Dodaj do ulubionych

Gdybyś pisał/a opowiadanie, to jaki byłby jego

IP: *.dip.t-dialin.net 27.04.04, 18:33
początek?

Edytor zaawansowany
  • Gość: katalin IP: *.arcor-ip.net 28.04.04, 11:30
    Moze sprecyzujesz to pytanie?
  • ihopeyouwilllikeme 28.04.04, 11:40
    " Był piękny, słoneczny dzień. Jacuś szedł sobie spokojnie ze szkoły, beztroski
    i rześki, bo dostał trzy piątki, i nie mógł się doczekać aż podzieli się tą
    radosną informacją z rodzicami. Nagle, w przydrożnym rowie zauważył
    zmasakrowane ludzkie zwłoki... "

    Może być ?
    --
    images.amazon.com/images/P/B0001MDP40.01.LZZZZZZZ.jpg
  • arana 28.04.04, 13:36
    Czy chodzi Ci o zdanie typu "Ogary poszły w las"?
    albo "Rok 1647 był to dziwny rok, w którym..."
    albo "Jest prawdą powszechnie znaną, że samotnemu a bogatemu mężczyźnie brak do
    szczęścia tylko żony"?

    Podałam Ci trzy tonacje, wybór należy do Ciebie.:)

    Arana
  • ulalka 28.04.04, 20:08
    "jechali samochodem przez las... w samochodzie panowala cisza. dzieciak
    siedzial na tylnym siedzeniu i pilnie studiowal ksiazke. tak naprawde, to dawno
    stracil watek, usilujac za to wyczuc kolejny atak matki na ojca.
    za oknem byla zielen....."

    dokoncz :)
    --
    jestem wiosenną dziewczyną :))

    Zawsze lat☼

    P☼gaduchy d☼ p☼duchy
  • Gość: stary malutki IP: *.lnet.pl 28.04.04, 20:17
    Czy to początek filmu "Spirited Away"?
    ;-)
  • ulalka 01.05.04, 13:40
    Gość portalu: stary malutki napisał(a):

    > Czy to początek filmu "Spirited Away"?
    > ;-)

    nie, nie znam tego filmu :P
    --
    jestem wiosenną dziewczyną :))

    Zawsze lat☼

    P☼gaduchy d☼ p☼duchy
  • Gość: killkamill IP: *.org / *.krakow.pl 22.05.04, 14:20
    ucieknij z domu :(
  • Gość: Matylda IP: *.dip.t-dialin.net 29.04.04, 15:24
    ihopeyouwilllikeme napisał:

    > " Był piękny, słoneczny dzień. Jacuś szedł sobie spokojnie ze szkoły,
    beztroski i rześki, bo dostał trzy piątki, i nie mógł się doczekać aż podzieli
    się tą radosną informacją z rodzicami. Nagle, w przydrożnym rowie zauważył
    > zmasakrowane ludzkie zwłoki... "
    > Może być ?

    c. d. następuje:

    ==Na twarzy chłopca pojawił się lekki, tajemniczy uśmiech. Z tym uśmiechem
    spojrzał sprytnie w lewo, w prawo i za siebie. Nie ujrzawszy żadnej żywej duszy
    podszedl szybko do zwłok i zaczął rzucać na nie wszystko, co tylko było w
    zasięgu jego ręki: gałęzie, liście i trawę, po czym zaczął biec do domu nie
    zważając na uliczny ruch i czerwone światła na przejściach dla pieszych.

    W domu czekała na niego mama z ciepłą zupą ogórkową na gazowej kuchence. Kiedy
    syn wpadł do domu, rzucił się jej na szyję i wszeptał do ucha jedno – jak się
    zdaje – magiczne słowo, które przywołało lekki, tajemniczy uśmiech na maminej
    twarzy. Z tym uśmiechem spojrzała ona sprytnie w lewo, w prawo i za siebie. Nie
    ujrzawszy żadnych ciekawskich oczu sąsiadów podeszła szybko do telefonu i
    wybrała numer męża.
    „Co jest?”
    „Skóra.”
    „Gdzie?”
    „Poczekaj, dam ci zaraz Jacusia.”
    Jacuś opisał szczegółowo – z sobie właściwą matematyczną precyzją – lokalizację
    tej niecodziennej trumny z gałęzi, liści i trawy.

    Kiedy rodzina siedziała późnym wieczorem przy stole i ciepłej herbacie z
    cytryną, Jacuś obliczał – a zdolnym z matematyki był, dostał przecież trzy
    piątki – ile mu jeszcze brakuje do kupna upragnionego komputera. Wyszło, że
    trzy „skóry”. I należy mu wierzyć, bo Jacuś w liczeniu skrupulatnym uczniem
    był. Na pytanie mamy, po co mu właściwie ten komputer, odpowiedział po chwili
    namysłu: „Będę pisał krótkie opowiadania w internecie”, czym kompletnie
    zaskoczył swoich rodziców.

    Na drugi dzień spotkał na drodze do szkoły koleżankę z klasy, która przywitała
    go następującymi słowami:
    ”Cześć Jacuś, wczoraj widziałam ciebie i twoich rodziców nad rowem.”
    „Taaaak...?” Jacuś był przerażony .
    „Tak”, potwierdziła koleżanka i dodała:
    „A ja znalazłam to, czego wy tam szukaliście.”
    „Taaaak...?” Jacuś był przerażony i zaczął drapać się nerwowo po przedramieniu.
    Koleżanka zatrzymała się - Jacuś też - wyciągnęła z tornistra gruby podręcznik
    do matematyki, otworzyła go na stronie numer 3, dokładnie tam, i wyjęła dwie
    klasówki Jacusia, z których dostał piątki oraz dzienniczek z pochwałą. Jacuś
    oparł się o ogrodzenie i zaczął wycierać spocone czoło chusteczką do nosa.==

  • Gość: killkamill IP: *.org / *.krakow.pl 22.05.04, 14:23
    nie żartuję.
  • Gość: nóż w d.... IP: 213.199.204.* 25.05.04, 14:42
    Bravo!!!Coś pięknego!!!Znam podobne"W cichej,spokojnej ulicy rozlega się
    melanholijny głos szefa bandy...Nożem go kurwa...Nożem!!!"
  • szarobury 28.04.04, 20:21
    Samochody mknęły po ulicach, ptaki sunęły po niebie, gałęzie drzew kołysały
    się, maratończycy biegli, czas płynął i Ziemia wirowała. A Marcin stał.
    pozdrawiam.
  • facecja 28.04.04, 20:53
    szarobury napisał:

    > Samochody mknęły po ulicach, ptaki sunęły po niebie, gałęzie drzew kołysały
    > się, maratończycy biegli, czas płynął i Ziemia wirowała. A Marcin stał.
    > pozdrawiam.

    Ale łądne. Najbardziej mi się podoba. Masz gdzieś dalszą część, bo naprawdę
    mnie to zainteresowało.
  • szarobury 29.04.04, 13:21
    facecja napisała:

    > szarobury napisał:
    >
    > > Samochody mknęły po ulicach, ptaki sunęły po niebie, gałęzie drzew kołysał
    > y
    > > się, maratończycy biegli, czas płynął i Ziemia wirowała. A Marcin stał.
    > > pozdrawiam.
    >
    > Ale łądne. Najbardziej mi się podoba. Masz gdzieś dalszą część, bo naprawdę
    > mnie to zainteresowało.
    Dziękuję. Niestety, miał być tylko początek, więc dalej już nie wymyślałem:).
    W tej chwili jestem trochę pracowniczo zagoniony, ale po południu napiszę
    zakończenie. Środek (bagatelka, jakieś 200 - 300 stron) należy do Ciebie.
    pozdrawiam
  • arana 29.04.04, 14:22
    szarobury napisał:

    > [...] Środek (bagatelka, jakieś 200 - 300 stron) należy do Ciebie.


