A tak przyrodniczo, to kobiecie opłaca się "puścić" tylko z lepszym
dostarczycielem genów niż własny mąż, i tylko w okresie płodności i w zasadzie
raz czy dwa. Zakładam, że ów wspaniały facet nie jest do zdobycia dla niej na
stałe ("za wysokie progi"), a narażenie się stałemu partnerowi mogło by
spowodować, że sobie pójdzie, albo zamorduje nie swoje dziecko.
Facet zapładniając okazjonalnie jakąś samiczkę, nawet niezbyt udaną nic nie
ryzykuje. Jego inwestycja jest minimalna, parę kropelek i ze 100 kalorii na
kopulację. Stąd ogromna asymetria postaw i pożądań męskich i kobiecych.
Iście diabelska alternatywa dla każdego Casanovy, dla każdej Anny Kareniny. Czy
trwać w związku, niczego nie ryzykować i spalać się w pożądaniu do nowej osoby,
które potrafi narastać do niesamowitych rozmiarów, czy ulec namiętności,
skonsumować potajemnie i potulnie wrócić na łono rodziny?. Przyroda sprawiła nam
niezłą zagwozdkę.
--
Jak ja nie lubię mieć stale racji!
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.