kwiatwolnosci napisała:
> chyba ja naprawde nie zrozumiem facetow!!!Wiec co musialaby zrobic
> zeby byc ta jedna??
Czego tu nie rozumieć? Człowiek jest najbardziej wyrafinowaną, ale
jednak istotą przyrodniczą z wbudowanymi (od milionów lat)
mechanizmami SPRZYJAJĄCYMI rozzrodowi i POSTĘPOWI ewolucyjnemu.
W przypadku ssaków ASYMETRIA w możliwościach prokreacyjnych kobiety
i mężczyzny jest niebotyczna. Kobieta mogła urodzić kilkanaście
dzieci w swoim życiu, mężczyzna (czy każdy inny samiec ssaczy) może
być ojcem TYSIĘCY.
W najprostszym ujęciu, oznacza to iż OPŁACA się gatunkowi by tylko
najbardziej udane okazy zapładniały wiele samic. Instynkt pożądania
do KAŻDEJ kobiety jest z tego powodu oczywisty.
Kobieta, NA ODWRÓT, musi SZANOWAĆ swój potencjał rozrodczy. Jesj się
opłaca (jej genom) kopulować tylko z okazami dorodnymi! Nie z byle
kim. Libido żeńskie funkcjonuje zupełnie inaczej niż męskie.
OCZYWIŚCIE, na ten prosty mechanizm nałożyło się specyficznie
ludzkie wyprostowanie postawy i duży mózg (dziecko musi rodzić się z
małą głową i długo być pod opieką matki, noszone przez nią), co
spowodowało iż celowe okazało się powstanie, na drodze ewolucji,
możliwości (obok pożądania seksualnego) ROMANTYCZNEJ MIŁOŚCI i
utrzymanie przy MATCE jej OPIEKUNA i (najcząściej, choć
niekoniecznie) OJCA jej dzieci. To doprowadziło do powstania
QUASImonogamii. Jednak niezupełnej. "Zdrady małżeńskie", jeśli
dyskretne i nie rozbijają rodziny są (a przynajmniej były) KORZYSTNE
dla ludzkiego gatunku. Udany egzemplarz siał plemniki po sąsiadkach
i miał więcej dzieci niż była w stanie urodzić jedna kobieta w jego
życiu. Kobieta zaś (żona mężczyzny przecietnego) miała szanse CZĘŚĆ
swych jajeczek sprząc z genami samca lepszego niż jej stały partner.
Przy dzisiejszym stanie rozrodczości, mechanizmy te stały się
nieadekwatne, ALE W NAS SIEDZĄ!!!
Oczywiście, kultura, rozumowa kalkulacja, próbują nakładać ( i
nakładają) bardzo ścisłe cugle na nasze popędy. Ale z naturą trudno
wygrać.
Niech przykładem będzie epidemia otyłości. "Na rozum" wiadomo iż nie
należy jeść tyle ile się w żołądku zmieści i tego co najsmaczniejsze
(tłuste i słodkie). Kiedyś takie podejście do zdobytego pożywienia
było korzystne, bo był stały deficyt, okresy głodu ("przednówek") i
jadało się na zapas. Mimo to większość ludzi (mimo że jest to z
ewidentną szkodą dla nich samych) nie potrafi się powstrzymać i tyje.
W przypadku "przelecenia" przyjaciółki ani ja, ani moja żona (gdy
się nie dowie) NIC NIE TRACI. Dlaczego mam cierpieć MĘKI TANTALA
(kto nie jest mężczyzną, nie pojmie) eksplodując z pożądania jakie
często się wytwarza? W imię czego?
Bezkompromisowa wierność małżeńska (a raczej samo wyobrażenie Pań,
że ona powinna mieć miejsce) czyni niesamowicie dużo szkody i
cierpienia.
--
Jak ja nie lubię mieć stale racji!