Dodaj do ulubionych

Pianista - okiem Z.Pietrasika

09.09.02, 14:24
ponizszy tekst jest przedrukiem z Polityki, tytul: Przerwany koncert pianisty:
(nieliczne skroty - moje)


Filmoznawcy podchodzący do dzieł Polańskiego w sposób naukowy zwracają uwagę
na ich stałą właściwość kompozycyjną, przypominającą strukturę koła: film
kończy się zwykle w tym samym miejscu, w którym się zaczynał, bohater,
którego przeżycia oglądaliśmy, tuż przed napisami końcowymi powraca do
pozycji wyjściowej.

Takie były już pierwsze filmy twórcy "Pianisty". Dwaj ludzie z szafą
wyłaniają się z wody, odbywają wędrówkę donikąd, a w finale znikają z
powrotem w morskiej toni. Chłopak z "Noża w wodzie" schodzi z jachtu, na
którym się tak pięknie buntował i znowu jest sam, niewykluczone, że zatrzyma
kolejny samochód udający się na Mazury. Szpilman gra Chopina w pierwszej
scenie "Pianisty", kiedy już bomby rozrywają mu się nad głową (w książce nie
wygląda to aż tak melodramatycznie), i podejmuje tę samą nutę w scenie
ostatniej. Chyba nawet leciutko się uśmiecha. Czy to ironiczny komentarz do
wszystkich zdarzeń, których byliśmy świadkami? Muzyka jest wieczna, sztuka
jeszcze raz wygrała z życiem?

Władysław Szpilman, o którego wojennych przeżyciach opowiada film, wygrał.
Wrócił do radia i do muzyki, która ocaliła mu życie. Wojenne wspomnienia
Szpilmana to historia, której nie wymyśliłby żaden scenarzysta, również
dlatego, że jest ona pisana niezgodnie z regułami sztuki scenopisarskiej. W
podręcznikach, które znają na pamięć majstrowie z Hollywoodu, wszystko jest
dokładnie zaprogramowane: pierwszy zwrot akcji, drugi zwrot akcji, końcowe
wybrzmienie itp. Jeżeli jest motyw ocalenia w ostatniej chwili, to taki chwyt
zastosować można raz, góra dwa, ale przecież nie co piętnaście minut.
Tymczasem czytając "Pianistę" natrafiamy siedem razy na opisy sytuacji
ostatecznego, wydawałoby się, zagrożenia życia, z których bohater wychodzi
cało. Tego żadne kino by nie zniosło, nic więc dziwnego, że scenarzysta
Ronald Harwood redukuje cudowne ocalenia, pozostawiając wszakże
najistotniejsze zdarzenia. Wystarczy na tragedię. W zwiastunie, który od
kilku już tygodni zapowiada w naszych kinach film Polańskiego, oglądamy scenę
na Umschlagplatzu: pociąg do Treblinki za chwilę odjedzie, pianista stoi w
tłumie skazanych na zagładę, gdzie jest też cała jego najbliższa rodzina,
skąd w ostatniej chwili wyciągnie go żydowski policjant. Kamera pokazuje w
szerokim planie rzeczy pozostawione przez udających się w ostateczną podróż.
To jedna z najbardziej przejmujących scen w całym filmie.

(...)Roman Polański w czasie okupacji był dzieckiem, ale na tyle dorosłym, by
świadomie przeżyć krakowskie getto. Niechętnie o tym opowiadał, nawet w swej
autobiograficznej książce "Roman by Polanski" nie rozwodził się zbytnio.
Przez lata unikał tematu Holocaustu: nie chciał robić filmu
według "Malowanego ptaka" Jerzego Kosińskiego, nie skorzystał też z oferty
Stevena Spielberga, który namawiał go, aby wyreżyserował "Listę Schindlera".
Tymczasem, jak sam przyznaje, po przeczytaniu kilku pierwszych
rozdziałów "Pianisty" podjął decyzję, że musi to sfilmować.

