Litwin w Lomzy
Autor:
Gość: Anna Kozlowska
IP: *.sympatico.ca
15.08.04, 03:44
A ja bylam w Lomzy w 81 i mial nas odwiedzic swiezo upieczony noblista. Przed
jego wizyta Lomza, male ale zasluzone miasto, zyla tylko tym zaszczytem.
Lomzynska Solidarnosc byla gospodarzem i z tej okazji wydala mala ale bezcenna
ksiazeczke - calkowicie nieznane poezje poety. Rozchwytywalismy ja wszyscy bo
bylismy spragnieni wielkiej a nieznanej nam poezji. Wiedzielismy - my z
Solidarnosci - ze Milosz nas lubi i chce sie z nami spotkac! Przyjechal do
zwyklych ludzi a nie jak dotychczas - oblapiac sie z komuchami.
Ksiazeczka miala ciemnozielone okladki a w srodku czerwony charakterystyczny
stempelek - znane na calym swiecie slowo "Solidarnosc". Bardziej znane i
bardziej podziwiane niz nazwisko wieszcza.
Czulismy sie zaszczyceni chociaz wcale nie czulismy sie gorsi od noblisty.
Mowiono wszak, ze to dzieki nam - naszej Solidarnosci - dostal te nagrode.
Czekalismy wiec na ten oddech wielkiego swiata poezji i niezwyklego czlowieka
bez kompleksow ale z radoscia i otwartymi ramionami. Czlowieka, ktory z
miejsca stal sie bohaterem w Polsce.
Jako imprezy towarzyszace mialy sie odbyc przy okazji jakies odczyty - m.in.
Jana Blonskiego z KULu, wiersze mial recytowac sam Zbigniew Zapasiewicz, miala
byc prasa, telewizja i tlum gosci. Dla Lomzy bylo to wielkie wyroznienie.
Dochodzily do nas glosy, ze dlatego wybor padl na Lomze bo to niedaleko Litwy a
poety tam nie wpuszcza bo tam zatechla komuna. Czulismy sie wolni i
dowartosciowani. Kazdy z nas kupowal co najmniej po kilka ksiazeczek z mysla o
chlonieciu wielkiej sztuki ale i zmysla o autografach poety dla siebie i
rodziny spoza Lomzy.
Skracajac:
Milosza wiekszosc z nas nie miala szczescia zobaczyc ani zdobyc autografu. Nie
liczac sie z nami, chcacymi sciskac jego zasluzone dlonie, skrocil wizyte do
spotkania w ograniczonym gronie za specjalnymi zaproszeniami.
Nawet Zbigniew Zapasiewicz, ktory w zastepstwie skladal autografy na tomiku
poety, poskarzyl sie nam, tlumnie zgromadzonym, ze przyjechal z Warszawy
specjalnie z nadzieja na to spotkanie - tez nie zobaczyl sie z Mistrzem.
Zapasiewicz byl nam bliski, znany ze zbuntowanych, swietnych filmow wczesnego
Zanussiego. Z przyjemnoscia wiec wysluchalismy nieznanych strof zakazanego
Milosza.
Przyjemnosc byla tym wieksza, ze poezje byly z gatunku intelektualnych i
trudnych do zrozumienia. Budzily wiec szacunek swoja madroscia i nam, ze
zniewolonymi umyslami - dawaly szanse na intelektualne odchamienie.
Potem dowiedzielismy sie od wybrancow, ze nie bylo czego zalowac. Na zachwyty
i gratulacje spragnionych ciala i duszy Poety lomzyniakow, podszywajacych sie
pod jego rodakow, odpowiadal zniecierpliwiony, ze nie czuje sie Polakiem tylko
Litwinem. To byl szok. To byl policzek wymierzony naszej radosci i wspolnocie
z wielkoscia. Od razu milosc do Mistrza i podziw dla jego wspanialej poezji
zostaly oblane zimna woda. Wstyd nam bylo, ze tak sie wyglupilismy z ta
radosna goscinnoscia, ktora przez szereg dni dawala nam poczucie satysfakcji i
ocierania sie o salony swiata. Nie moglismy zrozumiec dlaczego prasa
pisala "Polak dostal Nobla" skoro on nie chce byc Polakiem. Twierdzil, ze z
polskoscia to glownie jezyk go laczy.
Po tym policzku wymierzonym przez Umysl Wyzwolony stracilam na zawsze i
bezpowrotnie chec czytania Milosza. Tak jak wiele lat pozniej stracilam chec
ogladania filmow poznego, kosmopolitycznego Zanussiego. W tym przypadku, po
spotkaniu z Zanussim w ubieglym roku w Ottawie czuje mdlosci, kiedy sobie
przypomne co mowil wielki dojrzaly rezyser. Wymiotowac mi sie chce, kiedy
przypomne sobie fragmenty filmu ze Szczepkowska (m.in.) w jednej z rol.
Zastanawiam sie dlaczego z wiekiem niektorym ludziom chce sie tracic twarz.
Przeciez z uplywem czasu maja coraz mniej szans na jej odzyskanie. Co innego
jesli ktos jest kundlem cale zycie. Wiemy to i nawet jesli nas to nie cieszy -
niczego pozytywnego po kundlu nie spodziewamy sie i tak nie cierpimy. Przykre
jesli z orla robi sie pospolita wrona a on wciaz mysli, ze ma szpony, ostry
dziob i lata wysoko.
Na zakonczenie cos pozytywnego - dziwilam sie, ze jednak Milosz wybral Polske
na stare lata. Niekonsekwentnie ale to swiadczy o tym, ze ta polskosc nie byla
mu calkiem obca, co cieszy. Przeciez mogl juz wrocic na rodzinna Litwe, do
rodakow. On jednak wybral nasz Krakow. Dobre i to. Nawet ulice mozna by mu
przydzielic - ale nie Florianska. Jakas bardziej podrzedna, niestety.