Dodaj do ulubionych

Zna ktos jakas dobra ksiazke o zyciu w USA

IP: 5.3.* / *.proxy.aol.com 03.05.05, 12:12
Wiekszosci sie wydaje, ze USA to raj. A tymczasem prawda jest chyba troche
inna. Czy ktos moze mi polecic jakies ksiazki o zyciu, codziennosci, ochronie
socjalnej. Moze jakies reportaze lub dokumenty.
Edytor zaawansowany
  • Gość: Leszek IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.05.05, 12:19
    Delicje Ciotki Dee, Barbary Holowki
  • lunatica 03.05.05, 16:37
    choć ma już swoje lata i pokazuje Amerykę z perspektywy przybywających tam Polaków.
    Warto.
    --
    ♥ Lisbon ♥ Story ♥
  • Gość: Gosiua IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.05.05, 21:09
    Tak! "Delicje..." TERESY Hołówki ( a nie Barbary ;-) serdecznie polecam!
    Doskonale się czyta, mnóstwo intersujących szczegółów z tzw. prozy życia - tak
    wyraźnych, bo widzianych oczami przybysza z całkiem odmiennej rzeczywistości.
    Po raz pierwszy czytałam to na początku lat 90-tych, wydawało mi się relacją z
    innej planety.
  • chihiro2 03.05.05, 15:02
    Wiesz, codziennosc w USA ma, jak wszedzie, wiele twarzy. Inna jest codziennosc
    Afroamerykanow w Nowym Jorku, inna Latynosow w Arizonie, jeszcze inna gwiazd
    filmowych w Los Angeles. Nie bylam nigdy w Stanach, ale jestem pewna, ze nie ma
    czegos takiego jak zycie i codziennosc w USA dla wszystkich. Musisz sprecyzowac
    o co ci chodzi, jakiego pochodzenia ludzie cie interesuja, jaka klasa spoleczna
    itp.
    A tak troszke tylko nie na temat - bardzo ciekawe sa wspomnienia Janusza
    Glowackiego dotyczace jego zycia w USA. Polecam :)
  • Gość: Agata IP: 5.3.* / *.proxy.aol.com 03.05.05, 15:48
    Interesuje mnie codziennosc przecietnego Amerykanina, nalezacego do srednich i
    nizszych warstw spolocznych, nie przynaleznego do zadnych grup etnicznych
    (Latynosi, Afroamerykanie itp.). Ale tez ciekawia mnie rozne przepisy,ochrona
    socjalna (urlopy, emerytury, ubezpieczenia zdrowotne).
    Ja w USA bylam 2 lata temu (Floryda), niestety nie mialam mozliwosci
    dowiedzenia sie czegos wiecej poza tym, co moglam zobaczyc. Musze przyznac, ze
    bylam w lekkim szoku. Jednym zdaniem ujelabym to tak: Ameryka tak jak jest
    piekna, tak prymitywna. Dlatego chcialabym poczytac o tym czego nie wiem i
    sprawdzic, czy pisze sie o tym co wiem.
  • ryzwan 03.05.05, 16:45
    Agata, cos krecisz, bo wyglada, ze jestes w USA,
    (albo masz tylko poczte zalozona w AOL)
    na poczatek poczytaj Bukowskiego
    jesli chcesz o codziennosci literacko

    poradniksukces.com/wydaniaksiazkowe/ochrona.htm
    a w tym adresie znajdziesz masz najlepsze wydawnictwo
    instruktazowe
  • Gość: Agata IP: 5.3.* / *.proxy.aol.com 03.05.05, 17:41
    Piekny adres, wielkie dzieki "ryzwan". Jeszcze nie przegladalam dokladnie, ale
    juz po pierwszej stronie widac, ze znajde tam mnostwo ciekawych rzeczy.
    A tak na marginesie, co masz na mysli piszac, ze krece. Jaka poczta w AOL?
    Mozesz jasniej, bo mnie intrygujesz.
  • staua 03.05.05, 18:35
    widac, skad sie logujesz, bo jestes gosciem, wiec ryzwan ma racje, krecisz i jestes w USA, ale co to ma
    za znaczenie, o ksiazkach popisac mozna.
    --
    ----------------------------------
    "A little too much is just enough for me"
    Forum o Rumunii
    nie klikaj tutaj!!!
  • ryzwan 03.05.05, 19:29
    jesli Cie intryguje to zupelnie inna sprawa
    prosze bardzo - pisz
    adres jak u wszystkich:
    ryzwan@gazeta.pl
  • Gość: broch IP: *.block.alestra.net.mx 04.05.05, 06:27
    Pani Agata może wiedzieć jak się to robi
    Ten post jest z Meksyku
  • Gość: broch IP: 202.56.231.* 04.05.05, 06:31
    ten zas wysłany jest z Indii
  • Gość: broch IP: 166.114.30.* 04.05.05, 06:41
    choc sądzę że pani Agata faktycznie pisze posty ze Stanów.
    Pozdrowienia z Boliwii.
  • staua 04.05.05, 15:59
    No bo po co udawalaby, ze nie jest ze Stanow, jednosczesnie przez IP udajac, ze stamtad jest? Chyba
    jest i nie zauazyla, ze to widac...
    A jak to sie robi, Broch?
    --
    ----------------------------------
    "A little too much is just enough for me"
    Forum o Rumunii
    nie klikaj tutaj!!!
  • broch 04.05.05, 17:04
    Czasem ludzie bardzo dbaja o anonimowosc, choc faktycznie jesli ktos loguje sie
    jako gosc to z reszty i tak niewiele mozna sie domyslec. Generalnie ma to sens
    jesli ktos odwiedza niezbyt legalne strony np warez z karadzionym
    oprogramowaniem itp.