(...) Szpilman ocalał dzięki muzyce, bo został rozpoznany jako szanowany w
getcie muzyk. Muzyka towarzyszy również scenie finałowego ocalenia. Niezwykle
kulturalny niemiecki oficer każe mu grać na pianinie i wysłuchawszy nie ma
wątpliwości, nad kim roztoczy opiekę. Artysta, który jest świadkiem zagłady,
a sam ocaleje - to próba spojrzenia na zło z punktu widzenia, w którym kamera
chyba nigdy jeszcze nie została postawiona. I druga osobliwość tego
niezwykłego losu: pianistę ratuje Niemiec. Okazuje się, że wróg może być
człowiekiem. Oficer w niemieckim mundurze, który ocalił Szpilmana, znany jest
z nazwiska, wszystko, co zostało tu opowiedziane, wydarzyło się naprawdę.
Wraz z epilogiem: Niemiec Wilm Hosenfeld ocalił Szpilmana, ale Szpilman nie
mógł ocalić Hosenfelda, bo ten trafił do radzieckiego łagru.

To temat na wielki film. Wydaje się jednak, że szansa ta nie w pełni została
wykorzystana. Najprościej byłoby powiedzieć, że to wina aktora Adriena
Brody'ego, który fizycznie jest nawet podobny do Szpilmana ze zdjęć z czasów
młodości, ale gra zaskakująco beznamiętnie, jakby cała historia toczyła się
obok niego, bez jego udziału. Właściwie do końca filmu nie dowiadujemy się,
co się dzieje wewnątrz tego człowieka naznaczonego przez los. Ale to nie
tylko sprawa aktorskich środków wyrazu, lecz ogólnej koncepcji artystycznej
filmu. Przecież u Polańskiego aktorzy grają dokładnie tak, jak im każe.

Po canneńskim sukcesie filmu pojawiły się głosy pełne oburzenia, że niektórzy
krajowi wysłannicy (w tym ja - czyli Z.Pietrasik - przyp. moj;)) nie dość
zachwycali się dziełem, podczas gdy wszyscy pozostali wzruszali się do łez i
padali przed Polańskim na kolana. Dla ścisłości przypomnijmy, że te krytyczne
opinie polegały na tym, że paru malkontentów napisało, iż film o Szpilmanie
to bardzo przyzwoita robota, ale arcydziełem nie jest. W prasie światowej też
bywało rozmaicie. Taki na przykład "Le Monde" miał czelność
napisać: ""Pianista " to martwe patrzydło, pełne natrętnych scen i
najbardziej ogranych chwytów melodramatycznych". Ale z drugiej strony
krytyk "Suddeutsche Zeitung" się zachwycał: ""Pianista " to jasna i prosta
opowieść o przeżyciu, rozgrywana według klasycznych reguł".

Tak jest, wręcz rzuca się w oczy ta klasyczność rodem z porządnego
hollywoodzkiego kina, co bynajmniej nie jest obelgą, choć prawdę mówiąc,
spodziewać się można było, że Polański znajdzie inny "chwyt" na opowiedzenie
bliskiej mu historii. Tym bardziej że tematem zła zajmował się zawsze, od
szkolnych etiud poczynając. W pierwszym jego filmie, który się zachował,
zatytułowanym "Morderstwo", pokazywał scenę zabójstwa bez wyraźnego motywu,
eksponując nóż wbijany w serce ofiary. (Przyrząd ten pojawia się odtąd w
wielu jego filmach). Świat przedstawiony w obrazach reżysera "Matni" pełen
jest zasadzek, silniejszy dominuje tu nad słabszym, ten, który ma władzę,
znęca się nad bezbronnym. Jest w "Pianiście" scena na ulicy Chłodnej, gdzie
znudzeni Niemcy każą tańczyć wyłapywanym z przechodzącego tamtędy tłumu
Żydom. Aby było jeszcze śmieszniej, dobierają ich w pary kontrastowe, duży z
małym, gruby z chudym. Obrazek ten robi naprawdę niesamowite wrażenie. Jest
zresztą wierną inscenizacją sceny opisanej w książce.