    Marcin stał, a Ty się zanadto rozpędziłeś, to przecież miało być opowiadanie!

    Też czekam na dalszy ciąg. I nie psuj wszystkiego od razu zakończeniem.:)

    Arana
  • Gość: Matylda IP: *.dip.t-dialin.net 29.04.04, 15:13
    szarobury napisał:

    > Samochody mknęły po ulicach, ptaki sunęły po niebie, gałęzie drzew kołysały
    > się, maratończycy biegli, czas płynął i Ziemia wirowała. A Marcin stał.
    > pozdrawiam

    c. d. następuje:

    ==Marcin stał na przystanku i czekał od kilku minut na swojego najlepszego
    przyjaciela Tomka. Miał przyjechać linią 5, która często się spóźniała. I
    stałby tam dalej tak spokojnie i cierpliwie (((podczas gdy ziemia wirowała,
    czas płynął, maratończycy biegli, gałęzie drzew się kołysały, ptaki sunęły po
    niebie, samochody mknęły po ulicach))) gdyby nie to, że tuż przy czubkach jego
    nowych butów zatrzymała się taksówka a w niej dziewczyna jedząca jabłko. Ale
    jak jedząca!

    Czy była piękna, taka okładkowa? Nie. Nie była. Oszczędnie i ładnie umalowana,
    z rozwagą i poszanowaniem natury, odziana w bawełnianą koszulkę i jeansy jadła
    jabłko siedząc z tyłu. Ale jak jadła!

    Jabłko było zielone a usta dziewczyny czerwone, lśniące, niewinne. Za każdym
    razem, gdy ta czerwień w ksztalcie litery M rozchylała się powoli i zmysłowo,
    ciało Marcina ogarniały błogie dreszcze. Usta dziewczyny – rozchylone i czułe –
    kładly się na cieniutkiej jak mgła skórce jabłka a rzęsy jej (były długie i
    gęste) dotykały leciutko brwi, (jakby się trochę wstydziły) po czym opadały
    powoli jak puch na wietrze i muskały przy tym delikatny róż jej policzków. Na
    ten widok błogie dreszcze nie opuszczały Marcina ani na chwilę. Wpatrzony w jej
    smukłe palce trzymające... trzymające to za mało... wpatrzony w jej smukłe
    palce pieszczące ten niedojrzały zielony owoc, wzdychał ciężko i przestępował z
    nogi na nogę, przydeptując sobie przy tym czubki nowych butów.

    Czy miała ładne zęby, takie okładkowe? Tak. A nawet jeszcze ładniejsze. I za
    każdym razem, gdy zatapiała je w jabłecznym ciele, Marcin zamykał oczy i
    widział siebie między tymi rozchylonymi czerwonymi, lśniącymi, niewinnymi
    ustami. Niedojrzała zieloność zawirowała mu w głowie, gdy nagle usłyszał:
    „Chodź, Marcin, będziemy jeść razem jabłka, tylko ty i ja. Nauczę cię jeść
    jabłka, chcesz?”
    Mój ty Boże, gdyby powiedziała: „Marcin, chodź za mną do piekła albo w ogień”,
    poszedłby bez wahania.
    „Chodź Marcin”, powiedziała jeszcze raz i otworzyła drzwi taksówki w
    zapraszającym geście.

    W mgnieniu oka siedział obok tego bawełnianego podkoszulka, który to z kolei
    siedział w jeansach opinających jej młode, jędrne i pachnące ciało. Z ogryzka
    wydłubała kilka malutkich pestek i zaczęła je wkładać, jedna po drugiej między
    Marcinowe wargi: rozchylone męskie M, mniej czerwone, mniej lśniące, mniej
    niewinne, ale za to namiętnie mocne i potrafiące pożądać a zarazem czekać. Po
    chwili trzymali oboje pieszcząc następne zielone jabłko a ich usta spoczęły na
    jego cieniutkiej jak mgła skórce. „Jeszcze tylko trzy milimetry”, pomyślał
    Marcin, „i dotknę, jeszcze tylko dwa, jeden...” gdy nagla jakaś męska dłoń
    spadła na jego ramię:
    „Cześć Marcin, długo czekasz?”
    Marcin otworzył oczy, spojrzał na zegarek. Linia 5 nie miała dzisiaj ani jednej
    jedynej sekundy spóźnienia.==
  • szarobury 30.04.04, 11:06
    Gość portalu: Matylda napisał(a):

    > szarobury napisał:
    >
    > > Samochody mknęły po ulicach, ptaki sunęły po niebie, gałęzie drzew kołysał
    > y
    > > się, maratończycy biegli, czas płynął i Ziemia wirowała. A Marcin stał.
    > > pozdrawiam
    >
    > c. d. następuje:
    >
    > ==Marcin stał na przystanku i czekał od kilku minut na swojego najlepszego
    > przyjaciela Tomka. Miał przyjechać linią 5, która często się spóźniała. I
    > stałby tam dalej tak spokojnie i cierpliwie (((podczas gdy ziemia wirowała,
    > czas płynął, maratończycy biegli, gałęzie drzew się kołysały, ptaki sunęły po
    > niebie, samochody mknęły po ulicach))) gdyby nie to, że tuż przy czubkach
    jego
    > nowych butów zatrzymała się taksówka a w niej dziewczyna jedząca jabłko. Ale
    > jak jedząca!
    >
    > Czy była piękna, taka okładkowa? Nie. Nie była. Oszczędnie i ładnie
    umalowana,
    > z rozwagą i poszanowaniem natury, odziana w bawełnianą koszulkę i jeansy
    jadła
    > jabłko siedząc z tyłu. Ale jak jadła!
    >
    > Jabłko było zielone a usta dziewczyny czerwone, lśniące, niewinne. Za każdym
    > razem, gdy ta czerwień w ksztalcie litery M rozchylała się powoli i zmysłowo,
    > ciało Marcina ogarniały błogie dreszcze. Usta dziewczyny – rozchylone i c
    > zułe –
    > kładly się na cieniutkiej jak mgła skórce jabłka a rzęsy jej (były długie i
    > gęste) dotykały leciutko brwi, (jakby się trochę wstydziły) po czym opadały
    > powoli jak puch na wietrze i muskały przy tym delikatny róż jej policzków. Na
    > ten widok błogie dreszcze nie opuszczały Marcina ani na chwilę. Wpatrzony w
    jej
    >
    > smukłe palce trzymające... trzymające to za mało... wpatrzony w jej smukłe
    > palce pieszczące ten niedojrzały zielony owoc, wzdychał ciężko i przestępował
    z
    >
    > nogi na nogę, przydeptując sobie przy tym czubki nowych butów.
    >
    > Czy miała ładne zęby, takie okładkowe? Tak. A nawet jeszcze ładniejsze. I za
    > każdym razem, gdy zatapiała je w jabłecznym ciele, Marcin zamykał oczy i
    > widział siebie między tymi rozchylonymi czerwonymi, lśniącymi, niewinnymi
    > ustami. Niedojrzała zieloność zawirowała mu w głowie, gdy nagle usłyszał:
    > „Chodź, Marcin, będziemy jeść razem jabłka, tylko ty i ja. Nauczę cię jeś
    > ć
    > jabłka, chcesz?”
    > Mój ty Boże, gdyby powiedziała: „Marcin, chodź za mną do piekła albo w og
    > ień”,
    > poszedłby bez wahania.
    > „Chodź Marcin”, powiedziała jeszcze raz i otworzyła drzwi taksówki
    > w
    > zapraszającym geście.
    >
    > W mgnieniu oka siedział obok tego bawełnianego podkoszulka, który to z kolei
    > siedział w jeansach opinających jej młode, jędrne i pachnące ciało. Z ogryzka
    > wydłubała kilka malutkich pestek i zaczęła je wkładać, jedna po drugiej
    między
    > Marcinowe wargi: rozchylone męskie M, mniej czerwone, mniej lśniące, mniej
    > niewinne, ale za to namiętnie mocne i potrafiące pożądać a zarazem czekać. Po
    > chwili trzymali oboje pieszcząc następne zielone jabłko a ich usta spoczęły
    na
    > jego cieniutkiej jak mgła skórce. „Jeszcze tylko trzy milimetry”, p
    > omyślał
    > Marcin, „i dotknę, jeszcze tylko dwa, jeden...” gdy nagla jakaś męs
    > ka dłoń
    > spadła na jego ramię:
    > „Cześć Marcin, długo czekasz?”
    > Marcin otworzył oczy, spojrzał na zegarek. Linia 5 nie miała dzisiaj ani
    jednej
    >
    > jedynej sekundy spóźnienia.==