    Jak sie to robi?
    Na internecie sa listy "publicznych" serwerow proxy. Wystarczy w google wpisac
    "Public proxy servers"
    Na liscie szukasz serwerow opisanych jako "High anonymity":
    transparent proxy - pokazuje Twoj adres (jego funkcja jest inna np
    przyspieszanie netu)
    anonymous proxy - ukryje Twoj adres ale bedzie widoczna informacje ze jestes
    schowana za serverem proxy
    high anonymity - stworzy wrazenie ze adres proxy jest faktycznie Twoim adresem.
    W tym wypadku aby zgadnac czy nie uzywasz takiego serwera nalezaloby miec liste
    tego typu maszyn.

    Serwery proxy niekoniecznie sa legalne. Czesto administrato popelnil blad w
    konfiguracji i pojawila sie dziura z ktorej mozna korzystac. Jak do tej pory nie
    jest to karalne.

    Jak uzywac?
    zalezy od przegladarki:
    IE menu:
    Tools -> Internet Options -> zakladka "Connections" -> przycisk LAN Settings
    zaznacz proxy server i wpisz adres servera oraz port na ktorym mozna sie laczyc
    (te informacje sa podane na liostach serwerow proxy dostepnych przez internet)

    FireFox menu:
    Tools -> Options -> przycisk "Connection Settings..." -> zaznacz "Manual Proxy
    Configuration" i wpisz informacje o serwerze
  • staua 04.05.05, 17:33
    Dzieki - ciekawe, nie wiem, czy mi sie na cos przyda, ale nie mialam o tym pojecia...
    --
    ----------------------------------
    "A little too much is just enough for me"
    Forum o Rumunii
    nie klikaj tutaj!!!
  • iwka_j 04.05.05, 12:34
    wlasnie widzac tego posta chcialam polecic bukowskiego:-) choc osobiscie za nim
    nie przepadam to trzeba przyznac, ze codziennosc w usa opisuje dokladnie i
    ciekawie.
    pozdrowienia i milego czytania!
  • Gość: Jabłkarz IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.05.05, 17:46
    czytuj blogi pisane przez amerykanow, tam znajdziesz codziennosc, problemy i
    inne rzeczy

    oczywiscie po angielsku :)

    jeden adres ci podam, wiecej sobie sama znajdziesz:
    www.blogspot.com
  • Gość: FOXIE77 IP: 170.134.133.* 03.05.05, 21:19


    ja tez uwazam, ze skoro Twoj pobyt w USA byl malo
    "krajoznawczy" najlepiej czytac ksiazki amerykanskie
    nie wiem czy znasz jezyk angielski, lub wskakiwac na
    amerykanski internet.
    zreszta jest to bardzo szeroki temat, a nie sprecyzowalas
    o co Ci chodzi dokladnie.Poniewaz Twoja opinia o zyciu
    w Stanach jest bardzo uprosczona, wydaje mi sie ze mialas
    ograniczone mozliwosci w tym kierunku.

    pozdrowienia
  • Gość: ingrid IP: *.180.169.196.fdl.wi.charter.com 04.05.05, 04:11
    "Klimatyzowany koszmar"-Henry Miller
    "Ameryka"-Jean Baudrillard
    dla mnie biblie :o)
  • me_poli 04.05.05, 06:31
    przeczytaj sobie "zapiski z wielkiego kraju" (bill bryson) to jest zbior
    felietonow, w ktorych koles wysmiewa amerykanski sposob zycia. wszystko
    naprawde bardzo trafnie ujmuje. plakalam ze smiechu. pozwoli Ci to na pewno
    przyblizyc troche zycie tutaj.
  • ewka5 04.05.05, 07:04
    W Wydawnictwie Polonia ukazala sie, w 1991 roku, ksiazka "Pan Zdzich w
    Kanadzie". Autor - Jaroslaw Abramow-Newerly.
    Wszak rzecz jest o Kanadzie widzianej okiem tzw. Polaczka, tytulowego Zdzicha,
    ale niewiele odbiega od Stanow.