Pierwsza połowa filmu jest wyraźnie lepsza, sceny z życia getta (dobre
zdjęcia Pawła Edelmana) mogą poruszać, choć trudno nie zauważyć, iż podobne
obrazki widzieliśmy wcześniej w innych filmach. Chwilami mamy nawet wrażenie,
że oglądamy perfekcyjnie wykonane klisze. To jest tak jak ze scenami
rozmaitych plag i nieszczęść pokazywanymi w dziennikach telewizyjnych -
kamerzyści wychodzą ze skóry, żeby znaleźć najlepsze ujęcia, a oglądający to
potem telewidz spokojnie je kolację. Tak że z całym szacunkiem dla klasy
mistrzowskiej reżysera, ale widz może zadać sobie uzasadnione pytanie, czy po
prostu nie należałoby dzisiaj już nieco inaczej opowiedzieć o Zagładzie?

Niestety, gorzej jest w części drugiej, kameralnej, kiedy pianista ukrywa się
po aryjskiej stronie, spodziewając się śmierci co dnia. Szpilman opisuje
nawet stan ostatecznego zmęczenia, kiedy nie miał już siły dalej uciekać i
postanowił wyjść spokojnie śmierci na spotkanie, zażywając tabletki. Ale i
tym razem przeżył. Jak należałoby zagrać tę scenę w filmie, żeby wypadła
wiarygodnie? W książce mieliśmy żywego człowieka, który cierpi bardziej niż
ci, których cierpienie obserwuje z ukrycia. Filmowy pianista ma po prostu
instynkt życia i w dodatku dopisuje mu szczęście, co on przyjmuje bez
zdziwienia. Może powstać mylne wrażenie, że przeżył tylko dlatego, iż z
premedytacją wybrał strategię świadka. Dlatego końcowe ocalenie wygląda jak
tani hollywoodzki happy end.

Zapewne Polański nieraz będzie pytany: w jakim stopni
Edytor zaawansowany
  • Gość: Niech IP: 217.197.165.* 09.09.02, 14:33
    Ten tekst jest tu:
    polityka.onet.pl/162,1094503,1,0,artykul.html
    Zgadzam sie zupelnie w ocenie gry Brody'ego - gra jak zolw, powinien stac na
    rynku staromiejskim przebrany za rzezbe i zbierac drobne.
  • mathildae 09.09.02, 14:58
    ja filmu jeszcze (?) nie widzialam, ale zarzut powolnego tempa gry Brody'ego
    wydaje mi sie lekko dziwny. w koncu mial zagrac czlowieka osamotnionego,
    zaszczutego, przerazonego. moze zabraklo nie gwaltownych ruchow tylko bardziej
    wyrazistej mimiki twarzy, 'glebszego' spojrzenia.....
  • Gość: Jagoda IP: 62.244.141.* 09.09.02, 15:37
    Moim zdaniem film jest płaski, a wiele scen jest po prostu sztucznych
    (bombardowanie rozgłośni, końcowa scena filmu i inne). Główny bohater wydaje
    się być z boku wszystkich wydarzeń, które w końcu przecież jemu się
    przydarzają.Szkoda, bo sam temat jest ciekawy, gdyby tylko lepiej go
    opowiedzieć. Pzdr.
  • Gość: Trelkovsky IP: *.waw.cdp.pl 09.09.02, 16:27
    Nad tekstem ZP nie ma się co rozwodzić. Pisany na kolanie bełkocik silący się
    na oryginalność i niezależność.
    Najbardziej bawią mnie - nie tylko autorstwa ZP - rady dla Polańskiego ile ma
    być Polańskiego w filmie Polańskiego. Groteska.

    'Pianista' jest filmem wielkim. Dość to dziwne, że wszyscy narzekają na brak
    wielkich filmów. A kiedy takowy się pojawi - tego faktu nie dostrzegają.
    Na szczęście nie jest to problem Polańskiego.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka