zebrac
                                                    studentke wprost z lotniska, uniemozliwiajac jej zniszczenie jakichkolwiek
                                                    sladow, jakiekolwiek jeszcze zostaly, poniewaz zamierzal zlecic badania
                                                    mikrosladow. Jose ucieszyl sie niezmiernie. Gdyby cos sie udalo wykryc i gdyby
                                                    to cos pasowalo do sladow stad...
                                                    - Gdyby ciocia miala kolka, to by byla tramwaj - skomentowal sucho marzenia
                                                    Josego Matuszynski - a u pana cos nowego?
                                                    Tym razem Jose opowiedzial o postepach sledztwa. Przyznal, ze nie byly
                                                    rewelacyjne, ale zaczynaly wiazac sie w nieprzerwana calosc. Dla Matuszynskiego
                                                    najwazniejszy wydal sie numer paszportu - po numerze mogl bowiem latwo wytropic
                                                    czlowieka. Tak wiec na zakonczenie rozmowy wymienili informacje - Matuszynski
                                                    otrzymal numer paszportu, zas sam przekazal do Chile numery telefonow i nazwiska
                                                    forumowiczow. Potem sie pozegnali.
                                                    Matuszynski wydrukowal sobie z komputera streszczenia spraw, po czym wylaczyl
                                                    komputer. Mial juz dosc na dzis. Wyjal wydruki z drukarki i niemal odruchowo
                                                    posegregowal je geograficznie. Zwrocil przy tym uwaga, ze stara.gropa, z ktora
                                                    nie mogl sie skontaktowac mieszkala zaledwie dwie ulice od niego. Jeszcze raz
                                                    sprobowal ja wykrecic, ale nic z tego. Po raz kolejny dostal informacje, ze
                                                    abonent jest chwilowo nieosiagalny. Schowal wiec papiery do teczki, zgasil
                                                    swiatlo i zamknal gabinet. Jadac do domu zatrzymal sie w sklepie i kupil sobie
                                                    cos na kolacje - dzisial zdecydowal sie na pierogi z miesem i rurke z kremem na
                                                    deser. Wsiadl do samochodu i odkladajac zakupy przesunal teczke. "Dlaczego nie?"
                                                    - pomyslal, otworzyl teczke, odszukal numer i znowu zadzwonil. Abonent byl
                                                    ciagle nieosiagalny. Troche go to zdziwilo i postanowil po drodze rzucic okiem
                                                    na jej dom. Pod domem, nie wiadomo jakim cudem, bylo miejsce na zaparkowanie.
                                                    Zaparkowal wiec, wysiadl z samochodu i popatrzyl na okna. Znal ten typ
                                                    budownictwa, sam mieszkal w podobnym budynku, latwo wiec ustalil polozenie
                                                    interesujacego go mieszkania. W oknach palilo sie swiatlo. Popatrzyl na zegarek
                                                    - bylo juz po dziewiatej, ale nieduzo, zdecydowal sie wiec zaryzykowac wizyte.
                                                    Wzial wiec z samochodu teczke a samochod zamknal. Podszedl do bramy i odzukal
                                                    wlasciwe nazwisko na domofonie. Nacisnal guzik.
                                                    - Kto tam? - zapytal po chwili damski glos.
                                                    - Inspektor Matuszynski z policji.
                                                    - I mam tak uwierzyc na slowo? - glos spytal ironicznie.
                                                    - Moge to latwo udowodnic, ale przez domofon, to troche ciezko. Jestem w
                                                    mundurze i mam ze soba legitymacje.
                                                    - A wjakiej sprawie?
                                                    - Wlamania.
                                                    - Prosze poczekac.
                                                    Inspektor czekal cierpliwie. Stal przy wejsciu dobrze oswietlony przez latarnie
                                                    uliczna i byl widoczny dla kogos, kto popatrzy z okna. Rzeczywiscie, po chwili w
                                                    oknie mieszkania pojawila sie jakas postac. Niemal natychmiast potem uslyszal
                                                    szczek zamka i zaproszenie na gore. "Pewnie ktos z domownikow mnie obejrzal i
                                                    przekazal potwierdzenie" - pomyslal. Nie spieszac sie wszedl po schodach i
                                                    odszukal wlasciwe mieszkanie. Po drodze szybko rozwazyl taktyke i zdecydowal, ze
                                                    skoro stara.gropa przewodniczy tak wesolemu towarzystwu, humor bedzie najlepsza
                                                    bronia. Nie zdazyl nacisnac dzwonka, kiedy drzwi otworzyly sie. W drzwiach stala
                                                    niewiescia postac. Juz na pierwszy rzut oka Matuszynski uznal, ze MUSI miec
                                                    poczucie humoru, dlatego, podajac swoja juz otwarta legitymacje, mruknal na tyle
                                                    glosno, by go musiala uslyszec:
                                                    - Ani stara, ani gropa.
                                                    Uslyszala go, bo az drgnela z zaskoczenia. Popatrzyla uwaznie w legitymacje,
                                                    potem na niego, zamknela legitymacje, oddala ja, po czym odsunela sie od drzwi i
                                                    zaprosila go do srodka. Poprowadzila do pokoju i wskazala krzeslo przy stole. Po
                                                    czym sam usiadla i zapytala:
                                                    - Skad pan zna moj nick? Dotychczas, na zadnym przesluchaniu nie bylo o tym mowy.
                                                    - Juz my, policja, mamy swoje sposoby. Jednak, ze by pani nie niepokoic, powiem
                                                    od razu, ze otrzymalem go od Goposa. Nie zawiadomil pani o tym?
                                                    - Nie, przez cale popoludnie nikt do mnie nie dzwonil.
                                                    - Dziwne, ja sam probowalem sie z pania kilkakrotnie skontaktowac, ale
                                                    bezskutecznie. Moze wylaczyla pani komorke?
                                                    - Nigdy nie wylaczam komorki - siegnala do torebki - i dziwie sie...
                                                    Zamarla na chwile. Komorka wysietlala jaks informacje.
                                                    - Nie rozumiem. Co jest rozlaczone? Co to jest SIM?
                                                    Inspektor zrozumial.
                                                    - A czy komorka nie spadla pani na przyklad, na podloge?
                                                    - Owszem spadla, przed samym wyjsciem z pracy, ale dzialala.
                                                    - Pani pozwoli - Matuszynski wyciagnal reke - kilka razy mi sie to przydarzylo i
                                                    wiem, o co chodzi.
                                                    Sara.gropa podala mu komorke. Byl to ten sam model, co jego. Przekrecil go
                                                    grzbietem do gory, odslonil baterie i ja wyjal. Potem przycisnal chipa pod
                                                    spodem i sprobowal go poruszyc. Chip siedzial mocno. Zamocowal baterie i zalozyl
                                                    oslone. Nastepnie uruchomil komorke i wystukal numer. Z jego kieszeni rozlegl
                                                    sie sygnal.
                                                    - Wszystko w porzadku. Dziala.
                                                    Rozlaczyl rozmowe i odlozyl komorke na stol.
                                                    - Pozwoli pani, ze przejde do rzeczy. Otoz wznowilismy sledztwo w sprawie
                                                    wlamania. Dla wyjasnienia dodam, ze dwa dni temu dokonano nastepnego wlamania.
                                                    Tym razem w Chile. Chilijska policja skontaktowala sie z nami poprzez Interpol.
                                                    Najwyrazniej duzo lepiej skojarzyli fakty niz my - jedynym usprawiedliwieniem
                                                    jest fakt, ze w Polsce sledztwo bylo prowadzone przez trzydziestu trzech
                                                    policjantow... marne to uspraawiedliwienie, wiem. Teraz zostanie skoncentrowane
                                                    w jednym reku. Jutro zostanie pani oficjalnie o tym poinformowana. Jednakze
                                                    obawiam sie, ze czas nagli, dlatego chcialbym zadac pani kilka pytan.
                                                    - Prosze bardzo. A macie juz jakiegos podejrzanego?
                                                    - Powinna pani wiedziec, ze policja nie odpowiada na takie pytania - z wyrzutem
                                                    odpowiedzial Matuszynski, usmiechajac sie przy tym lekko - ale w tajemnicy
                                                    powiem pani, ze mamy. Nawet troje.
                                                    - Kogo?
                                                    - Na to pytanie na pewno nie odpowiem. Ale pani, jako kryminalistka i wierna
                                                    czytelniczka Chmielewskiej powinna odgadnac dwojke z nich.
                                                    Spojrzala na niego ze zdumieniem i w tym momencie lezaca na stole komorka ozyla
                                                    wydajac z siebie poczatek "Wiosny" Vivaldiego.
                                                    - Przepraszam - wlaczyla rozmowe - slucham? Ach, to ty. Nie komorka nie dzialala
                                                    przez kilka godzin, SIM sie rozlaczyl. Co takiego? Nie, nie mam nic przeciwko
                                                    temu. Nie, nie mogl, ale jest teraz u mnie. Poczekaj sekundke - zaslonila
                                                    mikrofon reka - to Gopos. Czy jego sledztwo jest tez wznowione? Tak? Moge mu o
                                                    tym powiedziec? - odslonila mikrofon - Sluchaj, nie moga teraz mowic, ale
                                                    oddzwonie do ciebie za chwile. Aha, zanim sie rozlaczysz: twoje sledztwo jest
                                                    wznowione. No, na razie.
                                                    Rozlaczyla rozmowe i wpatrywala sie w Matuszynskiego dziwnym wzrokiem.
                                                    - Mowi pan, ze powinnam odgadnac dwoje? Wie pan, tylko dwoje przychodzi mi do
                                                    glowy, Robert i ja. Ale to jest absurd.
                                                    - No prosze - usmiechnal sie Matuszynski - jak to czytanie dobrych kryminalow
                                                    pomaga. Ma pani racje zarowno co do osob, jak i co do absurdu. I Chile i ja
                                                    uwazamy, ze to nie ma sensu. Ale na pewno wasza dwojka miala dostep do calej
                                                    listy. Dlatego zapytam wprost - czy ktos z pani rodziny albo znajomych mial
                                                    rowniez do niej dostep?
                                                    - Nie. Nigdy nie zostala wydrukowana, wyslalam ja tylko do Roberta i do nikogo
                                                    innego. Nikt tez nie zna mojego hasla na forum
                                                    - A z ilu komputerow korzysta pani do udzi
                                                  • Za dlugi odcinek... Oto zakonczenie:


