W innych tradycjach, faktycznie, łatwiej to niekrzywdzenie wyłapać.
A na naszych działkach... Jedno, to to, co rzeczywiście się ze zwierzętami dzieje, czyli jakiś punkt wyjścia, zgodny z uznawaną w religiach monoteistycznych hierarchią: najpierw Bóg, potem człowiek, potem zwierzę (tak swoją drogą ofiar ze zwierząt nie składa się w żydowskiej diasporze od jakichś dwóch tysięcy lat). Czyli na przykład Kain zły nie dlatego, że zazdrosny, ale że zabił brata, bo tamten wyzabijał zwierzę†a. A przecież brat to człowiek, nawet, jeśli bestia ;)
A drugie to, powiedzmy, punkt dojścia. W judaizmie jest nim przekonanie, że niejedzący mięsa jest na wyższym poziomie rozwoju niż mięsożerca, bo glejt na mięsożerność została dana Noemu po potopie jako pewne ustępstwo Boga, obniżenie poprzeczki dla człowieka (ok, ludzkość trochę zabrudzona, gorsza jakaś, niech więc je te zwierzęta, skoro musi, póki co). I kiedy już, koniec końców, ten wyższy poziom rozwoju ludzie osiągną, to, jak jeden mąż, będą wegetarianami. Póki co, trzeba zabijać bezboleśnie i "ulżyć doli" zwierza, szczególnie pracującego, zawsze wtedy, kiedy się da. Na przykład niech ma wolne w szabat :)
--
Tak między nami mówiąc zawsze jest trochę obłudy w stosunku człowieka - takiego statystycznego, niekoniecznie kapelana myśliwych - do zwierzęcia. Bo jednak to sapiens sapiens każe wierzyć, żeśmy jakoś lepsi od tego struchlałego karpia. No dobrze, nie od karpia, ale od szczypawki to już na pewno ;)