    Jeden z apetyczniejszych opisów jedzenia jabłka od czasów Biblii:). Prawdę
    mówiąc jakem już pomyślał nieco o tym nieszczęsnym, stojącym Marcinie (może to
    pomnik jaki?), to trochę inaczej mi się to ułozyło, ale tak to z wyobrażaniem
    sobie bywa:).
    pozdrawiam.
  • Gość: Matylda IP: *.dip.t-dialin.net 30.04.04, 12:16
    > Jeden z apetyczniejszych opisów jedzenia jabłka od czasów Biblii:). Prawdę
    > mówiąc jakem już pomyślał nieco o tym nieszczęsnym, stojącym Marcinie (może
    to
    > pomnik jaki?), to trochę inaczej mi się to ułozyło, ale tak to z wyobrażaniem
    > sobie bywa:).
    > pozdrawiam.

    Dziękuję. I dziękuję również za Marcina, te samochody, ptaki, gałęzie drzew...
    A ja z kolei byłabym bardzo ciekawa Twojej dalszej wersji. Obiecałeś! Spełnisz
    obietnicę?
    Również pozdrawiam, serdecznie i kwietniowo.
  • szarobury 30.04.04, 13:10
    Gość portalu: Matylda napisał(a):

    > Dziękuję. I dziękuję również za Marcina, te samochody, ptaki, gałęzie drzew...
    > A ja z kolei byłabym bardzo ciekawa Twojej dalszej wersji. Obiecałeś!
    Spełnisz
    > obietnicę?
    > Również pozdrawiam, serdecznie i kwietniowo.
    Z przyjemnością, aczkolwiek po długim początku maja, jesli mi wolno o czas
    poprosić. Uwikłałem się teraz w jakieś dziwne zawodowe rzeczy i nie wygrzebię
    się znich tak prędko jak bym chciał:(.
    Pozdrowienia.
  • Gość: Matylda IP: *.dip.t-dialin.net 30.04.04, 13:58
    szarobury napisał:

    > Gość portalu: Matylda napisał(a):
    >
    > > Dziękuję. I dziękuję również za Marcina, te samochody, ptaki, gałęzie drze
    > w...
    > > A ja z kolei byłabym bardzo ciekawa Twojej dalszej wersji. Obiecałeś!
    > Spełnisz
    > > obietnicę?
    > > Również pozdrawiam, serdecznie i kwietniowo.
    > Z przyjemnością, aczkolwiek po długim początku maja, jesli mi wolno o czas
    > poprosić. Uwikłałem się teraz w jakieś dziwne zawodowe rzeczy i nie wygrzebię
    > się znich tak prędko jak bym chciał:(.
    > Pozdrowienia.

    Będę czekać, jak Marcin, jeden dzień, dwa dni, trzy...
    A więc do zobaczenia... to za dużo powiedziane... do przeczytania.

    Pozdrowienia bzem pachnące śle przez inter-łącza
    Matylda
  • szarobury 07.05.04, 12:01
    Z opóźnieniem, za które przepraszam, moja wersja dokończenia. Niespecjalnie
    mnie satysfakcjonuje, ale nie pozwoliliście mi na 200-300 stron;).

    0.
    Samochody mknęły po ulicach, ptaki sunęły po niebie, gałęzie drzew kołysały
    się, maratończycy biegli, czas płynął i Ziemia wirowała. A Marcin stał.

    -7.
    Pamiętał jak przemykali się cichcem, we dwóch, na skraju lasku, wzdłuż rzeki.
    Oprócz nich na świecie były tylko roboty, które zbuntowały się przeciw swym
    twórcom i wymordowały ich. Teraz, przybrawszy ludzkie postacie szukały
    nielicznych ocalałych. Tak naprawdę tylko dwóch.
    - Zachowuj się sztucznie – syknął Grzesiek samemu przybierając
    nienaturalnie wyprostowaną postawę i poruszając się w śmieszny, sztywny
    sposób. – Może nas nie rozpoznają.
    Tak zrobili. W drodze rozważali jak, po zwycięstwie nad robotami, uratować
    ludzkość.
    - Musimy się rozmnażać – zdecydował Grzesiek. – Ja będę mężczyzną a ty
    kobietą.
    - Musimy się rozmnażać – zgodził się z nim Marcin. – Ale o tym podziale
    ról to jeszcze pogadamy.
    Dotarli do kamieniołomu i postanowili wspiąć się na jego niemal pionową
    skalną ścianę. Gdy byli mniej więcej w połowie drogi, usłyszeli wołanie z dołu.
    Stał tam traktor a obok niego robot.
    - Złaźcie, gówniarze! – wrzeszczał robot. – Pozabijacie się, idioci!
    - Rozpoznał nas! – przestraszył się Marcin.
    - Zachowuj się sztucznie! – przypomniał mu Grzesiek i parsknął śmiechem
    Pokonali ścianę i weszli na nieco łagodniejsze, zalesione zbocze.
    Stamtąd na szczyt mieli już tylko kilkanaście metrów.
    A szczyt pokrywał nietknięty ludzką stopą, kwietniowy śnieg. Przyglądali mu
    się przez chwilę bez słowa. Właśnie dla niego pokonali całą tą drogę.
    A potem wydeptali na nim olbrzymie dziewczęce imię i w przemoczonych butach,
    bardzo z siebie zadowoleni, wrócili do domu.


    -6.
    Pamiętał.
    Jest kilka chwil w życiu, w których udaje nam się zachować właściwie. To
    nie są wielkie sprawy. To może być zasłonięcie kogoś we właściwym momencie,
    powiedzenie dwóch słów, lub nie wypowiadanie ich. Chwil, których się wstydzimy
    jest więcej, ale jeśli mamy choć jedną, w której zachowaliśmy się po prostu
    przyzwoicie, być może ona właśnie nas uratuje.
    Ale nie opowiadamy o nich, dlatego Marcin uśmiechnął się tylko na to
    wspomnienie i nie dopuścił go do głosu.


