Dodaj do ulubionych

Czy sie myle?

IP: *.pomorzany.v.pl 25.04.05, 21:54
Od pewnego czasu sklaniam sie ku opinii, ze czytanie ksiazek, jest jedynie
etapem posrednim rozwoju intelektualnego czlowieka :)
Wydaje mi sie, ze na pewnym etapie jego rozwoju czynnosc ta staje sie zbyt
malo tworcza (zbytnio nudna), analogicznie jak to ma miejsce z wieloma innymi
upodobaniami.
Dla pozytku wewnetrznego dobrze jest wowczas wykorzystac czas poswiecany
dotychczasowej lekturze angazujac sie w cos innego.
Mam tu siebie na mysli w obecnym czasie.
Macie moze podobne refleksje??
Edytor zaawansowany
  • hrabalek 25.04.05, 22:04
    ...."Cheba nie"

    .......u mnie jest "na odwyrtke".......po czasie tępego gapienia się w tv,
    zaczęłam czytać,nudno nie jest.......


    ......mam nadzieję ,że wzywający do odpowiedzi obecnie zajął się robieniem
    kasy, jak się znudzi .......niech wróci jako Wielki Gatsby

    czego szczerze życzę;)


    -
    "Piszę,że to w głowie się nie mieści jak prześlicznie jesz naleśnik lub sok
    sączysz swój co dzień"
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 25.04.05, 22:18
    Dziekuje za szczere zyczenia :)

  • balbinia 25.04.05, 22:15
    Nie zgadzam sie. Przestane czytac ksiazki, jesli sama bede w stanie stworzyc
    takie dzielo, ktore przewyzszy badz bedzie rownie dobre, jak dziela juz
    napisane.(czyt. nie w tym zyciu) Ogarnelo Cie chyba pewne znuzenie ksiazkowe,
    moze po prostu czas siegnac po ksiazki ambitniejsze lub powiesci zastapic
    dzielami mp filozoficznymi czy naukowymi, ktore wrecz zmuszaja do wlasnej
    oceny, refleksji, zmiany swiatopogladow. Np polecam lektury Petera Singera,
    ktore niekiedy szokuja (np: neguje religie i wartosc zycia ludzkiego jako cos
    najwartosciowszego - a co ciekawe, ma swietne argumenty popierajace jego tezy)
    badz polecam np "No Logo" Naomi White - jestem w trakcie tej lektury a moje
    podejscie do spraw konsumpcji uleglo diametralnej zmianie. Rozumiem, ze po
    angielsku lub niemiecku czytasz plynnie, skoro byles na tyle odwazny aby
    sklonic sie do takiej tezy, jaka wysunales.. ;))
    "Wieczna Treblinka" Charlesa Pettersona rownie Cie wzburzy, wkurzy i zaszokuje.
    Poczujesz sie maly i zmanipulowany a ta swiadomosc moze pobudzi Cie do dalszego
    czytania, a wowczas moze stwierdzisz: dluuuga pokretna droga przede mna..

    --
    Dzien bez usmiechu, ksiazki i milosci, to dzien stracony.
    www.balbi.prv.pl
  • hrabalek 25.04.05, 22:23
    Nie zgadzam się ! Droga Balbino, toż mam wrażenie,że chcesz przyłożyć łopatą w
    tyłek stojącego nad dołem,proponując taki kaliber dzieł pisanych!:)

    No , ale pewnie się mylę, ja wróciłam do książek-czytając na dobry początek
    "Dzieci z Bullerbyn" i przeglądając książki z ilustracjami Szancera, no cóż
    pewnie dziecinnieję.



    --
    "Piszę,że to w głowie się nie mieści jak prześlicznie jesz naleśnik lub sok
    sączysz swój co dzień"
  • balbinia 25.04.05, 22:34
    Eee tam :) Sam pisze, ze wzniosl sie ponad padol zwyklych czytelnikow-
    smiertelnikow.
    A moja najnajlublejsza to "Karolcia". Pewnie na starosc znow do niej wroce :)))
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 25.04.05, 22:28
    Moje, zycie nie ogranicza sie jedynie do czytania ksiazek, a moje pole dzialania
    to nie wylacznie tworczosc literacka :)
    Uwierz mi, ze czytalem ksiazki tzw. ambitniejsze niz ten P.Singer :)
    Zupenie pudlujesz ze swymi koncowymi radami :)
    Zapewne jestes na innym etapie niz ja.
    Ujmujac skrotowo problem powiem, ze zaczela mi uwierac rola tzw. czytelnika :)
    Pozdrawiam :)

  • hrabalek 25.04.05, 22:31
    Gość portalu: itek napisał(a):

    > Moje, zycie nie ogranicza sie jedynie do czytania ksiazek, a moje pole
    dzialani
    > a
    > to nie wylacznie tworczosc literacka :)
    > Uwierz mi, ze czytalem ksiazki tzw. ambitniejsze niz ten P.Singer :)
    > Zupenie pudlujesz ze swymi koncowymi radami :)
    > Zapewne jestes na innym etapie niz ja.
    > Ujmujac skrotowo problem powiem, ze zaczela mi uwierac rola tzw. czytelnika :)
    > Pozdrawiam :)
    >


    ........ale dla kogo ta odpowiedź?




    --
    "Piszę,że to w głowie się nie mieści jak prześlicznie jesz naleśnik lub sok
    sączysz swój co dzień"
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 25.04.05, 22:33
    Oczywiscie ze dla balbiny :) (Usaw sobie drzewko)
  • hrabalek 25.04.05, 22:36
    Gość portalu: itek napisał(a):

    > Oczywiscie ze dla balbiny :) (Usaw sobie drzewko)


    O.k. sorry! ide usawić drzewko! (co to do diaska znaczy? czy ja o czymś nie
    wiem?usawić, usawić?)


    --
    "Piszę,że to w głowie się nie mieści jak prześlicznie jesz naleśnik lub sok
    sączysz swój co dzień"
  • balbinia 25.04.05, 22:38
    nom ja dobrze chciala :)))
    Ale skoro tak zdefiniowales swoj "problem" to dlaczego nie jestes w stanie
    dojsc do dalszych konkluzji..? A moze widzisz jakies rozwiazanie? A moze to
    tylko proba dyskusji? A jaka rola bardziej by Ci odpowiadala?
  • hrabalek 25.04.05, 22:41
    balbinia napisała:

    > nom ja dobrze chciala :)))
    > Ale skoro tak zdefiniowales swoj "problem" to dlaczego nie jestes w stanie
    > dojsc do dalszych konkluzji..? A moze widzisz jakies rozwiazanie? A moze to
    > tylko proba dyskusji? A jaka rola bardziej by Ci odpowiadala?



    .......bo jeśli to jest "Utrata spontaniczności w czytaniu III"- to sobie chyba
    w łeb strzelę!



    --
    "Piszę,że to w głowie się nie mieści jak prześlicznie jesz naleśnik lub sok
    sączysz swój co dzień"
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 25.04.05, 22:44
    > dlaczego nie jestes w stanie
    > dojsc do dalszych konkluzji..?
    To wymaga czasu ...
    > A moze widzisz jakies rozwiazanie?
    Widze wiele rozwiazan ...
    > A moze to
    > tylko proba dyskusji?
    Nie tylko ...
    A jaka rola bardziej by Ci odpowiadala?
    Bardziej tworcza ...



  • Gość: ann IP: *.chello.pl 25.04.05, 22:42
    czyżbyś szykował się do własnego debiutu na literackiej niwie?
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 25.04.05, 22:44
    Tego jestem pewien-NIE
  • b_belcia 25.04.05, 22:45
    eh itek, sprawdz sobie puls czy jeszcze zyjesz, bo to wyglada na objawy
    wyczerpania przedsmiertnego :)
    a powaznie to nie wiedzialam, ze takie mysli moga dopasc kiedys czytelnika,
    zaczne sie chyba o siebie obawiac...
    a moze to wogole bylo inaczej, kreowalas sie zawsze w duchu i przed innymi na
    czytacza, a twoj prawdziwa natura , ktora tlumiles, a ktora teraz sie ujawnila
    jest z tym sprzeczna, czyli innymi slowy moze zawsze miales zadatki na kowala
    np, a nie chciales tego dostrzec. no nie wiem, jak widac rozne w zyciu bywa:)))
    pozdro :)
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 25.04.05, 22:50
    > a powaznie to nie wiedzialam, ze takie mysli moga dopasc kiedys czytelnika,
    > zaczne sie chyba o siebie obawiac...
    Nie musisz sie o siebie obawiac, no chyba ze jestes homo czytelnicus :)
    Mozna z tym zyc :)
    Wiecej wyobrazni :)
  • Gość: daria13 IP: *.crowley.pl 26.04.05, 13:34
    Drogi Itku! Myślę, że wchodzisz w kolejną fazę czytactwa i jeśli jest to faza
    druga, to jest jeszcze dla Ciebie nadzieja, ale jeśli to faza ostatnia,
    czwarta, to ja to czarno widzę i będziesz rzeczywiście musiał zadowolić się już
    tylko tym oglądaniem przepływających patyków, a najgorsze jest to, że zachodzi
    obawa, że jeśli znalazłeś się już w czwartej fazie, to prawdopodobnie ominąłeś
    fazę drugą, która jest tak niezbędna dla nas, maniaków książkowych:)
    Jeśli nie masz bladego pojęcia o tym, co tu wypisuję, to niestety będziesz
    musiał podjąć wysiłek przeczytania mojego postu w wątku o utracie
    spontaniczności w czytaniu, będącego swoistym podsumowaniem i zawierającym
    teorię faz, nie strun;).
    A tak poważnie, jeśli jest choć trochę prawdy w tym, co piszesz, to
    kategorycznie doradzam przejście do fazy drugiej, choćby to początkowo było dla
    kogoś takiego jak Ty, niezwykle trudne. Masz tyle gatunków do wyboru; ja
    optowałbym albo za dobrymi kryminałami, albo za dobrym SFi fantasy, bo z
    romansami mógłbyś już sobie nie dać rady i niepotrzebnie zrazić się do fazy
    drugiej na dobre;), choć kto Cię tam wie. Ale , jeśli nie ma w Tobie dość
    silnej woli, żeby przekonać się do literatury lekkiej, łatwej i przyjemnej, to
    chyba szukaj sobie malowniczej rzeczki i zbieraj zapas patyków;))))
    Bardzo ciepło pozdrawiam:o) Czy u Ciebie też tak dzisiaj zimno?
    Nie wiedzieć czemu uradowana D.
  • Gość: itek IP: *.wi.tuniv.szczecin.pl 26.04.05, 15:51
    U mnie dzis jest superwiosennie :) sloneczko przygrzewa, ptaszki pieknie
    swiergola, chce sie zyc :)))

    Odnosnie problemu poruszonego w tym watku, to chce podkreslic, ze ze mna jest
    inaczej niz z Toba.
    Jak juz wspomnialem dochodze do wniosku, ze czytanie ksiazek (takich (ambitnych)
    czy innych (mniej ambitnych), to bez znaczenia) to etap przejsciowy rozwoju
    intelektualnego, owszem dajacy pewne mozliwosci rozwoju, jednak prawdziwie
    efektywny jedynie na pewnym etapie rozwoju (majac kilka badz nascie lat).
    Przestaje powoli odnajdywac sie w roli czytelnika :), a cale spektrum jego
    mozliwosci jawi mi sie niezwylke ubogo: zachwyty na przeczytanym slowem,
    roznorakie narzkania, subtelne analizy, wywazone sady, niesprawiedliwe opinie,
    porownania do przeczytanych juz slow, etc. Pytam sie zdroworozsadkowo: co mi to
    daje. Nie znajduje zadawalajacej (usprawiedliwiajacej) odpowiedzi.
    A alternatywa naprawde nie polega na czytaniu lub ogladaniu patykow :)
    Pozdrawiam wiosennie
    (i)


  • Gość: daria13 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.04.05, 18:46
    Przepraszam, ale z racji straty czasu na dojazd do domu nieco pogubiłam się w
    Waszych wywodach i muszę je na spokojnie przemyśleć. Nurtowało mnie jednak
    przez całą drogę pytanie (zupełnie nie mogłam się przez to skupić na Starym;(
    jaką w takim razie masz na myśli Itku alternatywę? Moje pytanie odnosi się do
    zdania: "A alternatywa naprawde nie polega na czytaniu lub ogladaniu
    patykow :)". Obawiam się, że jej nie masz, lub nie możesz jej sobie uświadomić
    i stąd wziął się ten wątek. Należałoby się jednak zastanowić, czy warto szukać
    tej alternatywy, jeśli kochamy książki i tak jak w moim przypadku jesteśmy
    czytelnikami nałogowymi, beznadziejnie nałogowymi?
    Pozdrawiam. U mnie na szczęście też teraz wyjrzało słońce:)
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 26.04.05, 19:52
    > jaką w takim razie masz na myśli Itku alternatywę?

    Rozwiazanie jest dostosowane do indywidualnych uwarunkowan.
    Generalnie rzecz sie sprowadza do tworczosci (nie znajduje w chwili obecnej
    lepszego slowa, chociaz odczuwam maly zgrzyt ), ale w b.szerokim znaczeniu tego
    slowa (nie musi chodzic tutaj o tworczosc literacka).
    Pozdrawiam :)
  • Gość: Hubi IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.04.05, 14:36
    Alez to trzeba plodozmian stosowac - nie wciaz literatura piekna i piekna ( jak
    sie non-stop lody pistacjowe je, to tez zemdlic moze).Troche filozofii,
    historii, socjologii, cos o religiach, troche basni, o dalekich kulturach...

    I rozwoj wydaje sie pelniejszy, i przesyt niemozliwy, a i tym chetniej sie do
    lodow pistacjowych na deser wraca.

    Pozdr.

  • Gość: itek IP: *.wi.tuniv.szczecin.pl 26.04.05, 16:14
    > Alez to trzeba plodozmian stosowac

    Sluszna uwaga, ale mi juz lody, czy to pistacjowe, czy to truskawkowe nie wydaja
    sie odpowiednie :)
  • staua 26.04.05, 16:14
    A mnie sie wydaje, ze rozumiem Itka (Itku popraw mnie, jezeli sie myle). Tez w pewnym momencie
    doszlam do takiego wniosku (czy tez: co jakis czas go sobie przypominam). Czytanie jest etapem
    posrednim, wedlug mnie w tym sensie, ze wiedzie (lub moze, czy powinno) do innego spojrzenia na
    swiat, ktore moze zmienic perspektywe czytajacego, pozwalajac mu na odkrycie w sobie czegos wiecej,
    wiekszych mozliwosci tworczych (tak!) w jakiejkolwiek dziedzinie. I jesli udaje sie to wykorzystac, to
    wtedy wchodzi sie na wyzszy poziom rozwoju (sory za ten patos) dzieki oczytaniu. Oczytanie samo w
    sobie nie jest wartoscia, erudycja z nim zwiazana moze, ale jej wykorzystanie jest chyba potrzebne,
    zeby znalezc sens tego.
    Czytanie dla przyjemnosci to inny temat jednak :-)
    Pozdrawiam!
    --
    ----------------------------------
    "A little too much is just enough for me"
    Forum o Rumunii
    nie klikaj tutaj!!!
  • Gość: itek IP: *.wi.tuniv.szczecin.pl 26.04.05, 17:00
    Do pewnego momentu zgadzam sie z Toba.

    Nasze myslenie w pewnym momencie jednak sie rozmija.
    Chodzi mi o to, ze chyba jednak przesadzasz (w moim odczuciu), mowiac ze dzieki
    oczytaniu uswiadamiamy sobie nasze mozliwosci i wchodzimy na kolejny etap
    swojego rozwoju. Nasze czytanie moze byc tylko jednym z bodzcow, moze nas
    kierowac w dobra strone (lecz moze byc tez bodzcem negatywnym, utrwalajacym
    nasza stagnacje)- to wszystko zalezy od nas samych, nie dzieje sie tu nic
    automatycznie.

    Jestem zdania, ze w miare swego rozwoju inaczej spogladamy na rzeczywistosc, a
    literatura MOZE (jako jeden z wielu bodzcow) nam pomagac w tym rozwoju
    (szczegolnie jak mamy pare lub kilkanascie lat), ale jej wplyw na nas jest
    jednak ograniczony do pewnej fazy, po przekroczeniu ktorej dobrze jest rozwazyc
    swoje dotychczasowe postepowanie i je zweryfikowac.

    Twoje wypowiedzi zawsze daja mi do myslenia (bo sa konkretne i z reguly mamy
    inne poglady), za co szczerze dziekuje.

    Pozdrawiam serdecznie
  • staua 26.04.05, 17:09
    Jeszcze i tak nie udalo mi sie dokladnie sprecyzowac tego, co mam na mysli. Zgadzam sie z Toba, ze
    oczytanie pomaga w pewnym (wczesnym) etapie, ale jakos wprowadza na jakas droge zyciowa... Mam
    przynajmniej nadzieje, ze w moim przypadku tak bylo. Wydaje mi sie, ze dzieki temu potrafie w
    konkretnej sytuacji spojrzec na nia w szerszym kontekscie. Rzeczywiscie, czasem to przeszkadza, bo
    jest niepotrzebne. Moze tez nadchodzi moment, ze czytanie zabiera czas potrzebny na rozwoj w
    kierunku, w ktorym chcemy sie rozwijac? Bo jestesmy na poziomie , na ktorym, zeby osiagnac wiecej,
    trzeba poswiecic temu czemus (specjalizacji, umownie) maksymalna ilosc uwagi, a ksiazki tylko ja
    rozpraszaja?
    Tez bardzo lubie Twoje posty, i tez chyba dlatego, ze sa dla mnie zastanawiajace. Dobrze, ze nie
    zgadzamy sie do konca, inaczej byloby nudno. Ale chyba jestes jedna z osob z forum, ktora chcialabym
    kiedys poznac (zupelnie nierealna sprawa, takie tylko mysli chodza mi po glowie)
    Pozdrawiam!
    --
    ----------------------------------
    "A little too much is just enough for me"
    Forum o Rumunii
    nie klikaj tutaj!!!
  • Gość: itek IP: *.wi.tuniv.szczecin.pl 26.04.05, 17:28
    > ...czytanie zabiera czas potrzebny na rozwoj w
    > kierunku, w ktorym chcemy sie rozwijac? Bo jestesmy na poziomie , na ktorym,
    > zeby osiagnac wiecej,
    > trzeba poswiecic temu czemus (specjalizacji, umownie) maksymalna ilosc uwagi,
    > a ksiazki tylko ja
    > rozpraszaja?

    Nie chodzi tylko o nasza specjalizacje, chociaz o to tez oczywiscie chodzi.
    Chodzi o nasz rozwoj jako ludzi (!)(trzeba sie zastanowic czy po przeczytaniu
    np. 3000 ksiazek warto jest czytac nastepne 3000 (to zabiera bezcenny czas!) i
    co to nam da oprocz jakiejs tam erudycji, ktora nota bene, dla mnie sama w
    sobie nie ma zadnej wartosci.)
    Pozdrawiam
  • broch 26.04.05, 17:51
    oboje zdajecie sie nie brac pod uwage iz czytanie jest wtorne wobec
    bezposredniego doswiadczenia. Czytanie z pewnoscia nie jest decydujacym
    czynnikiem w "przejsciu na wyzszy etap"(?). Do tego aby "przejsc na wyzszy etap"
    nawet pierwsze 3000 moze nie byc potrzebne. Czytanie jest wylacznie jednym z
    wielu rodzajow "cwiczenia intelektualnego" ktore moze byc zastapione szeregiem
    innych intelektualnych cwiczen.
    Erudycja jest jedynie produktem posrednim i absolutnie nie jest istotna dla
    faktycznego rozwoju intelektualnego.
  • staua 26.04.05, 18:02
    Odpowiedzialam Itkowi zanim przeczytalam Twoj post...
    Dla niektorych czytanie jest wtorne (i tak powinno byc - tutaj chyba sie wszyscy zgadzamy), ale dla
    niektorych to esencja zycia, glowne doswiadczenie, na ktorym opieraja sie w dalszym odbiorze swiata...
    Wydaje mi sie jednak, ze wzbogaca ono wszystkie inne doswiadczenie i pomaga w innego typu
    cwiczeniach intelektualnych (procz matematyki)
    --
    ----------------------------------
    "A little too much is just enough for me"
    Forum o Rumunii
    nie klikaj tutaj!!!
  • staua 26.04.05, 17:59
    Oczywiscie, ze erudycja sama w sobie nie ma zadnej wartosci, jezeli nie ulega ekpresji :-) Dlatego m.in.
    wyzywamy sie na forum w rozmowach, mniej lub bardziej inteligentnych. W ogole bez rozmow z innymi
    ludzmi nie ma sensu mowic o erudycji, to chyba cecha, ktora mozna okreslic u kogos tylko na
    podstawie jego wypowiedzi. Wlasnie zaczelam (piszac to) zastanawiac sie, czym rozni sie erudycja od
    wiedzy, i chyba tym wlasnie - erudycja to umiejetnosc spoleczna, wiazaca sie ze swoboda wypowiedzi,
    mozna wiedziec wiele, a nie byc erudyta. No, ale odbieglam od tematu.
    Moze i mozna dojsc do momentu, ze stwierdzamy, ze juz czytajac nastepne ksiazki nie rozwijamy sie,
    bo nic nowego w nich nie bedzie. A nawet jesli bedzie, powiedzmy pod wzgledem formalnym, to
    mozemy to przewidziec. Wtedy rzeczywiscie nie ma po co czytac (literatury pieknej). Oczywiscie, jesli
    czytanie nadal jest przyjemnoscia, to brak rozwoju nie przeszkadza (tak jak czerpanie przyjemnosci z
    seksu albo jedzenia specjalnie nie jest rozwijajace)
    Pozdrawiam
    --
    ----------------------------------
    "A little too much is just enough for me"
    Forum o Rumunii
    nie klikaj tutaj!!!
  • broch 26.04.05, 19:51
    W historii znalazloby sie sporo niezlych bandytow z zamilowaniem do literatury.
    Czy archeolog najznakomitszy musi miec pojecie o literaturze aby osiagnac
    "wyzszy" poziom rozwoju intelektualnego?
    "wyzywamy sie na forum w rozmowach, mniej lub bardziej inteligentnych."
    Ludzie pisza tutaj poniewaz sa extrawertykami w mniejszym lub wiekszym stopniu.
    Rownie dobrze moglaby to byc rozmowa a budowie silnika.
    Pisza o ksiazkach poniewaz wlasnie to ich interesuje nie oznacza to iz osiagneli
    wyzszy poziom. Wrecz przeciwnie wylacznie czytanie jest forma ograniczenia z
    definicji ktore jest zaprzeczeniem osiagniecia wiecej.
    Jesli czytanie dla kogos nie jest wtorne, to jedynie dlatego iz "he/she does not
    know better" co faktycznie jest niezwykle subiektywne poniewaz to iz o czyms nie
    wiem nie znaczy iz cos tam nie istnieje. Swiat z ksiazek wylacznie jest dosc
    biedny, ponadto poznanie swiata wylacznie za pomoca ksiazek gwarantuje na 100%
    niezrozumienie tresci tychze.
    Literatura jest "przy okazji" osiagania wyzszego stopnia wtajemniczenia. Nie
    jest do tego wymagana.

    Itek myli sie juz w pierwszym poscie poniewaz definiuje literature jako cel nie
    srodek:
    "Wydaje mi sie, ze na pewnym etapie jego rozwoju czynnosc ta staje sie zbyt
    malo tworcza (zbytnio nudna), analogicznie jak to ma miejsce z wieloma innymi
    upodobaniami. Dla pozytku wewnetrznego dobrze jest wowczas wykorzystac czas
    poswiecany dotychczasowej lekturze angazujac sie w cos innego."

    Literatura jest wylacznie narzedziem, jednym z wielu ktorymi mozna na przmian
    zaglowac (jesli wie sie jak)
    Oczywiscie czytanie nie jest tworcze(?)

    "Wydaje mi sie jednak, ze wzbogaca ono wszystkie inne doswiadczenie i pomaga w
    innego typu cwiczeniach intelektualnych"
    hmmm. lubie muzyke i wole odwiedzic muzeum niz czytac ksiazki, poniewaz gra
    kolorow jest blizsza moim doswiadczeniom muzycznym i wzbogaca mnie w znacznie
    wiekszym stopniu niz literatura.
    Doswiadczenie jest zdeterminowane (rowniez) typem wrazliwosci. Dla kogos
    literatura moze byc po prostu strata czasu choc rozumie zainteresowanie ksiazkami.
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 26.04.05, 20:09
    Wydaje mi sie ze mnie nie zrozumiales mowiac, ze dla mnie celem jest literatura.

    Mam opinie dokladnie przeciwna.

    Nadrzedna sprawa jest rozwoj intelektualny.
    Ksiazki pojawily sie na pewnym etapie mojego rozwoju, jako jeden z elementow
    sprzyjajacych temu rozwojowi (wczesniej byly np. szachy).
    Na innym etapie znikna, bez straty, a z zyskiem dla mego rozwoju :)

    Pozdrawiam
  • broch 26.04.05, 20:24
    Nie wiem jaka obecnie masz opinie ale w pierwszym poscie napisales:

    "Od pewnego czasu sklaniam sie ku opinii, ze czytanie ksiazek, jest jedynie
    etapem posrednim rozwoju intelektualnego czlowieka :)
    Wydaje mi sie, ze na pewnym etapie jego rozwoju czynnosc ta staje sie zbyt
    malo tworcza (zbytnio nudna), analogicznie jak to ma miejsce z wieloma innymi
    upodobaniami."

    "Etap" to cos co sie osiaga a nie do czegos uzywa. Jak wspominalem czytanie nie
    jest tworcze oczywiscie.

    Rozwoj intelektualny rowniez nie jest uwarunkowany czytaniem czy graniem w
    szachy, pomysl o sporej rzeszy pustelnikow (bez ksiazek szachow i tym podobnych
    akcesorow) ktorych idee w dalszym ciagu obowiazuja na wydzialach filozofii.
    Natomiast mysli milionow czytelnikow sa raczej nieznane (bo faktycznie malo
    atrakcyjne).

    W dalszym ciagu Twoje tlumaczenie jest bledne.
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 26.04.05, 20:37
    Czytanie ksiazek, podobnie jak gra w szachy jest w jakims stopniu tworcze,
    oczywiscie w stopniu ograniczonym.
  • broch 26.04.05, 20:53
    "Czytanie ksiazek, podobnie jak gra w szachy jest w jakims stopniu tworcze"
    Jesli opublikujesz nowe otwarcie w pismie szachowym, jesli po przeczytaniu Jadra
    ciemnosci czy Traumnovelle stworzysz nowe dzielo.
    Poza tym czytanie nie rozni sie tak bardzo od zbierania znaczkow.
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 26.04.05, 22:29
    W szachach tworczosc nie ogranicza sie jedynie do nowego debiutu.
    Poza debiutem to juz nie mozna wymyslic nic nowego??
    wydaje mi sie, ze troche sie pogubiles w argumentacji :)
  • broch 27.04.05, 12:52
    "W szachach tworczosc nie ogranicza sie jedynie do nowego debiutu."
    to byl przyklad, waskotorowe myslenie ktorym wlasnie sie podzieliles oznacza
    koniec dyskusji.
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 27.04.05, 13:30
    Nie mysle waskotorowo, poniewaz wbrew pozorom nie odnosze sie jedynie do
    szachow, ale do szerszego problemu- tworczosci w ramach scisle okreslonych zasad
    (jako czytelnik, jako szachista, czy cokolwiek innego).
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 26.04.05, 20:49
    < Mysli milionow czytelnikow sa raczej nieznane (bo faktycznie malo
    atrakcyjne).

    To jest b.ciekawe spostrzezenie.
  • staua 26.04.05, 20:54
    Bandyci moga miec wysoki poziom rozwoju intelektualnego, tutaj gra role moralnosc, czesto ludzie
    bardzo wyrafinowani intelektualnie sa kompletnie amoralni :-)
    Piszemy tu, bo jestesmy "zwierzetami spolecznymi". Chyba nie jest mozliwe, zeby bawilo kogos
    nabywanie jakichs umiejetnosci i brak wymiany mysli na jej temat lub brak mozliwosci wykazania sie
    nia... Nie wierze nawet, jesli ktos mowi, ze nauczyl sie powiedzmy suahili "dla siebie" (sam fakt, ze o
    tym mowi, temu przeczy). To tylko wyrazenie w inny sposob tej samej mysli o erudycji, ktora opisalam
    powyzej.
    --
    ----------------------------------
    "A little too much is just enough for me"
    Forum o Rumunii
    nie klikaj tutaj!!!
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 26.04.05, 20:13
    > ... jesli
    > czytanie nadal jest przyjemnoscia, to brak rozwoju nie przeszkadza (tak jak cze
    > rpanie przyjemnosci z
    > seksu albo jedzenia specjalnie nie jest rozwijajace)

    Jednak przeszkadza, bo zabiera duzo wiecej czasu niz sex, a jesc i tak musimy :)
  • staua 26.04.05, 20:56
    No dobra, to ogladanie telewizji :-)
    Wydaje mi sie, ze czynnosci objete szerokom mianem kulturalnych tez juz musimy wykonywac. Inaczej
    nie bylibysmy ludzmi (obowiazek cywilizacyjny ?), bo jedzenie nie rozni nas od zwierzat.
    --
    ----------------------------------
    "A little too much is just enough for me"
    Forum o Rumunii
    nie klikaj tutaj!!!
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 26.04.05, 21:20
    > czynnosci objete szerokom mianem kulturalnych tez juz musimy
    > wykonywac. Inaczej
    > nie bylibysmy ludzmi (obowiazek cywilizacyjny ?),


    Obowiazek obowiazekiem, ale mozemy bardziej tworczo podejsc do swego zycia
    wykorzystujac czas przeznaczony na czytanie ksiazek.
  • staua 26.04.05, 21:22
    Ale jak?
    Ja czytam czesto jak juz nie mam sily robic nic innego :-) (tutaj przyznaje sie do czytania w chwilach
    biernosci)
    --
    ----------------------------------
    "A little too much is just enough for me"
    Forum o Rumunii
    nie klikaj tutaj!!!
  • Gość: item IP: *.pomorzany.v.pl 26.04.05, 21:25
    To wymaga indywidualnego glebokiego przemyslenia. Innej rady nie mam i nie dam.
  • staua 26.04.05, 21:26
    No, ale co Ty bedziesz robil? Zdecydowales juz?
    --
    ----------------------------------
    "A little too much is just enough for me"
    Forum o Rumunii
    nie klikaj tutaj!!!
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 26.04.05, 21:29
    Wolalbym nie pisac o sobie w tym kontekscie.
    Pozdrawiam
  • staua 26.04.05, 21:49
    Chcialam miec jakis przyklad, ale juz sie wycofuje :-) Bo masz racje - dla mnie moze to byc
    bezuzyteczna informacja, ktorej i tak nie wykorzystam.
    --
    ----------------------------------
    "A little too much is just enough for me"
    Forum o Rumunii
    nie klikaj tutaj!!!
  • Gość: Nu! IP: *.gce.gliwice.pl 26.04.05, 18:49
    Dla mnie ten problem jest zbyt szeroki (i głęboki)
    żeby dało się go zamknąc w jakiejś prostej, zwięzłej
    czy nawet "trafnej" frazie.