                                                    - A z ilu komputerow korzysta pani do udzielania sie na forum?
                                                    - Z dwoch. W pracy i w domu.
                                                    - Rozumiem. Ostatnia rzecz na dzisiaj. Czy moglaby pani wydrukowac dla mnie te
                                                    liste?
                                                    - Oczywiscie, ze moge. Jesli zechce pan zaczekac, bo to zabierze chwile.
                                                    - Z przyjemnoscia zaczekam.
                                                    Stara.gropa przeniosla sie do stojacego w kacie komputera. Szybko wlaczyla sie
                                                    na poczte i odszukala cztery listy, ktore wydrukowala. Wstala od komputera i
                                                    wreczyla je inspektorowi.
                                                    - Dziekuje - usmiechnal sie Matuszynski.
                                                    - Wie pan co, panie inspektorze? Jak o sie wreszcie skonczy, to bede sie z tego
                                                    zdrowo smiala, ale na razie nie bardzo mi do smiechu.
                                                    - A czy pani ukochana autorka nie byla, przynajmniej w ksiazkach, wiele razy w
                                                    podobnej sytuacji?
                                                    - Byla, ma pan racje, byla - usmiechnela sie stara.gropa. I wtedy znowu
                                                    zadzwonila komorka.
                                                    - Slucham. Abuelito? Dzien niespodzianek! Przed chwila dzwonil do mnie gopos, ze
                                                    nadal namiar na mnie policji, a teraz ty mnie informujesz, ze napusciles na mnie
                                                    polskie gliny? Tak, skad wiesz? Niemozliwe! Wlasnie jest u mnie. Co? Oczywiscie,
                                                    poczekaj chwile - panie inspektorze, mam panu przekazac pozdrowienia od
                                                    tlumacza. Masz pozdrowienia odwrotne. Tak. Sluchaj, podobno sie do ciebie
                                                    wlamano? Bardzo mi przykro... Co takiego? No to gratuluje! Nie, nie powiedzial.
                                                    Jaki interes? Aha. Nie wiem, moze powinnam to uzgodnic. Poczekaj chwile. Panie
                                                    inspektorze, Abuelito prosi o nazwiska i adresy zagranicznych czlonkow
                                                    Towarzystwa. Informuje wiec pana, ze zamierzam mu je podac, czy sie to panu
                                                    podoba, czy nie.
                                                    Inspektor podsunal jej wydruki.
                                                    - Masz cos do pisania? No to dyktuje - stara. gropa przedyktowala szesc nazwisk
                                                    i adresow - a moge spytac, po ci to? CO TAKIEGO? Ty tez sie wykrecasz
                                                    tajemnicami sledztwa? Nie rozumiem... Dlaczego? Piaty podejrzany? Aaaaa, pan
                                                    inspektor wie... Tylko? A telefonicznie mozna? Doprowadzicie mnie do szalu.
                                                    Aha... A w takim razie kiedy przyjedziesz? Pasowanie przeciez trzeba ci
                                                    urzadzic... No dobrze juz, dobrze... Pozdrowie kazdego... Do widzenia.
                                                    Zarowno w czasie pierwszego, jak i drugiego telefonu Matuszynski bawil sie
                                                    doskonale wyobrazajac sobie wypowiedzi drugiej strony. Mogl sie ich domyslac,
                                                    slyszac odpowiedzi i uwagi starej.gropy. Ta zas usmiechnela sie promiennie do
                                                    inspektora i zapytala slodko:
                                                    - Wspomnial pan o trojgu podejrzanych, a Abuelto mowil o piatym podejrzanym. To
                                                    jak to jest - rozmnazaja sie jak kroliki czy jak bakterie?
                                                    - Zalezy jak na to patrzec. Jesli tak jak ja - to jest ich troje, jesli tak jak
                                                    oni - piecioro.
                                                    - Aha. Nie wiem czy dobrze rozumiem. Ja i moi bliscy jestem jedna - tu, a dwoje
                                                    -tam?
                                                    - Dokladnie tak.
                                                    - Aha. A piaty podejrzany - to Internet? Abuelito zabronil mi omawiac sprawe
                                                    przez Internet - ani na forum, ani przez poczte. Natomiast nie ma nic przeciwko
                                                    kontaktom osobistym i telefonom.
                                                    - Bede z pania szczery. Wolalbym, zeby nie omawiala pani sprawy w zaden sposob.
                                                    Ale jesli juz pani musi - to bardzo, BARDZO prosze - nie przez Internet. Tak, to
                                                    jest nasz piaty podejrzany. A teraz pozwoli pani, ze jeszcze raz podziekuje za
                                                    pomoc. I pozwoli sie pani, ze sie pozegnam.
                                                    - Ala ja mam jeszcze mnostwo pytan!
                                                    - Nie dzisiaj. Przypuszczam, ze w najblizszym czasie bedziemy sie czesto
                                                    kontaktowac. Moze wtedy bede mial jakies odpowiedzi, bo w tej chwili nie mam
                                                    zadnych.
                                                    Mimo oporu starej.gropy pozegnal sie i wyszedl.

                                                    c.d.n.
                                                    --
                                                    Tylko piora nam sa na nic,
                                                    Bo tu nikt nie umie pisac.
                                                  • Dziadek odlozyl sluchawke i usmiechnal sie szeroko. Podal Josemu kartke z
                                                    zapisanymi szescioma nazwiskami i adresami.
                                                    - Mysle, ze to byl dobry pomysl, zeby zadzwonic do Polski do starej.gropy.
                                                    - A wlasnie, co mowila?
                                                    - Niewiele, wlasnie byl u niej inspektor Matuszynskim i ja co nieco maglowal.
                                                    Wydostal od niej liste adresow i nazwisk zagranicznych czlonkow Towarzystwa.
                                                    Pewnie by nam ja jutro wyslal. Ale dzieki temu telefonowi, mamy ja juz dzis.
                                                    Caly dzien zaoszczedzony. Bedziemy mogli podac te informacje do Nowej Zelandii
                                                    dzisiaj, a jutro rano do Szwecji, Anglii, Kanady i Egiptu.
                                                    - My? - zdziwil sie niewinnie Jose.
                                                    - Masz racje, ty - zasmial sie Dziadek i dodal cos, czego Jose nie zrozumial -
                                                    panie Michale, Bohunasmy usiekli!
                                                    Jose zazadal wyjasnienia sprawy owej krwawej jatki i dopiero po upewnieniu sie,
                                                    ze sprawa nie podlega jego jurysdykcji zarowno dlatego, ze jest juz dawno
                                                    przedawniona, jak i dlatego, ze nie zdarzyla sie na jego terenie, ale przede
                                                    wszystkim dlatego, ze byla fikcja, zgodzil sie na kontynuowanie rozmowy.
                                                    - Masz jeszcze jakies pomysly, Dziadku?
                                                    - Nie, ale nad czyms sie zastanawiam.
                                                    - Nad czym?
                                                    - Nad modus operandi przestepcy. Nie wiadomo, gdzie zaczal, wiadomo tylko, gdzie
                                                    po raz pierwszy odkryto kradziez. W tym samym rejonie, trzy pod rzad. Nastepnie
                                                    dziesiec w Warszawie, nie wiadomo, kiedy popelnionych i trzy nastepne w
                                                    Warszawie. Przerwa i dwa nastepne w innym rejonie. Przerwa i dwa nastepne w
                                                    innym rejonie. I natychmiast potem trzy w Warszawie.Znowu przerwa i dwa w
                                                    nastepnym regionie i natychmiast potem Warszawa. Znowu przerwa, inny region,
                                                    przerwa, inny region, przerwa i Warszawa. Mamy koniec pierwszzego aktu. Polska
                                                    jest zalatwiona. Co o tym myslisz?
                                                    Jose patrzyl w zamysleniu na mape i grafik. Przygryzl warge. Wreszcie powiedzial:
                                                    - Mysle, ze baza operacyjna lobuza jest Warszawa. I to od niej zaczal. Chyba na
                                                    poczatku rozpracowal wszystkie adresy, dokonal dziesieciu wlaman i zmienil
                                                    teren. Tam przeprowadzil rozpoznanie, wykonal robote i z marszu nastepne w
                                                    Warszawie. Zmiana terenu, wlamania, powrot, Warszawa i tak w kolko, dopoki
                                                    cokolwiek bylo w Polsce. Tez tak myslisz?
                                                    - Tak. A co z aktem drugim?
                                                    - To samo. Rozpoznanie, uderzenie, zmiana miejsca. Ciekawe... hmmm... bardzo
                                                    ciekawe. Wiesz co, Dziadku, na poczatku myslalem, ze on po kazdym skoku wracal
                                                    do Polski, ale teraz zmienilem zdanie. Teraz wydaje mi sie, ze probuje to
                                                    zalatwic w jednej podrozy. Swiadczy o tym ten otwarty bilet. Tylko dlaczego od
                                                    nas polecial na wschod, zamiast na zachod? Moze wraca do Polski i wybierze sie
                                                    jeszcze raz?
                                                    - A moze po prostu popelnil blad? Z Europy jest blizej do Nowej Zelandii lecac
                                                    na wschod, ale od nas - odwrotnie. Pomylka w sumie prosta do popelnienia. Ale i
                                                    tak nic nie bedziemy wiedzieli, dopoki nie dostaniemy odpowiedzi z Rio.
                                                    - Nie licz na nia zbyt szybko. W Rio jest ogromny ruch. Bardzo dobrze bedzie,
                                                    jak odpowiedz dostaniemy juz jutro rano, a dobrze jak jutro w ogole. A potem
                                                    jest weekend.
                                                    - No, tos mnie pocieszyl!
                                                    - A co zes myslal? Policjant tez czlowiek, a Copocabana jest dla ludzi!
                                                    - No to zadzwon wreszcie do jakiegos czlowieka w Nowej Zelandii, bo ci ucieknie
                                                    na plaze!
                                                    - W zimie?
                                                    - Tez mi zima na poludniowym Pacyfiku!
                                                    - Taka sama jak u nas...
                                                    - Masz racje... No to dzwon juz!
                                                    Jose zadzwonil. Inspektor George Whippelby III oczekiwal ich telefonu. Lekki
                                                    akcent inspektora nie sprawial Josemu zadnych klopotow, tak wiec Dziadek tylko
                                                    siedzial i przysluchiwal sie rozmowie. Jose szybko i dokladnie strescil
                                                    dotychczasowa historie, podal stan sledztwa w chwili obecnej i przypuszczenia na
                                                    temat przyszlego biegu wydarzen. Przekazal rowniez dane potencjalnej ofiary, jak
                                                    rowniez dane podejrzanego. Inspektor zapisal to sobie, dwukrotnie upewniajac sie
                                                    co do poprawnosci zapisu. Jose przyznal sie, ze podejrzewa, ze nastepnym
                                                    przystankiem przestepcy bedzie Egipt, a Nowa Zelandia na koncu, jak rowniez, ze
                                                    obawia sie, ze w Egipcie nie uda sie go przyskrzynic - moze byc na to zbyt malo
                                                    czasu.
                                                    - To by oznaczalo, ze Nowa Zelandia ma ostatnia szanse na przylapanie drania na
                                                    goracym uczynku! Splendid! - ucieszyl sie inspektor Whippelby - Wiecie co,
                                                    panowie? Ja zaraz opracuje plan przylapania go na goracym uczynku i zaczne
                                                    wprowadzac go w zycie. A jutro skontaktuje sie z panami i wymienimy najswiezsze
                                                    informacje. A jesli... - zamyslil sie na chwile - jesli rzeczywiscie on zaliczy
                                                    najpierw Egipt i nie wpadnie, to moze... moze panowie zechcieliby przyleciec do
                                                    mnie i byc swiadkami ostatniego aktu?
                                                    Jose i Dziadek popatrzyli na siebie. Obu zaswiecily sie oczy.
                                                    - Zalatwione - powiedzial Dziadek - jesli sprawy tak sie potocza, przylecimy do
                                                    pana!