    -5.
    Pamiętał.
    Czarne żuki uparcie próbujące przejść przez szosę. Kolorowe auta
    przejeżdżały tamtędy w pośpiechu, nie zważając na żucze wysiłki. Marcin leżał
    na trawie i starał się zawrócić z drogi tych kilka żuków, które znalazły się w
    zasięgu jego rąk. Zawsze wracały.
    Najlepsze wakacje jego życia.
    Niedługo przedtem stoczyli z Grześkiem pojedynek. Wycięli z lasku potężne
    kije i obdarzywszy je szlachetnym mianem mieczy, przystąpili do walki. Grzesiek
    był wyższy, miał nad nim przewagę, ale Marcin sprytnie pokierował walką tak, by
    jego przeciwnik musiał cofnąć się o ten jeden krok za dużo i nadepnąć na
    wygrzewającego się w południowym słońcu psa. Pies zaskowyczał, zaskoczony
    Grzesiek opuścił na chwile miecz i przegrał pojedynek. Marcin wydał triumfalny
    okrzyk, choć żal mu było psiej sjesty i psiego, pełnego goryczy zaskoczenia.
    Stał nad Grześkiem pochylonym nad psem i przepraszającym go. Wstyd i poczucie
    dumy kłębiły się w jego głowie. Wreszcie przyznał sam przed sobą, że postąpił
    źle, jednak nie przyćmiło to jego satysfakcji z sukcesu.
    Odtąd miał już zawsze zaufanie do swych strategii.

    -4.
    Pamiętał.
    Gwar biura zachwycił go od pierwszego momentu. Dzwoniły telefony,
    popiskiwały komputery, bzyczały, skrzeczały i warczały drukarki. Ktoś krzyczał
    do telefonu a Marcin wiedział, że jego głos niesie się na drugi koniec świata,
    gdzie pogoda była wtedy inna a ludzie tacy sami. Dał się temu wciągnąć i
    porwać. Gwar był kolorowy, pełen ruchu – życia. Odtąd Marcin nie odpoczywał ani
    przez moment, gdziekolwiek poszedł, gwar był razem z nim. Twarze starych i
    nowych znajomych, beznadziejni i mniej beznadziejni szefowie, sprawy do
    załatwienia, sprawy załatwione i sprawy, które ciągną się bez końca. Premie i
    upomnienia. Zdjęcia na biurkach, mnóstwo twarzy, które potem rozpoznawał na
    imprezach. Do niektórych z nich mógł w każdej chwili dopowiedzieć tajemne
    opowieści, do innych nie. Niektóre były tajemnicami samymi w sobie, nigdy ich
    nie poznał, właściciele biurek skrzętnie ukrywali je przed światem pracy.


    -3.
    Pamiętał.
    Ale cokolwiek niewyraźnie.
    Rzeczy toczyły się swoim torem, nogi same prowadziły go do domu. Na drugi
    dzień... No, właściwie za dwie godziny, miał wygłosić referat na zebraniu.
    Pomyślał, że gdyby wygłosił go teraz, zrobiłby furorę. Pocieszył się, że za te
    dwie godziny i tak nie wytrzeźwieje. Zlokalizował swoje położenie względem domu
    i pozwolił nogom nieść się dalej. Spróbował przypomnieć sobie coś z imprezy.
    Tańczył. Z. Hm. Baśką. Zdawał sobie sprawę, że jeśli pozwoli sobie na sen, to
    wspomnienie tego tańca też mu umknie. Ale to właściwie nie stanowiło problemu.
    Problemem była rozmowa. Z szefem. Już ledwo ją pamiętał, ale chyba powiedział
    mu kilka słów za dużo. Hm. Może to będzie jego ostatnie zebranie?
    Ta myśl dodała mu otuchy. Wyobrażając sobie jak im wszystkim nawciska, dziarsko
    przyspieszył kroku.


    -2.
    Pamiętał.
    Kiedy ją spotkał, był już na nią gotowy, choć początkowo nie zdał sobie
    z tego sprawy. Nic w niej go nie pociągało, może po za spojrzeniami kolegów.
    Była ładna, inteligentna, sympatyczna, ze wszech miar pociągająca, choć jemu
    wydawało się to zbyt oczywiste. Miała hobby i rodzinę. Jej kariera zawodowa
    układała się bajecznie. Uznała, że powinien zostać mężczyzną jej życia.
    On, po kilku miłościach, którymi kierowało przeznaczenie, odnalazł niedawno
    teorię: „każdy w każdym” i postanowił wypróbować jej skuteczność. Wierząc, że
    każda kobieta może zakochać się z wzajemnością w każdym mężczyźnie jeśli tylko
    dać im trochę czasu i na odwrót, chodził z nią na wieczory latynoskie, noce lat
    sześćdziesiątych, przyjęcia z okazji sukcesów, ogniska i romantyczne kolacje.
    Teoria uparcie nie chciała się sprawdzić, odkrył jednak, że Agnieszka zna już
    imiona ich wnuków i zaplanowała umeblowanie ich mieszkania. Zamiast
    przestraszyć, uspokoiło go to. Postanowił spróbować. Miał już pracę, o którą
    się nie obawiał, życie, które mogło być stateczne i teraz kobietę, która
    chciała wszystkiego dopełnić. Uznał, że jakiś spokojny, wynikający z
    przywiązania rodzaj miłości przyjdzie z czasem i kupił pierścionek.

    -1.
    Pamiętał.
    Świeciło słońce, wiatr wiał. Zieleń była świeża. Spieszył się, bo jego
    dzień miał być pełen wrażeń. Poprzedniego dnia ostatecznie zaplanował swoje
    życie. Plan, który jeszcze niedawno raził go niedopracowaniem, teraz był już
    gotowy i idealny. W kieszeni kurtki miał pierścionek, w pamięci komórki
    najważniejsze numery telefonów. Każda minuta tego dnia miała swoje znaczenie,
    bo klient, bo rodzice, bo samochód, bo rata, bo bank, bo myśl o wakacjach, bo
    twarze byłych kobiet, bo umówione picie z kumplami, bo telefon do Grześka, bo
    wspomnienie rzeczy dobrej i wspomnienia rzeczy złych, bo trochę zdenerwowania w
    tym wszystkim. Mimo wszystko nie dręczył go nawet cień niepewności. Złożył
    odpowiednie wnioski i wypił z odpowiednimi osobami.
    Oczy Marcina uciekły w bok przed niespodziewanym promieniem słońca, którego
    przeznaczenie zmieniło czyjeś lusterko. I spojrzenie Marcina spotkało się na
    moment z spojrzeniem kota. Obaj zamarli zaskoczeni.
    Samochód pojawił się znikąd, przemknął przez ulicę i już nie było kociego
    spojrzenia.

    0.
    Samochody mknęły po ulicach, ptaki sunęły po niebie, gałęzie drzew kołysały
    się, maratończycy biegli, czas płynął i Ziemia wirowała. A Marcin stał.

    Pozdrowienia.
  • Gość: ja-nie-ewa IP: 213.122.227.* 11.05.04, 22:07
    szarobury
    jestem pod wrazeniem
    bardzo mi sie podobalo
    pozdrawiam
  • szarobury 12.05.04, 15:34
  • Gość: skarbek IP: *.internetdsl.tpnet.pl 18.05.04, 09:27
    Bardzo mi się podobało!
    :)

    Skarbek
  • pierans 29.04.04, 19:13
    Była ciemna burzliwa noc
  • Gość: meyka IP: *.padernet.silesianet.pl 29.04.04, 21:37
    Białe okręty chmur wędrowały po błękitnym niebie, przez ktore przedzierał się
    ostatni blask słoneczny. Niczym w lustrze odbił się w oczach Kaśki mknącej z
    szybkościa błyskawicy poprzez gwarne miasto...
  • vulture 29.04.04, 22:04
    Matylda siedziała przed komputerem i nie mogła za cholerę wymyślić początku
    swojego opowiadania. Pot, spływający z jej twarzy, już prawie rozmazał jej
    makijaż, gdy nagle wpadła na genialny pomysł:

    - Mam! Wejdę na forum dyskusyjne i zapytam, jak można zacząć opowiadanie! Że
    też ja wcześniej na to nie wpadłam!!!