    Bo czym jest ostatecznie książka? - to tekst. Złożony z słów.
    Przemyślanych, będacych owocem czyjegoś doświadczenia często skrajnie
    różnego od naszego własnego.
    Autor tych słów bywa osobą nie tylko "oryginalną", ale wręcz geniuszem.
    W dodatku, aby skomponowac swój przekaz włożył on w ów tekst najlesze swoje
    siły i wykonał ogromną "pracę".
    Powiedzmy sobie szczerze, ile razy w życiu mogliśmy (mieliśmy szansę) wymienić
    myśli z kimś genialnym lub po prostu bardzo mądrym?

    Powiedzmy, że jacyś legendarni Żydzi mogli sobie pójść do rabina
    czy innego cadyka, i uzysakć satysfakcjonujący ich komentarz do ich sytuacji,
    lub wręcz konkretną, jasną odpwiedź na dany problem.

    A Książka stanowi rodzaj takiego zewnętrznego odniesienia do nas samych.

    Prwadę mówiąc też bywam zmęczony czytaniem, miewam stracha przed
    kolejną "lekturą", ale co zrobić, skoro w realu wymiana myśli z bliźnimi jest
    raczej mało satysfakcjonująca. Można więc nawet powiedzieć o "skazaniu na
    książki". W pewnym sensie.

    Nu!


    p.s.

    Powyższe dotyczy aspektu czytania jako myślenia i rozmowy.
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 26.04.05, 20:20
    W moim odczuciu gleboko sie myslisz.
    1.Kontakt z zywym czlowiekiem moze byc bardzo inspirujacy (a przy okazji
    straszny pesymista z Ciebie :)) przy ktorym wszelkie ksiazki wysiadaja.
    2.To co przeczytales w jakis sposob jest w Tobie (np. Gombrowicz z Dziennika
    jest we mnie i nawet czasem rozmawiam z nim :)).
    3.Inny czlowiek (nie ksiazka!!!) stanowi rodzaj takiego zewnętrznego odniesienia
    do nas samych.

    Pozdrawiam
  • hrabalek 26.04.05, 20:37

    Ośmielam się wtrącić w powyższą dyskusję, na usprawiedliwienie mając jedynie
    troskę o stan Pana ducha i ciała. Grzesząc inteligencją młodej lekarki
    wiejskiej chciałabym zapytać(zdając sobie sprawę z wszelkich konsekwencji
    postawienia tego pytania) czy Panu coś dolega, czy to może perystalktyka nie ta
    ( z powodu braku ruchu podczas czytania), lub migdałki zaczerwienione i
    temperatura jaka?

    ....myślę,że jeśli to wszystko jest w porządku- to proponuję długi spacer_
    (słowiki już śpiewają),a skoro świt -przekopanie sporego zagonu.Gwarantuję,że z
    bąblami , odciskami na palcach, powrócisz Pan z radością na łono literatury-
    czego jak zwykle szczerze życzę.


    --
    "Piszę,że to w głowie się nie mieści jak prześlicznie jesz naleśnik lub sok
    sączysz swój co dzień"
  • braineater 26.04.05, 20:48
    Czy za bardzo przypadkiem nie skupiamy się na czytaniu jako krynicy mądrości,
    spiżarni wiedzy o świecie? Itek ma już tego dość i choć sam nie miałem jeszcze
    takich objawów, trwających dłużej niż kilka miesięcy to jestem chyba w stanie
    to zrozumieć. Itek uznaje kontakt ze słowem pisanym za pewną fazę w rozwoju,
    która powowoli ma się ku końcowi, co jak dla mnie jest troszeczkę postawą na
    wyrost, bo (uwaga, to nie zarzut, wycieczka osobista czy coś podobnego, tylko
    próba postawienia jakiejś hipotezy) ma wrażenie, że to co go miało z literatury
    rozwinąc, to już go rozwinęło i teraz czas sięgnąć po inne źródła, lub też
    samemu dac wyraz exspresji w tej czy innej formie. Widzę tu jeden podstawowy
    bład, który równie dobrze może wynikać z źle postawionej hipotezy jak i z osoby
    itka (sorry, że traktuję cie jako ideowy konstrukt ale tak mi troszke łatwiej
    to poskładac w całośc). Przede wszystkim bład polegający na założeniu, że czyta
    sie po coś, w jakimś celu - czy to pragmatycznym czy abstrakcyjnym - i stąd
    wynika takie stwierdzenie: "wydaje mi sie, ze na pewnym etapie jego rozwoju
    czynnosc ta staje sie zbyt malo tworcza (zbytnio nudna)"*. Nuda związana z
    lekturą dośc często wynika po prostu z naszego nastawienia oraz z kumulacji
    poznanych wcześniej idei (notabene, najczęsciej poznanych za pomocą ksiązek) -
    ot siadamy z żelaznym postanowieniem albo rodzi sie ono po kilku pierwszych
    akapitach - nie zaskakuje mnie to, to już znam, o tym mówił ten, ten i tamten i
    to ciekawiej. To jakby pierwsza warstwa, kiedy juz po okresie pierwszych
    intensywnych doświadczeń jako odbiorcy, pojawia się zniechęcenie i stagnacja.
    Tworzy się syndrom, odrobinkę megalomański, odrobinke snobistyczny (ale całkiem
    przy tym zrozumiały i naturalny) - JA juz jestem ponad to, JA mam już jakiś
    ugruntowany obraz świata. I pojawia sie jednocześnie mechanizm obrony tego
    świezo zbudowanego światopoglądu. Nie czytam tego, tego i tego, bo to zupełnie
    nie odpowiada mojej wewnętrznej prawdzie, ideologii, religii, czy jak tam kto
    lubi sobie swoje introspekcje okreslać i mam przekonanie, że autor/autorka po
    prostu bredzi jak w malignie. W skrajnych przypadkach zaczyna sie ten system
    rozciągać na całościową ocenę danej sztuki. JA wiem lepiej, JA też mogę swoje
    idee zawrzeć w jakims dziele sztuki i ujawnić je światu (dośc często zresztą z
    dodatkiem "a wtedy wszyscy zobaczycie"). I fajnie jeśli tego typu podejście
    prowadzi do jakiś interesujących kreacji i ujawnień, gorzej jesli (a to
    niestety przypadek najczęstszy) jeśli zmienia sie to w pusty gest, w negację
    bez katharsis w postaci własnego aktu twórczego, po prostu w puste wpatrywanie
    się w horyzont i oczekiwanie, że świat kiedyś dorośnie do MOJEGO światopoglądu.
    I na to jest w sumie jedno lekarstwo, w dodatku w pełnym tego słowa znaczeniu
    homeopatyczne - podobne zwalczaj podobnym, czyli po okresie glątwy i
    przedawkowania liter, uderzyć w własny mózg jeszce większa, jeszcze bardziej
    zmasowaną ilością liter i znaków. I nie zważając na ból, krew pot i łzy,
    poddawać samego siebie brutalnej wiwisekcji za pomocą tekstów z którymi nie
    chcemy się zgadzać, które uznajemy za banalne i nie warte zainteresowania. Po
    prostu poddawać własną ideologię nieustającej próbie, łamaniu kołem
    racjonalizmu i dyskutowania, nie pozwolić jej zastygnąc, osiągnąc jakiś
    okreslony kształt, tylko non-stop ją podważać i patrzeć na siebie od strony
    własnych ideologicznych przeciwników. Wtedy nie zostaje miejsca na nudę, nie ma
    czasu na wahanie, trzeba działac i z każda przeczytaną ksiązką, obejrzanym
    obrazem, filmem, przesłuchaną płytą, odkrywac siebie ne nowo, definiowac swoje
    JA, JA itek, JA braineater, JA staua, czy JA broch. Takie ja przynajmniej widze
    lekarstwo:)
    Pozdrowienia:)
    --
    This is what I have instead of a life.
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 26.04.05, 21:07
    Posumowujac proponujesz mi piaskownice (podworko, miasteczko, etc.), ktore
    poznalem (oczywiscie zawsze mozna lepiej), a z ktorego potrzebuje sie wyrwac :)
    Moze sie nie powiesc (wowczas wroce na lono literatury :) ), ale jak to mowia:
    It's better to have tried and failed than not to have tried at all.

    Ja czytam dla wlasnych korzysci (w tym zawiera sie tez przyjemnosc), Ty masz
    inaczej?? Bardzo to intrygujace...

    Pozdrawiam (troche zaklopotany)

  • staua 26.04.05, 21:08
    Itek: to co zamierzasz teraz robic (zamiast czytania)?
    --
    ----------------------------------
    "A little too much is just enough for me"
    Forum o Rumunii
    nie klikaj tutaj!!!
  • staua 26.04.05, 21:07
    Krotko mowiac, koncowe wnioski Twojego postu mozna sprowadzic do tego (trywializujac), ze
    wszystko trzeba odnosic do siebie. Sama nie wiem, czy podoba mi sie taka recepta, bo dosc duzo czasu
    zajelo mi pozbycie sie takiego egocentryzmu (a i tak ciagle skads tam wylazi).
    Mysle, ze wlasnie fakt, ze ksiazki sa jakims (jednym zwielu i pawdopodobnie nie najlepszym, jak to juz
    przedmowcy zauwazyli) sposobem na poznanie innych punktow widzenia, jest tu najcenniejszy. Nie
    musza byc zrodlem wiedzy, nawet na pewno nie! (nie liczac wiedzy O ksiazkach!)
    --
    ----------------------------------
    "A little too much is just enough for me"
    Forum o Rumunii
    nie klikaj tutaj!!!
  • broch 26.04.05, 21:17
    "Mysle, ze wlasnie fakt, ze ksiazki sa jakims (jednym zwielu i pawdopodobnie nie
    najlepszym, jak to juz przedmowcy zauwazyli) sposobem na poznanie innych punktow
    widzenia, jest tu najcenniejszy."

    Literatura jest wylacznie wizualizacja/ekstrapolacja mysli czytelnika ktory nie
    potrafi "tak ladnie" swoich idei wyrazic. Dlatego sa ksiazki ktore sie podobaja
    lub nie. Czytelnik jednak nigdy nie wyjdzie poza swoja (lepiej przez powiesc
    wyrazona) mysl. Oznaczaloby to stworzenie nowego dziela.
  • staua 26.04.05, 21:25
    Tu mnie zaskoczyles. Naprawde tak sadzisz? Mnie sie wiele razy zdarzylo nie zgadzac czy polemizowac
    w myslach z autorem, wiele razy tez teorie pojawiajace sie w roznych ksiazkach byly dla mnie nowe,
    byly czyms, co przedtem nie przezlo mi przez mysl. Wydaje mi sie, ze czytajac mozna odkrywac cos
    nowego (jasne, ze nie kompletnie nowego, bo odkryl to przed nami chociazby tylko autor, ale nie
    istniejacego dotychczas w naszej swiadomosci, a tym samym nie bedacego jedna z naszych gorzej czy
    lepiej wyrazonych idei.
    --
    ----------------------------------
    "A little too much is just enough for me"
    Forum o Rumunii
    nie klikaj tutaj!!!
  • broch 26.04.05, 21:42
    Nigdy nie zastanawialas sie nad wlasnymi reakcjami, sadami? To jest wlasnie
    polemika z "samym soba". Literatura pozwala lepiej zdefiniowac to o czym myslisz
    a brak jest gwozdzia. Nowe teorie (mowimy o literaturze) realizuja jedynie to co
    zobaczylas uslyszalas i do czego Ty (i inni) jestes gotowa dzieki doswiadczeniu.
  • staua 26.04.05, 21:51
    No, ale przeciez jesli pierwszy raz dowiaduje sie o czyms z literatury, to niekoniecznie dlatego, ze
    jestem na to gotowa. Ustosunkowuje sie tez do ksiazek, ktore mi sie nie podobaly (bo rozumiem, ze
    uwazasz, ze jesli cos mi sie podoba, to jestem na to gotowa, na to zgoda, ale przeciez cos moze mi
    wpasc w rece zupelnie przypadkowo), a bylo w nich cos zupelnie dla mnie nowego, czego nie znalam, a
    nie tylko nie potrafilam okreslic swojego stosunku to tego.
    --
    ----------------------------------
    "A little too much is just enough for me"
    Forum o Rumunii
    nie klikaj tutaj!!!
  • broch 26.04.05, 22:02
    Oczywiscie ze ksiazka moze wpasc do reki przypadkowo, mozliwe nawet iz autor
    jest nie znany, ale tak czy siak jestes gotowa na te nowosci. Dotyczy to
    powiesci ktore Ci sie podobaja lub nie. Jaka bylaby recepcja (dzisiaj tak
    prostej lektury) "Starego czlowieka i morza" 500 lat temu? Wowczas czytelnicy
    nie byli gotowi, nie mieli okreslonego doswiadczenia indywidualnego i zbiorowego
    aby zaakceptowac Hemingwaya.
    Czasem zdarza sie iz ktos napisze rzecz "spoza", ta rzecz, aby uzyskac
    zrozumienie, musi czekac na swoje czasy, tak juz przeciez bywalo. Czasem takie
    dzielo znajdzie natychmiast mala zwolennikow ktorzy rowniez sa "spoza",
    generalnie jednak powiesc musi czekac na lepsze czasy, i jesli ma szczescie,
    doczeka sie takowych.
  • staua 26.04.05, 22:11
    A, no dobrze, nareszcie zrozumialam, ogolnokulturowo z historycznej perspektywy pewnie jestem
    przygotowana na wiekszosc tego, co mi w rece wpada...
    --
    ----------------------------------
    "A little too much is just enough for me"
    Forum o Rumunii
    nie klikaj tutaj!!!
  • broch 26.04.05, 21:09
    "Tworzy się syndrom, odrobinkę megalomański, odrobinke snobistyczny"
    Zgadza sie, wystarczy odrobine trzezwosci aby wstawic manie czytania na polke z
    innymi maniami: zbierania kapsli, modeli samolotow itp ktore maga tak samo
    rozwijac nawiasem mowiac.

    A na trybune za to:
    "I nie zważając na ból, krew pot i łzy, poddawać samego siebie brutalnej
    wiwisekcji za pomocą tekstów z którymi nie chcemy się zgadzać, które uznajemy za
    banalne i nie warte zainteresowania."

    Ale teorii etapologii nie uznaje, to znaczy jak: skonczylem czytac, ten etap mam
    za soba a teraz czas na Ligetiego? U podstaw tej teorii lezy zarozumiala wiara
    (podswiadoma) ze juz sie wspiales, i mozesz jeszcze wyzej.
    Na pewno (byc moze) ale nie tedy droga.
  • braineater 26.04.05, 21:35
    Wiedziałem, że na jednym pszemondszałym poście by braineater sie nie skończy:)


    Autor: Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl
    Data: 26.04.2005 21:07 + dodaj do ulubionych wątków

    -------------------------------------------------------------------------------
    -
    Posumowujac proponujesz mi piaskownice (podworko, miasteczko, etc.), ktore
    poznalem (oczywiscie zawsze mozna lepiej), a z ktorego potrzebuje sie wyrwac :)
    Moze sie nie powiesc (wowczas wroce na lono literatury :) ), ale jak to mowia:
    It's better to have tried and failed than not to have tried at all.

    Dokładnie tak z jednym zastrzeżeniem. Wróc na to podwórko nie jako dzieciak
    który w tej piaskownicy lepił babki i zagrzebywał bezpańskie psie kupy, wróc do
    miasteczka nie jako syn swojej ulicy i obywatel, wróć do domu nie jako sąsiad,
    mieszkaniec, tylko jako osoba zuppełenie obca. Patrz na to wszystko jak na
    widziany raz pierwszy marsjański krajobraz, filtruj to przez wiedzę która
    zdobyłes od momentu odejścia, przestawiaj znane sobie elementy w takie
    konfiguracje, których wczesniej nie zauważyłeś. I w tym pomóc Ci moga własnie
    kolejne przeczytane teksty, kolejne kontakty ze sztuka i filozofią.

    Ja czytam dla wlasnych korzysci (w tym zawiera sie tez przyjemnosc), Ty masz
    inaczej?? Bardzo to intrygujace...

    Ja czytanie traktuje jako czynnośc naturalną, czasami prawie że świadomie
    bezrefleksyjną, przepuszczam tekst przez siebie i czekam, czy sfermentuje w
    jakieś wino interesujących myśli czy skwasnieje jak ocet. To jest chyba nałóg,
    to znaczy to na pewno jest nałóg i po prostu czuję się fizycznie źle gdy jestem
    przez dłuższy czas pozbawiony lektury. I tak jak pisałem już w innym wątku jest
    mi z gruntu obojętne, czy jest to jakaś sieka czy Principia Moralia. Każdy
    tekst wchodzi w jakąs interakcję z moim ja i po to czytam. Czy mam z tego
    jakies korzyści, obiektywnie ocenić nie umiem.



    Autor: staua
    Data: 26.04.2005 21:07 + dodaj do ulubionych wątków


    --------------------------------------------------------------------------------
    Krotko mowiac, koncowe wnioski Twojego postu mozna sprowadzic do tego
    (trywializujac), ze
    wszystko trzeba odnosic do siebie. Sama nie wiem, czy podoba mi sie taka
    recepta, bo dosc duzo czasu
    zajelo mi pozbycie sie takiego egocentryzmu (a i tak ciagle skads tam wylazi).
    Mysle, ze wlasnie fakt, ze ksiazki sa jakims (jednym zwielu i pawdopodobnie nie
    najlepszym, jak to juz
    przedmowcy zauwazyli) sposobem na poznanie innych punktow widzenia, jest tu
    najcenniejszy. Nie
    musza byc zrodlem wiedzy, nawet na pewno nie! (nie liczac wiedzy O ksiazkach!)

    Widzisz stauo, egocentryzm jest moja podstawową formą komunikowania się ze
    światem i nie potrafię się go pozbyć w praktycznie żadnej sytuacji i czytania
    się to niestety/stety też dotyczy. Zawsze jest ten niezbywalny prymat mojego
    własnego ja i zawsze to równanie wygląda JA +tekst, JA + obraz etc. Może to
    chore ale dla mnie nader wygodne.

    Autor: broch
    Data: 26.04.2005 21:09 + dodaj do ulubionych wątków


    A na trybune za to:
    "I nie zważając na ból, krew pot i łzy, poddawać samego siebie brutalnej
    wiwisekcji za pomocą tekstów z którymi nie chcemy się zgadzać, które uznajemy za
    banalne i nie warte zainteresowania."

    Ale teorii etapologii nie uznaje, to znaczy jak: skonczylem czytac, ten etap mam
    za soba a teraz czas na Ligetiego? U podstaw tej teorii lezy zarozumiala wiara
    (podswiadoma) ze juz sie wspiales, i mozesz jeszcze wyzej.
    Na pewno (byc moze) ale nie tedy droga

    Ja zdecydowanie odbieram swoje życie w etapach, broch. Mam swiadomośc że jestem
    inny niż byłem lat temu kilka i mam swiadomośc, że za kilka lat będę jeszcze
    inny. Nie wartościuje jednak, bo to tak troszkę z Twojego postu
    wynika "wspiąłeś się wyżej" - nie, po prostu poszedłem w inne miejsce, potem
    pójde w jeszcze inne, a na końcu w całkiem inne. I ksiązki, sztuka, filozofia,
    stanowią w tym wypadku pewnego rodzaju drogowskazy, z których można skorzystac
    lub które mozna zanegować.
    Pozdrowienia:)

    --
    This is what I have instead of a life.
  • broch 26.04.05, 21:47
    "Ja zdecydowanie odbieram swoje życie w etapach, broch. Mam swiadomośc że jestem
    inny niż byłem lat temu kilka i mam swiadomośc, że za kilka lat będę jeszcze
    inny."

    cyt, cyt, troche nie na temat
    Nie mowimy o rzyciu tylko o literaturze ktora jest etapem..
    Etapy rzycia to roczej normalka nie do unikniecia ktorej kazdy ma swiadomosc
    lepiej lub gorzej zdefiniowana.
  • braineater 26.04.05, 21:49
    Cięzko mi rozgraniczyc, my dear, rzycie i literaturę, bo to co myślę, co robie
    i co wydaje mi sie że wiem dokładnie własnie z literatury wynika. nie twierdzę
    że to zdrowe itp ale tak jest:)
    Pozdrowienia:)
    --
    This is what I have instead of a life.
  • staua 26.04.05, 21:54
    Braineater, z natury jestesmy egocentrykami i jasne, jesli to akceptujesz, to rozumiem Twoj punkt
    widzenia. Sama jestem zwolenniczka jogi, wiesz, wyjscia poza siebie itd., dlatego z tym walcze od
    dawna. I dlatego ten argument o odnoszeniu wszystkiego do siebie (choc instynktownie tak robie, np.
    w tym poscie) nie podoba mi sie.
    --
    ----------------------------------
    "A little too much is just enough for me"
    Forum o Rumunii
    nie klikaj tutaj!!!
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 26.04.05, 22:12
    > Wróc na to podwórko nie jako dzieciak
    > który w tej piaskownicy lepił babki i zagrzebywał bezpańskie psie kupy, wróc do
    >
    > miasteczka nie jako syn swojej ulicy i obywatel, wróć do domu nie jako sąsiad,
    > mieszkaniec, tylko jako osoba zuppełenie obca. Patrz na to wszystko jak na
    > widziany raz pierwszy marsjański krajobraz, filtruj to przez wiedzę która
    > zdobyłes od momentu odejścia, przestawiaj znane sobie elementy w takie
    > konfiguracje, których wczesniej nie zauważyłeś

    Twoje rady sa dobre, ale sa nieskuteczne w moim przypadku :)
    Potrzebuje wyboru piaskownicy, a nie zmiany swiadomosci :) (Nie poznam np.Indii
    jesli tam nie pojade, a wizyta w sasiednim miasteczku (chcbym nie wiem jak sie
    staral) nie bedzie dla mnie wizyta w Bombaju) :)

    > Ja czytanie traktuje jako czynnośc naturalną, czasami prawie że świadomie
    > bezrefleksyjną, przepuszczam tekst przez siebie i czekam, czy sfermentuje w
    > jakieś wino interesujących myśli czy skwasnieje jak ocet

    To takie abstrakcyjne co piszesz, dla mnie jest wewnetrznie sprzeczne. Chyba Cie
    nie rozumiem :(

    > I tak jak pisałem już w innym wątku jest
    >
    > mi z gruntu obojętne, czy jest to jakaś sieka czy Principia Moralia. Każdy
    > tekst wchodzi w jakąs interakcję z moim ja i po to czytam. Czy mam z tego
    > jakies korzyści, obiektywnie ocenić nie umiem.

    Wydaje mi sie, ze powinienes poczytac harlequiny lub jeszcze lepiej- ksiazki z
    dziedziny matematyki teoretycznej, chocby tylko przez 2 lata, bez przerwy
    (zadnych zmian!), aby zweryfikowac swoj osad nt.obojetnosci wchlanianych przez
    Ciebie tekstow oraz korzysci z tego wynikajacych.

    Pozdrawiam
  • braineater 26.04.05, 22:30
    Gość portalu: itek napisał(a):

    > > Wróc na to podwórko nie jako dzieciak
    > > który w tej piaskownicy lepił babki i zagrzebywał bezpańskie psie kupy, w
    > róc do
    > >
    > > miasteczka nie jako syn swojej ulicy i obywatel, wróć do domu nie jako są
    > siad,
    > > mieszkaniec, tylko jako osoba zuppełenie obca. Patrz na to wszystko jak n
    > a
    > > widziany raz pierwszy marsjański krajobraz, filtruj to przez wiedzę która
    > > zdobyłes od momentu odejścia, przestawiaj znane sobie elementy w takie
    > > konfiguracje, których wczesniej nie zauważyłeś
    >
    > Twoje rady sa dobre, ale sa nieskuteczne w moim przypadku :)
    > Potrzebuje wyboru piaskownicy, a nie zmiany swiadomosci :) (Nie poznam
    np.Indii
    > jesli tam nie pojade, a wizyta w sasiednim miasteczku (chcbym nie wiem jak sie
    > staral) nie bedzie dla mnie wizyta w Bombaju) :)

    I tu chyba nigdy sie nie dogadamy, bo ja to tak bardziej jestem slimakiem i
    nienawidzę się ruszać z domu:)Odwołując się do mojego aktualnego
    intelektualnego faworyta, idola czy też autorytetu (wolę go sobie jednak
    nazywac 'kolesiem z którym się zgadzam' by tych naznaczonych słów uniknąc:)
    Baudrillarda, jestem facetem który zyje w świecie odbić, ekranów i innych
    przetworzeń, zwanych przezeń symulakrami. Rzeczywistośc materialna,
    doświadczalna, weryfikowalna empirycznie niezbyt mnie interesuje i wole ją
    odbierac w wersjach przetworzonych, odbitych od jakiegoś pośredniczącego
    medium, jak ksiązka czy obraz. Wtedy właśnie uruchamia się we mnie mechanizm
    zabawy, polegający na filtrowaniu tego co jest "rzeczywiście rzeczywiste"
    (tautologia nieunikniona) a co jest Autorem i jego ideami. Oczywiście jest to
    dośc bezproduktywne, bo mając nikłe pojęcie o rzeczywistej rzeczywistości, nie
    moe obiektywnych kryteriów wprowadzac praktycznie żadnych ale zabawa (w sensie
    takim jak u Hunzingi i Calloise'a) jest przednia. Jest to w sumie poszukiwanie
    własnego egocentryzmu w dziełach Innych (tu kłania się Barthes z Fragmentem
    dyskursu miłosnego, bo czytanie jest niczym innym jak kopulacją dwóch umysłow,
    nie zawsze zresztą zakończoną orgazmem)
    >
    > > Ja czytanie traktuje jako czynnośc naturalną, czasami prawie że świadomie
    > > bezrefleksyjną, przepuszczam tekst przez siebie i czekam, czy sfermentuje
    > w
    > > jakieś wino interesujących myśli czy skwasnieje jak ocet
    >
    > To takie abstrakcyjne co piszesz, dla mnie jest wewnetrznie sprzeczne. Chyba
    Ci
    > e
    > nie rozumiem :(

    Nie jesteś jedyny, bo sam czasem to nie dokońca rozumiem:) tak jak napisałem
    czytam od zawsze i jest to dla mnie naturalne jak oddychanie i inne czynności
    biologiczne, którym tez na codzień nie poswięcam zbyt wielu refleksji. Dopiero
    kiedy złapie mnie bezdech, a wypadku czytania coś sieknie mnie centralnie po
    zwojach, zaczynam się zastanawiać dlaczego tak, co zrobiłem czy co w tekście
    było takiego by ten wstrząs wywołać. i to może trochę rozjaśnia obraz, choć jak
    na to patrzę co powypisywałem, to chyba niezbyt:)
    >
    > > I tak jak pisałem już w innym wątku jest
    > >
    > > mi z gruntu obojętne, czy jest to jakaś sieka czy Principia Moralia. Każd
    > y
    > > tekst wchodzi w jakąs interakcję z moim ja i po to czytam. Czy mam z tego
    > > jakies korzyści, obiektywnie ocenić nie umiem.
    >
    > Wydaje mi sie, ze powinienes poczytac harlequiny lub jeszcze lepiej- ksiazki
    z
    > dziedziny matematyki teoretycznej, chocby tylko przez 2 lata, bez przerwy
    > (zadnych zmian!), aby zweryfikowac swoj osad nt.obojetnosci wchlanianych przez
    > Ciebie tekstow oraz korzysci z tego wynikajacych.

    Touche:) Co prawda harlequiny nie sa mi obce i kilka mam 'zaliczonych' ale co
    do matematyki masz pełną rację. Choć, trochę desperacko się broniąc, (acz
    pozycja do obrony cięzka, nie byłbym sobą gdybym nie spróbował) to wydaje mi
    się, bez żadnych dowodów, że gdybym poświęcił dwa lata zycia na czytanie na
    temat Twierdzeń Fermata (czy jak mu tam było:) tudzież innych cyfrowych
    hardkorów, to pewnie wpłynęło by to jakoś na mój swiatopogląd.
    >
    > Pozdrawiam:)


    --
    This is what I have instead of a life.
  • Gość: daria13 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.04.05, 21:57
    Drodzy Panowie Itku i Brochu! Oczywiście zwracam się też do reszty uczestników
    tej dyskusji, ale zarówno Staua,jak i Braineater potrafią jeszcze czytć dla
    przyjemności (na szczęście dla nich i dla nas)natomiast Itek i Broch stanowią
    nieco kuriozalny przypadek. Z góry przepraszam - zaraz rozwinę. Jesteście
    aktywnymi uczestnikami tego forum (Forum Książki, jakby ktoś zapomniał;).
    Rozmowa o ksiązkach z Wami to czysta przyjemność, dla mnie i wielu innych osób.
    Aż tu nagle w tym wątku (choć u Brocha już wcześniej były tego symptomy)nie
    dość, że ujawniacie niemal niechęć do literatury, to jeszcze deprecjonujecie
    jej wartość w rozwoju duchowym człowieka (tylko do pewnego momentu, a potem won
    z lekturami?). Jeśli ja zostałam wyzwana od snobów, bo przyznałam się, że
    oceniam i poddaje analizie czytane książki, to jak należałoby Was nazwać?
    Myślę, że popełniacie grzech pychy. NIE jest to oskarżenie i nie jest moim
    celem obrażenie Was, broń Boże,gdybyście zrezygnowali z udziału w tym forum,
    nie byłoby ono już nigdy takie samo, takie, hmmm twórcze:).
    Tymczasem muszę kończyć,ale to nie wszystkie moje przemyślenia. Proszę Was o
    wybaczenie, jeśli w czymś uraziłam:) Najbliżej jest mi do przemyśleń
    Braineatera, aczkolwiek tego poziomu jaki on reprezentuje swoją osobą i swoimi
    wypowiedziami, obawiam się nie osiągnę nigdy:(
    Pozdrawiam serdecznie wszystkich:)

  • hrabalek 26.04.05, 22:02
    Gość portalu: daria13 napisał(a):

    > Drodzy Panowie Itku i Brochu! Oczywiście zwracam się też do reszty
    uczestników
    > tej dyskusji, ale zarówno Staua,jak i Braineater potrafią jeszcze czytć dla
    > przyjemności (na szczęście dla nich i dla nas)natomiast Itek i Broch stanowią
    > nieco kuriozalny przypadek. Z góry przepraszam - zaraz rozwinę. Jesteście
    > aktywnymi uczestnikami tego forum (Forum Książki, jakby ktoś zapomniał;).
    > Rozmowa o ksiązkach z Wami to czysta przyjemność, dla mnie i wielu innych
    osób.
    >
    > Aż tu nagle w tym wątku (choć u Brocha już wcześniej były tego symptomy)nie
    > dość, że ujawniacie niemal niechęć do literatury, to jeszcze deprecjonujecie
    > jej wartość w rozwoju duchowym człowieka (tylko do pewnego momentu, a potem
    won
    >
    > z lekturami?). Jeśli ja zostałam wyzwana od snobów, bo przyznałam się, że
    > oceniam i poddaje analizie czytane książki, to jak należałoby Was nazwać?
    > Myślę, że popełniacie grzech pychy. NIE jest to oskarżenie i nie jest moim
    > celem obrażenie Was, broń Boże,gdybyście zrezygnowali z udziału w tym forum,
    > nie byłoby ono już nigdy takie samo, takie, hmmm twórcze:).
    > Tymczasem muszę kończyć,ale to nie wszystkie moje przemyślenia. Proszę Was o
    > wybaczenie, jeśli w czymś uraziłam:) Najbliżej jest mi do przemyśleń
    > Braineatera, aczkolwiek tego poziomu jaki on reprezentuje swoją osobą i
    swoimi
    > wypowiedziami, obawiam się nie osiągnę nigdy:(
    > Pozdrawiam serdecznie wszystkich:)
    >
    >

    Rany Boskie , ale mamałyga ! idę stąd w cholerę!




    --
    "Piszę,że to w głowie się nie mieści jak prześlicznie jesz naleśnik lub sok
    sączysz swój co dzień"
  • Gość: daria13 IP: *.crowley.pl 27.04.05, 12:14
    > Rany Boskie , ale mamałyga ! idę stąd w cholerę!

    Hrabalku! Pnieważ bardzo Cię lubię i cenię, chciałabym dowiedzieć się co miałaś
    na myśli; bo jeśli mdłość mojej wypowiedzi pod względem merytorycznym, to tego
    chyba nie zmierzam tłumaczyć (powiem tylko, że cały czas czułam na plecach
    gniewny oddech mojego małżonka, który jest zazdrosny o czas, jaki wykrada nam
    czasami forum). Jeśli chodziło Ci o moje komplementy w stronę różnych osób z
    tego forum, to po pierwsze chciałam jakoś złagodzić zarzut pychy, jaki
    postawiłam, a po drugie mówienie miłych rzeczy leży w mojej naturze, a to co
    powiedziałam w odniesieniu do Braineatera nie jest w najmniejszym stopniu
    kokieterią ani tym, co kiedyś określił Broch włażeniem.... Jeśli zostało to
    inaczej odebrane, to ja nie biorę za to odpowiedzialności, aczkolwiek obiecuję
    dołożyć starań, żeby to się nie powtarzało, skoro tak to jest odbierane:)
    Pozdrawiam.
  • braineater 26.04.05, 22:05
    Gość portalu: daria13 napisał(a):
    Najbliżej jest mi do przemyśleń
    > Braineatera, aczkolwiek tego poziomu jaki on reprezentuje swoją osobą i
    swoimi
    > wypowiedziami, obawiam się nie osiągnę nigdy:(

    Strasznie mi miło ale musze sie przyznac, że czuję sie jak zagłaskiwany pudel:)
    Pozdrowienia:)


    --
    This is what I have instead of a life.
  • Gość: daria13 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.04.05, 22:26
    > Strasznie mi miło ale musze sie przyznac, że czuję sie jak zagłaskiwany
    pudel:)

    Przepraszam, postaram się, żeby to się nie powtórzyło. Nie chciałam jedynie by
    ktoś pomyślał,że się pod Ciebie podpinam;). Ja niestety zawsze jestem tak
    głupio szczera. Będę nad sobą pracowała, obiecuję:)
    Pozdrawiam:)
  • broch 26.04.05, 22:24
    droga dario, obawiam sie ze kompletnie nie zrozumialas o czym pisalem a co
    absolutnie nie ma nic wspolnego z przyjemnoscia czytania ktore lubie i
    kontynuuje choc masochista nie jestem.
    Jesli zaobserwowalas u nie niechec do literatury, to byc moze wynika to z faktu
    niezdrowej checi do psychologizowania (bez naleznego doswiadczenia) prowadzace
    do wnioskow dalekich od realiow.

    Literatura nie jest etapem, jest wyborem w zyciu na ktory sie zdecydujesz lub
    nie. Ten wybor moze wzbogacic lub nie. Rowniez inny wybor moze byc rownie
    istotny, lub wazniejszy niz literatura.
    Nie jestes nawet w stanie ocenic czy wczesniejsze rozpoczecie wedkowania nie
    wzbogaciloby Cie bardziej. Nie jestes w stanie powiedziec czy czas na
    zaprzstanie czytania czy tez nalezy je kontynuowac. Uznanie literatury za etap
    jest absurdem z dworu krola Ubu.


    W kazdym razie osobiscie lubie pomylone posty. Pomylone posty nie obrazaja.
  • Gość: daria13 IP: *.crowley.pl 27.04.05, 11:51
    Bo może ja w ogóle pomylona jestem:PPP. Pomylona, uzależniona, wręcz
    nieuleczalnie chora na książki. Aczkolwiek może jest jeszcze dla mnie ratunek,
    bo o ile miłość do książek jest u mnie ślepa, to nie monogamiczna i oprócz
    książek mam w życiu jeszcze jakieś inne zaiteresowania (patrz-TWA) i
    zamiłowania, jak też obowiązki i radośći (patrz-potomstwo).
    Przepraszam za swoje wszystkie pomylone, miałkie i mamałygowate wypowiedzi, ale
    ja inaczej odbieram świat, jestem niezdrowo szczera, reaguje zbyt emocjonalnie
    i ogólnie jestem mało rozgarnięta, a do tego straszny ze mnie snob:(
    Niemniej jednak pozdrawiam:)
  • broch 27.04.05, 13:11
    "Pomylona" to nie byl komplement, raczej brzmiał jak z komedii absurdu. My
    rozmawiamy o rybach a Ty przychodzisz z zarzutem że ja mam kaczuszkę, której
    faktycznie nie mam, ale Ty sobie "wywnioskowałaś".

    Bardzo ładnie iż potrafisz wszystko obrócić na swoją korzyść nawet w tak naiwny
    sposób, ale to znowu zupełnie nie na temat. Twoja poprzednia wypowiedź, świadczy
    wyłącznie o kompletnym niezrozumieniu użytych argumentów niezależnie od tego
    czym jeszcze się interesujesz oraz ile masz potomstwa (?). To ostatnie to już
    kompletna bzdura.
  • Gość: daria13 IP: *.crowley.pl 27.04.05, 13:35
    O ile ja mam świadomość, że jestem może zbyt głupia i zbyt pomylona, żeby
    zrozumieć Ciebie, to Ty jenakowoż zdecydowanie nie bierzesz pod uwagę tego, że
    może Ty nie rozumiesz mnie, mimo mojej całej naiwności, płytkości i
    nieokrzesaniu. Pisząc o innych zainteresowaniach i potomstwie, miałam na myśli
    to, że mimo, iż jestem chorobliwie uzależniona od odpowiedniej ilości
    dostarczanych do mózgu bodźców w postaci słowa pisanego, ciekawego rzecz jasna
    słowa, to nie jest to li tylko jedyna rzecz, która mnie pochłania. Jenoczesnie
    zastanawiałam się, czy może nasz założyciel wątku nie postawił kiedyś zbyt
    wiele na tę własnie jedną kartę, jaką jest rozwój poprzez literaturę,
    zapominając o innych bodźcach czy aktywnościach. Wiem skądinąd, że Itek
    interesuje się malarstwewm, ale może skoro nie odpowiada mu rada Braineatera co
    do pozostania mimo wszystko na tym samym podwórku w zmienionej roli, to może
    jednak niech on, przynajmniej na jakiś czas, poszuka atrakcji na zupełnie, ale
    to zupełnie innym podwórku, a jest ich przecież wiele.Ja mam po prostu bardziej
    babskie, emocjonalne i proste podejście do tego typu problemów.
    Bez wzgledu na opinię, jaką masz o mnie, spróbuj jednak wziąć pod uwagę to, że
    Ty mnie też możesz nie rozumieć.
    Pozdrawiam.
    Ps
    Nie wyobrażasz sobie, jak dobrze zrowumiałam określenie "pomylony post", aż za
    dobrze, czego i Tobie życzę.
  • Gość: Nu! IP: *.gce.gliwice.pl 27.04.05, 11:45
    Własnie - jak ktoś tak myśli, jest stracony dla "czytania".

    Hipoteza:
    Egoiści (ludzie starający sie maksymalnie wyzyskać czas i sytuacje na
    swoją korzyśc)nie czytają.

    Czytanie pochłania czas. Z punktu osoby skupionej wyłacznie na "zamienianiu
    wszystkiego na swoją korzyśc", czytanie jest wielkim marnotrawstwem i czynnością
    pozbawioną sensu.

    W pewnym wieku ludzie "przestają mieć czas".

    Na czym to polega... Ano na tym, że całkowicie, od pewnego momentu w życiu,
    skupiają się na "dbaniu o siebie".

    Ponieważ pole "dbania o siebie" jest nieskończone, nigdy czasu mieć już nie bedą
    na czynności inne niż powyższe.

    Dla "czytania" są już straceni. Ich czas jest zbyt cenny, aby go tracić na
    czytanie. Prawdopodobnie przykrość płynąca z poczucia "tracenia czasu", jaka im
    towarzyszy przy "lekturze", niszczy przyjemność płynącą z "czytania", a może i
    nawet ją całkowicie uniemożliwia.

    Aby "czytanie" przełożyło się na jakiś wręcz materialny bonus społeczny,
    konieczne jest zaistnienie określonego środowiska, które, na tle ogółu, jest
    jednak czymś wysoce egzotycznym. Mam tu na myśli na przykład uniwersytety czy
    (teoretycznie) szkoły.

    W praktyce "czytanie" to czynność bezinteresowna.

    Oczywiście, często ci, co "nie czytają", posądzają czytaczy o snobizm, chęć
    wywyższenia się, "bycia interesującym", a więc kierowanie się "interesem", ale
    (ponieważ nie czytają) nie wiedzą o czym mówią.


    Wracając do tematu; faza "znudzenia czytaniem" może mieć takie własnie podłoże:
    w pewnym wieku zmieniają się priorytety. Bonus z czytania, jaki ma miejsce w
    wieku szkolnym (a więc i silna motywacja do czytania) znika, co się odbija na
    jakości lektury i satysfakcji z niej płynącej.

    Na razie tyle.

    Nu!

  • Gość: Nu! IP: *.gce.gliwice.pl 27.04.05, 12:27
    Wiele napisano o tym, że czytanie to rodzaj
    przyjęcia postawy biernej i otwartej na treści i "dzianie się" książki (tekstu
    literackiego).

    Upraszczając, "czytanie" to rodzaj stuporu, medytacji, jogi.

    Istnieniu tego (dominującego) momentu biernej aktywności towarzyszy jednak i,
    konieczny przecież, moment aktywny i reaktywny.

    Lektura jest szczególnie interesująca i "pobudzająca", kiedy odbywa się na
    jakimś społeczym tle. Kiedy (przykład) stanowi przyczynek do dyskusji albo z
    niej wynika, kiedy towarzyszy rozmowom, kiedy zachodzi w jakimś, ważnym dla nas,
    społecznym kontekście. [ Dotyczy to oczywiscie nie tylko "czytania", ale i
    ogladania tv czy kina.]

    Aby "czytanie" było czymś, co pobudza nas do życia (w sensie wzbudzania emocji,
    aktywowania) oraz napędza do dalszych lektur, konieczne jest istnienie owego
    zewnetrznego czynnika ludzkiego. Jeżeli taka sytuacja zachodzi, nie widzę
    niebezpieczeństwa wygaśnięcia zainteresowania "czytaniem".

    W przeciwnym wypadku czytanie staje się czymś niezwykle prywatnym, osobistym
    i... dziwnym. Tak jak oglądanie TV w samotności czy chodzeniem do kin i kawiarń
    samemu.

    Dziwnym, w sensie, że dobór tekstów lekturowych traci związek z naszą sytuacją
    zewnętrzną... jest dyktowany tajemnym impulsami płynacymi z naszego mózgu. Nie
    ma w tym oczywiscie nic złego, ale ...

    Dziwnym także i w tym sensie, że lektura "sobie a muzom" a lektura "pod jakimś
    kątem", w "związku z czymś" bardzo się od siebie różni.

    Na swoim przykładzie wiem, że jak czytam "dla siebie", czytam zupełnie inaczej.
    Na przykład nie staram się zapamiętać, co i gdzie czytałem, co się potem mocno
    odbija, gdy przychodzi do jej (na przykład) referowania.


    Na razie tyle.

    Nu!
  • braineater 27.04.05, 13:04
    Gość portalu: Nu! napisał(a):

    > Wiele napisano o tym, że czytanie to rodzaj
    > przyjęcia postawy biernej i otwartej na treści i "dzianie się" książki (tekstu
    > literackiego).
    >
    > Upraszczając, "czytanie" to rodzaj stuporu, medytacji, jogi.

    fajna teoria ale chyba nie do końca prawdziwa. W medytacji przecież przede
    wszystkim chodzi o wyciszenie, o wyhamowanie własnych myśli, o kontemplację
    abstrakcyjnej pustki i próbę zobaczenia własnego odbicia w tejże. Natomiast
    czytanie to nie jest cisza, tylko nader ozywiona dyskusja, bezustanne ścieranie
    się odbiorcy z autorem, permanentny stan wyśrubowanych emocji od zachwytu do
    wnerwienia. Czytanie nie zostawia miejsca na ciszę, to jest dyskusja nie
    kontemplacja.
    >
    > Istnieniu tego (dominującego) momentu biernej aktywności towarzyszy jednak i,
    > konieczny przecież, moment aktywny i reaktywny.
    >
    > Lektura jest szczególnie interesująca i "pobudzająca", kiedy odbywa się na
    > jakimś społeczym tle. Kiedy (przykład) stanowi przyczynek do dyskusji albo z
    > niej wynika, kiedy towarzyszy rozmowom, kiedy zachodzi w jakimś, ważnym dla
    nas
    > ,
    > społecznym kontekście. [ Dotyczy to oczywiscie nie tylko "czytania", ale i
    > ogladania tv czy kina.]

    Społeczna teoria odbioru, czyli wracamy do czytania "po coś", z jakimś
    pragmatycznym założeniem? Czy możemy w takim razie przyjąc ryzykowną hipotezę,
    że spora częśc uczestników tego forum lub też jakiegokolwiek forum publicznego
    poświeconego literaturze, czyta, ogląda, słucha tylko po to by móc o tym
    porozmawiać? Bo wydaje mi się, że raczej nie, albo inaczej, nie jest to
    podejście aż tak powszechne. Częstsze chyba jest zainteresowanie sztuką
    wypływające z pobudek czysto hedonistycznych, przyjemnościowych - robię to bo
    lubię, bo mnie to interesuje, bo jest to dla mnie ciekawe (z naciskiem na
    zaimki osobowe).

    > Aby "czytanie" było czymś, co pobudza nas do życia (w sensie wzbudzania
    emocji
    > ,
    > aktywowania) oraz napędza do dalszych lektur, konieczne jest istnienie owego
    > zewnetrznego czynnika ludzkiego. Jeżeli taka sytuacja zachodzi, nie widzę
    > niebezpieczeństwa wygaśnięcia zainteresowania "czytaniem".
    >
    > W przeciwnym wypadku czytanie staje się czymś niezwykle prywatnym, osobistym
    > i... dziwnym. Tak jak oglądanie TV w samotności czy chodzeniem do kin i
    kawiarń
    > samemu.

    Zwierciadła, lustra, odbicia. Po prostu poszukiwanie potwierdzenia własnych
    przeczuć, intuicji i przemyśleń wynikających z odbioru sztuki w Innych. Coś w
    rodzaju zasady, że jeśli czegoś sobie nie zwerbalizuję, nie poddam procesom
    racjonalizacji i nie upublicznię tego w jakimś zakresie, to nie mam pewności,
    że naprawdę to wiem. Czytanie dla siebie samego nie jest aż tak niespotykane i
    dziwne, jakby mogło się wydawać. Niektórzy ludzie nie czują potrzeby
    potwierdzania się publicznie, po prostu czytają, zapamiętują, korzystają ze
    swojej wiedzy, nie poddając jej metateoretycznemu oglądowi i refleksji. (co
    bynajmniej nie oznacza, że się do nich zaliczam:)

    > Dziwnym, w sensie, że dobór tekstów lekturowych traci związek z naszą sytuacją
    > zewnętrzną... jest dyktowany tajemnym impulsami płynacymi z naszego mózgu. Nie
    > ma w tym oczywiscie nic złego, ale ...
    >
    > Dziwnym także i w tym sensie, że lektura "sobie a muzom" a lektura "pod jakimś
    > kątem", w "związku z czymś" bardzo się od siebie różni.
    >
    > Na swoim przykładzie wiem, że jak czytam "dla siebie", czytam zupełnie
    inaczej.
    > Na przykład nie staram się zapamiętać, co i gdzie czytałem, co się potem mocno
    > odbija, gdy przychodzi do jej (na przykład) referowania.

    Od pamiętania szczegółów typu tytuły, autorzy, bohaterowie, mamy najlepszą
    pamięc zastępczą świata, czyli internet. Dużo ważniejsze są chyba te ukryte
    wnioski do jakich dochodzimy w trakcie lektury, zbudowane właśnie w oparciu o
    prywatny i intymny dyskurs z autorem. Te wnioski, które są czysto subiektywne,
    jednostkowe i nie poddające się żadnej empirycznej weryfikacji. Natomiast
    lektura "po coś", dla mnie przynajmniej, jest zazwyczaj pańszczyzną na ugorze,
    próba potwierdzenia prawd znanych i uznanych i w związku z tym całkowicie
    obojętnych na to czy jakiś tam mały miś mojego pokroju zechce je sobie
    potwierdzić. To właśnie pomaga przezwycięzyc metoda chaotycznego doboru,
    programowego ignorowania recenzji i krytyki (co nie oznacza oczywiście nie
    czytania tychże). Przynajmniej wtedy mam tą megalomańsko przyjemną swiadomośc,
    że to co wiem o danej ksiązce filmie itp wynika ze mnie i tekstu a nie, jak
    zazwyczaj z całej otoczki, tekstu i na końcu ze mnie.

    Na razie tyle.
    Pozdrowienia:)
    > Nu!


    --
    This is what I have instead of a life.
  • stella25b 27.04.05, 17:18
    To ja sie przyczepie do spolecznej teorii odbioru ;)
    Najlepiej byloby przeprowadzic ankiete wsrod czytelnikow z pytaniem "dlaczego,
    po co czytasz".
    Wiesz, ja nie jestem taka pewna czy rzeczywiscie wiekszosc czyta dla
    przyjemnosci.
  • Gość: Nu! IP: *.gce.gliwice.pl 28.04.05, 14:21
    "fajna teoria ale chyba nie do końca prawdziwa. [...]"

    W teorii komunikacji, która przypisuje każdemu komunikatowi określone "warstwy"
    bądź funkcje [niewiele juz z tego pamietam] wyróżnia się [prócz np. funkcji
    informującej] funkcję, polegającą (tak to zapamietałem) na tym że kazdy
    komunikat ma za zadanie ZMIANĘ stanu odbiory. Czyli jakoś chce zmodyfikować
    odbiorcę.

    Nazwałbym to "funkcją manipulacyjną".

    Teksty literackie widziałbym własnie, w tym , kontekscie jako ekstremalnie
    subtelne, "bezinwazyjne" narzędzia do manipulacji ich odbiorcą.

    Piszesz o "ścieraniu się odbiorcy z autorem", tymczasem ja czytanie widzę
    raczej jako rodzaj prestigiditatorskiego spektaklu, na którym którym widz siedzi
    z otwartą gębą, i rodzajem stuporu właśnie.


    Czytanie (dobrego oczywiście) tekstu lit. a szczególnie powieści, porównałbym do
    operacji na mózgu, gdzie pacjent w stanie narokzy (fikcja, narracja), otoczony
    skomplikowaną aparaturą nieznanego przeznaczenia, leży uśpiony z otwartą
    czaszką, a dookoła kręci się tłum specjalistów, wykonujacych intensywne zabiegi
    i manipulacje przeróżnymi instrumentami, których przeznaczenia możemy się
    jedynie domyslać.


    Kiedy jest już "po wszystkim", możemy oczywiście oddać się studiowaniu tego co
    sie wydarzyło, itd., ale nie jesteśmy w stanie zmienić faktu, że operacja
    została wykonana, i nasze studia są jakoś tą operacją zdeterminowane.

    Zauważ pewną sprzeczność w twoim (czy Brocha)(także moim) twierdzaniu o tym, że
    literatura nie służy wymiany prostych dyskursywnych informacji, gdyż do tego
    używamy innych środków, ze zdaniem o "dyskusji odbiorcy z autorem"...

    Poruszamy się oczywiście tutaj na terenie grząskim.

    Ad rem.

    Masz rację, że czytanie jako pretekst do rozmowy to pomyłka. Ale - z drugiej
    strony - brak szansy na (choćby hipotetyczną) wymianę zdań o przeczytanym
    tekście czy autorze jest bardzo demobilizujący (przynajmniej dla wielu) i wpływa
    na sama lekturę oraz motywację do jej podjęcia.


    Popatrzmy zreszta na to forum...

    Jak wyglada przeciętna "rozmowa" o ksiązkach tutaj?

    Czy są to jakieś kilometrowe wątki, w którch autorzy postów toczą niekończące
    się dyskusje "merytoryczne" do upadłego????

    Nie!!

    Raczej są to proste komunikaty, typu "czytałeś? Tak!", itp.

    Są to najczęściej krótkie komunikaty, w których piszacy utwierdzają się w
    istnieniu "wspólnoty czytelniczej", "lekturowej".
    I o to chodzi!

    Intymność i prywatnośc lektury dobrze się na tym forum potwierdza, tak jak i
    potrzeba (+ pożyteczne skutki z tego płynące) ich, choćby symbolicznego,
    społecznego odniesienia.


    I na koniec:

    Piszesz:
    "Od pamiętania szczegółów typu tytuły, autorzy, bohaterowie, mamy najlepszą
    pamięc zastępczą świata, czyli internet. Dużo ważniejsze są chyba te ukryte
    wnioski do jakich dochodzimy w trakcie lektury, zbudowane właśnie w oparciu o
    prywatny i intymny dyskurs z autorem. Te wnioski, które są czysto subiektywne,
    jednostkowe i nie poddające się żadnej empirycznej weryfikacji. Natomiast
    lektura "po coś", dla mnie przynajmniej, jest zazwyczaj pańszczyzną na ugorze,
    próba potwierdzenia prawd znanych i uznanych i w związku z tym całkowicie
    obojętnych na to czy jakiś tam mały miś mojego pokroju zechce je sobie
    potwierdzić. To właśnie pomaga przezwycięzyc metoda chaotycznego doboru,
    programowego ignorowania recenzji i krytyki (co nie oznacza oczywiście nie
    czytania tychże). Przynajmniej wtedy mam tą megalomańsko przyjemną swiadomośc,
    że to co wiem o danej ksiązce filmie itp wynika ze mnie i tekstu a nie, jak
    zazwyczaj z całej otoczki, tekstu i na końcu ze mnie."


    Nie wchodzac w szczegóły, (recenzje i gazetowe analizy są rzeczywiście niezwykle
    powierzchowne) ja mam inaczej: Uwielbiam wręcz profesorskie cegły polonistyczne,
    pełne przypisów i odniesień do innych książek (im grubsza i mniej zrozumiała-
    tym lepsza).

    Dla mnie to inny rodzaj literatury rozrywkowej, którą czytam wręcz
    hedonistycznie. Takie jakby literackie pornosy, gang bang, czy cuś.Perwersja...
    hihihi
  • braineater 28.04.05, 15:55
    Gość portalu: Nu! napisał(a):

    > "fajna teoria ale chyba nie do końca prawdziwa. [...]"
    >
    > W teorii komunikacji, która przypisuje każdemu komunikatowi
    określone "warstwy"
    > bądź funkcje [niewiele juz z tego pamietam] wyróżnia się [prócz np. funkcji
    > informującej] funkcję, polegającą (tak to zapamietałem) na tym że kazdy
    > komunikat ma za zadanie ZMIANĘ stanu odbiory. Czyli jakoś chce zmodyfikować
    > odbiorcę.
    >
    > Nazwałbym to "funkcją manipulacyjną".

    >
    > Teksty literackie widziałbym własnie, w tym , kontekscie jako ekstremalnie
    > subtelne, "bezinwazyjne" narzędzia do manipulacji ich odbiorcą.
    >
    > Piszesz o "ścieraniu się odbiorcy z autorem", tymczasem ja czytanie widzę
    > raczej jako rodzaj prestigiditatorskiego spektaklu, na którym którym widz
    siedz
    > i
    > z otwartą gębą, i rodzajem stuporu właśnie.
    >

    > Czytanie (dobrego oczywiście) tekstu lit. a szczególnie powieści, porównałbym
    d
    > o
    > operacji na mózgu, gdzie pacjent w stanie narokzy (fikcja, narracja), otoczony
    > skomplikowaną aparaturą nieznanego przeznaczenia, leży uśpiony z otwartą
    > czaszką, a dookoła kręci się tłum specjalistów, wykonujacych intensywne
    zabiegi
    > i manipulacje przeróżnymi instrumentami, których przeznaczenia możemy się
    > jedynie domyslać.
    >
    >
    > Kiedy jest już "po wszystkim", możemy oczywiście oddać się studiowaniu tego co
    > sie wydarzyło, itd., ale nie jesteśmy w stanie zmienić faktu, że operacja
    > została wykonana, i nasze studia są jakoś tą operacją zdeterminowane.

    Jeśli z De Saussure'a nie zrobiła mi sie już totalna sieczka w głowie, to chyba
    nazywa się to 'funkcją perswazyjną' o róznych stopniach natężenia. I oczywiście
    masz rację, że wykorzystuje sie ową funkcję w wielu tekstach literackich (albo
    szerzej - wielu tekstach kultury). Dla Ciebie jest to znak, że czytelnik
    danego dzieła jest stawiany w pozycji odbiorcy biernego, nieświadomie
    przyjmującym treści zawarte w takim komunikacie. I do pewnego stopnia masz
    rację, przynajmniej jeśli chodzi o pierwszy odbiór danego tekstu, kiedy
    bardziej skupiamy się na emocjach jakie w nas wywołuje, zachwycamy się fabułą,
    bohaterami, opisami i innymi klasycznymi elementami tworu literackiego. Wtedy
    treści perswazyjne przenikają do odbiorcy jak gdyby ukradkiem, czasami nawet
    wbrew woli czytelnika. Przykład z moich lektur - bynajmniej nie jestem
    konserwatystą, raczej wręcz przeciwnie ale zachwyciła mnie wizja świata w
    ksiązkach Hollebecequa - totalnie właśnie prawicowa i antyliberalna, będąca w
    gruncie frontalnym atakiem na rzeczy i zjawiska, które ja uznaję za pozytywne.
    Czyli co? Zadziałała funkcja perswazyjna właśnie. I chyba duża cżęść uroku
    czytania polega na tym, żeby uświadomić sobie, że ktoś nami manipuluje, próbuje
    przerobic na swój obraz i podobieństwo i spróbować przeanalizować te elementy
    tekstu, które nas tak urzekają. Nie da się tego najczęsciej zrobić w trakcie
    jednokrotnej lektury, ale ksiązek, tak jak i ludzi, chyba nie powinno się
    osądzać według pierwszego wrażenia jakie na nas wywarły. Tak więc nadal bedę
    sie upierał przy stanowisku, że z tekstem warto dyskutować, spierać się,
    obnażac jego słabości, ale z drugiej strony starać się zrozumieć dlaczego chce
    nas przekonac do takiej a nie innej wizji. Prównanie do operacji na mózgu acz
    fajne bardzo, chyba nie do końca mnie przekonuje, bowiem po nabraniu pewnej
    wprawy w czytaniu tekstów literackich (lub też po poznaniu odpowiednich
    narzędzi służacych analizie tegoż), człowiek nie poddaje się tak łatwo
    narkozie, a wręcz przeciwnie, zaczyna z duża dozą nieufności podchodzić do
    tekstów 'zapierających dech w piersi, porywających od pierwszego akapitu' - tak
    jest przynajmniej w moim wypadku - nie podoba mi się, że coś mi sie podoba a ja
    nie wiem czemu:)I zaczyna się drążenie, patrzenie na ręce lekarzom, pytania
    typu 'a czy ten skalpel akurat musi być wbity w ta część przodomózgowia, a co
    by było gdyby wrazić go w móżdżek?'. Z jednej strony wygląda to na
    mordowanie "przyjemności tekstu', sadystyczne znęcanie się nad literaturą, ale
    co ja mogę za to, że lubię własnie tak:)

    > Zauważ pewną sprzeczność w twoim (czy Brocha)(także moim) twierdzaniu o tym,
    że
    > literatura nie służy wymiany prostych dyskursywnych informacji, gdyż do tego
    > używamy innych środków, ze zdaniem o "dyskusji odbiorcy z autorem"...

    Dyskusja z autorem nie musi kończyć się na prostych dyskursywnych środkach w
    stylu ' jezusmaria, ale ten koleś bredzi' albo 'jakie to miałkie naiwne etc'.
    Dyskusja polega, a przynajmniej powinna, na ustawieniu się w pozycji
    równouprawnionego partnera a nie biernego pochłaniacza i nieco mniej biernego
    komentatora treści. Oczywiście, jest to zajęcie jednostronne i dość, w
    społecznym sensie, bezproduktywne, ponieważ my o tekście pomyslec możemy sobie
    wszystko a Autor nie ma możliwości zmodyfikowania swojego przekazu
    (przynajmniej jeśli chodzi o literaturę w stylu klasycznym) i nijak nie może
    nam odpowiedzieć, chyba, że po prostu zaspamujemy mu skrzynkę hatemailami.
    Także jest to w sumie jednostronne znęcanie się i do niczego nie prowadzi, o
    ile nie towarzyszy temu szersza refleksja nad samym sobą i własnymi odczuciami,
    co wymaga pewnego dystansu do własnej osoby. Gdybym miał to jakoś doprecyzować,
    to schemat takiej debaty wyglądał by mniej więcej tak (przytrzymam się
    Hollebecequa, bo już o nim mowiłem): ja jako czytelnik 'Platformy'+ Hollebeceque
    + ja jako braineater. I to te trzy osoby w sumie dyskutują o tekście, przy czym
    najbardziej biernym elementem tego równania jest Autor, gdyż pozbawiony jest
    prawa głosu innego, niż wyczytanego w tekście.
    (Tak swoją droga nie wiem czy dobrze widzę ale zaczynam się obawiac, że nadmiar
    lektur grozi schizofrenią:P)

    Poruszamy się oczywiście tutaj na terenie grząskim.
    Nader grząskim:)

    > Ad rem.
    >
    > Masz rację, że czytanie jako pretekst do rozmowy to pomyłka. Ale - z drugiej
    > strony - brak szansy na (choćby hipotetyczną) wymianę zdań o przeczytanym
    > tekście czy autorze jest bardzo demobilizujący (przynajmniej dla wielu) i
    wpływ
    > a
    > na sama lekturę oraz motywację do jej podjęcia.
    >
    >
    > Popatrzmy zreszta na to forum...
    >
    > Jak wyglada przeciętna "rozmowa" o ksiązkach tutaj?
    >
    > Czy są to jakieś kilometrowe wątki, w którch autorzy postów toczą niekończące
    > się dyskusje "merytoryczne" do upadłego????
    >
    > Nie!!