                                                    c.d.n.
                                                    --
                                                    Grafoman ze stazem zostaje pisarzem!
                                                  • Komisarz Saknussen siedzial przy komputerze i przegladal baze danych. W dniu 21.
                                                    lipca w Sztokholmie i okolicy (zalozyl promien 100 kilometrow) zgloszono 23
                                                    wlamania. Z tych tylko w trzech skradziono jakiekolwiek okazy filatelistyczne.
                                                    Jednakze zadnych wiecej szczegolow nie bylo. Jednego wlamywacza schwytano
                                                    wczoraj i - sprawdzil - przebywa obecnie w areszcie. A wiec to nie ten. Dwa
                                                    pozostale nazwiska wygladaly na szwedzkie. Wyslal wiec do obu prowadzacych
                                                    e-mail z prosba o podanie kilku szczegolow - konkretnie zas - liste skradzionych
                                                    przedmiotow i jakie slady zostaly zabezpieczone. Nastepnie skontaktowal sie z
                                                    Urzedem Imigracyjnym i poprosil o sprawdzenie, kiedy niejaki Roch Kaczorowski,
                                                    obywatel polski, przybyl do Szwecji i kiedy ja opuscil. Chwilowo powstrzymal sie
                                                    przed przegladem list pasazerow - wolal miec najpierw troche wiecej danych. Na
                                                    tym zakonczyl chwilowo sledztwo, przynajmniej na dzis.

                                                    Podobnie jak komisarz Saknussen w Szwecji, inspektor Smithwick-Brine w Londynie
                                                    siegnal do wykazu przestepstw za dzien 28. lipca. 18 wlaman w Anglii, nie liczac
                                                    Szkocji, Walii i Polnocnej Irlandii. Tylko w jednym z nich skradziono znaczki.
                                                    Sprobowal wiec skontaktowac sie z prowadzacym sledztwo detektywem, ten jednak
                                                    przebywal w terenie, zostawil wiec prosbe o kontakt telefoniczny jutro.
                                                    Nastepnie inspektor skontaktowal sie z Imigracja i poprosil o ustalenie, czy
                                                    polski obywatel, niejaki Roch Kaczorowski, przybyl na terytorium Zjednoczonego
                                                    Krolestwa poczawszy od dnia 21 lipca, a jesli tak, to czy jeszcze przebywa, czy
                                                    tez go opuscil. Po czym pomyslal o czyms, o czym dowiedzial sie podczas rozmowy
                                                    z Chile i zadzwonil do swego przyjaciela z War Office (jak wielu Brytyjczykow,
                                                    nie przyjmowal do wiadomosci zmian nazw niektorych urzedow). Poprosil go o
                                                    przysluge - chcial przejrzec pewne materialy archiwalne. Umowil sie z nim za
                                                    godzine. Godzine pozniej przegladal juz liste zolnierzy i oficerow pelniacych
                                                    sluzbe w SOE. Wyniki tego przegladu spowodowaly koniecznosc przejrzenia innych
                                                    materialow. Kiedy to skonczyl, siedzial przez dobra chwile oslupialy.
                                                    - I'll be damned! - wyszeptal slabo. Szybko sprawdzil notatki, ktore zrobil i
                                                    stwierdzil, ze zapisal sobie wszystkie potrzebne informacje. Potrzebowal jeszcze
                                                    sprawdzic kilka rzeczy w innych urzedach, ale dzis bylo juz na to za pozno,
                                                    zostawil to wiec na jutro.

                                                    Dla porucznik Berry byla to pierwsza okazja wspolpracy z Interpolem. Byla
                                                    zdecydowana pokazac zagranicznym kolegom jakosc pracy Toronto Police Service.
                                                    Szybko wiec ustalila ilosc wlaman w Toronto w dniu czwartego sierpnia - 42, w
                                                    czterech z nich lupem padly znaczki. Zadzwonila wiec do prowadzacych sledztwo -
                                                    zlapala tylko dwoch z nich. Na szczescie oba wlamania byly tymi, ktorych
                                                    szukala. Co wiecej, to byly te dwa, w ktorych brakowalo jej nazwisk ofiar.
                                                    Dowiedziala sie, ze w obu przypadkach zebrano odciski linii papilarnych, ale,
                                                    niestety, nie znaleziono wsrod nich zadnych obcych. Od wlamania uplynal blisko
                                                    tydzien, tak wiec szanse na znalezienie mikrosladow znacznie zmalaly, tym
                                                    bardziej, ze w jednym przypadku chodzilo o rodzine z dziecmi. W drugim szanse
                                                    byle lepsze. Porucznik Berry zazadala wiec wykonania tego badania. Nastepnie
                                                    zadzwonila do Immigration i zazadala sprawdzenia, czy niejaki Roch Kaczorowski,
                                                    obywatel polski, przekroczyl granice Kanady, a jesli tak, to kiedy. Po czym
                                                    zadzwonila do Ottawy, do Ministerstwa Spraw Zagranicznych i poprosila o
                                                    sprawdzenie, czy w Warszawie zostala wystawiona wiza dla Rocha Kaczorowskiego, a
                                                    jesli tak, to poprosila o szczegoly. Zadowolona z podjetych czynnosci myslala,
                                                    co by tu zrobic dalej, kiedy zadzwonil telefon. Byl to trzeci z detektywow, do
                                                    ktorych dzwonila i okazalo sie, trzeci wlasciwy. Spytala o przeszukanie i
                                                    otrzymala odpowiedz - linie papilarne, nikogo obcego. Na zapytanie o mikroslady
                                                    otrzymala odpowiedz, ze ich nie badano, ale sa szanse na przeprowadzenie tych
                                                    badan, ofiara bowiem na sama mysl o przestepcy zionie ogniem i chetnie zrobi
                                                    wszystko, aby pomoc go ujac. Tak wiec detektyw z przyjemnoscia poprosi o zgode
                                                    na przeprowadzenia dodatkowych badan. I na tym zakonczyl sie dla porucznik Berry
                                                    pierwszy dzien tego sledztwa.

                                                    Inspektor George Whippelby III odlozyl sluchawke i zamyslil sie gleboko. Byl
                                                    policjantem od ponad pietnastu lat i od dawna uwazal, ze praca policyjna,
                                                    podobnie jak zolnierka (a nawet kazdy inny rodzaj zajec, jakim oddaja sie
                                                    dorosli), jest gra. Gra, w ktorej wygrywaja najlepiej wyszkoleni i najlepiej
                                                    przygotowani. "Expect the unexpected" - motto, ktore wbili mu w glowe jego
                                                    dziadek, general-major George Whippelby, Ret., jego ojciec, brygadier George
                                                    Whippelby Jr., Ret., jak i jego dotychczasowi przelozeni gleboko wbilo sie w
                                                    jego pamiec. Kazda sprawe, ktora prowadzil, przeprowadzal jak operacje wojskowa
                                                    - zawsze znal swoje sily i wiedzial jakie ma odwody, zamiary przeciwnika byly
                                                    mu znane - uniknac schwytania, tak wiec jego zadaniem byl tak uzyc swych sil,
                                                    aby te zamiary pokrzyzowac i zamknac pierscien okrazenia, zanim przeciwnik sie
                                                    zorientuje, ze wpadl w matnie. Zawsze mial w pogotowiu warianty zastepcze akcji
                                                    - nie lubil zupelnej improwizacji. Tak wiec, jesli uwzgledni wszystkie czynniki,
                                                    nie powinien przegrac. Przygotowac sie na najgorsze, a potem uznac ten wariant
                                                    za pozycje wyjsciowa. Cokolwiek sie przydarzy lepszego, tym lepiej. Od czego
                                                    wiec zaczac te sprawe? Najgorszy wariant: w Egipcie nie uda sie schwytac
                                                    przestepcy. Nie, jest gorszy: przestepca zostawi Egipt na pozniej i zacznie od
                                                    Nowej Zelandii. Tak, to jest wariant najgorszy. Tak wiec trzy czynnosci wybijaly
                                                    sie na pierwsze miejsce. Sprawdzic, czy ten Roch Jakmutam wystapil o
                                                    nowozelandzka wize i czy ja dostal. Sprawdzic, czy przekroczyl granice.
                                                    Skontaktowac sie z ofiara. Siegnal po telefon i zadzwonil do MSZ, proszac o
                                                    sprawdzenie sprawy wizy - Nowa Zelandia mogla byc popularna, ale nie spodziewal,
                                                    ze przeciazy praca pracownikow MSZ - na wszelki wypadek nadal swemu zadaniu
                                                    klasyfikacje "bardzo pilne". Nastepnie skontaktowal sie z Biurem Imigracyjnym i
                                                    zazadal sprawdzenia, czy ten caly Roch nie jest juz aby na terytorium kraju -
                                                    tutaj podniosl klasyfikacje do "super pilne". Wreszcie, po skosultowaniu sie z
                                                    ksiazka telefoniczna, zadzwonil do potencjalnej ofiary. Nie zastal jej, ale za
                                                    to dostal numer telefonu do pracy. Zadzwonil wiec tam i udalo mu sie zaprosic
                                                    pania Abere8 - zdecydowal myslec o niej Abere - do siebie, zaraz po jej pracy.
                                                    Najpilniejsze zrobione, teraz zaczal myslec o nastepnych posunieciach. Wpadl na
                                                    pewien pomysl. Im dluzej o nim myslal, tym bardziej mu sie on podobal. Rozwazal
                                                    go ze wszystkich stron. Nie byl wszakze pewien, czy jest wykonalny. Postanowil
                                                    sprawdzic. Wstal i skierowal sie do Dzialu technicznego.