    Tak też uczyniła...
  • Gość: Matylda IP: *.dip.t-dialin.net 30.04.04, 09:25
    vulture napisał:

    > Matylda siedziała przed komputerem i nie mogła za cholerę wymyślić początku
    > swojego opowiadania. Pot, spływający z jej twarzy, już prawie rozmazał jej
    > makijaż, gdy nagle wpadła na genialny pomysł:
    >
    > - Mam! Wejdę na forum dyskusyjne i zapytam, jak można zacząć opowiadanie! Że
    > też ja wcześniej na to nie wpadłam!!!
    >
    > Tak też uczyniła...

    ... z tą różnicą, że Matylda przy tym się nie pociła. A makijaż, owszem, był na
    jej twarzy, skromny, z rozwagą i poszanowaniem natury. Czy jadła podczas
    pisania jabłka? Nie. Nie jadła. Piła herbatę z cytryną.

    Pozdrawiam i życzę miłego dnia.
  • tygrys01 30.04.04, 16:50
    A czy wiesz jaką prawdę lub jaka myśl tym opowiadaniem chcesz przekazać
    czytelnikowi? Od tego trzeba zacząć. Opowiadanie czy książka jest tylko
    narzędziem komunikacji. Sama w sobie choćby najpiękniej napisana byłaby
    bezwartościowym kiczem gdyby nie niosła przekazu informacji lub innej prawdy.
  • arana 30.04.04, 16:57
    tygrys01 napisał:

    > A czy wiesz jaką prawdę lub jaka myśl tym opowiadaniem chcesz przekazać
    > czytelnikowi? Od tego trzeba zacząć. Opowiadanie czy książka jest tylko
    > narzędziem komunikacji. Sama w sobie choćby najpiękniej napisana byłaby
    > bezwartościowym kiczem gdyby nie niosła przekazu informacji lub innej prawdy.


    Zasadniczy Tygrysie!
    Może Matylda jest zwolenniczką zasady "cel jest niczym, ruch jest wszystkim"? :)

    PS
    Ile znasz współczesnych utworów, które przekazują egzystencjalne prawdy? ;)
  • tygrys01 30.04.04, 18:18
    arana napisała:

    > Zasadniczy Tygrysie!
    > Może Matylda jest zwolenniczką zasady "cel jest niczym, ruch jest
    wszystkim"? : > Ile znasz współczesnych utworów, które przekazują
    egzystencjalne prawdy? ;)
    ;) czy każda prawda musi być egzystencjalna? Prawdy nastroju, prawdy uczucia,
    prawdy epoki historycznej, prawdy relacji międzyludzkich, prawdy o
    nikczemnościach...prawdy o bohaterstwie i wyższych innych wartościach...
  • arana 30.04.04, 18:39
    Twój post brzmiał tak zasadniczo, że nie ośmielłam się mysleć o niczym poniżej
    prawdy egzystencjalnej.
    Skoro jednak sam dopuszczasz tyle innych prawd, to pomyśl jeszcze o prawdzie
    kaprysu autorki - uroczej i ulotnej jak dmuchawce, które za chwilę się pojawią
    na trawnikach. :)
  • Gość: Matylda IP: *.dip.t-dialin.net 30.04.04, 22:59
    Zasadniczy Tygrysie!
    > Może Matylda jest zwolenniczką zasady "cel jest niczym, ruch jest wszystkim"?

    Widzę, że arana interesuję się nie tylko książkami ale również wiadomościami z
    kraju. A szczególnie komentarzami pod niektórymi artykułami GW.

    PS
    > Ile znasz współczesnych utworów, które przekazują egzystencjalne prawdy? ;)

    Chętnie bym od arany usłyszała, co to są te egzystencjalne prawdy (sic!).

  • arana 30.04.04, 23:13
    Matyldo,pisałam żartobliwie, przykro mi jeżeli zabrzmiało to inaczej.


    Matylda:
    Widzę, że arana interesuję się nie tylko książkami ale również wiadomościami z
    > kraju. A szczególnie komentarzami pod niektórymi artykułami GW.


    Naprawdę to przypadkowa zbieżność. Sama jestem ciekawa, o czym piszesz. Jeśli
    możesz, podaj link bądź jakąś informację.

    Pozdrawiam
    Arana

    PS Twoje opowiadania bardzo mi się podobały.
  • Gość: Matylda IP: *.dip.t-dialin.net 01.05.04, 09:17
    arana napisała:

    > Matyldo,pisałam żartobliwie, przykro mi jeżeli zabrzmiało to inaczej.
    > Matylda:
    > Widzę, że arana interesuję się nie tylko książkami ale również wiadomościami z
    > > kraju. A szczególnie komentarzami pod niektórymi artykułami GW.
    >
    > Naprawdę to przypadkowa zbieżność. Sama jestem ciekawa, o czym piszesz. Jeśli
    > możesz, podaj link bądź jakąś informację.
    > Pozdrawiam
    > Arana
    >
    > PS Twoje opowiadania bardzo mi się podobały


    "Może Matylda jest zwolenniczką zasady "cel jest niczym, ruch jest
    wszystkim"? :)"
    Podobnych słów użyłam w komentarzu do artykułu Ewy Milewicz "Alfabet Rokity".
    Dlatego podejrzewałam, że go czytałaś i na forum książki zacytowałaś. To czysty
    zbieg okoliczności. Niestety, GW zdjęła ten artykuł.
    Wobec powyższego odebrałam Twoje słowa jako lekką ironię i - muszę przyznać z
    ręką na sercu - uznałam za trochę nie fair, bo co ma piernik do wiatraka.
    I w taki oto sposób powstają nieporozumienia.
    A jeżeli moje opowiadania - to chyba trochę szumne słowo w moim przypadku -
    spodobały Ci się, to cieszy mnie ten fakt.

    Pozdrawiając Cię już majowo i unijnie spoglądam na trawniki, ale są jeszcze
    puste.
    Matylda


  • arana 01.05.04, 09:38
    Witaj, Matyldo!
    Gdyby taki zbieg okoliczności z cytatem pojawił się w literaturze, czytelnicy
    zarzuciliby autorowi niewiarygodność i łatwiznę. I słusznie. Ale życie - moje
    szczególnie - kpi sobie z zasad konstruowania swiatów przedstawionych.

    Jesteś pierwszą osobą, z którą rozmawiam w Unii, pozdrawiam Cię więc
    szczególnie serdecznie.

    Arana
  • Gość: Matylda IP: *.dip.t-dialin.net 01.05.04, 09:58
    Dzień dobry, Arano!
    Wczoraj dowiedzieliśmy się, że mamy drugą stolicę - Brukselę.
    Od przybytku głowa ponoć nie boli. Jestem tylko ciekawa, czy Belgowie o tym
    zostali na czas poinformowani. Bo jeżeli nie, to się trochę zdziwią, jak
    pewnego dnia rozłożymy się na rynku ich pięknego miasta z naszymi pierogami i
    bigosem a Mazowsze zatańcuje dziarskiego Mazura.
    Chyba w tym miejscu trochę nie na temat, ale jestem ciekawa jak Twoje unijno-
    majowe samopoczucie Anno Domini 1.V.2004.
    W tym momencie naszło mnie trochę trywialne skojarzenie: zamiast "Witaj majowa
    jutrzenko" = Witaj majowa b/Brukselko. Chyba trochę dziecinne, ale już je
    zostawię i Tobie przesyłam.
    Matylda
  • arana 01.05.04, 10:13
    Chyba w tym miejscu trochę nie na temat, ale jestem ciekawa jak Twoje unijno-
    > majowe samopoczucie Anno Domini 1.V.2004.

    Najciekawsze są wariacje na temat, jestem ich gorącą zwolenniczką, podobnie jak
    Unii. Za oknem mam w kolorach nowej flagi piękne niebo i tysiące żółtych
    mniszków na trawniku i - niestety - sporo roboty, ale jeszcze chwilę się
    polenię przy komputerze, nucąc jednocześnie Twoją wersję "Majowej b/Brukselki"
    (do licha, jedyne warzywo, którego nie lubię).

    Arana
  • arana 01.05.04, 10:16
    PS Stanowczo, powinnaś napisać dalszy ciąg tej piosenki.
    Co ty na to?
  • Gość: Matylda IP: *.dip.t-dialin.net 01.05.04, 10:37
    arana napisała:

    > PS Stanowczo, powinnaś napisać dalszy ciąg tej piosenki.
    > Co ty na to?

    Być może, być może... jak mnie fantazja dopadnie.
    Podobnie jak Ty, cieszę się z faktu naszego kilkugodzinnego jestestwa w UE.
    A teraz zmykam, trzeba zrobić zaopatrzenie, bo brzuszek burczy.

    M. europejska


  • szarobury 01.05.04, 12:43
    tygrys01 napisał:

    > A czy wiesz jaką prawdę lub jaka myśl tym opowiadaniem chcesz przekazać
    > czytelnikowi? Od tego trzeba zacząć. Opowiadanie czy książka jest tylko
    > narzędziem komunikacji. Sama w sobie choćby najpiękniej napisana byłaby
    > bezwartościowym kiczem gdyby nie niosła przekazu informacji lub innej prawdy.
    To chyba nie jest konieczne? Mozna też pisać dla przyjemności własnej i
    czytalnika:). Jedno drugiego nie wyklucza, oczywiście, ale też nie wymusza.
    pozdrawiam.
  • ewa.gs 13.05.04, 10:04
    "Spadając rozłożył szeroko ręce i chłonął widok z góry..."
  • Gość: meyka IP: *.padernet.silesianet.pl 14.05.04, 15:50
    Bardzo brutalny początek... Samobójca?
  • agrafek 14.05.04, 16:34
  • Gość: Dresio IP: *.chello.pl 23.05.04, 13:15
    > "Spadając rozłożył szeroko ręce i chłonął widok z góry..."

    Wąskie kaniony Manhattanu robiły na nim wrażenie. Nie mógł porzucić myśli, że
    widzi je pierwszy i zarazem ostatni raz. Nim rozpaćka się na 6 Alei w godzinach
    szczytu chciał przyponieć sobie jedyną rzecz wartą przypomnienia...
  • fioletka 15.05.04, 18:44
    <<Prima via ardua est, dlatego Dariusz czuł, że ma tremę. Taką potężną,
    wszechogarniającą- wiedział, że nie zazna już dzisiaj spokoju. Liczył na to, że
    Zuzanna nie zauważy i uda mu się powiedzieć jej dziś to, co go ostatnio trapiło
    ...

    F
    --
    "Kto nie potrafi zdumiewać niech idzie do stajni" Giambattista Marino
  • Gość: Sankiulota IP: *.aster.pl / *.aster.pl 15.05.04, 21:07
    Łyżka obijała się o ścianki kubeczka. Najpierw sunęła w lewą, a następnie w
    prawą stronę. Stuk, stuk... W pewnym momencie uspokoiła się i wylądowała na
    spodeczku. Położyła swą główkę na szklanej podstawce, zamknęła oczy i zaczęła
    marzyć o pieskach, zajączkach i upojnej miłości w nadrzecznych krzaczkach...
    Nie uwierzycie ! Przedmioty martwe też mają marzenia...
  • boswi 18.05.04, 01:30
    Robię "up", bo tyle nowych początków, a Matylda coś się obija.
  • Gość: meyka IP: *.padernet.silesianet.pl 21.05.04, 20:32
    Jak chcecie daleko zajść wcale nie musicie pisać błyskotliwych początków:
    "Termin odstawienia Marcina do szkoły przypadł na dzień czwarty stycznia.
    Obydwoje państwo Borowiczowie postanowili odwieść jedynaka na miejsce."
    Stefan Żeromski "Syzyfowe Prace"

    Gdy człowiek przeczyta tak doskonały początek, to nie ma ochoty czytać dalej,
    ale oczywiście to lektura!!!
  • facecja 21.05.04, 21:26
    Gość portalu: meyka napisał(a):

    > Jak chcecie daleko zajść wcale nie musicie pisać błyskotliwych początków:
    > "Termin odstawienia Marcina do szkoły przypadł na dzień czwarty stycznia.
    > Obydwoje państwo Borowiczowie postanowili odwieść jedynaka na miejsce."
    > Stefan Żeromski "Syzyfowe Prace"
    >
    > Gdy człowiek przeczyta tak doskonały początek, to nie ma ochoty czytać dalej,
    > ale oczywiście to lektura!!!

    A mi się właśnie ten niewymuszony i "niepoczątkowy" początek podobał i
    wciągnał.
  • buka222 22.05.04, 15:28
    - Taaa...Ludzie się żenią, dzieci się rodzą - westchnęła Magda patrzac smętnie
    na nasze pociechy, które z dużą determinacją i nieco mniejszą skutecznością
    usiłowały zakopać się wzajemnie w piaskownicy.
    - Narody się jednoczą, upadają dyktatury... - poszerzyła nam nieco horyzonty
    Gośka i wróciła do piłowania paznokci.
    - ...a ja dalej na piątym roku. - złożyłam nagłą i niespodziewaną samokrytykę
    przed kolektywem - Chociaż maturę pisałam tak dawno temu że nie pamiętam już na
    jaki temat.
    Słońce grzało. Kasztany kwitły w moim kierunku potępiajaco. Stary wyleniały
    pies usiłował uczynić dokładnie to co w chwilach różnic światopoglądowych
    proponował mi mąż. Czyli ugryźć się w dupę.
  • noida 22.05.04, 23:16
    Jak na razie moim zdaniem wygrywają: początek o stojącym Marcinie i początek
    buki222.

    A oto moja propozycja:
    Działo się to dawno, dawno temu, w wiecznym nieczasie, kiedy wszystko było
    możliwe, kiedy król mógł zostać żebrakiem, a żebrak królem, wróżki miały swoje
    domki na wierzchołkach drzew i wszystko było zarazem szalenie proste i
    niesamowicie skomplikowane. Kobiety chodziły po ulicach miast wystrojone w
    suknie do ziemi i ogromne kapelusze z pawimi piórami, a biedacy na wsi jadali
    kawior, który spadał raz na tydzień z nieba niczym deszcz.
    Wtedy właśnie...
  • Gość: pisarz IP: *.czestochowa.cn.net.pl 23.05.04, 10:21
    siedziała rozkraczona na kanapie. na stoliku do kawy stał półtoralitrowy słoik
    z kiszonymi ogórkami. Matylda lubiła zabawiać się zapleśniałymi warzywami.
    Miala już na swoim koncie penetrację cukinią, obraną marchwią, a nawet nacią
    pietruszki. Tym razem postanowiła zanurzyć w swej otchłani zielonego,
    ociekającego octem, kiszonego ogórka.
  • Gość: Martin IP: *.chello.pl 23.05.04, 13:25
    JC stał na peronie stacji metra przy 18 Ulicy, zwanej też Hell's Kitchen.
    Zrobił parę kroków w stronę bankomatu, gdy dwójka bezdomnych zaczęła dziękować
    mu za uratowanie życia w Battery Park. Udając, że słucha rozejrzał się po
    stacji. Wszyscy ludzie wyglądali jak bezdomni, na podłodze był obrys ludzkiego
    ciała i plama zaschniętej krwi, a w budce telefonicznej nie było telefonu...
    Podszedł do bankomatu. Włamał się na czyjeś konto i wyciągnął kilkadziesiąt
    kredytów. Nie mógł uwierzyć, że kradnie jakiejś emerytce rentę, a wokół niego
    jest tyle biedy. "No cóż, walka z terroryzmem wymaga poświęceń" - pomyślał.
    Skierował się w stronę schodów. Pokonał kilka stopni, gdy nagle zbiegł do niego
    jego brat, Paul. Przekazał mu...
  • Gość: lulu IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.05.04, 18:26
    Nie!..-krzykneła ,odpychajac od siebie znienawidzonego meża.On jednak skory
    do zabawy,chciał sie przytulic do jej
    ramienia. Nie!.-krzyknęła po raz drugi,powoli
    odsuwajac sie......
  • Gość: Ela IP: *.internetdsl.tpnet.pl 23.05.04, 20:37
    Nie wiedziałam co się naokoło mnie dzieje.Czułam się jakbym straciła jakiś
    ważny wątek.Co ja tu właściwie robię? Leżałam na kafelkach szkolnej łazienki.
    Spojrzałam na zegarek -było dwadzieścia po drugiej w nocy.Powoli zaczynała mi
    wracać pamięć.Uciekłam...Zadanie...One...
  • agnen 24.05.04, 08:46
    Szukałem Elida już od pięciu godzin. "chyba się zgubiłem" powiedziałem do
    stojącego obok wiązu. Machnął na mnie lekceważąco gałęzią. Zszedłem niżej.
    ziemia robiła się coraz bardziej wilgotna aż w pewnym momencie poślizgnąłem się
    na błocie. Całe szczęście zatrzymała mnie jakaś wierzba, ale ubranie nie
    nadawało się już na pierwsze spotkanie z nikim. Zresztą to nie było ważne. Skąd
    w ogóle miałem wiedzieć, że Elid będzie miał jak mnie zobaczyć. Może to
    rzeczywiście tylko drzewa.
  • Gość: piccolo IP: *.lunar.com.pl / *.lunar.com.pl 24.05.04, 12:04
    "Odgłosy bluznierczego spolkowania przerwaly mi depilacje nosa. "