    Zyje sie w Stanach, mam wrazenie, latwiej, prosciej, ale.
    Tego "ale" jest wiele. Tak naprawde wazne jest, co jest dla kogo wazne, a co
    wazniejsze.
    A trawa po drugiej stronie rzeki zawsze zdaje sie byc bardziej zielona, prawda?

  • ewka5 04.05.05, 07:23
    wklejam opowiastke sprzed ponad dwoch lat, ktora nazwalam amerycka refleksja.
    Moze to Ci, Agato, pomoze (nie wiem w czym, ale niech tam).
    Dluga jest jak jasny gwint, wiec dla naprawde cierpliwych.
    (pisownia zamierzona!)


    żar jak z pieca prosto w twarz zmęczoną długą podróżą.
    Ponad trzydzieści stopni - naszych, bo tych ichnich farenhajtow chyba
    dziewięćdziesiąt.
    Mmmm, jak miło, ciepło i nawet nie tak obłędnie - jak to klimat
    szikagowy ma w zwyczaju - wilgotno.
    Nad, tamtejszym, ranem senność okropna. Siedem godzin różnicy.
    Chleb, którego nie znoszę. Bułki, które - jeśli ciepłe - dają się
    jeść. Nasze masło z polskiego sklepu. Sery, serki i sereczki - jak u nas,
    więc da się żyć. I meksykańska nibymaca, w która pakuję żółty ser i zapiekam -
    pycha. Spagettiskłosz - dyńka owalna, którą się gotuje lub maltretuje w
    mikrofali, a która ma w środku nibymakaroniki - jedzone z masłem i solą
    zachwycają moje podniebienie.
    No i polskie restauracje - bobak, dżolly i coś tam jeszcze.
    Amerykanie wyraźnie lubią tam jeść - zawsze ich pełno. To pewnie przez gołąbki
    i pierogi - głównie to widzę na ich talerzach.

    No i te długaśne i szerokaśne hajłeje, z wiecznymi robotami drogowymi, zwanymi
    przez nich konstrakszynami.
    Ale drogi mają dobre (poza detroit, w którym może chyba podczas jazdy dojść do
    przerwania kręgosłupa). Ha, oni w ogóle mają drogi!
    Oświecił mnie Piotr (tamtejszy dziennikarz, tutejszy też kiedyś) w sprawie tzw.
    66 drogi. W wielu miejscach, w ichnich cepeliach i gdzie tam jeszcze, spotkać
    można breloczki, łyżki, łyżeczki, talerzyki, kubasy, plakietki, czapki itp.
    z tą ich najważną 66. To ich pierwsza droga, pierwszy szlak.

    Przy okazji - podczas długiej podróży do kalifornii - doszłam do
    wniosku, że nie było takiej możliwości, żeby jakikolwiek inny kraj poza stanami
    mógł stać się ojczyzna filmów drogi.
    Bo jak się tak jedzie i jedzie, i jedzie i jedzie, i widzi się to, co się
    widzi, to taka mnogość myśli i pomysłów musi się pojawiać, że po prostu trzeba
    je przerobić na obraz filmowy.
    Dla mnie - bardzo chcę podkreślić, że dla mnie, bo ważne jakoś mi
    się zdaje to podkreślenie - która bywam tam każdego roku, która gdzieś tam
    jeżdżę, ileś poznaję, ale TYLKO ileś, kawałki, fragmenty przecież - stany
    są krajem wszechobecnego kiczu, blichtru, świecidełek, przedmiotów
    (w szerokim tego slowa znaczeniu), które na pierwszy rzut oka tchną szlachectwem
    swego rodzaju, a kiedy bliżej podejść, kiedy dotknąć - plastikowe się okazują.
    Czasami to takim napawa smutkiem... Ale pewnie można się przyzwyczaić.

