Matka za¶ potrafiła wszystko, sama wręcz przyznawała, że chyba jest
po prostu za dobra. A czy małe dziecko z moj± inteligencj± i moj±
zdolno¶ci± obserwacji mogło w to w±tpić?
Umiała, na przykład, przyrz±dzić galaretkę, w której
pływały, a wła¶ciwie wisiały, plasterki brzoskwini, przecz±c prawu
grawitacji.
Potrafiła upiec ciasto, które smakowało jak banan. Płacz±c,
cierpi±c sama tarła chrzan, zamiast kupować siu¶ki, które
sprzedawano w słoikach w delikatesach. Pilnowała rzeĽnika, jak sama
mówiła, "niczym jastrz±b", żeby się upewnić, czy aby nie zapomni
przepu¶cić jej mielonki przez koszern± maszynkę do mięsa.
Obdzwaniała wszystkie kobiety w naszym bloku, susz±ce pranie
na sznurach z tym domu – raz nawet w całej swej wielkoduszno¶ci
zadzwoniła do goja rozwodnika z najwyższego piętra – żeby szybko
zabrały bieliznę, bo na nasze okno spadła wła¶nie kropla deszczu.
Radar, nie kobieta! I to przed wynalezieniem radaru! Co za
niespożyta energia! Co za skrupulatno¶ć! Wyszukiwała mi błędy w
słupkach, dziury w "skarpetach, brud za paznokciami, na szyi, w
każdej fałdzie ciała. Docierała nawet do najgłębszych zakamarków
uszu, wlewaj±c w nie zimn± wodę utlenion±. Płyn szczypał i musował
niczym piwo imbirowe, wypłukiwał na powierzchnię drobinki ukrytych
pokładów żółtej woskowiny, zagrażaj±cej ponoć ludzkiemu słuchowi.
Taki zabieg medyczny (choćby zgoła poroniony) wymaga naturalnie
czasu, no i oczywi¶cie wysiłku – ale kiedy chodzi o zdrowie i
czysto¶ć, zarazki i wydzieliny ciała, matka nie oszczędza siebie i
po¶więca innych. Zapala ¶wiece za dusze zmarłych – inni zawsze
zapominaj±, a ona pamięta w całej swej pobożno¶ci, i to obywa się
bez notatek w kalendarzu. Po prostu ma po¶więcenie we krwi.
Philip Roth, Kompleks Portnoya
/przełożyła Anna Kołyszko/