    tylko tak.
  • Gość: s59 IP: *.necik.pl 24.05.04, 18:07
    Był sobie Kot Szprot i był Jegopan. A oni jedli jogurty rybne. Lecz pewnego
    dnia przez ulicę przeturlał się wielki, spasiony, lniejący pies. Zdziwiony Kot
    Szprot i zaskoczony Jegopan spojrzeli w stronę zabitego deskami okna. Psa już
    nie było. Jogurtu, który jeszcze przed chwilą był rozlany w wielką misę na
    stole - też nie. Spojrzeli po sobie. Przez ich spróchniałe mózgi przetoczyła
    się ta sama, nahalna, wręcz infantylna, egzystencjalna myśl: "To powinno się
    było stać jutro.". A czereśnie nie zakwitły tego roku.
  • stach.gruszczynski 24.05.04, 18:09
    Był sobie Kot Szprot i był Jegopan. A oni jedli jogurty rybne. Lecz pewnego
    dnia przez ulicę przeturlał się wielki, spasiony, lniejący pies. Zdziwiony Kot
    Szprot i zaskoczony Jegopan spojrzeli w stronę zabitego deskami okna. Psa już
    nie było. Jogurtu, który jeszcze przed chwilą był rozlany w wielką misę na
    stole - też nie. Spojrzeli po sobie. Między uszami przetoczyła im się ta sama,
    nahalna, wręcz infantylna, egzystencjalna myśl: "To powinno się było stać
    jutro.". A czereśnie nie zakwitły tego roku.
  • szarobury 24.05.04, 19:46
    Heh. Niezłe, ale to całość, a miał być początek>:).
    pozdrowienia.
  • Gość: Ija Ijewna IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.05.04, 14:08
    Przeskanujmy tę rzeczywistość. Numer jeden: ciemność. Przytłaczająca, gęsta,
    lodowata ciemność. Numer dwa: ból głowy. Te same przymiotniki co powyżej.
    Numery trzy, cztery i kolejne: cela, koc, kajdanki. Konkluzja - niech to szlag.

    Gaskell uniósł rękę i spróbował podrapać się po nosie. Durne kajdanki. Durny
    Gaskell. Równie dobrze można by coś powiedzieć. Na przykład "Cześć, świecie".
    Nie to, że świat by odpowiedział.
  • Gość: dark_mistress IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.05.04, 22:28
    Ja się tam nie znam na pisarstwie, więc proszę Was, nie krytykujcie
    zbyt surowo...
    (...)Młody detektyw odwrócił się na dźwięk westchnienia.
    -„Znalazłeś coś, Hart?”- zawołał do współpracownika.
    -„Chyba tak... ale nie podchodź tu, Valiant. Nie patrz na to”- rzekł
    wyłączając latarkę, tak, aby mężczyzna niczego nie dostrzegł. Tamten jednak
    włączył własną latarkę. Jednak już po chwili żałował, że to zrobił. Nie chciał
    wierzyć własnym oczom. Przed nim, bowiem widniała postać nikogo innego, tylko
    jego żony, Camelii. Przymknął oczy, ale i tak widział to spalone, zmasakrowane
    ciało, tulące do piersi malutkie, także martwe dziecko – jego ledwo, co
    narodzoną córeczkę, Sarę.
    Otworzył szeroko oczy, ale niczego nie widział. Nie dostrzegał już
    świata. Padł na kolana przy trupach. Wziął w ramiona obydwa ciała i tulił je do
    siebie, gorzko łkając i przeklinając tego, kto to zrobił(...)
  • Gość: dark_mistress IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.05.04, 22:36
    No dobra, wiem, jestem trochę staromodna. Ale o czym mówi się w
    dziesiaejszych czasach. O seksie i narkotykach? Chociaż w sumie, czemu nie?
    Otóż spróbowałam wysilić swój mikroskopijny móżdżek na kolejny "genialny"
    pomysł. A nawet dwa. Voila:
    (...)Spojrzał na śliczną dziewczynę. Nie wiedział czemu, jej lśniące, złote
    loki zdawały się być żywe. Poruszały się jak bukiet chudziutkich żmijek. Na
    bladej twarzy gościły dziwne, kontrastujące rumieńce. Ledwie dostrzegalne,
    maluteńkie źrenice wyglądały jak dwa mikro-punkciki na jej dużych, błyszczących
    euforią oczach. Cudowne, wydatne, krwistoczerwone wargi wygięte były w, nie
    wiedział czemu, niepokojącym uśmiechu. Cała jej postać zdawała się emanować
    dziwnym, zimnym światłem.
    -„Czy... wszystko w porządku? Jak się czujesz?”- spytał.
    -„Nic się nie przejmuj, Dark, czuję się świetnie.”- Nagle zrozumiał.
    Angela brała narkotyki. Spojrzał z obrzydzeniem na koleżankę. -„No chodź”-
    zamruczała. -„Nie daj mi czekać...”-
    -„Jesteś naćpana! Angelo, czy ty to w ogóle rozumiesz?- ćpasz.”-
    -„Ty też.”-
    -„Dziewczyno, ja mam dwadzieścia lat, setki kobiet i spluwę w kieszeni.
    Ty jeszcze nawet nie jesteś pełnoletnia. Ludzie! Co ty ze sobą robisz?”-
    -„Żyję, tak jak ty; i korzystam z życia.”-
    -„Przestań. Nigdy nie kazałem ci ćpać!”-
    -„Dawałeś swojej koleżance przykład. Już się nauczyłam wszystkiego...
    Jak chcesz, to możemy nawet zostać kochankami...”-
    -„Ostrzegam cię!”- rzekł niebezpiecznym głosem, wyciągając pistolet z
    kieszeni.
    -„Jeszcze jestem dziewicą. Nie mów, że cię nie kuszę...”-
    -„Przestań, bo cię zastrzelę. Mówię poważnie!”-
    -„Nie podobam ci się? Jestem dużo ładniejsza od tej twojej agentki.
    Wiesz, to ja ją zastrzeliłam...”- urwała. Strużka krwi wyciekła z jej ust. Na
    jej czole ukazała się niewielka, ale głęboka dziurka. Otworzyła szeroko oczy i
    przewróciła się na podłogę. Dark podszedł do jej trupa. Spojrzał w te wielkie,
    błękitne, naćpane oczy i z obrzydzeniem splunął w jej martwą twarz(...)