    Z barw i form flagowych robią wszystko - od miniflagi, którą zawieszają na
    antenie samochodu, po... gacie.
    Obawiam się, że kiedy późnym wieczorem docierają, po ołwertajmie czy kolejnym
    parttajmie (bo właśnie dokonali kredytowego zakupu domu w lepszej dzielnicy,
    gdzie nogi nie postawił jeszcze żaden meksyk ani czarny) do swojej nowej
    pachnącej łazienki, i zdejmują wierzchnie portki zostając we flagowych gaciach,
    to czują się najpatriotami. I - na sekundę przed opadnięciem zmordowanych
    powiek - mówią: - Boże, Pobłogosław Amerykę.

    w drodze z illinois do kolorado jest głównie płasko - najpłasko
    (jak nasza wielkopolska), płasko i średnio płasko.
    W kolorado - góry.
    Do denver takie sobie widoki, zaś za granicami tego miasta - mmm, bajka.
    Górska miejscowość, nazwy nie pamiętam, w której domy na taakiej wysokości są
    postawione, że w głowę zachodziłam, jakim cudem techniki (łańcuchy?) ich
    mieszkańcy dostają się do nich zimową zaśnieżoną porą. Tak jakoś szwajcarsko to
    wyglądało. I rzeka, która w mojej wyobraźni była dzika i ogromna, tu okazała
    się być nieszczególnie szeroka i spokojnawa.
    Przy tych wielgaśnych pasmach górskich jakaś taka wstążka wodna płynęła.
    Kajakarzy udało mi się zdjęciowo "złapać", co życia tej rzece dodało - nie
    złapanie zdjęciowe, tylko fakt, że ludzie w kajakach.
    Hajłej w jedną stronę wyżej, zaś w drugą niżej, tuż obok wstęga wody, a za nią
    linia kolejowa, tuż przy obu hajłejach strome góry, dziwnie barwne skały –
    niesamowicie to wygląda!
    I te tunele w nich wydrążone (jak mysia dziura, z bajek, w ścianie domu) -
    wrażenie robią wjeżdżania w inny świat, w jakąś baję. Ale kiedy już w nie
    wjechać, to miastem trącą i wrażenie umyka, i bardzo już chce się z niego
    wyjechać, by znowu oko górami nacieszyć.
    Tylko te okropne słupy, co to elektryka nimi plynie, wrażenie najładne psują,
    takie skundlone się to staje.
    I czasami troche zieleni, a czasami mnóstwo zieleni - wielowieloodcieniowej.
    Próbowałam policzyć, ile tych odcieni zieleni dojrzeć tam można - przy
    dziesiątym dałam spokój.

    W kolejnej miejscowości rowerzystow się dwoje pojawiło - kiepskie zdjęcie mi
    wyszło, ale dokument jest - że są.
    No i juta. Jaakie tam krajobrazy... Było takie pasmo, że skojarzenie miałam z
    chińskim murem. Pięknie się tamtedy jechało. Piach, kępki zieleni, skały, znowu
    jakaś zieleń różna, i znów góry w kształtach tak dziwacznych, ze wyobraźnia
    szaleje.
    Te ichnie góry barwami się takimi mienią, poziomymi, ze dech zapiera.
    Była góra, która wyglądała jak truskawka do góry nogami! Na dole szypułka
    zielona, którą tworzył szeroki plaster zieleni. W górę zweżała się - jak to
    truskawka. Różowawo-rdzawo-czerwona, a pestki truskawkowe zielonkawe tworzyły
    malusie kępki krzaczków te górę porastające. Obłędny widok!
    Dalej - kobieta na plecach leżąca, ze żłobionymi pięknie biodrami i udem
    obłym lekko uniesionym, noga w kolanie zgięta. A jakie piersi miała! I głowę do
    tyłu odchyloną ze spływającymi włosami (nowofalowa jakaś, bo te włosy
    mocno zielone były).
    Nevada pustynna pustynnie. Tam przeżyłam upał potworny i jazdę
    kilkugodzinną z padłą klimą w samochodzie - okropne to było!
    Żar – jeśli okno otworzyć, wszystko do obłędu gorące, parzące (stopę sparzyłam
    o podlogę samochodu!), i ta niemal nie do zniesienia suchość, która sprawiała,
    że wrażenie miałam kompletnie suchych oczu, nosa, przełyku,
    całego wnętrza mnie. Żadnej osady ludzkiej (nie mówiąc o wartsztacie
    naprawczym) po drodze.

    I las vegas, w którym - po wyjściu spod prysznica - moje włosy były
    migiem suche! Błogosławić zaczęłam szikagowską wilgotność uciążliwą!
    Przygoda z hazardem - no w końcu las vegas. Ruletka, na
    temat dzialania której nie wiedziałam (nadal właściwie nie wiem) nic.
    Krupierka wykład mi zrobiła drobny. Za całe dziesięć ichnich złotych żetony.
    Z glupia frant postawiłam na jakiś numerek. Pani zakręciła - wykonawszy
    uprzednio nad planszą ruch bioenergoterapeuty (dla niewtajemniczonych - ten
    ruch oznacza, że nic już na planszy zmieniać nie wolno) i... wygrałam!
    Sztapelki żetonów poszły w moją stronę. Nie mam duszy hazardzisty, więc
    chciałam zwijać żetony, do kasy i w nogi – wygrana przecież. Zostałam
    powstrzymana i do dalszej gry zachęcona - wszak dopiero ją zaczęłam.
    Wygrywałam, przegrywałam, wygrywałam, przegrywałam, by w końcu zgrać się do
    zera. Teraz głupawe automaty. Zupełnie głupawe, bo guzik się jakiś wciska,
    wiecznie ten sam, więc ode mnie nic nie zależy. Niemniej powciskałam i jak nie
    gruchnie nagle, w metalową rynienkę pod automatem umieszczoną, dwieście (!)
    monet... Ale huk!
    Wciskajac ten guzik (strasznie nudne zajecie) zajmowałam się głównie
    obserwowaniem obecnych tam ludzi. Była pierwsza w nocy, ale ludzi mnóstwo,
    każdy zajęty wciskaniem tego głupiego guzika w wielkim skupieniu, jak gdyby od
    tego zależało życie wciskacza. Ludzie w wieku każdym, jaki może przyjść do
    głowy. No, nie było noworodków i niemowlaków.
    Rzecz jasna restauracje, bary - w nich siedzący rodzice z dziećmi
    (noc!), pożerający różności.
    Samo miasto rozległe i ciagnace się jak flaki z olejem. Zaś jego
    centrum - kasyna, hotele, hotele, kasyna. A to w ksztalcie wielkieego
    prostopadlościanu napakowanego kolorami do szaleństwa, a to znów
    nibypałacyk z różowymi dachami, a to piramida czarna jak smoła. Piach i
    kikutowate palmy z pióropuszami zieleni
  • ewka5 04.05.05, 07:28
    c.d. (bo sie nie zmiescilo):

    jak gdyby od tego zależało życie wciskacza. Ludzie w wieku każdym, jaki może
    przyjść do głowy. No, nie było noworodków i niemowlaków.
    Rzecz jasna restauracje, bary - w nich siedzący rodzice z dziećmi
    (noc!), pożerający różności.

    Samo miasto rozległe i ciagnace się jak flaki z olejem. Zaś jego
    centrum - kasyna, hotele, hotele, kasyna. A to w ksztalcie wielkieego
    prostopadlościanu napakowanego kolorami do szaleństwa, a to znów
    nibypałacyk z różowymi dachami, a to piramida czarna jak smoła. Piach i
    kikutowate palmy z pióropuszami zieleni u góry.

    i kalifornia. Pierwsze wrażenie - brudno strasznie. Na poboczach
    walające się papiery, siatki z folii, worki, puszki po piciu roznym, koszmar.
    I smieciarze zbierajacy caly ten bajzel. I goraco. I nazwy filmowe.
    Przedmiescia los angdżeles jakies takie fabryczne, jak nasza gdynska
    hutnicza ulica (oczekiwanie pewnie mialam, żeby jednak inne były)
    A! Zapomnialam dodac, ze wszedzie sklepy z antykami - z przeproszeniem. Znaczy
    na ten przykład kola od nibyfurmanki, bo przeciez one, te kola, moga mieć i z
    osiemdziesiat lat – złośliwam.
    W dałn tałn nie bylam, wiec ani slowa, poza tym, ze wielkie i
    wysokie – jak w wiekszosci ichnich miast. Po drodze domki ameryckie - cale w
    zieleni, w roslinnosci jak z bajki. Krasc tam chcialam odnozki roslin, ale
    jednak doszlam do wniosku, ze przeciez nie przezyja podrozy, wiec ze
    zlodziejstwa zrezygnowalam. Okropne jest to, ze domki stoja w calej plataninie
    kabli przeroznych, na niewysokich slupach porozmieszczanych i -niczym pajeczyna-
    oplatajacych dziesiatki domow (ale to nie jest przypadlosc losandżelesowa
    tylko, ona amerycka jest). Bardzo to psuje obrazek sprawiajacy, na pierwszy
    rzut oka, wrazenie sielskiego.
    Gwiazd zadnych nie widzialam, na niebie tez nie, bo za dnia bylam.

    Zupełnie okropnie brzydka arizona, ktorej kawalek widzialam -
    brudnopiaszczystoskalowa, nieprzyjazna dla oka i stop. Czasami, ale
    naprawde bardzo czasami, zieleń jakaś. A, i jeszcze nowy meksyk - skaly po
    obu stronach hajlejow, ubrane w siatki zabezpieczajace spadajace
    kamloty (zima straszniej to wygladalo, ale chyba jednak miejscami ladniej). Oj,
    zapomnialam o trawach kulistych czy co to tam jest - pamietacie z
    filmow?
    Jedzie nasz bohater drogą, misję ma ważną do wypełnienia, najważną
    nawet, muzyka tę ważnosć podkresla, aż wiatr się zrywa i coraz ostrzej
    wieje (muzyka też), aż tu nagle przed nosem niemal - kołami czy kopytami
    końskimi - przewala się (przekula? przekulowuje?) kulista roslina -
    jak żywa, za nią nastepna i kolejna. Och, napiecie rosnie... Wiec mogę
    potwierdzic, ze te kule sa prawdziwe - nijak silami produkcji
    warsztatow holiłudzkich nie powstaly, wziely się same, i sa.
    Tak czy siak - ten kawalek arizony, który widzialam, był brzydki.
    I rezerwaty - walace się chalupy, rozwalajace się samochody, czasem
    jakis kon - generalnie obraz nedzy i rozpaczy. Ale za to indianskie
    sklepy – czy to wigwamowe przydrozne (przyhajłejowe) czy tez zwyczajne -
    wyjsc z nich nie moglam!! Taaka sliczna ta ich cepeliowska produkcja.
    Zlapalam się na tym, ze - z przeproszeniem - stonka turystyczna ze mnie wylazla
    (gdzie ona się chowala dotychczas?!)! Łapalam się a to na kamyczki indianskie -
    dlonia prawdziwego indianina uzbrojona w piorko (stalowke?) - uszlachetnione
    znakami, na cos albo przeciw czemus rzecz jasna! A to na pioropusz, który już
    widzialam na glowie wodza najwaznego i najszlachetnego.
    A to te bebenki, co to bebnia jak marzenie (i na cholere nam telefony?!).
    Rzezba matki-indianki niosacej w dziwnym skorzanym worku swoje
    indianskie dzieciatko. A fajki!!! Jaaakie fajki! Niestety za drogie dla mnie
    były, choc chetnie bym przytargala jaka w celu wypalenia - razem i wspolnie...
    No i topor był wojenny - do zakopania, ale tez nie mialam takich zawrotnych
    pieniedzy, wiec rozumiecie... Nabylam za to droga kupna (znowu!)
    mokasyny prawdziwe. Tym razem czarne. Ale ladne! Najladne!
    No i łapacze snow - podobaly mi się i polubilam wierzyc, ze będą chronily, a
    co tam! I ichnie jedzenie jadlam - dobre, troche chyba zblizone do
    meksykanskiego, ale inne. A jaka bizuteria!
    No i kartki z mapa, na ktorej pokazano rozmieszczenie poszczegolnych plemion i
    zwierzeta, które dla indian były znaczace, interpretacja symboli. Z tego
    miejsca - wstyd się przyznac - bylam wywlekana za wlosy, zupelnie jak jakas
    swiezo porwana skłoł. To było w oklahomie.

    kawalek texasu - na polach krowy czarne i mocno brazowe, stada
    potezne, ale i mniejsze stadka. Także te cudenka do nawilzania sluzace.
    Pamietacie zorbe? On chyba podobne urządzenie pochyle zrobil (a może zle
    pamietam), zas w texasie jest niepochyle. I silosy ogromne, i linia kolejowa z
    ciagnacymi się, chyba kilometrami, wagonami pociagow. Plaska do nieprzytomnosci
    nebraska, i ajoła - podobno glownie przez niemcow zamieszkana. Tam na tablicy
    brazowej informacja, ze TU urodzil się niejaki dzon łejn.

    Amerykance upamietnili tez nazwa ulicy czy innej drogi niejakiego dzeronimo -
    to wodz indianski (apacz), który podobno straszne psikusy im czynil dawno dawno:
    siedzial na wzgorzu z grupa swoich pobratymcow, biali to wzgorze
    ciasnym pierscieniem otaczali i czekali do switu, żeby wykurzyc stamtad
    czerwonoskorych. Mysz się przecisnac przez pierscien zolnierski nie
    miala prawa. A switem, kiedy atakowac mieli dzeronimowy oddzial, wzgorze
    pusciutenkie się okazywalo, po oddziale sladu nie było...
    Także jakiegos bandziora, który zabijal i kase zielona kradl był namietnie
    zewszad, uhonorowali tablica pamiatkowa i muzeum jakims.
    Cóż, może to glód bohaterow - z przeproszeniem albo może na ten
    przykład - narodowych.

    Wielowielobarwna ta ameryka... Tyle nacji, kolorów skóry, zachowań, tradycji -
    mniej lub bardziej dopilnowanych i pielegnowanych, i nowotworzonych.
    Podoba mi się pewien, raz na jutro ustalony, porządek i lad w drogach ichnich
    krajowych - parzyste wioda ze wschodu na zachod, zas nieparzyste z polnocy na
    poludnie (albo odwrotnie).

    Gdyby ktokolwiek miał mozliwosc znalezienia się w niejakim szikago,
    biegnijcie koniecznie do muzeum sztuki – tam, na parterze sala miniatur.
    Co za cudenka! Malzenstwo Thorn (nie zyja juz ci ludzie) dawno temu
    wpadło na pomysl konstruowania malych dzielek - w miniaturowej formie wnetrz.
    Jest i fragment glownej nawy (z zarysem bocznych) wielkiej katedry, sa wnetrza
    sprzed wiekow: francuskie, angielskie, holenderskie; z konca XIX w. i wieku XX -
    amerykańskie, z roznych stanow. Nawet widoki za oknami zrobili. Naprawde w
    przykleku to nalezy ogladac - taki ogrom pracy, wiedzy, niesamowita
    szczegółomania.
    I dalej - sale z malarstwem z wysokiej półki. Uczta! A na samym dole sale z
    różnymi przyborami, gdzie dzieci mozna zostawic pod opieka fachowcow,
    ktorzy zajecia edukacyjne z malarstwa, rzezby i czego tam jeszcze prowadza.
    Zachwycajace.
    No i teatr szopena, i jego szef - osobliwa postac, i henkok z knajpa na
    dziewiecdziesiatym szostym pietrze, z którego widok jest, ze ratuj się kto
    może - dla takich strachulcow wysokosciowych jak ja. Nocne szikago dałntałnowe
    jest sliczne, jest ludzkie, jest normalne.
    I spacer nad jeziorem tez jest normalny, choc podobno noca wylaza z
    niego, z tego jeziora (co to na nim zaginal kilka lat temu niejaki "broda" -
    czlowiek z gdanska, który chcial je pokonac na kajaku, wczesniej baltyk
    kajakiem wzial) wielkie szczury!

    Kiedy tak sobie o tych stanach - jakos mi obcych wciąż - mysle (upraszczajac
    przeciez i generalizujac), dochodze do wniosku, ze dla mnie (nieustajaco to
    podkreslam!) to kraj ludzi na sznurkach. Sznurkach kredytow na dom w lepszej
    dzielnicy, lepszy samochod (ozesz! sasiad czy inny znajomy znow kupil nowszy i
    drozszy), lepsza (czyt. drozsza) szkole dla dzieciaka itp., sznurkach tego, ze
    wypada zyc na okreslonym poziomie, ze wypada mieć na okreslonym poziomie. Ze ta
    ichnia wolnosc sprowadza się glownie do mozliwosci posia
  • ewka5 04.05.05, 07:32
    łomatko i łoojcze, i znow sie nie zmiescilo!
    c.d.

    Ze ta ichnia wolnosc sprowadza się glownie do mozliwosci posiadania broni, do
    mozliwosci wystawienia tablicy - teren prywatny, jezioro prywatne czy co tam
    jeszcze prywatne. A gdyby namiot gdzies po drodze chciec postawic, bo tak mi
    się wlasnie zamarzylo...oj! (co to jest namiot? i po co? przeciez sa auta
    turystyczne w wypozyczalni).

    Ze tłuczeni są po oczach i uszach wszechobecna reklama różności, które
    najkoniecznie musza MIEĆ i na która to reklame może już i nie daja
    rady się nie lapac.
    Bo MIEĆ stanowi BYĆ.
    Tak to widze.
    Lubie mieć - nie jestem inna - ale to ichnie mieć jest jakies takie oszalale,
    za kazda cene i chyba w nadmiarze. I, mam wrazenie, to mieć stanowi o wartosci
    czlowieka.
    Z drugiej strony - w muzeum, o którym mowilam, stalam w okropnie dlugiej
    kolejce po bilet wejsciowy, wiec. Ale polska mowe slyszalam tam co chwile, wiec
    drugie wiec. A przeciez u nas powoli zaczyna się osobliwa moda na
    spedzanie sobot i niedziel w megasklepach, calymi rodzinami! I jeśli impreze
    ludyczna chcieć organizowac i mieć pewnosc, ze publika będzie, to trzeba się
    tylko z oszolomami, leruamerlenami czy innymi żantami dogadac na powierzchnie i
    hop! powodzenie imprezy zapewnione!
    Eh - ze westchne jakos nostalgicznie...

    Tak czy siak - zyje się tam znacznie latwiej, wygodniej, dostepniej
    (sama już nie wiem, jak to wlasciwie okreslic) niż u nas.

    I jeszcze cos przyszlo mi do glowy - jeśli jest tak, a często jest,
    ze "za praca" ci ludzie przenosza się z miejsca na miejsce, z miasta do miasta,
    ze stanu do stanu, iles razy w ciagu swojego zycia, to jakze – na Boga! - maja
    budowac relacje z innymi, przeradzajace się w wiezi, które potrafia trwac zycia
    cale... A w koncu chyba jednak o to w tych naszych zyciach chodzi – o nas, o
    ludzi, Ludzi. Wiec ida po wierzchu, slizgiem, hałarju'ami z usmiechami nic albo
    niewiele znaczacymi.
    I pozostaje im gromadzić. W końcu przedmioty tez cieszą...

    P.S. Żeby przejechac Polskę z polnocy na poludnie, potrzeba około
    pół doby.
    Żeby przejechac jeden (nie każdy rzecz jasna, ale wiele) stan Stanow
    Zjednoczonych Ameryki Polnocnej, potrzeba około pół doby. Tjaa...
  • Gość: Agata IP: 5.3.* / *.proxy.aol.com 04.05.05, 14:49
    Tak, to prawda, korzystam w tej chwili z AOL, ale nie jestem w Stanach lecz w
    Niemczech.
    Gdzie to widac, gdzie sie loguje, czy ja sie gdzies loguje i o tym nie wiem?
    Nic z tego nie rozumiem. Czyzbym byla az tak zielona odnosnie inteternetu.
    Prosze, wyjasnijcie mi o co chodz, bo ciekawisc mnie juz zjada.
    Poza tym, dzieki wszystkim za proponowane lektury.
  • aaaniaaa 04.05.05, 15:11
    może nie o samym życiu ale o "kulturze" amerykańskiej w ogóle:

    George Ritzer "McDonaldyzacja społeczeństwa", "Magiczny świat konsumocji"

    Eric Schlosser "Kraina fast foodów"

    Mary F. Rogers "Barbie jako ikona kultury "

    Neil Postman "Zabawić się na śmierć"

    Brian McNair "Seks,demokratyzacja pożądania i media, czyli kultura obnażania"

    itd.

    :))





    --
    Fakty Mówią Za Siebie
    Ratuj Tybet
  • makusia_p 04.05.05, 15:18
    Agato - oto odpowiedź:

    Re: Zna ktos jakas dobra ksiazke o zyciu w USA
    Autor: Gość: Agata IP: 5.3.* / *.proxy.aol.com
    Data: 04.05.2005 14:49

    czytaj zwłaszcza - druga linijka
    pozdrawiam :)
  • makusia_p 04.05.05, 15:19
    :)
  • ryzwan 04.05.05, 15:20
  • ryzwan 04.05.05, 15:25
    zaraz przy Twoim imieniu jest IP
    widzisz? tak?
    to jest Twoj slad, a raczej slad komputera
    mozesz to zmienic, jesli sie dowiesz jak dojsc
    do IP - normalne help Cie tego nauczy
    ale po co Ci to wiedziec?
    do tej pory bylo dobrze,
    to nie trzeba psuc
  • Gość: Agata IP: 5.3.* / *.proxy.aol.com 04.05.05, 15:43
    Wielkie dzieki za wyjasnienie. Ja bym tego bez pomocy nie zauwazyla (wszystko
    jest w wyraznych barwach, a "to" nie wpada w oko - przynajmniej moje).
    Ja nie chce nic zmieniac i nie interesuje mnie jak dotrzec do IP. Chcialam
    tylko wiedziec, skad z kolei wszyscy wiedza, kto z jakiej poczty korzysta.
  • broch 04.05.05, 15:51
    Zna ktos jakas dobra ksiazke o zyciu w USA
    Autor: Gość: Agata IP: 5.3.* / *.proxy.aol.com <- adres Twojego providera
    Data: 03.05.2005 12:12

    Informacja pozwalajaca mniej wiecej ustalic przez jaki server proxy,
    (teoretycznie) laczysz sie z internetem. Innymi slowy z jakiego kraju jestes i
    nic poza tym. Informacja moze byc falszywa, jak wszystko co dotyczy komputerow.
    W zwiazku z czym nie ma wiekszej wartosci.
  • staua 04.05.05, 16:02
    To przepraszam za podejrzenia :-)
    Dobra ksiazka o wspolczesnym zyciu dosc przecietnej amerykanskiej rodziny (z wieloma problemami)
    sa "Korekty" ("The Corrections") Jonathana Franzena.
    --
    ----------------------------------
    "A little too much is just enough for me"
    Forum o Rumunii
    nie klikaj tutaj!!!
  • fruwam 04.05.05, 17:12
    "Fast food nation" ale nie pamietam autora
  • Gość: Karol IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 15.08.05, 16:01
    Polecam: Poradnik Ksenofoba:Amerykanie (The Xenophobe's Guide to the Americans)

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.