                                                    c.d.n.
                                                    --
                                                    Grafoman ze stazem zostaje pisarzem!
                                                  • Kierownik Dzialu Technicznego nie byl zbyt wielka pomoca. Po wysluchaniu
                                                    krotkiego streszczenia sprawy i wyluszczeniu pomyslu odpowiedzial bowiem, ze na
                                                    dwoje babka wrozyla. Teoretycznie, nie powinno byc zbyt wielkich klopotow w
                                                    wykonaniu zamowienia. A z praktyka bywa roznie. Musialby miec oryginal, zeby
                                                    powiedziec na pewno. Natomiast dodatkowe nadruki to mieta z bubrem. Natomiast
                                                    jesli chodzi o czas wykonania... minimum 24 godziny, ale wtedy nie reczy za
                                                    jakosc i owszem, moglby rozpoczac produkcje nawet dzis i kontynuowac ja przez
                                                    weekend. Jesli pospiech jest naprawde niezbedny, byc moze kilka rzeczy moglby
                                                    pozyczyc od przyjaciol. Dopiero po chwili inspektor zorientowal sie, ze za tym
                                                    eufemizmem kryl sie Wydzial Techniczny wywiadu. Podziekowal wiec za informacje i
                                                    obiecal skontaktowac sie, jak tylko bedzie cos wiedzial. Wrocil do siebie i
                                                    zaczal zastanawiac sie nad dalszymi krokami. Przydaloby sie wziac pod obserwacje
                                                    dom Abere. Tak wiec - wizja lokalna. Kilka samochodow do obserwacji podejrzanego
                                                    - z tym moga byc klopoty. Co jeszcze? Lotnisko! Mnostwo mozliwosci! Tylko jak to
                                                    rozegrac? Zeby chociaz wiedziec, gdzie ten cholernik teraz jest! I kiedy go sie
                                                    nalezy spodziewac! Wtedy moglby... hmmmmm... ciekawy pomysl... moglby wtedy...
                                                    to by sie dalo zrobic... wziac go od razu pod obserwacje... i nie spuszczac z
                                                    oka... ale... zbyt malo ludzi... skad wziac ludzi? Myslenie o oczekujacych go
                                                    klopotach kadrowych przerwal telefon. Dzwonilo MSZ. Owszem, w maju w Warszawie
                                                    wystawiono wize dla Rocha Kaczorowskiego, byzmesmena, wlasciciela paszportu
                                                    numer..., wielokrotna, waznosc dwa lata. Whippelby nie mial pojecia jak
                                                    wygladaja wnioski wizowe, jako ze sam nigdy sie o wize nie staral, zapytal wiec,
                                                    czy aby przypadkiem nie maja fotokopii paszportu i dowiedzial sie, ze owszem,
                                                    maja, jak rowniez i fotografie dolaczona do wniosku. Poprosil wiec o obie
                                                    podobizny i otrzymal zapewnienie, ze jutro obie znajda sie na jego biurku. To go
                                                    ucieszylo, bo do anonimowego nazwiska mogl teraz dopasowac twarz. Chwile pozniej
                                                    zadzwonilo Biuro Imigracyjne. Mr. Kaczorowski nie przekroczyl jeszcze granic
                                                    Nowej Zelandii. Inspektor doskonale wiedzial, ze Biuro ma doskonale stosunki z
                                                    liniami lotniczymi, zapytal wiec, czy istnieje jakakolwiek szansa na uzyskanie
                                                    wiadomosci, ze oczekiwany osobnik znajduje sie na pokladzie lecacego do Nowej
                                                    Zelandii samolotu? A jesli tak, to czy da sie to zachowac w tajemnicy? Urzednik
                                                    Biuro stwierdzil, ze nie ma rzeczy niemozliwych i cos takiego da sie zalatwic,
                                                    ale zaciekawil sie przyczynami zainteresowania policji. Inspektor odpowiedzial,
                                                    zgodnie zreszta z prawda, ze czyni to na prosbe policji chilijskiej, ale nie
                                                    powiedzial dlaczego Chile jest zainteresowane.
                                                    - Czy to znaczy, ze leci do Chile czy przylatuje z Chile? - spytal urzednik.
                                                    - Raczej to drugie. Ale z Chile polecial do Brazylii. I teraz nie wiemy gdzie jest.
                                                    - W takim razie najlepiej chyba bedzie, jesli skontaktuje sie pan bezposrednio z
                                                    szefem oddzialu na lotnisku - zasugerowal urzednik - on najlepiej bedzie
                                                    wiedzial, jak panu pomoc.
                                                    - Tak uczynie, dziekuje - odparl inspektor i zakonczyl grzecznie rozmowe.
                                                    Zanim zdazyl przemyslec strategie do konca, zjawil sie oczekiwany gosc. Po
                                                    usadowieniu jej spytal:
                                                    - Czy moge mowic do pani Abere?
                                                    - Alez oczywiscie, inspektorze - usmiechnela sie promiennie - pod warunkiem, ze
                                                    ja moge do pana mowic "Trzeci".
                                                    - Dlaczego Trzeci? - zdumial sie inspektor.
                                                    Wskazala na plakietke z napisem "Inspektor George Whippelby III".
                                                    - Rozumiem. Wolalbym George.
                                                    - A ja wolalabym Ola. Albo Aleksandra. Ale w czym mam ci pomoc? Jakos nie
                                                    chciales przez telefon zdradzic o co chodzi.
                                                    - To nie bardzo byla rozmowa na telefon. Chodzi o ten kanadyjski znaczek z
                                                    Chmielewska, ktory znika z rak wlascicieli.
                                                    - Chyba nie sadzisz, za ja mam z tym cos wspolnego?
                                                    - Nie, nie sadze. Ale prosze, abys wszystko, co od tego momentu bedziemy
                                                    omawiali, zachowala na razie w tajemnicy. Szczegolnie prosze o niepodawanie
                                                    zadnej informacji o naszej rozmowie na forum, zgoda?
                                                    - Nic nie rozumiem. Skad wiesz o forum,znaczkach, kradziezach?
                                                    - Po kolei. We wtorek dokonano wlamania do Abuelito w Chile. Tamtejsza policja
                                                    wszczela postepowanie i powiazala wlamanie z forum. Skontaktowala sie z
                                                    Interpolem. Uznali, ze pozostale znaczki - twoj i Egipcjanki rowniez sa
                                                    zagrozone, dlatego skontaktowali sie z nami. O ile wiem, Abuelito pierwszy
                                                    podsunal policji hipoteze jednego wlamywacza, a policja chilijska... Zaraz,
                                                    chwileczke. Mam pytanie. Czy kiedykolwiek podalas na forum swoj adres i nazwisko?
                                                    - Nigdy. Tego sie nie robi.
                                                    - Tak myslalem. Policja chilijska tez tak uwaza. Oni pierwsi wysuneli hipoteze,
                                                    ze ktos czyta poczte uczestnikow forum. Dlatego prosza o calkowite milczenie na
                                                    Internecie.
                                                    - A co da milczenie, jesli on juz ma nasze adresy?
                                                    - Jesli ciagle czyta listy i forum, moglby sie zorientowac, ze jestesmy na jego
                                                    tropie i przerwac dzialalnosc. A wtedy zadna pulapka sie nie uda.
                                                    - To zamierzasz zastawic na niego pulapke?
                                                    - Jesli nie uda sie go schwytac w Egipcie, to tutaj mamy ostatnia szanse na
                                                    schwytanie go na goracym uczynku. Jednakze nie chcialbym narazac tego znaczka.
                                                    Chcialbym wziac go na przechowanie w moim sejfie. Poza tym, mam pewien inny pomysl.
                                                    - Ja go dobrze schowalam. Nie znajdzie go.
                                                    - Nie badz taka pewna. Do tej pory znalazl juz 37. Plus znaczki Roberta.
                                                    - 37? A nie 38?
                                                    - 37. Abuelito tuz przed wlamaniem skontaktowal sie z policja i schowal znaczek
                                                    u nich.
                                                    - A to cwaniak!
                                                    - Lata doswiadczenia, jak sadze. W kazdym razie zadzialalo. Ciagle jest
                                                    posiadaczem znaczka. To co, dasz sie namowic?
                                                    - Chyba... dam... A jak chcesz zastawic pulapke?
                                                    - Jeszcze do konca nie wiem. Ale jedno wiem, chce miec ten znaczek jak
                                                    najszybciej, bo, byc moze pomoze mi to zastawic jeszcze lepsza pulapke.
                                                    - No to nie ma na co czekac. Jedziemy po znaczek.

                                                    c.d.n.
                                                    --
                                                    Grafoman ze stazem zostaje pisarzem!
                                                  • Pojechali. Ola mieszkala niezbyt daleko od centrum, w poblizu Uniwersytetu
                                                    Wiktorii i Karori Wildlife Sanctuary. Z domu rozciagal sie przepiekny widok na
                                                    zatoke, choc, zdaniem inspektora, szpecily go nieco wyrosle w srodmiesciu w
                                                    ostatnich latach drapacze chmur, gdyz, po prostu, zaslanialy zbyt duzo. Tym
                                                    niemniej widok nadawal sie na widokowke i George wcale nie bylby zdziwiony gdyby
                                                    kiedys na taka trafil. Mimo calego uroku miejsca inspektor mial ochote zgrzytac
                                                    zebami - zastawienie porzadnej pulapki bedzie trudne. Tym niemniej... mozliwe.
                                                    Wbrew zapewnieniom Oli, ze znaczek jest dobrze schowany, nie byla to prawda.
                                                    Znaczek, ciagle na kopercie, byl ukryty w duzej ksiazce, ktora stala schowana w
                                                    szafie za wysokim stosem swetrow. Ola rozstala sie z koperta z widocznym zalem.
                                                    Inspektor obiecal jej opiekowac sie troskliwie depozytem i wrocil do siebie.
                                                    Poszedl prosto do Dzialu Technicznego. Jego kierownik ciagle siedzial w pracy i
                                                    z przyjemnoscia wyciagnal reke po koperte. Obejrzal ja bardzo dokladnie z
                                                    zewnatrz, poswiecajac najwiecej czasu znaczkowi i stemplom. Nalepki potraktowal
                                                    pobieznie, po czym zajrzal do srodka i skrzywil sie.
                                                    - Rozumiem, ze chcesz miec dokladna kopie oryginalu?
                                                    - Jak najdokladniejsza, a co sie stalo?
                                                    - Nie mamy takich kopert. Moze nasi przyjaciele maja. Jak duzo moge im powiedziec?
                                                    - Jesli umieja trzymac jezyk za zebami - wszystko - usmiechnal sie inspektor.
                                                    - Jesli umieja... no nie, ty to masz poczucie humoru. Tak jakbys nie wiedzial,
                                                    ze tam nawet pytanie o godzine jest podejrzane, a podanie prawdziwej odpowiedzi
                                                    wymaga najpierw sprawdzenia jej pod katem zgodnosci z Ustawa o Tajemnicy Panstwowej!
                                                    Obaj sie rozesmieli. Inspektor zostawil wiec koperte i zdecydowal, ze wlasciwie
                                                    nic wiecej dzisiaj nie bedzie mogl zrobic, uznal wiec, ze moze pojsc do domu.

                                                    Kiedy komisarz Saknussen przyszedl do pracy, oczekiwala go niespodzianka. Z
                                                    niezbyt grubej koperty z Urzedu Imigracyjnego wyjal kilka kartek. Pierwsza z
                                                    nich poinformowala go, ze obywatel polski, Roch Kaczorowski przybyl do Szwecji w
                                                    dniu szesnastym lipca. Kolejna poinformowala go, ze tenze osobnik opuscil
                                                    Szwecje w dniu dwudziestego pierwszego lipca. Trzecia kartka zawierala
                                                    informacje paszportowe. Na czwartej znalazl informacje, ze Kaczorowski
                                                    przylecial z Berlina, zas piata, ze odlecial do Londynu. Komisarz wlaczyl
                                                    komputer i szybko znalazl w poczcie odpowiedzi na ktore czekal. Jedna zawierala
                                                    dluga liste skradzionych przedmiotow i informacje, ze zabezpieczone na miejscu
                                                    linie papilarne naleza do niejakiego Svena Bjoernsena, ktory zostal przedwczoraj
                                                    zatrzymany w Uppsali w zwiazku z innym przestepstwem. Lista z drugiego e-maila
                                                    byla bardzo krotka, zawierala bowiem jedna pozycje - koperta z kanadyjskim
                                                    znaczkiem przedstawiajacym Joanne Chmielewska. Nie znaleziono zadnych linii
                                                    papilarnych. Komisarz zadzwonil wiec na podany numer telefonu i spytal o badania
                                                    mikrosladow. Tak, jak przypuszczal, nie byly przeprowadzone, przeprowadzanie ich
                                                    teraz nie mialo wiec sensu. Komisarz podziekowal, rozlaczyl sie i zaczal myslec.
                                                    Mial juz ofiare, mial podejrzanego, czego nie mial, to punktu zaczepienia. Jak
                                                    powiazac przestepstwo z podejrzanym? Tylko przez wypozyczalnie samochodow i
                                                    hotele. Pytanie tylko, czy moze te poszukiwania zwalic na kogos innego?
                                                    Zdecydowal, ze nie. W takim razie musi sam sie tym zajc. Najlepiej przez Vise.
                                                    Wystosowal wiec stosowne zapytanie i puscil machine w ruch. Nastepnie wyslal
                                                    e-maile z wszytkimi najnowszymi informacjami do Interpolu i Chile. Teraz
                                                    pozostawalo mu tylko czekac.