    (...)Światło słońca padło na jego powieki i zbudziło go ze snu. Otworzył oczy i
    zamrugał. Zdziwił się. Wreszcie udało mu się zasnąć. To pewnie alkohol go
    znużył poprzedniej nocy. Chłopak siadł na zawalonym płytami łóżku i podrapał
    plamę na dżinsach. Na przeciwnej ścianie wisiało duże, w części rozbite,
    zakurzone lustro. Marcin długo i beznamiętnie pożerał wzrokiem jego otchłanie.
    Bez sensu; i tak niczego nie widział. Jeszcze nie w pełni się rozbudził. Chudą,
    drżącą ręką sięgnął po fifkę do stolika przy łóżku. Drugą ręką wyciągnął
    zapalniczkę, wyłowił z kieszeni i zapalił skręta. Jak może istnieć Koka bez
    Maryhy? Teraz przed lustrem rzeczywiście ktoś siedział. Puste miejsce wypełniły
    narkotyki. W ogromnych, ciemnych, podkrążonych oczodołach sterczały znające
    cały świat, zmęczone oczy. Ni to szare, ni to jakieś takie bladozielone. Chudy,
    orli nos przypominał zwyczajny pasek i sprawiał, że twarz wyglądała na jeszcze
    dłuższą niż w rzeczywistości. Wąskie, bladoszare, praktycznie niewidoczne,
    wyschnięte wargi dawno już opuściła wszelaka krew. Wydatne kości policzkowe i
    szarobiała skóra sprawiały, że chłopak wyglądał jak trup. Jasne, krótko
    obcięte włosy przykrywał kaptur luźnej, spłowiałej, czarnej bluzy z Gapa z
    ręcznym, białym napisem „Kto ćpa, ten żyje”. Do tego stare, obdarte dżinsy i
    para wytartych, czarnych tenisówek. Sprawiał wrażenie przezroczystego
    hologramu.

    W końcu Marcin podniósł się z łóżka. Odruchowo spojrzał na biurko.
    Portfel zniknął. Pewnie dziwka zwinęła. Nie przejął się zbytnio. Nie miał tam
    więcej niż sto, może dwieście złotych. Przysunął sporą skrzynię po piwach i
    siadł przed komputerem. Nie musiał się fatygować z włącznikiem. Stał włączony
    od poprzedniego dnia. Przetarł ręką zakurzony ekran i spojrzał na pocztę.
    Dziewięć nieodebranych. Od Cipki, Dziwkarza, Flaszki, Górnika, Irenki, Julki,
    Maxa, Reksia i Zenka... czyli nic nowego. Spojrzał na zegarek. 9:38.
    Zdecydował, że jednak pójdzie do szkoły. Złapał plecak, władował do niego
    cztery piwa, wcisnął kilka zeszytów, podszedł do drzwi, pociągnął za rozwaloną
    klamkę i wyszedł na korytarz. Schodził po schodach, kiedy nagle usłyszał jak
    właściciel wyciąga rentę od jakiejś starszej kobiety. Westchnął, wszedł z
    powrotem do pokoju i podszedł do okna. Otworzył je i wyjrzał. Przed nim
    rozciągał się znany już od wielu lat krajobraz. Brudny, zaniedbany, pełen
    narkotyków i mafii Pruszków. Uśmiechnął się do tego kochanego przez nienawiść
    miejsca. Stanął na ramie okna i kurczowo schwycił rynnę. Zjechał po niej w dół
    i wyszedł na ulicę. Szedł do szkoły, z uśmiechem, zastanawiając się czy dziś ją
    spalili, wysadzili, zalali, czy chociaż oblali jakimś żrącym kwasem z
    laboratorium. Niestety, to już robiło się nudne, ale „monotonność nie jest zła”
    pomyślał tratując starszawego mężczyznę(...)

    Pozdrawiam

  • Gość: agabe IP: 81.168.184.* 26.05.04, 18:42
    A ja jak piszę opowiadania to zaczynam całkiem normalnie, że ktoś sobie
    siedział, leżał, szedł, albo że ktos cośtam lubił albo miał od zawsze czy coś
    takiego. Ja to po prsotu siadam do kompa i piszę takie dyrdymały...
  • szarobury 27.05.04, 10:32
    Gość portalu: agabe napisał(a):

    > A ja jak piszę opowiadania to zaczynam całkiem normalnie, że ktoś sobie
    > siedział, leżał, szedł, albo że ktos cośtam lubił albo miał od zawsze czy coś
    > takiego. Ja to po prsotu siadam do kompa i piszę takie dyrdymały...
    ha ha ha, pisanie "dyrdymałów", "tak po prostu" to coś, co potrafi sprawić
    piszącemu wiele radości. Myślę też, że rozpoczęcie opowiadania "zwyczajnie"
    może być jedną z trudniejszych sztuk, wbrew pozorom. W dodatku "zwyczajne"
    początki potrafią być także zniezwykłe.
    pozdrawiam.
  • anduin 27.05.04, 03:02
    Nerwowo zerkała na ekran monitora. Cyferki bardzo leniwie i powoli zmieniały
    się zgodnie z system jaki wymyślili kilka tysięcy lat temu żyjący ludzie i który
    dzisiaj nazywa się arabskim. Wstała zrobiła kilka kroków w stronę kuchni i z
    powrotem usiadła przed monitorem. Nic nie szło tak jak to sobie wymyśliła. Zdała
    sobie sprawę że zdecydowanie przeceniła możliwości intelektualne ludzi mających
    w domu małą skrzynkę wydającą cichy szum i posiadającą kabel zakończony dziwną
    wtyczką podłącząną do innej równie obco wyglądającej wtyczki. Był już 27 maja
    słońce nie świeciło ani w dzień ani tym bardziej w nocy, temperatura sprawiła że
    słupek rtęci znajdujący się w termometrze bardzo dokładnie zapoznał się z
    będącym dużo niżej parapetem a jej nowa, kontrowersyjna, abstrakcyjna,
    awangardowa, nowatorska,śmiała, odważna, wnosząca świeży powiew w zatęchły świat
    utartych form i konwenansów powieść ciągle nie istniała. Powieść "Początek"
    nawiązująca tytułem do dzieła będącego jedną ze szkolnych lektur musi się
    sprzedać wyśmienicie. Jak piłka podczas meczu dwóch chińskich pingpongistów te
    15 słów kołatało się po jej opróżnionej ze wszystkich innych myśli głowie. Jak
    mogła dać się wpuścić w taki kanał. Dlaczego nikt jej nie ostrzegł że w Polsce
    dostęp do internetu ma tylko 14% populacji. Wstała od komputera i podeszła do
    okna, arktyczny chłód przepowiedziany przez panią Słupkowską z TVP1 bardzo
    szybko wypełnił jej malutki pokoik na poddaszu czynszowej kamienicy. Oparła ręce
    na parapecie i spojrzała w dół ulicy. Wychyliła się bardziej i ...........

    Matyldo jeśli jeszcze żyjesz odezwij się. Pomogę napisać tobie te 259 początków
    które obiecałaś swojemu wydawcy w nowej książce mającej stać się dla przyszłej
    literatury tym czym silnik wankla stał się dla obecnej motoryzacji.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.