    > Raczej są to proste komunikaty, typu "czytałeś? Tak!", itp.
    >
    > Są to najczęściej krótkie komunikaty, w których piszacy utwierdzają się w
    > istnieniu "wspólnoty czytelniczej", "lekturowej".
    > I o to chodzi!
    >
    > Intymność i prywatnośc lektury dobrze się na tym forum potwierdza, tak jak i
    > potrzeba (+ pożyteczne skutki z tego płynące) ich, choćby symbolicznego,
    > społecznego odniesienia.
    >

    86 postów metaliterackiej refleksji, to nie do końca takie proste komunikaty:)
    Ale oczywiście w szerszym ujęciu masz rację. Tyle, że ja, po pierwsze
    generalizuje, a po drugie uznaję, że swiat jest fajny, gdy ludzie są tacy jak
    ja:) Czyli, skoro ja nie koniecznie musze przedyskutować każdy przeczytany
    tekst, każdy obejrzany film, to inni pewnie też nie muszą - w końcu jesteśmy
    tacy sami:)Nigdy też nie demobilizował mnie fakt, że nie mam sobie z kim o
    ksiązkach pogadać - po prostu przyjąłem w pewnym momencie, chyba słuszne
    założenie, że czytam dla siebie, dla siebie też czerpię jakieś wnioski i
    niekoniecznie musze się nimi dzielić a czasem nawet nie powinienem, bo być może
    moje wnioski są błędne i wyjdę na głupka. Wstyd:) Wiem, że samo pisanie na tym
    forum jest poniekąd zaprzeczeniem tego co napisałem wyżej, ale też w żadnym
    miejscu nie piszę, że jestem prosty i bez wewnętrznych sp
  • braineater 28.04.05, 18:50
    bo zeżarło pół postu a pisałem na zywca i bez backupu i musze sobie przypomniec
    o co mi chodziło:)

    Poprzedni akapit, zakończenie:
    rzeczności.

    Nu! napisał:

    I na koniec:
    (...)
    Nie wchodzac w szczegóły, (recenzje i gazetowe analizy są rzeczywiście niezwykle
    powierzchowne) ja mam inaczej: Uwielbiam wręcz profesorskie cegły polonistyczne,
    pełne przypisów i odniesień do innych książek (im grubsza i mniej zrozumiała-
    tym lepsza).

    Dla mnie to inny rodzaj literatury rozrywkowej, którą czytam wręcz
    hedonistycznie. Takie jakby literackie pornosy, gang bang, czy cuś.Perwersja...
    hihihi

    Doskonała perwersja jeśli mogę ocenić:) tyle, że ja wcale nie pisałem, żeby
    krytyków zupełnie nie czytać, wręcz przeciwnie, wierzę, że wbrew obiegowym
    opinią parę inteligentnych osób parało się krytyką literacką (Ignacy Fik
    rulezzz!!!:P) i warto do nich sięgać i czytać, tylko że nalezy zrobić to po
    lekturze a nie przed. Inaczej, jesli nie zignorujemy krytyki, nie mamy szans na
    bezstronne, nieuprzedzone podejście do tekstu i zabieramy się za książkę, z
    góry wiedząc co o niej mysleć - a to chyba największa krzywda jaką można
    ksiązce wyrządzić. Czyli podsumowując - czytac ale z dystansem, nie pozwalając
    sobie na zbytnie przejęcie opinią krytyki.
    Amen:)

    To chyba na razie tyle pretensjonalnego bredzenia by braineater:)
    Pozdrowienia:)


    --
    This is what I have instead of a life.
  • Gość: Nu! IP: *.necik.pl / *.necik.pl 02.05.05, 23:10
    Oczywiście, czytanie analiz i krytyk PRZED lekturą jest czymś nagannym, ale czy nie nie jest tak, że informacja o danej książce czy autorze dociera do nas po raz pierwszy przy okazji czytania takich właśnie analiz...?

    Czy nie jest tak, że wielu krytyków czytamy dla nich samych, w związku z czym, dopiero poprzez nich nabieramy zainteresowania do twórczości tego czy innego autora?


    Bardzo rzadko dostajemy do ręki surowe dzieło. Najczęciej, zostało juz nam przez kogoś upichcone.


    Najfajniej mają ci, którzy wychowali się, dorastali w domu pełnym książek. Nie ma sensu nawet pisac - dlaczego.

    To wtedy mamy namiastkę samodzielnych odkryć literackich, a krytyk wtedy się jeszcze nie czyta.

    Ale, nawet w tym wypadku, mamy do czynienia ze staranną selekcją (ktoś te książki musiał wybrać, kupić, według jakiegos krytycznego klucza).

    Pisałem kiedyś gdzieś tu o tym, więc się powtórzę:

    Problem samodzielnego "odkrycia pisarza", "dzieła" jest do dyskusji.
    Pewien... krytyk (hihi) słusznie orzekł, że to jest wielkie złudzenie, iz ktoś może "odkryć" jakiegokolwiek twórcę, w sensie, że jemu należy przypisac owo odkrycie dla ludzkości czyjejś osoby i jego twórczości. Napisał to a propos marszandów, którzy funkcjonują jako "odkrywcy" "zapomnianych", "zapoznanych" malarzy.

    Ów krytyk stwierdza - o ile pamiętam dobrze - że niemal zawsze da sie łatwo ustalić osoby, które wcześniej się na wartości czyjejś twórczości poznały.


    W naszym przypadku, mamy do czynienia z dłuuuugim szeregiem tradentów, którzy doprowadzili daną książkę pod naszą rękę.

    Dla tego topiku jest ważne nie tyle to, że zawsze ktoś sie już poznał wcześniej, ale że proces selekcji i "promocji" danej książki zachodzi praktycznie zawsze.

    p.s.

    Dobrym przykładem jest spór, jaki się przetoczył przez media, o to kto "tak naprawdę" odkrył Masłowską. Zdaje mi się że doszli w poszukiwaniach do mamki czy niańki.
  • Gość: nienietoperz IP: *.nottingham.ac.uk / *.nottingham.ac.uk 27.04.05, 13:34
    W odroznieniu od stalych bywalcow tego forum czytam stosunkowo niewiele (nie
    liczac matematyki teoretycznej, uklony dla braineatera). Niemniej jednak zycia
    bez czytania nie wyobrazam sobie absolutnie, czytac to znaczy myslec, sluchac
    historii, poznawac - jesli mialby to byc tylko etap rozwoju intelektualnego, to
    w ktorym momencie mozna uznac, ze rozwoj na tym etapie juz sie skonczyl?
    Jesli chodzi o
    a) czytanie
    b) myslenie o tym, co sie przeczytalo
    c) dyskusje z kims,
    wydaje mi sie bardzo trudnym rozdzielenie a), b) i c) - przeciez ksiazka nie
    wchodzi do Twojego zycia tylko na czas kiedy gapisz sie w literki!

    Wracajac do poczatku: czytam bo lubie, bo wspomniane juz tu budowanie
    sieci skojarzen, odwolan i tradycji sprawia przyjemnosc kiedy potem sie z tej
    sieci korzysta, bo uzyskiwane przez czytanie zludzenie rozumienia wiecej albo
    inaczej jest pyszne!
    Pozdrowienia,
    Wasz
    nienietoperz
  • staua 27.04.05, 16:18
    Czy zajrzalbys czasem moze na forum Polscy Naukowcy za Granica? Sadzac po poscie w kombinacji z
    adresem, moze chcialbys?
    Pozdrawiam
    --
    ----------------------------------
    "A little too much is just enough for me"
    Forum o Rumunii
    nie klikaj tutaj!!!
  • Gość: nienietoperz IP: *.nottingham.ac.uk / *.nottingham.ac.uk 27.04.05, 16:41
    Dziekuje za wskazowke, zajrze chetnie.
    Gratuluje zdolnosci dedukcyjnych, choc zadanie nie bylo chyba nader trudne :-)
    Pozdrowienia,
    nienietoperz
  • staua 27.04.05, 17:28
    Nie bylo :-) Ale jak napisalam, to pomyslalam, ze moze juz tam byles, a ja nie zauwazylam. W kazdym
    razie - ciesze sie, ze zajrzales!
    Pozdrawiam
    --
    ----------------------------------
    "A little too much is just enough for me"
    Forum o Rumunii
    nie klikaj tutaj!!!
  • daria13 01.05.05, 00:20
  • daria13 01.05.05, 00:35
    Przepraszam, coś mi nie wyszło;)
    Zacznę więc od początku.
    Stary podobał mi się bardziej niż Dzikie palmy i nie do końca zgadzam się z
    tezą, że obie te powieści stanowią integranlną całoś, bo w moim odczuciu mogą
    funkcjonować równie dobrze oddzielnie, aczkolwiek Stary rzeczywiście stanowi
    niezły kontrast w stosunku do Palm,swoisty kontapunkt. Czytając Starego
    odczułam na nowo przyjemnośc czytania powieści egzystencjalnej, bo przecież
    postawa głównego bohatera jest na wskroś zgodna z regułami egzystencjonalistów.
    I chyba główną cechą łączącą obie te powieści jest fatalizm i nieodwołalna
    konieczność podążania za przeznaczeniem. Dzikie palmy są powieścią o miłości, a
    ja mam jakiś dziwny uraz do tego typu problematyki. Jest ona dla mnie zawsze w
    jakiś sposób zafałszowana i trącąca banałem, aczkolwiek fragment mówiący o
    przeżyciach głównych bohaterów związanych z pobytem w kopalni rzeczywiście jest
    doskonały.Ale te wszystkie wielkie prawdy o miłości, wolności i prawdzie, dla
    mnie, są zbyt jaskrawe i manieryczne. Co do wymowy tych powieści trudno mi się
    wypowiedzieć akurat teraz, bo jest okropnie późno i jeszcze nie do końca udało
    mi się to wszystko uchwycić.
    Faulknerowi zawdzięczam bez wątpienia bardziej krytycne podejście do lektury,
    nie tak emocjonalne, jakie miało miejsce u mnie do niedawna.
    Dziękuję za rekomendację.
    Nieco zmęczona D.
    Ps.
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 01.05.05, 10:13
    > I chyba główną cechą łączącą obie te powieści jest fatalizm i nieodwołalna
    > konieczność podążania za przeznaczeniem.

    Dla mnie te dwa opowiadania sa opowiadaniami o ucieczce (kochankowie uciekaja od
    tego, do czego dazy Stary (Stary ucieka od tego, do czego daza kochankowie))
    oraz o niemozliwosci zrealizowania w zyciu idealow.
    Azeby je glebiej zrozumiec trzeba, moim zdaniem, czytac je razem.

    > Czytając Starego
    > odczułam na nowo przyjemnośc czytania powieści egzystencjalnej, bo przecież
    > postawa głównego bohatera jest na wskroś zgodna z regułami
    > egzystencjonalistów.

    Nie wiem o jakich regulach piszesz:)
    Dla mnie regula jego postepowania jest ucieczka od wartosci, a raczej ucieczka
    od kleski, ktora moze go spotkac jesli by chcial o nie walczyc, to taki tchorz &
    konformista (w przeciwienstwie do pary kochankow), dla mnie nedzna kreatura.
    Nie wiem czy egzystencjalisci podpisaliby sie pod jego postepowaniem :)


    > Dzikie palmy są powieścią o miłości, a
    >
    > ja mam jakiś dziwny uraz do tego typu problematyki. Jest ona dla mnie zawsze w
    > jakiś sposób zafałszowana i trącąca banałem,

    Dzikie palmy czytalem z sympatia dla glownych bohaterow (Stary (jako osoba) mnie
    meczyl).
    Dzikie palmy sa opowiadaniem o milosci, ale opowiadaniem
    symboliczno-realistycznym (np.symboliczny czarny wiatr) (podobnie jak Stary),
    nie czysto realistycznym (warstawa symboliczna jest nadrzedna, realizm jest jej
    podporzadkowany) i trzeba podczas czytania miec to na uwadze.
    Poza tym wszystkim opowiadania te laczy np.zlosliwosc autorska w stosunku do
    konformistow (bajeczny opis doktora i jego zony z Dzikich palm).
    Dziwne sa dla mnie Twoje slowa niecheci do ksiazek o milosci, poniewaz wiem, ze
    uwielbiasz Marqueza, u ktorego jest to jeden z centralnych tematow (patrz
    np.Milosc w czasach cholery).

    Pozdrawiam lekko pochmurnie (ale z tendecja sloneczna) :)

    PS. Ciesze sie, ze zaczelas czytac Faulknera :)
  • Gość: daria13 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 01.05.05, 10:41
    W odbiorze literatury wspaniałą rzeczą jest to, że pozwala na ogromne
    rozbierzności:) We mnie bohater Starego budził od początku do końca bardzo
    ciepłe uczucia i jego postawy nie odbierałam ani przez chwilę jako tchórzostwo.
    Niestety nie mam teraz czasu rozwinąć tej myśli, ale obiecuję to zrobić przy
    najbliższej nadarzającej się sposobności.
    I dla takich nieraz możliwości konfrontacji naszych doznań ze spotkania z
    kisążką, między innymi, fajnie jest czytać:)
    U mnie też pogoda nie może się wyklarować, ale wreszcie jest zdecydowanie
    ciepło, tak więc pozdrawiam:)
    Ps.
    Miłosza też przeczytałam, za co już dziękowałam:)
  • Gość: daria13 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 01.05.05, 23:29
    W moim odczuciu to Wilbourne jest tchórzliwy, bierny, szamoczący się z
    przeznaczeniem, niezdolny do podjęcia najważniejszych decyzji, natomiast
    bohater Starego to nieustraszony pogromca krokodyli, ktoś odpowiedzialny i
    uczciwy do granic paranoi. Dramat obydwu bohaterów jest dramatem rozbitków i to
    ich łączy, ich wspólnym wrogiem jest społeczeństwo, posługujące się takimi
    środkami, jak pieniądz i opinia publiczna. Bohater Starego znalazł spokój, a
    nawet pewne zadowolenie w swojej egzystencji,wbrew społeczeństwu, ale właśnie
    to społeczeństwo mobilizuje wszystkie siły, żeby mu powrót do tej egzystencji
    uniemożliwić. Wysoki więzień jest do bólu konsekwentny i pogodzony z losem,
    oczywiście jego upór zakrawa na szaleństwo, ale w tym szaleństwie jest metoda.
    Masz rację, że momentami jego postawa jest drażniąca, ale dla mnie nie świadczy
    ona o jego małości, a wręcz przeciwnie.
    Stary nawiązuje, w moim odczuciu do teorii egzystencjalizmu z racji całkowitej
    niechęci do podjęcia wysiłku zmiany swojego życia, bezwolności i poddania się
    prądom tego życia. I być może, gdyby wysoki więzień nie był obarczony
    odpowiedzaialnością za kobietę, którą uratował, nie byłby bohaterem tak godnym
    sympatii. Ja tam go lubię:)
    Faulkner jest pisarzem hermetycznym, ale jego skomplikowane formy literackie
    nie są sztuką dla sztuki i mają swoje wewnętrzne pokrycie, którego po
    przeczytaniu pierwszej połowy Dzikich palm zupełnie jeszcze sobie nie
    uświadamiałam. Rzeczywiście obie te opowieści w jakiś sposób tłumaczą jedna
    drugą, aczkolwiek myślę, że osobno też by się obroniły. Dzikie palmy zalatują
    momentami melodramatem, dlatego początkowo trochę mnie drażniły, ale po
    przeczytaniu całości, wiem że były to zabiegi zamierzone przez autora. Ogólna
    ocena wysoka, a jednocześnie od dawna nie czytałam książki tak krytycznie, a
    przez to głęboko. Dziękuję Ci, chyba po raz kolejny.
    Na zakończenie odnośnie Marqueza. Jego książki rzeczywiście często poruszają
    temat miłości, ale tam miłość jest jednym z elementów całości, a nie
    najważniejszym podmiotem, dlatego mnie to nie drażni:)
    Pozdrawiam dobranockowo:)
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 02.05.05, 09:41
    > W moim odczuciu to Wilbourne jest tchórzliwy, bierny, szamoczący się z
    > przeznaczeniem, niezdolny do podjęcia najważniejszych decyzji,

    W moim odczuciu Harry nie jest tchorzliwy, ale niekonsekwentny, a ta
    niekonsekwencja sprawia, ze jest bierny i sie szamoce. Mimo tego, ze odrzuca typ
    moralnosci reprezentowanej np. przez doktora to jednak ma w zwiazku z tym
    glebokie poczucie winy, oczekuje kary i ja prowokuje. Jest jednak otwarty na
    wartosci, czego nie mozna powiedziec o starym wiezniu, ktory jest do bolu
    konsekewntny w swoim dazeniu, do stabilizacji i bezpieczenstwa, a wszelkie
    koszty (samograniczenie,szalenstwo,slepota,etc.)sie nie licza.

  • Gość: daria13 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.05.05, 10:04
    Hmmm. Muszę to przemyśleć. Co do Harry'ego, to może rzeczywiście powinnam
    zrewidowć swoje stanowisko, może byłam dla niego za mało wyrozumiała:), ale
    wysoki więzień nadal jawi mi się raczej w roli heroicznej, a już z pewnością
    nie konformistycznej. Przemyślę to sobie jeszcze, bo trochę mi teraz
    namieszałeś:).
    Tymczasem:)
    Lekko skonfudowana D.
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 02.05.05, 23:56
    Jestem naprawde ciekawy Twoich przemyslen:)
    Co do mnie, to podtrzymuje swoje zdanie na temat wieznia.
    W miedzyczasie przypomnialem sobie (btw.czytalem to juz jakis czas temu, ale
    obecnie, dzieki Twojej recenzji dosc intensywnie mysle o tych 2 historiach), ze
    kluczowym (jednym z kuczowych) tematów (btw.2.ta ksiazka jest dosyc krotka, ale
    b.gesta,znajduje sie tam wiele tematow do przemyslen) jest tutaj kwestia
    pamieci, a raczej stosunek do niej dwoch bohaterow, a jeszcze precyzyjnej ich
    motywy w tym zakresie (tj.stosunku do pamieci).
    Koncze, bo skleily mi sie oczka :)
    Pozdrowienia :)
  • Gość: daria13 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.05.05, 21:54
    Im więcej myślę o naszych różnicach poglądowych w kwesti odbioru Dzikich palm i
    Starego, tym bardziej mnie nurtuje czy:
    a) nie mylą Ci się te opowieści, bo dawno je czytałeś,
    b) czy mnie nie podpuszczasz.
    Postawy obydwu bohaterów: Harrego i wysokiego więźnia są jednak w moim odczuciu
    wyrażnie na nie i na tak. Są tak oczywiste i jednoznaczne, że różnica
    diametralna w ich odbiorze jawi mi się niemal jak prowokacja. Toż Harry nie
    dość, że nie umiał walczyć o swoja kobietę i swoje dziecko, a w efekcie braku
    zdecydowania doprowadził do śmierci obojga, to więzień, nie dość, że bez
    jakichkolwiek umiejętności, czy doświadczeń, przyjął na świat dziecko, uratował
    życie kobiecie i zaopiekował się nimi od początku do końca. Był
    nieprawdopodobnie konsekwentny i odpowiedzialny. Może aż do bólu, ale jednak
    prawdziwie. Czy wyobrażasz sobie przeciętnego mężczyznę obierającego poród w
    takich warunkach, w jakich zrobił to bohater Starego, przecinający pępowinę
    przy pomocy pociętej puszki? Bo ja nie. Dla mnie to jest coś nadzwyczajnego i
    co by nie powiedzieć heroicznego. Im więcej o nim myślę, tym bardziej go
    podziwiam.
    Muszę kończyć, ale jutro postaram się rozwinąć obronę więżnia:)
    U mnie zanosi się na niezłą burzę, a u Ciebie?
    Pozdrawiam przedburzowo:))))
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 03.05.05, 23:27
    > Im więcej myślę o naszych różnicach poglądowych w kwesti odbioru Dzikich palm i
    >
    > Starego, tym bardziej mnie nurtuje czy:
    > a) nie mylą Ci się te opowieści, bo dawno je czytałeś,
    > b) czy mnie nie podpuszczasz.

    Nie jest ze mna tak zle :P -nie myla mi sie opowiadanka i nie podpuszczam :)
    Jesli juz mowisz o podpuszczaniu to wg mnie Mr.Faulkner podpuszcza (robi to
    b.dyskretnie).
    Dla mnie (oraz obawiam sie, ze dla Mr.F.) wazniejsze sa motywy dzialania
    bohaterow, dla Ciebie chyba sama aktywnosc glownych sprawcow, stad moze roznica
    w odczuciach i ocenie.

    > Postawy obydwu bohaterów: Harrego i wysokiego więźnia są jednak w moim
    > odczuciu wyrażnie na nie i na tak.

    U mnie jest na odwrot, wiezien mnie odstrecza (powody juz podalem-nie liczy sie
    dla niego wolnosc, sprawiedliwosc, milosc, ale jedynie jego dobre samopoczucie,
    mozliwe jedynie w warunkach wieziennej stabilizacji (bo to chory gosciu), zycie
    pozbawione uczuc oraz nadziei), Harry'emu kibicuje (jest oczywiscie
    niedosokonaly (jak kazdy z nas) i niestety slaby, jednak tkwi w nim pragnienie
    przemiany swojego zycia, nadania mu wartosci, wzniesienia sie ponad swoje
    ograniczenia i co tam jeszcze), co w pewien sposob mu sie przeciez udaje.
    Oczywiscie ponosi kleske, jednak czy to jest kleska ostateczna? To jest pytanie!
    Stary odnosi sukces. Jednak jest to (wg mnie)zalosny sukces.

    > Toż Harry nie
    > dość, że nie umiał walczyć o swoja kobietę i swoje dziecko, a w efekcie braku
    > zdecydowania doprowadził do śmierci obojga, to więzień, nie dość, że bez
    > jakichkolwiek umiejętności, czy doświadczeń, przyjął na świat dziecko, > uratował
    >
    > życie kobiecie i zaopiekował się nimi od początku do końca. Był
    > nieprawdopodobnie konsekwentny i odpowiedzialny. Może aż do bólu, ale jednak
    > prawdziwie. Czy wyobrażasz sobie przeciętnego mężczyznę obierającego poród w
    > takich warunkach, w jakich zrobił to bohater Starego, przecinający pępowinę
    > przy pomocy pociętej puszki? Bo ja nie. Dla mnie to jest coś nadzwyczajnego i
    > co by nie powiedzieć heroicznego. Im więcej o nim myślę, tym bardziej go
    > podziwiam.

    Patrzac pod tym katem masz moze i racje, jednak dla mnie wazniejsze sa motywy
    niz samo dzialanie.

    Powtorze, ze uwazam, ze bardzo wazny jest (moim zdaniem) obok ich stosunku do
    wartosci rowniez ich stosunek do pamieci; tutaj znajduje sie wg mnie klucz do
    wlasciwej oceny ich postepowania.

    Pozdrawiam:)
    PS. Burze z piorunami byla wczoraj, dzis jest cisza.

  • Gość: daria13 IP: *.medical / *.crowley.pl 04.05.05, 14:56
    > U mnie jest na odwrot, wiezien mnie odstrecza (powody juz podalem-nie liczy
    sie
    > dla niego wolnosc, sprawiedliwosc, milosc, ale jedynie jego dobre
    samopoczucie,
    > mozliwe jedynie w warunkach wieziennej stabilizacji (bo to chory gosciu),
    zycie
    > pozbawione uczuc oraz nadziei)

    Zupełnie się z Tobą nie zgadzam, jesteś niezwykle okrutny w ocenie więźnia.
    A najbardziej niesprawiedliwy jest Twój zarzut, że nie liczy się dla niego
    sprawiedliwość;) Toż on właśnie w imię sprawiedliwości rezygnuje z wolności. O
    nieliczeniu się z miłością też trudno tu mówić, bo ewidentnie, od początku
    wiadomo było, że z uratowaną przez niego kobietą nie połączy go uczucie, nawet
    nie do końca wiem dlaczego, ale dla mnie było to jakoś oczywiste.
    Dla mnie więzien jest z pewnością ułomny, ograniczony umysłowo i przez to
    dziecinnie naiwny i nieprzystosowany. Stąd się bierze jego brak zdecydowania,
    uległość wobec zrządzeń losu, ogólnie poddanie, ale nie z wygodnictwa, tylko z
    ograniczenia.On działa instynktownie, dla nas często irracjonalnie, ale
    jednocześnie umie dokonać wyboru, kiedy od niego zależy los drugiej osoby. To
    taki prostaczek boży, może godny politowania z punktu widzenia człowieka
    rozumnego i cywilizowanego, ale na pewno nie konformista. A może jestem w
    błędzie;)
    W świetle tego wszystkiego, to właśnie Harry, wykształcony, inteligentny, choć
    nie błyskotliwy, powinien bardziej odpowiadać za siebie i za kobietę, która w
    końcu oddała się jego opiece, porzucając dla niego wszystko. Piszesz o
    motywach; dobrymi intencjami piekło jest wybrukowane (czy jakoś tak;).
    Być może idziesz dobrym tropem, próbując rozważyć ich stosunek do pamięci. Oni
    obydwaj jakby nie mieli pamięci,dla mnie są jakby ludźmi bez przeszłości, Harry
    przez swój brak umiejętności jakiegokolwiek angażowania się uczuciowego, do
    momentu poznania Charlotte, więzień chyba przez to, że nie zdążył tak naprawdę
    osiągnąć dojrzałości, nabrać doświadczeń życiowych innych niż w rzeczywistości
    więziennej. I znowu jakby usprawiedliwia to więźnia a nie Harrego. To prawda,
    że miłość do Charlotte obudziła w nim pragnienia przemiany życia, nadania mu
    wartości, tylko dlaczego jest przy tym wciąż taki bierny i niezdecydowany.Jego
    heroizm, z jakim odrzuca oferowaną przez męża Charlotte pomoc, też jakby
    niczemu nie służy i też zwalnia go z dalszego decydowania o sobie. Dla mnie
    Harry jest jakoś mimo wszystko nijaki i jego wielka, romantyczna miłość też
    taka nijaka jest.Choć może skądinąd nie było nikogo, kto mógł go wcześniej
    nauczyć odczuwania, ale świat pełen jest ludzi niekochanych w dzieciństwie,
    którzy wyrośli na pełnokrwistych i pełnowartościowych osobników. Sama już nie
    wiem;(
    Podejrzewam, a właściwie jestem pewna, że Faulkner celowo tak skonstruował
    swoich bohaterów, żebyśmy się tak męczyli, próbując ich rozgryźć, a być może
    nie jest w ogóle możliwe jednoznacznie i jasno potępić lub usprawiedliwić
    jednego lub drugiego. I o to właśnie chodzi:))))
    Przydałaby się jeszcze jakaś postronna i obiektywna ocena osoby trzeciej, ale
    nikt z moich znajomych nie czytał tych akurat powieści, a z naszymi problemami
    interpretacyjnymi najwyraźniej zostaliśmy w tym wątku sami:)))
    Pozdrawiam w strugach ulewnego deszczu:)))
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 04.05.05, 22:02
    > jesteś niezwykle okrutny w ocenie więźnia.

    Staram sie stosowac jedynie rowna miare w ocenie obydwu skazanych. Twoja obrona
    wieznia ze Starego sprowadza sie dla mnie do stwierdzenia, ze nie mozemy od
    niego zbyt wiele wymagac, bowiem jest to czlowiek ograniczony, postepujacy
    instynktownie. Ten argument jest dosyc fatalny, bo wlasciwie zamyka dyskusje.

    > A najbardziej niesprawiedliwy jest Twój zarzut, że nie liczy się dla niego
    > sprawiedliwość;) Toż on właśnie w imię sprawiedliwości rezygnuje z wolności.

    On sprawiedliwosc ma w d...uzym powazaniu- dlatego bedzie siedzial kolejne 10
    lat, a co mu tam, wygodnie mu, bo przyzwyczail sie, dla niego to wszystko jedno
    ile bedzie siedzial.

    > ewidentnie, od początku
    > wiadomo było, że z uratowaną przez niego kobietą nie połączy go uczucie, nawet
    > nie do końca wiem dlaczego, ale dla mnie było to jakoś oczywiste.

    Mnie intryguje natomiast to pytanie, dlaczego? Mam taka odpowiedz, to byloby dla
    niego niewygodne, moglby stracic swoja mala stabilizacje i absurdalny komfort.

    > umie dokonać wyboru, kiedy od niego zależy los drugiej osoby.

    Nie chce zaangazowac sie emocjonalnie, to mu sie nie oplaca.

    > Oni
    > obydwaj jakby nie mieli pamięci

    Alez nie.
    Jednakze tutaj jest istotna roznica pomiedzy wiezniami.
    Harry bedzie wspominal przeszlosc z Szarlotka i bedzie heroicznie nieszczesliwy,
    w imie swojej milosci. Pamiec go w jakis sposob oczyszcza.
    Wiezien natomiast bedzie obwinial swoja dziewczyne o to, ze zrealizowal swoj
    obledny plan i wpakowal sie do wiezienia oraz bedzie obwinial wszystkie kobiety,
    ze sa okrutne (i wychodza za maz za innych). Ostatni, pogardliwy okrzyk jest
    symptomatyczny. Pamiec go pograza. Jest zalosny.

    Pozdrawiam :)
  • Gość: daria13 IP: *.medical / *.crowley.pl 05.05.05, 13:19
    Dobrze, kolejne przemyślenia. Zmusiłeś mnie do przyjrzenia się Harremu i
    dlatego przeczytałam raz jeszcze informacje dotyczące jego przeszłości sprzed
    Charlotte. I rzeczywiście muszę przyznać, że jego wczesna młodość jawi się tak
    nieszczęśliwie i jałowo, że zaczynam rozumieć dlaczego tak bez reszty oddał się
    nieszczęsnej miłości do nie mniej nieszczęsnej Charlotte. On po prostu miał
    pecha, że trafił na niezrównoważoną emocjonalnie kobietę, bo za taką mam
    Charlotte.Zbyt trudne i wymagające uczucie spadło na człowieka całkowicie
    pozbawionego doświadczeń, więc to może moja ocena jego postępowania jest zbyt
    okrutna.
    Co do więźnia, mam do Ciebie pytanie: dlaczego on tak obsesyjnie pilnował łodzi?
    Ja mam swoją koncepcję, ale interesuje mnie Twoja.
    Ostatnie zdanie ze Starego to jednakowoż nie pogardliwy okrzyk:
    - Kobiety - powiedział wysoki więzień.
    Można to interpretować na wiele sposobów.
    Swoją drogą intryguje mnie, dlaczego on jest bezimienny. Czy to tylko maniera
    pisarska, czy może coś więcej.
    I jeszcze rzecz, która mnie niezwykle frapuje: czy tak diametralna różnica w
    interpretacji tych powieści wynika z zamierzonej przez Faulknera komplikacji
    charakterów głównych bohaterów i ich losów, czy może ze znacznej różnicy
    naszych (Twojego i mojego, znaczy;)charakterów i postaw, hmmmm:)
    Pozdrawiam:)
  • sutekh1 05.05.05, 13:30
    niestety czytanie książki a pisanie książki to przepaść różnicy.
  • Gość: itek IP: *.wi.tuniv.szczecin.pl 05.05.05, 14:15
    Teraz mam malo czasu wiec nt. oczywistosci:

    > Ostatnie zdanie ze Starego to jednakowoż nie pogardliwy okrzyk:
    > - Kobiety - powiedział wysoki więzień.
    > Można to interpretować na wiele sposobów.

    U Faulknera mamy:
    "Women, shit," the tall convict said.

    Jest w tym duzo pogardy, chyba sie zgodzisz? Inaczej ta scena wg mnie w ogole
    nie ma sensu.

    Pozdrawiam
  • Gość: daria13 IP: *.medical / *.crowley.pl 05.05.05, 16:00
    To diametralnie zmienia cały kontekst. Ja czytałam tłumaczenie pani Kaliny
    Wojciechowskiej i niewykluczone, że jako kobieta postanowiła ominąć to małe
    słówko:)))
    To kategorycznie namieszało mi teraz w głowie; jak jedno słowo może zmienić
    wymowę sceny, a może nawet całej powieści. Zakończenie w moim tłumaczeniu było
    dla mnie mało znaczące, teraz widzę, że może ominęłam bardzo ważny wątek.
    Dla mnie od początku wątek kobiecy w Starym był jednak drugoplanowy. Weź pod
    uwagę, że więzień od początku złożeczył pismakom, których wskazówkom uwierzył
    przy planowaniu napadu na pociąg.Wątek z niedoszłą narzeczoną też w moim
    odczuciu był bardzo marginalny, autor poświęcił mu bodajże pół strony, no może
    jedną. Myślę, że te niektóre moje problemy interpretacyjne mogą też wynikać z
    nieznajomości stylu Fauknera, który czasami najważniejsze informacje umieszcza
    właśnie tak niby na marginesie. Spotykam się z tym po raz pierwszy i jeszcze
    trudno mi się z tym pogodzić:).
    Dawno już żadna książka nie zabiła mi takiego ćwieka, choć to po części też
    trochę Twoja wina;). Muszę się przyznać, że mi się to nawet bardzo podoba.
    Pozdrowienia pochumrne i zimne (to odnośnie, rzecz jasna, pogody na zewnątrz:)))
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 05.05.05, 19:34
    > On po prostu miał
    > pecha, że trafił na niezrównoważoną emocjonalnie kobietę, bo za taką mam
    > Charlotte.

    Szarlotka po prostu ma silniejsza osobowosc niz Harry i dominuje w ich zwiazku
    przeforsowujac swoje poglady na milosc- "Love and suffering are the same thing,
    and that the value of love is the sum of what you have to pay for it and any
    time you get it cheap you have cheated yourself." (Tak przeciez mowi do Harrego).
    Nie jestem pewien czy mamy tu do czynienia z niezrownowazeniem emocjonalnym.
    Zaintrygowalas mnie tym stwierdzeniem :)), jestem zatem ciekawy jak oceniasz
    kobiete ze Starego (ciekawe czy Twoj poglad jest rownie zdecydowany ?).

    > Co do więźnia, mam do Ciebie pytanie: dlaczego on tak obsesyjnie pilnował łodzi?

    Musze sie troche nad tym zastanowic, zeby uzasadnic swoj poglad. Wrocimy do
    tego, dobrze?

    > Swoją drogą intryguje mnie, dlaczego on jest bezimienny. Czy to tylko maniera
    > pisarska, czy może coś więcej.

    To ma znaczenie, Faulkner jest pod tym wzgledem (ale nie tylko) podobny do
    Dostojewskiego. Wydaje mi sie, ze on (tj.wiezien ze Starego) ma po prostu
    rozmaite braki :) (jednym z nich jest brak nazwiska). Ma takze niewatpliwie
    znaczenie nazwisko Harrego- Willbourne (bliskie- will born).

    > czy tak diametralna różnica w
    > interpretacji tych powieści wynika z zamierzonej przez Faulknera komplikacji
    > charakterów głównych bohaterów i ich losów, czy może ze znacznej różnicy
    > naszych (Twojego i mojego, znaczy;)charakterów

    Wydaje mi sie, ze Faulkner nie zamierza niepotrzebnie komplikowac swoich
    opowiesci, daje przeciez nam trop w postaci splecionytch ze soba 2 opowiesci,
    dzieki czemu mozemy glebiej przyjrzec sie bohaterom (na zasadzie luster: Harry
    jest lustrem dla wieznia i vice versa) i wlasnie z uwagi na glebokosc wejrzenia
    Faulknera zarysowaly sie u nas roznice w odbiorze.
    A swoja droga charaktery pewnie mamy rozne :)
    Pozdrawiam:)
    Sloneczko swieci, ale nie grzeje-dziwna rzecz :)

  • Gość: daria13 IP: *.medical / *.crowley.pl 06.05.05, 14:35
    O kobiecie ze Starego nie da się właściwie nic powiedzieć, bo autor nie dał
    nam prawie żadnych informacji o niej, ani o jej charakterze, myślę, że
    dlatego, iż te informacje nie są w tym przypadku potrzebne. Ona zaistniała
    wyłącznie po to, żeby więzień mógł się wykazać heroizmem i odpowiedzialnością.
    Kobieta jest całkowicie bezbronna, bezwolna i zdana na jego łaskę, której on
    jej nie odmawia.
    Próbując odnaleźć jakąkolwiek informacje o kobiecie znalazłam fragment, w
    którym po raz pierwszy pada pytanie, dlaczego więzień nie chce uciekać:
    "Ale przede wszystkim myślał o swoim charakterze (dwa lata temu proponowano mu
    objęcie funkcji grupowego. NIe potrzebowałby już orac ani karmić bydla, tylko
    chodziłby za tymi, którzy to robią, z nabitą strzelbą. Odmówił. "Wolę zostać
    przy pługu - powiedział bez najmniejszej zgryźliwości. - Już raz próbowałem
    użyć karabinu, o jeden raz za dużo"), o swoim dobrym imnieniu,
    odpowiedzialności, nie tylko wobec tych, którzy byli za niego odpowiedzialni,
    ale wobec samego siebie, o własnym honorze, który wymagał zrobienia tego, czego
    od niego żądano, o dumie, że potrafi to zrobić bez względu na trudności".
    Myślę, że ten fragment świadczy o nieco innych motywach więźnia niż wygodnictwo
    i konformizm. Co Ty na to?
    Pamiętam też jego upór przy tym, żeby nikogo o nic nie pytać, bo to równałoby
    się proszeniu o pomoc, a w jego mniemaniu o pomoc się nie prosi, można ją
    przyjąć z wdzięcznością, jeśli ktoś ją okaże, ale nigdy nie prosić. To postawa
    mało praktyczna, ale w moim odczuciu bardzo męska i imponująca.
    Choć rzeczywiście jego stosunek do kobiet pozostawia wiele do życzenia.

    Pozdrawiam wciąż czekając na słońce, choćby nawet nie grzało, ale niech
    wreszcie zaświeci:)
  • Gość: itek IP: *.wi.tuniv.szczecin.pl 06.05.05, 16:43
    Powyzszy fragment wlasnie swiadczy (wg mnie) o jego wygodnictwie. To czlowiek,
    ktory nie chce wybierac (funkcja grupowego wiazalaby sie z koniecznoscia
    dokonywania wyboru), bo pewnie ma swiadomosc, ze to bedzie go cos kosztowac,
    chce natomiast sluchac (i jest z tego na dobitke dumny), bo to go mniej kosztuje
    (a moze nawet nic nie kosztuje).

    Za oknem pada nie pada pada nie pada pada nie...
    Zupelne wariactwo :)

  • Gość: daria13 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 06.05.05, 19:15
    Nie, nie, nie!!! przytoczyłam chyba najlepszy fragment popierający moją
    interpretację, a Ty wybrałeś z niego jedno zdanie, które przeinacza i wypacza
    całą wymowę tej sceny! On nie chciał przyjąć funkcji, ponieważ był skromny,
    niepewny siebie, zżyty ze współwięźniami. Nie chciał nikim dowodzić, ani się
    wywyższac. To człowiek totalnie skromny i uczciwy. I właśnie głównie o jego
    uczciwości mówi ten fragment. Jak możesz tego nie widzieć?
    Ok. poniosło mnie trochę, sorry:) Muszę w takim razie rozszerzyć ten fragment o
    jego początek, choć myślałam, że tyle wystarczy:):
    "Myślał o tym, co było jego domem, w którym żył prawie od dzieciństwa, o
    kolegach do których przywykł i którzy przywykli do niego, o miłych sercu polach
    i do pracy, którą nauczył się dobrze wykonywać, o mułach, których charaktery
    znał i szanował, tak jak znał i szanował pewnych ludzi (...)".
    Najbardziej go lubię za te muły:).
    Cały poprzednio przeze mnie cytowany fragment świadczy o jego niemal
    patologicznej uczciwości. Gdybyś pominął kawałek o propozycji grupowego (który,
    moim zdaniem bardzo błędnie zinterpretowałeś, wybacz;), czy nie tak należałoby
    spojrzeć na ten fragment?
    U mnie konstans; zimno i pochmurno, jednym słowem do bani;(
    Pozdrowienia:)
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 06.05.05, 19:59
    On ma cos z tego mula, pewnie wsrod mulow czulby sie lepiej niz wsrod ludzi.
    Gdyby byl mulem bylby pewnie uczciwym mulem :), ale jest czlowiekiem, zatem
    konformista uciekajacym od decyzji.


  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 06.05.05, 18:01
    > O kobiecie ze Starego nie da się właściwie nic powiedzieć, bo autor nie dał
    > nam prawie żadnych informacji o niej, ani o jej charakterze,

    O tej kobiecie ze Starego da sie jednak cos powiedziec, ona dowodzi wiezniem
    (wiezien caly czas wykonuje jej rozkazy) i jest od niego na pewno
    inteligentniejsza i trzezwiejsza. Pomiedzy nimi jednak

    > Pamiętam też jego upór przy tym, żeby nikogo o nic nie pytać, bo to równałoby
    > się proszeniu o pomoc, a w jego mniemaniu o pomoc się nie prosi, można ją
    > przyjąć z wdzięcznością, jeśli ktoś ją okaże, ale nigdy nie prosić. To postawa
    > mało praktyczna, ale w moim odczuciu bardzo męska i imponująca.

    Postawa, w ktorej potrzebujacy pomocy nie prosi o pomoc jest glupia, a nie
    meska. To jest dewiacja meskiej postawy, ktora ma miejsce wowczas, gdy mozemy
    (lub mamy realne przeslanki) poradzic sobie sami i nie wzywamy zbytecznie
    pomocy. Czy uznasz za postawe godna mezczyzny sytuacje w ktorej weze ukasilyby
    wieznia (mogloby sie tak przeciez stac; co ciekawe bylo mu to obojetne- czy w
    tym momencie tez jest wg Ciebie meski, czy moze glupi?), a on nie szukalby
    pomocy i zginal marnie. A swoja droga ciekawa jest ta scena na wyspie pelnej
    wezy-symboliczna, no nie? Jak ja wytlumaczysz?

    Pozdrawiam


  • braineater 06.05.05, 19:00
    jak na człowieka cokolwiek znudzonego literaturą, to nader kreatywnie sie
    nudzisz:)
    Pozdrowienia:)
    --
    This is what I have instead of a life.
  • Gość: daria13 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 06.05.05, 19:27
    W którym momencie kobieta dowodzi więźniem? Ja sobie nie przypominam.
    >Pomiedzy nimi jednak..
    Coś Ci chyba urwało w poprzednim poście:))))A tak się ciekawie zaczynało.
    Polecam się:)
    Co do postawy zakładającej nieproszenie o pomoc, to napisałam, że jest ona
    niepraktyczna, a nawet nie bójmy się użyć tego słowa, głupia (bo więzień jest
    głupi, już o tym wcześniej pisałam)ale jednak jakoś tak honorowa, w tym nieco
    wiejskim, a właściwie chłopskim, tego słowa znaczeniu. I jednak w moim odczuciu
    świadcząca o jego twardym charakterze. Mentalność głupia, ale honorowa.
    Scenę z wężami muszę sobie przemyśleć, tak jak Ty musiałeś sobie przemyśleć
    kwestię łódki, a którymi to przemyśleniami nie byłeś jeszcze łaskaw się
    podzielić, bo chyba nie chodzi o to, że nic jeszcze nie wymyśliłeś:)))))))
    Pozdrawiam zmierzchem majowym:)
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 06.05.05, 19:52
    1.Kobieta mowi mu co ma robic, bo jest trzezwiejsza, a on bez szemrania wykonuje
    jej polecenia, bo jest glupi (jesli chodzi o porod, ale nie tylko). Tak to widze.
    2.Urwalo sie przypadkowo. Chodzilo mi o to, ze on marzy o kobiecie (przyznaje
    sie przeciez w ktoryms miejscu, ze 10 lat bez kobiety to dla niego problem :)),
    ale o ironio losu, ona za chwile bedzie rodzic i wielka lipa, jego marzenia sa
    nie spelnia.
    3. Nie mam niestety zadawalajacej interpretacji kurczowego trzymania sie lodki
    przez wieznia, ale wydaje mi sie, ze on na niej przezyl cos, czego nie chce
    utracic (cos w zwiazku z kobieta), a tak sie stanie (zapomni) jesli straci te lodke.
    Czekam na Twoj komentarz :)

    Pozdrawiam
  • Gość: daria13 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 06.05.05, 20:20
    1. Kobieta instruuje go tylko w kwestii porodu, bo trudno żeby facet, który
    zatrzymał się na etapie nie do końca rozwinietego dziewiętnastolatka umiał
    sobie sam z siebie poradzić w takiej sytuacji. Powiem więcej, prawdopodobnie
    żaden facet nie umiałby sobie poradzić w takiej sytuacji i w takich warunkach:)
    2. Każdy, w miarę normalny mężczyzna pragnie kobiety po długiej przerwie, więc
    trochę trudno winić go za odrobinę rozczarowania, jaką niesie ze sobą jej
    stan:)))
    3. Więzień trzyma się kurczowo łódki, bo jest obsesyjnie uczciwy. Porzucenie,
    czy utrata łódki obciążyłaby jego konto, była to własność państwowa, za którą
    czuł się odpowiedzialny, bo została powierzona jego opiece. Była w jakimś
    sensie jego gwarancją, że nie zostanie posądzony o ucieczkę i przywłaszczenie
    sobie czyjejś własności,była też łącznikiem wiążącym go z jego życiem, takim do
    jakiego przywykł i jakie, nie bójmy się użyć tego słowa, pokochał, hough!!!!
    (jak to właściwie mówili Indianie?).
    Pozdrawiam:)
  • Gość: daria13 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 06.05.05, 21:02
    Aha, jeśli idziemy tropem zwierciadlanych odbić,to łódka jest odbiciem
    znalezionego przez Harrego portfela, jak sądzę:)
    Jeszcze nie miałam niestety czasu przemyśleć węży, ale zrobię to na pewno.
    Tymczasem:)
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 06.05.05, 21:51
    1.Kobieta instruuje go nie tylko w kwestii porodu (np. mowi mu co ma zrobic,
    zeby mogla zejsc z drzewa, on nie podejmuje sam zadnej decyzji).
    3.To co nazywasz uczciwoscia moze byc przeze mnie jedynie nazwane unikaniem
    klopotow, unikaniem nieprzyjemnosci. Idac Twoim sladem moglbym powiedziec, ze
    wiezien nie chce miec nieprzyjemnosci w zwiazku z przywlaszczeniem lodki (w tym
    rowniez przejawia sie jego choroba).

    Pozdrawiam
  • Gość: daria13 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.05.05, 12:21
    > 3.To co nazywasz uczciwoscia moze byc przeze mnie jedynie nazwane unikaniem
    > klopotow, unikaniem nieprzyjemnosci. Idac Twoim sladem moglbym powiedziec, ze
    > wiezien nie chce miec nieprzyjemnosci w zwiazku z przywlaszczeniem lodki (w
    tym
    > rowniez przejawia sie jego choroba).
    Przepraszam, ale jaka choroba? Dla Ciebie przecież jest on wygodnickim
    konformistą, a moja interpretacja jego zachowań polegająca na przypisaniu mu
    ograniczeń umysłowych była dla Ciebie pójściem na łatwiznyę, uproszczeniem i
    zamykała dalszą dyskusję:)O jakiej więc myślisz chorobie?
    Jesteś strasznie uparty;) Nie znam prozy Faulknera, ale odnoszę wrażenie, że
    facet jednak pisał książki bardziej w nurcie męskim, niż na przykład
    romansowym. Myślę więc, że bliższy jemu jest mężczyzna zabijający krokodyle
    gołymi rękami niż rozlazły, nieszczęsny i bierny Harry, nie sądzisz?
    Harry szamocze się z przeznaczeniem, a więzień cały czas za nim podąża (znaczy
    za swoim przeznaczeniem;), za życiem, które sobie wybrał i w którym się
    odnalazł, choćby nam wydawało się ono absurdalne, dla niego takie nie jest.
    Uważam, że właśnie motyw portfel-łódka jest koronnym dowodem na stosunek autora
    do swoich bohaterów. I tu powstaje w naszej dyskusji podstawowe pytanie, czy my
    rozważamy problem : co poeta miał na myśli pisząc te słowa, czyli jaki był
    stosunek Faulknera do swoich bohaterów, czy o to, jaki jest nasz stosunek do
    nich?
    U mnie kolejny dzień pochmurny i deszczowy, zaczynam mieć tego powoli
    serdecznie dosyć, jedyna pociecha, że jest roślinność wciąż bujnienje:)
    Pozdrawiam zielono:)
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 07.05.05, 21:54
    Nie moge przyjac Twojej koncepcji- uczciwosci wieznia. Chce on "uczciwie pozbyc
    sie kobiety". Czy nie sadzisz, ze brzmi to nonsensownie w danym przypadku-
    uczciwe pozbycie sie. Zauwaz, ze nigdzie nie ma mowy o uratowaniu jej, tego on
    nie zamierza zrobic, ale wylacznie pozbyc sie (zgodnie z zasada jego
    postepowania- zrobic wszystko, zeby nie miec klopotow). Nie ma tutaj miejsca na
    takie cos jak odpowiedzialnosc wieznia, ktora jest (w moim przekonaniu)
    warunkiem koniecznym uczciwosci wzgledem drugiej osoby oraz wzgledem siebie samego.

    > Nie znam prozy Faulknera, ale odnoszę wrażenie, że
    > facet jednak pisał książki bardziej w nurcie męskim, niż na przykład
    > romansowym. Myślę więc, że bliższy jemu jest mężczyzna zabijający krokodyle
    > gołymi rękami niż rozlazły, nieszczęsny i bierny Harry, nie sądzisz?

    Ja mam odczucie, ze sympatia autora jest po stronie Harrego- zwroc uwage na
    final obydwu opowiesci- to wg mnie jest koronny dowod, a nie problem lodki
    portfela. Proza Faulknera to wg mnie ani proza meska, ani romansowa, ale
    egzystencjalna,a takie (meska,romansowa) okreslenia nie maja wg mnie w tym
    przypadku sensu (podobnie jak np. w przypadku Daostojewskiego). Proza meska to
    Celine,Hemingway,Bukowski,etc.Romansowa to chyba harlequiny, ale nie mialem
    przyjemnosci :)))

    > I tu powstaje w naszej dyskusji podstawowe pytanie, czy my
    >
    > rozważamy problem : co poeta miał na myśli pisząc te słowa, czyli jaki był
    > stosunek Faulknera do swoich bohaterów, czy o to, jaki jest nasz stosunek do
    > nich?

    W przypadku ksiazek z tzw.gornej polki oprocz wlasnego osobistego stosunku do
    bohaterow, ktory doprecyzowuje sie m.in. w wyniku dyskusji na tym forum :) wazny
    jest dla mnie takze stosunek autorski.

    Pozdrawiam podwieczornie :)
  • Gość: daria13 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 08.05.05, 18:35
    Według mojej interpretacji postawy więźnia, to że jak to nazywasz "chciał się
    pozbyć kobiety" jest właśnie miarą jego odpowiedzialności. Jak on,
    więzień,uznany za uciekiniera, bez zadnych widoków na przyszłość miałby zająć
    się kobietą, ale właściwie on to robi, ratuje ją, obiera jej dziecko, a potem
    przez wiele tygodni zapewnia jej byt, ciężko o to walcząc. Czy uważasz, że
    miałby prawo nie chcieć się jej pozbywać, cały czas dążąc do powrotu do
    więzienia?
    Taki właśnie jest Harry; jedynym rozwiązaniem, aby zapewnić Charlotte
    egzystencję jest przywłaszczenie sobie portfela, później, kiedy traci pracę,
    zamiast aktywnie poszukiwać innej, przesiaduje na ławce w parku. Tej postawie
    przeciwstawia Faulkner sposób zarobkowania więżnia: walkę i zdobywanie skór
    krokodyli, jak i wszystkie ciężkie prace, których się ima po drodze.
    Jeśli nie przekonał Cię fragment, który wcześniej umieściłam o ogromnym
    poczuciu uczciwości więźnia i jego umiłowaniu życia, jakie prowadził na
    więziennej farmie (troche chore, to fakt), jeśli nie przekonał Cię motyw łódki,
    to ja doprawdy nie wiem, co mogłoby Cię jeszcze przekonać.
    Czy nie współczułeś więźniowi, kiedy jego kruchą równowagę i szansę na nowe
    życie, kiedy pierwszy raz miał okazję pracować i zarabiać pieniądze, co go tak
    cieszyło, zburzyło wysadzenie tamy? Czy nie byłeś wtedy po jego stronie, bo ja
    bardzo.
    Jesteś bardzo trudnym i upartym przeciwnikiem, ale może nie powinnam się
    dziwić, bo jeśli kiedyś odebrałaeś tę książkę w taki a nie inny sposób, to
    bardzo trudno byłoby Ci się teraz przestawić, ale ja im dłużej o tym myślę, tym
    bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że Faulkner i ja jesteśmy jednak
    bardziej po stronie więźnia, który nota bene, też pozostawia wiele do życzenia,
    nie powiem.
    A tak przy okazji, nie odpowiedziałeś na pytanie, o jakiej myślałeś chorobie u
    więźnia, a ja niestety kapituluję, jeśli chodzi o symbolikę węży na wyspie.
    Byłabym wdzięczna za oświecenie:)
    Musiałam dzisiaj napalić w kominku, bo było pioruńsko zimno;( Czy u Ciebie też
    tak jest?
    Pozdrawiam mimo wszystko ciepło:)
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 08.05.05, 21:02
    > to że jak to nazywasz "chciał się
    > pozbyć kobiety"

    Slowa "uczciwie chciał sie pobyc kobiety" sa nie moje, ale Faulknera. Zwrocilem
    juz raz uwage na roznice pomiedzy pozbyciem sie kobiety i jej uratowaniem, ale
    jak widze nie bylem przekonywujacy, moze dlatego, ze dla mnie jest oczywistoscia
    gleboko niemoralna postawa wieznia i oczywiscie bardzo niemeska.

    > Taki właśnie jest Harry; jedynym rozwiązaniem, aby zapewnić Charlotte
    > egzystencję jest przywłaszczenie sobie portfela, później, kiedy traci pracę,
    > zamiast aktywnie poszukiwać innej, przesiaduje na ławce w parku.

    > A tak przy okazji, nie odpowiedziałeś na pytanie, o jakiej myślałeś chorobie u
    > więźnia

    > im dłużej o tym myślę, tym
    >
    > bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że Faulkner i ja jesteśmy jednak
    > bardziej po stronie więźnia

    Harry nie jest doskonaly, ale potrafi to co nie potrafi wiezien- zdac sobie
    sprawy ze swojej malosci, pamietac o kobiecie, wybierajac smutek, a nie nicosc
    (to jest domena wieznia- jego choroba- wybor nicosci i optymistyczne poczucie,
    ze jest sie cool, a inni sa beee-doskonaly gosciu we wlasnych oczach) i za to go
    potrafie szanowac, a wiezien jest dla mnie jedynie zalosny.
    Dla mnie jest oczywistoscia, ze Faulkner sympatyzuje z Harrym- wynika to dla
    mnie z tekstu opowiesci.Przekonuja mnie o tym koncowe sceny obu opowiesci oraz
    sam tytul: The Wild Palms :If I Forget Thee, Jerusalem (to po dwukropku to
    fragment psalmu 137, ktory mowi, ze dzien zniszczenia Jerozolimy (w powiesci-
    smierc Szarlotki) byl szczesliwym dniem, gdyz prowadzil do nawrocenia). Nie
    umiem juz tlumaczyc jasniej :)

    > ja niestety kapituluję, jeśli chodzi o symbolikę węży na wyspie.
    Ma to np. na pewno odniesienie biblijne-poczatek czlowieka i waz.

    Dzisiaj probowalem wycieczki rowerowej, ale odpuscilem, co jest prawdziwym
    ewenementem (wietrzysko probowalo zdmuchnac mnie z siodelka).
    Pozdrawiam
  • daria13 09.05.05, 14:53
    Harry wybrał smutek, bo on taki właśnie smutas był.Wybrał smutek wspomnienia,
    bo to była jedyna rzecz w życiu, jaka mu się naprawdę przytrafiła, ale on to
    nie bójmy się tego słowa spie..., to jak nie miał być smutny. Oczywiście
    trywializuję, ale ta jego szamotanina, to ciągłe ocieranie się o sedno i
    niemozność uchwycenia go mnie jakoś irytowało. Więzień, mimo, że w pojęciu
    cywilizowanego człowieka niemądrze, wybrał coś konkretnego, prawdziwego,
    wiedział czego chce i dażył do tego z uporem maniaka, ale był konsekwentny.
    Przemyślałam zakończenie Starego i zastanawiam się nad (tylko się nie śmiej;)
    przecinkiem. Może to nie było obraźliwie o kobietach, tylko z żalem; może on
    pomyślał: no dobra jestem tam gdzie lubię być i dokąd dążyłem, ale zapomniałem,
    że jednak będzie mi brakowało kobiet. Gdyby chodziło o to, że kobiety to gó..,
    to powiedziłby: Women - shit, a nie refleksyjnie :women, shit. Powiedz to sobie
    głośno robiąc pauzę:)))))))))
    Interpretacja wyspy z wężami jakoś zupełnie dla mnie jest niezrozumiała, albo
    trochę pojechałes, albo może spróbuj dokładniej mi wyjaśnić, bo nie wiem, co
    właściwie miałes na myśli, sorry;)
    Swoją drogą, zastanawiam się nad tym, że nasza odmienna interpretacja jest
    jakaś dziwna; Ty -mężczyzna bronisz miękkiego i słabego Harrego, a ja- kobieta
    bronię przygłupiego siłacza. To tym bardziej dziwne, że w życiu prywatnym wcale
    tacy mnie nie pociągają;) A może podświadomie;) Ja w więźniu cały czas wyczuwam
    jakąś taka bardzo chropowatą, chamską, ale jednak dobroć. Hmm, bardzo to
    wszystko intrygujące i KONTROWERSYJNE:))))))))
    Pozdrawiam ciepło, żeby ogrzać trochę ten zimny i wietrzny dzień:)
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 09.05.05, 17:32
    > Harry wybrał smutek, bo on taki właśnie smutas był.

    Twoje slowa swiadcza, ze w ogole nie dostrzegasz przemiany Harrego.Bardzo
    prosze, nie obraz sie, ale mam wrazenie,ze rozmawiam ze slepym o kolorach.

    > Przemyślałam zakończenie Starego i zastanawiam się nad (tylko się nie śmiej;)
    > przecinkiem. Może to nie było obraźliwie o kobietach, tylko z żalem; może on
    > pomyślał: no dobra jestem tam gdzie lubię być i dokąd dążyłem, ale zapomniałem,
    >
    > że jednak będzie mi brakowało kobiet. Gdyby chodziło o to, że kobiety to gó..,
    > to powiedziłby: Women - shit, a nie refleksyjnie :women, shit.

    Znow nie moge sie z Toba zgodzic. Twoje slowa swiadcza wg mnie o zupelnym
    niezrozumieniu postaci wieznia: on (w swoim odczuciu)jest samowystarczalny i nie
    mogl o niczym zapomniec, bo niczego nie pamieta :) On to mowi z pogarda do
    kobiet. Inaczej nie byloby przecinka. Inaczej ta scena nie ma sensu. Jest ona
    skontrastowana z koncowa scena (jakze odmienna) z Dzikich palm.

    Za oknem wyklarowala sie nareszcie pogoda :)
    Pozdrawiam slonecznie

  • Gość: daria13 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 09.05.05, 19:39
    Ok. Przyznaję się, że jestem zbyt mało wyrozumiała dla Harrego, ale to dlatego,
    że chcę go skontrastować z postacią więźnia. To jest biedny, nieszczęśliwy
    człowiek, który ma rzeczywiście dobre chęci, pragnie przemiany, ale brakuje mu
    zdecydowania, zaradności, siły przebicia, jakbyśmy to dziś powiedzieli. Z
    pewnością nie jest zły i z pewnością należy mu współczuć.
    Ale o ile ja mogę się przyznać do tego, że oceniałam Harrego zbyt krytycznie,
    to wydaje mi się, że Ty jednak za dużo wymagasz od więźnia. On chce "uczciwie
    pozbyć się kobiety" (może to nie sarkazm u Faulknera), bo przecież nie może jej
    zabrać do więzienia i nie może jej nic zaoferować. Wiem, że zakończenie Starego
    celowo złagodziłam, pojechałam jak to się mówi, ale to było trochę w formie
    żartu a trochę, żeby spróbować Ci uświadomić, że on nie jest taki zły do końca:)
    Myślę, że nie uda nam się rozstrzygnąć kwestii po czyjej stronie stał Faulkner,
    bo może tak naprawdę i do końca to on nie był tak na sto procent za i przeciw,
    może powinniśmy pójśc na jakiś kompromis i podejść do obu tych postaci z
    większym zrozumieniem,czy choćby z próbą zrozumienia, może Faulkner przedstawił
    nam dwóch facetów, o dwóch różnych postawach życiowych i im obu sugeruje nam
    współczuć, bo obaj mają w sumie przechlapane, tylko każdy inaczej, z innego
    powodu, ale oni obaj przecież znaleźli jakieś ukojenie w tym cholernym
    więzieniu stanowym?
    Zakończenia obu powieści są różne, utrzymane w zupełnie różnym tonie i
    nastroju, bo opowiadają o bardzo różniących się między sobą bohaterach i
    historiach, ale w sumie obaj kończą tak samo, bo Harry nie wygląda na takiego
    do końca przegranego, będzie mógł kontemplować swój smutek do końca dni swoich.
    Ta koncepcja zrodziła się w mojej głowie teraz, znienacka i odruchowo, więc nie
    jest do końca przemyślana, ani przeanalizowana, ale wyniknęła ona w moim
    przypadku z chęci dojścia z Tobą do jakiegoś kompromisu, ale może nie jest ona
    aż tak głupia;)Czy naprawdę ani przez chwilę nie współczułeś więźniowi, nie
    chciałeś, żeby skończył się jego koszmar walki z żywiołem i z ludźmi , którzy
    go nie rozumieją? Ja czytając Dzikie palmy w sumie nie pogardzałam Harrym, ani
    go nie obwiniałam, tylko mu współczułam.
    Czy mógłbyś sprawę przemyśleć pod tym kątem, czy jednak pójdziesz w zaparte z
    tym nieszczęsnym więźniem? Jeśli to drugie, to zrozumiem, ale nie poprę i chyba
    wtedy nie dojdziemy do porozumienia, co zresztą wcale nie jest konieczne:)))
    U mnie też się trochę wypogodziło, może jest jeszcze jakaś nadzieja;)
    Pozdrawiam pełna wiary w poprawę (pogody, znaczy:)))
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 10.05.05, 22:00
    Postawa wieznia jest mi krancowo obca i generalnie mnie on odpycha. Jednak nie
    da sie zaprzeczyc, ze to wlasnie on uratowal zycie ludzkie (sorry za patos), a
    Harry przyczynil sie ... wiadomo do czego. Jedna z refleksji, ktora chcialbym
    sie z Toba podzielic w ramach dialogu nt. tej ksiazki (nie wiem czy sie
    zgodzisz) jest uswiadomienie sobie okrutnej niesprawiedliwosci jaka sie moze
    zdarzyc na swiecie (i ktora sie faktycznie zdarza (czasem)), ze osoba pragnaca
    szczescia osoby najblizeszej i kochajaca ja na swoj (zawsze niedoskonaly) sposob
    moze przyczynic sie do nieszczescia, a nawet smierci ukochanej osoby, natomiast
    ktos inny, zupelnie obcy, niechetny, majacy nawet w pogardzie drugiego czlowieka
    (i caly swiat) moze rownie dobrze (zgodnie z ta pokrecona zasada) byc jego
    wybawicielem, zdobywajac sie na heroizm i ratujac w potrzebie. To taki paradoks,
    mozna to rozwijac, podawac cytaty, analogie (ale mysle ze nie ma potrzeby
    kontynuowac-wszystko wiadomo). To dla mnie nie jest literatura, ale samo zycie...

    Pozdrawiam refleksyjnie
  • Gość: daria13 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.05.05, 22:44
    Wow, to było rzeczywiście refleksyjne! I w jakimś sensie jeszcze bardziej
    udowodniło tezę, że Faulkner wielkim pisarzem był! Chyba masz rację, że takie
    sytuacje są możliwe i to nie tylko hipotetycznie i umiejętne, intrygujące
    opisanie tego jest naprawdę nie lada sztuką.
    Myślę, że gdyby nie dyskusja z Tobą nigdy nie znalazłabym w tych powieściach
    tylu znaczeń, do niektórych doszłam sama, ale przez Ciebie sprowokowana,
    niektóre uświadomiłeś mi dopiero Ty i mimo, że do końca nie mogę się z Tobą
    zgodzić, co do potepienia więźnia, to Twój ostatni post jest chyba odpowiednim
    podsumowaniem naszych jakże różnych interpretacji. Może jedynie należałoby się
    zastanowić, co suma sumarrum jest istotniejsze; dobre chęci czy dobroczynne
    działania, nawet jeśli niezamierzone.Ale to już zupełnie inna bajka:)
    Cieszę się, że jesteś, bo już się bałam, że znowu mnie zostawisz:))))
    Może dla odmiany Ty skusisz się na jakąś moją propozycje i potem sobie
    podyskutujemy, choć oczywiście jeśli temat Faulknera jeszcze cię nurtuje i
    będziesz chciał się podzielić kolejną refleksją, jestem zawsze do dyspozycji:)
    Oglądałam przed chwilą ciekawy film, który jakoś bardzo kojarzył mi się z
    Dzikimi palmami, Rekonstrukcja,film szwedzko-duński w reżyserii niejakiego
    Christofera Boe. Gorąco Ci polecam, jeśli zdołasz go namierzyć. Jestem pewna,
    że by Ci się podobał.
    Pozdrawiam bardzo sennie i w nadziei, że jeszcze pogadamy:)
  • Gość: daria13 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 11.05.05, 22:56
    Szkoda, że doszło w sumie do podsumowania naszej dyskusji, ale to musiało
    nastąpić wcześniej czy później, bo ile można dyskutować o dwóch krótkich
    powieściach Faulknera;(. Ale mam propozycję,że może zawsze możemy się tutaj
    spotkać, jeśli coś nam się przypomni w związku z poprzednimi polecankami:).
    Polecam się i pozdrawiam tęczowo, bo u mnie dziś deszczyk przeplatał się ze
    słoneczkiem (uff, jak ja nie lubię zdrobnień;) i co i rusz tworzyły się tęcze,
    dość kiczowate, ale jakie piękne!:)
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 12.05.05, 07:18
    > Ale mam propozycję,że może zawsze możemy się tutaj
    > spotkać, jeśli coś nam się przypomni w związku z poprzednimi polecankami:).


    Pozdrawiam i dziekuje za mila pogawedke :))

    Rozmowa z Toba zacheca mnie do glebszego wejscia w swiat opisywany przez
    Faulknera. Jesli cos przeczytam na pewno dam znac i podziele sie refleksjami.

    U mnie slonce swieci jak oszalale, a mimo tego temperatura osiagnela zaledwie 5
    stopni C.
  • kr_kap 11.05.05, 23:05
    > Macie moze podobne refleksje??

    Taaaaak, jeśli chodzi o beletrystykę, bo tyle innych fascynujących książek do
    przeczytania :) Co nie oznacza, że jeśli wychodzi jakiś nowy Carroll, to nie
    wciągam ;)
  • Gość: daria13 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.05.05, 15:32
    pytanie tylko dlaczego?
    Często myślę o Twoim przypadku i mam pewne refleksje. Myślę, że Twój problem
    polega na tym, że jesteś zbyt wybredny, jeśli chodzi o lektury. A skąd to się
    wzięło? Ano stąd, że prawdopodobnie nie przeszedłeś typowych faz czytelniczych.
    Wiem, że już o tym pisałam, ale potem nie rozwinęliśmy, więc teraz przytoczę
    dla przypomnienia i pozwolę sobie omówić szerzej:
    "Osoby, które od dzieciństwa lubią czytać, przechodzą, w większości przypadków,
    cztery podstawowe fazy czytactwa. Pierwsza w liceum; zachłanne czytanie
    klasyków, najlepiej najtrudniejszych i najoryginalniejszych. Faza strasznie
    krytykancka;) Po tym okresie następuje przesyt, spowolnienie procesów
    intelektualnie rozwojowych i odkrywamy przyjemnośc czytania dla rozrywki;
    odkrywamy fantasy, SF, romanse, kryminały i horrory. Faza - bezkrytyczna, jakże
    urocza i miła:))). Lecz w pewnym momencie, kiedy wszystkie elfy i czarodziejki,
    lub androidy, lub detektywi znudzą nam się do cna, przypominamy sobie, że ja
    jeszcze przecież Czarodziejskiej góry nie przeczytałam, albo odkrywamy takie
    Forum Książki i stwierdzamy, że o tylu świetnych książkach nie miałam pojęcia,
    a tu czasu jakoś zamiast przybywać, cholera, ubywa i zaczynamy selekcjonować
    lektury i znów włącza się ten zmysł krytykanctwa i analizowania.Ja jestem
    właśnie, jak już wszyscy zauważyli, właśnie na tym etapie i w sumie, mimo
    wszystko sobie go chwalę:). Ostatni, czwarty etap to dr Krisk:)" - koniec
    cytatu:)
    Myślę, że Ty zatrzymałeś się w pierwszej fazie i przeczytałeś już taką ilość
    książek rzeczywiście najlepszych, że teraz trudno Ci znaleźć coś, co mogłoby Ci
    zaimponować, poruszyć Cię, wciągnąć. Może jesteś już znużony lekturą dzieł
    ciężkiego kalibru, wymagających maksimum skupienia, zmuszających do ciągłego
    analizowania, a że minął już czas, kiedy mógłbyś dać się wciągnąć w świat
    Śródziemia, Ziemiomorza, alternatywnych światów, czy zagadek kryminalnych,
    jesteś już na to zwyczajnie, przepraszam za słowo, za stary (niekoniecznie w
    sensie biologicznym), a przede wszystkim za mądry, to teraz zwyczajnie
    zaczynasz odczuwać znużenie książkami.
    I w sumie nie byłoby problemu,bo mógłbyś się teraz oddać innym aktywnościom
    umysłowym, lub rozrywkowym, ale Ty jesteś jak narkoman; musisz sięgać ciągle po
    kolejne dawki/książki, bo bez tego już nie umiesz się obejść, ale to stało się
    bardziej przymusem niż przyjemnością. Taka jest moja diagnoza.
    Ja przeszłam we wzorcowej niemal kolejności etapy czytelnicze; od 7 roku życia
    czytalam dużo, najpierw bajki, potem książki o zwierzętach, głównie ukochanego
    wtedy Curwooda (nie pamiętam pisowni, ale Szarą wilczycę lub Włóczęgi północy
    chyba każdy kojarzy), potem książki o Indianach i oczywiście wszystkie Tomki,
    jeszcze później książki młodzieżowe, Siesicka, Jurgielewiczowa, no i
    nieuchronnie okres licealny i cała literatura tzw. ambitna. Dalsze fazy
    opisałam i myślę, że to jest naturalna kolej rzeczy, która pozwala zachować
    równowagę intelektualną;). Ty z jakiegoś powodu nie wszedłeś nigdy w drugą fazę
    i dlatego nie mogłeś znaleść odpowiedniego dystansu do procesu czytania.
    Przedziwnym przypadkiem, ale też w sumie bardzo zdrowym jest Braineater, który
    bez przerwy znajduje się we wszystkich fazach jednocześnie;)
    Jeśli postawiłam diagnozę (nie upieram się, że prawidłową), to powinnam
    poszukać odpowiedniego lekarstwa, ale myślę, że będzie to niezwykle trudne, bo
    w typowym przypadku, mimo wszystko zaleciłabym sięgnięcie po odpowiadający Ci
    najbardziej nurt literatury tzw. mniej ambitnej, ale obawiam się, że Ciebie do
    typowych przypadków zaliczyć nie można, więc będzie ciężko:(. Muszę nad tym
    jeszcze pomyśleć. Tymczasem zalecam pilną inhalację Borisem Vianem. To z
    pewnością Ci nie zaszkodzi:))))))
    Pozdrawiam ze słonecznego i ciepłego podwarszawia:)
  • daria13 14.05.05, 15:49
    Aha, zapomniałam powiedzieć, że od poniedziałku zaczynam Lamparta:).
    Przepraszam za nieco niezręczne określenie "myślę, o Twoim przypadku". Miałam
    na myśli to, że myślę o poruszonym przez Ciebie na wstępie problemie:)
    Pozdrawiam niemal gorąco:o)
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 14.05.05, 20:59
    > Aha, zapomniałam powiedzieć, że od poniedziałku zaczynam Lamparta:).

    Jestem bardzo ciekawy Twoich wrazen i bardzo chetnie porozmawiam z Toba o tej
    ksiazeczce. Ale uwaga- w gre wchodza uczucia i nie bede obiektywny.
    Pozdrawiam :-( )
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 14.05.05, 20:51
    Jestem wybredny co do ksiazek, ktore czytam, bo nie znosze straty czasu i w
    zwiazku z tym nie mam ochoty zaglebiac sie w radosna tworczosc jakichs modnych
    obecnie miernot :)
    Co do faz to roznica pomiedzy nami jest taka, ze w szkole podstawowej
    zaczytywalem sie lzejszymi rzeczami:kryminalkami(Doyle,Chandler,Christie,etc.),
    ksiazkami przygodowymi(May,Verne,Pan Samochodzik), a dopiero potem mialem faze
    powaznych lektur (u mnie w liceum krolowali: Witkacy-Gombrowcz-Mrozek,
    Brodsky-Kundera, Milosz-Herbert, Bulhakow).
    Kolejna faza (aktualna) to pewna modyfikacja poprzedniej fazy.

    > Ty jesteś jak narkoman; musisz sięgać ciągle po
    >
    > kolejne dawki/książki, bo bez tego już nie umiesz się obejść, ale to stało się
    > bardziej przymusem niż przyjemnością.

    To nie jest tak. Nie odczuwam jakchs przymusow,bo nie jestem masochista :)
    Po prostu przechodze do innego etapu.
    (Btw.kontakt ze slowem pisanym mi sie nie konczy, bo taka jest specyfika mojego
    zawodu,ze musze czytac:) i pisac:))) )
    Nie zaprzestane oczywiscie zupelnie lektury dla przyjemnosci (tak jak nie
    zaprzestalem zupelnie gry w szachy- grywam sobie od swieta,ze starymi
    znajomymi(ale nie z uwagi na to,ze jestem narkomanem szachowym!)), ale sadze, ze
    bede wracal do ksiazek juz mi znanych z duzo mniejszym obciazeniem czasowym niz
    dotychczas (ewentualnie poznam w szczegolach (bo lubie cos poznac doglebnie)
    tworczosc kogos kogo cenie, a ktorego w calosci nie znam, np.Faulknera).

    Dzisiaj mielismy piekna pogode, ale obciazony bylem obowiazkami i nie
    skorzystalem:( Mam zamiar jutro sobie to odbic urzadzajac ciekawa eskapade rowerowa.

    Pozdrawiam bardzo, bardzo serdecznie :) (swiadomy, ze moja odpowiedz nie jest
    satysfakcjonujaca).
  • Gość: daria13 IP: *.medical / *.crowley.pl 16.05.05, 10:08
    Dlaczego uważasz, że Twoja odpowiedź nie jest dla mnie satysfakcjonująca? Jest
    jak najbardziej:)Różnice w naszych lekturach z okresu szkoły podstawowej są
    minimalne; nigdy nie lubiłam kryminałów, ale przygodowe przez Ciebie
    wymienione, w stu procenatch tak. Kochałam zwłaszcza książki o Indianach, ich
    los przejmował mnie niewymowna troską:), ale bez Verne mój rozwój intelektualny
    nie byłby pełny:). Za to zestaw licealny znacznie bardziej różny; Mrożek tak,
    Gombrowicz - niebardzo, u mnie królowali głównie egzystencjaliści i
    iberoamerykanie. Btw. lubisz Ionesco i Becketta? A najśmieszniejsze jest to, że
    Kunderę poznałam dopiero jakieś trzy lata temu i teraz nie mogę odżałować, że
    przeczytałam już wszystko i mam to za sobą, ale jest szansa, że facet napisze
    jeszcze coś dobrego:). W sumie różnice gatunkowe w naszych preferencjach z
    młodośći nie są takie znaczące.
    Nie rozumiem do końca Twojej teorii straty czasu. Piszesz, że nie chcesz go
    marnować na lektury modnych miernot, ale skąd masz pewność, że to same
    miernoty. Nie mówię oczywiście o takim Brownie, czy nie daj Boże Cohelo, ale to
    są autorzy, co do których wartości można przekonać się prawdopodobnie po
    przeczytaniu kilkunastu powiedzmy stron, myślę o rzeczach nieco bardziej
    interesujących, czy kontrowersyjnych;))) i ja uważam, że wolę spróbować znaleźć
    coś nowego, intrygującego w nowościach (dla mnie nowością będą niekoniecznie
    modne miernoty, ale literatura japońska, której do tej pory jeszcze nie miałam
    okazji zgłębić)niż tracić czas na ponowne lektury dawniej przeczytanych
    książek, bo ja mam cały czas jednak odczucie, że czeka na mnie nieskończona
    ilość ciekawych książek do poznania i że prawdopodobnie i tak nie zdążę ich
    wszystkich przeczytać, choć w moim przypadku jest ich z pewnością więcej, bo
    miałam długą przerwę w czytaniu dzieł ważnych, która przypadła na fazę drugą,
    której jednak nie traktuję jako stratę czasu, bo pozwoliła mi na odpowiednie
    zystansowanie się do lektur i teraz zaostrzyło to mój apetyt na poważne i ważne
    książki. W końcu jest przede mną cały Mann:). Myślę, że nie powinienieś się
    zrażać do nowości, bo wśród nich mogą się też znaleźć perełki:)
    Jak udała się wycieczka rowerowa, u nas po południu była niezła ulewa, mam
    nadzieję, że ominęła Twoje okolice:)))
    Pozdrawiam nie mniej serdecznie:)
  • Gość: itek IP: *.wi.tuniv.szczecin.pl 16.05.05, 14:53
    > Dlaczego uważasz, że Twoja odpowiedź nie jest dla mnie satysfakcjonująca? Jest
    > jak najbardziej:)

    Ciesze sie :) To jest taki temat-rzeka, stad sie braly moje watpliwosci.

    > Btw. lubisz Ionesco i Becketta?

    Nie przepadam,powiem wiecej- odczuwam do nich niechec. Znam Czekajac na Godota,
    Ostatnia tasme i Samotnika. Takie pisanie jest dla mnie bez sensu. Wole
    Szalamowa, jest bardziej depresyjny :) , a przy tym blizszy zyciu.

    > Nie rozumiem do końca Twojej teorii straty czasu. Piszesz, że nie chcesz go
    > marnować na lektury modnych miernot, ale skąd masz pewność, że to same
    > miernoty.

    Po prostu istnieje prawdopodobienstwo graniczace z pewnoscia, ze obecne gwiazdy
    rynku ksiazkowego nie dorownuja Mannowi czy Dostojewskiemu. A biorac to pod
    uwage, zapytuje siebie,czy jest sens to czytac kosztem (bo jak slusznie
    zauwazylas, nie ma czasu na przeczytanie wszystkiego) tego.

    > ja uważam, że wolę spróbować znaleźć
    >
    > coś nowego, intrygującego w nowościach (dla mnie nowością będą niekoniecznie
    > modne miernoty, ale literatura japońska, której do tej pory jeszcze nie miałam
    > okazji zgłębić)niż tracić czas na ponowne lektury dawniej przeczytanych
    > książek

    Tu sie z Toba nie zgodze- ponowna lektura naprawde wartosciowej pozycji nie jest
    nigdy strata czasu :) Lektura hiciora to z reguly strata czasu.

    > Jak udała się wycieczka rowerowa, u nas po południu była niezła ulewa, mam
    > nadzieję, że ominęła Twoje okolice:)))

    Nie przypominaj mi wczorajszego dnia, nie bylem na rowerku :((( (deszcz,
    wiatr,zimno)- glowna wczorajsza rozrywka bylo picie goracej herbaty z cytryna :)

    Pozdrawiam cieplo :)
    PS.Czy mialas juz przyjemnosc poznac ksiecia Fabrizio Salina??


  • daria13 16.05.05, 15:51
    Dlaczego utożsamiasz współczesną literaturę tylko z hiciorami? Obawiam się, że
    w ten sposób generalizując, pozbawiasz się szansy poznania czegoś
    wartościowego, co przecież ma szansę zaistnieć. Przecież geniusz literacki nie
    jest zjawiskiem bezpowrotnie umarłym. Ja jestem z natury niepoprawną
    optymistką, ale Twoja negacja nadziei na odkrycie czegoś wartościowego w
    nowościach zakrawa na defetyzm;(
    Z księciem nie miałam jeszcze przyjemności, bo moje czytanie zaczyna się
    dopiero w autobusie powrotnym z pracy, ale obawiam się że dzisiaj mogę jeszcze
    nie mieć okazji, bo liczyłam na to, że skończę ostatniego Marqueza w niedzielę,
    a to mi się niestety nie udało, mimo, że książeczka bardzo lichej objętośći,
    ale dziś w drodze powrotnej z pewnością skończę i spróbuje sięgnąć po Lamparta
    może jeszcze przed snem:)
    Btw. czy czytałeś już o smutnych dziwkach?
    U mnie dzisiaj po ciepłym weekendzie znowu zimno, a i słońce gdzieś się
    schowało:( Czy już nigdy nie będzie ciepło, buuuu?
    Na rozgrzewkę do gorącej herbaty ciepłe pozdrowienia:)Jak Ci się znudzi herbata
    z cytryną, polecam malinową z miodem, jeszcze lepiej rozgrzewa. Ale to swoją
    drogą paranoja, żeby takich rad udzielać w połowie maja;(
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 16.05.05, 22:13
    > Dlaczego utożsamiasz współczesną literaturę tylko z hiciorami? Obawiam się, że
    > w ten sposób generalizując, pozbawiasz się szansy poznania czegoś
    > wartościowego, co przecież ma szansę zaistnieć. Przecież geniusz literacki nie
    > jest zjawiskiem bezpowrotnie umarłym. Ja jestem z natury niepoprawną
    > optymistką, ale Twoja negacja nadziei na odkrycie czegoś wartościowego w
    > nowościach zakrawa na defetyzm;(

    Nie jestem defetysta, ale jesli juz, to odkrywca znaczacych dziel juz dawno
    zapomnianych. Jednym z nich jest Lampart Tomasiego.
    Btw.najnowsze produkty ksiazkowe (celowo tak to nazywam) z reguly mnie nie
    zachwycaja. Przyczyn jest wiele, a jedna z nich jest to, ze mamy do czynienia z
    masowka, a ilosc oslabia jakosc. Istnieja jednak wyjatki (potwierdzajace
    regule): Coetzee, Ishiguro, Kundera, Marquez, jednakze nawet oni niewiele maja
    do zaoferowania (przynajmniej dla mnie) w porownaniu do Dostojewskiego,
    Tolstoja, Faulknera czy Manna.

    Nie przekonuje Ciebie o slusznosci moich sadow. Jedynie wyjasniam :)

    PS.Marqueza zostawie sobie na upaly (ale nie wiem czy nie bede musial udac sie w
    ich poszukiwaniu :) ).

    Pozdrawiam
  • Gość: daria13 IP: *.medical / *.crowley.pl 17.05.05, 11:15
    Mój drogi! Nie wiem, czy pamiętasz początek naszej poprzedniej dyskusji, w
    której ja zachwycałam się prozą Marqueza, a Ty stwierdziłeś, że nie lubisz, gdy
    ktoś ma swojego jednago boga literatury, tymczasem Ty może nie masz jednego
    boga ale cały pantenon bogów i ewentualnie pomniejszych bóstw, a cała reszta to
    plebs, pospolici śmiertelnicy;) Wiem, że nieco przerysowuję Twoje podejście,
    ale coś w tym jest, nieprawdaż?
    Przypomniało mi sie jak używaliśmy porównań odbioru literatury do stosunków
    damsko-męskich i teraz też nasuwa mi się takie porównanie. Dla mnie jesteś
    trochę jak wdowiec, którego obumarła cudowna żona, najpiękniejsza, najczulsza,
    najmądrzejsza i choć mineło wiele lat i jest mu ciężko żyć samemu, a będąc
    wciąż atrakcyjnym mężczyzną ma duże powodzenie u kobiet, on jednak wszystkie
    kandydatki wciąż ocenia miarą zmarłej, porównuje każdą i żadna tego porównania
    nie wytrzymuje, w związku z czym jest odrzucana i biedak musi żyć w samotności;(
    Obawiam się , że Twoje nastawienie bardzo Cię ogranicza i myślę, że to właśnie
    powoduje u Ciebie przesyt czytaniem, o którym piszesz w wątku otwierającym.
    Traktujesz lektury szalenie poważnie, metodycznie i trochę bez dystansu. Jak
    często czytasz dla czytej rozrywki, bez potrzeby analizowania, po prostu
    bezrefleksyjnie? Myślę, że wcale, a w moim odczuciu jest to konieczne czasami
    dla tzw. higieny intelektualnej (ha, sama to wymyśliłam;). I choćbyś uważał to
    za stratę czasu powinieneś zrobić taki eksperyment, choć oczywiście nie powinny
    to być tak przez Ciebie pogardzane hiciory, jest wiele różnych możliwości i
    propozycji książek lekkich, ale niekoniecznie głupich.
    Zaznaczam, że jeśli jest Ci dobrze tak jak teraz i nie odczuwasz w ogóle pokus,
    żeby szukać wśród współczesnych pisarzy czegoś wartościowego, bo to co już
    poznałeś i zaakceptowałeś Ci wystarcza to nie ma sprawy.
    Jestem ciekawa, czy zaczytanie jednego autora, może powodować podobne skutki,
    jak słuchanie jednej płyty na okrągło, co powoduje po pewnym czasie efekt taki,
    że musisz natychmiast zaprzestać tego słuchania, bo zwyczajnie nastąpił przesyt
    aż do odrzucenia, żeby nie powiedzieć gorzej;).
    U mnie pogoda coraz gorsza z dnia na dzień i jak tak dalej pójdzie, będziesz
    zmuszony wyjechać do ciepłych krajów, żeby przeczytać o smutnych dziwkach.
    Jednakowoż, gdybyś zechciał zmienić postanowienie, co do aury,jaka konieczna
    jest do percepcji Marqueza, to byłabym wdzięczna, bo ja jestem na świeżo po i
    bardzo bym chętnie podzieliła się wrażeniami, a jak dobrze pójdzie, to może
    znowu rozgorzałaby między nami jakaś dyskusyjka, czego sobie i Tobie życząc
    pozdrawiam ciepło:)
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 17.05.05, 20:46
    > Obawiam się , że Twoje nastawienie bardzo Cię ogranicza i myślę, że to właśnie
    > powoduje u Ciebie przesyt czytaniem, o którym piszesz w wątku otwierającym.

    Kazdy z nas ma jakies nastawienie, ktore go ogranicza (to jest nieuniknione), bo
    nie jestesmy w stanie przeczytac wszystkiego. A porownanie do wdowca jest wg
    mnie nietrafione z uwagi na to, ze nie ograniczam sie do jednego pisarza ("jest
    ich caly panteon" (wciaz poznaje nowych, ale nie bedzie to gwiazda ostatniego
    nru Polityki :) )).

    > Traktujesz lektury szalenie poważnie, metodycznie i trochę bez dystansu.

    Owszem, traktuje lektury powaznie, ale rownoczesnie staram sie miec do nich
    dystans :) (nie wiem dlaczego stawiasz taka diagnoze).

    > Jak
    > często czytasz dla czytej rozrywki, bez potrzeby analizowania, po prostu
    > bezrefleksyjnie?

    Nigdy (szanuje wzrok), nawet czytajac kryminaly wciaz mysle i kombinuje :)
    Moj sposob na higiene intelejktualna jest inny- swieze powietrze (najlepiej, ale
    nie koniecznie) i wysilek fizyczny (to koniecznie), bez zadnych ksiazek
    (bezwzglednie koniecznie) :)

    Gorace pozdrowienie w ten wyjatkowo chlodny majowy tylko z nazwy wieczor :)
  • daria13 17.05.05, 21:07
    Niestety nie mam czasu wnikliwie skomentować Twojej wypowiedzi,ograniczę się
    więc tymczasem do krótkiej informacji; zaczęłam Lamparta i jestem pod wrażeniem
    już od pierwszych stron, really:) Jutro napiszę więcej. Widzę cały czas Burta
    Lancastera w roli księcia, czy to dobrze?
    U mnie jest w tej chwili 8 stopni, czyli zimnica, ale będąc przed chwilą na
    spacerze z Frodem wysłuchałam tak obłędnego koncertu ptasich treli, że nie jest
    możliwe, żeby nie były one zapowiedzią poprawy pogody. Nie mogę się doczekać
    upałów:))))
    Nie odpowiedziałeś czy zweryfikowałeś swoją decyzję co do Marqueza. Polecam się
    i pozdrawiam serdecznie:)
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 17.05.05, 21:34
    Fajnie, ze zaczelasz Lamparta, a raczej Geparda :)
    Twojej reakcji co do niego sie spodziewalem :)
    Czekam na 1 komentarz.
    Ja mialem szczescie czytac, zanim zobaczylem film, choc musze powiedziec, ze
    Lancaster mnie nie drazni (ale nie pamietam dokladnie filmu).
    Marqueza czytac i marznac- to profanacja! Poczekam na ciepelko (juz dobrze, nie
    bede czekal na upaly :) )

    Pozdrowienia
  • Gość: daria13 IP: *.medical / *.crowley.pl 18.05.05, 11:41
    Z komentarzem na temat początku lektury Lamparta wolałabym się powstrzymać do
    wieczora, kiedy będę już miała za sobą większy fragment, bowiem wczoraj nie
    było mi dane czytać wieczorem, bo oglądałam do 1 w nocy doskonały niemiecko-
    turecki film Głową w mur - gorąco polecam!
    Odniosę się więc do Twojego poprzedniego posta. Napisałam o braku dystansu do
    lektur z Twojej strony, bo traktujesz czytanie niezwykle serio, a to kojarzy mi
    się właśnie z brakiem dystansu, ale teraz rozumiem, że byłam w błędzie i
    przepraszam:)
    W porównaniu do wdowca chodziło mi o kwestię porównywania z niedościgłym
    ideałem, stwierdzenie było odległe i subtelne;)))
    I jeszcze pytanie; czy mówiąc o gwieździe ostatniej Polityki miałeś na myśli
    Andruchowicza, bo ja prawdę rzekłszy nie znam i nie wiem dlaczego tak się
    odżegnujesz. Czy jest jakiś konkretny powód?
    Cieszę się, że postanowiłeś nie czekac na upały, ale z tym ciepełkiem, to też
    może być krucho; u mnie nadal paskudnie zimno i pochmurno, brrr.
    Pozdrawiam więc cieplutko:)
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 18.05.05, 14:33
    > I jeszcze pytanie; czy mówiąc o gwieździe ostatniej Polityki miałeś na myśli
    > Andruchowicza, bo ja prawdę rzekłszy nie znam i nie wiem dlaczego tak się
    > odżegnujesz. Czy jest jakiś konkretny powód?

    Ach te tygodniki... Pomylilem szacowny tygodnik Polityka z rownie szacownym
    tygodnikiem Newsweek Polska. Na pierwszej stronie ostatniego nru tego drugiego
    widnieje jakze interesujace oblicze najwiekszej gwiazdy literackiej naszych
    czasow w naszym kraju, o ktorej jest glosno i nie watpimy w to, dalej bedzie
    rownie glosno (a moze nawet glosniej). Ale juz dosc podpowiedzi, zgadnij, kto to
    (to nie jest Andruchowycz). :)

    Pozdrawiam
  • Gość: daria13 IP: *.medical / *.crowley.pl 18.05.05, 14:57
    Szczerze mówiąc od początku podejrzewałam, że masz na myśli naszą genialną
    Dorotkę, ale po sprawdzeniu Polityki trochę zwątpiłam;) Jestem ogromnie
    ciekawa, czy masz uraz na fali, czy podjąłeś trud sprawdzenia osobiście prozy
    tak głośnej ostatnimi czasy. Znając już trochę Twoje gusy literackie domyślam
    się, że i tak by Ci się nie spodobało, ale ja staram się krytykować coś, co
    choć próbowałam poznać. Możesz rzecz jasna powiedzieć, że nie czytałeś, bo z
    góry wiesz, że Ci się nie spodoba, ale żeby odrzucić coś rzeczywiście z
    przekonaniem należałoby choć trochę to poznać. Ja czytałam i nie żałuję, ale
    nie jestem jakąś wielką fanka. Nasze gusty, choć w wielu miejscach się stykają,
    są jednak raczej odmienne, więc nawet nie próbuję Cię namawiać, a nawet gdybym
    próbowała, to wiem, że bezskutecznie;).
    Przyznaj czy choć próbowałeś dać Masłowskiej szansę, choćby tak z ciekawośći?
    Pozdrawiam:)
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 18.05.05, 15:09
    Bez zainteresowania przeczytalem w necie fragmencik jej epopei i to mi musi
    wystarczyc-nie zainwestuje czasu oraz pieniedzy :)
    Nie zalezy mi ani na jej poznawaniu, ani na jej krytykowaniu :)

    Pozdr.:)
  • Gość: daria13 IP: *.medical / *.crowley.pl 18.05.05, 15:58
    Ok. Przyjmuję do wiadomości i rozumiem:)
    Aczkolwiek zależy, jaki fragment czytałeś, z reguły kawałki wyrwane z kontekstu
    nie dają pojecia o całości i książka, wierz mi nie jest taka, jaką się wydaje
    na pierwszy rzut oka, ale naprawdę nie namawiam:)
    Jestem ciekawa, u kogo z nas pogoda okaże nie nieco łaskawsza wcześniej.
    Pozdrawiam w nadziei na poprawę, bo jak długo może być zimno w maju?
  • Gość: Jos IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 18.05.05, 13:01
    Mylisz się.
  • akondze 18.05.05, 15:26
    Ciekawa dyskusja...
    Polecam notabene piękne opowiadanie Lampedusy 'Profesor i Syrena' ....tak mi
    się przypomniało jak przeczytałem o Lamparcie i o wdowcu...

    ------
    Co do meritum, to nie wiem - jeżeli stawiamy za cel rozwój intelektualny (a po
    co?), to czytanie może być jednym z etapów jego osiągnięcia.... chociaż raczej
    niekoniecznie beletrystyki - a przynajmniej sama ona nie wystarczy.....

    Strata czasu..... a czymże jest czas? Czas ucieka czy chcemy czy nie i ani się
    obejrzymy a będziemy starzy i później nas nie będzie (sorry za defetyzm :)
    Chodzi o to, żeby ten czas przyjemnie spędzić, czy to pijąc wino w krzakach,
    piwo w pubie, jeżdżąc na wrotkach czy rowerze, odwiedzając inne kraje czy
    czytając książki.....

    Jak kogoś czytanie książek nuży, to lepiej zabrać się /przynajmniej czasowo/ za
    inne aktywności, najlepiej związane z wysiłkiem fizycznym - jak się człowiek
    porządnie zmęczy, to czuje się wypoczęty :)
  • Gość: daria13 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 18.05.05, 22:43
    Przepraszam, że tak póżno, ale kupiłam dzisiaj płytę ze skeczami Monty Pythona
    i nie mogłam się oprzeć pokusie obejrzenia:)))Jest na niej skecz z papugą, w
    moim odczuciu najśmieszniejszy fragment twórczości tych niemożliwych Angoli, do
    tej pory boli mnie brzuch ze śmiechu, a przecież widziałam to już z tysiąc razy
    (no może trochę mniej). Swoją drogą ciekawa jestem, co Ciebie śmieszy i czy
    masz na swoim koncie książki, które pobudziły Cię kiedyś do szczerego śmiechu.
    Tak a propos śmiesznych książek, miałam dzisiaj w ręce Abecadło Topora, całkiem
    świeżutkie wydanie, o którym jakoś wcześniej nie czytałam, a które niezwykle
    mnie pociąga, ale niestety chwilowo nie mogę sobie na nie pozwolić;( Jeśli nie
    znasz Topora,polecam bezwzględnie zapoznać się z jego opowiadaniami, ale o tym
    chyba już kiedyś pisałam. Wiesz mi, że nie pożałujesz, jeśli, mimo wszystko,
    możesz czasami poświęcić czas na lekturę czegoś, co nie tylko zmusi Cię do
    analizy, ale przy tym jednocześnie nieźle ubawi. Zaufaj mi:)
    A teraz do rzeczy. Z góry przepraszam, że nie będzie to wnikliwa analiza
    przeczytanego do tej pory tekstu, ale po pierwsze jestem już nieco zmęczona, a
    po drugie ten padający nieustannie deszcz, zwłaszcza przy tak niskiej
    temperaturze wyprał ze mnie resztki elokwencji, ale spróbuję dać z siebie
    wszystko;)
    Proza Lampedusy kojarzy mi się jako żywo z prozą Miłosza z Doliny Issy, którą
    miałam przyjemność czytać niedawno. Rzeczywiście niezwykle sugestywne są u
    niego opisy przyrody, celuje zwłaszcza w opisach woni wszelkich. Zasadniczo
    akcja jeszcze się nie zawiązała więc trudno mi ocenić warstwę fabularną, ale
    jedno jest pewne; księcia nie polubię nigdy! Charakterystyka postaci jest
    niezwykle wyrazista i celna, w tym też Lampedusa przypomina Miłosza, a
    właściwie raczej odwrotnie. Generalnie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że
    mi się podoba. Mam tylko maleńkie zastrzeżenie, które w sumie wynika bardziej z
    moich niedostatków; zaczynam się gubić w odniesieniach historycznych tamtego
    okresu i miejsca, a podejrzewam, że będzie tego jeszcze dużo więcej, ale może
    zmusi mnie to do przestudiowania tychże odniesień i wyniknie z tej lektury
    jeszcze jedna korzyść. Oby!
    Jeszcze raz dziękuję Ci za nakłonienie mnie do lektur, a odrobiłam już lekcje z
    trzech poleconych przez Ciebie. Szczerze mówiąc sprawiłbyś mi dużą przyjemność
    rewanżując mi się choćby jedną przeczytaną przez Ciebie moją propozycją. Na
    początek przypominam Borisa Viana, którego radziłabym zacząć od Piany złudzeń.
    Jeśli oczywiście nie uznasz tego za stratę czasu;)
    Czy synoptycy zapowiadają jakąś poprawę, bo ostatnio nie trafiam na prognozy w
    tivi?
    Pozdrawiam nieco sennie i polecam się nieśmiało:)
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 18.05.05, 23:47
    > Swoją drogą ciekawa jestem, co Ciebie śmieszy i czy
    > masz na swoim koncie książki, które pobudziły Cię kiedyś do szczerego śmiechu.

    Smieje sie do rozpuku z objawami bolu brzucha z opisow jakie funduje w kazdej ze
    swych ksiazek R.Chandler- to jest dla mnie mistrzostwo swiata.
    Btw.lubie kryminaly z mocnym akcentem komicznym.
    Bardzo mnie smieszy rowniez np.Gargantua i Pantagruel, Tristram Shandy,Don
    Kichot, Rekopis znaleziony w Saragossie,3 panow w lodce, Szwejk, Dyl, Gump,
    itp.,itd.

    Przechodzac do Lamparta:

    > jedno jest pewne; księcia nie polubię nigdy!

    Doprawdy?
    A czemuz to??
    Czym sobie biedny ksiaze na to zasluzyl???
    Prosze o odrobine wyrozumialosci :)

    > Mam tylko maleńkie zastrzeżenie, które w sumie wynika bardziej z
    >
    > moich niedostatków; zaczynam się gubić w odniesieniach historycznych tamtego
    > okresu i miejsca

    To przeczytaj note historyczna umieszczona na koncu ksiazki.

    > Szczerze mówiąc sprawiłbyś mi dużą przyjemność
    > rewanżując mi się choćby jedną przeczytaną przez Ciebie moją propozycją.

    Obiecuje przeczytac (i przedyskutowac) ostatniego Marqueza.

    W moich stronach pogoda majowa dalej marcowa.

    Pozdrowienia rownie senne :)
  • Gość: daria13 IP: *.medical / *.crowley.pl 19.05.05, 16:14
    Zestaw śmieszący niezły, jedynie Gump mnie nieco zdziwił, chyba, że to jkaiś
    inny, nie Forest.
    Co do księcia to nie dam się podpuścić, bo mimo, że znacznie różnimy się w
    ocenach postaw, to nie wyobrażam sobie nikogo, kto mógłby być wyrozumiały dla
    tego, za przeproszeniem, dupka;)Chyba, że później nastąpi jakaś cudowna
    metamorfoza, ale szczerze wątpie. To dla mnie jedna z bardziej odrażających
    postaci, jaka znam z literatury, rzeczywiście genialnie sportretowana przez
    Lampedusę.
    Co do decyzji o Marquezie - dzięki za łaskę, ale myślę, że nie będziesz
    żałował;).
    Za chwilę wyruszam z pracy i już się cieszę na długą podróż autobusem, na
    kolejny odcinek opowieści o paskudnym księciu:) Dobrze, że u mnie już dziś nie
    pada, to bedę mogła czytać na przystanku i nawet się nie zmartwię, jak mi
    ucieknie autobus, bo to kolejne 20 minut czytania:)))Chyba jestem lekko
    zboczona, bo zamiast śpieszyć się do domu, ja często cieszę się, że się
    spóźnię, zwyczajnie bzik:)))
    Pozdrawiam dzisiaj słonecznie:)
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 19.05.05, 20:21
    Hola, hola droga Pani!!!
    Czyzby miala Pani az tak mala wyobrazni w kwestii ksiecia? (smiem w to watpic :) ).
    Nie dosyc tego, ze Pani go po prostu nie lubisz (z czym moglbym moze ostatecznie
    sie pogodzic (ale nie wiem tego na pewno:) ) ), to raczylas jeszcze, Pani,
    okreslic go jednym, malo wykwintnym, ale jakze wymownym slowkiem zaczynajacym
    sie na literke d :)
    Tak byc nie moze!!
    Trza uzasadnic swoje, jakze zdecydowane sada (a swoja droga trzeba miec
    charakter(ek), zeby zdobyc sie na taka bezkompromisowosc :) )
    Postepujac metodycznie proponuje w zwiazku z tym przeanalizowac nastepujace
    mozliwosci:
    Ksiaze to:
    1. dupek + nie lubie- do czego sie przyznalas, a z czym ja z kolei nie moge sie
    pogodzic :)
    2. niedupek (=niepradawda.ze dupek) + nie lubie (mimo, ze niedupek)
    3. dupek + lubie (mimo, ze dupek)
    4. niedupek + lubie :)

    Pozdrawiam najgorecej wciaz liczac na wyrozumialosc :))

    PS.Pogoda zrobila znaczacy postep, wczoraj mielismy srodek marca, a dzisiaj juz
    mamy poczatek kwietnia, a tak w ogole to maj zbliza sie do czerwca.



  • daria13 19.05.05, 21:55
    Chętnie podejmę rękawice, pod jednym wszak warunkiem; muszę zdobyć absolutną
    pewność, że mnie waść nie podpuszczasz, jestem więc zmuszona zażądać
    odpowiedzi na pytanie, czy Pan szanowny lubi księcia i co ma na obronę tej (nie
    bójmy się użyć tego słowa), kreatury. Jeśli uznam, że odpowiedziałeś szczerze i
    zadowalająco, z przyjemnośćią uzasadnię i obronię swoją tezę o dupkowatości
    księciunia:)))). Wszystkie 4 możliwośći przeanalizuję wnikliwie dopiero po
    pańskiej wyczerpującej odpowiedzi. Obiecuję:). A tak w ogóle, to miałeś rację,
    że z Lampartem nie będzie lekko, już się zaczyna:))))
    Przejrzałam dzisiaj Newsweeka i jestem w kłopocie. Nijak nie mogę podjąć się
    obrony Masłowskiej, a to z tej prostej przyczyny, że zupełnie nie trawię hip-
    hopu i myśl o przeczytaniu 150 stron utrzymanych w tej tonacji napawa mnie
    największą odrazą.To jednak zupełnie nie moja bajka. Wojna naprawdę nie była
    zła, ale najnowsze dzieło Dorotki przerasta moje możliwośći percepcyjne. Choć
    może się mylę.
    U mnie po dość ciepłym dniu, znowu zimny wieczór, ale mam takie głębokie
    przeczucie, że to już ostatnie tak zimne wieczory tej wiosny, czego Tobie i
    sobie życzę:)
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 19.05.05, 22:54
    Czy ja lubie ksiecia? To jest niezle pytanie, na ktore nie dam jednoznacznej
    odpowiedzi, bowiem jest to osoba o zlozonym charakterze i w zwiazku z tym wymyka
    sie jednoznacznym ocena.
    Co mam na jego obrone? Ale w jakiej kwestii? Czekam Pani prokurator na akt
    oskarzenia przeciwko ksieciu Salina. Przygotuje na jego podstawie stosowna mowe
    obroncza :)

    Pozdrawiam
    PS.Dokad dotarlas (w powiesci)


  • daria13 19.05.05, 23:47
    W powieści dotarłam do listownego wyznania Tancreda, wujowi, wielkiej
    namietności do Angeliki. W życiu prywatnym doszłam do konkluzji, że lubię
    rozmowy z Tobą, choć jesteś wielkim prowokatorem;) Jeśli nie odpowiesz
    jednoznacznie na pytanie o sympatię dla Fabrizia, ja nie przedstaię aktu
    oskarżenia. Taka już jestem asekurantka;)
    Czy w tej powieści pojawi się jakiś bohater pozytywny, bo Tancreda też nie
    cierpię. A może ja mam jakiś uraz do arystokracji? To byłoby dziwne, bo ponoć w
    moje krwi płynie trochę niebieskich krwinek:)))
    Czekam na ripostę i życzę dobrej nocy:)
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 20.05.05, 09:41
    Wrrr,w tym miejscu po prostu przegielas! :)
    Jesli ksiaze to postac niejednoznaczna, ktorego jednak nie sposob nie lubic, bo
    jest dobrodusznym facetem (pierwsze slowo jakie mi przychodzi na mysl myslac o
    nim- dobroduszny) i na swoj sposob niezwykle uczciwym, o ciekawych
    zainteresowaniach, szerokich horyzontach (jak na miejsce i czas), z jakims tam
    slabostkami oczywiscie, wlasciwymi dla wiekszosci z nas (mezczyzn), ktore nie
    wplywaja decydujaco na moj do niego stosunek, to w przypadku Tancreda Twoj
    komentarz ("nie cierpie") jest zdecydowanie nie do przyjecia, bo tego mlodzienca
    trza po prostu uwielbiac, bo ma klase i... jaja.
    Nie wiem czy tutaj mamy uraz do arystokracji, ale czy do pewnego typu mezczyzn,
    takich, ktorych b.ciezko(lub wrecz nie sposob) wytresowac :)))

    Pozdrawiam :)
  • daria13 20.05.05, 10:18
    Wiesz co? Myślę, że nasza dyskusja o Lamparcie powinna jednak zostać chwilowo
    zawieszona, bo ja jestem dopiero w jednej trzeciej książki i teraz rzeczywiście
    nie mogę jednoznacznie określić mojego stosunku do postaci, choć pierwsze
    wrażenie jest dla mnie zdecydowanie negatywne. Urocza opowiastka Tancreda
    podczas pierwszej kolacji w Donnafugacie o zdobyciu klasztoru zrobiła na mnie
    kategorycznie odpychające wrażenie, ale może rzeczywiście jestem za mało
    wyrozumiała dla męskich słabostek;)
    Nie wyobrażam sobie, jak bedę mogła polubić faceta, który po zamordowaniu
    dzikiego królika, głaszcze nieszczęśnika w stanie agonalnym i tym samym "łaczy
    przyjemność zabijania z pokrzepiającą świadomością okazanego współczucia". Nie,
    kategorycznie mi to nie pasuje.
    A tak serio, myślę, że muszę tę książkę jak najszybciej skończyć, żeby wyrobić
    sobie zdanie tak naprawę dogłębnie i bez uprzedzeń. Obiecuję, że postaram się o
    maksimum obiektywizmu:)
    Moje wczorajsze przeczucia co do pogody chyba sie sprawdzaja, bo u mnie na
    niebie ani śladu chmurki:)))
    Pozdrawiam super słonecznie:)
  • wqrzona 20.05.05, 12:04
    Dario, czy PRZEczytałaś Masłowską, Browna i Coelho?
    Pzodrowienia:)
  • Gość: daria13 IP: *.medical / *.crowley.pl 20.05.05, 12:36
    Przeczytałam Masłowską i nie żałuję, bo to ciekawy debiut, co do Pazia
    królowej, to może być gorzej, ale o tym pisałam powyżej;). Cohelo czytałam
    Alchemika i Nad rzeka Piedrą... I w sumie też nie żałuję, bo lektura ta
    pozwoliła mi wyrobić sobie zdanie i mieć podstawy do krytycznych uwag, nawet
    bardzo krytycznych.
    Browna nie czytałam i nie mam zamiaru, bo mi szkoda zwyczajnie czasu.
    A czemu koleżanka pyta i wzajemnie, czy czytałaś? Przy okazji polecam jednak
    tego kontrowersyjnego Faulknera;)
    Ha, właśnie wpadłam na szczwany plan; a jakbyś tak przeczytała Dzikie palmy i
    Starego i potem podzieliła się z nami wrażeniami, bo jestem ciekawa, jak
    rozsądziłabyś moją dysputę z Itkiem. Ale nie naciskam.
    Bardzo serdeczne pozdrowienia:)
  • wqrzona 20.05.05, 13:37
    Oj, więc COŚ tego Browna wypadałoby jeszcze jednak przeczytać, skoro się go
    jako miernotę klasyfikuje. Wg mnie jako autor literatury sensacyjnej <której
    stanowczo nie lubię>, rządzącej się pewnymi PRAWIDŁAMI, sprawdził się; jednak
    swoje zdanie opieram wyłącznie na lekturze "Aniołow i demonów", a do reszty mi
    się nie pali, bo - jak już wspomniałam - to zdecydowanie nie moje klimaty.
    U mnie odwrotnie: nie przeczytałam nic Coelho ani Masłowskiej, i trochę mi
    głupio, bo lubię WIEDZIEĆ, o czym się mówi, choćby to była litarutra
    nienajwyższych lotów; to jest właśnie moje zboczenie - nie cieprię
    krytykanctwa "bez korzeni". Z niecierpliwością wyczekuję na te pozycje w
    kolejce w bibliotece, bo zrażona opinią ludzi, z których zdaniem się liczę, nie
    odważyłam się wydać pieniędzy na zakup książek niepewnej wartości.
    Co do szczwanego planu - a skąd koleżanka wpadła na pomysł, że nie przeczytałam
    Palm i Starego, ha ha?:P Jednak przed przystąpieniem do rozsądzania sporu
    między Wami czeka mnie sporo lektury, bo czuję się zobowiązana przygotować do
    arbitrażu:)
    Tymczasem wracam do Prousta (czy kogoś TEŻ rozśmiesza W poszukiwaniu...?) i
    Rushdiego (Szatańskie wersety urzekły mnie od pierwszego zdania:)).
    Pozdrawiam serdecznie:)
    P.S. Gdzie się podziała Lipa55?... :(
  • Gość: daria13 IP: *.medical / *.crowley.pl 20.05.05, 14:27
    Browna nie czytałam z przyczyn dokładnie takich samych jak Ty i mam już tak
    długa listę książek do przeczytania, że doprawdy nie uda mi się go już wcisnać,
    ale zgadzam się z Twoją opinią, że żeby coś sponiewierać, trzeba temu wcześniej
    dać choćby najmniejszą szansę;)Popieram metodę niekupowania książek, co do
    których wartości ma się obawy, ale gdybym kierowała się tą zasadą, to mogłabym
    długo czekać, bo w mojej biblitece bardzo krucho z ciekawymi pozycjami, na
    szczęście mam sporo znajomych, którzy lubia być na czasie.
    Wniosek o tym, że nie czytałaś Faulknera wyciągnęłam, ponieważ nie zajaknęłaś
    się o na ten temat w wątku poruszającym między innymi tę kwestię, moja wina;)
    Już się cieszę na Twój arbitraż:)))
    Proust mnie nie śmieszył jedynie roztkliwiał i z taka reakcją jak
    Twoja,przyznam, nie spotkałam się wcześniej. Natomiast co do Rushdiego, to
    jestem na świeżo po Dzieciach północy i po tej lekturze wpisuję go na wysoką
    pozycję w moim osobistym rankingu. Dla mnie pierwsza klasa!
    Mam swoja teorię co do zniknięcia Lipy, której też mi bardzo brakuje i jeśli ta
    teoria jest prawdziwa, to myślę, że ona robi wielki błąd znikając z forum. Ona
    chyba się zwyczajnie obraziła:( A wszystko zaczęło się od tych nieszczęsnych
    Kolumbów. Ktoś sobie zrobił głupi żart, a Lipa poczuła się urażona. Wielka
    szkoda. Ja nawet zakładałam na forum wątek w poszukiwaniu Lipy, ale nie
    zadziałało, buuu.
    Pozdrawiam:)
  • Gość: daria13 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.05.05, 21:28
    Nie wiem jak u Ciebie, ale u mnie był dzisiaj prawie upał, a już na pewno
    ciepełko, więc jeśli jesteś człowiekiem honoru, w co nie wątpię, to mam
    nadzieję, że szybko spełnisz daną obietnicę. Czekam z niecierpliwością na
    wrażenia z Marqueza.
    Księcia jakoś nadal nie lubię, zwłaszcza, że zabił jeszcze jednego królika i
    dwie kuropatwy, a jestem już w połowie książki. Nadal nie wiem, czy Ty mnie
    przypadkiem nie podpuszczasz:))))
    Marqueza radzę czytać za dnia, bo wieczory jeszcze, psia kość, chłodne:(
    Pozdrawiam ciepło:)
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 21.05.05, 08:08
    Z uwagi na to,ze ogoda robi stale postepy (obecnie jest kwietniowa) w nastepnym
    tygodniu zaopatrze sie w dzielko Marqueza :)

    Pozdrawiam
    PS.Co Ty tak ciagle piszesz o ksieciu w kontekcie zwierzaczkow. Czyzbys nie
    akceptowala jego niewinnego hobby :))
  • Gość: daria13 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.05.05, 16:00
    Bardzo kocham zwierzęta i mordowanie ich dla przyjemności zawsze będę uważała
    za odrażające. Przedstawiłam historię z królikiem, bowiem idealnie określa ona
    charakter księcia; patrząc na agonię niewinnego stworzenia, którego zabicie
    sprawiło mu tyle przyjemnośći, głaszcze go, żeby pokazać samemu sobie, że nie
    jest zły, że umie współczuć. To szczyt hipokryzji i cała postać księcia,każdy
    jego czyn i odruch jest wciąż w ten sposób przez niego samego usprawiedliwiany,
    tłumaczony. Być może w dalszej części powieści Salina jeszcze się zrehabilituje
    jakimś heroicznym czynem, do tej jednak pory budzi moją odrazę.
    Pozdrowienia wciąż słoneczne:)
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 21.05.05, 18:32
    To nie jest takie proste z tym "mordowaniem zwierzat dla przyjemnosci", jak to
    okreslasz w przypadku ksiecia.
    Przeciez przedstawione w tej scenie wspolczucie dla krolika (zaklocone
    samoswiadomoscia swojego wspolczucia i co za tym sklaniajaca do oceny samego
    siebie z dystansu) nie wyklucza przyjemnosci z polowania(!)- nie mordowania
    (!!). On ma skrupuly we wszystkim co robi i takie podejscie jest rowniez w tym
    przypadku- swiadczace paradoksalnie o tym, ze nie potrafi sie cieszyc nawet
    swoim hobby.
    Zatem po pierwsze to hobby sprawia mu przyjemnosc, a nie zadne mordowanie
    zwierzat (przeciez nie chodzi dajmy na to do kurnika i nie podrzyna dla
    przyjemnosci jakis kur czy innych gesi:)).
    Po drugie same okreslenie ksiecia-Lampart do czegos zobowiazuje:), nie moze byc
    chyba pomiedzy lampartem, a krolikem dobrych stosunkow:)).
    Po trzecie kocha zwierzeta-patrz jego ukochany Bendico.
    W zwiazku z powyzszym namawiam do weryfikacji sadu:)

    Pozdrawiam :)
  • daria13 22.05.05, 01:15
    Czy Ty naprawde nie łapiesz ironii Lampedusy w zdaniu:"(..)a ponadto don
    Fabrizio połączył przyjemność zabijania z pokrzepiającą świadomością okazanego
    współczucia.", czy tylko się ze mną droczysz?
    Dałam do przeczytania fragment z polowania dotyczący uśmiercenia królika osobie
    postronnej, młodej i niedoświadczonej życiowo i jej reakcja była absolutnie
    tożsama z moją. A może to ja jestem niedojrzała? Hmmmm.
    Wciąż wietrzę podstęp w Twojej obronie Saliny:)
    Pozdrawiam bardzo sennie, bo już po pierwszej:)
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 22.05.05, 10:10
    Wydaje mi sie, ze jednak przesadzasz z ta ironia Lampedusy w stosunku do ksiecia.
    Mamy tutaj do czynienia jedynie z relacja, a sekwencja wydarzen jest nastepujaca:
    1.strzal ksiecia i wynikajaca stad satysfakcja (i bede sie opieral nie z
    zabijania, ale z polowania)
    2.konanie krolika rodzace autentyczne wspolczucie ksiecia dla biednego zwierzaczka
    Wg mnie w zdaniu Lampedusy o polaczeniu przyjemnosci zabijania i swiadomosci
    okazanego wspolczucia, zabij, zamorduj, nie ma ironii w stosunku do ksiecia,
    jedynie jest podkreslenie,ze to autentyczne wpolczucie okazane krolikowi nie
    zaklocilo satysfakcji z polowania, ale ja wzmocnilo.

    Pozdrawiam

  • Gość: daria13 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.05.05, 10:45
    Oj, drogi kolego, plączecie się w zeznaniach:)Czy współczucie wzmocniło, czy
    osłabiło przyjemność z polowania?
    Pozwól, że przytoczę Twoje słowa:
    <On ma skrupuly we wszystkim co robi i takie podejscie jest rowniez w tym
    przypadku- swiadczace paradoksalnie o tym, ze nie potrafi sie cieszyc nawet
    swoim hobby.>
    <jedynie jest podkreslenie,ze to autentyczne wpolczucie okazane krolikowi nie
    zaklocilo satysfakcji z polowania, ale ja wzmocnilo>.
    To dwa cytaty z Twoich dwóch ostatnich postów;)
    Lampedusa na kolejnym przykładzie chciał nam pokazać hipokryzję Saliny.
    Pamiętasz jak jadąc do kochanki (zabierając w tę podróż jednocześnie
    księdza,żeby go upokorzyć, bo miał zły humor) odczuwał dyskomfort płynący z
    poczucia winy, grzechu, ale jednocześnie zgrabnie sobie swój postępek tłumacząc
    niedostatkami żony? To sytuacja w pewnym sensie analogiczna.
    Obawiam się, że tym razem to Ty musisz zweryfikować swoją opinię i zdecydować
    się na jednoznaczną interpretację.
    Przepaszam, że w tak piękny dzień każę Ci intensywnie myśleć, bo żeby wybrnąć z
    tej sytuacji będziesz chyba musiał trochę pogłówkować;)Ja tymczasem idę na
    konwalie. Wiem, że są pod ochroną, ale u mnie w okolicy rosną lasy
    konwaliowe,jest ich taka ilość, że urwanych kilka gałązeczek (bez korzeni) nie
    uszczupli tak bardzo ich zasobów.
    Pozdrawiam konwaliowo:)
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 22.05.05, 12:55
    Te dwa moje komentarze sie nie wykluczaja, poniewaz jesliby ksiaze odczuwal
    prawdziwa przyjemnosc z polowania to nawet nie zainteresowalby sie krolikiem ,a
    na pewno nie myslaby o jego meczarniach (co by nie powiedziec to jest jakies
    zaklocenie):)
    Z drugiej strony poprzez te scene (ale nie tylko w tym miejscu i nie tylko w
    przypadku ksiecia(np.w przypadku Tancreda i Angelici)) Lampedusa pokazuje, ze
    skrupuly, ktore odczuwaja jego protagonisti -paradoksalnie-w jakims sensie-daja
    zyciu prawdziwy smak i przyczyniaja sie do glebokiej satysfakcji.
    Przejrzalem powtornie scene z polowaniam i nie widze w niej ironii w stosunku do
    ksiecia, a jedynie poblazanie i akceptacja dla takiego swiata w ktorym krolik
    musi zginac (podobnie jak czlowiek musi sie zestarzec i umrzec).

    Za oknem ciezkie chmury, ale trzeba zazyc ruchu:)
    Pozdrawiam:)

    PS.Ty to jakos nie masz serca do tych konwalii:) - tak je zrywac zakladajac, ze
    one nie maja nic przeciwko takiemu postepkowi :))
  • Gość: daria13 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.05.05, 22:07
    Ależ Ty jesteś uparty. Nie pogodzimy się widzę z tym królikiem i pies go trącał
    w takim razie,znajdę z pewnością wiele innych przykładów hipokryzji księcia,
    już sobie ostrzę pazurki;)
    Oglądałam dziś prognozę, musisz się śpieszyć z Marquezem, bo ma być chwilowe
    załamanie podody, a skoro mówiłeś, że u Ciebie chmury, to ja to czarno widzę;(
    Kolega to chyba ze Szczecina, bo dziś pokazywali, że tam burze.
    Pozdrawiam nieburzowo:)
    PS. Konwalie powiedziały mi, że doskonale się czują w wazoniku w wodzie, a na
    dowód dobrego samopoczucia - pięknie mi pachną, ot co:)
  • Gość: daria13 IP: *.medical / *.crowley.pl 24.05.05, 11:19
    Z przykrością i lekkim zażenowaniem muszę się przyznać, że zaczynam weryfikowac
    swoja ocenę księcia;( Scena jego odmowy przyjęcia zaszczytu stanowiska senatora
    w dużym stopniu uswiadomiła mi przyczyny pasywność jego postawy, jego
    rozgoryczenia i zniechęcenia. Lampedusa genialnie zagrał na naszych emocjach i
    wrażeniach w pierwszej części książki przedstawiając Salinę w zdecydowanie
    negatywnym świetle, jako despotę, tyrana i hipokrytę (będę się przy tym
    upierała), po to żeby go uczłowieczyć, ukazać wszystkie jego słabośći, bo gdyby
    tego nie zrobił stworzyłby postać nie do przyjęcia patetyczną. Myślę, że nigdy
    nie powiem, że lubię Lamparta, ale nie jest mi on teraz tak przykry i
    nieznośny, jak był na początku. A i Tacredi,jakby troche przestal mi działać na
    nerwy. Sceny ze zwiedzania wszystkich zakamarków pałacu z Angeliką są dla mnie
    mistrzowskie i niezwykle zmysłowe. Teraz wiem dlaczego poleciłeś mi,jako
    miłośniczce zmysłowych opisów, lekturę Lamparta. Po raz kolejny winnam Ci
    wdzięczność:)
    Pozdrawiam w ten pochmurny i parny, ale zdecydowanie już letni dzień:)
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 24.05.05, 20:41
    Z pewnym niepokojem przeczytalem Twoje slowa wciaz liczac na to, ze nasze
    poglady pomimo ich ewolucji pozwola nam dalej prowadzic ozywiona i pozyteczna
    dyskusje ku chwale dziela Lampedusy:), nie dochodzac do momentu, w ktorym
    bedziemy mieli identyczne poglady na wszystkie kwestie.
    Dla mnie zasdniczym momentem ustawiajacym moj stosunek do ksiecia to 2 rozmowy z
    1 rozdzialu- z Tancredem i z ojcem Pirrone w obserwatorium, w ktorych przestawia
    swoje poglady powtorzone potem podczas rozmowy z Chevalleyem.

    Pozdrawiam pogodnie:)
    PS.Wczoraj byl u nas prawdziwy horror, rano burza, potem intensywny deszcz non
    stop przez caly dzien:(((
  • Gość: daria13 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.05.05, 22:52
    Twój triumf jest stanowczo przedwczesny;P. Przecież wyraźnie powiedziałam, że
    księcia nie polubię, ja jedynie staram się go co nieco zrozumieć. Facet moim
    idolem nie zostanie z pewnością nigdy, choćby z powodu swojego stosunku do
    własnych dzieci. Mam przeczucie,że Concetta jeszcze pokażę na co ją stać, za to
    jak została potraktowana i nie chodzi już tylko na Tancreda, ale właśnie o
    całkowicie beztroski stosunek tatusia do jej uczuć. Gruboskórny despota, tyle
    Ci powiem;)
    Wyrazy głebokiego współczucia z powodu pogody. U nas cały dzień zapowiadało się
    na burzę, ale w końcu obyło się bez niej, a na jutro zapowiadają piękną pogodę
    i optymalną do pracy temperaturę,czyli 23 st.
    Czego i Tobie życzę:)
  • Gość: daria13 IP: *.medical / *.crowley.pl 25.05.05, 12:37
    Książe umiera... jest mi przykro;(
    To wyjątkowo piękna i przejmująca scena. Musiałam ją niestety przerwać, bo
    autobus dojechał do celu i byłam zmuszona wysiąść. Próbowałam jeszcze czytać
    dochodząc do pracy, ale cudem uniknęłam zderzenia i zaparkowanym w nietypowym
    miejscu samochodem, więc chcąc nie chcąc musiałam zaprzestać. Teraz w każdej
    wolnej chwili myślę o Salinie. Jest mi naprawdę smutno;(
    Pozdrawiam i mam nadzieję, że uda mi się dzisiaj skończyć książkę i podzielić
    się wrażeniami z całośći.
  • Gość: itek IP: *.wi.tuniv.szczecin.pl 25.05.05, 15:41
    Jestem ciekawy Twoich spostrzezen dokonanych juz (tuz) po zakonczeniu lektury.

    Pozdrawiam nareszcie slonecznie i prawdziwie wiosennie

    PS.Uwazaj na samochody, dolki i inne gadzety, bo ksiazka do samego konca bedzie
    wciagajaca,a w Twoim przypadku to bardzo niebezpieczne:)
  • Gość: daria13 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.05.05, 18:53
    Właśnie zamknęłam książkę. Wczoraj niestety nie dane było mi dokończyć, ani na
    siedząco, ani na stojąco, ani nawet na chodząco, bo niespodziewani goście nie
    dość, że zabawili do późna, to jeszcze pozwolili sobie porwać mnie samochodem
    do domu prosto z pracy;(
    Jestem tak wypełniona mieszanymi uczuciami, że z pewnością nie pokuszę się
    teraz o rzeczową ocenę. Mam na myśli ocenę treści, ocenę postaw i osób. Bo
    jeśli chodzi o ocenę walorów literackich Lamparta, to moje zdanie jest bez
    cienia wątpliwości jednoznaczne. To rzeczywiście wspaniała książka!!!
    I co najdziwniejsze nie ma w niej właściwie żadnego nowatorstwa formalnego, nie
    ma pierwiaska metafizycznego, którego zwykle tak pożądam w literaturze, ale jej
    doskonała konstrukcja, barwny, piękny język, subtelność opisów i brak
    jakiejkolwiek manierycznośći czy sztuczności sprawiają, że jest to jedna z
    piękniejszych książek, jakie czytałam.
    Lektura Lamparta pozostawiła po sobie jednak wielki i to podwójny niedosyt, ale
    nie denerwuj się, niedosyt w pozytywnym tego słowa znaczeniu:)
    Po jej skończeniu czuję się jakby skończyła się bezpowrotnie w moim życiu jakaś
    frapująca przygoda, albo jakby odszedł na zawsze dopiero co poznany,
    fascynujący człowiek, którego w momencie poznania już gotowa byłam uznać za
    przyjaciela. Książki dzielą się chyba na te, których ukończenie napawa wielkim
    smutkiem, że to już koniec i te które tego uczucia nie wywołują, są po prostu
    kolejnym ciekawym, ale nie pozostawiającym śladu doznaniem. Jaka szkoda, że
    tych pierwszych jest rzeczywiście nie za wiele:(
    Drugą, bolesną konstatacją napawa mnie fakt, że Lampedusa oprócz Lamparta
    pozostawił bodajże tylko jeszcze jedną pozycję i to jedynie zbiór opowiadań.
    Toż to rozpacz. I podejrzewam, że nie będzie łatwo je zdobyć. Rozumiem, że Ty
    czytałeś? Trzeba będzie poszukać, ale to stanowczo za mało, buuuuu:(
    Co do oceny zawartości merytorycznej powieści, muszę, jak to już powiedziałam,
    wnikliwie wszystko sobie przemyśleć i jak już sobie wszystko poukładam z
    pewnością się podzielę:)
    U mnie od dwóch dni upał niemal karaibski. Czekam niecierpliwie, wiesz na co:)))
    Pozdrawiam naprawdę gorąco i dziękuję za troskę:)
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 26.05.05, 21:49
    > Jestem tak wypełniona mieszanymi uczuciami, że z pewnością nie pokuszę się
    > teraz o rzeczową ocenę. Mam na myśli ocenę treści, ocenę postaw i osób.

    Musze zatem uzborpc sie w cierpliwosc i zaczekac, az mysli sie Tobie uloza.
    Jesli chodzi o mnie najblizsza jest mi postawa Tancreda i jego oczyma ogladam
    ksiecia w sposob naturalny:}
    Ciekawy jestem, z czyjego punktu widzenia patrzysz na ksiecia oraz jaka postawa
    jest Tobie najblizsza.

    > I co najdziwniejsze nie ma w niej właściwie żadnego nowatorstwa formalnego, nie
    >
    > ma pierwiaska metafizycznego, którego zwykle tak pożądam w literaturze, ale jej
    >
    > doskonała konstrukcja, barwny, piękny język, subtelność opisów i brak
    > jakiejkolwiek manierycznośći czy sztuczności sprawiają, że jest to jedna z
    > piękniejszych książek, jakie czytałam.

    Zgadzam sie z Toba z pewnym wyjatkiem-chodzi mi o ten pierwiastek metafizyczny.
    Dla mnie rozdzial, w ktorym ksiaze umiera zawiera pierwiastki metafizyczne, ale
    moze mamy nie to samo na mysli.

    > Po jej skończeniu czuję się jakby skończyła się bezpowrotnie w moim życiu jakaś
    >
    > frapująca przygoda

    Ze mna tak nie jest poniewaz powracam do lektury tej ksiazeczki odnajdujac za
    kazdym razem cos nowego dla siebie.

    > Drugą, bolesną konstatacją napawa mnie fakt, że Lampedusa oprócz Lamparta
    > pozostawił bodajże tylko jeszcze jedną pozycję i to jedynie zbiór opowiadań.
    > Toż to rozpacz. I podejrzewam, że nie będzie łatwo je zdobyć. Rozumiem, że Ty
    > czytałeś?

    W Polsce wydano oprocz Lamparta 3 opowiadania i jedno wspomnienie "Miejsca
    mojego dziecinstwa"- bardzo interesujace, z opisami palacow-calosc ma 140 stron
    i ukazala sie raz w 1964 w nakladzie 10tys.egz:((- polecam je z czystym
    sumieniem. Oprocz tego wydano w 2001 szkic nt. zycia i tworczosci Szekspira oraz
    w 2003 szkic o tworczosci Stendhala- calosc jest interesujaca i mowi duzo nie
    tylko o Szakspirze czy Stendhalu, ale i o Lampedusie.

    Pozdrawiam upalnieee :)

    PS.We wtorek wyjezdzam nad Sekwane:) i zgadnij co wezme ze soba na droge do
    poczytania?



  • Gość: daria13 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 27.05.05, 20:33
    Szczerze mówiąc nie patrzę na księcia z niczyjego punktu widzenia, bo też chyba
    nie mam takiego zwyczaju zgłębiając jakąś lekturę, chyba, że autor stara się
    takie czytanie narzucić. Lecz jeśli miałabym wybrać postać, której oczami
    patrzyłam na księcia to wybrałabym Concettę. Może dlatego mam jednak tak
    wyostrzony krytycznie obraz Saliny.
    Zupełnie też nie podzielam Twojego entuzjazmu wobec Tancreda. To darmozjad,
    bawidamek, utracjusz i nic więcej. Fragment listu do wuja z prośbą o
    oświadczyny i komentarza odautorskiego Lampedusy świetnie charaktryzuje jego
    postawę: "był od trzech miesięcy w szponach najgwałtowniejszej miłości; że
    ani "niebezpieczeństwa wojny" (czytaj: spacery po parku w Casercie:),
    ani "liczne atrakcje wielkiego miasta" (czytaj: "wdzięki baletnicy
    Schwarzwald") nie zatarły na chwilę wyrytego w sercu obazu panny Angeliki
    Sedara) - koniec cytatu. Ot cały nasz kochany siostrzeniec:)
    Jestem ciekawa, dla jakich to przymiotów tak bardzo cenisz tego młodzieńca.
    Niestety nie mam dziś czasu się rozpisywać, więc tylko narazie zaznaczam
    problem różnicy w widzeniu Tancreda między nami.
    Dzięki za informacje na temat reszty twórczości Lampedusy - będę się pewnie
    nieźle musiała namęczyć, żeby to zdobyć, ale rozumiem, że warto.
    Czy nad Sekwanę jedziesz w celach wypoczynkowych i czy na długo, bo to mogłoby
    oznaczać, że będziemy musieli zawiesić naszą dyskusję o Lamparcie, a to byłoby
    przykre, no i musiałabym czekać na Twoje wrażenia z lektury Marqueza, a to
    byłoby jeszcze smutniejsze;(
    Proszę mnie pocieszyć.
    Pozdrawiam lekko zmęczona upałem:)
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 27.05.05, 21:56
    No wlasnie! Obawialem tego, ze najblizsza postacia jest dla Ciebie ta biedna,
    Concetta, ktora, chyba to przyznasz, kieruje sie w zbyt duzym stopniu
    uczuciami,a w zbyt malym chlodnym osadem.
    Co do Tancreda to wg mnie jest jej przeciwienstwem (stad to ich
    przyciaganie:))- we fragmencie przytoczonym przez Ciebie jest on zwyczajnym
    mlodziencem o typowych zainteresowaniach- mnie nie oburza jego postawa:)
    Cenie za to jego tworczy stosunek do zycia, trzezwy osad rzeczywistosci (patrz 1
    rozmowa z wujem), pozbawiony zludzen stosunek do ludzi, niezaleznosc, uczciwosc
    (w ramach przyjetych zasad postepowania),wrazliwosc zmieszana z ironia, etc.
    Zatem jest czyms wiecej niz tylko darmozjadem- a propos- kto nim nie
    jest?Sedara?, bawidamkiem- czy to cos az takiego zlego:), utracjuszem-i bardzo
    dobrze:)
    Koncze, bo lulac mi sie chce, troche z powodu dzisiejszych upalow.

    W ramach pocieszenia zdradze, ze nad Sekwana bede ok.tygodnia, najpierw w celach
    niewypoczynkowych, nastepnie czysto wypoczynkowych, a po powrocie przedstawie
    swoje opinie m.in. na temat ostatniego Marqueza (w tym watku).
    Zatem,prosze sie juz nie smucic:)

    Pozdrawiam



  • Gość: daria13 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.05.05, 11:32
    > No wlasnie! Obawialem tego, ze najblizsza postacia jest dla Ciebie ta biedna,
    > Concetta, ktora, chyba to przyznasz, kieruje sie w zbyt duzym stopniu
    > uczuciami,a w zbyt malym chlodnym osadem.
    Tak! I wcale się tego nie wstydzę!
    Typowe zainteresowania młodzieńcze Tancereda - kochanki i wielka miłość do
    Angeliki (wielka miłość, phi), to dla mnie nic, co mogłoby mnie pociągać w tej
    postaci, co najwyżej budzić odruch pobłażania. Niezależność - chyba żartujesz!
    Uczciwość? Kochanki i Angelika, że się powtórzę. Ale najbardziej rozśmieszył
    mnie w Twoim wykonaniu fragment: "utracjuszem i bardzo dobrze." Coś u ciebie
    słabo z konsekwencją, kolego. Jak te wszystkie postawy mają się do Harrego z
    Dzikim palm, którego tak lubiłeś? Nijak, niestety. Trzeźwy lekkoduch, utracjusz
    i bawidamek i Harry? Halo, o co chodzi? Czy Tancredi nie jest typowym
    oportunistą? Jak więć ma się do tego Twoja krytyka bohatera Starego, który choć
    z innych pobudek, ale tez jest, w Twoim mniemaniu wygodnicki?
    Proszę bardzo, tłumacz się teraz:))))
    Dobrze, że mam okna na dwie strony świata, mogę przynajmniej porobić w całym
    domu przeciągi, bo inaczej bym się chyba ugotowała. Czy u Ciebie też jest tak
    gorąco?
    Pozdrawiam serdecznie, pełna zazdrości, co do Sekwany. Czym będziesz podróżował?
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 29.05.05, 22:25
    Twoje zarzuty do Tancreda sprowadzaja sie wg mnie do jednej podstawowej
    trudnosci- chodzi o kochanki,masz mu za zle przede wszystkim te jego kochanki-
    budzi to Twoje poblazanie w stosunku do jego osoby, nie ma mowy w zwiazku z nimi
    o jego uczciwosci i (pewnie) niezaleznosci rowniez, z ich powodu jest on takze
    paskudnym utracjuszem i wstretnym oportunista.
    Otoz ja tak tego nie widze. On jest dla mnie, podobnie jak dla ksiecia, wielkim
    (wybitnym) czlowiekiem porafiacym wlasciwie oceniac sytuacje i podejmujacym
    wlasciwe kroki, lawirujacym w meandrach zycia ze zrecznoscia ekwilibrysty:). Z
    Twoimi zarzutami sie nie zgadzam, z wyjatkiem moze tego utracjusza, choc gdybym
    mial o to do niego pretensje czulbym sie jak osoba krytykujaca narratora Moskwy
    Pietuszek z powodu spozywania przez niego %ow. A poza tym majateczek pomnozyl,
    wiec doprawdy sie czepiasz:)
    Sympatia do Harrego nie wyklucza sympatii do Tancreda, czy w zyciu darzymy
    sympatia jedynie osoby o takich samych charakterach.
    W moim pieknym miescie byly straszne upaly w sobote, znosne dzisiaj, ale nie
    odczulem bo bylem nad duza woda.
    Podroz-Citroen C8-pasazer:)

    Pozdrowienia:)
  • Gość: daria13 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 30.05.05, 18:08
    Różnica w naszym odbiorze Tancreda wynika z różnicy płci (Twojej i mojej,
    znaczy:). Ty w solidarności męskiej nie masz mu za złe wiarołomstwa, ja, jako
    kobieta, takiego sposobu życia pochwalić nie potrafię, taka jestem jakaoś
    staroświecka;). Na Ciebie działa jego niewątpliwy, czasami tylko nieco za
    bardzo rubaszny, urok osobisty, ja nie znoszę takich, nie bójmy się użyć tego
    słowa, gogusiów, jak mawiała moja Mama - picusiów-glancusiów (ale śmiszne
    słowo, zwłaszcza jak jest napisane:). To facet, który nie zawdzięczał niczego
    sam sobie, był całe życie od kogoś uzależniony i miał dzikiego farta, że jego
    wybranka nie dość, że była wyjątkowo bogata, to jeszcze piękna przy tym, a że
    pusta, to już taki szczególik. Kompletnie nie rozumiem, za co mamy go podziwiać
    i określać mianem wybitnego człowieka. Umiejętności "lawirowania w meandrach
    życia" ja nazywam sprytem a nie wielkością. Pokaż mi choć jeden przykład jego
    wybitności, to może zrozumiem Twój punkt widzenia. No może chodzi Ci o to, że
    umiał kupić pierścionek zaręczynowy za pieniądze od wuja, tak korzystnie, że
    wystarczyło mu jeszcze kasy na drobny prezencik dla kochanki. O, to
    rzeczywiście nie byle jakie osiągnięcie. Jestem w stanie od biedy zrozumieć, że
    można lubić Tancreda, ale żeby go podziwiać, nijak nie rozumiem.
    To, że książe go podziwia, bo daży go miłością ojcowska, to jestem jeszcze w
    stanie zrozumieć, ale Twój podziw jest wciąż dla mnie niezrozumiały.
    Proszę o konkrety z życia i zachowania Tancreda, które budzą Twój tak wielki
    szacunek.
    Książe jest postacią tak wielowymiarową i ciekawą, że o jego ocenę będę się
    mogła pokusić dopiero jak zelżą te nieznośne upały, co pozwoli mi nieco jaśniej
    myśleć i artykułować te myśli.
    Pozdrawiam totalnie wyczerpana i ugotowana:)
  • Gość: daria13 IP: *.medical / *.crowley.pl 06.06.05, 14:40
    "Ale tego wieczoru rozległo się od dawna juz nie słyszane groźne pobrzękiwanie
    głebokiej łyżki o boki wazy: oznaka wielkiego, powściąganego jeszcze gniewu,
    najbardziej przerażający dźwięk, jak utrzymywał nawet po czterdziestu latach
    jeden z pozostałych przy życiu synów - ksiaże spostrzegł, że szesnastoletni
    Francesco Paolo nie siedzi jeszcze na swoim miejscu. Chłopak wszedł zaraz
    ("Proszę mi wybacyć, papo!") i usiadł. Nie został skarcony, lecz ojciec
    Pirrone, który sprawował funkcję mniej więcej takie jak pies owczarski, zwiesił
    głowę i polecił się Bogu. Grom nie uderzył, ale wietr, jaki się zerwał przy
    nadchodzącej burzy, zmroził zgromadzonych przy stole i cała kolacja i tak była
    zepsuta. Podczas posiłku niebieskie oczy księcia, zmrużone pod wpół
    przymkniętymi powiekami, padały kolejno na wszystkie dzieci, które martwiały ze
    strachu".
    Jest to cytat, który w moim odczuciu doskonale powinien wytłumaczyć moją
    początkowa niechęć do księcia. Okrutny despota i tyran. Kiedy później do tego
    wszystkiego doszło jego wyrzeczenie się wartości dotyczących jego pozycji i
    pochodzenia, poparcie dla rewolucji i namawianie swoich poddanych do głosowania
    w referendum na korzyść nadchodzących zmian, uznałam go za hipokrytę i
    oportunistę, którym przecież tak naprawdę jest. Wynika to wszystko oczywiście z
    jego wnikliwośći i inteligencji, zrozumienia i mądrości życiowej, ale jednak
    jest wyrazem zaparcia się siebie. Moje spojrzenie na księcia, jak juz to
    wcześniej pisałam, zmieniło się jednak diametralnie po przeczytaniu jego
    dialogu z wysłannikiem władz, w którym Salina daje diagnozę, bardzo wnikliwą i
    bardzo krytyczną, społeczeństwa i historii Sycylii. Po tej rozmowie zaczynam
    lepiej rozumieć cały sceptycyzm i przenikliwość księcia.
    Sceny poprzedzające bezposrednio śmierć księcia są z pewnością nie dość, że
    najpiękniejszymi i najbardziej poetyckimi (rzeczywiście z elementami
    metafizyki,jaką zawsze niesie w sobie śmierć) w całej powieści, ale jeszcze
    bardziej zbliżają czytalnika do Saliny, do jego duchowości i mądrości, a
    jednocześnie do jego człowieczeństwa.
    Lampedusa zagrał na moich emocjach, pokazując księcia najpierw jako despotę i
    oportunistę, po to żeby przedstwiona przez niego postać, tak w sumie wielka
    jako przedstawiciel odchodzącej arystokracji, nie stała się nieznośnie
    patetyczna i monumentalna. To zwykły - niezwykły człowiek.
    Mnie w sumie najbardziej zafrapowała też w Lamparcie postawa i ocena księcia
    przez poddanych. Miałam zupełnie inny obraz ciemiężonych i wykorzystywanych
    przez panów ludzi. Lampedusa pokazał mi inną, ciekawą i ludzką stonę tych
    zależności, które mam nadzieję jeszcze z Tobą omówić, jeśli będziesz miał
    ochotę:)
    Jestem ciekawa, czy nad Sekwaną też tak pochmurno i zimno jak tutaj. Kolejny
    miesiąc nie taki, jaki powinien być.Do bani z taką pogodą;(
    Pozdrawiam z utęsknieniem:)
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 06.06.05, 21:43
    Jestem juz w ojczyznie:) zmeczony & zadowolony. Nie mam teraz sil sie
    rozpisywac, ale zawiadamiam telegraficznie, ze odpuscilem sobie po pierwszym
    rozdziale dzielko Gabo i nie mam zamiaru zglebiac (wrazenia-gleboki niesmak dla
    bohatera opowiesci(zapamietalem ze pali go w tylku od dluzszego czasu i ma
    nasrane we lbie(sorry za slownictwo)) i zdziwienie ze Marquez tracil swoj cenny
    czas na przyblizanie nam takiego obwiesia, jakby mie mial nic lepszego odo
    opowiedzenia). W Paris pogoda byla OK. (czasem bylo ladnie czasem troche mniej,
    ale to normalne), ale to co zastalem u nas to katastrofa-falszywe lato (jakby
    powiedzial Hemingway).

    Pozdrawiam b.spiaco :)
  • Gość: daria13 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 06.06.05, 21:58
    Cieszę się, że już jesteś:)
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 07.06.05, 19:07
    Bardzo dobrze wytlumaczylas mi swoj zmieniajacy sie stosunek do ksiecia,
    generalnie zgadzam sie z Toba, nawet z tym, ze mozna go traktowac jako
    oportuniste, ale tylko do pewnego stopnia. Generalnie lubie bohaterow
    wyobcowanych z otaczajacego ich srodowiska, jest on dobrym przykladem takiego
    bohatera i generalnie dlatego rowniez wydawal mi sie od pierwszego momentu
    sympatyczny (taka jest roznica miedzy nami).
    Co do Tancreda to oczywiscie sie z Toba nie zgadzam-to wybitna osobowosc,
    posiadajaca wiele zalet, a nie cienki spryciarz. Zauwaz, ze on pierwszy ocenil
    wlasciwie sytuacje, byl zatem bardziej przenikliwy niz nawet Salina, nie mowic
    juz o ojcu Pirrone (nawiasem mowiac fantastycznie go opisal Lampedusa- mimo
    swoich licznych wad da sie jednak lubic- jedna z niewielu postaci w sutannie z
    krwi i kosci:)), ktory potrzebowal z rok, zeby zrozumiec co ksiaze mial na mysli
    po rozmowie (ksiecia) z Tancredem.
    Jak Ty odebralas dziel(k)o Marqueza, jak juz meldowalem mnie odrzucilo i nie mam
    ochote na zglebianie chorej psychiki wesolego staruszka:)

    Pogoda w Szcz. do luftu, 0 slonca, malo swiatla, zimno-13st.C, a do tego non
    stop deszczyk, brrrrrrrrrrrr

    Pozdrawiam cieplutko:)
  • Gość: wqrwiony IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.06.05, 19:28
    Nie wiem co tu toztrząsaliście przez prawie dwie setki postów, odpowiedź jest przecież oczywista. Tak Itek jeśli nie jesteś Bogiem mylisz się
  • Gość: daria13 IP: *.medical / *.crowley.pl 08.06.05, 12:28
    Cześć:) Zanim postawisz tak kategoryczną diagnozę, może jednak pokusisz się o
    przeczytanie wątku (choć wiem, że jest on być może interesujący wyłącznie dla
    Itka i dla mnie;) i wtedy może rozstrzygniesz nasze spory o bohaterów
    Faulknera, bo coś mi mówi, że czytałeś, a Twoje zdanie zawsze jest dla mnie
    cenne:). A może się mylę (co do tego, czy czytałeś F.)?
    Pozdrawiam:)
  • daria13 07.06.05, 22:29
    A gdzie obietnice, gdzie honor, gdzie w końcu lojalność wobec stałej
    rozmówczyni i pilnej uczennicy, która tak grzecznie odrabia lekcje? Że o
    odrobinie sympatii nie wsponmę:)Książeczka Marqueza w końcu nie jest obszerna i
    choć wiem, jak cenisz sobie swój czas, stanowczo nalegam na przeczytanie w
    całości, inaczej poczuję się całkowicie zlekceważona. No powiedz, nie zrobisz
    tego dla mnie, lub choćby w ramach rewanżu, za moje pracowicie wymyślane
    argumenty i kontrargumenty w naszych wszystkich dyskusjach?
    Bardzo szybko się zrażasz, ale trochę Cię rozumiem, bo pamiętam jak odpychające
    wrażenie zrobił na mnie książę po pierwszym rozdziale Lamparta i jak to
    wrażenie ewoluowało w miarę czytania. Myślę, że w przypadku bohatera Dziwek,
    rzecz może się mieć z Tobą podobnie, bo tak na zdrowy rozum i na pierwszy rzut
    oka, nie jest on godny podziwu, ale, uwierz mi, później zmienisz o nim zdanie,
    a jeśli nie zmienisz zdania, co do bohatera, to może jednak dasz się uwieść
    poezji tej opowieści, bo jest to najbardziej, w moim odczuciu, poetycka powieść
    mojego ukochanego M. Mnie oczarowała bez reszty. Być może Ciebie nie oczaruje,
    ale daj jej szansę, proooooszę. Nie daj się zwieść pozorom i przede wszystkim
    nie podchodź do tej pozycji dosłownie, bo przecież wiesz, że u Marqueza rzeczy
    i ludzie rzadko okazują się tym, czego się po nich spodziewamy:)
    Jeśli Szcz. to duże miasto, a nie jego zdrobnienie, to muszę Ci powiedzieć, że
    to miasto, w którym się urodziłam, choć przeżyłam tam tylko dwa lata, ale
    sentyment mam wielki:)
    U mnie też nadal zimno. W niedzielę pan Podoga powiedział, że ludowe porzekadło
    mówi, że jak na Norberta, Roberta i Medarda pada deszcz, to będzie jeszcze
    padał przez sześć tygodni i pan przyznał, że nie jest to takie całkiem od
    rzeczy. Jeśli to prawda, to ja się tak nie bawię.
    Pozdrawiam sennie:)
  • Gość: daria13 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 08.06.05, 21:05
    Twoje milczenie biorę za dobrą monetę, bo mam nadzieję, że czas poświęcasz
    lekturze Dziwek, mimo niechęci, na moją prośbę:)
    Czy się mylę?
  • Gość: itek IP: *.pomorzany.v.pl 08.06.05, 23:23
    Milczalem, bo musze pare rzeczy zrealizowac b.pilnie (terminy!!!!!!!). Z Dziwek,
    specjalnie i jedynie z uwagi na Ciebie:)) sprobuje przeczytac w najblizszym
    czasie 2 rozdzial, ale nie recze, bo tematyka pedofilska jest mi obca i czuje do
    tego obrzydzenie (z Lola mam to samo-nie zachwyca, pozostawia z uczuciami malo
    pozytywnymi dla H.H i autora), taki juz jestem dziwny. Wiec jakby co to przebacz:)

    Pozdrawiam:)
  • daria13 09.06.05, 21:48
    Drogi Itku! Twój argument dotyczący tematyki pedofilskiej jest doprawdy
    zabawny. Czy nie czytujesz książek o, dajmy na to, mordercach, bo nie
    pochwalasz zabijania ludzi, a taki Raskolnikow na ten przykład? Czyż nie lubisz
    Harrego mimo, że dokonał zabiegów aborcji, a nie wydaje mi się żebyś był
    gorącym zwolennikiem? Książka Marqueza nie jest osadona w tematyce
    pedofilskiej, wierz mi. Choć jesteś w jednej trzeciej książki, nie doszedłeś
    chyba jednak do jej sedna, więc daj drogiemu M. szansę. Musisz poza tym
    zrozumieć, że w krajach, w których rozgrywa się akcja książek M. kobiety
    dojrzewają znacznie szybciej i zresztą co jak co, ale mnie chyba nie
    podejrzewasz o to, że pochwalam takie praktyki i musisz mieć świadomość, że
    Marquezowi nie o to chodziło. To książka magiczna i największym grzechem byłoby
    branie jej dosłownie, ale myślę, że znam CIę już na tyle dobrze, żeby się
    zorientować, że trochę się za mną droczysz, (choć trochę na rzeczy też pewnie
    jest), ale ja nie mam nic przeciwko temu, nawet to lubię, bo sama też miewam
    takie skłonności:)
    Czy rzeczywiście zanosi się u Ciebie dziś w nocy na te zapowiadane 0 stopni?
    Jeśli tak, to pozdrawiam dziś wyjątkowo gorąco, na rozgrzanie:)))
  • daria13 09.06.05, 12:36
    FK mi dzisiaj kompletnie sfiksowało, nie wiem nawet czy ten post się pojawi,
    ale jeśli tak, to wiedz, że teraz nie wiem, czy o mnie zapomniałeś z kretesem,
    czy to tylko wina wadliwie działającego forum;( Wolałabym opcję drugą.
    Wczoraj, po powrocie ze spaceru z psem poważnie się zastanawiałam nad
    rozpaleniem kominka, tak było zimno, ale słyszałam, że ponoć u Ciebie
    temperatura w nocy ma spaść do 0:(
    Trzymaj się więc ciepło:)
  • daria13 13.06.05, 12:08
    Halo, halo! Daria13 do Itka! Odbiór!?!!!
    Rozumiem, że zatkało Cię całkiem po przeczytaniu w całośći Dziwek i teraz
    musisz przetrawić, żeby w pełni wyrazić swój zachwyt:)))
    Bo, że nie dotrzymasz danej obietnicy nie mogę uwierzyć:)A w końcu nie wymagam
    przeczytania jakiegoś współczesnego chłamu, hiciora, ale pozycję jakby nie
    patrzeć klasyka i w dodatku nie jest to pozycja zbyt opasła:)
    Btw. jestm na swieżo po przeczytaniu Głosu góry Kawabaty, bo postanowiłam
    nadrobić zaległości z literatury japońskiej i jestem ogromnie ciekawa Twojej
    opinii na temat tego pisarza, bo przeczucie mi mówi, że istnieje szansa, że go
    lubisz:). Czytałeś Głos góry?
    Pozdrawiam nareszcie ciepło:)))
  • Gość: daria13 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 15.06.05, 18:29
    Wiesz, bardzo fajnie się z Tobą rozmawia, ale znacznie mniej fajnie milczy. Tym
    bardziej, kiedy to zamilknięcie z Twojej strony, znowu odbywa się tak
    nieoczekiwanie. Czyżbyś należał do gatunku chimerycznych facetów? A może to ja
    należę do gatunku natarczywych bab?
    Jeśli można wybieram opcję trzecią - jesteś obecnie bardzo zapracowany;-)
    Pozdrawiam, mimo wszystko, w poburzowe,upalne popołudnie:)

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka