Jest wczesne popołudnie, czwarta wiosna mojego życia. Na skrawku ziemi przed
naszym budynkiem pręż± się kwiaty na fioletowych łodygach. Przez otwarte na
o¶cież okna wpada delikatne, aromatyczne powietrze tej pory roku, ale też
zelektryzowane energi± matki – skończyła pranie z całego tygodnia i rozwiesiła
na sznurze, upiekła na deser marmurkowe ciasto, krewko wpuszczaj±c nożem
czekoladę – znów ta krew! znów ten nóż! – mniejsza o to, zręcznie wpuszczaj±c
czekoladę w masę waniliow±, co graniczyło dla mnie z cudem, podobnie jak
umiejętno¶ć zatapiania brzoskwiń w l¶ni±cej salaterce galaretki. Zrobiła pranie,
upiekła ciasto, wyszorowała posadzkę w kuchni i w łazience, wyłożyła j±
gazetami, odkurzyła, a jakże, mieszkanie, nie muszę chyba dodawać, że
przejechała wszędzie elektroluksem, sprz±tnęła ze stołu po drugim ¶niadaniu,
umyła naczynia i (ze swym dzielnym, małym pomocnikiem) poustawiała je na miejsce
do kredensu z naczyniami mlecznymi w spiżarni... pogwizduj±c przy tym całe rano
jak kanarek niemelodyjn± piosenkę zdrowia i rado¶ci, beztroski i
samowystarczalno¶ci. Kiedy rysuję dla niej obrazek, ona bierze prysznic... a
teraz w słonecznym blasku sypialni ubiera się, żeby zabrać mnie do miasta.
Siedzi na krawędzi łóżka w wypchanym biustonoszu i pasie elastycznym, wci±ga
pończochy i gawędzi sobie pod nosem. Kto jest grzecznym synkiem mamusi? Kto jest
najlepszym synkiem, jakiego mamusia kiedykolwiek miała? Kogo mamusia kocha
najbardziej na ¶wiecie? Nie posiadam się wprost ze szczę¶cia, a zarazem ¶ledzę
obcisł±, powoln±, cudown± w swej udręce wędrówkę przezroczystych nylonów, które
nadaj± jej ciału podniecaj±cy odcień. Przysuwam się bliżej, żeby móc w±chać talk
na jej szyi i żeby się lepiej przyjrzeć elastycznym splotom zwisaj±cych
podwi±zek, do których za chwilę przypnie pończochy (niew±tpliwie przy dĽwięku
fanfar). Czuję zapach pasty, jak± wypolerowała cztery błyszcz±ce podpórki
mahoniowego łóżka, gdzie sypia z mężczyzn±, który spędza z nami noce i
niedzielne popołudnia. Podobno to mój ojciec. Na końcach palców, chociaż wymyła
każdy z tych ¶wintuszków ciepł±, wilgotn± ¶ciereczk±, czuję woń drugiego
¶niadania, sałatki z tuńczyka. A może to woń jej kobieco¶ci? Może! Chce mi się
mruczeć z zadowolenia. Mam dopiero cztery lata, a już czuję we krwi – aha, znów
ta krew – jak ta chwila pulsuje namiętno¶ci±, obfituje w możliwo¶ci. Gruba,
długowłosa istota, któr± nazywaj± moj± siostr±, jest w szkole. Ten facet, mój
ojciec, też bawi poza domem, stara się jak umie, żeby zarobić na życie. W każdym
razie tych dwojga nie ma w domu, i kto wie, je¶li będę miał szczę¶cie, może
nigdy nie wróc±... Tymczasem jest popołudnie, wiosna, a ta kobieta dla mnie i
tylko dla mnie wkłada pończochy i ¶piewa piosenkę o miło¶ci. Kto zostanie z
mamusi± na zawsze? Ja. Kto pójdzie z mamusi± choćby na koniec ¶wiata?
Oczywi¶cie ja. Co za głupie pytanie, ale proszę mnie Ľle nie zrozumieć,
podejmuję uczciw± grę! Kto zjadł pyszne drugie ¶niadanie z mamusi±, kto
wybiera się z mamusi± autobusem do miasta jak grzeczny chłopczyk, kto wybiera
się z mamusi± do domu towarowego... i tak dalej i dalej... aż ddzi¶, bo jaki¶
tydzień temu, kiedy wróciłem cały i zdrów z Europy, mamusia tak mnie powitała: –
Czujesz?
– Co? – chociaż bierze moj± rękę i przyci±ga j± do swojego ciała. – Mamo...
– Nie przybyło mi nawet dwa kilo – mówi – od twojego urodzenia. Czujesz? – pyta
i przytyka moje sztywne palce do kr±gło¶ci swoich bioder, które s± całkiem niezłe...
No i te pończochy. Minęło przeszło dwadzie¶cia lat (cała zabawa powinna się
była dawno skończyć!), ale mamusia nadal przypina sobie pończochy w obecno¶ci
synka. Teraz jednak on już dba o to, żeby odwrócić wzrok, kiedy flaga wjeżdża
łopocz±c na maszt – i to nie tylko z troski o swoje zdrowie psychiczne. Spójrzmy
prawdzie w oczy, odwracam wzrok nie tyle z własnego powodu, ile z powodu tego
biedaka, mojego ojca! Ale co ojciec naprawdę woli? Gdyby raptem ich dorosły
synalek rzucił się z mamusi± na dywan w salonie, jak by tatu¶ zareagował?
Oblałby wiadrem wrz±tku szalej±c±, obł±kan± parę? Wyci±gn±łby swój nóż czy tez
wyszedłby do drugiego pokoju ogl±dać telewizję, dopóki nie skończ±?
– Dlaczego odwracasz wzrok...? – pyta rozbawiona matka, wyrównuj±c szwy. –
My¶lałby kto, że jestem młod± dziewczyn±, my¶lałby kto, że nie podcierałam ci
pupy i nie całowałam twojego dyndaska przez tyle lat. Patrzcie go... – to już do
ojca, w razie gdyby nie zwracał dostatecznej uwagi na rozgrywaj±cy się wła¶nie
spektakl – patrzcie, zachowuje się, jak gdyby jego sze¶ćdziesięcioletnia matka
była królow± piękno¶ci.
(Kompleks Portnoya)