                                                    Inspektor Matuszynski rozpoczal swoje urzedowanie od telefonu do Biura
                                                    Paszportowego. Zazadal przeslania sobie dokumentacji paszportu o numerze
                                                    dostarczonym mu z Chile. Nastepnie zebral papiery i zameldowal sie u szefa.
                                                    Przedstawil mu cala sprawe i wyciagniete wnioski. Szef zaakceptowal decyzje o
                                                    rozpoczeciu sledztwa i polecil informowac sie na biezaco. Matuszynski wrocil do
                                                    siebie i nawet nie zdazyl usiasc, kiedy zameldowal sie komisarz Atrament. Akta
                                                    do grubych nie nalezaly, wiec Atrament nie zdazyl sie wygodnie rozsiasc, kiedy
                                                    Matuszynski juz je skonczyl przegladac. Sledztwo bylo prowadzone poprawnie.
                                                    Wywiad srodowiskowy nie wykazal nic podejrzanego - sasiedzi, przechodnie,
                                                    listonosze, policjanci - normalka. Wyciagnal akta Kolczaka i rzucil okiem na
                                                    wywiad - nic ciekawego - sasiedzi, przechodnie, listonosze, policjanci, ekipa
                                                    wod-kanu. Pokazal akta Atramentowi. Ten przeczytal je szybko i podniosl pytajaco
                                                    brwi.
                                                    - To moje nie bylo pierwsze? Ciekawe... Dobrze prowadzone, szkoda, ze bez skutku.
                                                    W tej wlasnie chwili asystent komisarza, komisarz Pawlak wniosl dosc gruby stos
                                                    poczty i polozyl ja na biurku.
                                                    - Wiekszosc zapieczetowana, wiec nie otwieralem - powiedzial - cos sie pichci
                                                    ciekawego?
                                                    - A co, za malo masz swojej roboty, ze chcesz cos nowego na dokladke? Juz ruska
                                                    mafia ci nie wystarcza? - niechetnie zapytal inspektor. Nie wiedziec czemu,
                                                    jakos nie lubil swego asystenta. Nie bylo ku temu zadnych racjonalnych powodow,
                                                    po prostu nie lubil.
                                                    - Za malo? Jakbym dostal ze dwoch ludzi do pomocy, to moze wtedy byloby w sam
                                                    raz - gorzko odparl Pawlak i odmeldowal sie.
                                                    Inspektor przerzucil poczte i znalazl dwadziescia akt, na ktore czekal. Nie
                                                    zdazyl ich zaczac otwierac, kiedy zameldowal sie podkomisarz Kolczak. Okazalo
                                                    sie, ze w przekazanych inspektorowi wczoraj aktach zabraklo jednej kartki, ktora
                                                    nie wiadomo jakim cudem znajdowala sie ciagle w biurku Kolczaka, gdzie ja
                                                    dzisiaj odnalazl. Byl to wywiad z jedna z sasiadek, nudzaca sie jak mops
                                                    emerytka, wsibska baba, ktora twierdzila, ze przez kilka dni przed wlamaniem
                                                    widywala jakiegos obcego listonosza, ktory sie tam krecil. W glowie inspektora
                                                    zablysnelo swiatelko alarmowe. Blyskawicznie podjal decyzje.
                                                    - Jak bardzo obciazeni robota jestescie, panowie? - spytal
                                                    - Wlasnie wrocilem wczoraj z urlopu i jeszcze nie zostalem dociazony - odparl
                                                    Atrament.
                                                    - Prokuratura umorzyla mi sporo spraw, wiec jestem niemal czysty - powiedzial
                                                    Kolczak.
                                                    - W takim razie wypozycze sobie panow na krotki okres. Ja zalatwie formalnosci,
                                                    a wy zapoznajcie sie z tym - podal im otrzymane akta.
                                                    Obaj komisarze rzucili sie na akta jak wyglodniale sepy na padline, inspektor
                                                    zas tymczasem przeprowadzil dwie krotkie biurokratyczne potyczki z dwoma
                                                    komendami, obie zreszta zwycieskie. Odlozywczy telefon spytal zyczliwie obu
                                                    komisarzy, ktorzy czytali akta, robiac notatki:
                                                    - No i jak idzie?
                                                    - To jest jakas wieksza afera - niemal zgodnym chorem odparli zapytani.
                                                    - No to przeniescie sie na stol i przekopcie przez to. Ja ide cos zalatwic.
                                                    Wychodzac zawiadomil Pawlaka, ze dwojka komisarzy jest czasowo odkomenderowana
                                                    pod jego rozkazy. Pogwizdujac pod nosem jakas stara piosenke ("Trzynastego" Kasi
                                                    Sobczyk) skierowal sie do Biura Kryminalnego KG. Potrzebowal wypozyczyc dwie osoby.

                                                    c.d.n.

                                                    --
                                                    Grafoman ze stazem zostaje pisarzem!
                                                  • Pierwsza osoba, ktora odwiedzil, byl szef Wydzialu Przestepstw Komuterowych.
                                                    - Potrzebuje wypozyczyc Podczachowska - powiedzial krotko.
                                                    - Juz biore rozped, zeby ci ja dac. Po co ci ona? chcesz tropic pieniadze mafii
                                                    sycylijskiej albo amerykanskiej? A moze znowu ruskiej?
                                                    - Nie tym razem. Tym razem potrzebuje kogos naprawde najlepszego. W dodatku
                                                    pospiech jest bardzo wskazany - krotko wyjasnil sprawe. Sprecyzowal zakres
                                                    poszukiwan.
                                                    Szef PK skinal glowa.
                                                    - Rzeczywiscie potrzebujesz kogos dobrego. A Podczachowskiej przyda sie troche
                                                    rozrywki. Ona uwielbia takie zabawy. I przyda jej sie chwila oddechu od
                                                    podwojnej, potrojnej i poczwornej ksiegowosci, w ktorej ostanio siedziala.
                                                    - Dziekuje. Sam ja zawiadomie.
                                                    Wyszedl i poszedl do pokoju, na drzwiach ktorego widniala wizytowka
                                                    "Podinspektor J. Podczachowska". Zapukal i wszedl. Pani podinspektor spojrzala
                                                    na niego z zaciekawieniem.
                                                    - Czym moge sluzyc, panie inspektorze?
                                                    - Soba. Potrzebuje najlepszego speca od Internetu i padlo na pania - zartobliwie
                                                    mrugnal okiem - pani szef juz sie zgodzil.
                                                    - Czy moge prosic o kilka szczegolow?
                                                    - Omowimy je po drodze. Prosze byc gotowa za jakies pol godziny. Ja jeszcze
                                                    musze zalatwic jedna sprawe.
                                                    Teraz odszukal pokoj Primadonny i przed wejsciem odetchnal gleboko. Czekalo go
                                                    zadanie przekonania Jacka Szydlowicza, ze nikt inny nie moze zrobic tej roboty.
                                                    Postanowil tym razem zrobic wariant odwrotny. Jacek Szydlowicz byl od lat
                                                    najlepszym specem od wykrywania sladow, wszystko jedno jakich, czy butow, czy
                                                    linii papilarnych, czy mikrosladow. Nikt go jeszcze nigdy nie zlapal na pomylce,
                                                    chociaz wszyscy o tym marzyli. Wszedl.
                                                    - Czesc, Jacus. Zajety jak zwykle?
                                                    - Nie sadzi pan chyba, inspektorze, ze z powodu wakacji przestepcy wzieli sobie
                                                    wolne? Pewnie, ze jestem zajety.
                                                    - A twoi ludzie? Potrzebuje kogos dzisiaj na popoludnie.
                                                    - Do czego?
                                                    - Mikroslady po wlamaniu. Mysle, ze wystarczy mi ktos kompetentny, nie
                                                    potrzebuje takigo geniusza jak ty. Ale kompetentny byc musi, bo slady troche stare.
                                                    - Jak stare?
                                                    - Ponad miesiac. Ale nikogo nie bylo przez ten czas w mieszkaniu, wiec chyba nie
                                                    ma sprawy, jak sadzisz?
                                                    - Mikroslady po miesiacu pod warstwa kurzu? - Jacus zamyslil sie gleboko,
                                                    inspektor wstrzymal oddech - to nie takie proste. To musi byc ktos z
                                                    doswiadczeniem. Henio jest na urlopie, Jurek w Rzeszowie a Krzysiek w
                                                    Szczecinie. Nie wiem, kogo by panu dac. A co to za sprawa?
                                                    - Interpol sie z nami skontaktowal. Bylo wlamanie gdzies na koncu swiata.
                                                    Odkryli mikroslady, a co gorsza powiazanie z domniemanymi podobnymi wlamaniami
                                                    na calym swiecie. W tym i w Polsce. Sprawdzilem. Byly i u nas. Ponad miesiac
                                                    temu. Ostatnie dziesiatego lipca. Wlascicielka lokalu wyjechala jedenastego i
                                                    dzisiaj wraca. Interpol chce strasznie te wlamania powiazac ze soba.
                                                    - No to tylko ja zostaje. Po poludniu?
                                                    - Po poludniu. Nie jestem dokladnie pewny, o ktorej, ale dam ci znac, w porzadku?
                                                    - W porzadku. Do zobaczenia po poludniu.
                                                    Wrocil do siebie. Obaj komisarze wlasnie omawiali wyciagniete przez siebie wnioski.
                                                    - No i co, panowie? Jakie wnioski?
                                                    - Ten sam wlamywacz. Kazda robota poprzedzona okresesm rozpoznania. Robil to
                                                    dzielnicami.
                                                    - To nie wszystko. Jest jeszcze jedenascie innych wlaman, wszystkie poza
                                                    Warszawa. Ponadto nastepnych szesc poza Polska. I trzy mozliwe kradzieze na poczcie.
                                                    - To dlatego pan to przejal!
                                                    - Tak. Jak rowniez dlatego, ze nikt wczesniej tych wlaman nie powiazal. Ani
                                                    policja, ani prokuratura. Wstyd.
                                                    Zadzwonil telefon. Bylo to Biuro Paszportowe. Tym razem sam naczelnik.
                                                    - Skad pan wzial ten numer paszportu - zapytal bez wstepow.
                                                    - Dostalem z Chile. Tym paszportem posluguje sie czlowiek podejrzany o dokonanie
                                                    przestepstwa na ich terenie.
                                                    - No to ladnie. Niech pan poslucha uwaznie, panie inspektorze. Nikt nigdy nie
                                                    wystawil nikomu paszportu o tym numerze. Z bardzo prostego powodu. Ten paszport
                                                    nalezy do setki paszportow, ktore zostaly skradzione z Biura ponad trzy lata
                                                    temu. Jeszcze nigdy zaden z nich nie zostal odnaleziony ani nie wyplynal w zaden
                                                    sposob. Sprawcy nie znaleziono.
                                                    - No to rzeczywiscie ladnie. Prosze mi w takim razie przyslac akta tej sprawy.
                                                    Ladnie zalakowane, tylko do mojej wiadomosci, zgoda?
                                                    - Zgoda. Zaraz sie tym zajme.
                                                    Matuszynski powoli odlozyl sluchawke. Male swiatelko alarmowe w jego glowie
                                                    zmienilo sie w dziesiatki migajacych kogutow. Sprawa przestawala smierdziec, a
                                                    zaczynala wrecz cuchnac.
                                                    - Panie komisarzu - zwrocil sie do Atramenta - prosze powitac ta studentke na
                                                    lotnisku i przywiecz ja tutaj. Po poludniu ekipa techniczna bedzie do naszej
                                                    dyspozycji. Ja na razie znowu musze wyjsc. Prosze sprobowac opracowac jakis plan
                                                    sledztwa.
                                                    Poszedl znowu do pokoju podinspektor Podczachowskiej, zapukal i wszedl.
                                                    - Jest pani gotowa, pani Janeczko? Jesli tak, to chodzmy.

                                                    c.d.n.
                                                    --
                                                    Tylko piora nam sa na nic,
                                                    Bo tu nikt nie umie pisac.
                                                  • Inspektor nie zdazyl wyjasnic duzo. Ledwie wspomnial o Chile i kanadyjskich
                                                    znaczkach, pani Janeczka zatrzymala sie jak wryta.
                                                    - A wiec nad tym mam pracowac?
                                                    - Pani cos o tym wie?
                                                    - Nie dalej, jak wczoraj rozmawialam w Centrali Filatelistycznej z chilijska
                                                    policja.
                                                    - Ach, tak! Rozumiem. Zapomnialem, ze jest pani ich ekspertem.
                                                    Przez reszte, dosc zreszta krotkiej, drogi inspektor wprowadzal pania Janeczke w
                                                    szczegoly sprawy. Pani Janeczka zrozumiala od razu czego ma szukac, wiedziala
                                                    rowniez jak i gdzie. Niemal od razu dotarli do naczelnego administratora gazety.
                                                    Inspektor szybko wyjawil swoja prosbe - policja prosi o udostepnienie logow.
                                                    Rownie szybko i kategorycznie administrator odmowil powolujac sie na etyke
                                                    dziennikarska. Inspektor otwieral usta, zeby zaczac kontrargumentowac, ale pani
                                                    Janeczka powstrzymala go gestem dloni.
                                                    - Chcialabym panu wyjasnic - zaczela spokojnym, zimnym glosem, od ktorego
                                                    temperatura w pokoju spadla o dziesiec stopni - co sie stanie, gdy wyjdziemy
                                                    stad z pustymi rekami. Otoz sledztwo, z ktorym wasza gazeta nie ma nic
                                                    wspolnego, wylonilo watek, ktorym jest naruszenie Ustawy o Ochronie Danych
                                                    Osobowych. Wedlug posiadanych przez nas informacji, przeciek nastapil u was i
                                                    spowodowal kilkadziesiat powaznych przestepstw. Tak wiec, natychmiast po wyjsciu
                                                    udamy sie do prokuratury i, zapewniam pana, uzyskamy sankcje prokuratorskie. Za
                                                    dwie godziny zjawimy sie ponownie z odpowiednia liczba ludzi i ciezarowek. Na
                                                    ciezarowki zaladujemy wszystkie serwery, komputery, laptopy, backupy i twrde dyski.
                                                    - Pani mi grozi? - poderwal sie administrator.
                                                    - Absolutnie nie. Po prostu informuje. Przypuszczam, ze jesli cos takiego sie
                                                    stanie, praca redakcji bedzie przez najblizszych kilka dni utrudniona.
                                                    - To jest szantaz!
                                                    - Policja nie zajmuje sie szantazem. Potrzebujemy informacji w toczacym sie
                                                    sledztwie, informacji, ktore znajduja sie w waszym posiadaniu. Jesli nie chcecie
                                                    nam pomoc dobrowolnie, coz, wasza sprawa. Ale prosze nas nie winic za wszelkie
                                                    reperkusje odmowy.
                                                    - Jesli sie na to odwazycie, cala Polska dowie sie o tym! Usilujecie wprowadzic
                                                    panstwo policyjne!
                                                    - Nic nie usilujemy. Probujemy uzyskac dobrowolna wspolprace, o jakiej wasza
                                                    gazeta ciagle pisze. Skoro jej nie otrzymamy, zastosujemy wszelkie PRAWNIE
                                                    dostepne srodki. Natomiast - glos pani Janeczki zmienil temperature z "zimny" na
                                                    "lodowaty" i temperatura w pomieszczeniu spadla o nastepne dziesiec stopni -
                                                    jesli gazeta zechce opublikowac informacje, chocby w jednym miejscu nieprawdziwe
                                                    lub NIEPELNE, wtedy z przyjemnoscia wydamy komunikat informujacy spoleczenstwo o
                                                    przyczynach i prostujacy WSZYSTKIE bledy i niedomowienia.
                                                    - Nie mozecie tego zrobic!
                                                    - Owszem, mozemy. Dlatego prosze o szybka decyzje - dla waszego wlasnego dobra -
                                                    bo prokuratorzy nie lubia siedziec po godzinach. A wiec?
                                                    - Jakich informacji potrzebujecie?
                                                    - Musimy zaczac od logow e-maili. Jesli wszystko dobrze pojdzie, na tym moze sie
                                                    skonczyc. Jesli nie - byc moze bedziemy potrzebowali rozszerzyc zakres poszukiwan.
                                                    - To znaczy, czego, konkretnie szukacie?
                                                    - Jest pan informatykiem?
                                                    - Nie, a dlaczego pani pyta?
                                                    - Skoro nie, to wyjasnienie bedzie wymagac zbyt wiele czasu, ktorego nie mamy. A
                                                    wiec, panska decyzja?
                                                    Administrator wyraznie bil sie z myslami. Niechec do dopuszczenia policji do
                                                    serwerow gazety walczyla z obawa o narazenie gazety na powazne zaklocenie jej
                                                    pracy. W koncu podjal decyzje. Bardzo niechetnie wyrazil zgode. Wstal i
                                                    zaprowadzil ich do serwerowni, gdzie, w wydzielonym boksie siedzial admin.
                                                    Przedstawil go, polecil udzielic policji wszelkiej pomocy i wyszedl. Matuszynski
                                                    z zaciekaieniem rozgladal sie po sporym pomieszczeniu i szczerze wspolczul pani
                                                    Janeczce. Ona zas zaledwie rzuciwszy okiem na te wszystkie komputery powiedziala
                                                    do admina:
                                                    - Unix na Internecie, Winzgroza dla lamerow wewnatrz?
                                                    - Zgadza sie.
                                                    - A sikuel?
                                                    - Na Unixie.
                                                    - No to zaczynamy. Prosze o Unixowski terminal i login z pelnymi prawami admina.
                                                    Admin wskazal jeden z terminali i wlogowal sie do niego. Pani Janeczka usiadla,
                                                    wpisala w okienku komende "whoami", przeczytala odpowiedz i wydala nastepna
                                                    komende "rights", ktora uwaznie przeczytala. Nastepnie otworzyla nowe okienko i
                                                    wkrotce jakas ogromna lista sie w nim pojawila. Teraz poprosila Matuszynskiego o
                                                    liste nickow.
                                                    - To mi zajmie troche czasu - powiedziala - prosze mi zostawic numer swojej
                                                    komorki, bo rozumiem, ze przez spora czesc dnia bedzie pan poza biurem.
                                                    Poinformuje pana, jesli znajde cos ciekawego.
                                                    Matuszynski zapisal jej numer i wyszedl. Pomaszerowal prosto do Komendy.

                                                    c.d.n.
                                                    --
                                                    Tylko piora nam sa na nic,
                                                    Bo tu nikt nie umie pisac.
                                                  • W Londynie inspektora Smithwick-Brina oczekiwalo kilka informacji. Tak wiec Roch
                                                    Kaczorowski przekroczyl granice Zjednoczonego Krolestwa w dniu 21-go lipca,
                                                    przylatujac ze Sztokholu, zas opuscil je w dniu 28-go lipca, odlatujac do
                                                    Toronto w Kanadzie. W chwile po zapoznaniu sie z informacjami zadzwonil
                                                    detektyw, ktorego wczoraj prosil o kontakt. Rzeczywiscie, podczas wlamania
                                                    skradziona zostala koperta z rzdkim kanadyjskim znaczkiem. Odciskow linii
                                                    papilarnych nie znaleziono, mikrosladow nie badano. Smithwick-Brine wyslal wiec
                                                    do Visy zadanie wykazu transakcji karty o podanym mu numerze w dniach 21-28
                                                    lipca, po czym wyslal e-mail o wynikach sledztwa do Interpolu z kopia do Chile.
                                                    Nastepnie poszedl odwiedzic tych kilka urzedow, ktore wczoraj byly juz zamkniete.

                                                    Dla porucznik Berry dzien zaczal sie, jak zwykle, od przejrzenia poczty. Ottawa
                                                    przeslala jej kopie wizy wystawionej w Warszawie dla Rocha Kaczorowskiego, wraz
                                                    z odbitkami paszportu i i fotografii wizowej. Immigration zawiadomilo ja, ze
                                                    Roch Kaczorowski przylecial do Kanady w dniu 28-go lipca samolotem z Londynu, a
                                                    opuscil ja w dniu czwartego sierpnia odlatujac do Mexico City. W obu
                                                    mieszkaniach dodatkowe przeszukania udalo sie dokonac wczoraj, w obu znaleziono
                                                    mikroslady, ktore obecnie bada laboratorium. Skontaktowala sie z Visa zadajac
                                                    wykazu transakcji karty Rocha Kaczorowskiego w dniach 28-my lipca - 5-ty
                                                    sierpnia. Potem wyslala e-maile do Interpolu i Chile z wynikami dotychczasowego
                                                    sledztwa.

                                                    W Interpolu inspektor Hernandez bynajmniej nie zapomnial o tej smiesznej sprawie
                                                    z Chile. Byl jednak zaskoczony, kiedy zaczely naplywac informacje od
                                                    zainteresowanych stron. Co wiecej, informacje zazebialy sie ze soba,
                                                    pozostawiajac coraz mniej miejsca na watpliwosci. Podejrzany przylecial do
                                                    Szwecji szesnastego lipca z Berlina, dwudziestego pierwszego nastapilo
                                                    wlamanie, a kilka godzin pozniej podejrzany opuscil Szwecje, udajac sie do
                                                    Anglii. Tam wlamanie nastapilo dwudziestego osmego i znow, w kilka godzin
                                                    pozniej podejrzany odlecial do Toronto, gdzie czwartego sierpnia nastapily trzy
                                                    wlamania, zas pod wieczor podejrzany polecial do Mexico City. Inspektor pokrecil
                                                    glowa. Ciagle jeszcze w lamiglowce brakowalo zbyt wielu fragmentow, ale powoli
                                                    zaczynal wylaniac sie obraz. Chile mialo racje. Zrobil wiec krotkie podsumowanie
                                                    i wraz z kopiami oryginalow porozsylal do wszystkich zainteresowanych.

                                                    O dziesiatej rano, kiedy przyszla Felicia (Fatima), Jose czul sie jak
                                                    przeciagniety przez wyzymaczke. Jego przyjaciel z Mexico City zadzwonil z
                                                    informacja, ze Kaczorowski byl tam tylko tranzytem z Toronto i odlecial do
                                                    Santiago. Santiago poinformowalo, ze Kaczorowski polecial piatego sierpnia do
                                                    sasiadow z polnocy i wrocil od nich osmego sierpnia. Zaraz potem przyjaciel z
                                                    Rio zawiadomil go, ze Kaczorowski pojawil sie tylko tranzytem i polecial zaraz
                                                    po polnocy dziewiatego sierpnia do Kairu. Zaraz potem Fernando poinformowal go o
                                                    wynikach pracy technikow z Akademii. Zarowno w hotelu jak i w samochodzie
                                                    odnaleziono odciski palcow. Zgadzaja sie z odciskami znalezionymi u Dziadka.
                                                    Zarowno w hotelu jak i w samochodzie odnaleziono klaczki wielbladziej welny
                                                    pochodzacej z plaszcza - takie same, jak znalezione u Dziadka. W hotelu i
                                                    samochodzie znaleziono duzo wlosow - te musza czekac na analize DNA, ktora
                                                    zostanie przeprowadzona w stolicy. Tak wiec ekipa nie ma tu juz chyba nic wiecej
                                                    do szukania i moze powrocic do Akademii. Jose przyznal racje i serdecznie
                                                    podziekowal Fernandowi. Aspirant Rodriguez i jego ekipa nie wykryla nic nowego.
                                                    Wreszcie Jose zajrzal do komputera. Wiadomosci ze Szwecji, Anglii i Kanady
                                                    wprowadzily go niemal w euforie. Mial obecnie nieprzerwany trop od Berlina do
                                                    Kairu. Ale dlaczego od Berlina? Moze przestepca mieszkal blizej Berlina niz
                                                    Warszawy i bylo mu wygodniej leciec z Berlina? Postanowil zapytac o to
                                                    Matuszynskiego, kiedy sie skontaktuja. Na razie wyslal e-mail do Interpolu z
                                                    najnowszymi wynikami. A potem poprosil Felicie i zadzwonil do Kairu. I tu go
                                                    zastopowalo. Inspektor Hassan Ali ben Shareik Ali byl znowu nieuchwytny. Byl w
                                                    Kairze, ale Allach tylko wie gdzie. Rowniez tylko Allach wie czy i kiedy wroci.
                                                    Nie mozna sie z nim skontaktowac, gdyz nie posiada komorki. Jose zostawil
                                                    informacje, ze bedzie dzwonil za dwie godziny, ze sprawa jest pilna i prosi,
                                                    jezeli inspektor sie pojawi, aby zaczekal na telefon. Nic wiecej na razie nie
                                                    mogl zrobic.

                                                    c.d.n.
                                                    --
                                                    Tylko piora nam sa na nic,
                                                    Bo tu nikt nie umie pisac.
                                                  • Inspektor Smithwick-Brine powoli wracal do Scotland Yardu. Odwiedzil wszystkie
                                                    urzedy, ktore chcial i uzyskal dostep do archiwow, ktore chcial obejrzec. Na
                                                    wszelki wypadek porobil sobie kopie wszystkich istotnych dokumentow. Mimo, ze
                                                    mial je czarno na bialym, ciagle nie mogl w to uwierzyc. Znal dobrze historie
                                                    Wielkiej Brytanii i wiele jej interesujacych szczegolow, no i wlasnie natknal
                                                    sie na taki szczegol. Tyle tylko, ze nie nalezal on jeszcze do historii, gdyz do
                                                    historii naleza sprawy zakonczone. A ta ciagle jeszcze czekala na zakonczenie.
                                                    Zastanawial sie, do kogo sie z ta sprawa zwrocic. Wlasciwie nie mial wielkiego
                                                    wyboru - tylko dwie osoby mogl o tej historii zawiadomic - a bal sie sie
                                                    zawracac im glowe. Z drugiej strony wiedzial, ze gdyby ich nie zawiadomil, a
                                                    wyszlo na jaw, ze o niej wiedzial, czekalyby go grube nieprzyjemnosci. Musial
                                                    sie zdecydowac - i to szybko.

                                                    W serwerowni palce pani Janeczki smigaly po klawiaturze. Przeskakiwala miedzy
                                                    kilku otwartymi oknami piszac, kopujac i wklejajac. Na drugim terminalu admin
                                                    sledzil jej poczynania. Najpierw na liscie wlascicieli kont odszukala jedno
                                                    nazwisko i upewnila sie, ze ma tylko jedno konto. Nastepnie przeskoczyla na logi
                                                    pocztowe i cofnela sie o dwa i pol miesiaca do tylu. Teraz zaczela badac logi,
                                                    poszukujac tylko tego konta. Nie interesowalo ja nic, poza adresem IP, z ktorego
                                                    sie laczyl. Znalazwszy adres, przerzucala go do wyszukiwarki domen. Tam
                                                    sprawdzala lokalizacje geograficzna i przechodzila do wyszukiwania nastepnej
                                                    pozycji w logu. Wreszcie, po godzinie, dojechala do dzis. Odwrocila sie do admina.
                                                    - Dobrze sie pan bawi?
                                                    - Przepraszam?
                                                    - Pytam sie, czy dobrze sie pan bawi? Przeciez widze, ze obserwuje pan, co robie
                                                    na swoim monitorze. Moge panu powiedziec, co robie - na razie sprawdzam alibi
                                                    dwojga podejrzanych w sledztwie, ktore prowadzimy. Aha, nie lubie, jak mi ktos
                                                    na rece patrzy, wiec radze panu przestac. Jak dlugo jest pan tutaj adminem?
                                                    - Trzy miesiace.
                                                    - A przedtem?
                                                    - Bylem adminem w BPH.
                                                    Pani Janeczka odwrocila sie do terminala. Admin szybko zlikwidowal program
                                                    sledzacy i wrocil do swojej roboty, co jakis czas rzucajac spojrzenia w jej
                                                    strone. Pani Janeczka pracowala nastepna godzine. Potem wydrukowala
                                                    kilkadziesiat stron, ktore zabrala z drukarki. Nastepnie zadzwonila.
                                                    - To ja, panie inspektorze. Mam zalatwionych pierwszych dwoch podejrzanych.
                                                    Jesli nie udalo sie ktoremus z nich zrobic kaskady, to sa niewinni. Warszawe
                                                    moge sama sprawdzic. Wedlug logow, Robert byl w tym czasie na Dalekim Wschodzie.
                                                    Wystarczy sie upewnic, ze w okreslonym czasie tam rzeczywiscie byl i mozna go
                                                    wyeliminowac. To mozna zrobic przez Interpol, prawda? Tak, jeszcze dzisiaj
                                                    sprawdze w Warszawie. Teraz zabieram sie za trzeciego. Oczywiscie, ze pana
                                                    poinformuje. Do widzenia.
                                                    Pani Janeczka odlozyla telefon i wrocila do monitora. Otworzyla jeszcze kilka
                                                    okien i zaczela stukac w klawiature.

                                                    Jose dusil sie z wscieklosci. Po dwoch godzinach zadzwonil do Kairui wreszcie
                                                    mogl porozmawiac z inspektorem Hassanem Ali ben Shareik Alim. Inspektor wladal
                                                    co prawda angielskim, ale slyszac go, Jose wolal uzyc posrednictwa Felicii. Po
                                                    wyluszczeniu sprawy inspektor wcale sie nia nie przejal. Co sie ma stac, to sie
                                                    stanie, Insz Allach. Wreszcie, bardzo niechetnie zanotowal dane podejrzanego,
                                                    przyjal do wiadomosci jego obecnosc w Egipcie i dane potencjalnej ofiary. W
                                                    koncu orzekl, ze zobaczy, co sie da zrobic. Po czym sie pozegnal. Chyba po raz
                                                    pierwszy w zyciu Jose byl swiadkiem takiego tumiwisizmu ze strony policji. "Ma
                                                    szczescie ten zakichany Beduin, ze nie jest moim podwladnym!" mruczal wsciekle
                                                    do siebie.

                                                    W Kairze inspektor Hassan Ali ben Shareik Ali siedzial wsciekly przy telefonie.
                                                    "Alez sobie pozwalaja ci niewierni" myslal. Dlatego, ze kilku giaurom skradziono
                                                    kawalki papieru, on, inspektor policji Egiptu ma pedzic wiernych do roboty?
                                                    Jesli ukradna nastepny, stanie sie tak z woli Allacha, tak bowiem zapisane jest
                                                    w Ksiedze Przenaczen i nic tego nie zmieni. Zdecydowal sie jednak zadzwonic do
                                                    Imigracji i polecic im sprawdzic zapisy imigracyjne. Co sie ma stac, to sie
                                                    stanie. Insz Allach!

                                                    c.d.n.

                                                    --
                                                    Grafoman ze stazem zostaje pisarzem!
                                                  • Inspektor Smithwick-Brine siedzial za biurkiem i ciagle myslal. Wiedzial, ze
                                                    decyzje musi podjac szybko. Zanim ja jednak podejmie, sprawdzi jeszcze, co sie
                                                    dzieja w sprawie. Wlaczyl komputer i po zalogowaniu odebral poczte z Interpolu.
                                                    Byla ciekawa. Wprawnym okiem wychwycil istotne fakty. Wygladalo na to, ze
                                                    Interpol i zainteresowane policje maja juz wystarczajaco duzo faktow, aby
                                                    powiazac calosc i zabrac sie za chwytanie przestepcy. Najlepiej na goracym
                                                    uczynku. To znaczy teraz, w Egipcie. Rzucil okiem na rozdzielnik poczty i
                                                    zmartwial. Niestety, nici z tego pomyslu. Egipskim kontaktem byl inspektor
                                                    Hassan Ali ben Shareik Ali, leniwy i niekompetenty, pociotek jakiejs szychy w
                                                    Ministerstwie Spraw Wewnetrznych, ktory nadawalby sie moze na straznika magazynu
                                                    (pod warunkiem, ze tenze magazyn bylby zamurowany na glucho, ukryty sto metrow
                                                    pod woda i otoczony potrojnym lancuchem psow i pol minowych, no i oczywiscie
                                                    pusty), ale w zadnym wypadku na policjanta. Niestey, mial juz z nim raz do
                                                    czynienia. W takim razie, ostatnia nadzieja w Nowej Zelandii. O ile zdazyl sie
                                                    zorientowac z rozmowy z Chile, dyszeli tam zadza zemsty. Mocno by sie zdziwil,
                                                    gdyby Egipt nie pokpil sprawy, natomiast Nowa Zelandia... Znal George'a
                                                    Trzeciego i nie zdziwiloby go, gdyby zaprosil Chilijczykow do siebie na
                                                    zakonczenie afery. To przypomnialo mu o jego dylemacie. I nagle przypomnial mu
                                                    sie rozklad zajec jednej z zainteresowanych osob. Myslal szybko. Jezeli ma
                                                    racje, to... a gdyby tak... dwa zajace za jednym strzalem...? Podjal decyzje i
                                                    siegnal po specjalna ksiazke telefoniczna. Odnalazl numer, siegnal po telefon i
                                                    wystukal numer.
                                                    - Sekretariat ksiecia Walii - uslyszal w sluchawce.
                                                    - Inspektor Smithwick-Brine ze Scotland Yardu.
                                                    - Czym moge sluzyc, panie inspektorze?
                                                    - Chcialbym prosic o prywatna audiencje u Jego Ksiazecej Wysokosci, tak szybko,
                                                    jak tylko jest to mozliwe.
                                                    - Obawiam sie, ze nie bedzie to mozliwe wczesniej, niz za trzy miesiace. A o co
                                                    chodzi?
                                                    - Mialem nadzieje, ze bedzie to mozliwe w przeciagu najblizszych dni...
                                                    - Jego Ksiazeca Wysokosc udaje sie w poniedzialek do Nowej Zelandii i bedzie
                                                    przed wyjazdem bardzo zajety. Ale nie powiedzial mi pan, w jakiej sprawie
                                                    pragnie pan sie spotkac z Jego Wysokoscia?
                                                    - Przykro mi, ale jest to sprawa, ktora moge omawiac tylko z Jego Wysokoscia
                                                    albo z Jej Krolewska Moscia, ktora, jak slyszalem, jest ostatnio lekko
                                                    niedysponowana. Doskonale zdaje sobie sprawe z podrozy Jego Wysokosci, ale
                                                    sprawa, ktora musze zreferowac, moze, podkreslam, moze, miec luzny zwiazek z
                                                    Nowa Zelandia.
                                                    - Czy ma to jakis zwiazek z bezpieczenstwem Jego Wysokosci?
                                                    - Absolutnie nie. Znalazlem sie w posiadaniu informacji o sprawie, ktora lezy
                                                    tylko i wylacznie w gestii Korony, w zwiazku z czym moim obowiazkiem jest
                                                    przekazac te informacje bezzwlocznie. Dlatego jeszcze raz prosze o umozliwienie
                                                    mi rozmowy z Jego Ksiazeca Wysokoscia jak najszybciej.
                                                    - Hmmmm... Mowi pan, ze to sprawa Korony i w dodatku zwiazana z Nowa Zelandia?
                                                    - Tylko bardzo luzno.
                                                    - Ile czasu panu potrzeba?
                                                    - Na zreferowanie wystarczy mi dziesiec, gora pietnacie minut. Byc moze Jego
                                                    Ksiazeca Wysokosc bedzie mial jakies pytania lub bedzie chcial jakies dodatkowe
                                                    szczegoly...
                                                    - Prosze chwileczke poczekac, inspektorze - w sluchawce odezwala sie muzyka, ale
                                                    po dwoch minutach glos powrocil - ma pan szczescie, panie inspektorze. Jego
                                                    Ksiazeca Wysokosc znajdzie dla pana pol godziny czasu dzis wieczorem w
                                                    Buckingham Palace. O dziewiatej pietnascie. Do zobaczenia.
                                                    - Bardzo dziekuje.
                                                    Inspektor odlozyl sluchawke i otarl pot z czola. Teraz musial sie przygotowac.

                                                    c.d.n.
                                                    --
                                                    Grafoman ze stazem zostaje pisarzem!
    • Dojezdzajac do domu Bobek prztyknal pilotem. Brama do garazu uniosla sie do gory
      i Bobek spokojnie wjechal i zaparkowal swojego Jaguara-E. Chcial miec ten
      samochod od 1961 roku, ale dopiero rok temu udalo mu sie go kupic. Nie zaplacil
      nawet przesadnie duzo, zreszta stac go bylo na to. Wysiadl z samochodu i
      pogwizdujac poszedl do drzwi prowadzacych do domu. Otworzyl je, a potem zamknal
      wrota i poczekal na ich zamkniecie. Potem je zablokowal. Ciagle pogwizdujac
      wszedl do domu. Zaraz, co on wlasciwie gwizdal? Natezyl lekko pamiec i juz mial
      slowa. Stara, studencka piosenka...

      Nikt nie wie dlaczego i jaka jest tego przyczyna
      W Zagorzu na stacji zjawila sie jakas dziewczyna,
      Rynsztunek jej skladal sie tylko z malenkiej siateczki,
      W siateczce tej miala na zmiane wyjsciowe majteczki

      Palula Paloma, jak pieknie melodia ta plynie,
      Palula Paloma o naszej rajdowej dziewczynie...

      Bobek rozebral sie w przedpokoju i poszedl do kuchni, gdzie w lodowce czekal
      przygotowany dla niego przez pania Felicje, jego gospodynie, obiad. Czym go
      dzisiaj uraczy? Zagladnal do lodowki. Aha, zupa rakowa, zrazy po nelsonsku, a na
      deser...kompot i szarlotka. Wstawil zupe do mikrofalowki.

      Jej oczy niesmialo objely Bieszczady spojrzeniem,
      Lecz zaraz strach uciekl, bo czekal przewodnik marzenie!
      Chodz z nami, dziewczyno - zawolal przewodnik wesolo,
      Choc nie masz plecaka, lecz popatrz, jak pieknie jest w kolo...

      Palula Paloma...

      Zupa sie zagrzala, wiec Bobek zaniosl ja do jadalni i zaczal jesc. Jedzac myslal
      o nuconej piosence. Kiedy pierwszy raz ja uslyszal? Dawno, bardzo dawno. Byl na
      pewno na studiach, chyba po drugim roku. Pojechal na srodowiskowy rajd w
      Bieszczady. Dokonczyl zupe, poszedl do kuchni i zaczal podgrzewac drugie danie.

      Gdy piwo wypila, spojrzala na brac rozspiewana,
      Nieglupi to pomysl, ja z wami na rajdzie zostane,
      A nocleg wypada w hotelu pod nazwa "Stodola"
      I sianko pachnace i chlopcow gromada ja wola.

      Palula Paloma...

      Bobek wrocil do jadalni. Tak, to bylo to. Lipiec 1970, Bieszczady. Wtedy poznal
      Anke. Ona studiowala w Krakowie, on w Warszawie. Dziwna i trudna to byla milosc
      - na odleglosc. On jezdzil czesto do Krakowa , poznal Jaszczury, Nawojke, bywal
      Pod Buda, w Piwnicy pod Baranami, ona, znacznie rzadziej bywala w Warszawie -
      Stodola, Riviera, Pietrzak... Pobrali sie w 73., i dalej trwalo to malzenstwo na
      odleglosc - Anka studiowala na studiach doktoranckich, on odwalal nakaz pracy na
      rzeszowszczyznie. Potem wrocil do Warszawy i zaczal pracowac dla ojca. Szybko
      uzyskal papiery czeladnika i przeniosl sie do Krakowa. Bobek znowu pomaszerowal
      do kuchni.

      Jej lono zadrzalo na mysl te kuszaca i rzadka
      Ma szanse jedyna na rajdzie tym zostac mezatka
      Gdy rajd sie zakonczyl i zapadl wieczorny juz zmrok
      Przyrzekla dziewczyna powrocic w Bieszczady za rok

      Palula Paloma...

      Byl to juz rok 77. Anka obronila doktorat i zostala adiunktem na UJ. Znajomosci
      ojca pozwolily mu znalezc prace u wybitnego fachowca, nic wiec dziwnego, ze w
      kilka lat zrobil papiery mistrzowskie i otworzyl wlasny zaklad kusnierski. Dwoje
      dzieci, wlasny zaklad, zona - docent z habilitacja - czegoz mozna chciec wiecej?
      Kupili sobie ladna wille w starszej dzielnicy willowej Krakowa, ustroj sie
      zmienil, Bobek zaczal wreszcie pracowac z porzadnymi futrami, a nie tylko z
      baranicami. Anka zostala profesorem, byla dziekanem, prorektorem, dzieci rosly,
      poszly na studia... Popatrzyl przez okno i pomyslal, ze jeszcze z miesiac musi
      poczekac, zanim skorzysta z basenu. Mimo podgrzewacza woda jeszcze byla duzo za
      zimna na kapiel. Basen wybudowal dla Anki jako prezent - lubila plywac, a nawal
      obowiazkow nie dawal czasu na korzystanie z publicznego. Co roku przynajmniej
      na tydzien jezdzili w Bieszczady...

      Bieszczady, gory mych marzen i snow,
      Bieszczady niezapomniane,
      Bieszczady, ja do was wroce znow,
      O gory me ukochane

      Wejde na Rawke, na Halicz,
      Namiot w Berehach rozbije,
      Zjem na kolacje borowek,
      Woda z potoku popije.

      Potem rozpale ognisko,
      Wszyscy siadziemy dokola
      I znowu w gore poplynie
      Nasza piosenka wesola...

      Bobek wstal od stolu. Na razie zrezygnowal z deseru. Pokrecil sie przez chwile
      niezdecydowanie a potem poszedl do biblioteki. Kiedy dzieci ukonczyly studia i
      poszly na swoje, przebudowal dom i wydzieli miejsce na biblioteke. Bylo to
      ulubione miejsce Anki. Niestety, trzy lata temu uderzyl grom. Wyjatkowo
      zlosliwy, nieoperowalny rak, juz dobrze rozwiniety, z przerzutami... Po trzech
      miesiacach bylo po wszystkim... Bobek do dzis nie mogl sie pogodzic z
      niesprawiedliwoscia losu... Podszedl do polki z jej ulubionymi ksiazkami. Znowu
      sobie przypomnial ten tydzien w Bieszczadach...

      Bieszczady, gory mych mlodych lat,
      Bieszczady, twe poloniny,
      Bieszczady, ja do was wroce znow
      Popatrzec na stok Wetliny.

      Wejde na Rawke, na Krzemien,
      Namiot w Ustrzykach rozbije,
      Zjem na kolacje borowek,
      Woda z potoku popije.

      Potem rozpale ognisko,
      Wszyscy siadziemy dokola
      I znowu w gore poplynie
      Nasza piosenka wesola...

      Gdzie to bylo? W Sanoku czy w Lesku? Chyba w Lesku. Nie, skadze znowu. To bylo w
      Baligrodzie. Anka opowiadala mu po drodze o jakiejs autorce, ktorej nie mozna
      bylo kupic. Przechodzili przez Baligrod i Bobek zobaczyl malenka ksiegarenke.
      Wstapil do niej i, ku jego zdumieniu, znalazl trzy ksiazki tej autorki. Kupil
      wszystkie. W jednej napisal dedykacje. Poprosil o ladne zapakowanie i schowal do
      plecaka. Dal jej dopiero na pozegnanie. Otworzyl teraz te ksiazke i jeszcze raz
      przeczytal dedykacje: "Na pamiatke wspolnie spedzonych chwil w Bieszczadch -
      Bobek". Zamknal ksiazke i nie widzial tytulu "Wszyscy jestesmy podejrzani", ani
      nazwiska autorki - Joanna Chmielewska. Widzial Bieszczady...

      --
      Oto dramat czlowieka widziany w wlasciwej skali:
      Coraz dalej od mleka, coraz blizej kanalii.
przejdź do: 1-100 101-101
(101-101)

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.